Elżbieta Kargol
Z pamiętników moich rodziców
Janina ur. 1931 / Stanisław ur. 1929, zm. 2016
Poznali się w Łodzi, na studiach. Mama studiowała na dziennych, tata na zaocznych. Oboje wybrali matematykę, z zamiarem późniejszej pracy w szkole, zresztą wcześniej już nauczali łaknącą wiedzy i nadrabiającą wojenne zaległości młodzież. Wiele ich różniło. Mama, adoptowana córka, urzędnika przedwojennego magistratu w Nowym Tomyślu, byłego Hallerczyka, zaangażowanego społecznika i patrioty, wychuchana jedynaczka, której wojna wprawdzie dała się we znaki, ale inaczej niż ojcu. On, jeden z dziesięciorga rodzeństwa, z biednej chłopskiej rodziny z Lachowic koło Suchej Beskidzkiej, któremu punkty za pochodzenie otwarły możliwości, o jakich przed wojną nawet nie odważył by się marzyć.

Zanim amor napiął cięciwę swojego łuku i przeszył strzałą serca rodziców, Janiny, nazywanej w okresie młodzieńczym Janetą, i Stanisława, obydwoje wzdychali do innych lub oweż zaloty odtrącali, przy czym mama żartowała, flirtowała i nie traktowała poważnie swoich adoratorów, ani rozterek sercowych, ojciec zaś cierpiał niczym młody Werter.
O miłostkach, zalotach i uczuciach mojej mamy wiem więcej, niż o ojcu. Mama opowiada chętnie, z pewną dumą i rozrzewnieniem. Zachował się zresztą pamiętnik z wpisami nie tylko wielbicieli.
Brulion zatytułowany A WARTIME LOG, oprawiony w sztywną płócienną okładkę, przeznaczony pierwotnie dla jeńców amerykańskich osadzonych w niemieckich stalagach, w jakiś sposób znalazł się w mamy posiadaniu i zapełnił się wpisami różnej treści.

Ojciec nie był skłonny do zwierzeń, a tym bardziej do wspominania swoich zauroczeń, ale zostawił również osobliwy pamiętnik, też oprawiony w sztywną płócienną okładkę, tylko inaczej zatytułowany: „Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind“. Okładka tego nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek skryła w sobie zszyte karki brulionu zapisane ręką ojca, które poradnikiem bynajmniej nie są, ale bardzo osobistymi przemyśleniami o miłości i nie tylko.
Ponieważ wiele lat przed śmiercią podarował go mojej córce, więc uznaję to za przyzwolenie do publikacji kilku fragmentów.
Och to jest straszliwe zakochać się tak na umór bez opamiętania. Cierpię więcej, co już na świecie było przecierpiane razem …. prawdą jest, że człowiek któremu odejmą strzaskaną rękę, czuje ból w próżni równającej się długości ręki.
Wciąż mi staje przed oczami widmo straszliwe twej piękności. Czuję, że się nie oprę pokusie, która stale trącana pęknie i zatruje mój młody organizm – więc miłość to trucizna? Trucizna ?(!!!) – tak! zatruła mi wszystko sen, jedzenie, radosne chwile przy rodzeństwie zamąciła spokój…

pisze w roku 1948. Wiem, że nadrabiał zaległości szkolne, ekspresowo i eksternistycznie zdawał małą maturę, pracował już w szkole i kochał się w Zosi, sklepowej z Kukowa. Czy do niej tak wzdychał, trudno powiedzieć, tym bardziej, że mama wspominała, iż owa Zosia pięknością nie była, jedna powieka zawsze jej opadała, no ale miłość ponoć ślepą jest. Prawdopodobnie z powodu owej Zosi, która nie przyjęła z należytą powagą wyznań miłosnych taty i skwitowała je tylko uśmiechem, tato poczuł niczym Kordian ból istnienia i bezsensu życia.
Przeklęte życie! przeklęta miłość! przeklęta miłość twórcza, przeklęta jesteś! Zgiń!!! Miej życie przeklęte, pełne goryczy zgrozy, wyrzutów nieprzyjacielskiej zemsty.
Więc czuję że jednak muszę iść tam gdzie ona chce. Ale ona się nie spieszy… widocznie jeszcze mało wycierpiałem: Śmierć to jakaś sławna i ważna osobistość i ma najzupełniejszą rację. Pragnąłbym, aby tym którzy będą po mnie żyli, został zwrócony raj na ziemi, aby nie musieli się męczyć i cierpieć tak jak ja. Niszczę sobie sam karierę nosząc na sercu szyld pierwszej niewinnej miłości, która jest ołowianą kulą w mym życiu, w życiu które jest szare zamienione w jałową pustynię, na której nie ma ani jednego serca do którego mógłbym się przytulić w tym opuszczeniu, po której twojej widmo się błąka, z którego słychać straszliwy krzyk istnienia. Życzyłbym sobie… w takim życiu… miałbym życzenie na takiej pustyni zamknąć ciebie przynajmniej raz w objęciach I choć raz złożyć pocałunek na twych ustach, ale wiem, że to jest niemożliwe – ma ofiara musi być zupełna – nie wolno mi myśleć o sobie. Ja jestem już u kresu życia, ale ciebie czeka świat…

Mama w tym czasie podkochiwała się w Janku, który nie był ją kompletnie zainteresowany, jego lakoniczny i oklepany wpis do pamiętnika tylko to potwierdzał. Choć rysunek, który dołączył do dwuwiersza, wiele obiecywał i pozwalał mamie na pozwalające mieć nadzieję interpretacje.

Tata, jako przyszły matematyk, pragnący miłości i jednocześnie dręczony tą namiętnością, próbował ją przedstawić jako równanie, nie wiem dlaczego zapis ów przekreślił, za mało danych, zbyt wiele niewiadomych? Równanie sprzeczne, bez rozwiązania?
Miłość końcowa to znaczy teraźniejsza minus miłość początkowa – dokładniej sprzed dwóch lat wzięta w nawias i pomnożona przez czas da nam na wynik: średnią proporcjonalną względnie geometryczną miłości mojej do ciebie (…..)?

Dużo prościej poradził sobie z równaniem niejaki filozof chłopski, który chyba niewiele miał pojęcia o trygonometrii, skoro sinus do cosinusa dawał mu całus do całusa. Mama opowiadała, że mógł ją dopiero wtedy pocałować w policzek, gdy nauczył się wszystkich tożsamości trygonometrycznych wraz z dowodami.

Tata w końcu spotkał dziewczynę i już prawie wydawało mu się, że to koniec jego udręki, ale pojawiło się zbyt dużo wątpliwości i trybu przypuszczającego.
Dlaczego Haniu nie pokochałem cię prawdziwie szczerze i wiernie? Czemu ten poryw nie był pierwszą miłością? Kochałbym cię teraz. Byłbym szczęśliwy. Znikłaby mi ta piękność tej młodej dziewczyny Choć czuję, że niezdolny jestem jeszcze do pierwszej miłości, to jednak Haniu chciałbym ciebie kochać.

Hanię dość szybko w pamiętniku zastąpiła Halinka.
Spotkałem dziewczynę, której kształty przypominają tamtą z marzeń … lecz wiem, że ona nie może do mnie należeć z prawa naturalnego, czy też moralnego…. dzieckiem jest dla mnie, miłość jeszcze do niej nie należy, pochwałę piękności przyjmuje na pewno tylko od matki. Dobrze, że ty nic o tym nie wiesz, postaram się zapomnieć na imię jej Halinka.

Mama zajęta nauką, harcerstwem, jeszcze nie całkowicie wypaczonym i zindoktrynowanym politycznie, miała szczęście do adoratorów piszących wierszem swoje płomienne wyznania. Wiersz, piosenkę, którą napisał tylko dla niej Janek A. pamięta do dzisiaj i z wypiekami na twarzy deklamuje:
Była sobie raz piosenka.
Młody uczeń ją ułożył.
Dla najdroższej swej dziewczyny,
W której swe nadzieje złożył.
xxxDziewczę piękne niby lilia
xxxJest ozdobą „ogródeczka”
xxxWłoski nosi w dwa motylki
xxxA na nosku dwa szkiełeczka.
Co w Jej sercu jest ukryte,
Bogu tylko jest wiadomo.
Bo na zewnątrz nic nie zdradza.
Umie kochać po kryjomu.
xxxLecz to serce, które bije.
xxxTylko dla niej na tym świecie
xxxCzasem wielkie ma cierpienie,
xxxGdy niepewność go przygniecie.
W dni ostatnie trzeciej klasy,
Piszę tobie to wspomnienie.
Gdy ci będzie kiedyś smutno,
Z serca przyślij mi westchnienie.
xxxWspomnij tego co cię kochał
xxxI tę piosnkę ci ułożył.
xxxWlał w nią całą swoją duszę.
xxxSwoje serce do niej włożył.
Innym poetą, któremu należałoby poświęcić osobną opowieść, był Longin D., starszy kilka lat od mamy, który być może miał poważne plany wobec niej, ale zrozumiał, że mamie jeszcze nie w głowie zakładanie rodziny. Podarował mamie trzy własnoręcznie napisane tomiki poezji, a kilka następnych przesłal po 60 latach!
Kto szczerze pokochał świat, ludzi i życie
Nie patrząc na nędze, cierpienia i trudy,
To szczęście i spokój od jego oblicza,
Odgoni cień troski zmartwienia, ułudy.On pójdzie z uśmiechem przez klęski i znoje
Promienny, szczęśliwy w dniu każdym obrocie,
Bo serce i dusza właściwość tą mają,
Że czynią szczęśliwych tych, którzy kochają.

Ojca nie ominęła służba wojskowa. Dostał się do marynarki, i też próbował być poetą, rymował dość nieudolnie, tak po marynarsku. Dla kogo były te wiersze? Przed jaką nieznajomą udawał chojraka z pistoletem przy boku?
Piszę do ciebie z wybrzeża,
Szukając gwiazd na niebie,
A wokół mroźny wiatr gwiżdże
I cisza otacza mnie!Piszę do ciebie z wybrzeża
Stojąc na posterunku
I słyszę groźny szum morza
Lecz PM mam przy boku!

Do ZMP mama się nigdy nie zapisała, choć było wielu, którzy ją do tego namiawali. Niejeden z jej absztyfikantów wielbił Lenina i Stalina, przynajmniej na równi z nią albo nawet więcej.
Bądź wierna ideałom ZMP
Bądź wierną towarzyszką walk braci walczących o wolność w krajach kapitalistycznych.
Sław i szanuj imię Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Bieruta i tych, którzy walczą o lepszą przyszłość dla nas ludu i dla mas.Zetempowskie „Cześć” koleżance z ławy szkolnej
wpisał się na pamiątkę ateista chcący być komunistą.

Potem był Mietek, z którym mama dośc okrutnie postępowała. Nie przychodziła na umówione spotkania, zamykała go w szafie z mapami, a na listy, w których zawsze prosił o „odpis mego listu”, mama przepisywała jego własne słowa i mu odsyłała. Oj, nacierpiał się biedaczek, zanim zrozumiał, że nie tędy droga i nie do tej.
Wreszcie nadszedł ów dzień: 18 lipca 1954, park Poniatowskiego w Łodzi.
Tata dostał przepustkę, żeby nadrobić zaległości na uczelni, oddać zaległy referat z ekonomii. Referatu nie napisał, czasu mało. Uczynna sekretarka w dziekanacie wypożyczyła ojcu jedną z prac już ocenionych. Przypadek albo zrządzenie losu sprawiły, że dostał referat mamy. Nie wiem, jak tata go odpisywał, podobno szybko i słowo w słowo, jednak ocenę dostał dużo lepszą. No cóż, dyskryminację kobiet w komunizmie, mimo zakłamanego równouprawnienia, można było odczuć na każdym kroku.
Nazywa się Janeta. Ale ja mówię do niej: Janetko i wydaje mi się, że ją teraz kocham.
Janetko! dałaś mi poznać rozkosz pocałunku rozbudziłaś we mnie szał i jakieś dziwne uczucie nienazwane – chyba to jest namiętność — i całować chciałbym całe życie twe usta … chciałbym abyś całe życie tuliła się do mnie była przy mnie …

pisał w lipcu 1955 roku, po spotkaniu w parku, a potem kupił czekoladę i bilet do teatru. Mama nie pamięta jaka to była sztuka, a tata nie pamiętał o czekoladzie lub też zbyt długo czekał na odpowiedni moment wyjęcia jej z wewnętrznej kieszeni marynarki. Podczas antraktu mama widząc wielką brązową plamę na koszuli taty, krzyknęła z przerażenia. Później były opowiadane różne wersje tego zdarzenia, że wytrwali do końca przedstawienia, że tata wybiegł zawstydzony sam z teatru, że wybiegli razem do stancyjnego pokoiku mamy i mama prała, a tata czekał.
Chyba to bez różnicy, jak było naprawdę, to przecież gorąc serca roztopił czekoladę. Wreszcie skutecznie dosięgła ich strzała Amora i już nie odpuściła aż po grób.
Mama podarowała mi ostatnio pakunek przewiązany, pewnie z braku różowej wstążki, różową chustką, pełen listów tak bardzo miłosnych, niezwykłych jak na dzisiejsze czasy, kiedy sztuka epistolarna jest na wymarciu. Lektura tych listów, ich intymna forma literacka, ich treść, a nawet kształty liter przepełnione są tak dużym ładunkiem emocjonalnym, szczerością i młodzieńczą namiętnością, że można je czytać po wielokroć.

Uczucie tych dwojga bliskich mi ludzi przetrwało dziesiątki lat, mimo burz i nawałnic, wzlotów i upadków. Gdyby nie przedwczesna śmierć taty, bo każda śmierć jest przedwczesna, obchodziliby diamentowe gody.

Mamie go bardzo brakuje
Spogląda swoim już niedowidzącym wzrokiem na puste miejsce przy stole, na jego opuszczony fotel, na książki, których nie przeczyta, krzyżówki, których nie rozwiąże, walizkę, której nie spakuje, sweter, którego nie włoży, laskę, którą się nie podeprze … żyje wspomnieniami… Wielkiej Miłości.



O tym innym człowieku będę pisać dalej, ale już nie będę używać imienia Halszka, bo to imię pasuje do tej przebojowej kobiety, którą była. Teraz będę pisać nazywając ja pięknym określeniem Matka, mama.
Mama zawsze była krótkowidzem, po kilku latach choroby miała już ponad 50% utraty wzroku. W domu nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy (pamiętamy jak negatywnie była nastawiona do okularów). Nie umiała jednak schodzić po schodach w okularach, zakładała je dopiero na zewnątrz, chodziła już wówczas z laską i może to laska dawała jej pewność stąpania. Miała nagłe skoki ciśnienia i w 65 roku życia doszło do wylewu krwi do mózgu. Nastąpił paraliż lewej nogi i ręki. Chorobę znosiła cierpliwie i z rezygnacją. Co dzień przychodziła rehabilitantka, która ćwiczeniami uruchomiała bezwładne kończyny. Po prawie roku ćwiczeń i fizykoterapii bezwład ustąpił.
Nie lubiła opuszczać na dłużej domu, z trudem udawało się ojcu i nam namówić ją na urlop nad morzem, ale przywykła do tych wyjazdów, w to samo miejsce i do tego samego gospodarza w Kuźnicy na półwyspie helskim.
Halszka nie umiała jeździć na rowerze, ale na początku pracy konspiracyjnej zorientowała się, że ta umiejętność będzie jej bardzo potrzebna, rozpoczęła więc naukę. Nie bardzo jej to szło – miała wówczas ponad 40 lat i trudno w tym wieku zaczynać działalność sportową. Któregoś dnia zjawił się u nas mój brat cioteczny, Lutek, który od czasu do czasu przyjeżdżał do nas na rowerze z Warszawy. Ocenił umiejętności Haliny i powiedział, że ją nauczy jeździć. Wsiedliśmy wszyscy troje na rowery, Halina na swoim, koło niej Lutek. Złapał ją z tyłu siodełka mocną ręką, żeby czuła się pewnie. Ruszyliśmy, Lutek wołał „ciotka kręć” i to powtarzał, a mama kręciła pedałami i dobrze jechała. W pewnym momencie Lutek mocniej pchnął Halę do przodu, żeby nabrała rozpędu i puścił siodełko, nadal krzycząc „ciotka kręć”.
My jechaliśmy wolno, a mama pojechała znacznie do przodu, po czym zorientowała się, że ten jego okrzyk słyszy coraz słabiej. Postanowiła zobaczyć, gdzie jest Lutek, obróciła się, w tym momencie straciła równowagę i runęła do rowu, głową w dół. My przyśpieszyliśmy, ale gdy dojechaliśmy do niej, nie mieliśmy siły wyciągnąć jej z tego rowu, bo oboje śmialiśmy się do łez. Halina wściekła wygramoliła się sama na szosę, wsiadła na rower i pojechała. Od tej pory nie rozstawała się z rowerem, ale do końca swoich dni nie zapomniała nam tego śmiechu.
Tu się zaczyna zupełnie inne nasze życie, którego część opisałam już w książce „Biała apaszka” (a również w wielu wpisach tu na blogu, publikowanych pod pseudonimem Mirka – EMS).
Wychowywała mnie niańka, mama mnie nie karmiła. Byłam dzieckiem wątłym, chorowitym. Więcej było ze mną kłopotów niż radości. Źle spałam, usypianie mnie odbywało się na ”trzy zmiany”, niańka mi śpiewała, mama deklamowała wierszyki, a później wartę obejmował ojciec i śpiewał mi, czasami sprośne, piosenki wojskowe, bo ponoć przy nich najlepiej zasypiałam. Znam to, oczywiście z opowiadań ojca. 
Halszka miała długie warkocze, ale kiedy nastała moda na krótkie włosy, z bólem serca obcięła je – było to już po zamążpójściu. Do fryzjera chodziła się tylko strzyc, sama myła głowę i suszyła, przeczesując włosy grzebieniem, a te same układały się ładnie w modne fale. Nie nosiła też obowiązujących w tym czasie kapeluszy. Nosiła w zimie beret, a w lecie chodziła z gołą głową. Była bezpretensjonalna, nigdy się nie malowała i nie nosiła żadnej biżuterii, jedynie złotą obrączkę ślubną, i żadnych ozdób, korali lub broszek. Ponieważ była wysoka, chodziła zawsze na płaskich obcasach. Ubierała się według obowiązującej mody, bo w tym okresie zmieniała się długość sukien i spódnic. W zimie nosiła futro, które dostała od teścia i wypadało je zaakceptować i nosić.
W Zielonce działał oddział organizacji Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Halszka szybko znalazła kontakt z tymi paniami i włączyła się w ich pracę społeczną. Właśnie w tym czasie panie zorganizowały w Zielonce przedszkole, którego jedną z pierwszych wychowanek byłam ja. Przedszkole działało długo i było dobrze prowadzone.
Nie było łatwo dostać się do szkoły w Warszawie, kiedy się mieszkało poza miastem, potrzebna była protekcja, ale wujek Michał (szwagier taty) był pediatrą i pracował w szkole na ul. Hożej. Tam zostałam zapisana do trzeciej klasy. Musiałam dojeżdżać do szkoły tramwajem. Trochę to było daleko, a ja miałam osiem lat, ale według rodziców „dzielna Janka” da sobie radę.
W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.
Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.
Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.
Zgodzono się na Helena Franciszka i tak zapisano w aktach, i to był jedyny dzień, kiedy mówiono o niej Helena, bo potem już zawsze nazywano ją Halina, Halinka, Halusia, Halszka, ale nigdy nie Helena.
Kiedy Halina miała 6 lat, jej matka zmarła i czterdziestokilkuletni ojciec został sam z czwórką dzieci. Mama moja nigdy nie chciała rozmawiać o tej tragedii, musiała to ciężko przeżyć. Rodzina była zasobna, w domu była służba, ale to nie mogło zastąpić małemu dziecku matki.
W Koninie Halina zetknęła się z Polską Organizacją Wojskową znaną powszechnie jako P.O.W., wstąpiła do tej organizacji, przyjęła pseudonim Topola, bo była wysoką i smukłą dziewczyną. Przeszła przeszkolenie wojskowe, a doświadczenia z harcerstwa nauczyły ją, że dla sprawy trzeba walczyć. P.O.W. powstało w 1914 roku w zaborze rosyjskim i stopniowo obejmowało wszystkie zabory. Miało na celu odzyskanie niepodległości przez Polskę, szkoliło kadry wojskowe i gromadziło broń.
W kasynie oficerskim w soboty odbywały się wieczorki taneczne. Halina bardzo lubiła tańczyć i pod opieką brata chodziła na te wieczorki. W kasynie bywała nie tylko młoda kadra oficerska, ale i starsi stopniem oficerowie, najczęściej z żonami. W tej sytuacji obowiązywał rygor oficerski. Zainicjowano tam teatr amatorski, który przygotowywał i wystawiał na scenie różne skecze i komedie. Do tego kółka amatorskiego przystąpiła i Halszka. Tam poznała młodego podporucznika, Wiktora, który spodobał się jej, a ona jemu. Miała jednak opory i zastrzeżenia, że jej wybranek za dużo pije alkoholu, a ona z pijakiem nie chce mieć nic do czynienia. Zakochany Wiktor przyrzekł jej uroczyście, że ograniczy picie do minimum i nie będzie się upijał. Nie bardzo wierzyła w takie przysięgi i nadal trzymała go na dystans. Wiktor zupełnie przestał pić i nie spotykał się z pijącymi kolegami. Halszka obserwowała tę przemianę ze zdziwieniem, ale Wiktor wytrwał w tym postanowieniu. W 1921 roku oświadczył się Halszce i został przyjęty.
Ile przedstawień dało kółko teatralne, tego nie wiem, ale oboje, i Halszka, i Wiktor, w nich uczestniczyli i zachowały się fotografie.





