Zmartwienia sceptyka

Ewa Maria Slaska

W sobotę na krótko przed północą znalazłam na Facebooku taki wpis:

Tomek Motyliński

tescoPrzed Tesco podszedł i zapytał, czy nie mam 10gr, bo na chleb zbiera. Wyglądał schludnie, nie zalatywało od niego alkoholem więc dostał 2 zł. Po chwili stał przed sklepem z bochenkiem chleba i jadł go tak, jakby to było najpyszniejsze jedzenie na świecie. Wziąłem go do sklepu i pozwoliłem zrobić zakupy. Oto co wybrał, przy czym jajka, kiełbasę i masło dołożyłem mu do koszyka ja, bo on wybierał chleb ten a nie tamten, bo ten 12gr tańszy, przy każdym produkcie przy okazji pytając, czy na pewno może. Czy czuję się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie. Nie o taką Polskę mój ojciec walczył i jakoś pomimo upływu lat nie potrafię się z pewnymi rzeczami pogodzić. Ale wiecie co jest najgorsze? Miny ludzi stojących za nami w kolejce do kasy w momencie, gdy się już zorientowali co się dzieje. Zupełnie takie, jakbym co najmniej im z portfela pieniądze wyjmował… Głodnego trzeba nakarmić – wyryjcie to sobie we łbach, szczególnie, że mówi to Wam ateista…

Wzruszyłam się na chwilę, potem jednak włączyłam myślenie.

Bon na obrazku ma wczorajszą datę. Pojawił się w sieci 18 lipca koło godziny 22. Paragon został wystawiony o 22:27, czyli wszedł do sieci NATYCHMIAST! Tomek zrobił zakupy biednemu, sfotografował bon i tak naprawdę nawet nie miał czasu w aucie zapłakać, bo już wstawiał zdjątko do sieci i pisał komentarz.

Po 23 godzinach, gdy go znalazłam była godzina 23.oo dnia 19 lipca, a usługa Facebooka podawała mi uprzejmie, że wpis pojawił się przed 23 godzinami.

Gdy na to spojrzałam wpis miał
115.351 lajków
28.9228 szerków
144 komentarze
oraz
wpis na portalu Zaskakujące: http://zaskakujaca.pl/2950/nie_badzmy_obojetni_na_ludzi

Jak mówię, wzruszył mnie ten wpis, ale te masy lajków wydały mi się jednak podejrzane. Po kilku minutach miałam poczucie, po kilku godzinach niemal pewność, że to co wygląda na gest dobrego człowieka, jest zapewne zaplanowaną akcją marketingową Tesco – jazdą po naszym naiwnym poczuciu solidarności i społecznej empatii, po to byśmy zapamiętali, że przed Tesco nakarmili biednego, a chleb w Tesco jest pyszny.

Tomku, jak to jest?

Sprawdzam w sieci: strona którą wspieram od wielu miesięcy, Clean Clothes Polska, ma, gdy to piszę, 3104 lajki, a strona istnieje na Facebooku od 2009 roku!

Martwię się sama sobą, bo jeśli mój sceptycyzm jest nieuzasadniony, to znaczy że zrobiłam się okropnie podejrzliwa. Po co być sceptykiem, skoro lepiej jest być dobrym człowiekiem. Wpis Tomka zebrał w ciągu jednej doby kilkanaście tysięcy lajków i mnóstwo komentarzy. Ale niewykluczone, że jednak dobrze jest być sceptykiem. W końcu wiadomo, że każda korporacja, każda firma i każdy biznes prowadzi buduje swój wizerunek i prowadzi kosztowny marketing.

Według danych Kantar Media w ub.r. cennikowe wydatki reklamowe Tesco Polska (bez uwzględnienia internetu) wyniosły 150,6 mln zł, o 86 proc. więcej niż rok wcześniej.

Heniu i Krysia, animowane ludziki z kreskówek reklamowych Tesco, już od kilku miesięcy nie reklamują sieci, ale w czasach prosperity ich fanpage na Facebooku zebrał 540 tys. fanów.

Stosunkowo niedawno przeczytałam gdzieś, że reklama poprzez niby to autentyczne wpisy normalnych użytkowników Facebooka jest prężnie rozwijającą się nową gałęzią marketingu. Nie pamiętam już ile wpisów można uzyskać za tysiąc złotych, a ile za dziesięć tysięcy, ale dużo. Eksperci podawali przy tej okazji, iż ważne jest, by byli to prawdziwi ludzie a nie cyborgi.

W każdym razie dobrze jest, by cyborgi sprawnie udawały prawdziwych ludzi.

W komentarzach do wpisu Tomka z uporem godnym lepszej sprawy pojawiają się zwroty “serducho”, “szacun” i “szacunek”.  Najwyraźniej komentuje specjalna społeczność, używająca takich sformułowań. Wygląda na to, że marketingowcy z Tesco zapomnieli o jednej z podstawowych zasad marketingu w mediach społecznościowych. Musi go uprawiać kilka osób, które mają inny zasób słów, inną stylistykę i inną empatię.

Tomku? Wykorzystali cię czy ci zapłacili?

Nie dalej jak wczoraj nasz autorka Krystyna Koziewicz napisała we wpisie:

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Kto szuka, ten znajdzie. Nie znalazłam wprawdzie artykułu z gazety, którego szukałam, ale na początek niech nam wystarczy ta oto definicja z wikipedii:

Marketing wirusowy (zw. reklamą wirusową; ang. viral marketing) jest specyficznym rodzajem działań marketingowych. Polega na zainicjowaniu sytuacji, w której potencjalni klienci będą sami między sobą rozpowszechniać informacje dotyczące firmy, usług czy produktów. Nie zawsze musi to być konkretna informacja, może to być tzw. budowanie świadomości marki oraz jej pozycjonowanie, czyli wywoływanie pożądanych skojarzeń z nazwą, logo firmy.

Szary viral czyli nie podpisany uważany jest za część guerilli marketingowej. Dla firm zdecydowanie bardziej opłacalny jest biały viral z imieniem, nazwiskiem i twarzą.

Tomku?

Tymczasem świat zachwyca się Tomkiem (oto wywiad z nim), a ja nadal jestem nieufna.

Uwierzcie mi, ciężko jest być nieufnym sceptykiem, ale nie mam innego wyjścia. Jak skorpion – po prostu taka jestem.

Z cyklu: z życia emigranta

Krystyna Koziewicz

O święta naiwności

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Przedstawiona poniżej historia jest kolejnym ostrzeżeniem dla tych, którzy łatwo ulegają czarowi słów wypowiedzianych w kolorach tęczy. Jak łatwo jest zapomnieć, że istnieje ciemna strona życia, w której dobrze prosperują wszelkiej maści spekulanci, kombinatorzy, kryminaliści.

W dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest wpaść w ich pułapkę. Wciąż wydaje się, że jak sam jesteś normalny, to nic złego nie może cię spotkać, a już zwłaszcza ze strony kumpli, czy nawet bliskich znajomych. O święta naiwności!

Jeszcze tak niedawno pisałam o młodej studentce, która miała zagwarantowana pracę w Berlinie. Bez szans na wykazanie się podziękowano jej po 3 godzinach stwierdzeniem „nie nadaje się”, jakby sprzątanie pokoi hotelowych wymagało ukończenia szkoły odkurzania, ścielenia, wymiany ręczników.

Podobnie było z synem znajomej, który od roku przebywał na saksach w USA, miał stałą pracę od pierwszego dnia przylotu. Wyjechał z Polski, by zarobić na modernizacje warsztatu samochodowego. W Polsce banki robiły mu wielką łaskę, latami pielgrzymował za kredytem, przekonywał o potrzebie unowocześnienia zakładu, naznosił piramidę dokumentów zabezpieczających wysokość kredytu. I nic!

Mając w nosie biadolenie rządzących na odpływ kolejnych podatników, wyjechał na saksy i przez rok spokojnie pracował w Baltimore. Łatwo mu nie było, bo wprawdzie zarabiał dobrze, ale nie radził sobie z tęsknotą za rodziną i z samotnością. Myślał o powrocie do Europy, choć pieniędzy nie miał na tyle, by zrealizować zamierzone plany. Okazją do powrotu stały się telefony z Polski od zaprzyjaźnionego kumpla, oferującego natychmiastową, dobrze płatną pracę w Norwegii. Chłopak niewiele się zastanawiał – bez wielkich przemyśleń, kalkulacji, sprawdzenia wiarygodności, poleciał czym prędzej na lotnisko kupić bilet powrotny. Spakował manatki, pożegnał się z pracodawcą, który żałował, że traci dobrego fachowca. Nie pomogły zachęty podwyżki – wyjeżdża i już! Będzie w Europie, blisko do domu, dzieci, mamy…

Radość rodziny i najbliższych była ogromna, trwała jednak bardzo krótko, bo trzeba było jechać dalej, do Norwegii. Tam już czekają, pracodawca wysyła ponaglenia i zapytania, kiedy? Po niecałym tygodniu od przylotu z Baltimore, chłopak ruszył w dalszą drogę z zakupami przekazanymi przez kogoś dla nowego bossa: pełne torby wędlin, kartony z mięsem, ogórkami, kaszą, grochem, herbaty, wory z proszkami do prania. Samochód uginał się pod ciężarem żarcia… sam zaś dla siebie wiózł reklamówkę z wałówką na pierwsze dwa dni i nic poza tym.

promNa miejscu w porcie czekał dziwny łysy mężczyzna, z zadowoleniem odebrał towar, po czym zawiózł do wynajętego pokoju-schowka z dostępem do kuchenki elektrycznej, toalety i prysznica. Na drugi dzień pojechał do firmy. Zobaczył warsztat „widmo”. Rupieciarnia przerobiona ze stodoły bez toalety, wody pitnej, jakiejkolwiek wody.

warsztaty2 Przetarł oczy, czy dobrze widzi. Szok. Szybko okazało się, że wszystko było nielegalne: rzekomy warsztat bez rejestracji, bez pozwolenia na działalność, praca na czarno, na odludziu, gdzie co jakiś czas pojawiał się policyjny wóz. Zrozumiał, że został wmanewrowany w jakieś wielkie świństwo. Mimo to pracował, by przynajmniej odrobić poniesione straty. Po pięciu dniach poprosił o zapłatę. Otrzymał z wielką łaską, niewiele z zarobionych pieniędzy,
ale wystarczyło prawie na styk,
by „dać dyla” z tego miejsca.

warsztaty1A nie było łatwo, wykorzystał jednak moment, że boss na krótko opuścił Norwegię promem, to pozwoliło mu zwinąć manatki i ruszyć w drogę powrotną. Oczywiście powiadomił bossa o rezygnacji i powodach, domagał się reszty zapłaty, ale już nic nie dostał. Uciekł. W tym samym czasie obaj znajdowali się na promie, z tą różnicą, że każdy płynął w przeciwnym kierunku.

Na ostatnich kroplach paliwa dotarł do domu. Stracił dużo kasy, niepotrzebnie wydał na przelot z Baltimore, wyjazd do Norwegii tam i z powrotem.

Ale… Być może ocalił życie, nie wiadomo przecież, jak potoczyły by się losy, gdyby został, gdyby pojawił się groźny boss, który jak się okazało, zajmował się handlem alkoholem, prowadził dziwne interesy, był pod obserwacją policji.

No cóż, nasz pechowiec otrzymał przyspieszoną lekcję pokory i miejmy nadzieję, że nim znowu podejmie jakąś decyzję, pójdzie jednak po rozum do głowy. Za łatwo uwierzył, zwłaszcza koledze, który przecież miał dobre intencje. Jak się potem okazało, także kolega nie wiedział, że to było pośrednictwo przez piątą czy szóstą osobę. Tak to jest, że jeden drugiemu coś poleca, choć sam dokładnie nie wie, co… Coś tam się usłyszy, weźmie szybko informację, nic nie sprawdzi, zaufa i ryzykuje się w ciemno.

Najgorsze jest jednak to, że człowiek myślał, że los się do niego uśmiechnął. Tak, tak los uśmiechnął się… ironicznie, przy okazji drwiąc sobie z jego naiwności!

praca w norwegii

Małpy

Ewa Maria Slaska

Przywołała je Powsinoga we wpisie o japońskich kotach w Nikko, trzy słynne azjatyckie małpki, jedna nie widzi, druga nie słyszy, trzecia nie mówi. Według Kopalińskiego symbolizują one “mądrość zapewniającą spokojne życie”.

Nikko-monkeysthreeHidari Jingoro (około 1596-1644) wykonał tę rzeźbę dla kompleksu świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa w Nikko. Jego proste rzeźby (najsłyniejszy to Nemuri neko – śpiący kot, o którym pisała Powsinoga), zdecydowanie inne od  rozbuchanej, kapiącej od złota stylistyki epoki Edo, ustanowiły w Japonii nową epokę artystyczną.

Już wtedy, w maju, gdy Powsinoga pisała dla nas o nemuri neko, wiedziałam, że te małpki będą musiały jeszcze wrócić, bo prędzej czy później sięgnę przecież po temat małp w sztuce. Zacznijmy od Berlina.

Anna Krenz, Monkey and Jacek as African King, 2008
acryl on canvas
from “Monkeys” series

affe_1_krenz_jacek_africanKing_krenz_150Poniżej: Zygmunt Menkes, Autoportret z małpką
reprodukcja nadesłana przez Marynę Over

Ciekawe, że na obrazie małpka zachowuje się poważniej niż jej właściciel.

Zygmunt Menkes autoportret-z-malpka

Istnieje też namalowany przez Menkesa Autoportret z sową, 1930, zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie

mpw816Maryna Over wie wszystko o wszystkich artystach polskich i prawie wszystko o prawie wszystkich artystach światowych. Zawstydza tym każdego, oczywiście również mnie. Gdy przysłała mi na Facebooka ten obraz, zawstydziłam się więc, nie po raz pierwszy zresztą, bo nigdy nie słyszałam o Zygmuncie Menkesie, a tymczasem… Zresztą sami sobie poczytajcie, co Maryna o nim pisze. TU. Na potrzeby wpisu niech nam wystarczy, że żył w latach 1896-1986, urodził się we Lwowie, zmarł w Riverdale koło Nowego Jorku, był polskim malarzem i rzeźbiarzem pochodzenia żydowskiego i większość życia spędził za granicą, a gdy zmarł, jego prochy zostały rozsypane nad Izraelem.

***

Tę średniowieczną małpkę francuską, która pociesza psa, też przysłała mi Maryna Over.

malpy France1412 - 1415To fragment miniatury przedstawiającej Jana bez Trwogi. Władca planuje właśnie zamach na wuja, Ludwika Orleańskiego, sprawującego regencję w imieniu nieobliczalnego króla Karola Szalonego. Zamach się udał, a Jan poprosił doktorów Sorbony o oświadczenie, że Ludwika trzeba było zabić, bo był tyranem. Zaświadczenie niewiele mu pomogło, w kilka lat później, 10 września 1419 roku na moście w Montereau książę został zabity przez dworaka zamordowanego tyrana. Książę spotkał się na moście z delfinem Karolem, by po raz drugi potwierdzić chęć zawarcia pokoju. Jan rządził już Paryżem, od lat trwała wojna Anglii z Francją, znana potem jako wojna stuletnia (1337-1453), spotkanie na moście mogło było obrócić losy Europy. Tak się nie stało.
Pewien mnich miał ponoć wskazać na dziurę w głowie księcia Jana i powiedzieć, że “to jest właśnie dziura, przez którą Anglicy weszli do Paryża”.
Jan bez Trwogi nie żył, Karol w trzy lata później został królem, a Anglicy w roku 1431 spalili Joannę d’Arc.

copie_85W tym kontekście pies i małpka są zapewne zwierzętami symbolicznymi. Nasz niezastąpiony Kopaliński twierdzi, że w sztuce średniowiecznej pies oznacza “kuszenie do złego, zawiść, gniew; wierność i wiara; biały pies zwykle przedstawia dobro i pobożność osoby, przy której nogach się pojawia”, czyli obraz ma przedstawiać to samo, o czym zaświadczać miał certyfikat uczonych doktorów z Sorbony – niewinność człowieka, który zabił tyrana. Ale jest przecież i owa małpa, która “w chrześcijańskiej literaturze i sztuce (…) jest przeważnie emblematem grzechu, występku, upadku duchowego, chytrości, chciwości, chuci, złości, gnuśności,  ślepoty duchowej.”

Oj!

 

Droga do Santiago de Compostela. Rozmyślania

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze piątek, 14 września / sobota 15 września

Wieczorem spotykam przed kościołem dwie Polki. Z daleka zwracają uwagę, bo jedna z nich ciągnie za sobą walizkę na kółkach. Zadają mi pytanie o duchowe przeżycia w drodze. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie mam żadnych, że idę i jestem zmęczona, ale że może jest to stan “jeszcze nie” – jeszcze nie mam duchowych przeżyć. Wtedy jedna z nich mówi, że one też się na to skarżą (a czy ja się skarżyłam!?), ale zapewne wynika to z faktu, że źle się przygotowały, bo powinny były więcej czasu poświęcić czytaniu Pisma Świętego i zabrać ze sobą Biblię, a nie tylko kserokopię. Patrzę na nie z otwartą buzią i nic nie rozumiem. Bo dlaczego kserokopia jest gorsza od Pisma Świętego? Dlaczego trzeba było więcej czytać przed drogą? Czy wtedy by się więcej rozmyślało o sprawach Ducha? Nasze rozważania rozmijają się całkowicie. Mnie chodzi o własną myśl, im o lepsze rozumienie Biblii. Moje rozmyślania sprowadzają się do drogi i do tego, jak łatwa stała się pielgrzymka, myślę o pielgrzymkach autobusowych i o tych ludziach, którzy stracili życie gdzieś pod Grenoble. Dziś to już zamierzchła przeszłość, ale wtedy prasa mnóstwo o tym  pisała, bo to był wstrząsający wypadek. Dziennikarz jednej z gazet napisał wówczas, że w pielgrzymce obowiązuje już to samo, co w całym życiu – więcej, szybciej, taniej. Tymczasem w książce o najniezwyklejszych metodach uzdrawiania, w tym poprzez pielgrzymkę, przeczytałam, że jeżeli pielgrzymka w ogóle może w czymś pomóc – uleczyć, rozwiązać problem, udzielić porady – to tylko wtedy, kiedy jest trudna, i że przede wszystkim liczy się wysiłek.

Po mszy ksiądz udziela błogosławieństwa pielgrzymom. Mówi o trzech wielkich celach pielgrzymkowych Europy – Jerozolima, Rzym, Santiago. Byłam wszędzie, ale tylko Santiago to pielgrzymka, Rzym i Jerozolima to były zaledwie wycieczki. Za łatwe, za szybkie, choć w przypadku Jerozolimy na pewno nie za tanie. Ale też niczego od tych miejsc nie chciałam, chciałam je po prostu zobaczyć. Teraz, po raz pierwszy w życiu, podjęłam wysiłek i jeszcze za niego płacę. Nie w drodze, bo w drodze jest tanio, śpimy za grosze, jemy byle co, pijemy głównie wodę, ale przedtem, gdy trzeba kupić wyposażenie, książki, bilety.

Oczywiście niosę ze sobą problem, który wymaga rozwiązania i kamień za grzechy. Kamień nie jest wielki, ale też mój grzech chyba nie jest taki strasznie wielki. W średniowieczu mój problem wymagałby może ogromnego głazu, ale dziś… Cosi fan tutte.

Montes_de_Oca_Heidekraut

Źle spałam, ale wychodzę na czas i przez pierwsze półtorej godziny idę jak maszyna do chodzenia. W Villafranca w połowie drogi zakupy, bo w Belorado kierownik hostelu uprzedzał, że w Ortega nie ma nic, a potem jest niedziela i nigdzie nie ma nic. Pewnie nie warto się było tym przejmować, bo w Ortega rzeczywiście nie ma sklepu, ale jednak jest knajpa, mogłam więc nie dźwigać bułek pod górę. A zaraz za Villafranca zaczyna się góra i jest dość ciężka, co oznacza, że jest ciężko, ale można wytrzymać. Podejście jest jednak dość łagodne, a widoki i tzw. okoliczności przyrody cudowne. Przechodzimy przez pasmo wysokich kopulastych gór, porośniętych dębowymi lasami. U stóp dębów gęsty las paproci, a na obrzeżach drogi niekończące się wstęgi ciemnofioletowego wrzosu.

800px-San_Lorenzo_desde_El_hombre

Dochodzę na szczyt góry, przebieram się, bo rano było zimno, a teraz już pali słońce. Ruszam w dół, przede mną 9 kilometrów do celu, bez żadnej góry pod drodze. Wydawałoby się – luzik. Ale nic nie jest takie, jak się nam wydaje. Te 9 kilometrów to dotąd najgorszy odcinek całej wędrówki. 9 kilometrów przez rozpalony las sosnowy, niski, a więc taki, który nie daje cienia, piaszczysto-kamienną drogą. 9 kilometrów, wciąż tak samo, piach, upał, droga, las sosnowy, piach, upał, las sosnowy. Tracę poczucie rzeczywistości, ta droga trwa, i trwa, i trwa, i nawet nie mam kryzysu zmęczeniowego, ale po prostu nie daje się wytrzymać tej monotonii.
Trudną sobie wybrałam drogę do oświecenia, ale po kilku dniach wiem wreszcie, czego właściwie chcę. Niezależności od uczuć innych. Chcę przejść od życia z innymi do życia ze sobą. Nie chcę być eremitką, to nie, ale chcę być niezależna.

monotoniaNa drodze ktoś ułożył pomnik z butów. Jeden zieje paszczą oderwanej podeszwy.

Wreszcie wychodzimy z tego upiornego lasu. W oddali kościół w St. Juan de Ortega. Wszyscy przyspieszamy i niemal biegniemy przed siebie. Jest jeszcze gorącej niż w lesie, ale jest coś i to coś dodaje skrzydeł.

juanortegaWioska składa się z kilku domów, kościoła i klasztoru i ogromnego placu. W przybudówce kościelnej schronisko, jakieś prywatne pomieszczenia i bar, najwyraźniej nowy, bo nie ma go na mojej mądrej kartce, no i hospitalero w Belorado nic o nim nie wiedział. Bar jest pełen, ale są to jacyś dziwni ludzie. Na pewno nie mieszkańcy i na pewno nie było ich w drodze, i tacy są głośni. Dobrze, że kupiłam te bułki w Villafranca.

Rozpakowałam się, umyłam, zapłaciłam za nocleg w schronisku, siedzę na ławce i myślę. Najpierw rzeczy najprostsze, OK, hostel prymitywny, nie ma kuchni, brzydkie betonowe łazienki z rurami strzelającymi na odległość lodowatą wodą, nie ma gdzie prać, ale nie to jest w tym miejscu najgorsze.  Jest tu coś obcego, odstręczającego.

Idę do kościoła. Zimno, pusto. Grób świętego Jana, mnicha, opiekuna pielgrzymów, tak jak Dominik. Wykuta w skale krypta, ciemna, zimna, ponura. Uświadamiam sobie, po raz pierwszy, że jestem w Hiszpanii, że to tu narodziła się inkwizycja i że obowiązki inkwizytorów wypełniali Dominikanie. Wiem, jestem niesprawiedliwa,  św. Dominik z Calzady i św. Jan Ortega nie byli inkwizytorami, ale myśl raz puszczona w ruch, nie może się zatrzymać. Ciemny pachnący wilgocią loch już mi się z niczym innym nie może skojarzyć, bo moja podświadomość już mu na swoją modłę zbudowała synapsy. Trzęsę się z zimna i strachu.

Na placu pojawia się wędrowiec w szacie pielgrzyma, nawiedzony jak hinduski sadhu. Towarzyszy mu śliczna chuda dziewczyna w rajstopach. Przechodzą koło mnie i chyba wcale mnie nie widzą. Idą dalej. I nagle czuję, że nie chcę tu nocować, tylko że też chcę iść dalej.

Pakuję plecak i idę.

 

Droga do Santiago. Belorado

Ewa Maria Slaska

Piątek, 14 września, Rosh Hashana

Wstałam dopiero o 6.30, wychodzę więc dobrze po 7. Po drodze miasteczko Grañón, gdzie można wypić kawę. Czarna nazywa się cafe solo i tak trzeba zamawiać, cafe nero nic im nie mówi. A duża to cafe solo grande.

Belorado-StoercheGniazda bocianie na kościołach. Bieluń dziędzierzawa w polu fasoli. Dziurawiec, bardzo dorodny. Czarny bez. Narkotyczna droga, jadalna droga. Pajęczyny jak z obrazka. Czarne pola słoneczników. Owce i psy. Jaszczurki, myszy, skowronki. Pada deszczyk, bardzo drobny, jak z piosenki. Niemal nie moczy, ale jednak na pierwszym postoju owijam plecak peleryną.

Wytrwałość. Nikt na drodze nie jest silny, jesteśmy tylko wytrwali. Idziemy, jakbyśmy obierali worek kartofli. Jak się obiera worek kartofli? Po kolei.

Niebezpieczeństwa, których już nie ma. Kiedyś pielgrzymka do świętego Jakuba była równa śmierci, a w każdym razie mogła być równa śmierci. W miasteczku Azofra, które wczoraj minęłam, znalazłam napis, że było to miejsce zawsze przyjazne pielgrzymom – założono tu dla nich szpital i cmentarz. Dziś Camino de Santiago to droga szybkiego ruchu nr 120. Czasem trzeba iść poboczem, a wielkie ciężarówki podmuchami niemal zwalają cię do rowu. Ale ten podmuch jest też… ożywczy.

castildelgadoWioski. Ta, gdzie siedzę i piszę, to warowny kasztel i tak się też nazywa, co odkrywam, jak już ją opuszczam. Castildelgado. Kasztel Biskupa Franciszka Delgado. Tu się urodził w XVI wieku i był tak ważny (brał udział w Soborze Trydenckim), że na jego cześć zmieniono nazwę miejscowości, która do XIX wieku nazywała się Villaypún.

Najgorsze są ostatnie kilometry. Myślałam, że wyzionę ducha, mimo że było chłodno, lekko mżyło, słońce nie paliło, nie było wichru, ulewy, upału ani góry do pokonania. Tylko zmęczenie wędrówką. Podobno przechodzi po jakimś czasie. Ale w czym się liczy ten czas? W kilometrach? W wysiłku? W dniach, które mamy za sobą? Czy po prostu będzie zawsze i co dzień? Zawsze i co dzień pod koniec wędrówki będę miała poczucie, że wyzionę ducha? Jak dotąd nie poddaję się zmęczeniu, idę dalej, obieram po kolei kilometry kartofli, ale może trzeba inaczej, usiąść, położyć się, odpocząć, przespać? Zwłaszcza, że mam dobre tempo. Dziś trasa wynosiła 22 kilometry i doszłam przed czasem. Usiadłam obok kilku innych osób pod murem kościoła, żeby poczekać do 13, kiedy otworzą schronisko.

beloradoMieszkamy w kościele benedyktynów z XVI a może z XVII wieku. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać. Już się wykąpałam, wypiłam herbatę, wypaliłam papierosa. skarpetkiNa dużym palcu u prawej nogi zrobił mi się maleńki bąbel. Pierwszy w trasie i, jak się potem okaże, jedyny. Mam dobre buty i wspaniałe skarpetki trekkingowe, takie, które trzeba kupować osobiście, przychodząc do sklepu z butami. Skarpety są na lewą i prawą stopę. Pod skarpetą nosi się jeszcze cieniutkie skarpetki i te muszą idealnie przylegać do stopy. Wielkich skarpet nie pierze się w ogóle, cienkie pierze się codziennie. I nie należy kupować chińskiego badziewia.calcetin

Po drodze zmierzyłam sobie czas. Gdy idę w równym tempie, w sprzyjających warunkach, robię 6 kilometrów na godzinę. Ale taka szybkość i tak daje średnią na trasie 4 kilometry na godzinę, bo traci się przecież te wszystkie minuty na wypicie wody i zbieranie jeżyn, i te kwadranse na kawę, siusiu i jedzenie, no i są te góry, kiedy się człowiek wlecze wolniej niż żółw. Jaką mam wtedy szybkość? Dwa kilometry na godzinę? Czasem wydaje mi się, że stoję, a góra nigdy się nie skończy. Ale to nieprawda, bo każda góra kiedyś się skończy, wiem, bo widać nad nią niebo. Gdyby się nie kończyła, miałabym przed nosem ścianę i nic więcej. No i oczywiście wlokę się, ale się wlokę, bo jakbym się nie wlokła, to bym nigdzie nie dotarła, mam więc przecież jakąś minimalną prędkość. No i tak mija przedpołudnie. Zużyłam 5 godzin na 22 kilometry i raz miałam kryzys. A co będzie, jak kryzys dopadnie mnie, gdy droga będzie szła pod górę? Będzie szła. Ona tak, a ja nie. Co wtedy zrobię? Jutro 24 kilometry i dwie wielkie góry.

Po południu wchodzę jeszcze na górę, która wznosi się dokładnie nad “naszym” kościołem, gdzie znajdują się ruiny małego zamku. Spotykam tam Tanię, Rosjankę, która od 18 lat mieszka w USA. Liczę na palacach i ostrożnie mówię, że był to rok, kiedy w ZSRR nagle wielu Żydom wydano zezwolenia wyjazdu. Wiem, bo pracowałam wtedy jako opiekunka w schronisku dla takich właśnie uciekinierów w Berlinie. “Mój mąż był Żydem”, mówi Tania. Aha. “Mazel tov, najlepszego. Dziś jest Rosh Hashana, żydowski Nowy Rok. Powinnyśmy jeść jabłka z miodem, i zwierzęce głowy, i świeże figi”. Ale furda jabłka i głowy! Mazel tov!

Rzuciłam pytanie

Najpierw w rubryce “Myśli dnia”, a potem na Facebooku. Okazało się istotne, postanowiłam je więc przenieść do wpisów.

Ile razy pójdzie się w Berlinie do muzeum lub na wystawę, słyszy się naokoło głównie język polski. Niekiedy na wystawie są SAMI Polacy. Czy nie znaczy to przypadkiem, że muzea powinny wprowadzić podpisy i opisy po polsku? Tylko proszę – porządnie przetłumaczone, a nie wrzucone do google’a!

Pergamonmuseum_FrontPytanie dostało jednego szerka, wiele lajków i wiele komenarzy:

Krzysztof Ruchniewicz: Pani Ewo, zgadzam się z Panią całkowicie. Ostatnio w Berlinie obejrzałem wystawę o I wojnie światowej. Wystawa b. dobrze zrobiona. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji po polsku. Wiele lat temu w tym samym muzeum pokazywano podobną wystawę. Zadbano o materiały po polsku dla nauczycieli i uczniów. Tu dochodzimy do sedna sprawy: kto ma się tym zająć? Nie sprawdziłem, być może audiguide jest po polsku… Może innym wyjściem byłoby zatrudnienie polskich studentów do oprowadzania polskich grup? Tylu ich studiuje w Berlinie, kilka euro do stypendium może się przydać…

Kasia Krenz: Niechby chociaż było po angielsku i francusku, już byłoby nam łatwiej się poruszać.

Michael Weintraub: Próbowaliśmy, jeszcze jako Polska Rada w Niemczech – nix…

Krzysztof Ruchniewicz: Wystawa o I wojnie światowej jest i po niemiecku, i angielsku…

Iga Bolechowska: nie wyda, bo skoro polski, to dlaczego nie francuski czy hiszpanski… W większości istnieją napisy po angielsku, i mam wrazenie, że “ci” Polacy calkiem nieźle znaja angielski

Krzysztof Ruchniewicz: Myślę, że z wystawami czasowymi może być faktycznie problem. W przypadku wystaw stałych jest inaczej. Jeśli nie katalog po polsku, to przynajmniej podstawowe informacje o wystawie na stronie internetowej… Jeden dwa teksty pogłębiające temat też nie zaszkodzą. Mogę wskazać kilka przykładów, że takie podejście jest możliwe. Ostatnio pisałem o wystawie poświęconej losom przedstawicieli Polonii po 1939 r. http://krzysztofruchniewicz.eu/polska-mniejszosc-w…/ Katalog ukazal sie po polsku i niemiecku…


Ewa Maria Slaska
: No tak, ale chodzi o prostą, rzekłabym – merkantylną, zasadę. Francuzi czy Hiszpanie nie chodzą do muzeów w Berlinie, chyba nigdy żadnego nie spotkałam. Trudno się dziwić – sami mają lepsze. Co do angielskiego, to powiem szczerze, że zawsze sprawdzam jakość tłumaczenia na angielski i na wystawie o Schlüterze były rażące błędy. Jeśli mielibyśmy rozpatrywać rzecz pod kątem demokratyczno-poprawnej sprawiedliwości, to na pewno by się okazało, że trzeba by robić napisy w 189 językach różnych nacji mieszkających w Berlinie. Ale jeśli pominiemy zasady poprawności, to Polacy chodzą do Muzeów i nie są to (tylko) mieszkańcy, ale przede wszystkim – przyjezdni.

Piotr Olszówka: zbiory drezdeńskie mają polski audioguide (tłumaczyłem i współnagrałem, poddaję się krytyce), wiele berlińskich zbiorów stałych nie ma, np. “mój” Bauhaus Archiv – może napisz (prosto do Annemarie Jeaeggi, mi nie wypada) jako oburzona Polka, że mają w ośmiu (chyba) językach, a po polsku nie? Chętnie to dla nich zrobię. 🙂 Masz niestety wiele racji żywnościowych.

Anna Nacher: skoro są po rosyjsku, to dlaczego nie da się po polsku? to samo zresztą dotyczy muzeów paryskich.

Piotr Olszówka: poważnie: z Polakami, którzy chodzą do muzeów jest pewien kłopot: znają fantastycznie angielski i/lub niemiecki i się nie upominają o “swoje” 🙂

Ewa Maria Slaska: Bym się z przedmówcą szanownym nie zgodziła. Oczywiście, są tacy, którzy znają fantastycznie angielski, niemiecki i francuski, i nawet rosyjskim (jeszcze) władają, ale są jednak i tacy, którzy tych języków “nie posiadają”. Zdarza mi się bardzo często obserwować wianuszek osób, które zbierają się wokół mnie, gdy w muzeum opowiadam po polsku o tym, co akurat oglądamy. I to niezależnie od tego, czy opowiadam to profesjonalnie grupie, którą oprowadzam, czy nieprofesjonalnie Cioci Kici i kuzynce Bietce.

Piotr Olszówka: Dakordeon, pozdrowienia dla Kici i Bietki (czyż one nie były Szwedki?)

Ewa Maria Slaska: Wiecie co, na FB wszystko znika. Napiszcie (Wy, inni, ci, co jeszcze nie napisali, a tylko dali lajki i szerki, lub i nie dali), co Wam serce dyktuje, a ja zrobię z tego wpis na środę, a potem wyślemy linka dalej i tak to może zaczniemy, mówiąc uczenie i nowocześnie, jakąś kampanię społecznościową.

Roman Brodowski: Masz rację. Z tym problemem spotkałem się kilkakrotnie podczas pobytów z moimi przyjaciółmi z Polski.
Poza „Pergamonem” – gdzie można otrzymać garść podstawowych informacji dotyczących wystawy, wszędzie muszę „pracować” za tłumacza.
Spotkałem się z tym, że i na polskich wystawach brak jest opisów w naszym języku. Szkoda. Chociaż wydaje mi się, że umieszczenie informacji po Polsku w Muzeach i na wystawach tu, w Niemczech, jest walką z wiatrakami, to jednak jako wielka Diaspora w tym kraju, powinniśmy dbać o to, żeby to co nas dotyczy, było jednak opisywane w naszym języku, zwłaszcza tam gdzie sami coś organizujemy

Pozdrawiam Cię cieplutko

Dzieweczka z Abisynii

Tomasz Fetzki

Machbuba

Opowieść ta, jak i poprzednie, nosić miała podtytuł „reportaż poetyzujący”, ale nie nosi. Słowo Machbuba mieści w sobie już tyle poezji i nostalgii, że jakikolwiek dodatek byłby niestosowny, płodziłby tautologie, pleonazmy i takie tam różne. Ale historię naszą snuć możemy poetycko, czemu nie? Zacznijmy chociażby balladą:

Ktokolwiek będziesz w przygranicznej stronie
W równiny bezkresne Łużyc
Wjechawszy, ucisz mechaniczne konie
Aby się w Parku zanurzyć

Ten Park wielką literą zapisano, bo taki park, to jest… Park! Mużakowski, rzecz jasna. Kraina Zielonego Księcia, Hermanna von Püeckler-Muskau. Pana na łużyckim Mużakowie i Rogeńcu (które z czasem zaczęto zwać Muskau i Branitz). Fürst Hermann zapisał się w pamięci współczesnych krańcowo odmiennie. Dla jednych był miłośnikiem wolności i koneserem piękna zaklętego w różnych postaciach: kobiet i przyrody. Inni mieli go za wichrzyciela i libertyna, a przy tym nieuleczalnego kobieciarza i utracjusza, który fortunę utopił w fanaberii zielonego królestwa. Gdzie leży prawda? Nie pośrodku, tylko tam, gdzie leży. A gdzie to jest? Na takie pytanie Viator nie odpowie: dlaczego innym miałoby być łatwiej? Czemu sam ma rozsupływać nierozstrzygalne dylematy?
Niespiesznie przemierza Viator parkowe alejki. I jedynie siłą woli powstrzymuje się, by nie popłynąć na falach dygresji, hen w dal! Bo o Parku Mużakowskim, tak bliskim swemu sercu, mógłby opowiadać godzinami. A przecież nie po to tu przybył. Zresztą, Park stał się ostatnio niezwykle modny: kto chce się czegoś o dziele księcia Pücklera dowiedzieć, sięgnąć może do „wielkiej sieci”, w której stron odnośnych bez liku. Kiedyś, dziesięć lat temu, gdy wędrowiec odkrywał to miejsce, ciężko było zdobyć jakąkolwiek wiadomość. Ale dziś? Nie chce się przeto Viator naprzykrzać tym właśnie tematem, dysponuje pełną garścią innych. Lecz jeśli czytelnicy mają życzenie zobaczyć Park jego oczyma, wystarczy jedno słowo…

SAMSUNG DIGITAL CAMERANowy Zamek w Parku Mużakowskim.
Tak naprawdę ani „nowy”, ani „zamek”, ale… precz z dygresjami!

Mija Viator bajeczne mosty i wiadukty wkomponowane w parkowe wąwozy, ale je ignoruje. Przechodzi obok imponującej książęcej rezydencji, lecz zaledwie zaszczyca ją spojrzeniem: nie jej dzisiaj poświęci uwagę! W pośpiechu, en passant, podziwia liczne pomnikowe okazy drzew: tubylczych i sprowadzonych z dalekich krajów. Niektóre bez problemów zaadaptowały się i wyrosły potężnie. Ale jedna, tajemnicza roślinka, która wzeszła i rozkwitła w promieniach słońca Maghrebu, przesadzona tutaj, na łużyckie piaski, zwiędła i zmarniała. O niej chciałby opowiedzieć Viator.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADwaj imigranci z dalekiej Ameryki Północnej: na pierwszym planie kanadyjski platan, w tyle cypryśnik błotny z bagien Luizjany. W Muskau, jak widać, radzą sobie świetnie, przeto ostawmy ich w pokoju.

Po chwalebnym udziale w wojnach napoleońskich dwudziestodziewięcioletni rotmistrz, hrabia Hermann (księciem zostanie za osiem lat) wyruszył roku pańskiego 1814 w podróż do Anglii. Wrócił zafascynowany wyspiarską sztuką komponowania ogrodów i zapragnął w swej rodowej siedzibie nad Nysą Łużycką stworzyć wielki park krajobrazowy. À l’Anglaise, oczywiście! Bez zwłoki zabrał się do pracy. I zanim nadszedł znamienny dla naszej opowieści moment, niemałą fortunę utopił był hrabia w tym przedsięwzięciu. Zdążył ożenić się i rozwieść pro forma (gdyż z byłą żoną wciąż łączyły go przyjaźń i wspólny cel), jedynie po to, by zapolować na nowy posag; bez sukcesu, prawdę mówiąc. Zdążył jeszcze raz odwiedzić Albion, zgłębiając wiedzę o architekturze krajobrazu. I już wiedział, że musi, po prostu musi, na własne oczy przekonać się, czego dokonali w tym zakresie mieszkańcy Bliskiego Wschodu, spadkobiercy królowej Semiramis. Dlatego Fürst (tak, teraz już bez wątpienia tytułem książęcym się pieczętujący) Hermann von Püeckler wyruszył w roku 1834 na wielką wyprawę po krajach Orientu. Był w Algierii, Tunezji i Grecji. Przemierzył Egipt (aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być” – precz z dygresjami!), Sudan, Palestynę oraz Syrię. Odwiedził Azję Mniejszą i pokłonił się zabytkom złotego Konstantynopola, zanim via Wiedeń powrócił do domu.

machbuba (3)Orient oczarował Księcia bez reszty.

Powrócił, ale nie sam. Orszak Księcia poprzedzała plotka stugębna, przepowiadająca skandal i wieszcząca zgorszenie. A jego przyczyną była drobna, krucha, młodziutka dziewczynka, która niewiele rozumiała z tego, co się wokół niej dzieje. A już o tym, że jest przyczyną afery niemal międzynarodowej, pewnie pojęcia nie miała! Bo i skąd mogłaby mieć?
Kim była, co się z nią działo, zanim trafiła, na swoje nieszczęście, do kronik i annałów? Pochodziła najpewniej z pogranicza Sudanu i Abisynii (jak wówczas zwano Etiopię). Wspomnienia świadków wydarzeń, jedyny zachowany portret oraz maska pośmiertna świadczą, iż wśród jej przodków musieli znajdować się zarówno Afrykanie subsaharyjscy, jak i Arabowie: nie była czarna, ale miała smagłą cerę i twarz o rysach wyraźnie negroidalnych, twarz piękną subtelnym urokiem.
Prawdopodobnie była zwykłym dzieckiem, porwanym przez łowców niewolników podczas jednej z ich licznych wypraw. Ale wokół małej Abisynki zrodziło się mnóstwo legend. Jedna z nich mówi, że w jej żyłach krew płynęła książęca i że trafiła w ręce handlarzy żywym towarem w wyniku plemiennych walk o władzę, po śmierci ojca i dwóch starszych braci, zabitych na jej oczach. Być może tę bajeczkę wymyślił sprzedawca na targu niewolników, chcąc podbić cenę dziewczynki. Ale możliwe również, iż rzewną historyjkę stworzył sam książę Pückler, któremu z pewnych względów (jeszcze o nich wspomnimy) zależało na jej „nobilitacji”. Z czasem ten i ów zaczął nawet sugerować, że mała Afrykanka pochodziła z rodu, który wydał egipskich monarchów. Tu jednak źródło plotki jest dość oczywiste: gdy w roku 1929 król Fuad I planował trasę oficjalnej podróży po Niemczech, zażyczył sobie nieoczekiwanie wizyty w prowincjonalnym Muskau. Szeptano więc, że chce nawiedzić grób dalekiej krewnej; umknął jednak plotkarzom fakt, że mużakowski pałac należał wówczas do hrabiego von Arnim, niemieckiego dyplomaty w Egipcie, ponadto pradziad króla, Mehmed Ali, pozostawał z księciem von Pückler w zażyłości. Ale legenda ma swą moc i trudno ją tak po prostu „odpoetyzować”.
Nie wiadomo nawet, jak się ta córeczka (bo nie córa przecież) Orientu nazywała. Ponoć Ajiamé, ale czy na pewno? Imię jest zresztą nieistotne. Pochodzenie też nie. Liczy się tylko prawda uczuć. A jakie mogą być uczucia dwunastoletniego dziecka, porwanego od rodziny i bliskich przez brutalnych bandziorów, wywiezionego w nieznane krainy i wystawionego w roku 1837 jako towar na wielkim targu niewolników w Chartumie? Jak się to dziecko mogło czuć, muskane spojrzeniami obleśnych brodaczy w kefijach na głowach?
Mimo młodego wieku dziewczynka naprawdę musiała się prezentować niezwykle. Książę Hermann, koneser przecież nie lada, tak opisał swe wrażenia z pierwszego z nią spotkania: Nie miała na sobie nic prócz pasa z wąskich skórzanych rzemyków. Lecz handlarz niewolników dużą muślinową chustę na nią narzucił. Zdumieliśmy się nad nieskazitelnym w proporcjach ciałem tej dzikuski, z którym się wyrazista twarz o wybitnych rysach łączyła, tak, jak to właśnie lubię. Bez wahania wydał więc Książę 100 talarów, kwotę niebagatelną, aby stać się właścicielem „Czarnej Perełki”. Uznać trzeba, że miała w sumie sporo szczęścia. Mogła trafić do jakiegoś haremu, a harem to zawsze harem, nawet gdy Pan i Władca jest na poziomie – nie prostak. Mogła w głodzie i upale karmić owce i doić wielbłądzice. Tymczasem znalazła się pod rycerską opieką zauroczonego nią dżentelmena i romantyka. Gdyby jeszcze ten romantyk był odważniejszy, bardziej odpowiedzialny i naprawdę wiedział, czego chce! Wtedy może wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej… Może Europa cieplej by przyjęła nieszczęsną Ajiamé?
Póki co, jesteśmy jeszcze w Afryce. Książę i niewolnica podróżują razem brzegami Nilu, a następnie Jordanu. Wspólnie wędrują przez wyżyny Anatolii i wspólnie odwiedzają Stambuł. Hermann wprowadza swą „brankę” (której dla niepoznaki każe nosić strój mameluckiego pacholika) w tajniki europejskiej cywilizacji, uczy ją manier dworskich oraz języków – najszybciej, i to zupełnie biegle, zaczęła się posługiwać językiem włoskim.

machbuba(4)„Czarna Perełka” w stroju chłopięcym.

Dziewczynka, wdzięczna za wyrwanie z łap handlarzy i z pewnością oczarowana takim traktowaniem, zaczyna, jak ktoś trafnie ujął, kochać swojego pana z oddaniem dziecka, a Pückler po raz pierwszy w życiu doznaje bezwarunkowej miłości. I odwzajemnia ją, choć w sposób mało, by tak rzec, ojcowski. Nie spieszmy się wszak z potępieniem księcia! Ten związek miał w sobie na pewno coś perwersyjnego, ale nie w tak drastycznym stopniu, jak ocenilibyśmy to dzisiaj. Pückler kupił ją, dziewczynę dwunastoletnią, a romans rozwijał się przez kilka kolejnych lat, to fakt. Realia były wtedy jednak nieco inne. Przecież matkę księcia, Klementynę von Callenberg, w podobnym wieku wydano za mąż. Syna poczęła, mając lat zaledwie czternaście! I nikt z tego nie robił bynajmniej afery.
Żegnają Konstantynopol i dalej wędrują już przez Europę. Osiągnąwszy Budapeszt wsiadają na statek, który wiezie ich w górę Dunaju. Gdy Książę zapada na cholerę, mała Abisynka z wielkim poświęceniem i doskonałym skutkiem pielęgnuje go podczas choroby. I tak, po kilku latach wędrówki i wielu przygodach, Hermann i Ajiamé przekraczają bramy stolicy Cesarstwa Habsburgów. Dla delikatnego, pustynnego kwiatuszka Wiedeń jest niemal stolicą świata, powoduje zawrót głowy, oszołomienie! Tak to sobie przynajmniej wyobraża Viator, próbując odtworzyć jej uczucia.
Nie wie jeszcze biedna Perełka, nie przeczuwa nawet, że koniec i to smutny, jest już blisko. A nam nie spieszno chyba, by się o tym dowiedziała. Poczekajmy choć tydzień: póki co, niech się dzieweczka cieszy tym, co oferuje jej wielki świat!

Samotny myśliwy 10

Katarzyna Krenz

jesienne mgly 006EFoto Autorka: Poranne mgły

10. Rysunek na piasku

Obraz rozbrzmiewał wiatrem:
fale płaszczyzn i plam barwnych
prowadziły po przekątnej w głąb,
by tam zgodnie uderzyć w struny
wzroku. To był dobry znak, który

mówił mu, że ucieczka z tej bezludnej
wyspy była możliwa. Aby tak się stało,
obraz musiał ożyć. Farba i płótno?
To ziemia, woda i powietrze. Tak było.
I teraz tak musiało być – jak dawniej.

Wyspa to wiedziała, była jak otwarta paleta.
dlatego pozwolił jej stąpać przez sepię
jałowego ugoru. Twarda bruzda
zasychała szybko, utrwalona werniksem z
morskiej soli. Dzięki temu zachowa

na zawsze pamięć kształtu, połączy
ukryty genotyp ziarna i kłącza, popiołu
i kamienia. Nie dopuści do odkształceń
w wyniku jego nieostrożnej decyzji. On
wahał się, lecz mimo to zrobił następny krok.

Chyląc głowę pod niebem z ołowiu,
przeszedł suchą stopą na drugi brzeg
płótna. Nawet jeśli ziemia miałaby
otworzyć krater wulkanu, a morze
zamknąć mu drogę odwrotu – nie cofnął się.

Szedł tam z tęsknoty za dawnym światem,
lecz wiodła go także ciekawość odkrywcy:
zapragnął jako pierwszy dotknąć horyzontu,
przekroczyć ciemną grań samotności. I żyć dalej.

C. / 14.05.2011

Od Lizbony do Lizbony

Uwaga! tekst dozwolony od lat 18!

UEHausRyszard Dąbrowski

Привет,
hallo,

w Berlinie znajduje się “ambasada” UE, w bardzo ekskluzywnym miejscu, naprzeciwko ambasady “ju-es-ej” oraz w kompleksie budynków ambasady francuskiej. Dzisiaj świętowano tam podpisanie umów asocjacyjnych między UE a Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Znajomy załatwił nam tam wstęp.
I co my tam “widzią”, wystawę “hujowych” (stara pisownia) malarzy-pacykarzy z tych państw.
I co my tam “słyszą”, oczywiście wszyscy trzej ambasadorowie na pierwszym miejscu cieszą się na, ich zdaniem, niedługo mające mieć miejsce zniesienie wiz (nasi młodzi bezrobotni gotowi są niewolniczo zapierdalać w krajach UE taniej niż Portugalczycy, Rumuni oraz przybysze z Polski i wtedy mamy ich z głowy), na drugim miejscu cieszą się na ewentualne stypendia dla studentów (prężnych i młodych niezadowolonych intelektualistów lepiej wypierdolić z kraju, niż mieliby siać niepokój) oraz w trzeciej kolejności na zacieśnianie współpracy gospodarczej (wasze firmy, za łapówki, będą mogły opanowywać nasze rynki zbytu – kto da więcej).
Później przedstawiciel niemieckiego rządu pierdolił długo i rozwlekle o tym, że Europa się powiększa i niezadługo własnymi “rencami” będą ją powiększać o Azerbejdżan, Armenię i Białoruś (niezależnie czy tego chcą, czy nie). Później, zapominając o tym, że podobną ideę miał najbardziej znany Austriak, zaczął bredzić o Europie od Lizbony do Władywostoku (bez jaj, takich użył sformułowań).
Tu się, kurwa, pytam, a dlaczego nie zrobić jej na okrągło, od Lizbony do Lizbony?

Później miała miejsce część kulinarna, jakieś udziwnione przystawki, które mnie jako wielbiciela schabowego i bigosu odrzucały już samym wyglądem. G. jako dama (skrzypaczka z powołania oraz intelektualistka i smakoszka z zamiłowania) delektowała się tym badziewiem.
Do popijania było wino gruzińskie (z instrukcją obsługi w trzech językach na nalepce, po angielsku, gruzińsku – ichnimi robaczkami – i po polsku!!!)
Ponadto była też wódka ukraińska (40%), ale już z instrukcją obsługi pisaną jedynie cyrylicą i tylko po ukraińsku.
R. czyli ja, wypił tylko trzy kieliszki tego czerwonego wina (chyba się starzeje – kiedyś byłoby ich nie trzy a trzydzieści).
G., z zawodu budowlaniec, wypiła trzy stakanki tej ukraińskiej wódki – mi ona nie smakowała, wypróbowałem więc tylko jeden mały stakanek.
I tak” intelektualnie” spędziliśmy przedwczorajszy wieczór.

P.S. A w Berlinie teraz duchota i ja sobie popijam kolejne piwo, i sobie siedzę i się biedzę.

Pozdrowienia dla was od nas.
Пока.

Ricccardo i Gracjana

 

Droga do Santiago. Santo Domingo de la Calzada

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 13 września

Trasa do Santo Domingo de la Calzada przez dwie góry i dwa miasteczka. Do pierwszej kawy mamy za sobą już 6 kilometrów. Dobra droga, jeszcze chłodno, prawie po równym – super, oby tak zawsze, ale zawsze tak nie będzie.
Gdy wychodzę jest jeszcze ciemno, dwa razy gubię się w miasteczku i muszę czekać, aż ktoś mi pokaże, gdzie są strzałki.
Po drodze nie wolno myśleć o odległych celach, nawet o dzisiejszym noclegu, nawet o najbliższej przerwie na kawę. O Santiago nie wolno myśleć za żadne skarby świata. Droga to droga i jej się należy nasza uwaga, a myśl liczy się krokami. Krokiem, tym najbliższym. Jak go zrobisz, to może ci się uda zrobić i następny. Jak odwyk alkoholowy. I papierosowy, dodaję po latach, gdy już nie palę. Tylko małe kroki. To one doprowadzą cię do celu.
Dzień był świetny, trasa przeszła szybko, ale też było to zaledwie 21 kilometrów, a nie tak jak wczoraj 28.

sant3Po drodze jakaś kobieta zostawiła przy drodze ubranie – koszulka trykotowa, kolorowe majtki, białe skarpetki – wszystko ułożone w dziewczyńską figurkę.

Dowiedziałam się dziś, że nikt po drodze nie czyści butów, chyba że są oblepione błotem, ale kurz jest czymś normalnym i nie warto z nim walczyć. Wyobrażam sobie, jak się potem wygląda w takich butach na lotnisku w Madrycie.

Dziś jest to hospicjum w klasztorze cystersów z XIII wieku. W miasteczku wszystko jest jak trzeba, średniowiecze, renesans, barok, bar, kafejka internetowa i sklepik, gdzie jakaś kobieta wymienia mi kartę telefoniczną na hiszpańską. Rozmawiamy po hiszpańsku i dochodzę do wniosku, że sprzedawczyni jest geniuszem.
Dziś po raz pierwszy ugotowałam sobie obiad – tortellini z jajkiem i owoce. I kupiłam sobie herbatę w torebkach – trudno, będę nosić.

Nie jestem bardziej zmęczona niż niekiedy, po ciężkim dniu pracy w Berlinie.

sant1Zastanawiam się na duchowymi wartościami Camino i na razie nic nie mogę powiedzieć. Idzie się, idzie, myśli się tylko doraźnie, trochę rozmawiam z ludźmi, ale właściwie niewiele, pewnie dlatego, że świadomie unikam drogi w czyimś towarzystwie. Chcę być sama z moją drogą, moimi myślami i moim zmęczeniem. W moim własnym tempie. Na pewno nie jest najgorsze. Nie wychodzę jako pierwsza ani jako ostatnia, jakoś tak pośrodku. Jak dziś wychodziłam, to jeszcze tak na oko połowa butów stała na regale. A doszłam wczoraj jako 19 a dziś jako 21, co zważywszy, że jest nas na jednym odcinku na drodze około stu osób, nie jest złym osiągiem.

sant2Santo Domingo de la Calzada to miasteczko, gdzie przydarzył się tak zwany kurzy cud i dlatego do dziś w kościele mieszkają kury. Na trasie do Santiago zdarzyło się kilka cudów. Jeden bardzo krwawy. W porównaniu z nim kurzy cud jest piękną średniowieczną bajką.  Pewna niemiecka rodzina pielgrzymów przybyła tu aż z Xanten. Młody pielgrzym spodobał się pięknej córce oberżysty, ale ponieważ odrzucił jej zaloty, panna wymyśliła prostą ale skuteczną zemstę – schowała w jego tobołku srebrny puchar należący do taty. Młodego chłopaka złapano, a ponieważ jego wina była, zdawałoby się, bezsprzeczna, został osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Jego rodzice z ciężkim sercem poszli dalej, a gdy już wracali do domu, z miejsca kaźni zawołał do nich ich syn. Opowiedział im, że wcale nie umarł, bo święty Jakub go podtrzymywał i karmił. Mama i Tata popędzili do sędziego, a był to ten sam człowiek, który skazał ich syna. Pożywiał się był właśnie pieczonymi kurczakami. Na wniosek o uwolnienie chłopaka odpowiedział, że to bajki, a ich syn jest tak samo nieżywy jak te kury na jego talerzu. No i patrzcie państwo, kury ożyły. Chłopaka odcięto z szubienicy, dziewczynę powieszono. A kury do dziś mieszkają w kościele.

Miasteczko nazwano na cześć pobożnego mnicha, który w XII wieku zbudował tu most przez rzekę i szpital dla pielgrzymów.

Zdjęcia zrobił Mietek, pielgrzym spotkany na trasie. Ten który powiedział, że pielgrzymka to nie spacer po ukwieconych łąkach. Jeszcze o nim będzie mowa.