„Podhalem” na Śródziemne (2)

Zbigniew Milewicz tekst2-winieta

Trzeci dzień podróży, niedziela.

W soboty o 22 i w niedziele o 13 czasu Greenwich z kościoła św. Elżbiety w Gdańsku nadawane są na falach krótkich msze święte dla polskich marynarzy i rybaków będących poza krajem. Nabożeństwa te, od czterech lat transmitowane, przez Polskie Radio, stanowią jedyną okazję do wspólnej modlitwy dla wiernych – ludzi morza, rozproszonych po wodach całego świata. Ilu z tej możliwości korzysta? Chyba sam Pan Bóg tylko wie, bo kościołów na każdym statku jest tyle, ilu jest praktykujących katolików. Każdy z nich w czterech ścianach swojej kabiny tworzy własny, odrębny kościół i fakt jego istnienia zachowuje najczęściej dla siebie. Dlatego trudno tutaj o statystykę.

Płyniemy przez Cieśniny Duńskie, morze nadal spokojne. Dopiero za Skagen, kiedy wychodzimy na Morze Północne, zaczyna trochę kołysać. Powoduje to martwa fala, która bierze „Podhale” pod boki i zrazu delikatnie, a później coraz gwałtowniej przegina go w poprzek, raz na lewą, raz na prawą burtę. W poniedziałek po południu siła wiatru wzrasta raptownie do 7, a następnie do 8 stopni w skali Beauforta, co znaczy, że wieje on z szybkością od 17,2 do 20,7 metrów na sekundę. To już jest prawie sztorm. Wcześniej zarządzona przez chiefa pokładowego kontrola sztormowa statku wykazała, że wszystko jest należycie zabezpieczone – beczki z olejem i paliwem między ładowniami powiązane, bulaje na dolnym i głównym pokładzie pozamykane, podobnie jak włazy do ładowni i drzwi magazynków na baku. Tylko skrupulant cieśla – Michał Bussler, którego wiecznie widać krzątającego się przy różnych pracach na pokładzie, raz jeszcze idzie sprawdzić, czy rzeczywiście wszystkie pomieszczenia na dziobie są dostatecznie dobrze uszczelnione przed dostępem wody. Nie podobają mu się tylko kluzy kotwiczne, niezbyt dokładnie przykryte metalowymi pokrywami. Poprawia je i wraca do swojej kabiny, po drodze rozglądając się jeszcze, czy któryś z marynarzy pracujących przy konserwacji pokładu i pokładowych urządzeń, na tzw. dejmance, nie zostawił jakiegoś kawałka łańcucha, stalówki, albo narzędzia pracy, bo porwane przez falę mogłyby narobić dużo szkody. Te czynności sprawdzające należą do obowiązków cieśli Busslera. Inna sprawa, że dobrze zdaje on sobie sprawę z tego, jak silne potrafi być morze, jak bezbronnym wobec niego bywa wówczas statek i człowiek.

statkizbycha (1)Rodzina na nabrzeżu

W dużym sztormie fala potrafi na przykład wyrwać z pokładu stalowy pal polera do obkładania lin, o rozmiarach najgrubszego zderzaka kolejowej cysterny, i cisnąć nim jak pudełkiem zapałek w mostek. U nas na szczęście jeszcze nie jest tak źle, po kilku godzinach sztormowania „Podhale” ma na razie tylko trochę wgnieciony prawy reling na głównym pokładzie. Żywioł napiera na statek od strony dziobu i prawej burty. O 23 kierujący wachtą na mostku III oficer, Ryszard Prusik, wpisuje do dziennika okrętowego: „Podczas wachty silne przechyły boczne statku, fala i bryzgi fal zalewają pokład i pokrywy ładowni”. Żyropilot – „michałek” w takich warunkach zawodzi, trzeba sterować ręcznie. Marynarze Jan Śwityj i Sławomir Eljaszewicz zmieniają się przy sterze co godzinę, podobnie pełnić będą następne wachty ich koledzy. Jeden przy sterze – pilnuje kursu, który podał mu dowódca, drugi „na oku” – przez lornetkę obserwuje morze, czy jakiś statek nie zbliża się do nas od strony dziobu, albo z boku i nie grozi kolizja, zaś oficer to samo sprawdza na ekranie radaru. Wyjątkowo bowiem mroczna jest ta noc. Nie widać dalej niż na 3-3,5 mili i bez sprawnie działającego radaru statek płynąłby przed siebie jak ślepiec. Coraz więcej wolnych miejsc przy stolikach w messie. Sztorm daje się we znaki kolejnym pasażerom, podobno choruje również ktoś z załogi. Radiooficer, Stanisław Sacharuk, wszystkich pociesza, że tylko patrzeć , jak pogoda się poprawi, że takie są aktualne, radiowe prognozy meteorologiczne. Sprawdza się to, co mówi, bo już przed południem morze się trochę uspokaja.

Około 12 kapitan przekazuje mi otrzymaną z Polski za pośrednictwem „Szczecin-Radio” wiadomość, że nagle zmarła moja matka. W tej sytuacji postanawiam przerwać dalszą podróż i wrócić do kraju pierwszym polskim statkiem, który będzie nas mijał na kursie. W praktyce okazuje się to jednak niewykonalne. W godzinach popołudniowych kpt. Rzeczewskiemu, który zapowiada, że zrobi wszystko, co tylko można w mojej sprawie, udaje się wprawdzie przez radiostację znaleźć taki statek, są to „Gliwice II”, ale po rozmowie z kapitanem oznajmia, że niestety nie mogę tam przejść. Przyznaje, że jest już po sztormie, ale morze nadal wzburzone i z tego powodu nie zaryzykuje opuszczenia szalupy. Nie może nakazać swoim ludziom aby przewieźli mnie na inny statek, bo jest odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Poszedłby na podobne ryzyko tylko wówczas, gdyby zachodziła potrzeba ratowania czyjegoś zdrowia lub życia, a przecież w moim przypadku – zaznacza – taka sytuacja nie ma miejsca. Dowiaduję się też, że na pewno dodatkowo zapłaciłbym za powrót „Gliwicami II” do kraju, bo przecież jest to firma zarobkowa a nie dobroczynna.

Ponieważ w cenie biletu na statek mieści się także dostarczanie pasażerom rozrywki, więc cztery dni poźniej „pierwszy po Bogu” wydaje w oficerskiej messie wieczór kapitański z tańcami, na który także i ja otrzymuję zaproszenie. Za taktowność najwyraźniej kapitanowi nie płacą, ale z ciekawości uczestniczę w oficjalnym otwarciu imprezy. Wypełnia je krótka mowa powitalna do pasażerów oraz pokaz kultury towarzyskiej przy tradycyjnej lampce wina, kawie i ciastku. Nazajutrz mój współmieszkaniec, 61-letni pan Staszek z Krakowa, szczegółowo relacjonuje mi część artystyczną wieczoru. Mówi, że się dobrze bawił. Statek jest jak dom. W jednym mieszkaniu jest nieszczęście, w drugim wesoła zabawa, w trzecim, czwartym i dziesiątym nie dzieje się nic szczególnego.

Kiedy człowiekowi, w jego domu na lądzie coś nie odpowiada, to zawsze może z niego wyjść. Na statku, w morzu, jest to niemożliwe i pod tym względem bardziej on przypomina więzienie. To prawda – zamieszkiwane dobrowolnie, bywa, że luksusowe i przyjemne dla oka, ale więzienie. Największą jego dolegliwością jest odcięcie od najbliższych. Pierwszy elektryk Andrzej Czepulowski i jego żona Anna mają wieloletni staż małżeński, ich córeczka Klaudia chodzi już do trzeciej klasy, a Szymon ma sześć lat, jednak dopiero po raz drugi, płyną tak sobie razem.
– Czy to firma nie pozwala zbyt często zabierać żony w rejs? – pytam.
– Raczej życie – odpowiada pan Andrzej. – Owszem armator ma w tych sprawach głos decydujący, bo liczy się opinia jaką pracownik ma w przedsiębiorstwie i to, czy statek, na którym pływa, może przewozić pasażerów. Bywa też, że chętnych na zabranie rodzin w rejs jest zbyt wielu i trzeba swoje odczekać w kolejce. Głównie jednak inne sprawy decydują, że człowiek pływa zwykle w pojedynkę – dom, który żona musi sama prowadzić. Dzieci – albo są zbyt małe, by brać je na morze, aIbo już chodzą do szkoły i nie mogą przerywać nauki. Wreszcie sprawy finansowe, ale to już zupełnie odrębny temat. Pani Ania nie widzi powodu, żeby go przemilczeć. Jako żona członka załogi płaci za każdy dzień pobytu na statku 500 zł, za Klaudię połowę tej sumy. Szymon (sześciolatek) płynie za darmo. Mieszkają oczywiście w kabinie męża. Koszt miesiąca rejsu „Podhalem” wynosi dla nich ponad 20 tysięcy złotych. Jest więc trzykrotnie większy od podstawowej, miesięcznej pensji taty, oficera nawiasem mówiąc.
– Mąż wspomniał o domu i dzieciach – mówi pani Anna. – To zrozumiałe, że wszystkie obowiązki domowe i związane z wychowaniem dzieci spadają na mnie, kiedy mąż jest w morzu… Na początku, w pierwszych latach naszego małżeństwa było mi niełatwa samej radzić sobie z nimi, o wszystkim samodzielnie decydować, ale później jakoś okrzepłam. Do samotności można się przyzwyczaić, co nie znaczy, że się za mężem nie tęskni. Chyba najbardziej jednak tęsknią dzieci. Wprawdzie staram się, aby za bardzo nie odczuwały braku ojca, ale przecież zastąpić go nie potrafię. W zamyśleniu stwierdza, że dziwne jest to ich życie. Nie ma chłopa te dwa-trzy miesiące, później znów jest, taka huśtawka. Pan Andrzej słucha wywodów żony z wyraźnym zadowoleniem, co nie umyka jej uwadze. Aby więc zbić go trochę z tropu, zwierza mi się żartobliwie, że kiedy on schodzi ze statku na urlop, to na początku dom staje się za ciasny. Później jednak znów wszystko biegnie swoim torem – dodaje skwapliwie, widząc, że osiągnęła zamierzony cel.

Jak wygląda taki marynarski urlop? Dla p. Ewy Jasińskiej – żony chiefa pokładowego – pobyt męża w domu oznacza święto. Wtedy zapraszają przyjaciół, chodzą z dziećmi na spacery, do kina, w gości. W tym czasie pani Ewa nie wykonuje w mieszkaniu żadnych cięższych prac, inwestycji, przemeblowań, bo tym zajmuje się, kiedy mąż jest w morzu. Nie obarcza go również żadnymi sprawami z dziedziny tzw. „sztuki załatwiania”, bo przecież nie poradziłby sobie. Pani Ewa podziela tu popularną opinię, że ludzie morza, nawet bardzo dobrzy w swoim rzemiośle, często nie potrafią radzić sobie choćby z najprostszymi problemami życia na lądzie.

Pan Mundek, marynarz pokładowy z „Podhala”, nie przepada specjalnie za życiem towarzyskim. Jest typowym domatorem. Większość czasu na urlopach spędza w kręgu najbliższej rodziny, swoich książek i myśli, które przelewa na papier. Zanim został marynarzem, był nauczycielem i jeszcze paru innych zawodów się imał, ale zawsze ciągnęło go pisanie. Nie nazwałby tego twórczością literacką, są to tylko jego refleksje o życiu, zapisywane w formie chyba najbliższej esejowi. Wiele stron poświęcił życiu na statku i jeżeli chcę – proponuje – to możemy spotkać się kiedyś w Szczecinie i pokaże mi te teksty.

Pan Konrad z maszyny, jest miłośnikiem wędkarstwa, amatorsko pisuje wiersze teksty piosenek, gra na gitarze, śpiewa, którymi to zajęciami można znakomicie wypełnić wolny czas zarówno no na morzu, jak i podczas urlopu na lądzie, pod warunkiem, że człowiek nie ma większych zmartwień. Niestety od kilku lat pan Konrad przeżywa poważne kłopoty rodzinne, związane ze starszym synem. Zaczęło się od wypadku, długo po nim chorował. Później zaimponowało mu towarzystwo szpanującej młodzieży, złapał styl i szkoła, dom przestały się liczyć. Matka robiła, co mogła, żeby wyrwać lekkomyślnego chłopaka z tego kręgu. Podobnie ojciec, ale będąc nim jedynie „z doskoku”, miał praktycznie niewielki wpływ na syna. – Parę miesięcy temu – mówi pan Konrad – wdał się z kolegami w chuligańską rozróbę i teraz ma sankcję prokuratorską. A ja jestem w morzu, nie wiem, jak na bieżąco toczy się sprawa i gryzą mnie różne myśli. Jedno panu powiem, w zawodzie marynarskim nie powinni pracować ludzie, którzy mają żony oraz dzieci – zwłaszcza dorastające. Za rozłąkę z rodziną płaci się bowiem prędzej lub później haracz. To są rodziny w swoisty sposób rozbite, a takie nie mogą być w pełni szczęśliwe.

Żona chiefa pokładowego, która ma jeszcze małe dzieci, póki co nie nastręczające kłopotów wychowawczych, przedstawia mi sprawę rozłąki w rodzinie marynarskiej bardziej optymistycznie. Uważa, że takie przerwy w byciu razem cementują małżeństwo. Nie grozi mu nuda, jak winnych stadłach. Minusem życia z mężem, który pływa jest natomiast to, że nigdy niczego nie można zaplanować. Na przykład – wyjazdu z całą rodziną gdzieś na urlop.

Mam więc dwa różne punkty widzenia tego samego problemu. Fakt, że większość ludzi pracujących na morzu stanowią mężczyźni żonaci i posiadający dzieci, świadczy jednak o tym, że przyjmuje się tu rozłąkę z najbliższą rodziną, z wszelkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, za mniejsze zło od samotności. Na „Podhalu” wszyscy członkowie załogi są żonaci. Najkrótszy staż małżeński posiada Sławek Eljaszewicz – sympatyczny marynarz z pokładu, liczący 23 lata i prawie dwa metry wzrostu, którym zapracował sobie wśród załogi na pseudonim „Maluśki”. Jest świeżo po wojsku, ma rocznego syna Adriana i mimo młodego wieku – bardzo poważny stosunek do życia, który jego zdaniem wynika z twardej szkoły życiowej, jaką otrzymał w Liceum Morskim w Szczecinie. Ma ambicje w miarę szybkiego osiągnięcia wysokiego standardu bytowego. Jego rękojmią w rodzinie marynarskiej – twierdzi – jest dobra żona, a taką właśnie ma, więc wierzy w powodzenie swoich planów.

Ryszard Prusik, III oficer pokładowy, z którym pełni wachty „Maluśki”, przyznaje rację swojemu podkomendnemu: – Dobra żona właściwie zagospodaruje pieniążki, człowiek nie roztrwoni ich na lądzie i przynajmniej jest szansa, że razem dojdą do czegoś. Dlatego większość ludzi naszego fachu żeni się dosyć młodo, aby wcześniej osiągnąć ten cel. Poza tym im człowiek jest starszy, tym mniejsze ma szanse na znalezienie dla siebie odpowiedniej partnerki życiowej. Mówi się później, że „marynarz szuka żony”, a na takie hasło – wiadomo – nie zawsze idą najporządniejsze panie. „Trzeci” uważa, że do mitycznego obrazu marynarza – wolnego ptaka, który ,,w noc się bawi”, rzuca forsą w portowych tawernach i nie dba o jutro, pasuje niewielu. Przeważają rozsądni ciułacze i on chyba też do nich należy. Takie życie.

Z życia poetki

Joanna Szubstarska

Promień niebieski

Ludzkie życie
Ochraniane błoną
Zabliźnia się,
Powoli zrasta
Ze skórą świata
I promieniem niebieskim.
Niekiedy
Lepkie palce obcych
Spragnione tchnienia
Obmacują fragmenty
Połyskującej powłoki ciała.


Mgła

Ciemna moc nie przeniknie
Finezyjnych ruchów mgły,
Nie podrze jej we wzlocie.
Z natury rozproszona,
Co jest oznaką chwiejności,
Mgła ciągnie swój koniec od początku.


Dzień wybucha brzękiem,
powietrze przesuwa pięciolinię nut
między skrzydłami trzmiela.
Pobrzękują perełki wody
we współczującej ciszy,
w krzyżykach dni.
Słuchacze odkrywają nutę losu.


Pranie w deszczu

Rozciągnięta lina
Przewieszone płótno
Ekran lśni bielą.
Parujący od news’ów,
Zużytych pasaży,
Obmyty powtórnie
Wodą z nieba.


Dzień

Obramowanie dnia,
W świergocie ptaków.
Kłębią się opary ranków,
Pierścionki ciepłych obłoków
W południe tulą się do ziemi.
Wieczór zrywa liście
I w porywach chłodu ciska o bruk;
Mokre plamy trotuarów tężeją
Pod okiem księżycowego pyłu,
Ciężki oddech gasi latarnie.


 

Sady Pradziadka i majowe okolice

Andrzej Rejman

Dziś Trzeci Maja, wszędzie widać flagi, dzień podniosły, ale spokojny, majowy. W mieście cisza, wszyscy na majówce, słońce dopisuje, choć dosyć zimnawo, prawdziwa wiosna powoli, trochę nieśmiało zaznacza swą obecność.

Zrobiłem kilka zdjęć.

maj_3maj_2 maj_1***

Wieczór. Ruch duży. Powroty z majówki.

Wciąż 3 maja, refleksja nad Polską, ale bez przesady – żeby nie wpaść w nadmierne rozmyślania. Po prostu – w razie czego – działać.

Trochę tak, jak w dzisiejszych czytaniach: “…nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! …” (1 J 3)

***
No to zobaczmy co działo się kiedyś w maju:

Babcia moja – Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1890-1975) pisze: (zapiski codzienne w “Kalendarzu Marjańskim” 1922-1939, nie publikowane, styl i pisownię zachowuję bez zmian)

maj (1926)

Deszczyk majowy, to jak łzy dziecięce, porosił, popłakał i nie płacze więcej.

12-go – Piłsudski następuje na Warszawę, zamach stanu.

14-go – siedzimy siedem godzin w piwnicy w czasie nawiększej kanonady, brania lotniska i wystrzałów karabinów maszynowych po Rakowieckiej.

W dom nasz trafiło osiem kul.

maj (1928)

13-go obchód 35-lecia ślubu Stankiewiczów, na spółkę z rodziną kupiliśmy im lampę.
Oprócz tego kupiliśmy im różową azalię – sobie – białą.

17-go byliśmy z Julcią w kinie na “Wróbelkach” z Mary Pickford.

20-go były dzieci u Julci na czekoladzie.

25-go byłam u p. Kowalczykówny* w sprawie Julci. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły.
Nadzwyczaj sympatyczna.

* szkoła żeńska J.Kowalczykówny i J.Jawurkówny w Warszawie (dop. mój)

maj (1929)

Czytam “Świat Kobiecy” Marii Grossek Koryckiej
Niezmiernie mi się podoba, jest mądra, poetyczna, i cudownie prawdziwa

3-go w ogrodzie zoologicznym z Kazikiem

8-go u Jasiów

10-go Baniewiczowa,

Określenie marnotrawstwa – “Hulki, hulki, potem bez koszulki”.

maj (1930)

Byliśmy na dźwiękowym filmie “Moralność Pani Dulskiej”
Ładne melodie Różyckiego. Batycka jest wspaniała.

Potem byliśmy na filmie “Wołga Wołga” – śliczny, doskonały.

Kupiliśmy węgla pół tony = 500kg za 30 złotych.

Jedna miara kartofli kosztuje 1 zł. 20 groszy, jaja po 15 groszy.

maj (1931)

10-go Byliśmy (dzieci i ja) na przedstawieniu “Za siedmioma górami” w teatrze “Jaskółka”.
Dekoracje bardzo prymitywne, stylizowane w stylu ludowym. Takie sobie.

9,10,11 – robiłam wywiady (kolonie dla dzieci), w jednej rodzinie poczęstowali nas wódką!!!!
Musiałam wypić pół kieliszka, by nie obrazić biedaków.
Zrobiłam 26 wywiadów. Bolą nogi.

maj (1932)

6-go został zabity prezydent francuski Paul Doumer

maj (1933)

8-go wybory nowego Prezydenta. Został wybrany ponownie prof. Ignacy Mościcki.

maj (1934)

1,2,3 Śliczna pogoda. Trwa gorąco. Strasznie sucho.

3-go byliśmy u Aliny.

5-go z Kazikiem u dr Korsak, zapisała phosphit z żelazem, jak najlżej ubierać.

6-go byłam z Kazikiem, Zosią i Haneczką na przedstawieniu klasowym i loterii. Julcia wygrałą brudną, podartą, jedwabną chusteczkę, Kazik – obsadkę i tenisówkę.

9-go byli Jasiowie.

12-go Julcia była na wieczorku u pp. Morozewiczów, do domu wróciła o 4-tej.

13-go niespodzianie przyszła c. Misia, która zatrzymała się na jeden dzień w Warszawie, jadąc do Lipna do swojej kuzynki Woyczyńskiej. Jeździłyśmy z nią na Żoliborz, ale ani Mani Mickiewicz., ani Baniewiczowej nie zastałyśmy w domu.

Małpa-szympans – Jędrzejewicz nareszcie wyleciał z premierostwa, może teraz kryzys zacznie maleć, oswobodzony z pod jego cięzkiej łapy. Premierem jest prof Kozłowski, na koniec człowiek wysoce inteligentny, a do tego archeolog-geolog. Hurrrrra!!!

maj (1935)

1-go Oziębiło się bardzo

2-go Zima w całej pełni, zawieja śnieżna przy1 śniegu nawaliło moc, biedne bzy zginają się pod ciężarem, śnieżne okiście i podwiędłe liście zwieszają się smutnie z kasztana, tulipaniki pogrążają się stopniowo w puch śnieżny

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17 go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy gdyż o 12 tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego – spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego p Marszałku.

maj (1936)

12-go Warszawa w głębokim nastroju obchodziła rocznicę śmierci Marszałka.
Dzień też był całkiem żałobny, pochmurny i płaczący.

13-go Kazik jeździł z wycieczką szkolną do Modlina statkiem, wrócił do domu o pierwszej w nocy.

20-go Byłam z Kazikiem u laryngologa w klinice na Litewskiej.

28-go z Kazikiem u laryngologa Szymańskiego (Lecznica Nowy Świat 21)

w końcu maja kot Puk wyszedł z domu i więcej nie wrócił!

maj (1937)

7-go u dra Fisza.

8-go u okulistki, były p. Moszczyńska z córką Wandzią

14-go C. Ola wyjechała do Ostroga. Boleś sprzedał dom.

22-go byli “Rafułkowie”, Władek, Mickiewiczowa, potem Budelcia.

23-go umarła Piotrowska, żona woźnego z chemii.

25-go przyjechał Ignal

30-go byliśmy w Wawrze

maj (1938)

1-go była p. Olga, a potem my oprowadzając ją w Waszkańcach.

7-go wyjechałam z Raju i przyjechałam do Warszawy.

11-go przyjechał Dziadunio Adam Hrebnicki – Profesor

13-go wyjechał

20-go byłam u okulistki

21-go …u d-ra usznego (przepłukiwanie uszu)

znalazł się cudownie pierścionek z granatem, którego szukałam rok cały.

22-go imieniny Julci, moc bzu, konwalii, niezapominajki, maczki pomarańczowe i żółte, białe i różowe. Moc ciastek, 7 osób gości, dwoje dzieci z nimi.

27-go byłam z Julcią na majowym nabożeństwie, lodach włoskich i na filmie “Wrzos” wg Rodziewiczówny.

30-go Staś wyjechał na letnie roboty.

maj (1939)

1-go wyjechał Ojciec Profesor, byli Krzyżkiewiczowie z psem. Krzyżkiewicz przyniósł Julci czekoladki wygrane i robił fotografie.
P. Marychna całowała się i ściskała z Dziaduniem, mówiąc, że ma śliczne oczki.

7-go byliśmy z Krzyżkiewiczami na “Hamlecie”.

8-go była c. Misia, Tyszkiewicz i Łaszkiewicz z Tomkiem.

9-go był Władek, Krzyżkiewiczowie wyjechali

12-go byłam u Baniewiczowej

13-go byłam w kuratorium i dowiedziałam się, że Kazika szkoła jest zlikwidowana.

18-go byłam u Baniewiczowej i razem z nią w kinie na “Banicie”.

19-go byłam u Aliny. Kazik zaczął korepetycje z uczniem IV klasy gimnazjum im. Żeromskiego.

22-go na imieniny Julci była MM z kwiatami, p. Zosia i p. Jadzia.

28-go byłam z Kazikiem na filmie ….. i z p. Wardęską na filmie “Wielki Walc”, śliczny, Strauss i jego walczyki.

________________________

Ileż to się działo w maju!!!! Nawet śnieg był!!!

Poeta rozmyśla o polityce

Nie zgadzam się z Romanem, w każdym razie nie do końca się zgadzam, i wiemy wszyscy – to strasznie trudna i smutna rzecz – ta smutna polskość i jej smutna historia i musimy pamiętać, ale, wierna uczennica Jerzego Giedroycia, zawsze i bez przerwy powtarzam, skoro byliśmy w stanie pogodzić się z Niemcami, to musimy dokonać kolejnego wysiłku i pogodzić się z Ukraińcami.

Roman Brodowski

Smutny wiersz o polskości

Wymyśliłem smutny wiersz o Wołyniu
Położyłem między krzyże pachnące piwonie.
Wyglądały jak białe gołębie czekające lotu…,
Jak dwie w modlitewnik ułożone dłonie.

Odtajniłem żniwo ludzkiej nienawiści
W krwistobarwnej wołyńskiej przeszłości.
Ukazałem dusze czekające czasu objawienia
Czasu prawdy, pamięci, godności.

Dziś ta prawda nikomu nie służy.
Kat Wołynian jest dzisiaj świętością.
A parlament nasz dumny – bo Polski
Dzisiaj darzy go swą przychylnością

Warto jednak pamiętać o faktach,
Które krzyczą z przydrożnych kamieni
O tych, których za polskość, za mowę,
Sąsiad ukraiński, mordując – krył w ziemi.

Tak, – od wieków Polska z krajem ukraińskim
Połączona była skrzepłej krwi świadectwem,
Od czasu gdy setnik, pan Bohdan Chmielnicki
Rozpoczął powstanie – oburzony śledztwem

Po przegranej rozprawie o kobietę, o włości,
Przy pomocy Tatarów i kozackich współbraci
Ruszył zbrojnie na zachód, przeciw polskiej ludności,
By ją z zemsty zabijać, grabić, palić i…zeszmacić.

A gdy Tatar odmówił współpracy przy rzezi
Kiedy zmusił w Zborowie do pokoju kozaków
Znalazł Hetman Chmielnicki inny sposób na zbrodnię..,
Oddał w lenno Caratu, Ukrainę rodaków.

I tak, razem z moskalem, małoruski władyga
Głodny krwi, władzy i wszelkiego bogactwa
Poszedł zbrojnie na króla i na polską koronę.
Niosąc śmierć pośród Słowian, wśród bractwa.

Po Chmielnickim, Mazepa – króla Jana lokajczyk,
Postać znana w historii jako panów trzech sługa
Który umarł w Benderach – nazwa dziwnie mi znana
Umaczany w krwi polskiej…, lecz historia to długa.

Potem jeszcze po drodze, dwa światowe dramaty
I znów „przyjaźń słowiańska” z Ukrainą zakwitła
Na Wołyniu, Polesiu – tam gdzie Polski był Orzeł
Krew i … – właśnie – nikt dziś o to nie pyta.

* * *

Napisałem wiersz o polskiej przeszłości
O tych naszych ojczyźnianych dramatach
O wojenkach, powstaniach…, o sporach
I o śmierci – w ruskich kazamatach.

I o naszych magnatach, którym polski naród
Na piastowskiej ziemi żyjący od wieków,
Był brackim narodem podczas zawieruchy,
A podczas pokoju, częścią pańskich ścieków.

I o Księżnej Zofii z Anhaltów pisałem.
Urodzonej w pruskiej, książcej rodzinie.
O tej, która z wrogości do naszej ojczyzny
Jako Wielka Caryca – Katarzyna, słynie.

Napisałem również o naszej ojczyźnie
Zniewolonej poprzez niezgodę w narodzie,
Przypomniałem tamtej Targowicy chwile,
Bo niezgoda taka, dzisiaj znów jest w modzie,

I znów, tak jak dawniej, jak przed rozbiorami
Naród jest skłócony, w parlamencie wojna
W polityce wciąż jedno – „ trzeba się szykować
Zagrożenie na wschodzie – interwencja zbrojna.

Dzisiaj nikt nie woła, by o pokój walczyć
Retoryka jest inna – „Szykuj się do wojny”,
Rząd kupuje rakiety, czołgi, samoloty.
By Polak – choć głodny – o los był spokojny

Nawet z diabłem cyrogryf podpisać jest gotów
Nawet diabłu przysięgę złożyć może wiernie
Byle tylko moskala wytępić, osłabić
Byle tylko nie stać tak jak inni, biernie.

Cóż, moskale od zawsze byli nam wrogami
Tak głosi najnowsza historia – dzisiejsza.
Więc priorytet walki, zemsty, nienawiści
To dla nas, Polaków, rzecz jest najważniejsza.

My z Bożą pomocą, z bratnią Europą
I siłami NATO…, w tej naszej niedoli,
Musimy pokazać słowiańskie pazury
Musimy rozdrapać ranę, która boli.

Tylko jaką cenę przyjdzie nam zapłacić
Za kolejne, naiwne pomysły „ patriotów ”
Za woj-propagandę, nierealne plany,
Za tych ślepowiernych i… kilku idiotów?

Nikt nie dał nam prawa bawić się historią,
Zwłaszcza tą faktyczną, tą czasem bolesną,
Aby zaspokoić potrzeby „ przyjaciół ”…,
Bo to nas naraża na pogardę, śmieszność.

* * *

To prawda, że wiele krwi i łez spłynęło
Wiele krzywd ojczyzna doznała od wschodu.
Tego nikt wymazać z pamięci nie może.
To zawsze zostanie na kartach narodu.

Katorżnicza praca, i śmierć w kazamatach
Czasy rozbiorowe i czasy komuny
Zsyłki na Syberię, Ałtaj czy Kazachstan
Wszędzie polskie ciała, czasem – polskie trumny.

Na rosyjskiej ziemi leżą pod brzozami
Zabici podstępnie w wojennej przestrzeni
Ci dla których Polska była matką, domem.
Otuleni w całun z nieojczystej ziemi.

Lecz także i w Polsce mogił mamy wiele
Z czasu drugiej wojny, z epoki Hitlera.
W nich ci co przybyli z sztandarem wolności
Zza tamtej granicy – byśmy byli teraz.

Tak, trzeba pamiętać o grobach, o prawdzie,
Szukając pierwiastków drogi pojednania
By nigdy już więcej nie czuć krwi i zgliszczy
By na naszej ziemi nie zabrakło trwania.

Słowiańskie narody i słowiańskie dusze
Dlaczego tak ciężko żyć nam, jak w rodzinie ?
Byliśmy karmieni pramatczynym mlekiem,
A dziś kainowa krew w żyłach nam płynie.

* * *
Napisałem wiersz o przyjaźni do ludzi
O cichych marzeniach noworomantyka
Lecz nikt go słucha, nikt go nie rozumie

A zegar pokoju coraz szybciej tyka.

Berlin, sierpień 2014 – kwiecień 2015

Napisałam Romanowi, że oczywiście opublikuję jego wiersz, ale uważam, że powinniśmy dążyć do pojednania i naszym obowiązkiem jest pomoc Ukrainie. Oto jego odpowiedź:

Do Ewy Marii Slaskiej

Masz rację. Ukrainie powinniśmy pomagać, bo mimo naszej historycznie wspólnie smutnej rzeczywistości, dzisiaj mamy moralny ku temu obowiązek.

Jednakże pewne niewyjaśnione kwestie (jak m.in. Wołyń) powinny być rozliczone. Gdyby Stalin został w Rosjii ogólnonarodowym bohaterem, do którego należałoby się (prawnie – czyli pod presją kary) odnosić z pietyzmem, a co ma miejsce na Ukrainie w stosunku do St. Bandery, walczyłbym także o sprawiedliwość i ocenę faktów. Tak jak powiedział w przeddzień wojny M.S.Z Polski, pan Beck będąc w Berlinie, „nic za wszelką cenę”, powtarzam więc, że nie za cenę pamięci o ofiarach.

Jak już zauważyłaś w utworze umieściłem wiele faktów historycznych, dotyczących naszych stosunków zarówno z Ukrainą jak i Rosją. Celowo pokazałem (jednostronie) to, za co zarówno jednych jak i drugich winimy, to, o co mamy do nich wielki żal, by (co jest puentą całego poematu) zmusić czytającego do reflekcji, do zadumania się nad tym, dlaczego nie potrafimy żyć w zgodzie, dlaczego nie potrafimy wybaczać, szukać tego co łączy, a nie dzieli.

To prawda, że putinowska, bardzo agresywna polityka w stosunku do państw satelitarnych, jest nie do zaakceptowania.

Niestety realia dzisiejszej rzeczywistości, warunki militarne oraz nowe technologie prowadzenia wojen, opracowane przez zarówno USA jak Rosję, nie dają złudzeń co do wyniku ewentualnego konfliktu. Byłyby tylko ofiary, miliony ofiar.

Wiemy, że Rosjanie przyciśnięci do muru są nieobliczalni, tak jak niedźwiedź, który atakuje, będąc osaczony. Gdyby zależało im na Ukrainie, to w przeciągu 48 godzin byliby w Kijowie i…, wierz mi, oddźwięk opinii świata nie byłby inny aniżeli jest.

Boję się, bardzo się boję tego, że karty jakimi grają światowi przywódcy, są dawno rozdane i my – Polacy, (być może, przetargowa blotka w tej grze) będziemy na pozycji, jak zawsze, przegranej.

Tak, jestem przeciwko agresji Rosji na Ukrainę, ale jestem też za pokojowym i dyplomatycznym rozwiązaniem problemu.

Jestem realistą i nikt mnie nie przekona o wielkich przyjaźniach, gwarantujących nam w Polsce spokojny, suwerenny i niczym niezagrożony ojczyźniany byt.

Takie przyjaźnie mieliśmy w przeszłości…, i co? Świat się zmienia, lecz ludzie… No właśnie – biznes to biznes. Zbyt wiele o tym wszystkim wiem. Może za wiele?

Przepraszam – ale pragnę kolejnych lat pokoju

Serdecznie Cię pozdrawiam , ciesząc się jednocześnie, że mamy inne zdania. Inaczej byłoby nudno, żylibyśmy w zabójczej monotonii.

Roman

 

“Podhalem” na Śródziemne (1)

Zbigniew Milewicz

tekst1-winieta

Statek zwie się “Podhale” i od trzech dni stoi przy Nabrzeżu Siarkowym im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Ma na dziobie parzenicę, a w messie załogowej portret swojej matkichrzestnej spod Nowego Targu, która rada by już zatańczyć “drobnego” na morskiej fali, ale musi cierpliwie czekać, aż taśmociąg “Siarkopolu” przestanie pracować nad ładowniami, przygotowanymi na przyjęcie 15 ton żółtego proszku.

Wreszcie czwartego dnia kończy się załadunek, statek bierze wodę, paliwo i po odprawie celnej oraz WOP, krótko przed północą 4 września wychodzi w morze. W swoją 293 podróż, która wiedzie do Grecji i Syrii.

Załoga liczy 34 osoby, pierwszym po Bogu jest kpt. ż. w. Andrzej Rzeczewski, ja płynę jako pasażer, jeden z dwudziestu, którzy zaokrętowali na ,,Podhale”. Połowa z nich to żony i dzieci członków załogi, drugiej główny ton nadają zadbane panie i dziarscy panowie w jesieni życia. Statek posiada jedno- i dwuosobowe kabiny; dostaję „dwójkę” na poziomie pokładu szalupowego, wspólnie z emerytowanym prawnikiem z Krakowa. Mój przydziałowy współmieszkaniec zaokrętował wcześniej i mając do wyboru koję z prawdziwego zdarzenia, z solidną, drewnianą obudową, z której nie wypada się w czasie kiwania i zwykły tapczan, dokonał rzecz jasna właściwego wyboru.

Poza miejscami do spania kajuta wyposażona jest w stolik, kanapę, szafę na ubrania, parę regałów, lustro, radio i urządzenia klimatyzacyjne, które na razie jeszcze nie działają. Jest też mała łazienka z WC, w której mieszka wielodzietna rodzina karaluchów. Tuż przy koi mam pas ratunkowy, a nad nim instrukcję, jak postępować w razie różnych alarmów, regulamin uściślający zakres swobód pasażerskich na statku oraz zbiór podstawowych informacji o „Podhalu”. Czytam tam, że jest to motorowiec Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie, zbudowany w roku 1968, w stoczni im. Adolfa Warskiego. Typ statku – masowiec o ładowności 15686 ton. Silnik – Cegielski-Sulcer o mocy 7.200 KM, długość jednostki – 156 m, szerokość – 20,4 m, zanurzenie – 9,2 m, szybkość –15 węzłów.

statkizbycha (2)

Nie mam pod ręką zdjęć z “Podhala”, na razie więc fota z cyklu “marynarskie zdjęcia rodzinne”. Brat Zdzich na nabrzeżu.

Przed główkami portu rzucamy hole, zdajemy pilota i dalej już o własnych siłach. Następnego dnia przed południem wysiada pompa paliwowa, ale po czterech godzinach awaria zostaje usunięta i 6-cylindrowy silnik znów dostaje swoje średnie 114 obrotów na minutę, przy których statek płynie z najkorzystniejszą dla niego pod względem eksploatacyjnym prędkością 12 węzłów czyli 12 mil na godzinę. Ze względów bezpieczeństwa statkowe przykazania nie zezwalają pasażerom na schodzenie do siłowni, niepożądana jest ich obecność na pokładach manewrowych rufy i dziobu w czasie manewrów oraz w kuchni i na wyższym pokładzie, zwanym namiarowym. W zasadzie też nie powinni pętać się po mostku, z którego prowadzi się nawigację, ale jeśli kapitan zezwoli, to od czasu do czasu im wolno, byle tylko – zaznacza kapitan Rzeczewski – nie przeszkadzali w pracy. Skwapliwie przechodzę tą furtką w regulaminowym murze na południową wachtę II oficera pokładowego, Zbigniewa Zjawina, z którym pełni służbę stojący przy sterze st. marynarz Marian Zadrożny. Żyrokompas, radary, urządzenie „Decca”, zwane deką, pozwalające szybko określić położenie statku w kursie, szczegółowe mapy pokładowe, wszystko mnie interesuje.
– Pierwszy raz w rejsie? – zgaduje dowódca wachty.
– Jako chłopak pływałem trochę po Bałtyku na Czerwonych Żaglach – odpowiadam skromnie.
– Żagle to zupełnie inna sprawa.
– Fakt.
Odmierza cyrklem na podziałce mapy odległość 12 mil, kroczy nim po linii kursu i liczy: „druga, trzecia, czwarta…”, aż do dziewięciu, kwitując to stwierdzeniem, że około dziewiątej wieczorem powinniśmy być już koło Bornholmu. Oczywiście jeżeli maszyna pozwoli i nie pogorszy się pogoda. Od chwili wyjścia z Gdańska niebo jest lekko zachmurzone, ale stan morza dobry, siła wiatru, który wieje z kierunku południowego, skręcającego do południowo-wschodniego, nie przekracza 4 stopni w skali Beauforta. Można by więc dla zdrowia pospacerować po pokładzie albo klapnąć na leżaku – oczywiście nie w stroju plażowym, bo temperatura na zewnątrz wynosi 14 stopni C – gdyby nie wszechobecny, atakujący spojówki i drogi oddechowe pył siarkowy. Z megafonu na mostku pada polecenie, żeby zamknąć w kabinach bulaje, bo szykuje się mycie pokładów i nadbudówki. Słona woda puszczona pod ciśnieniem przez węże gumowe przynajmniej z grubsza spłukuje ze statku siarkowy nalot i już robi się „spacerowy”. Wszystkie statki myje się w morzu, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, kiedy opróżnią ładownie i zbiorniki. Między innymi dlatego morza są brudne.

,,Podhale” jest trampem, czyli statkiem, który nie kursuje na liniach regularnych, tylko tam, gdzie armator lub jego agenci widzą aktualnie potrzebę czyli interes. Ustalenia – gdzie, kiedy i z czym taki statek ma popłynąć, zmieniają się, jak w kalejdoskopie i nigdy do końca nie są pewne. Zwykłą rzeczą jest więc, że marynarz rano żegna się z dziećmi i żoną, mówi jej, że płynie np. do Kanady, a wieczorem wraca, bo termin wyjścia w morze został przesunięty na dzień następny, zaś kierunek zmieniono na Bliski Wschód i przez kilka następnych dni sytuacja się powtarza. W rezultacie wypływa, nie pożegnawszy się z rodziną, bo do końca myśli, że pewnie znowu przesuną termin wyjścia, ale będzie to nie na Bliski, tylko Daleki Wschód. Weźmy konkretnie nasz statek. W pierwszej wersji miał popłynąć z siarką do Salonik, stamtąd do Casablanki po fosfat, a termin rozpoczęcia rejsu wyznaczony został na 25 sierpnia. Później zmieniono Maroko na Syrię oraz przesunięto datę rozpoczęcia podróży na 1 września, a następnie na 4, z powodu poślizgu w terminie zejścia statku ze stoczni, gdzie przechodził okresowy remont. „Siarkopolowi” nie pasowało, żeby cały towar przetransportowany został do Salonik, chciał jego część wysłać do Włoch. Na domiar złego niepotrzebnie skierowano „Podhale” najpierw na Nabrzeże Wiślane w Gdańsku, gdzie zbiorniki siarki okazały się wyskrobane do dna, co przedłużyło czas rozpoczęcia załadunku o następnych kilka godzin. Ostatecznie wzięto siarkę na Nabrzeżu im. Obrońców Poczty Polskiej, ale do chwili wyjścia statku w morze trwały przetargi armatora z “Siarkopolem” o porty wyładowcze i z absolutną powagą rozważano kwestię, czy nie należy wymienić przyjętego już towaru na inny jego gatunek, gdyż poniewczasie okazało się, że miała to być masa granulowana, a nie sproszkowana.

Po kolacji w messie oficerskiej chief pokładowy, Walerian Jasiński, opowiada lepszą historię:

Parę lat temu, jeszcze jako drugi oficer, zamustrowałem na statek, który miał iść z węglem do Japonii, a później do Indii po rudę. To był mój imiennik, 36-tysięcznik „Gen. Jasiński” i czas rejsu obliczano na około 100 dni. Z Gdańska poszliśmy na Kanał Sueski, następnie do Singapuru na bunkrowanie i dalej już, bez zatrzymywania się, do Japonii. Po zdaniu ładunku, na wyjściu, agent armatora nie wiedział gdzie mamy płynąć. Były wersje – Indie lub Australia, ale gdzie dokładnie, tego nie potrafił określić. Ruszyliśmy więc wolno na południowy wschód i od wieczora do rana następnego dnia czekaliśmy no dyspozycje. Po 12 godzinach przez radio nadeszła wiadomość –mamy iść do Cedros Island w Zatoce Meksykańskiej. Przez cały Pacyfik szliśmy pod balastem, w Cedros Island załadowaliśmy sól, stamtąd statek pognał przez Kanał Panamski do Bostonu, gdzie nastąpił wyładunek. I dalej pod balastem na Florydę, po fosfat i dopiero z tym wróciliśmy do Szczecina. Z planowanych stu dni rejsu zrobiło się sto pięćdziesiąt i podróż dookoła świata. Nie muszę chyba dodawać, że moja ówczesna narzeczona, a obecnie żona nie była tym rejsem specjalnie zachwycona.

Pani Ewa Jasińska, tym razem towarzysząca mężowi w rejsie wraz z dwójką dzieci, uśmiechem potwierdza to, co powiedział. Każdy, kto pływa przynajmniej kilka lat we flocie handlowej, mógłby opowiedzieć mnóstwo podobnych historii. Wiele takich już słyszałem, dlatego ciekaw jestem, jak to będzie z moim rejsem. Teoretycznie ma on trwać 40-50 dni, ale jaką będzie biegł trasą i kiedy sie praktycznie zakończy, to pokaże czas. Na razie, zgodnie z „rozkładem jazdy” mijamy Bornholm. Mamy wyspę z lewej burty, z odległości kilkunastu mil, w ciemnościach, wygląda jak tajemniczy, wielopoziomowy tort udekorowany tysiącami świeczek.

Umarł Władysław Bartoszewski

Andrzej Rejman

– Aktywność w imię Pamięci –

…muszę przyznać, że bardzo przeżyłem i nadal przeżywam śmierć Władysława Bartoszewskiego.

Dziś już drugi dzień, jak Go nie ma – wyszedłem na rozświetlony słońcem kwietniowy świat, miasto, sobota – ruch, ludzie całymi rodzinami jeżdżą na rowerach pięknymi ścieżkami na warszawskim Ursynowie – autobusy czyste, klimatyzowane, podjeżdżają punktualnie według rozkładu na przystanki, kawiarnie pełne, pełna kultura… – kraj w rozwoju, prawdopodobnie jeden z najlepszych okresów w dotychczasowej historii tej części Europy, Polski? (Wiadomo – wiele problemów, oczekiwań, rozmawiam z młodymi ludźmi, brak satysfakcjonującej pracy, niskie zarobki… no tak, trzeba to zmienić.. jeszcze tyle pracy…)

Bartoszewski odszedł – pozostało pytanie, czy będziemy umieli rozmawiać z Niemcami, Żydami… Rosjanami? z zagranicą? Z pewnością tak. Mądrzy o Jego naukę, przykazania, dbałość o Polskę, patriotyzm, bez zbędnego rozpamiętywania, po prostu służba.

Uświadomiłem sobie, że sam nie wykonuję należycie swych zadań – trzeba zacząć zmiany od siebie.

Odejście Bartoszewskiego przypomniało mi od razu mój stary pomysł – i list do Władysława Bartoszewskiego, który w związku z tym wszystkim przytaczam:

(Dla wyjaśnienia – chodziło o pomysł, który przyszedł mi do głowy po przypadkowym odwiedzeniu cmentarza żołnierzy niemieckich pod Mławą. Zauważyłem tam głównie groby młodych ludzi, rocznik przeważnie 1922, 1923… – w pamięci miałem mojego wuja, urodzonego właśnie w 1922, który zginął z rąk żandarmerii niemieckiej w 1944… Miał 22 lata… magiczna liczba… – no i ci Niemcy – też rocznik 1922… może zestawić ich portrety na wielkich planszach… możę nawet przy autostradzie Monachium-Norymberga, albo Warszawa-Berlin… i wspomnieć po prostu… nie analizując po czyjej byli stronie… byli zmuszeni, pchnięci falą wydarzeń… no i pamięć o nich, takich samych, podobnych do siebie, młodych i niewinnych, stojących po przeciwnych stronach barykad, mogłaby pobudzić do działania pozytywnego… na przekór wszelkim przeciwnościom… tak, jakby wykonując ich marzenia, niespełnione, przerwane śmiercią… marzenia o normalnym życiu po wojnie… Bartoszewski też rocznik 1922…

dopiero wczoraj dotarło to do mnie…)

pomysł: – Aktywność w imię Pamięci –

Pamięć o tych, których życie zostało gwałtownie przerwane – pobudzić może do pożytecznego działania.

Matka utraciła Syna.

Matka Niemka, Żydówka, Polka, Rosjanka, Czeczenka, Bośniaczka….

Zginął człowiek, który żył pełnią życia, kochał, śmiał sie i płakał, który walczył, bawił się, marzył – miał swoje cele, plany, przyjaciół, słabości. Człowiek, który doznawał olśnienia, iluminacji blaskiem idei, pojawiających się jak meteory…

Nie zrealizował planów, nie dokończył miłości, nie uchwycił spadającej gwiazdy,

Uśmiech jego zastygł, łzy zmieszały się z deszczem…

Niech jego niedokończone życie będzie iskrą, która zapali chęć działania u innych, wiele lat później, chęć działania pozytywnego, potrzebnego innym…

To jest również refleksja nad ofiarą, czy była potrzebna?

Na to nie ma i nie będzie zdecydowanej odpowiedzi.

Lecz pamięć o Nim, o Nich – może pobudzić nas do pożytecznej aktywności – w imię planów, marzeń i pragnień osób, które przeminęły.

Szanowny Pan

Prof. Władysław Bartoszewski

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Biuro Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów ds. Dialogu Międzynarodowego

Al. Ujazdowskie 1/3

PL 00-583 Warszawa

Szanowny Panie Profesorze,

Chciałbym podzielić się z Panem ideą “Aktywności w imię Pamięci“, którą – mam nadzieję – uda się urzeczywistnić w praktycznym wymiarze, w formie konkretnych działań kulturalnych i edukacyjnych.

Materiały załączam.

Mam wielką nadzieję na poparcie przez Pana tej idei.

Myślę, że szczególnie w dzisiejszych czasach potrzebne jest pojednanie we wszystkich dziedzinach i sferach, szerzenie idei pozytywnych i uspokajających emocje społeczne.

Otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą.

Obecnie poszukujemy (wraz z gronem współpracowników-artystów i organizatorów) dalszych słów wsparcia…

łączę wyrazy głębokiego szacunku

Andrzej Rejman

***
listmiszczakaNadeszła odpowiedź od dyr. Miszczaka z Biura Wł. Bartoszewskiego, który był Pełnomocnikiem Premiera d/s Dialogu Międzynarodowego

Szanowny Panie,

W imieniu Min. W. Bartoszewskiego serdecznie dziękuję za list i przedstawienie interesującego pomysłu. Chętnie dowiem się, jaką formę wsparcia projektu przez Ministra ma Pan na myśli. Pan Minister ze względu na wiek nie uczestniczy czynnie w projektach , natomiast wybrane przedsięwzięcia obejmuje honorowym patronatem. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał Pan przybliżyć ideę “Aktywności w imię pamięci”, jeśli znalazła się już na bardziej zaawansowanym etapie przygotowań.

Z poważaniem
(-) Krzysztof Miszczak
dyrektor Biura

No tak… a ja nie miałem żadnych konkretnych możliwości… po prostu taki pomysł… pewnie do prostego urzeczywistnienia (a przynajmniej zainicjowania) w internecie, na Facebooku może? Ale… rzeczywiście wcześniej otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą, w którym to liście p. Rey stwierdzał, że pomysł taki wpisuje się, jak najbardziej, w profil działań edukacyjnych stowarzyszenia…

Po upływie kilku lat mam kilka (z pozoru różnych, a może uzupełniających się) refleksji:

1/ jestem, kim jestem, nie należy wychodzić przed szereg, ale z pomysłami należy się dzielić, jak najbardziej, mogą one zostać zrealizowane w bardziej sprzyjających, innych okolicznościach

2/ trzeba działać w grupie i mieć praktyczny pomysł na rozwinięcie – urzeczywistnienie każdej idei

3/ lub też: trzeba działać w miarę szybko i zdecydowanie, nie czekając. I doprowadzać sprawy do końca.

…właściwie, gdyby znalazła się jakaś fundacja, stowarzyszenie, grupa ludzi… pomysł jest prosty – trzeba pokazać symbolicznych żołnierzy – roczniki podobne, podobne twarze, obie strony barykady… konfliktów nie brakuje… i zrobić coś dla innych, pamiętając o Nich, o ich ofierze, niepotrzebnej? potrzebnej? …chcieli żyć, nie przeżyli ciśnienia konfliktu, sprzecznych interesów, walki… płacz i łzy, pamięć… działanie…

…może to wszystko zbyt idealistyczne… kto w tych czasach to zrozumie…?

Sady Pradziadka i okolice. Berżeniki.

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Sztambucha cz. I.

Ciocia Krystyna (Stankiewiczowa) pokazała mi niedawno piękny zeszyt z zapiskami, zdjęciami i notatkami z lat minionych.

4_Krystyna_Stankiewicz_przeglada_Sztambuch_Berzenicki_20Ciocia Krysia przegląda sztambuch swojej mamy

Zeszyt prowadzony był przez jej matkę, Helenę z Zanów Stankiewiczową (1904-1996), która skrupulatnie zapisywała w nim kto i kiedy odwiedził ich w Berżenikach. O Berżenikach jeszcze kiedyś napiszę dokładniej, na razie tylko powiem, że był to majątek rodziny Stankiewiczów, gdzie zamieszkała po ślubie z Kazimierzem Stankiewiczem, Helena, córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945), prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855) – “Pani na Berżenikach”.

3_stoi_Marysia_siedzi_Krystyna_Stankiewiczowne_obraz_KryNa namalowanym przez Krystynę Dowgiałło obrazie jest właśnie ten dwór w Berżenikach wśród kwiatów i zieleni, i córki Heleny – Krystyna i Maria Stankiewiczówny (stoi Marysia, siedzi Krysia)

1_Adam_Hrebnicki_i_Krysia_Stankiewicz_Raj_ok_1935Dziadek Adam Hrebnicki z Krysią

Ciocia Helena (Hala) Stankiewiczowa wspomina:

…mieliśmy stałych gości, którzy gdzie indziej nie chcieli spędzać wakacji – piękne i bogate lasy, owoce leśne, jeziora z łódkami i kajakami zbudowanymi przez naszego stolarza, konie pod wierzch i do bryczki, – wszystko było do ich dyspozycji.

6_widok_na_Berzeniki_ok_1909_fot_St_HrebnickiWokół dobrzy, przyjaźni, uczciwi ludzie. Prawdziwy raj na ziemi. Przyjeżdżała do nas cała rodzina Herbstów – Witold, który był świadkiem na naszym ślubie, jego siostra Jadwiga – później Kaczyńska, rodzice, a później i wnuki. Przyjeżdżali też z rodzinami Okolscy, Meisserowie, Ejsmontowie, Załuscy, Hrebniccy, Zawiszowie. Nie sposób wspomnieć wszystkich, którzy przewinęli się przez dwór w Berżenikach. Eugeniusz Modliński, przewodniczący Chrześcijańskich Związków Zawodowych wpadał w zimie na dziesięć dni, żeby oderwać się od swoich spraw. Mówił, że prawdziwie odpocząć można tylko w atmosferze staropolskiego domu. Co roku rozbijali obóz harcerze…

8_widok_na_Raj_ze_strony_Berzenik_fot_St_Hrebnicki
Widok na Raj od strony Berżenik

(Helena z Zanów Stankiewiczowa – “Pani na Berżenikach”
W. Wiśniewski, wyd LTW 2003)

***

W “Sztambuchu” jest także piękny, wzruszający wiersz Heleny Stankiewiczowej, napisany w czasach kolejnej próby dla Polski – w roku 1980 tym, kiedy już “nie ma czym gości dziś częstować…”, który przytaczam w całości bez zmian redakcyjnych:

7_wiersz_Heleny_Stankiewicz_o_Berzenikach_1980Helena Stankiewiczowa

A tam nad wielkim błękitnym jeziorem
Ścielą się nisko białe mgły wieczorem
A na bagnistej mchem porosłej łące
Rosną smółki różowe, storczyki pachnące
Zdaje się, że czuję ciepło tego mokrego wieczora
Czy to było tak dawno, czy zaledwie wczora
A tak było tam ludno jasno i wesoło
Wszyscy nasi kochani jak spojrzeć wokoło
Tłumnie wchodzili na winem opleciony ganek
Na stole obrus biały, wkoło gości wianek
Rozprawiali beztrosko, szumnie, miło, gwarno
W upale popołudnia, gorąco i parno
Na stole miód, maliny, pachnące poziomki
Róża z masła,* wędliny i razowca kromki
Stosy ogórków świeżych, wszakże wiecie sami,
Przysmak to jest Kresowy, ten miód z ogórkami
Możnaby tak wyliczać z wieczora do rana
Co na tym stole było dzisiaj rzecz niespotykana
Wszystko już przeminęło, te gościnne dwory,
Już są nie aktualne, obiady, wieczory.
Aby gości przyjmować nie ma dziś czym częstować
Pora by te wspomnienia w legendzie zachować

Warszawa, 1980 rok grudzień 30

*/ robione łyżeczką w specjalnej maselnicy szklanej lub glinianej (wyjaśnienie K. Stankiewiczowej, przyp. mój). A na zakończenie filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=a_r5PD5XEI4

I jeszcze zdjęcia rodzinne nadesłane na ręce administracji bloga wiele lat później przez Sebastiana Ordę-Sztarka

Na tarasie. Obok: Władysław Stankiewicz, zaś na rewersie dedykacja dla Pradziadka Piotra.
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Sebastiana Ordo-Sztarka. Zdjęcie na tarasie wykonane zostało około 1925-1927 roku na werandzie dworu w Berżenikach. Od lewej: n.n., n.n. (być może matka Heleny Stankiewiczowej – do potwierdzenia), Władysław Stankiewicz, poniżej Janina Tyszkiewicz z domu Stankiewicz, Maria – wielka miłość Władysława – jego przyszła żona, dalej mój Pradziadek Piotr Orda-Wnorowski, nad nim Manieczka Hrebnicka (córka pomologa Adama Hrebnickiego-Doktorowicza, twórcy jabłoni odmiany “Ananas berżenicki”), Helena Zan – potem Stankiewicz i jako ostatni Kazimierz Stankiewicz, późniejszy mąż Heleny.

Dwugłos o sześciu apostołach

Jurkowi na imieniny

Wracaliśmy z konferencji w Lublinie. Tomasz odwiózł mnie do Poznania, czy raczej pod Poznań, do domu Loni, babci mojego wnuka. Opowiedziałam jej, że człowiek, który mnie przywiózł to Tomasz, historyk z Żar i… tak powstał dzisiejszy wpis.

Tomasz Fetzki, Żary

Żarska fara. Czyli kościół farny. Czyli parafialny. Kościół parafialny średniowiecznego miasta lokacyjnego (bo był też klasztorny, franciszkański). Najważniejszy i największy kościół Żar. Ale zapytajcie któregokolwiek żaranina, gdzie się znajduje fara, to zrobi oczy wielkie jak stare pięciozłotówki z rybakiem. Jaka fara? Nikt tutaj po wojnie nie używał takiego określenia. Każdy mówi: KATEDRA. Bo wielka, bo monumentalna… Ale to określenie zwyczajowe, gdyż, jako żywo, Żary nigdy nie były siedzibą biskupstwa. Co najwyżej, w czasach protestanckich, nadintendentury, czyli tak plus minus, katolickiego dekanatu. Ale katedra to katedra i nic tego nie zmieni!

stararzezbaKościół powstawał długo, kilkaset lat. Początkowo wybudowany w stylu romańskim, swój obecny, gotycki kształt i rozmiar uzyskał w wieku XV. Rozmiar zaiste imponujący. Na całych polskich Łużycach, poza farą gubińską, nie ma większej świątyni. W ciągu kolejnych kilkuset lat gotycka forma została wypełniona barokową treścią: pseudomarmury, kaplice, dwa piętra empor, organy i malowidła. Skończyło się to wszystko gwałtownie i nieodwracalnie we wtorek po Wielkanocy, 11 kwietnia 1944 roku, gdy niemal setka Latających Fortec B-17 obróciła w gruz większość Żar, poważnie uszkadzając także farę. Miary zniszczenia dopełniło powojenne porzucenie i opuszczenie świątyni.

starewnetrzeW latach 1963-75 parafia polskokatolicka użytkowała prezbiterium, nawy niszczały sobie spokojnie dalej. A potem całość kościoła została przekazana katolikom rzymskim i rozpoczęła się wielka odbudowa. Zdecydowano się nie odtwarzać późniejszego wyposażenia, pozostały gołe gotyckie mury. Stało się tak po trosze z niedoboru funduszy, a po trosze ze względów ideowych: taki zabieg, czyli regotyzacja, miał nawiązywać do prapolskich tradycji tych ziem. Zresztą katedry w Warszawie, Poznaniu i Gnieźnie też regotyzowano podczas odbudowy ze zniszczeń wojennych.

Po nalocieFara została uroczyście konsekrowana, pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, w czerwcu 1980 roku. A potem zaczął się, trwający właściwie do dziś, proces zaopatrywania kościoła w niezbędne wyposażenie: ławki, organy, witraże… W połowie lat osiemdziesiątych w prezbiterum pojawiło się sześć posągów, które przedstawiają czterech Ewangelistów oraz dwa filary Kościoła Świętego: apostołów Piotra i Pawła.

wnetrzenowe

Ewa Maria Slaska, Berlin

piotr… a tych czterech ewangelistów i tych dwóch co to, jak opoka, Kościół podtrzymują, wykonał mój współteść (wiem wiem, nie ma takiego słowa, ale jak go użyję, to, mam nadzieję, każdy będzie wiedział, że tak jak ja jestem teściową mojej synowej, to mój współteść jest teściem mojego syna, i to się zdarza w każdej rodzinie, ale u nas jest jeszcze trudniej, bo mój współteść jest na dodatek bratem mojego szwagra i szwagrem mojej siostry… Czyli brata ojca szwagra syn… No… nie warto dochodzić.)

Współteść czyli Jerzy Krenz był zachwycającym człowiekiem. Był, bo niestety cztery lata temu umarł. Był wspaniałym gawędziarzem i wszyscy go podejrzewali, że ubarwia, ale, o dziwo, wcale tak nie było, bo naprawdę przydarzały mu się sprawy niezwykłe. Może zresztą wcale się nie przydarzały, tylko on sam je wywoływał, jak wtedy, gdy jadąc autem zobaczył kątem oka, że tuż obok szosy, koło jakichś zabudowań stoi statek. Tak mu się to spodobało, że zawrócił, znalazł statek, obgadał sprawę i statek ów zakupił, a potem wielką ciężarówką wiózł go do Poznania.

pawelPrzede wszystkim jednak był artystą, rzeźbiarzem, malarzem… Żył trochę tak jak mój Dziadek, pracował dla dworów i kościołów, jak taki dawny, średniowieczny wędrowny artysta. Złotousty Hessego, Colas Breugnon Rollanda. Robił ołtarze, ambony, od drugiej połowy lat 70 również lampy, kandelabry, świeczniki.

Gdy coś dobrze wyszło, robił duplikaty i rozdawał je hojną ręką. Sama dostałam od niego dwa wielkie świeczniki, tacę granitową i kutą lampę. Lubił tę pracę, mówi żona, każdą pracę lubił, bo każda była czymś nowym i stanowiła wyzwanie. Pod koniec życia się ustatkował, osiadł na stałe w rodzinnych pieleszach, w domu pod Poznaniem, nadal pracował dla dworów i kościołów, jeździł po najdziwniejszych kątach zachodnich i śląskich Kresów, ale już bardziej trzymał się rodzinnej skiby…

Dla kościoła w Żarach pracował wraz z kolegą, też plastykiem, Bogdanem Fijałkowskim,
i wykonywali te betonowe rzeźby, naturalnej w końcu wielkości, w pomieszczeniach na Świebodzińskiej w Poznaniu, odlewając je w jakichś wannach. Jak? Nikt już tego nie wie, natomiast rodzina świetnie pamięta, że obaj artyści pracowali na żywych modelach czyli na sobie samych. Jeden odlewał drugiego. Szaty miały jakieś wzorce w innych kościołach, w podręcznikach historii sztuki, ale apostolskie twarze i ręce to po prostu Fijałkowski i Krenz.

ewangelistowczterech

Zdjęcia 1, 2, 3, 4 z sieci, pozostałe – Tomasz Fetzki

W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi