1922 – rocznik tragiczny

Kazik Hrebnicki pojawiał się już we wpisach Andrzeja, gdy była mowa o jego siostrze Julii, łączniczce z Powstania Warszawskiego. Dziś wpis o nim samym.

Andrzej Rejman

Na wszystkich cmentarzach wojennych łatwo zauważyć, że duża część poległych to młodzi chłopcy.  W ostatniej wojnie była to młodzież urodzona w latach 1920-1924. Dotyczy to także cmentarzy niemieckich – zwłaszcza uderzające jest to na cmentarzu pod Mławą (który odwiedziłem kiedyś przypadkowo) – w Mławce, gdzie leżą m.in. polegli w 1939 roku w bitwie pod Mławą właśnie.

4_Kazimierz_Hrebnicki_ok_1926_Boze_NarodzenieW mojej rodzinie w 1922 roku urodził się Kazimierz Hrebnicki, którego los potwierdza tragizm tamtego pokolenia.

Kazik Hrebnicki mieszkał do wybuchu Powstania Warszawskiego z siostrą Julią i rodzicami w budynku Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, przy ulicy Rakowieckiej 4.

Kazik Hrebnicki, Boże Narodzenie, ok. r. 1926

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 33 przy ul. Kazimierzowskiej 60.

Znalazłem w archiwum rodzinnym jego zeszyty szkolne z tego okresu i zdjęcie klasy piątej, rok szkolny 1933/34

1_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_1

1a_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_2_rewersNa odwrocie podpis:

“Zdjęcie V oddziału szkoły powszechnej No 33 1933/34

rząd I od dołu od strony lewej: Piotrowska, Sobocińska, Zagańczykówna, Lisicka, Rymbalska, Kaowska, Senatorówna, x, Czerwińska, x, x,

rząd II – x, Bogacka, Rolewicz (śpiew) Pikulski (kierownik), Dobiszewska (wychowawczyni), Domagalski (gimnastyka), x, Buczyńska, Krakowiakówna, x

rząd III – Hrebnicki, Chincz, Makowski, Łagowski, Organiściak, Filipiak, Tajbert

rząd IV – Mieczkowska, x, Wrona, Dwornik, Masiak, Siejka, Kornacki, Wróblewski, Rychter, Prokopowicz, Szmit, Kęsicki,

u góry: Studencki, Rudziński, Kacperski, Wojdat, Dąbrowski

w środku: p. Perkowska (roboty) ” stempel: Foto ARTOS, Puławska 35 Warszawa

Nie sądzę, aby ktokolwiek ze zdjęcia żył jeszcze. Ale może???

 2_swiadectwo_Kazimierz_Hrebnicki_Szkola_Podstawowa_klasaŚwiadectwo szkolne Kazimierza Hrebnickiego z klasy szóstej tejże szkoły

Po ukończeniu szkoły podstawowej Kazimierz Hrebnicki uczęszczał do Gimnazjum im. Edwarda Rontalera przy ulicy Polnej 46a. Miał niedaleko, wystarczyło przejść przez Pole Mokotowskie, na którym z okazji świąt państwowych odbywały się parady wojskowe.

Budynek szkoły przy ul. Polnej 46A stoi do dziś. Na jego ścianie znajduje się tablica poświęcona Edwardowi Rontalerowi, ufundowana w 1936 r. o następującej treści: “EDWARD-ALEKSANDER RONTALER 1846-1917 / POWSTANIEC 1863 R. / WYCHOWAWCA I PRZYJACIEL MŁODZIEŻY / W OKRESIE NIEWOLI TWORZYŁ SZKOŁĘ DUCHEM POLSKĄ / W 40 TĄ ROCZNICĘ JEJ ZAŁOŻENIA WDZIĘCZNI UCZNIOWIE / 1936.”

3_podrecznik_do_nauki_zawodu_szkola_okupacyjna_K_HrebnicW czasie okupacji był uczniem Prywatnej Szkoły Rolniczej II stopnia inż. Stanisława Wiśniewskiego przy ulicy Pankiewicza 3. (jej nazwa niemiecka wtedy to: Priv. Landwirtschaftliche Fachschule von Ing. St. Wiśniewski).

Niemcy zalegalizowali w Warszawie częściowo szkolnictwo średnie zawodowe (w niektórych zawodach rolniczych i rzemieślniczych) – i korzystając z tego szkoła ta brała udział w tajnym nauczaniu prowadzonym w różnych miejscach przez profesorów warszawskiej SGGW.

Oficjalnie uczono się głównie z książek niemieckich – jedną z nich mam do dziś –

Kazimierz Hrebnicki brał udział w konspiracji, mając za dobry wzór swoją starszą o siedem lat siostrę Julię, późniejszą łączniczkę KG ZWZ i “Radosława”.

Zginął rozstrzelany pod Skierniewicami przez żandarmerię niemiecką 18 sierpnia 1944 roku.

5_Kazimierz_Hrebnicki10

Kazik Hrebnicki uczeń

 

 

 

 

 

 

 

 

6_Julia_i_Kazimierz_HrebniccyKazik Hrebnicki z siostrą Julcią

 

Obrazki z Iranu 9

hidzab3Adam Slaski

Krótki przewodnik po hidżabach

14 października

Gdy Europejczyk myśli o muzułmankach zakrywających włosy, myśli o hidżabie, burce, kwefie itp. Ja sam zawsze je myliłem i nadal mi się to zdarza, więc spróbuję uporządkować te kwestie.

Po pierwsze hidżab to pojęcie z zakresu teologii, nie krawiectwa. Oznacza obowiązek zakrywania ciała, jaki spoczywa na pobożnej muzułmance.

Burka to odzienie zakrywające całe ciało, za wyjątkiem szparki na oczy. Kwef (inaczej nikab) to ta część burki, która zasłania twarz. W Iranie nikt nie nosi burki ani kwefu!

hidzab7   Irańskie dziewczyny noszą chustki, makne lub czador. Czym jest chustka nie będę tłumaczył. Makne (angielska pisownia maqnae lub maghnae, zapisuję po polsku, ale nie odmieniam, jako że wyraz kończy się dźwiękiem, który nie występuje w polszczyźnie) to kaptur z kołnierzem, który opina się pod szyją i zakrywa ramiona. Jest to strój oficjalny, obowiązkowy dla uczennic w szkołach i pracowniczek urzędów państwowych, więc na co dzień widzi się wiele kobiet, które go noszą. Makne jest popularne głównie w Iranie, ale nosi się je również w niektórych innych krajach muzułmańskich. Irańskim wynalazkiem jest czador, czyli okrycie w postaci półkola materiału noszonego otwarciem do przodu i sięgającego do ziemi. Czador nie ma rękawów ani zapięcia, kobiety zwykle przytrzymują go ręką pod szyją. Czador jest zawsze czarny, nosi go wiele kobiet, szczególnie tych starszych, ale również nastolatki. Ten rodzaj okrycia ma długą tradycję, bo pochodzi jeszcze z czasów przedmuzułmańskich.

hidzab8-2piony-2Ale hidżab to nie tylko nakrycie głowy. Obowiązkowe są również zakrycie nóg (długie spodnie lub szata do ziemi), długi rękaw i luźny krój, który nie będzie ujawniał kształtów ciała. W praktyce wszystkie Iranki noszą obcisłe dżinsy, widać więc, że poniżej kolan zasady się nie przyjęły. Długie rękawy obowiązują jednak bezwzględnie. Podobnie luźny krój, który zazwyczaj oznacza tunikę lub lekki płaszcz. Powinny one sięgać mniej więcej do kolan. Taki lekki płaszcz, bardzo tu popularny, nosi nazwę manto (z francuskiego manteau – płaszcz). Mimo tego, że manto jest cienkie, mi ten nakaz wydaje się bardzo uciążliwy, bo w Iranie jest przez większą część roku bardzo gorąco i człowiek noszący takie okrycie musi się okropnie grzać. Z drugiej jednak strony dziewczyna w dobrze skrojonym manto wygląda bardzo szykownie.

hidzab8-2pionyJeszcze kilka słów o lakierze do paznokci. Rzuca się w oczy, że w Iranie używa go bardzo niewiele kobiet i można znaleźć w internecie doniesienia o karach i aresztowaniach za pomalowane paznokcie. Jednak mój ekspert stwierdził autorytatywnie, że to bzdura. Islam nie zabrania malowania paznokci, zasady wymagają jedynie, by przed modlitwą dokonać ablucji, a to wiąże się ze zmyciem lakieru. Ale to już sprawa pobożności i szczerości przed bogiem, a nie policji. Zatem niewielka popularność lakieru do paznokci to wyłącznie sprawa mody.

Wróćmy do nakrycia głowy. O ile czador rzeczywiście zakrywa włosy, o tyle z makne i chustką sprawa ma się już bardzo różnie. Zdecydowana większość kobiet odsłania przynajmniej grzywkę. Okazuje się, że makne, które z definicji powinno być strojem bardzo skromnym, można założyć tak, by sporo odkryć. Co dopiero chustka, która często zaczyna się dopiero na szczycie głowy, a wiele dziewczyn posuwa się (o zgrozo!) do tego, że upinają włosy w kok i chustę przyczepiając do tego koku. Taki hidżab stanowi wymówkę wobec stróżów prawa i modny dodatek, ale z pobożnym strojem nie ma nic wspólnego.

hidzab8-2piony-3

Shayan opowiedział mi anegdotę o swojej koleżance, która wyszła za Turka. Porządna dziewczyna zawsze nosiła hidżab, który odsłaniał jedynie grzywkę, ale teściowa, gdy ją zobaczyła, była bardzo skonfundowana. “Zasłaniaj włosy, albo rzuć to w cholerę” – powiedziała, gdyż w Turcji podobnie jak w większości krajów muzułmańskich z hidżabem jest jak z celibatem, czyli nie można przestrzegać go prawie. W Iranie, jak widać, można. Można przestrzegać prawie, można też nie przestrzegać wcale. W górach, powyżej schronisk, dziewczyny chodzą z gołą głową, albo noszą czapkę z daszkiem.

hidzab4

Pisałem już, że widziałem raz lub dwa razy na ulicy dziewczyny bez hidżabu, ale było ciemno, pewnie liczyły, że nikt nie zauważy. Bezpiecznie można też zdjąć hidżab w autokarze, bo te w Iranie zawsze mają zaciągnięte zasłony. Podobno kobiety lubią także odkrywać głowę, gdy prowadzą samochód, ale tego akurat nigdy nie widziałem. Widziałem za to wiele dziewczyn, które zdjęły hidżab na spotkaniu couch surferów. Turystki prawie wszystkie, również kilka Iranek. Zapamiętałem też, że gdy ktoś wyciągnął aparat i zaczął robić zdjęcia, część Iranek założyła chustki z powrotem.

hidzab9-2Zastanawiało mnie, jak uprawia się sport w hidżabie. Sepidar wyjaśniła, że na fitnesie są same dziewczyny, więc nie trzeba nosić hidżabu, a gdy uprawia sport na powietrzu, to zakłada chustkę, ta chustka spada i kobieta się tym nie przejmuje. Dla pobożnych kobiet uprawianie sportu na dworze jest natomiast wykluczone.

Z ciekawostek, widziałem w kawiarni w Teheranie kelnerkę, typową pankówę, z włosami ściętymi na jeża i pofarbowanymi na pomarańczowo. I oczywiście w chuście. W Isfahanie widziałem za to hipsterki w okularach z grubymi oprawkami i w manke.

hidzab9

Jeszcze dwa słowa o męskich strojach. Nie ma tu ścisłych religijnych zasad, ale krótkie spodnie w Iranie nie uchodzą – ubierając się w coś takiego, człowiek zupełnie by się ośmieszył. Nie ma przeciwwskazań dla t-shirtu, ale zdecydowanie częściej widzi się Irańczyków w koszulach. Mało popularne są też sandały, choć nie ma w nich niczego nieodpowiedniego. Typowy Irańczyk nosi więc długie spodnie, koszulę z długim rękawem i buty. Wykluczony jest za to krawat – symbol zepsutego Zachodu!

Teraz najważniejsze pytanie – co ludzie o tym sądzą. Pytałem kilka osób, głównie turystki, ale też miejscowych. Trudno z tych odpowiedzi wyciągnąć średnią, bo były zupełnie różne. Pragmatyczne: zupełnie mi nie przeszkadza i okropieństwo, nie da się w tym wytrzymać. Ideologiczne: Nakaz noszenia hidżabu obraża zarówno mężczyzn, bo sugeruje, że nie są w stanie trzymać na wodzy swoich popędów, jak i kobiety, którym odbiera prawo decydowania za siebie. Nikogo nie zaskoczę, gdy napiszę, że jestem generalnie przeciwny takim ustawowym nakazom, religijnej dyktaturze i tak dalej ple ple ple. Powiem więc, że Iranki w chustach są moim zdaniem niesamowicie seksowne. Modne dziewczyny noszą często mocny makijaż, dobierają chustę do koloru szminki i razem wygląda to bardzo ładnie!

hidzab9-1

I na koniec zdjęcia. Większości ciekawych przypadków nie udało mi się sfotografować, bo niby jak miałbym usprawiedliwić robienie komuś zdjęć na ulicy. Wykorzystałem za to niecnie most Sa-o-se i plac Imama w Isfahanie oraz ogród Eram w Szirazie, by na ich tle robić zdjęcia przechodniom. W Teheranie nie było zabytków, które dawały by mi dobre usprawiedliwienie, więc udokumentowałem głównie modę isfahańską, ale różnice nie są duże. W Jazdzie jest za to zupełnie inaczej – praktycznie wszystkie kobiety noszą czador, w chustkach chodzą jedynie turystki.

Reblog: Dlaczego jestem pesymistą?

Jacek Pałasiński

Oto powody, dla których jestem pesymistą.

Przez 45 lat bolszewizmu wpoiliśmy sobie przekonanie, że to, co się dzieje w kraju było winą przywiezionego na sowieckich czołgach ustroju. 25-letnia przerwa w bolszewii zdezawuowała ten mit, obnażyła naszą małość; to spsienie, te masowe manifestacje 1-majowe czy na 22 lipca, te 3 miliony członków PZPR, ta gorliwość ubeków i cenzorów, to byliśmy my, a nie ustrój.

Ale jednak za poprzedniej bolszewii mieliśmy fenomenalny punkt odniesienia, wzorzec normalności, który dodawał nam otuchy: Zachód. Kraje o ustroju liberalno-demokratycznym, gdzie obowiązywało prawo, gdzie panowała wolność i pluralizm, gdzie szanowało się prawa człowieka.

Teraz, kiedy sami, bez interwencji z zewnątrz, zarządziliśmy dla Polski drugą bolszewię, będziemy żyć nawet bez tamtej otuchy i nadziei.

Dlaczego? W weekend odbył się kongres faszyzującej partii “Alternative für Deutschland”. AfD wezwała NATO do zawarcia sojuszu z Moskwą i zakończenia sankcji przeciwko Rosji. Szefowa partii, Frauke Petry, zaapelowała do Angeli Merkel, by podała się do dymisji, ponieważ “straciła kontrolę nad kryzysem migracyjnym”. – “Proszę ustąpić, da pani radę” – powiedziała. Sondaże wskazują, że w najbliższych wyborach AfD dostanie dwucyfrowy wynik. Trwa otwarta fronda przeciwko pani Merkel w CSU, w samym CDU też rośnie opozycja wobec jej rządów i jej pełnej człowieczeństwa, szlachetnej polityce wobec uchodźców.

Kiedy w kraju tak nieistotnym, jak Polska zwycięża nazibolszewia, to jest to problem wyłącznie dla Polaków. Kiedy coś podobnego wydarza się w Niemczech, cały kontynent może zacząć drżeć. Do wyborów w Niemczech sporo się może jeszcze wydarzyć, AfD może dokonać podobnego exploit, co PiS w Polsce: wystarczy, by część klasy średniej irracjonalne odwróciła się od wartości demokratycznych.

A irracjonalnych tendencji w dzisiejszej Europie nie brakuje.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że następne wybory we Francji wygra Front National, grudniowe wybory regionalne, będą tego probierzem.

W Hiszpanii może wygrać Podemos, finansowane przez reżim wenezuelski. Katalonia się odłączy, kraj Basków pójdzie w jej ślady: kto będzie w stanie zapobiec chaosowi, który ogarnie ten kraj?

We Włoszech rosną niebezpiecznie akcje Movimento 5 Stelle i Ligi Północnej, siły liberalno-demokratyczne praktycznie już nie istnieją.

Wiedzą państwo, kto rządzi w Grecji.

Idę o zakład, że za rok już nie będzie Unii Europejskiej w kształcie, w jakim znamy ją dzisiaj, i z pewnością Polska będzie jednym z tych krajów, które przyczynią się do jej zgonu.

Scenariusz dla naszego kraju jest czarny, istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo, że w 2015 r. mieliśmy ostatnie wybory demokratyczne, że PiS raz zdobytej władzy już nie odda, odrobił już lekcję z 2007 r. Należy się spodziewać rozmontowania instytucji demokratycznych, niezliczonej liczby prowokacji wobec opozycyjnych partii i organizacji społecznych, wzorem Turcji. Przewodnia siła narodu zagranie całą władzę i trzeba będzie kolejnej rewolucji albo kolejnej wojny, żeby się jej pozbyć. A przy jej rządach wojna zbliża się wielkimi krokami.

Czeka nas więc nieciekawa przyszłość, pozbawiona na dodatek owej nadziei, którą za pierwszej bolszewii dawała obecność liberalno-demokratycznego Zachodu, bo Zachód właśnie od owych wartości także zaczyna odchodzić.

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 2

Roman Brodowski

Przeprowadzka na Kresy

Po kolacji jak zawsze mój wnuk oglądał program telewizyjny, córka krzątała się po kuchni, a ja po wieczornej toalecie, udałam się na zasłużony odpoczynek.

Światło wiszącej tuż nad głową lampki łagodnie oświetlało otwarte stronice książki, wydobywając z mroku tajemniczą ich zawartość. Syciłam się kolorowymi i czarno-białymi fotografiami pięknych pejzaży zarubieżnej dzisiaj krainy. Każdy z nich, szczegółowo opisany, przypominał mi czasy mojej młodości.

Coraz częściej zamykałam oczy, balansując na granicy „byłam i jestem”, coraz częściej zauważałam to, co wówczas nie miało dla mnie znaczenia, a co dzisiaj nabrało wręcz sakralnej mocy. Drobne epizody, pojedyncze myśli, twarze, przedmioty, słowa sprawiały, że powoli odnajdywałam się poza tą granicą, byłam bardziej tam i wczoraj, aniżeli tu i dzisiaj.

Nagle usłyszałam dobiegający z dala donośny głos taty.
– Wstawaj kwiatuszku – powiedział. – Wstawaj. Musimy się szykować. Niebawem przyjadą furmanki.
– Furmanki? Jakie furmanki? – pomyślałam – No tak przecież dzisiaj wyjeżdżamy do Zdołbunowa – przypomniałam sobie, powoli wydobywając się z sennej jeszcze rzeczywistości.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tato stał obok łóżka, wpatrzony w świat za oknem. Nie wiem dlaczego, ale spontanicznie wyskoczyłam z pościeli i rzuciłam się mu na szyję. – Nie bój się tatusiu – szeptałam mu do ucha. – Będzie dobrze, nie bój się, będzie dobrze.
Ojciec uwolnił się z mego uścisku, postawił mnie na podłogę i delikatnie poklepał po ramieniu.
– Musi być dobrze, Zosieńko. Dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Masz rację, będzie dobrze, córeczko – odrzekł z wyraźnie udawanym spokojem.

Tato był już od kilku miesięcy bez pracy i bez szans na jej zdobycie, postanowił więc poszukać jakiegoś stałego zajęcia z dala od Parzymiechów i z dala od leżącej niedaleko, borykającej się z wysokim bezrobociem, Częstochowy.

Po długich naradach z mamą i z jej aprobatą wyjechał w nieznane, w poszukiwaniu nowego miejsca do założenia przytulnego i dostatniego rodzinnego gniazda.

Wrócił do domu po kilku dniach.

Jakież, niczym nie tłumione emocje targały mamą, gdy usłyszała o tym, że mielibyśmy się przenieść z centralnej Polski na Wschód, tam, gdzie do dzisiaj  panuje, jak mówiła, duch rosyjskiego zaborcy. Nie wiem dlaczego, ale tych terenów mama bała się najbardziej.

Przez kolejne trzy dni w domu panowała atmosfera niezgody, kłótni i płaczu. Aż w końcu udało się ojcu przekonać mamę do wyjazdu. Zapewniał, że tam, na Wschodzie, żyją tacy sami Polacy jak my, przyjaźni, ciepli, posiadają taką samą, katolicką kulturę i podobne naszym, polskie tradycje.

Poza tym w Zdołbunowie obiecano mu interesującą pracę na kolei, dobre zarobki oraz to, co dla niego było najważniejsze, dach nad głową dla całej naszej rodziny. Dzisiaj nadszedł czas przesiedlenia w dalekie i obce dla nas miejsce. Zaczynało się nowe życie, na które patrzyliśmy pełni obaw.

Na podwórze zajechał pierwszy wóz zaprzężony w dwa konie. To kolega taty przyjechał nieco wcześniej, by pomóc przy wynoszeniu mebli.

Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Mama pakowała do drewnianych skrzyń ostatnie garnki, naczynia i drobny sprzęt kuchenny, ja – moje rzeczy osobiste, książki i zabawki. Najwięcej pracy miał tato, który wraz z naszymi najbliższymi sąsiadami, układał na furmankę szafy, stoły i spakowane już wcześniej skrzynie i walizki. Około południa nadjechał drugi wóz. Tym razem ciągnął go jeden koń, a drugi spokojnie przywiązany do woza, maszerował z tyłu. Woźnicą był wynajęty gospodarz z pobliskiej wsi, który za opłatą zgodził się zawieźć nas do celu.

Jak zawsze w takich sytuacjach wokół transportu pojawiła się spora gromadka gapiów. To sąsiedzi przybyli, by nas pożegnać. Niektórzy przynieśli nam drobne podarunki na drogę, jaja, kiełbasę, owoce. Inni, bardziej zżyci z naszą rodziną, rzeczy mające nam ich przypominać. Najbardziej wzruszył nas moment, kiedy to pan Franek, mieszkający w suterynie, zaczął zbierać od mieszkańców naszej ulicy, pieniądze, na nasz, jak to powiedział, dobry początek. Każdy starał się nam pomóc najlepiej, jak tylko potrafił. Pomiędzy dorosłymi stali też moi najbliżsi przyjaciele, Josik, Ania i Kaziu.

Josik czyli syn naszego żydowskiego karczmarza. Ma takie śmieszne, lokowate ogonki, opadające na wiecznie zatroskane policzki. Codziennie rano przybiega pod nasz dom w tej swojej czarnej sukmanie, przynosząc dla nas ciepłe, słodkie ciasteczka. Zawsze trzy, bo jest nas troje. Ania pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma czterech braci i dwie siostry, wśród nich najmłodszy jest Franek, ma czternaście lat, za dużo, by miał czas, by się z nią pobawić. Mama Ani ciężko pracuje w miejscowej pralni, starsze rodzeństwo także, więc Ania całymi dniami jest bez opieki. Gdyby nie to, że ma nas, a zwłaszcza Josika, którego bardzo lubi, byłoby bardzo samotna i pewnie smutna. Jednak najbardziej żal mi Kazia, będzie mi go brakowało. Mieszkamy obok siebie i często do późnego popołudnia bawimy się tylko we dwoje. Z tego powodu czasami inni nasi koledzy wyśmiewają się z nas, wołając, że Zosia i Kaziu to para zakochanych.   Ale ja sobie z tego nic nie robię, bo przecież to prawda, że Kaziu jest moim ulubionym towarzyszem zabaw i przyjacielem.

Wozy były już prawie załadowane. Miejsca do siedzenia na obu furmankach wymoszczone baranimi kożuchami, a na załadunek czekały tylko ostatnie trzy krzesła ustawione pośrodku opustoszałej izby, po której niespokojnym krokiem przechadzała się babcia.     Tylko ona, ta, która codziennie się mną opiekowała, moja kochana babcia, pozostanie w naszym starym, pamiętającym czasy zaborów, mieszkaniu.

Czas usiąść przed czekającą na nas drogą, powiedział nagle tato. Usiadł na jednym z krzeseł. Usiadły też mama i babcia, ja usiadłam na babcinych kolanach. Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, po czym babcia zaczęła głośno wymawiać słowa, które powtarzałam z nią codziennie przed snem – „Ojcze nasz”. Po zakończeniu modlitwy podeszła do nas, pobłogosławiła i ucałowała kilkakrotnie w czoło, najpierw tatę, potem mamę, a potem mnie. Tak wyprawieni na drogę, wyszliśmy na podwórko. Tato podziękował sąsiadom i przyjaciołom, towarzyszącym nam w naszym dotychczasowym, parzymiechowskim życiu.

Po kilku minutach, płaczu, uścisków, obietnic trwałych przyjaźni, pisania listów i składania sobie przysiąg pamięci, siedzieliśmy na wozach. Tylko Kaziu stał przez cały czas w milczeniu. Dopiero jak ruszaliśmy, podbiegł do mnie i podał mi zrobioną własnoręcznie szmaciankę. Płakał i trzymał mnie mocno za rękę.

Konie powoli ruszyły z miejsca. Nasz stary dom, stojąca na progu babcia i tłum przyjaciół zebrany na placu, wszystko się oddalało, stawało coraz mniejsze, aż w końcu zniknęło za zakrętem naszej drogi do „jutra”. I tylko te ostatnie słowa, mojego małego przyjaciela, ostatnie jego wołanie – „ja nie chcę, Zosiu, nie chcę” – wciąż jeszcze brzmiało mi w uszach.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Zmęczone konie wyprzęgnięto z wozów i zaprowadzono do biegnąca wzdłuż traktu rzeczki. My zaś rozłożyliśmy koc na miękkiej, soczystej trawie, żeby zjeść zasłużony i nieco spóźniony obiad. Popołudniowe słońce uśmiechało się do nas ciepłymi promieniami wczesnego lata, a w powietrzu unosił się śpiew krążących ponad polami, skowronków. Wydawało mi się, że jesteśmy na niedzielnej majówce.

Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Tato siedział w pierwszym wozie, obok woźnicy, a mama i ja w drugim. Pod wieczór dotarliśmy do małego zagajnika.

Wjechaliśmy na polanę osłoniętą od drogi wysokimi świerkami, z dala od innych domostw. Konie zatrzymały się pod wiekowym, rozłożystym dębem, a my zeskakując z wozów, zaczęliśmy rozciągać obolałe niewygodami podróży, kości.

– Szanowna rodzinko, i wy dostojni goście – zażartował tato. – Przybyliśmy do tego raju, by spędzić tu naszą romantyczną noc pod gwiazdami. To właśnie tutej rozpocznie się liczenia gwiazd… – Nie mędrkuj, tylko powiedz gdzie rozpalimy ognisko – przerwała mu mama – Muszę ugotować herbatę i upiec kartofle na kolację – dodała. Wybuchnęliśmy śmiechem. Po ustaleniu bezpiecznego miejsca dla rozpalenia ognia, zabraliśmy się za zbieranie chrustu.

Wieczór rzeczywiście był piękny. Ognisko strzelało milionami złotych iskier ku niebu, a języki ognia tańczyły niby tancerze po płonącym drewnie w rytm wiatru. I chociaż my, odziani w ciepłe wełniane swetry, zaczęliśmy odczuwać wieczorny chłód, to wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo, siedzieliśmy cierpliwie do późnych godzin nocnych. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Ciąg dalszy za miesiąc

Reblog: Varsaviana

Anna Dobrzyńska

będzie we wtorki co dwa tygodnie pisała o Warszawie. Na moją prośbę zaczyna jednak od tego, że napisała dla nas coś o sobie:

Jestem warszawianką od pokoleń co nie oznacza, że od zawsze wiedziałam bardzo dużo na temat mojego miasta.
Każde miasto jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Ja – trochę przekornie – zainteresowałam się Warszawą kiedy mieszkałam i studiowałam w Anglii. Kraj dostojnej królowej, dwupiętrowych autobusów i mojego idola – Freddiego Mercurego pociągał mnie od zawsze, lecz dopiero na tle angielskiej rzeczywistości dostrzegłam to czego wcześniej nie zauważałam w mojej stolicy – jej wyjątkową historię, przejmujące losy mieszkańców, siłę. Po powrocie do Polski fascynacja Warszawą zaowocowała zrobieniem licencji przewodnika miejskiego, a Anglia zawsze będzie dla mnie krajem, który bardzo chętnie odwiedzę :). Prowadzę blog varsavianistyczny.

blog1_najstarszy widok Warszawy

Stolica

…Ze stolicami bywa różnie. W jednych krajach są one stałe i niezmienne, jak we Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii, w innych –  są przenoszone z miasta do miasta, na przestrzeni wieków jak chociażby w Rosji, Bułgarii czy Australii. Jeśli przyjrzymy się historiom państw, które lubią zmieniać stolicę, zauważymy, że największe doświadczenie w tej dziedzinie mają Chińczycy i …Polacy. A zatem łączy nas nie tylko upodobanie do muzyki Chopina 🙂

Droga do ustanowienia stołeczności Warszawy była długa, kręta i pełna wertepów.

Jak to wyglądało zatem?

Pierwszą stolicą było Gniezno. I była to stolica oficjalna. Lecz już na przełomie VIII/IX wieku rywalizowało ono z Poznaniem, który pełnił funkcję siedziby władców, lecz stolicą nigdy nie został. Gniezno umocowało swoją nadrzędną pozycję w czasie panowania dynastii Piastów, a w XV wieku Jan Długosz pisał:

„Jest wszystkich miast polskich matką”.

Nieco wcześniej, bo w XI wieku stolicą Polski został Kraków i formalnie aż do rozbiorów taką funkcję pełnił. Formalnie – bo wraz z zawarciem Unii Lubelskiej łączącej Koronę Królestwa Polskiego i Wielkiego księstwa Litewskiego (1569 rok) tracił cechy miasta stołecznego, które powoli przejmowała Warszawa, stając się centrum politycznym.

blog1_Unia LubelskaX

Unia Lubelska, Jan Matejko, 1869

Dlaczego tak się działo? Otóż, zanim doszło do zawarcia Unii, polscy posłowie odbywali sejmy w Krakowie a litewscy w Wilnie. Po zawarciu porozumienia sejmy miały być wspólne – w Krakowie lub Wilnie. To spowodowało zatargi pomiędzy szlachtą polską i litewską ponieważ po pierwsze każdy chciał być gospodarzem a nie gościem, gospodarz jak wiemy, czuje się pewniej i ma silniejszą pozycję negocjacyjną, po drugie – długie podróże były dla posłów wyczerpujące. Między Wilnem a Krakowem jest 811 km, a w 16 wieku nie podróżowało się Intercity 🙂

Dlatego sejmy zaczęto organizować w Warszawie, mieście usytuowanym na szlaku Kraków-Wilno. Obrady odbywały się na Zamku – obecnie znanym jak o Zamek Królewski, wtedy był to Zamek Książąt Mazowieckich. Na początku XVII wieku król Zygmunt III Waza przeniósł się na stałe ze swoim dworem do Warszawy, zmieniając tym samym nazwę Zamku z „Książąt Mazowieckich” na „Królewski”.

Skąd taka decyzja króla? Po pierwsze centralne usytuowanie siedziby królewskiej ułatwiało zarządzanie krajem (w czasach gdy przekazywanie informacji odbywało się poprzez posłańców jeżdżących konno – znów odległość ma znaczenie :), po drugie – ze względu na odbywające się tu sejmy. Dodatkowym powodem przeprowadzki, była pasja i królewskie hobby Zygmunta III Wazy.

blog1_Kolumna Zygmunta

Kolumna Zygmunta III Wazy, ufundowana przez jego syna  – Władysława IV, stojąca na Placu Zamkowym, od 1644 roku

Otóż, na Wawelu miał on laboratorium, w którym wraz z chemikami przeprowadzał doświadczenia w celu wynalezienia sposobu produkcji złota. To spowodowało pożar zamku w 1595 roku. Zniszczenia na Wawelu dodatkowo zmotywowały króla do przeniesienia się wraz z dworem do Warszawy.

I tak w źródłach historycznych z I połowy XVII wieku odnajdujemy określenia miasta Warszawy jako: „Miasto Rezydencjalne Króla Jegomości” a w nieco późniejszych źródłach (II poł. XVIII) wieku) Warszawa określana jest jako: „Miasto Sejmowe”.

„Miastem Stołecznym” – Warszawa została po raz pierwszy nazwana w publicystyce towarzyszącej obradom Sejmu Wielkiego, (II poł. XVIII wieku), Sejmu czteroletniego, którego owocem była Konstytucja 3 maja. Warszawa w tym czasie spełniała już wszystkie funkcje miasta stołecznego, choć oficjalną stolicą jeszcze na dłuuugo pozostał Kraków.

Na ten zaszczytny tytuł Warszawa musiała czekać aż do czasu odzyskania niepodległości. 28 listopada 1918 Sejm zatwierdził ustawę, w której Stolicą Polski została Warszawa.

Tak to wyglądało w zarysie, o szczegółach napiszę w późniejszym czasie… 🙂

Na Zabajkalu

Andrzej Rejman

Banknot na pięć koni.

500_rubli_2 500_rubli_1

Znalazłem w archiwach rodzinnych banknot 500 rublowy z 1912 roku.

Sprawdzam w “Dzienniku podróży Małgorzaty Hrebnickiej”, jaką banknot ten przedstawiał wtedy wartość nabywczą.

Autorka pisze:

20 maja 1913

“…Irtysz wygląda wspaniale. Bardzo szeroki, podobny do Kamy. Most długości 322 sążni. Ten ostatni po przejeździe widać z lewej strony. Z mostu dobrze widać miasto Omsk. Na stacji spotkać można typowych Kirgizów, w niezgrabnych watowanych chałatach, z rękawami niezwykle szerokimi u góry i w wysokich uszatych czapkach ze skóry. Jest tu uralski kiosk, a w nim kupić można najróżniejsze ametysty. Ładna “szczotka” ametystów za 15 rubli…”

30 maja 1913

“….W Mysowoj na stacji zjedliśmy zupę, najęliśmy dorożkę na nasze rzeczy, a sami poszliśmy piechotą do wynajętego mieszkania. Okazało się, że to nie mieszkanie, a raptem wszystkiego jeden pokój. Zatrzymaliśmy się więc tymczasem w hotelu dla urzędników a Mejster za Stachem poszli szukać mieszkania. Wkrótce wrócili z nowiną, że wynajęli za 50 rubli trzy pokoje na lato. ….”

17 czerwca 1913

“…Ławrentij przychodził na pogawędkę. Pytał mnie, czy nie można oddać do szkoły dzieci na kazionny szczot* żeby je karmili i ubierali. Ciężko mu bardzo, ma ich pięcioro. Miał kiedyś konie, które wynajmowała kolej. Kiedy roboty się skończyły sprzedał dwa, a dwa zdechły. Ma kawałek ziemi, ale nie ma pieniędzy ani na konie, ani na chleb, więc nie może zająć się gospodarstwem. Ziarno, które przydziela rząd, w większej części stęchłe. Chciał sprzedać dom, który ma w Mysowsku, ale nikt nie kupuje, bo i tak już dużo stamtąd pouciekało (o czym świadczą domy z zamkniętymi okiennicami), nie mając z czego żyć. Niby miasto, a żadnej fabryki nie ma. Uprawiać ziemi nie opłaca się, bo zboże z powodu surowości Zabajkala źle rodzi. Ławrentij był na wojnie japońskiej. Żonom żołnierzy dawano 500 rubli na życie. (nie wiadomo, czy miesięcznie, czy w dłuższym okresie czasu – przyp. mój AR) Tymczasem jego żona otrzymała tylko sto z czymś. Kiedy Ławrentij wrócił z wojny, zaczął dopominać się o resztę pieniędzy. Kierował prośby do starej cesarzowej, która tym zawiadywała. Ta poleciła rozpatrzeć sprawę gubernatorowi Irkuckiemu. Ten zażądał metryk urodzenia dzieci, świadectwa ślubu Ławrentija i zamilkł. Kiedy Ławrentij znowu posłał podanie do cesarzowej, ta znów odesłała sprawę do gubernatora, który odpowiedział, że od 1906 r. nie wydają więcej tego rodzaju decyzji według okólnika, który wyszedł w tymże roku. Sprawa ta ciągnęła się 8 lat! …”

* z ros – казённый счёт (ros.)– na koszt państwa (przyp. mój AR)

Dalej dowiadujemy się, że dobry koń kosztował 100 rubli, a po wykonaniu zadań (ekspedycja geologiczna trwała parę miesięcy) można go było odsprzedać za ok 50 – max 75 rubli.

(Małgorzata Hrebnicka – Dzienniki podróży po Zabajkalu 1913-1914- rękopis, zbiory rodzinne)

Czyli w przedrewolucyjnej Rosji można było, przynajmniej na Zabajkalu kupić za ten banknot co najmniej 5 koni.

Na banknocie napisane jest, że podlega on wymianie bez ograniczeń w Banku Państwowym Rosji na złoto, w proporcji 1 rubel = 1/15 imperiała.

Imperiał w tym czasie to moneta 15 rublowa o wadze 12, 9 grama, próbie 900.

Tak więc, jeśli przed rewolucją w Rosji banknot ten wymieniony zostałby na złoto – dziś monety te – jeśli zostałyby przechowane – miałyby wartość ok 60 tysięcy złotych.

Banknot zaś taki na niemieckim ebayu kosztuje obecnie (2015) od kilku do kilkunastu Euro.

Jeden z (oczywistych zresztą) wniosków jest taki – banknoty mają wartość jedynie przed rewolucjami.

Obrazki z Iranu 8

shirazBAdam Slaski

Sziraz wysycha

13 października

Chodziłem dziś pieszo po mieście i sam widziałem, wyschniętą rzekę, usychający ogród Eram. A ten ogród ma 1600 lat i dotąd jakoś udawało się go zawsze nawodnić, więc jeśli teraz uschnie do reszty, to będzie historyczna porażka. Na zdjęciach ogród nie wygląda tak źle, ale gdy się przyjrzeć glebie – spękana i złakniona wody.

Widziałem też fort Karim Khan. Za tymi potężnymi murami ukryty jest ogród – podoba mi się to, że Irańczycy wiedzą, co warto chronić. Niestety także tego ogrodu nie uchronili przed suszą.

shirazA

shirazcSpotkałem przyszłego irańskiego milionera. Zapytałem człowieka o drogę, okazało się, że on jest Irańczykiem, ale wychowanym w Londynie i nie zna miasta szczególnie dobrze. Zna się za to na biznesie i postanowił rozkręcić w Iranie coś w rodzaju hostel world. Był ciekaw mojej opinii, więc poszliśmy na kawę i przedyskutowaliśmy jego pomysły. Generalnie wiadomo, jaki model biznesowy przyjąć, wystarczy kopiować istniejące pomysły z Zachodu. Dokładnie tak powstały polskie fortuny w latach 90. I nie mam wątpliwości, że ten gość też ma szansę się wybić, przy odrobinie szczęścia oczywiście.

O zachodzie słońca poszedłem do meczetu posłuchać śpiewu muezina i zobaczyć muzułmanów gromadzących się na wieczornej modlitwie. Było to bardzo piękne, słuchałem w skupieniu, aż tu nagle podeszła do mnie rodzina Irańczyków i się zaczęło – where are you from, mister – lachestan good – volleyball, kurek – iran good? widać nie mieli potrzeby wysłuchiwać muezina w skupieniu

Poszedłem na kolację do okienka z zupami. Obok hotelu jest taki punkt, gdzie ustawia się zawsze długa kolejka, a facet nalewa do pojemników pyszną i pożywną zupkę.

shirazZ

Halloween, Thanksgiving…

Halloween dopiero co minął, a już nadchodzi Thanksgiving (jutro!)  – dwa amerykańskie święta, potem będzie niemiecki Adwent, żydowska Chanuka i nasze chrześcijańskie święta z choinką, ale na razie wciąż jeszcze Ameryka

Joanna Trümner

Boston

„Po co im potrzebne moje odciski palców?“ – zastanawiam się, grzecznie dotykając czterema palcami miniaturowego ekranu, „A teraz kciuk” – mówi uśmiechając się do mnie młoda Meksykanka, pracowniczka urzędu emigracji USA, decydująca na lotnisku w Dublinie o tym, czy będę mogła wsiąść do samolotu do Bostonu. Stojący za mną teść, 84 lata, jest zwolniony z tej procedury. „W tym wieku już nie trzeba zostawiać odcisków palców” – informuje uśmiechnięta, sympatyczna Meksykanka, tak jakby chciała przeprosić mnie za to, że tylko osiemdziesięciolatkowie i dzieci nie są potencjalnymi terrorystami.

ameryka-boston

Następny dzień spędzamy na zwiedzaniu Bostonu – jednego z najstarszych miast Stanów. Miasto ma przepiękne, historyczne części – eleganckie, zbudowane z czerwonej cegły domy, pełne przepychu kościoły, pierwszy uniwersytet Ameryki i równocześnie jeden z najbardziej elitarnych uniwersytetów świata – Harvard i duszę metropolii. Niewiele wiem o historii tego miasta, które odegrało tak ważną rolę w walce o niezależność Stanów. Dowiaduję się o Tea Party, masakrze w Bostonie, napływie niechcianych tutaj irlandzkich emigrantów, chodząc po prowadzącej przez historyczną część miasta Ścieżce Wolności (Freedom Trail). Zaskakuje mnie ilość młodych ludzi na ulicach i brak potomków niewolników, którzy po tam, jak w Massachusetts w roku 1793 zniesiono niewolnictwo, masowo uciekali do Bostonu.

Wieloryby

Jesteśmy w Maine, płyniemy statkiem po Atlantyku w poszukiwaniu wielorybów. Pani, sprzedająca nam bilety uprzedza, że morze jest burzliwe. Nie bardzo mogę w to uwierzyć, patrząc na spokojną zatokę. Jednak w miarę pokonywanych mil morskich pogoda staje się coraz bardziej sztormowa. Zatrzymujemy się po prawie dwugodzinnej podróży. Statkiem trzęsie potwornie, rzuca człowiekiem po pokładzie. Ledwie mogę utrzymać się na nogach. W momencie, kiedy przechodzi mi przez głowę myśl, że cały ten rejs to nabijanie turystów w butelkę, w odległości pięciu metrów od statku pojawia się wieloryb, patrzy na nas z zainteresowaniem, dając czas na zrobienie zdjęć i odpływa żegnając się fontanną wody.

Wszyscy pasażerowie gromadzą się na jednej stronie statku – morze jest tak niespokojne, że gdyby teraz ktoś wyleciał za burtę, nie byłoby żadnej szansy na wyciągnięcie go z wody. Moje czarne myśli o tym, że statek z wszystkimi pasażerami zgromadzonymi na jednej stronie pokładu przechyli się i zatonie, przerywa krzyk „na lewo!” W odległości kilku metrów od burty pokazują się grzbiety trzech wielorybów. Zwierzaki opływają dookoła statek i zanurzają się prawie synchronicznie w wodzie machając płetwami – wrażenie jest niesamowite – nigdy w życiu nie zbliżyłam się na taką niewielką odległość do tak wielkich i pełnych majestatu istot.

ameryka-wieloryby

W drodze powrotnej – fale nadal rzucają statkiem niemiłosiernie – udało mi się znaleźć miejsce siedzące na jednym z pokładów. Okropnie cierpię na chorobę morską. Przypomina mi się rada znajomego i koncentruję się na uporczywym wpatrywaniu się w linię horyzontu. Gapię się w tę nieruchomą linię, myśląc o tym, że mimo wszystko był to jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Z dezaprobatą patrzę na trzyosobową rodzinę Chińczyków, która pokonana przez chorobę morską, przespała tą chwilę.

W drodze

Wiele godzin spędzamy w aucie, jeżdżąc po pięciu stanach Nowej Anglii – Massachussets, Maine, New Hampshire, Rhode Island i Vermont – ponad cztery tysiące przejechanych kilometrów i dziesiątki godzin spędzonych na oglądaniu wiosek i miasteczek z okna samochodu. Nie da się opisać kolorów Indian Summer – eksplozji różnych odcieni żółci, czerwieni i brązu i widoku wielkich liliowych pól – to nie wrzosy, to plantacje żurawin.

Przejeżdżamy kilometry nie widząc ani jednego domu przy drodze. Mijamy małe miasteczka z jednym lub dwoma kościołami, wśród których najbogatsze wrażenie sprawiają „Królestwa” świadków Jehowy, i cmentarze z miniaturowymi nagrobkami – przy prawie każdym stoi amerykańska flaga. Zaskakujące jest dla mnie to amerykańskie podejście do państwa, pełne dumy, zaangażowania i braku roszczeń. Na przykład akcja „adopt a highway”, w ramach której poszczególne odcinki autostrady sprzątane są przez kościoły, kluby, firmy, nikt nie czeka na to, że zrobi to państwo. Albo renciści, pracujący społecznie w centrach informacyjnych parków narodowych, z dumą opowiadający o swoim regionie.

Mijamy Berlin, Norway, Poland, Hanover, Paris – domyślam się, że nazwy te nadali pierwsi osadnicy z Europy, chcący uczcić w ten sposób swoje ojczyzny.

Obsługa w centrach informacyjnych jest tak uprzejma, że zapominam o umieszczonym na drzwiach zakazie wnoszenia broni do budynku. Trudno mi jest wyobrazić sobie sympatycznego Boba, którego przodkowie przyjechali zresztą z Polski, czyszczącego giwerę, zanim wyjdzie z domu.

Mjamy tak samotne zakątki, że dopuszczam jednak do siebie myśl, że mieszkańcy takiej np. „Least Travelled Road” („najmniej uczęszczanej ulicy” – autentyczna nazwa ulicy z jednym domem w Maine) zaraz po przebudzeniu się sprawdzają, czy broń jest jeszcze na miejscu.

A jednak miałam kontakt z bronią w Stanach. W przeddzień odlotu byliśmy świadkami strzelaniny w centrum Bostonu. Dotarliśmy tam zaraz po fakcie, kiedy na miejsce przyjechały już trzy samochody policji i dwie karetki pogotowia. Po powrocie do Berlina wstukałam do Googla hasło „strzelanina Boston listopad 2015” i otrzymałam przerażającą informację o tym, że w listopadzie codziennie się tu ktoś strzelał.

Praca

Smutnym widokiem są starsi ludzie, którzy zmuszeni są ciągle jeszcze pracować – nie społecznie, z nudów, jak to robi Bob, tylko z konieczności. Pani, u której płacę za dżinsy, ledwie trafia palcami w klawisze kasy – może mieć 75-80 lat. Starsi smażą frytki i hamburgery, sprzątają hotele, obsługują w restauracjach, sprzedają bilety wstępu do atrakcji turystycznych. Starzy i bardzo młodzi wykonują wszystkie te niewykwalifikowane prace za kilka dolarów. W telewizji słyszę o tym, że bezrobocie w Stanach spadło do 5%, wszędzie można znaleść napisy „Hiring Now” (czyli „szukamy pracowników”) – jeżeli jeszcze tylko stoisz na nogach i wiesz, jak się nazywasz to możesz pracować.

Halloween

Dzisiaj mamy do pokonania 500 kilometrów – najdłuższy etap podczas podróży po Nowej Anglii. Znad Atlantyku w Maine w góry White Mountains w Vermoncie. Na śniadanie zatrzymujemy się w McDonaldsie. O tej porze jest dosyć pusto – przy jednym ze stolików siedzi grupa roześmianych rencistów, omawiających ostatnie szczegóły planowanej na wieczór party. Na jednym z krzeseł stoją dwie plastikowe torby z napisem Wallmart.  Do krzesła podchodzi bezdomny Murzyn, ubrany w czarną koszulkę ze śmiejącą się pomarańczową dynią. „Happy Halloween!” – mówi patrząc na nasze pełne talerze. Zabiera swój cały dobytek i udaje się do toalety.

Tablica informuje mnie o tym, że nasze śniadanie ma 1360 kalorii – czyli ponad połowę dziennego zapotrzebowania na energię. Po przeczytaniu tej informacji przechodzi mi apetyt, odchodzę od stołu zostawiając na nim talerz z naleśnikami „Happy Halloween!” Uśmiecham się do Dyni.

Hallowen prześladuje nas na każdym kroku – nie ma domu, przed którym nie stałaby dynia, niektóre ogródki przed domami zmieniają się w scenę, na której stoją figury zmarłych gwiazd show-biznesu.

ameryka-halloween

Moja córka, pracująca od kilku tygodni w Bostonie, spędza ten dzień w Salem. To niewielkie miasto na północ od Bostonu, znane z polowania na czarownice w latach 1692-1693. Ponad 200 osób oskarżonych zostało o „konszachty z dziabłem”, 20 z nich skazano. Miasto, w którym zresztą przez cały rok zwiedzać można domy czarownic, zmienia się w Halloween w wielką paradę miłośników tego święta. Córka opowiada nam potem o tej wielkiej party, pokazując zdjęcia adwokatów, bankierów, policjantów i nauczycieli poprzebieranych za dynie, Frankensteinów i szkielety.

„Mayflower”

Statek z pierwszymi osadnikami wyruszył z angielskiego Plymouth we wrześniu 1620 roku. Na pokładzie znajdowało się 102 pasażerów, którzy po 66 dniach spędzonych na morzu wylądowali w w Provincetown na Cape Cod. Podczas tej podróży urodziła się dwójka dzieci. Dzisiaj zrekonstruowany statek stoi w Plymouth w stanie New Hampshire. Nie po raz pierwszy zachwycił mnie amerykański sposób przekazywania widzom historii – tu aktorzy poprzebierani w oryginalne stroje z tamtego okresu opowiadają o powodach, dla których zdecydowali się opuścić Anglię, o politycznych konstelacjach w Europie i o podróży do Nowego Świata. Nie bombarduje się słuchaczy datami i nazwiskami, a fakty historyczne przemyca w formie anegdot i ludzkich emocji.

Pierwszą zimę koloniści spędzili na statku, który wrócił do Anglii w kwietniu 1621 roku. Po zejściu na ląd połowa kolonistów zmarła w ciągu roku z głodu i gdyby nie pomoc Indian nikt z pasażerów i załogi „Mayflower” nie przeżyłby kolejnego roku. Z pomocą Wampanoagów koloniści nauczyli się uprawiania ziemi, polowania i łowienia ryb. Pod koniec pierwszego lata spędzonego na lądzie w podziękowaniu Indianom koloniści obchodzili trzydniowy festyn dożynkowy, do dzisiaj obchodzony w USA jako tzw. Thanksgiving.

Nazwiskami pierwszych osadników z „Mayflower” nazwano wiele miast w Nowej Anglii.

Polityka

Wieczorami oglądam telewizję, wiadomości z Europy prawie nie ma, natomiast amerykańska kampania przedwyborcza zajmuje tyle miejsca, że mam wrażenie, że wybory są za miesiąc a nie za rok. Przez przeoczenienie kupuję sobie pasek z serii sygnowanej przez Donalda Trumpa – najbardziej kontrowersyjnego kandydata Republikanów na prezydenta USA, który doprowadza mnie do szału arogancją i szowinizmem. Muszę teraz chodzić z paskiem z podpisem tego durnia – a swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby pani Merkel albo którykolwiek z przywódców krajów Unii sygnował np. buty, spodnie albo kolekcje sukienek swoim podpisem.

American Way of Life

Podczas każdego pobytu w Stanach podziwiałam tą amerykańską umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu i grzeczne, pozytywne, czasami naiwne i dziecięce podejście do ludzi.

Ten luz czasami przybiera absurdalne formy – podczas śniadania w hotelach niejeden z gości siedzi w spodniach od piżamy.

Śniadania podaje się na talerzach z plastiku i je się plastikowymi sztućcami, zakupy pakuje się w sklepach w bezpłatne torby plastikowe – ilość zużywanego plastiku jest niewyobrażalna. W Massachussets zaczęto segregować butelki plastikowe i puszki – poza tym w Nowej Anglii nie istnieje żadna forma sortowania śmieci.

Josh, chłopak, który stuknął w nasze auto, jest przesympatyczny. „Zagapiłem się” – mówi rozbrajająco, informując równocześnie o tym, że jego samochodem nie musimy się przejmować, bo należy do mamusi, która jest na Florydzie. W ciągu dziesięciu minut wiem o nim prawie wszystko. Decydujemy się, że nie będziemy wzywać policji, na naszym samochodzie nie ma nawet śladu tej stłuczki. Na pożegnanie Josh podaje nam swój adres i adres mamusi na Florydzie (na wszelki wypadek) i z pewnym smutkiem mówi o tym, że bardzo chciałby kiedyś zobaczyć Paryż, Londyn i Berlin. Wyślę mu na Święta widokówkę z Berlina.

Festiwal piosenki natrętnej III

Tomasz Fetzki

Śmiech

Dziś będzie o natręctwie niemalże mistycznym. Wyrosłym, by tak to ująć, na enologicznym podglebiu.

Żyjemy w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej? Żyjemy. Jesteśmy spadkobiercami kultury grecko-rzymskiej? Jesteśmy. Należy to dziedzictwo kultywować? Należy. Toteż nie miejcie do Viatora pretensji o to, iż od czasu do czasu – nie za często przecież – kultywuje. Że przenosi swoją duszę utęsknioną do tych pagórków attyckich, drzewami oliwki porośniętych, by dołączyć do orszaku szlachetnego Dionizosa. By ująć krzepką dłonią tyrs. By w korowodzie menad i satyrów przemierzać w uniesieniu wzgórza i doliny Lidii, Frygii oraz Tracji!

Tyle, jeśli chodzi o Greków. A Rzymianie? Są i oni! Wszak pierwsi stwierdzili: in vino veritas! A prawda rzadko bywa radosna. Tym bardziej, że te smuteczki, które pragnął był Viator utopić, są, co już dawno ktoś dostrzegł, wybornymi pływakami. O czym się Wędrowiec wciąż na nowo, za każdym razem z naiwnym zdziwieniem, przekonuje. Nie on jeden. A każdy wyraża to inaczej, wszak z obfitości serca mówią usta. Może to być: słuchaj rodaku, czerwone maki, serce, ojczyzna… albo coś zupełnie innego.

Niedawno – przed miesiącem zaledwie – podczas jednego z takich nostalgicznych misteriów dionizyjskich, usta Wędrowca wypowiedziały (tak to trzeba określić; nie sam Viator, ale coś w nim, poza jego wolą, powiedziało) słowa od wielu lat zapomniane, ukryte skrupulatnie gdzieś w najciemniejszych zakamarkach mózgu: Nie umieraj, Pinokio! Skąd właśnie one? Dlaczego? Dionizos jeden raczy wiedzieć. Już samo to było tajemnicze, ale misterium miało trwać dalej. Pamięć, jakby uwolniona zaklęciem, zaczęła, zwrotka po zwrotce, wyrzucać z siebie tekst i melodię piosenki – precyzyjnie i bezbłędnie. Co jest o tyle niezwykłe, że ostatni raz słyszał Viator tę piosenkę (czy może nawet sam zaśpiewał) około trzydziestu lat temu. Od tego czasu, tak się złożyło, ani razu się z nią już nie zetknął.

Chce uwierzyć Wędrowiec, iż poczuł muśnięcie mistyki, ale nic z tego. Wie przecież, że to jedynie procesy biochemiczne, które uruchomił nieopatrznie w swych neuronach. Do bólu naturalne i doczesne, choć mimo to niezwykłe.

A piosenka? Od tamtego tajemniczego wieczora regularnie prześladuje Viatora. Nie ma w tym niczego dziwnego. Skoro tak dokładnie i długo przechowała ją pamięć, by teraz natrętnie podsuwać, należy przyjąć, iż utwór był i pozostał dla Pielgrzyma ważny. I tak jest w istocie.

Viator był młodzieńcem sympatycznym, lecz snobowatym; może nawet dość inteligentnym, ale na pewno niezbyt bystrym. O ile potrafi zrekonstruować swój ówczesny, sprzed trzech dekad, stan świadomości, musiałby chyba przyznać, że nie bardzo wiedział wtedy, kto jest autorem czy oryginalnym wykonawcą piosenki. Znał ją tylko z interpretacji starszych, obytych w świecie kolegów, którzy mu imponowali. Nieszczególnie też rozumiał jej treść. Ale mu to nie przeszkadzało. Ważny był nastój. Czysta poezja.

Czegoś się tam zapewne domyślał. Ale co może pojąć z życia oszczędzany przez nie dotąd nastolatek? Jednak to, co żółtodziób turysta przeczuwał zaledwie, Wędrowiec, który już przekroczył półmetek, rozumie znacznie lepiej – choć też nie do końca. Smarkacz mógł się niepewnie półuśmiechnąć, słysząc o umieraniu… Pinokia (no bo czemu Pinokia, u diabła?!) Pielgrzym, gdy słyszy – czemu żyć chcesz, Pinokio? – z kamienną twarzą doda: właśnie, dlaczego? Wie już przecież, jak bardzo złe potrafią być te dni i w jak długie, ponure korowody potrafią się ustawiać.

Teraz Viator rozumie, dlaczego właśnie Pinokio. I ma już świadomość, że w realnym świecie Wróżka rzadko zwycięża – znacznie częściej tryumfują Lis z Kotem. Szczerze mówiąc – tryumfują prawie zawsze.

Nie umieraj, Pinokio! Czternaście lat temu odszedł Pinokio, który napisał tekst. Nie żyje już dwóch spośród Pinokiów, wykonujących piosenkę, zaś trzeci też był bardzo blisko. My żyjemy! A miasto wciąż nam się śni.

Skąd wziąć na to wszystko siły? Autor podpowiada – z autoironii. Nie można pokonać przeznaczenia, trzeba je z twarzyczką zapłakaną wyśmiać. Na nic innego nie zasługuje.

Pinokio, jeszcze jedną noc trwaj! I jeszcze następną. Może doczekasz nocy prawdziwie mistycznej?