Grass

Referat “Günter Grass, wolność i ja” wygłosiłam na konferencji historyków w Bydgoszczy w roku 2009. Nie jestem “historykiem” ani “historyczką”, nie wiem nawet, co skłoniło organizatorów do poproszenia pisarki o wykład inauguracyjny. Ale i oni, i ja byliśmy bardzo dumni z siebie, że udało się rozpocząć konferencję tak nienaukowo.

Ewa Maria Slaska, Co widzieliśmy?

Żyć dla biografii

Są ludzie, którzy pracują na dorobek i są tacy, którzy pracują „na biografię”. Ja na pewno pracuję na biografię, bo dorobić się nigdy nie potrafiłam. Jest to zresztą tradycja rodzinna, której zapewne nie wolno się sprzeniewierzać. W każdym pokoleniu co najmniej jeden z moich przodków wyczuwał autentyczny trend współczesnych sobie czasów i próbował chwycić Los za rogi, aby przemienić je w nowoczesne rogi obfitości. I wszyscy ponosili klęski. Mój pradziadek – Julian Krynicki, który być może chciał zostać Rockefellerem – zbankrutował na nafcie w Borysławiu na przełomie wieków XIX i XX. Moja babka, Maria Bogucka poszła śladami Heinza, podjęła produkcję ketchupu w Warszawie w latach 30 i niestety też zbankrutowała. Mój ojciec – Dariusz Bogucki – zbankrutował na próbach zostania Onassisem czyli na prywatnej budowie statków pod koniec minionego stulecia. Rockefeller, Heinz i Onassis dorobili się, my – nie.

Nie mam wyjście, muszę więc pozostać przy biografii jako jedynym dorobku życiowym. A ponieważ jestem pisarką, piszę i jest to główna część mojej biografii, a gdy piszę – zapisuję czas.

Zapisywać czas

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego Colas Breugnon, który dzięki temu zleceniu kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście wiem, że z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć, co jest domeną twórczości literackiej. Pisarz ma więc znacznie większą swobodę niż naukowiec, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Obecni na konferencji naukowcy wiedzą lepiej niż ja, że im dłuższy okres dzieli nas od daty napisania dzieła literackiego tym większa jest szansa, że zostanie ono uznane za źródło naukowe. Iliada i Odyseja są uprzywilejowane w stosunku do „Pawia królowej”. Tym niemniej w ostatnim czasie pisarz ma się lepiej jako świadek swojego czasu, co pewnie wiąże się z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie oczywiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story”.

Literatura jako źródło historyczne nadal jednak nie jest zbyt wysoko ceniona, bo, podobno, autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, choć może to nie wiadomo jak przeinaczyć lub pominąć to, co wie. Ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Mimo więc, że pisarz tworzy fikcję, to jest ona pewnym rodzajem faktu rzeczywistego, choć zapewne nie jest faktem historycznym. Ale autor to szczególny kronikarz, miewa skłonności do idealizowania, a jeśli zwraca uwagę na istotne struktury świata realnego, to czasem nawet nie wie, że tak jest. Literatura zatem to dobre – bo jak obraz w lustrze – mimowolne odbicie zainteresowań, trosk i radości swojej epoki i zbiorowości. W tym sensie pisarz jest świadkiem, zapisującym swój czas.

Konstatacja ta była mi potrzebna, bo właściwie nieco mną wstrząsnął fakt, że mam tu wystąpić niejako jako świadek czasu, to znaczy człowiek, który nie tworzy swego wystąpienia, lecz opowiada, co mu się zdarzyło i co widział. Postanowiłam więc wesprzeć się w tym zadaniu, wybierając sobie na towarzysza – skromnie i bezpretensjonalnie – jednego z najsłynniejszych pisarzy europejskich.

Günter Grass

Oboje jesteśmy z Gdańska, a nawet z Wrzeszcza, i oboje wyjechaliśmy z tego miasta do Berlina. Oboje urodziliśmy się jesienią, on w znaku Wagi – 16 października 1927 roku, ja 2 września 1949 roku w znaku Panny. Znamy się osobiście i to by było na tyle, gdyby nie fakt, że o ile ja nie odgrywam najmniejszej roli w życiorysie Grassa, on w moim – owszem.

Nie jest mi Grass ani wzorem ani mentorem, ale na pewno jest stałym punktem na mapie Historii, według którego oblicza się koordynaty. Dopiero teraz, przygotowując się do wystąpienia na tej konferencji, stwierdziłam na przykład, jak często w moich tekstach odwołuję się do tekstów Grassa. Co więcej, to odwołanie zwalnia mnie niejako z obowiązku zapisu pewnych faktów, zakładam bowiem, że Czytelnik jest ich świadomy, podobnie jak ja, że czytał wszystko co Grass napisał, zna to na pamięć zdarzenia, fakty, interpretacje. Sądzę, że to samo, choć może na innym poziomie, dzieje się z dwoma gdańskimi pisarzami – Stefan Chwin i Paweł Huelle, którzy też piszą o Gdańsku, też najwyraźniej mierzą się z Grassem. Weisser Dawidek to brat Oskara Mazeratha. Może jest tak, że nikt z nas, tych pisarzy, dla których Gdańsk jest punktem wyjścia i odniesienia, nigdy nie będzie wolny w swych twórczych zamierzeniach, bo zawsze będzie pochylał się nad nami cień Wielkości. I zawsze też być może powinniśmy zadać sobie pytanie, czy w ogóle warto, byśmy sami coś pisali, skoro już wszystko zostało powiedziane. I to jak powiedziane!

My, Grass i ja. Pochodzimy z Gdańska, mieszkaliśmy w Berlinie. Naznaczyły nas miasta, które mają ze sobą coś wspólnego, ten niezwykły rys, wyodrębniający je od innych miast w Europie. Miasta wydzielone, którym przypadła do odegrania historyczna rola w dziejach współczesnej Europy. Niewątpliwie jesteśmy dumni z tego, pewne cechy naszych osobowości i naszego pisania przypisujemy niewątpliwie dziedzictwu, jakie nałożyły na nas nasze miasta. Zapewne brak nam tu owej wspaniałej skromności, która zwykłemu człowiekowi mówi, że ważne jest tylko to, co osiągnął on sam, bez odwoływania się do przodków i genius loci. Pisarz jednak wie, że Duch Miejsca to ważny bóg i nie darmo Rzymianie składali mu ofiary w każdym nowym mieście, które włączyli do Imperium.

Grass, urodzony w Wolnym Mieście Gdańsku, przeżył w nim początek wojny, i upadek miasta, najpierw tego Wolnego, a potem w ogóle miasta, po czym pojechał do Berlina i przeżył tam moment, gdy władze NRD wzniosły Mur Berliński. Ja zaś, urodzona w Gdańsku w kilka lat po wojnie, mieszkałam tam, z przerwą na studia, do roku 1985 i przeżyłam w tym mieście Solidarność i wybuch stanu wojennego, a potem zamieszkałam w Berlinie Zachodnim i byłam świadkiem upadku Muru, co przecież było berlińską kontynuacją tego, co zaczęło się w Gdańsku.

Wybuch wojny – koniec wojny – podział Europy – wzniesienie Muru – strajki na Stoczni – upadek Muru – zjednoczenie Niemiec – zjednoczenie Europy. Gdańsk i Berlin odegrały tu kluczową rolę. To miasta, które stworzyły Historię. A my braliśmy w tym udział. Günter Grass i ja.

Zapisałam to i stwierdzam, że naprawdę jesteśmy świadkami Historii, świadkami czasu. Zeitzeuge – mówią Niemcy. Jestem świadkiem dwóch wielkich zdarzeń w dziejach naszego kontynentu.

Przygoda z Grassem 

Moja przygoda z Grassem zaczęła się od takiej książeczki na żółto-burym szorstkim papierze z niebieską tekturową okładką. Ktoś mi ją pożyczył na jedną noc i powiedział, że to powieść o tym, jak Ruscy spalili Gdańsk. Był to pewnie Karol Krementowski, mąż mojej starszej przyjaciółki, Teresy, bo to on dbał o moją edukację polityczną, gdy jako młoda mężatka w ciąży wróciłam po studiach z Poznania do Gdańska. Był rok 1976, pewnie wiosna. Radom zdarzył się, gdy już urodziłam syna. Siedziałam na krześle w pokoju ojca, który na razie dostaliśmy z mężem do dyspozycji. Był to dobry pokój dla młodych rodziców, bo z balkonem. Za oknem było słonecznie, w skrzynkach kwitły piękne złociste kwiaty, których nazwy nie pamiętam. Karmiłam syna piersią, słuchałam radia i płakałam. Myślę, że nic nie rozumiałam, oprócz tego, że przeganiano robotników między dwoma szpalerami milicjantów, którzy ich pałowali. Strasznie się boję bólu zadawanego przez kogoś z zewnątrz. I zawsze utożsamiam się z bólem, który zadaje się innym. Zwłaszcza, gdy ten inny to bezbronny człowiek, zdany na łaskę oprawcy. To pewnie moje żydowskie dziedzictwo, o którym zresztą wtedy w ogóle jeszcze nie miałam pojęcia.

Wieczorem przyszli Teresa i Karol, i Karol tłumaczył mi, na czym polega perfidia systemu, w którym żyjemy i jak powinniśmy się bronić. A co więcej, co ja miałabym w tym ogólnonarodowym zadaniu do zrobienia. Te rozmowy trwały kilka lat i ustaliły kształt mojego życia.

Zanim jednak, po Radomiu, doszło do rozmów, a potem do zadań, zaczęło się od lektur. Karol niestrudzenie dostarczał mi wydawane nielegalnie książki, najczęściej publicystykę. Powieść była czymś nowym. Nazwisko Grass na okładce nic mi nie mówiło. Jakiś Niemiec. Nie bardzo mnie to brało. Nie lubiłam specjalnie ani literatury rosyjskiej ani niemieckiej. Wychowywałam się na polskim eseju filozoficzno-kulturalnym, literaturze angielskojęzycznej i Marcelu Prouście. Oczywiście czytałam podstawowy kanon lektur niemieckojęzycznych. Już Brecht mnie niepomiernie nudził, Fontane był nie do strawienia, Mann mnie w owym czasie niezbyt fascynował, znacznie bardziej Hesse, w czym oczywiście byłam nieodrodną córką mojej własnej hippisowskiej epoki. A tu jakiś tam Grass.

Ciekawe, że gdy w 10 lat później przyjechałam do Berlina i jak śliwka w kompot wpadłam w towarzystwo niemieckich feministek, jedna z moich pierwszych lektur niemieckich też odwoływała się do „Blaszanego bębenka”. Svende Merian w „Śmierci księcia z bajki” oburzona napisała o filmie, że jest pogardliwy dla kobiet, bo Kolijaczek gwałci babkę Oskara na polu kartofli.

Dla zaangażowanych działaczy polskiej opozycji był to więc tekst o tym, że Ruscy spalili Gdańsk, o czym oficjalnie nigdy się nie mówiło, dla niemieckich feministek, dowód na maczyzm, o czym mówiło się wówczas wszędzie.

O tym, jak ciężkim doświadczeniem było czytanie tzw. bibuły nie będę się tu rozpisywała. Temat został już omówiony przez innych. Spędziłam noc na czytaniu wyblakłej kopii „Blaszanego bębenka” i rano byłam kompletnie nieprzytomna. Mąż wyszedł do pracy, ja poszłam odnieść książkę do jakiejś pani, która była po mnie następna w kolejce, i wróciłam do łóżka. Śniło mi się, że Oskar siedzi na wieży Katowni i rozbija okna teatru.

Po raz kolejny Grass pojawił się w okresie Solidarności. W klubie studentów politechniki Kwadratowa zorganizowano nielegalny, a może tylko ćwierć czy pół legalny pokaz najnowszego filmu Schlöndorfa, przemyconego przez kogoś z zagranicy. Oskar siedział na wieży Katowni i bębniąc rozbijał okna teatru. Ruscy wkraczali do Gdańska, paląc, mordując i gwałcąc.

Przez te cztery lata między Radomiem a strajkami w Gdańsku, między lekturą a projekcją „Blaszanego bębenka”, zdarzyło się wszystko, co miało zadecydować o moim i o naszym życiu.

Wszystkie inne książki Grassa przeczytałam znacznie później, albo w polskich wydaniach legalnych, albo już po niemiecku. Ale żadna nie może się równać z nocną lekturą „Blaszanego bębenka” w kuchni, czemu towarzyszyło picie ogromnych kubków herbaty. I żadna nie była dla mnie aż tak ważna.

Sierpień z małej i z dużej litery

Kilka razy w życiu zdarzyło mi się, że przez przypadek opowiedziałam się nie po tej stronie, co trzeba. Po tej, która przegrywała. Nie wiedziałam, że tak będzie, a jednak powtarzalność tego oznacza, że Los, zgodnie z moim znakiem Zodiaku, nie przewidział dla mnie miejsca na górze. Pierwszym takim momentem, kiedy odczułam, że Los tak chce, był sierpień 1980 roku czyli Sierpień.

Byłam zatem zaprzyjaźniona z Karolem Krementowskim, który w okresie między rokiem 1976 a 1980 pouczył mnie wreszcie, że jako przedstawicielka inteligencji i „panienka z dobrego domu” nie wiem nic o tym, jak naprawdę wygląda życie w PRL i jakie są moje obowiązki obywatelskie. Przez niego też poznałam Andrzeja i Joannę Gwiazdów i innych działaczy nielegalnych związków zawodowych.

W początku sierpnia 1980 roku przyjechał na wakacje do Polski znajomy moich rodziców, Dick Verkijk, dziennikarz radia holenderskiego. Chciał podczas tych wakacji przeprowadzić wywiady z przedstawicielami opozycji demokratycznej. Zapytał mnie, czy mogłabym mu w tym pomóc, jako tłumaczka i organizatorka tych spotkań. Zgodziłam się i w ciągu dwóch pierwszych tygodni sierpnia rozmawialiśmy z Karolem Krementowskim, przedstawicielem WZZ w Unimorze, Andrzejem Gwiazdą, Bogdanem Borusewiczem oraz – już po rozpoczęciu Strajków – z Leszkiem K. Moczulskim i Aleksandrem Hallem. Ciekawe, że Dick Verkijk zrezygnował ze spotkania z Wałęsą, twierdząc, że ma już wystarczającą ilość informacji i ograniczył się do przekazania mu przez Andrzeja Gwiazdę pewnej sumy pieniędzy.

I tak to Los po raz pierwszy sprawił, że dokonałam złego wyboru. Ciekawe, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym jednak przekonała Dicka, że powinniśmy się spotkać z Wałęsą? Wtedy, gdy był wyrzuconym z pracy robotnikiem z gromadą małych dzieci, a nie w trzy tygodnie później, gdy znał go już cały świat. Bo, na życzenie Dicka, spotkaliśmy się z nim jednak w pierwszych dniach września i było to już całkiem inne spotkanie.

Ale o tym za chwilę. Bo to już było po Sierpniu, po Strajkach, po podpisaniu Porozumień, a ja jeszcze muszę opowiedzieć o tym, jak to było w sierpniu, kiedy jeszcze nie pisało się tej nazwy z dużej litery. Ze wszystkich tych spotkań, które odbyliśmy z Dickiem, najmilej wspominam wywiad z Borusewiczem, był dowcipny, skromny, inteligentny, ale najbardziej znamienny wydał mi się wywiad z Gwiazdą. Andrzej opowiedział, że WZZ przygotowały listę postulatów, na której było kilkanaście żądań skierowanych do władz zakładowych, lokalnych i państwowych. Były one uszeregowane od najprostszych, takich jak odzież ochronna, a kończyły się żądaniem prawa do utworzenia Związków Zawodowych niezależnych od partii. I, podkreślił Andrzej w rozmowie z Dickiem, władze wojewódzkie oficjalnych związków zawodowych przyjęły cztery z tych postulatów i postanowiły przedłożyć je na zbliżającym się właśnie zjeździe ogólnopolskim! Cztery! I Andrzej był dumny, że tyle udało się już osiągnąć. Tak było w sierpniu.

W Sierpniu zaś ci ludzie z WZZ stworzyli NSZZ “Solidarność”, a Solidarność zażądała realizacji wszystkich postulatów i dodała jeszcze kilka od siebie.
Nota bene warto czasem przypomnieć sobie, jaka to była lista, czego żądali wówczas stoczniowcy, a z nimi miasto i kraj. Zostały one napisane na drewnianych tablicach i wywieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej 18 sierpnia 1980 roku. I wydawały się niemożliwie wręcz odważne. Stałam pod bramą wraz z innymi kobietami, których mężowie byli na Stoczni, czytałam te postulaty i nie wierzyłam własnym oczom. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, jak skromne to były żądania. Tak naprawdę tylko pięć z nich miało charakter polityczny, reszta dotyczyła życia, zaopatrzenia w żywność, poprawienia sytuacji mieszkaniowej, wprowadzenia sobót wolnych od pracy. Chociaż oczywiście w czasach komuny wszystko to było niesłychanie odważne. Np. postulat 10: Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.

Tak więc stałam przed Bramą Stoczni, a mój mąż był za nią. Znalazł się tam 18 sierpnia (nie, jednak już Sierpnia) rano, gdy strajk stoczniowy, po przepychankach między Wałęsą a Gwiazdą i Borusewiczem, przekształcił się w Strajk Solidarnościowy i do Stoczni zaczęli napływać ludzie z zakładów pracy Trójmiasta. Był to pomysł Marka, żeby w ten poniedziałkowy poranek zwołać zebranie w swym miejscu pracy. I zakład wysłał go jako swojego przedstawiciela.

Gdy pojawił się na stoczni i otrzymał przepustką, miała ona jeszcze stosunkowo niski numer, a wielka sala BHP, w której odtąd miały się odbywać narady świeciła pustkami. Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Następnego dnia Marek zabrał ze sobą Dicka i załatwił mu dziennikarską przepustkę strajkową. Tak to Dick był pierwszym zachodnim dziennikarzem, który w ogóle wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze informacje dziennikarskie na Zachód. Nadawał je wieczorami z naszego mieszkania, gdy obaj wracali do domu. Obaj potwornie głodni. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Marek twierdzi, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego zapewne, co dostarczały na Stocznię różne zakłady pracy, biorące udział w Strajku, ale też i z tego, co my, te czekające pod Bramą żony, pakowałyśmy do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom jakieś druki, informacje i dyspozycje, a przy tej okazji zabierał też zapasy. Nie było to zresztą łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Po pierwsze cały czas nas straszono, co chyba bardziej uderzało w nas, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą.

Byli to zresztą przeważnie ludzie młodzi, mówiło się, że to brodaci, trzydziestoletni post-hippisi zrobili Solidarność, mieli młode żony i małe dzieci. Byłyśmy grupą społeczną wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazałyśmy się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. My też byłyśmy dzielne. Zajmowałyśmy się dziećmi, stałyśmy w kolejkach, gotowałyśmy jedzenie, piekłyśmy chleb i placki drożdżowe i chodziłyśmy pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale, gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota na wystawie Drogi do Wolności, to groza. A to my właśnie tam stoimy za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego Komuną.

Nie opowiadam tu Historii, bo Historię każdy zna. W Sali BHP koło figury Lenina podpisano Porozumienia Gdańskie, a Wałęsa – jaki był młody, jak bardzo w stylu lat 70 – wszedł na Bramę i obwieścił to urbi et orbi.

W dwa dni później, gdy Strajk już się zakończył, Solidarność dostała swą pierwszą siedzibę, w Hotelu Morskim na Grunwaldzkiej, w siedzibie Hodowców Kanarków. Poszliśmy tam z Dickiem, który teraz właśnie postanowił wreszcie porozmawiać z Wałęsą. Konflikt, który miał potem rozerwać Solidarność, rozłam między grupą Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy a Wałęsą już płonął pełnym ogniem. Był sam początek września. Dowiedzieliśmy się od Gwiazdy, że pracownicy owego pierwszego Biura Solidarności są przez Wałęsę okropnie traktowani i … grożą strajkiem. Dick się wściekł i powiedział Wałęsie, co o nim myśli. A ja to tłumaczyłam! Z przekonaniem i żarliwie. Wałęsa wyrzucił nas za drzwi.

No cóż, tak wygląda moje życie. Zawsze mi się zdaje, że staję po słusznej stronie i zawsze się okazuje, że to samobójczy wybór. Ale nie mogę się skarżyć, takie rzeczy są zapisane w gwiazdach albo w genach, co na jedno wychodzi. A ta została napisana przez gwiazdy i Andrzeja Gwiazdę.

Między Sierpniem a stanem wojennym

Po Sierpniu Grass stał się już nieodłącznym elementem naszego życia intelektualnego, ale też i naszej myśli o Gdańsku. Docierało do nas wprawdzie, że u siebie, w Niemczech, wcale nie jest tak dobrze odbierany jak w Gdańsku, ale to tym bardziej zachęcało nas do opowiadania się po jego stronie. Chyba nie dotarło do nas, że Grass się opowiedział po stronie reżimu komunistycznego, który zwyciężył w Nikaragui w roku 1979. Tego dowiedziałam się dopiero jak przyjechałam do Berlina.

Na razie jednak wciąż byłam w Gdańsku, a Solidarność istniała legalnie. To, co zaczęło się jako przysługa dla Dicka, stało się moim pro-solidarnościowym zadaniem. Znałam angielski i miałam pośredniczyć między dziennikarzami z Zachodu a Polską. Nie dostawałam za to pieniędzy, ale czasem prosiłam o przywiezienie książek i masła z orzeszków ziemnych, potrzebnego dla jakiegoś uczulonego na laktozę dziecka.

Jako dziennikarka współpracowałam w owym czasie prasą legalną i solidarnościową, w tym z Czasem, Głosem Elbląskim, Punktem; najsłynniejszym moim tekstem była krótka notatka o aresztowaniu strajkujących w Bydgoszczy, mimo że śpiewali Hymn narodowy, wydrukowana w redagowanym przez Donalda Tuska dodatku solidarnościowym w Dzienniku Bałtyckim.

Jako dziennikarka obserwowałam również I zjazd Solidarności w Hali Olivii jesienią 1981 roku. Zabierałam na ten Zjazd mojego syna, Jacka, który do dzisiaj twierdzi z dumą, że był najmłodszym uczestnikiem Zjazdu.

Podczas Zjazdu wraz z Leszkiem Sławińskim, wówczas redaktorem czasopisma Solidarności Kwadrat w Szczecinie, rozpoczęliśmy prace przygotowujące wydawanie ogólnopolskiego tygodnika związkowego, który miał nosić nazwę MY, a którego 1 numer miał się ukazać 13 grudnia 1981 roku. W redakcji MY zajmowałam się działem historycznym. Oczywiście czasopismo się nie ukazało, natomiast w dzień przed wybuchem stanu wojennego ukazał się w Wydawnictwie Morskim mój debiut książkowy.

To zresztą kolejny przykład wpływu Losu na moją biografię. Ta książka mogła się ukazać tydzień wcześniej i wtedy zdążyłaby już zaistnieć, ale mogła być zaplanowana na tydzień później czyli nie ukazałaby się wcale. Co jednak debiutujący pisarz ma z tego, że jego książka ukazała się, a mimo to – jakby jej nie było? Również fizycznie. Ponieważ ów Los mój uporczywie powtarza chwyty, które mu się dobrze udały, taką sytuację przeżyłam raz jeszcze – gdy już w wolnej Polsce, a jakże, moja książka ukazała się w momencie, gdy wydawnictwo, od dawna szykujące się do wewnętrznej wojny domowej, właśnie ją wszczęło, i wszystko, co się akurat ukazało, padło ofiarą owej machiny wojennej. Nie miesiąc wcześniej i nie miesiąc później, tylko dokładnie wtedy. I tak jak wtedy moja powieść wpadła w czarny dół. Można by powiedzieć, że narzekam, w końcu w międzyczasie ukazało się parę jeszcze moich książek, w tym jedna – o stanie wojennym „Dochodzenie” – w paryskiej Kulturze. Tę pisałam na bieżąco, rejestrując jednak nie tyle sam stan wojenny, co sytuacje w świecie zwanym Komuną, gdzie dla każdego można było znaleźć powód, aby go prześladować i zamknąć. Rękopis dzięki pośrednictwu Macieja Łopińskiego został przekazany Komitetowi Kultury Niezależnej; otrzymałam stypendium Komitetu (wypłacone mi już po wyjeździe do Niemiec), a książkę przekazano do wydania do paryskiej Kultury, gdzie ukazała się jesienią 1985 roku. Można by więc rzecz, że jedno mi się udało. Ale niestety, nie. Bo podobno, podobno, Książę Giedroyc był przekonany, że ta jakaś Ewa Maria Slaska (nazwał mnie zresztą Ślaska) w ogóle nie istnieje i że jest to pseudonim Stefana Kisielewskiego czyli popularnego Kisiela z Tygodnika Powszechnego. Gdy nagle zjawiłam się Targach Książki we Frankfurcie i powiedziałam, że to właśnie ja, rozczarowany Książę zignorował mnie. Powinnam była wiedzieć, że jak Los się uśmiechnął, to tylko dlatego, że ktoś się pomylił. I jeszcze mnie wziął za mężczyznę.

Stan wojenny w oczach świadka czasu to nie to samo, co historyczny stan wojenny. Ale i dla świadka napięcie tamtego czasu dziś jest już nie do odtworzenia. Pamiętam, że jeden z owych dziennikarzy holenderskich, którymi się zajmowałam, znajdował się w Polsce po wybuchu stanu wojennego i postanowił nakręcić film o ludziach, którzy działają w podziemiu. Pomagałam mu w tym, udzieliłam też wywiadu dla potrzeb filmu. Jak to łatwo dziś napisać, a jak strasznie skomplikowane to było w realizacji. I jak strasznie się bałam!

Miałam małe dziecko, mój mąż wskutek swej działalności solidarnościowej stracił pracę, pisałam książkę, działałam czyli robiłam najróżniejsze rzeczy. Byłam nieprawdopodobnie wprost zajęta. Współpracowałam jako dziennikarka i pomoc techniczna z gazetą zakładową w Unimorze (Karol Krementowski się ukrywał, ale gazeta nadal istniała), pisałam teksty dla Macieja Łopińskiego, który był wówczas redaktorem legendarnego podziemnego Biuletynu Stoczniowego, pierwszej gazety solidarnościowej, która ukazywała się od pierwszego dnia strajku na stoczni. Obaj, i Krementowski, i Łopiński ukrywali się, Łopiński napisał potem o tym słynną książkę „Konspira”, ale w przeciwieństwie do Krementowskiego, który nigdy nie został złapany, Łopiński został aresztowany, a ja od pierwszego dnia po jego aresztowaniu pomagałam jego żonie, która została sama z małą córeczką. Wspólnie też podejmowałyśmy działania prawne i inne, jak list do Jagielskiego czy zbieranie zaświadczeń lekarskich dotyczących jego stanu zdrowia, co odniosło skutek, bo po trzech miesiącach Maciej Łopiński został zwolniony z więzienia właśnie ze względu na zły stan zdrowia.

Byłam jedną z osób, które w pierwszych tygodniach stanu wojennego organizowały w Gdańsku tzw. pomoc zimową, czyli rozdział darów z paczek i zbieranie pieniędzy dla osób żyjących w biedzie. Paczki do rozdzielania dostawaliśmy zarówno z kościołów, ale spływały też one do nas bezpośrednio drogą pocztową z Zachodu, o co dbali Dick Verkijk i inni dziennikarze.

Podjęłam też pierwszą próbę zainicjowania samoorganizacji artystów i dziennikarzy. W Domu Prasy odbyło się ogromne spotkanie, które zaowocowało powołaniem do życia Spółdzielni Plastyków Format, w której pracowałam jako rzecznik prasowy do momentu wyjazdu z Polski w styczniu 1985 roku.

W dniu 23 grudnia 1982 roku, w ramach słynnej akcji zastraszającej zorganizowanej tuż przed złagodzeniem stanu wojennego w dniu 1 stycznia 1983 roku, kiedy to jednorazowo zatrzymano kilkaset osób, przeprowadzono w moim mieszkaniu rewizję, a ja zostałam aresztowana i przesłuchana pod zarzutem udziału w działalności grupy „Remiszewska i inni”. Przetrzymywano mnie zaledwie 24 godziny, kiedy to zostałam dwukrotnie przesłuchana, a dodatkowo poddana szykanie: wieczorem po przyjeździe do aresztu dostałam szklankę herbaty ziołowej, a potem do godziny 14.00 następnego dnia nie pozwolono mi skorzystać z toalety. Zostałam zwolniona z zarzutów, które zresztą z założenia nie miały mieć nic wspólnego z rzeczywistością, a moje przyszeregowanie do tej właśnie grupy (jeśli w ogóle istniała) brało się tylko z faktu, że byłam córką słynnego żeglarza, Dariusza Boguckiego. Podczas rewizji nie znaleziono niczego konkretnego (bo i nie szukano odpowiednio dokładnie), ale zarekwirowano mi starą maszynę do pisania, której zwrotu zażądałam pisemnie i którą mi po kilku miesiącach przywieziono do domu.

Od momentu aresztowania byłam bez przerwy śledzona, czego zresztą nie ukrywano, ponieważ był to element zastraszenia a nie próba dowiedzenia się o mnie czegokolwiek. Na przeciw mojego domu stało na zmianę dwóch panów, którzy patrzyli na dom i towarzyszyli mi, gdy dokądkolwiek wychodziłam. Zastraszanie to wspierały jeszcze informacje przekazywane mi „poufnie” przez sąsiada, który nie ukrywał, że był w latach 50 współpracownikiem bezpieki i że wciąż „ma kontakty i źródła”. To on informował mnie (zresztą nie złośliwie tylko z serdeczną troską o moje bezpieczeństwo), żebym uważała, bo odnośne służby wszystko o mnie wiedzą i że przecież rozpoznaję już owych śledzących mnie „panów”.

W końcu nie wytrzymałam. Pod koniec stycznia 1985 roku wyjechałam z Polski.

I co?

I nic. Zawsze twierdzę, że gdybym działała w Pcimiu, byłabym miejscową bohaterką, bardzo szanowaną lokalną „ciotką rewolucji”. Ale działałam w Gdańsku, mieście, w którym aż roiło się od bohaterów. Pomagałam im jak umiałam. To wszystko. Nie ma za co zbierać laurów.

Pisarze nie kierują naszym życiem, ale jeśli dobrze piszą, piszą zdania, które możemy sobie wziąć na drogę przez życie. Ja mam w podręcznym bagażu kilka takich zdań, wszystkie, jak przystało na pisarkę, zaczerpnięte z literatury lub filmu, który w końcu jest literaturą, tyle że z ruchomymi obrazkami. Grass dostarczył mi zdania: nigdy nie siedź przed trybuną. Miejsce artysty jest albo na trybunie, albo pod nią. Być może, gdybym mieszkała w Pcimiu, miałabym teraz, a w każdym razie kiedyś, miejsce na trybunie. Ale byłam z Gdańska i wciąż siedziałam pod trybuną.

W Berlinie

Wyjechałam na zaproszenie Dicka Verkijka. Pojechałam do Berlina Zachodniego, gdzie spotkaliśmy się i omówiliśmy możliwości dalszego mojego działania. Przez Dicka poznałam również bardzo aktywnego na rzecz pomocy dla struktur podziemnych Polaka z Holandii, Jana Minkiewicza, przez którego z kolei nawiązałam w Berlinie kontakty z grupami zbliżonymi do późniejszej partii Zielonych (wówczas Lista Alternatywna), którzy również wspomagali ruchy demokratyczne w Polsce, w tym przede wszystkim ROPCiO. Przedstawiciele ROPCiO odwiedzali mnie w Berlinie, tłumaczyłam ich ulotki na niemiecki, uczestniczyłam jako tłumaczka w ich spotkaniach z zielonymi, organizowałam pieniądze na publikacje i zorganizowałam dotację w postaci maszyny drukarskiej i jej transport. Również inni przedstawiciele opozycji korzystali z mojej gościny i pomocy, np. Adam Kinaszewski, autor książki Lecha Wałęsy, „Drogi nadziei” czy Lothar Herbst, słynny opozycyjny poeta z Wrocławia.

W roku 1986 moje podanie o azyl polityczny w Niemczech zostało rozpatrzone pozytywnie, co dało mi prawo pracy i umożliwiło podjęcie jej w Niemieckim Czerwonym Krzyżu jako opiekunki socjalnej uciekinierów politycznych z Polski w schronisku dla tzw. „azylantów” w berlińskiej dzielnicy Spandau.

W roku 1986 założyłam wraz Grzegorzem Ziętkiewiczem i prowadziłam przez 1,5 roku Polską Telewizję Niezależną, która co miesiąc nadawała godzinny program pt. Magazyn Wyspa – Insel. W magazynie prezentowaliśmy m.in. takich działaczy opozycyjnych, jak Lothar Herbst, Leszek Szaruga, Lech Dymarski czy Jerzy Holzer; wyemitowaliśmy wywiady z Tadeuszem Mazowieckim, Władysławem Bartoszewskim, Julianem Kornhauserem czy Adamem Zagajewskim. Przeprowadziliśmy też wywiad z tegoroczną laureatką nagrody Nobla – Hertą Müller.

Od początku pobytu w Berlinie Zachodnim współpracowałam ze wszystkim ukazującymi się tam czasopismami polonijnymi o charakterze opozycyjnym – Pogląd, Archipelag i Słowo. Współpracowałam też z rozgłośnią polską Radia Wolna Europa oraz paryską Kulturą, a jednocześnie z czasopismami i mediami niemieckimi, jak berliński dziennik listy alternatywnej TAZ czy ogólnoniemiecki FAZ. Byłam autorką tekstów i referatów o sytuacji kobiet w Polsce, m.in. referatu na światową konferencję kobiet w Nairobi, który został wielokrotnie przedrukowany w prasie niemieckiej. Nie tylko brałam udział w konferencjach międzynarodowych, ale też sama je organizowałam (np. w r. 1986 konferencja o polskiej literaturze niezależnej w Berlinie z udziałem profesor Marii Janion, czy w rok później we Vlotho nad Wezerą z udziałem Leszka Szarugi). Telewizja ogólnoniemiecka program I ARD nakręciła w roku 1986 film o mnie pt. „Ewa Maria, 38 J., aus Polen”, nadawany wielokrotnie przez wszystkie programy telewizji. Kolejny taki film nakręcił Wolfgang Kübel w bieżącym roku dla berlińskiego programu „Kowalski trifft Schmidt”.

W roku 1994 zakończyłam pracę etatową i zajęłam się już tylko działalnością kulturalną i społeczną na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego. Prowadziłam różne projekty, m.in. słynny Polsko-Niemiecki Statek Literacki, ale najważniejszą częścią tej mojej działalności jest założenie w roku 1994 Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego „WIR”, które postawiło sobie za cel wspieranie w różny sposób polsko-niemieckiego życia literackiego, poprzez publikacje, warsztaty, stypendia, organizację imprez i festiwali. WIR wydał kilkanaście książek o tematyce polsko-niemieckiej, w tym o takich tematach jak tożsamość czy kontakty polityczno-literackie PRL i NRD. Jesteśmy też pierwszym wydawnictwem, które postanowiło przybliżyć publiczności polskiej i niemieckiej osobę polskiego kubisty, czynnego w latach 20 i 30 w Berlinie, Stanisława Kubickiego. Na łamach WIR-u publikowali m.in. tacy bardzo znani (dziś, a wówczas nieznani) pisarze polscy jak Radek Wiśniewski czy Michał Witkowski. Od 6 lat istnieje przy Towarzystwie WIR również galeria (Galeria ZERO), wspierająca polsko-niemieckie i międzynarodowe kontakty dziennikarskie, polityczne, ekologiczne i artystyczne (sztuki piękne, muzyka, performance).

A Grass?

W Berlinie mój stosunek do Grassa się skomplikował. Pisałam już po niemiecku i napisałam opowiadanie o nim i o tym, jaką rolę odegrał w moim życiu, i o naszej wspólnej najmniejszej ojczyźnie Wrzeszczu – Langfuhr. Chodzimy w tym opowiadaniu tymi samymi ulicami i ja wciąż wywołuję jego ducha. Wysłałam mu to opowiadanie i zaczęłam niecierpliwie czekać na odpowiedź… Wydawało mi się, że historia musi mu się spodobać. Każdemu by się spodobała. Była też chyba dobrze napisana. W końcu przyszedł list, grzeczny, zdawkowy. Dziękuję, to interesujące odnaleźć siebie samego w czyjejś twórczości. Pozdrawiam. I tyle. Ale poprzez znajomego przesłał mi swoją grafikę. Było to 20 lat temu, więc nie umiem już odtworzyć moich uczuć. Dziś wiem, że postanowiłam być zadowolona, że dostałam od Grassa jego grafikę. Tak zadowolona, że dopóki nie zaczęłam pisać tego tekstu, nie wiedziałam, że nadal jestem przede wszystkim rozczarowana. Sobą, nie Grassem. Gdybym bowiem umiała lepiej pisać, gdybym napisała inaczej, gdybym… Gdybym była coś warta, tak, to jest to najgorsze podsumowanie, które muszę teraz wyciągnąć na światło dzienne i podać je publicznie do wiadomości. Gdybym była coś warta… Grass wyprowadził się w międzyczasie do Lubeki, ale przyjeżdżał wielokrotnie do Berlina. Mamy wspólnych znajomych, mógł mnie odnaleźć, gdyby w ogóle pamiętał, że istnieję. Kilka razy w różnych berlińskich instytucjach zorganizowano mu gdańskie spotkanie, zaproszono mu do towarzystwa Pawła Huelle i Stefana Chwina, o mnie nie pamiętał. Gdybyśmy oboje byli z Pcimia byłoby może inaczej. Ale jesteśmy z Gdańska.

Tym niemniej nadal zachłannie czekałam na jego książki. Niektóre mnie rozczarowały, choć niemal zawsze występował w nich Gdańsk, ale kilka uważam do dziś za świetne świadectwo czasu. Kilka z nich zrecenzowałam – „Szczurzycę” dla paryskiej Kultury i Wolnej Europy, „Pełzanie rakiem” dla gdańskich 30 dni. Ale za najwspanialszą jego powieść po „Blaszanym bębenku” uważam niewątpliwie „Rozległe pole”. I tak jak trylogia gdańska jest może najlepszym zapisem faszyzmu w Gdańsku, tak na pewno „Rozległe pole” jest najlepszą książką o zjednoczeniu Niemiec, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Jest rozwlekła i nudna, to prawda, ale tym jakimś specjalnym rodzajem nudy, od której nie można się oderwać. I chyba jedyny to znaczący głos współczesnej literatury, który widzi rok 1989 w dwóch perspektywach – jako fakt historyczny, ale jednocześnie jako zwycięstwo bezwzględnego i nienasyconego kapitalizmu, który pożera wszystko, co mu stanie na drodze. Tedeschi lurchi, nienasyceni Niemcy, pisze Dante w „Piekle” i tacy są też u Grassa ci Niemcy z Zachodu, którzy otwierają ogromne paszcze, by połknąć swoje własne ziemie podbite. Zresztą może nie jest to nienasycony kapitalizm, może bardziej właściwe byłoby staroświeckie słowo imperializm, a może wręcz przeciwnie – pisarz, który uważnie obserwuje świat jest pierwszym, który zauważył, że idzie nowe, i choć chyba nigdzie nie użył słowa globalizm, to już wiedział, że to, co idzie, będzie jeszcze gorsze od tego, co było. Chińczycy mają takie przysłowie, nie marz, bo jak ci się spełni to, o czym marzyłeś, to pożałujesz. Oto teza Grassa w „Rozległym polu” – Niemcy chciały się zjednoczyć, a jak im się to spełniło, to pożałowały.

Czytałam „Rozległe pole” wielokrotnie i wciąż jestem tego zdania – to świetna książka. Ciekawe, sama przecież obserwowałam ten sam świat, ten sam Berlin w momencie przełomu i po nim. Zapisywałam oczywiście różne fakty, obserwacje, zjawiska. Ale gdy po latach myślę o Berlinie w latach 1989-1990 pamiętam zdania z powieści Grassa lepiej niż moje własne myśli.

Pozostaje jeszcze ostatnie pytanie, to związane z powieścią „Przy obieraniu cebuli”. Myślę, że zrobię tu to samo, co kiedyś zrobił Darek Foks. Byliśmy na konferencji poświęconej Szymborskiej. Jak o każdym, tak i o Szymborskiej krążyły informacje i pomówienia, że współpracowała z komuną. W programie przeczytaliśmy, że Darek przygotował wystąpienie pod tytułem „Szymborska i system”. I przeczytał wiersz w stylu O’ Hary. O miejscu Szymborskiej w jego własnym systemie poetyckim. Ja chyba też przeczytam wiersz w stylu O’Hary.

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie kamienie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
ja na pewno skłamałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie mogę rzucić kamieniem
mogę go zanieść
na żydowski cmentarz
lub górę żelaza
lub tam gdzie grzesznicy
katedrę budują z oknami pełnymi światła

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie będziesz miał bogów cudzych przede mną
miałam
nie będziesz używał imienia pana boga swego nadaremno
używałam każdy używa
kto nigdy nie używał
niech się schyli podniesie i rzuci
pamiętaj abyś dzień święty święcił
nie pamiętałam
czcij ojca swego i matkę swoją
starałam się
ale doprawdy czasem było to zbyt trudne

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
starałam się jak mogłam
ale nie zawsze wychodziło
bo są krzywdy urazy i węzły psychoanalityczne
i kamienie na drodze z dzieciństwa w dorosłe życie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
nie zabijaj
pigułka zabija spirala zabija palenie zabija
zabijałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie cudzołóż
nawet myśleć nie warto
kto nigdy nie spał w cudzym łóżku
niech się schyli podniesie i rzuci
a ja spałam w łóżku Grassa
w tym domu we Wrzeszczu
z którego wyjechał jakiś Niemiec
więc mógł to być i on
a gdy wyjechał, wywędrował, uciekł
wprowadziła się tam moja rodzina
i w pokoju od okna wstawiła łóżeczko
żebym miała gdzie spać
i było to cudze miejsce i cudze łóżko
cudzołożyłam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie kradnij
ach mój Boże
wszędzie pełno kamieni
nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu
jeśli zatem sam nie możesz rzucić kamieniem
bo mówiłeś fałszywe świadectwo
to zostaw w spokoju tego chłopaka
który miał siedemnaście lat
i coś sobie myślał

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
Niemcy zawsze sobie coś myślą
tak twierdził Heine
i może to było fałszywe świadectwa
niech się zatem schyli podniesie i rzuci
wszędzie pełno kamieni
nie pożądaj żony bliźniego swego
no proszę nie pożądałam
ani wołu ani osła ani żadnej rzeczy która jego jest
nawet tej sukienki od stefanellego
choć to tak samo trudne jak czcić ojca swego
i chyba się po prostu nie da

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie pełno kamieni
siedzimy przy stolikach na placu budowy
pijemy grappę i mojito
a kto nigdy nie chciał tej sukienki od stefanellego
ni wołu ni jaguara ni porscha ni nagrody Nobla
niech się schyli podniesie i rzuci
w tego chłopaka
co przyznał się po latach obierania cebuli

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012