Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (7)

Dariusz Kacprzak

Joachim Utech, Grenadier pomorski II

Wywodzący się z rodziny notowanych od XVIII wieku mistrzów budowlanych i rzeźbiarzy, Joachim Utech jako osiemnastolatek rozpoczął naukę artystycznego fachu w berlińskiej pracowni rzeźbiarza i grafika Georga Wrby. Wkrótce terminował jako wolontariusz w zakładzie sztukatorskim w Kołobrzegu. Jesienią 1907 roku rozpoczął studia w Charlottenburgu. Po odbyciu służby wojskowej w Gdańsku powrócił do Berlina, by kontynuować studia, które ukończył w 1913 roku. Swe umiejętności doskonalił potem w Akademii Sztuk Pięknych w Lipsku, gdzie rozpoczął karierę artystyczną. W latach 1921–1925 mieszkał w Insterburgu (obecnie Czerniachowsk nad Pregołą) w Prusach Wschodnich, pracując jako nauczyciel rysunku w tamtejszym liceum. W tym czasie wystawiał wraz z Emilem Noldem, Ludwigiem Kirchnerem, Karlem Schmidtem-Rottluffem i Loyonelem Feiningerem. W 1925 roku powrócił do rodzinnego Białogardu. W sąsiadującym z domem atelier poświęcał się pracy twórczej. W 1930 roku przystąpił do działającego w Szczecinie stowarzyszenia artystycznego „das neue pommern”, w którego wystawach uczestniczył co roku. W 1936 roku, podczas 20 Biennale w Wenecji, dzieła Utecha spotkały się z dużym zainteresowaniem, którego wyrazem stał się zakup do zbiorów prywatnych Benita Mussoliniego. Włoski sukces zaowocował zaproszeniem do udziału w Międzynarodowej Wystawie Sztuki i Techniki w Życiu Nowoczesnym, organizowanej w Paryżu w kolejnym roku. Jednocześnie z berlińskim krytykiem sztuki Hansem Zeeckiem zorganizował Wschodnioniemiecką Wystawę Sztuki w Koszalinie, w której uczestniczyli m.in. Karl Schmidt-Rottluff i Max Pechstein. Artysta zaczął otrzymywać zamówienia na rzeźby przeznaczone do przestrzeni publicznej – poza rodzinnym Białogardem, także w Sławnie, Słupsku, Kołobrzegu oraz Lęborku. Jego prace nabyły m.in. Galeria Narodowa w Berlinie, Folkwang-Museum w Essen i Galeria Państwowa w Dessau. Wraz z zaostrzaniem się polityki kulturalnej nazistów z ekspozycji w szczecińskim Muzeum Miejskim wycofano dwa uprzednio zakupione do zbiorów dzieła; Utechowi odmówiono udziału we wspomnianej wystawie paryskiej. 1 marca 1945 roku Utech wraz z rodziną opuścił Białogard i przeniósł się do Eyendorfu pod Lüneburgiem, a następnie osiadł w samym Lüneburgu. Tam otrzymał mieszkanie wraz z posadą nauczyciela w jednej ze szkół, gdzie w piwnicy stworzył warsztat rzeźbiarski. W okresie powojennym regularnie prezentował swoje dzieła w galeriach Hamburga, Kolonii, Hanoweru, głównie jednak uczestniczył w wystawach organizowanych przez stowarzyszenia artystyczne oraz instytucje państwowe zajmujące się sztuką wschodnioniemiecką. W ostatnim okresie życia schorowany rzeźbiarz wraz z żoną zamieszkał w domu dla wypędzonych z ojczyzny artystów i naukowców w Marburgu. W 1957 roku Muzeum Pomorza Zachodniego w Szczecinie, na polecenie dyrektora gabinetu Ministerstwa Kultury i Sztuki, zwróciło artyście 86 jego rzeźb pozostawionych w 1945 roku w Białogardzie, a po wojnie przechowywanych w szczecińskim muzeum. Na rok przed śmiercią artysty, w ramach 6 Wschodnioniemieckich Dni Kultury w Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze otwarto wystawę monograficzną, na której pokazano 48 rzeźb Utecha z lat 1931–1959.

Bogaty ikonograficznie i różnorodny stylistycznie dorobek Utecha obejmuje około 900 rzeźb. Wpisujące się w nurt niemieckiego ekspresjonizmu, inspirowane zarówno dziełami kultur pozaeuropejskich, jak i tradycją antyczną i średniowieczną, dzieła należą do interesujących zjawisk w plastyce pomorskiej pierwszej połowy XX w. Podejmują częstokroć uniwersalne tematy związane z ludzką egzystencją – miłość, radość, ból, smutek, cierpienie. Artysta pracował w drewnie, glinie, terrakocie, gipsie, metalu; preferował jednak kamień. Ciosał marmur, diabaz, piaskowiec, wapień, a przede wszystkim dostępny powszechnie, przyniesiony na Pomorze ze Skandynawii przez lodowiec granit. „Mój ojciec – pisał Utech – przyniósł ze starej rodzinnej szafy narzędzia do ręcznej pracy w granicie, należące do dziadka, i milcząc przekazał mi je: oskard dwudziobowy, młotek kamieniarski, ciężki pobijak, dłuto do granitu (…). Teraz rzeczywiście trzymałem »broń« w rękach. Aby nie przegrać nadchodzącej ciężkiej walki, musiałem podchodzić do dzieł metodycznie. Poznawałem struktury i warstwy skalne. Uczyłem się, że trzeba być o wiele ostrożniejszym, niż w przypadku piaskowca czy marmuru. Moje tworzenie w granicie stało się moim największym szczęściem”. W zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie znajduje się zespół kilku rzeźb – są to surowe, uproszczone w formie alegoryczne wizerunki, ukazujące uniwersalne typy ludzkie… Jeden z nich – Grenadier pomorski II, zakupiony do szczecińskich zbiorów w 1943 roku, stał się – obok artysty – bohaterem tej opowieści.

Joachim Utech (1889 Belgard / Białogard – 1960 Marburg), Grenadier pomorski II, 1940, szary granit, 44 x 44 x 37, Muzeum Narodowe w Szczecinie, Fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

“Santa Barbara” (reblogs)

Prezentujemy tu wystawę Anny Krenz zorganizowaną w ramach projektu PBW w dniu 20 października 2017 roku w galerii Suedblock na Kreuzbergu, ponieważ wystawa trwała tylko jeden wieczór i już następnego dnia została zdjęta

Elżbieta Kargol

Polenbegeisterungswelle / Fala zachwytu Polską
Wystawa Anny Krenz

Doszukiwałam się nie wiadomo czego, święta Barbara patronka również architektów, przecież artystka Ania (może na drugie Barbara?) jest z wykształcenia architektką. Potem Ewa uświadomiła mi, że to droga krzyżowa, więc znowu szukałam asocjacji z kolejnymi stacjami Męki Pańskiej. Ukrzyżowanie znalazłyśmy. Zmartwychwstanie też, które już do biblijnej drogi krzyżowej nie należy.


Artystka, jak na prawdziwą Barbarę przystało z koroną na głowie, rozwiała wszelkie nasze wątpliwości.
Najzabawniejsze jest to, że wcale o świętą Barbarę nie chodzi. Sztukę można przeinterpretować. “Santa Barbara” to amerykański serial telewizyjny wątpliwej jakości, który artystka pilnie śledziła i to był jej chyba trzeci upadek pod krzyżem.
Dla mnie ostatnią stacją drogi krzyżowej jest rysunek Antosia: wieża z trzema oknami, czwarte to wyjście, którym Barbara próbuje wydostać się na wolność, dwie małe wieże są dla łotrów, pierwszy już złapany, drugi chyba nawrócony, bo wyciąga z pudła mały krzyżyk.
Jednym z atrybutów Barbary były strusie pióra, symbol męstwa a więc struś podtrzymuje platformę, na którą Barbara mogłaby wskoczyć, gdyby chciała.
Ale czy zechce?
Świetna wystawa, świetne miejsce!!!
 

Anna Krenz

Santa Barbara

„Santa Barbara“* is a personal story, a kind of a diary of a little girl, who wanted to be a saint and a martyr. It is a story of a childish fascination of katholic narration, symbols and aesthetics. Holy images, incenses, ribbons and white dresses; relics, stigmata and blood.
The artwork, however, shows also dark sides of this fascination, which slowly reveal themselves shedding layers – showing hypocrisy, false and superficiality of what should have been spiritual and from definition good. The girl grows up, slowly opens here eyes and sees through, as one by one curtains fall off and reveal the reality of adult world.
Awakening – seeing for herself and leaving the Church is mixed with fascination of the Western pop culture which appeared in Poland right before and after the fall of communism. Its accidental and maybe banal manifestations influence the girl’s choices. The girl has to decide: should she go to the Church for the Sunday mass or stay home and watch an American soap opera?
The girl grown up today she has to deal with consequences of her choices, she counts with the past.
What influence has religious ethics and aesthetics on the girl? What fascinates her? What scares her? What is the role of coincidence in decision making? What will she choose?
The artwork is a series of different situations shown in comic style. There are 14 scenes / stations – resembling katholic Way of the Cross. However, the comics is 3-dimensional and up-scaled and consists of various layers. Its form symbolises layers of superficial spirituality and religiousness, behind which there is a deeper meaning and different (real?) world.

*„Santa Barbara“ is an American soap opera which was aired on Polish TV in the end of the 80s. The series was aired Sundays at 11 AM.

„Santa Barbara“* to osobista opowieść, niejako z pamiętnika małej dziewczynki, która chciała być świętą i męczennicą. Opowieść o dziecięcej fascynacji religijną narracją, symbolami i estetyką. Święte obrazki, kadzidło, kokardy i biała sukienka; relikwie, stygmaty i krew.
Jednak praca pokazuje i ciemne strony tej fascynacji, które powoli jak wartstwy pozłotki opadają, ukazując hipokryzję, fałsz i powierzchowność tego, co powinno być duchowe i z definicji dobre. Dziewczynka dorasta, powoli otwiera oczy, opadają kolejne zasłony ukazują realizm dorosłego świata.
Przebudzenie i odejście z kościoła przeplata się też z fascynacją „zachodnią“ kulturą popularną pojawiającą się przed i po upadku komunizmu w Polsce, której przypadkowe i może banalne działanie wpływa na podjęcie decyzji. Dziewczynka bowiem staje przed wyborem: czy w niedzielę iść do kościoła czy oglądać amerykańską operę mydlaną?
Dziewczynka już dorosła i dziś mierzy się z konsekwencjami podjętych decyzji i rozlicza się z przeszłością.
Jaki wpływ ma estetyka i etyka religijna na dziewczynkę? Co ją fascynuje? Co ją przeraża? Jaka jest rola przypadku w podejmowaniu decyzji? Co wybierze?
Praca składa się z sekwencji komiksowo opowiedzianych scen – jest ich 14, tyle ile stacji w drodze krzyżowej. Jednak komiks jest przestrzenny, trójwymiarowy i przeskalowany, złożony z warstw, jego forma symbolizuje warstwy powierzchownej duchowości i religijności, za którymi kryje się zupełnie inny (prawdziwy?) świat.

*„Santa Barbara“ to tytuł amerykańskiej opery mydlanej, pokazywanej w polskiej telewizji pod koniec lat 80 w Polsce. Serial emitowany był w niedziele o godzinie 11.00.


Foto Martyna Bec, Wojciech Drozdek, Ela Kargol, Anna Krenz

Kot. Ze świata podręcznych 8

Ewa Maria Slaska

Przez przypadek, którego jak wiadomo nie ma, w dniu, kiedy w internecie rozpoczęła się akcja #metoo, znalazłam na facebooku, taki oto plakat:

Plakat festiwalu Satyrykon Legnica 2005, zaprojektowany przez Józefa Wilkonia.

Zamyśliłam się, ale nie nad kotami, tylko nad sobą i światem. Graficznie znakomity plakat. Ciekawe, że natychmiast wiadomo było (mnie?), że ta biała to kotka, a ten czarny to kocur. Bo czarny robi to co robi, a biały nie robi nic. Jasne.

Gdy plakat powstał i posłużył informacji publicznej był jednak rok 2005, prawdopodobnie wtedy nikogo ani zgorszył ani zainspirował do myśli “pożytku publicznego” czyli, jak to się nazywało za moich czasów, “wyższej użyteczności publicznej”. Ja sama jednak przypominam sobie, że już wtedy, te kilkanaście lat temu, kiełkowały we mnie małe złości związane z publicznym sugerowaniem czy to chwytania za tyłek czy może pewnych obyczajów seksualnych, ongi bardzo jeszcze wyuzdanych, a i dziś w takiej np. powieści Witkowskiego Wymazane określanych jako “dziki seks analny”. Otóż kilkanaście lat temu rozpowszechnił się w Berlinie zwyczaj sięgania na powitanie do tyłka partnerki i sugerowania ruchem palca środkowego (znanego wszak jako fuck you finger), że się jej ten palec wtyka… Był to gest wcale nie skierowany do partnerki, która na pewno go nie widziała, a więc możliwe, że nawet nie wiedziała, iż tak się ją wita, nie, był to gest skierowany do świata zewnętrznego. Palec pod kobiecym tyłkiem miał, tak to rozumiałam, obwieszczać wulgarnie, że ten tyłek jest do mojej męskiej dyspozycji i to, ho ho, jak!, jak tylko chcę… Gest ów raził (mnie) i prowokował (też mnie), zastanawiałam się zatem, gdzie mogłabym o tym napisać (nie miałam jeszcze bloga, może zresztą wcale jeszcze nie było żadnych blogów), aż zobaczyłam parę, gdzie to dziewczyna na powitanie podetknęła facetowi palec pod tyłek. Co ten jej gest oznaczał? Jeśli był dosłowny, to była to sprawa ich obojga, ale nie wykluczone, iż głosił, że jak ty mnie tak ja tobie, czyli równouprawnienie. Niestety nie poczułam w tym momencie żadnej satysfakcji, wręcz przeciwnie, jeśli to możliwe, było mi jeszcze gorzej. Z przyczyn banalnych. Bo jestem po prostu staroświecka i uzależniona od norm obowiązujących w mojej młodości, a wpajanych mi przez dwie kobiety – jedną, która wyrastała w zamożnym mieszczańskim domu na początku XX wieku, i drugą – wychowaną w latach 30. I to one zatrzęsłyby się ze wstrętu na widok dziewczyny, która sugeruje wtykanie facetowi palca w dupę…

Z reguły próbuję w takich sytuacjach sama siebie przywoływać do porządku – nie gorsz się, to inne pokolenie i ich życie, twoje poczochrane włosy i mini spódniczki też gorszyły starsze panie, również te, które cię wychowywały… Zapomniałam o problemie, zresztą symboliczne wtykanie palca dość szybko zniknęło z życia codziennego i nawet kiedyś pomyślałam, że może dobrze, że z nikim nie kruszyłam kopii o taką błahostkę. Aż dopiero…

Jakub Zasada

Aż dopiero dziś, w październiku 2017 roku, pomyślałam, że trzeba było już wtedy jak ten kot drzeć mordę… Drzeć mordę o wszystko i o wszystkim. O tym co przyjaciele, szefowie, mężowie, narzeczeni, drzeć się… O zwykłe proste gesty też, a nie tylko o sprawy dramatyczne i straszne, bo te błahostki nie biorą się znikąd i są wierzchołkiem góry lodowej… A jak milczymy, przyzwalamy, wszyscy to wiemy. I potem, jak przerwiemy milczenie, usłyszymy straszną opowieść, opublikowaną w Wysokich obcasach, opowieść podręcznej, kobiety maltretowanej i gwałconej przez męża, który torturując ją, komentował: “możesz pójść i opowiedzieć wszystkim, i tak ci nikt nie uwierzy”.
I rzeczywiście – nikt jej nie uwierzył.


Przepraszam Józefa Wilkonia i przepraszam Polish Poster Gallery z Wrocławia. Chciałam napisać wpis o pięknych kotach na plakatach, a wyszło jak wyszło, wyszedł ogromny smutek i wiedza o tym, że wszyscy jesteśmy winni temu, co się przydarzyło Ewie z Wysokich obcasów.

Tu plakaty.

Leszek Żebrowski, Józef Wilkoń, Jakub Zasada
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Leszek Żebrowski
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Józefa Wilkoń
Ryszard Kaja, Jakub Erol, Leszek Wiśniewski

Trzeba pisać o Rosji

Andrzej Rejman

Okruchy Rosji

Trzeba pisać o Rosji. Trzeba badać Rosję i starać się ją zrozumieć. Zainspirował mnie m.in. Lech Milewski swoimi wpisami “Wśród przyjaciół Moskali”. A także Agnieszka Kaniewska swoim pięknym blogiem “Słowa i Obrazy” https://agakaniewska.wordpress.com.

Rosję jako taką (chodzi o obecny teren Federacji Rosyjskiej) znam mało. Byłem tam właściwie tylko kilka razy przejazdem i to dawno, jeszcze za czasów Leonida Breżniewa.

W 1981 roku pojechałem jako student warszawskiej SGGW na Międzynarodowy Obóz Pracy do Armenii.

Z moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, gdzie wylądowaliśmy lecąc z Warszawy, trzeba było przejechać na Domodiedowo, lotnisko lokalne znajdujące się na drugim krańcu miasta.

Na grupy takie jak nasza czekały wysłużone, ale pojemne ciężarówki do przewozu osób, spełniające rolę autobusów. Był to z pewnością przejazd półlegalny, ciężarówka wyglądała na pożyczoną z jakiejś budowy, a kierowca zachowywał się nieco nerwowo, gdy mijaliśmy posterunki GAI (Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspekcja) na obwodnicy Moskwy.

Na lotnisku Domodiedowo zdążyłem przed odlotem zjeść olbrzymi, chyba największy jaki widziałem, kotlet schabowy, większy od talerza, na którym spoczywał.

W Erewaniu (dzisiejszy Erywań – czemu ta zmiana nazwy?) po wyjściu z samolotu odurzyły nas suche, bardzo ciepłe fale powietrza…

Armenia to nie Rosja, jednak wszystkie kraje pod kontrolą Rosji Sowieckiej miały wiele wspólnego.

Podczas pobytu w Armenii i pracy w Zakładach Melioracyjnych i Produkcji Rur w Erewaniu, oddalonych kilkanaście kilometrów od granicy tureckiej, skąd góra Ararat wydawała się najpotężniejszą górą świata – doświadczyliśmy wielu sytuacji typowych dla cudzoziemców przebywających wtedy w ZSRR.

Miejsca zgrupowania nie można było opuszczać bez opieki ormiańskiego “przewodnika”, który z pewnością był funkcjonariuszem odpowiednich służb.

Z akademika, gdzie mieszkaliśmy, wychodziliśmy więc przez okno, żeby samemu poznać życie nocne miasta. Gdy podczas jednej z takich eskapad zgubiłem portfel, w którym były dokumenty i pieniądze, zwrócono mi go po dwóch godzinach w obecności oficerów lokalnego KGB, którzy przyjechali nieoznakowanym samochodem. Oficerów ugościliśmy polską wódką.

Był to okres już po Sierpniu 1980. Byliśmy już odważni – postanowiliśmy więc zastrajkować! Powód? Brak ubrań roboczych.

Po ogłoszeniu strajku przez grupę studentów z Polski w breżniewowskiej Armenii nastąpiła delikatnie mówiąc panika wśród władz zakładu i partii. Nowiutkie ubrania robocze dostarczono natychmiast.

Potrzebę zrozumienia i dalszego poznawania Rosji odziedziczyłem pewnie po mojej mamie, która urodziła się w Petersburgu i spędziła tam kilka pierwszych lat swojego życia. Jej rodzice, a moi dziadkowie pobrali się w Moskwie jeszcze przed rewolucją 1917 roku.

Babcia uwielbiała Lermontowa, Jesienina, malarstwo Ajwazowskiego i Szyszkina.

Wyciągam z szuflady kilka notesów, zdjęcia i ryciny.

Babcia przepisywała ulubione wiersze poetów rosyjskich do zeszytów lektur. Kolekcjonowała wycinki z prasy rosyjskiej – znajduję oryginalne kartki z Artystyczno-Pedagicznego Żurnala – (Художественно-педагогический журнал) z 1914 roku – dobry, błyszczący papier, dobrze zachowany przez te ponad sto lat.

Są to reprodukcje dwóch obrazów A.I.Kuindżi * zatytułowane: “Na Wyspie Wałaam” i “Ukraińska Noc”.

Archip Kuindżi malował przede wszystkim pejzaże, utrzymane w duchu romantycznym. W swoich obrazach ukazywał sposób wpływania światła na rzeczywistość – wg niego gra światła była w stanie zmienić każde, nawet najmniej interesujące miejsce, w obiekt wart uwiecznienia na płótnie.

Mimo czarno-białej reprodukcji, widać wyraźnie piękną grę świateł na obu pejzażach.

Przy okazji czytam, że wyspa Wałaam należy do archipelagu wysp Wałaamskich i leży na Jeziorze Ładoga. Archipelag należy do Karelii, republiki autonomicznej, mającej obszar połowy Polski.

Na koniec tego odcinka kilka pocztówek z lat 1903-1907 ze zbiorów rodzinnych.

Moskwa, Płac Łubiański 1903
Plac Łubiański (ros. Лубянская площадь) – plac w centrum Moskwy. Znany przede wszystkim z budynku stanowiącego od 1917 siedzibę służb specjalnych (obecnie FSB, wcześniej KGB i NKWD oraz Czeka) i nazywanego od nazwy placu Łubianką.

Moskwa, Brama Warwarska 1907 (Варва́рские воро́та)
jedna z bram fortyfikacji średniowiecznej Moskwy, rozebrana w 1934 roku.

Moskwa, “Car Puszka” (ros. Царь-пушка) – największa (pod względem kalibru) na świecie armata spośród ładowanych od przodu. Eksponowana obecnie na Kremlu w Moskwie.

c.d.n.
_____________________________________

* Archip Iwanowicz Kuindży (ros. Архип Иванович Куинджи, ur. w 1841 w Mariupolu, zm. w 1910 w Petersburgu) – rosyjski malarz greckiego pochodzenia, realista, tworzył głównie pejzaże.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (6)

Dariusz Kacprzak

Lovis Corinth, Portret pisarza Georga Hirschfelda i jego żony Elli, 1903

Prezentowany w polsko-niemieckiej galerii wyobraźni obraz Lovisa Corintha jest dobrze znany w literaturze fachowej – odnotowała go pod pozycją 261 w wydanym w 1958 roku katalogu dorobku malarza jego żona Charlotte Berend-Corinth (1880 Berlin – 1967 Nowy Jork), także malarka, zaliczana do Berlińskiej Secesji.

Dzieło ze zbiorów szczecińskich znalazło się także w drugim tomie monumentalnego czterotomowego opracowania (2011), poświęconego działalności Salonu sztuki Paula Cassirera, autorstwa Bernharda Echtego i Waltera Feilchenfeldta, a ostatnio zreprodukowane zostało również w wydanym w roku 2013 katalogu wystawy o bawarskiej kolonii artystycznej Künstlerkolonie Dachau. Blütezeit 1880 bis 1920.

By zobaczyć pracę Lovisa Corintha, docenić urodę oryginalnych rozwiązań barwnych i wyjatkowy nastrój płótna, należy się jednak wybrać do Szczecina. Obraz pierwotnie stanowił własność sportretowanej Elli Hirschfeld-Petersen, później Paula Cassirera, a następnie został zakupiony przez Wilhelma oraz Fridę Döringów i zdobił wnętrze ich szczecińskiej willi przy Falkenwalderstrasse, dziś ul. Wojska Polskiego. Na przełomie lat 1925 i 1926 obraz Corintha wraz z 35 innymi dziełami malarzy niemieckich XIX–XX w. został podarowany Muzeum Miejskiemu. Obecnie stanowi własność Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Będący świadectwem kształtowania się w Berlinie dojrzałego stylu Corintha szczeciński obraz z 1903 roku przedstawia małżonków Georga i Elli Hirschfeldów, należących do berlińskiej bohemy przełomu XIX i XX wieku. Georg Hirschfeld (1873 Berlin – 1942 Monachium), syn berlińskiego przemysłowca żydowskiego pochodzenia, był uznanym prozaikiem i dramaturgiem, reprezentował nurt naturalizmu w niemieckiej literaturze. Mieszkał i tworzył w Berlinie, Monachium i Wiedniu. Jest autorem cenionych utworów, m.in.: Die Mütter (1896), Zu Hause (1896) czy Agnes Jordan (1898). W latach 1895–1905 należał do stowarzyszenia kulturalno-historycznego Friedrichshagener Dichterkreis, zrzeszającego m.in. Gerharta Hauptmanna, Arno Holza, Waltera Leistikowa, Edvarda Muncha, Reinera Marię Rilkego, Augusta Strindberga oraz Stanisława Przybyszewskiego.

Wkrótce po namalowaniu, w końcu 1903 roku, obraz wraz z kilkoma innymi dziełami Corintha oraz pracami Josefa Isräelsa, Franza Skarbiny i Waltera Leistikowa oraz współczesnymi małymi rzeźbami artystów niemieckich, wystawiono w Salonie sztuki Paula Cassirera przy Victoriastr. 35, nieopodal placu Poczdamskiego w Berlinie.

Przedstawieni we wnętrzu pokoju małżonkowie: ona – wytwornie ubrana, z lekkim uśmiechem, pełna emocji, on – zatopiony we własnych myślach, z nieobecnym spojrzeniem, oboje stanowią interesującą ilustrację poglądu Lovisa Corintha sformułowanego w jego podręczniku sztuki malarskiej „Das Erlernen der Malerei” (wydanej podobnie, jak autobiografia „Legenden aus dem Künstlerleben” w oficynie Paula i Bruna Cassirera): „W przypadku mężczyzny zainteresowanie skupia się na opracowaniu cech duchowych, jego rąk, właściwej mu postawy, u kobiety bardziej na oddziaływaniu barw. Mężczyznę ujmuje się bardziej od strony duchowej, kobietę dekoracyjnie. Także tło jest bardzo ważne. (…) Dzisiaj preferuje się prostotę. Albo stosuje się jeden prosty ton, taki, jaki rzeczywiście widzi się za modelem, albo całe wnętrze, które stanowi tło”.

Na początku XX w. Corinth przeniósł się z Królewca do Monachium. Po niezbyt udanych początkach kariery w Bawarii, przyłączył się do Berlińskiej Secesji, protestując przeciwko rutynie akademickiej i jesienią 1901 roku przeniósł się do Berlina. W pracowni przy Klopstockstraße założył własną szkołę malarską dla kobiet. Pierwszą uczennicą artysty była Charlotte Berend, która w 1903 roku została jego żoną. W Berlinie szybko osiągnął sukces, stając się malarzem znanym i cenionym zarówno przez znawców sztuki, jak i szerokie kręgi publiczności.

Pełne ekspresji portrety oraz motywy pejzażowe, świadczące o jego wyjątkowym podejściu do natury, wykonywane w technikach akwaforty, suchej igły, litografii, prezentują wysoki poziom artystyczny, świadczą o biegłości warsztatowej w dziedzinie grafiki. Obok malarstwa sztalugowego, grafiki, rysunków, zajmował się także projektowaniem kostiumów oraz scenografii dla berlińskich teatrów, współpracował m.in. z Maksem Reinhardtem i Maksem Krusem. W 1918 roku otrzymał tytuł profesora, a rok później został członkiem Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a na krótko przed śmiercią także członkiem honorowym Królewsko-Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium.

Lovis Corinth (1858 Tapiau w Prusach Wschodnich, obecnie Gwardiejsk – 1925 Zandvoort), Portret pisarza Georga Hirschfelda i jego żony Elli, 1903, olej, płótno, 100 x 120, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (5)

Dariusz Kacprzak

Feluka na Nilu Emila Orlika

Urodzony w Pradze w 1870 roku Emil Orlik swą edukację artystyczną rozpoczął w 1889 roku w prywatnej szkole malarstwa Heinricha Knirra w Monachium, a w 1892 roku zdobył srebrny medal Bawarsko-Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. W 1894 roku powrócił do rodzinnej Pragi, którą opuścił w 1904 roku, przenosząc pracownię do Wiednia. Rok później, otrzymawszy w Berlinie posadę profesora w państwowej pracowni dydaktycznej przy Muzeum Rzemiosła Artystycznego, przeniósł się do stolicy Prus, z którą związał się do końca życia. Zmarł w 1932 roku. Jego prywatne atelier mieściło się przy Lützowplatz. W 1895 roku został członkiem Związku Niemieckich Artystów w Czechach, w 1899 roku Wiedeńskiej Secesji (z której wraz z tzw. grupą Klimta wystąpił w 1905 roku) Od czasu studiów, przez całe życie wiele podróżował po Europie, wielokrotnie bywając w Paryżu i we Włoszech. Równie, jeśli nie bardziej, znaczące dla twórczości artysty były jego dwie podróże wschodnioazjatyckie (Japonia, Egipt, Nubia, Ceylon, China, Korea) oraz wyjazd do Nowego Jorku i Clevland. Spuścizna artystyczna Emila Orlika jest wszechstronna, poza malarstwem, grafiką i rysunkiem, zajmował się także fotografią, chętnie projektował scenografie i kostiumy teatralne. Jako grafik z dużą biegłością posługiwał się rozmaitymi technikami. Jego pierwsze graficzne prace mają charakter malarski – są to przede wszystkim pejzaże, operujące plamą, przesycone światłem i powietrzem. Później jego prace stały się bardziej graficzne, syntetyzująca formy linia zyskiwała stopniowo na wyrazistości. Zafascynowanie drzeworytem japońskim doprowadziło Orlika do podjęcia nauki bezpośrednio u japońskich artystów. Swoim drzeworytom, powstającym zgodnie z zasadami sztuki japońskiej, nadawał jednak specyficzny europejski charakter.

Emil Orlik wpisuje się w symboliczną figurę homo viatora przełomu XIX i XX stulecia, pielgrzymującego w czasie przez życie, od narodzin aż po kres, jak i wędrującego przez szeroki świat w celu poznania go, uczynienia sobie poddanym, czy też spełniającego odwieczne marzenie o odnalezieniu mitycznych Wysp Szczęśliwych. Od czasu przełomu impresjonistycznego artyści interesowali się kulturami egzotycznymi, bliskim i dalekim Wschodem, w szczególności Chinami i Japonią, z czasem inspiracje czerpano także z kultur prymitywnych Czarnego Lądu. Warto wspomnieć, że Egipt jak i Bliski Wschód należały już w drugiej połowie XIX wieku do popularnych kierunków podróży i były celem zainteresowań fotografii podróżniczej. Wśród dagerotypistów i kolotypistów działających wówczas w Egipcie, którzy obok typowych zdjęć architektury i turystycznych widoków, pobudzając wyobraźnię Europejczyków, uwieczniali współczesne sceny rodzajowe egipskich ulic, oaz i portów, warto wymienić Emile’a Becharda, Wilhelma Hammerschmidta czy Pascala Sebaha.

Motyw feluki – tradycyjnej, jedno- bądź dwużaglowej łodzi, używanej na osłoniętych wodach Morza Czerwonego, wokół wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego, a w szczególności na Nilu w Egipcie, pojawia się wielekroć w twórczości Emila Orlika. Łodzie te zapewniały cichą i spokojną podróż po rzece, zwykle zabierały na pokład kilkanaście osób, załoga składała się z dwojga, trojga ludzi. Rysunek takiej dwużaglowej feluki odnaleźć można w liście Orlika do Maksa Lehrsa, pisanym 5 lutego 1912 roku właśnie podczas podróży po Nilu, a także w jednym z jego szkicowników egipskich.

Widok z góry na przycumowaną do brzegu felukę stanowi także temat prezentowanej tutaj grafiki, zwracającej uwagę oryginalnym, fragmentarycznie wyciętym, kadrem oraz asymetryczną kompozycją. Kreślone precyzyjnie ciętymi liniami, dopełnione „malarską” kreskami szczegóły feluki na pierwszym planie zostały przeciwstawione bardzo oszczędnie opisanemu graficznie pejzażowi. Sugestywność przedstawienia artysta osiągnął poprzez subtelne efekty graficzne – dzięki bardzo drobnym ziarnistym plamom szarości i czerni, które dopełnił barwną akwarelą.

Zarówno interesujące ujęcie tematu, jak i widoczna w szczecińskiej pracy wirtuozeria warsztatowa stanowią dobitne potwierdzenie talentu Emila Orlika. Grafika powstała w 1915 roku. Artysta wykonał wówczas niewielką serię egzemplarzy opisanych jako druk próbny, kolejne odbitki datowane są na rok 1916. W zbiorach berlińskiego Gabinetu Rycin znajdują się dwa inne egzemplarze tej ryciny, jeden analogicznie do odbitki szczecińskiej pochodzi z nakładu próbnego, drugi zaś z 1916 roku.

Warto wspomnieć także o tym, że kompozycja znalazła się na plakacie wystawy zorganizowanej artyście przez Arnolda Weylandta w 1916 w jego Galerii Arnold, przy Tauenzienplatz w Berlinie.

Bogaty liczebnie i artystycznie ciekawy zespół rysunków i grafik Emila Orlika znajduje się dziś w zbiorach Kunstforum Ostdeutsche Galerie Regensburg (ponad 2000 dzieł), a także w zasobach Gabinetu Rycin Staatliche Museen zu Berlin Preussischer Kulturbesitz. Spośród polskich zbiorów graficznych należy wymienić zaś Gabinet Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, w zbiorach którego przechowywana jest jedna z cenniejszych polskich kolekcji grafiki europejskiej drugiej połowy XIX wieku i początku XX stulecia – kolekcji niegdyś zgromadzonej przez Henryka Grohmana, fabrykanta i kolekcjonera z Łodzi, miasta określanego w końcu XIX wieku jako Ziemia obiecana.

Emil Orlik (1870 Praga – 1832 Berlin), Feluka na Nilu / Nad Nilem, 1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby gładki papier w odcieniu kremowym, 297 x 199 (rycina), 399 x 293 (arkusz), Muzeum Narodowe w Szczecinie, Fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

620 lat i miesiąc

Maria Szewczyk

Paolo Uccello i smok nad Wisłą

Konia z rzędem temu, kto w czwartek, 15 czerwca 2017 świętował 620 urodziny Paolo di Dono, zwanego Uccello (15.06.1397 – 15.12. 1475). Ten jeden z najwybitniejszych artystów florenckiego Quattrocenta, twórca obrazów i fresków religijnych, kompozycji batalistycznych, portretów i mozaik był uważany za prekursora malarstwa perspektywicznego. Uczczę Uccello tym tekstem w miesięcznicę jego 620 urodzin (Uccello – Uczczę, taki jest sens jego przydomku), bo jak dotąd nie doczekał się nawet wpisu w polskiej wersji Wikipedii.

Z pięknym albumem o Uccello – Paolo d’Ancona: Paolo Uccello, Verlag Anton Schroll, Wien/München 1960, zetknęłam się w późnych latach 60. To, że wymieniam tu wydanie niemieckie, a nie rok wcześniejsze wydanie włoskie, Wien/Milano, ma swoje uzasadnienie. Tu ten obraz Uccello, o który właśnie chodzi. Resztę opiszę poniżej.

W latach 60 i 70 uczyłam języka polskiego na kursach dla slawistów, studentów przyjeżdżających na Uniwersytet Warszawski. Czasami zgłaszali się do mnie także pracownicy ambasad lub ich żony chcące się nauczyć mówić po polsku. Jedną z nich była Laura Feira, która skracała sobie czas pobytu w Polsce lekcjami, kupowaniem antyków, wyjazdami do Wiednia po najnowsze modele sukienek, kosmetyki itp. Nie pmiętam, czy to z jednej z takich wypraw czy z Międzynarodowych Targów Książki w PKiN przyniosła ten album o Paolo Uccello. Album był okazały, zachwycał wspaniałymi reprodukcjami tego mistrza wczesnego renesansu włoskiego. Laura miała z nim tylko jeden problem. Wielostronicowy wstęp i komentarze do obrazów były w języku niemieckim, którego nie znała. Jako żona brazylijskiego dyplomaty spędziła już cztery lata w USA i taki sam okres we Francji, i oprócz portugalskiego w jego wydaniu brazylijskim mówiła biegle po angielsku i francusku, i chciała się koniecznie dowiedzieć czegoś bliższego o Paolo Uccello. A tu cały wstęp po niemiecku, którego ja też wtedy jeszcze nie znałam. Prosiła mnie, bym znalazła kogoś, kto przetłumaczyłby ten tekst z niemieckiego na francuski. W siermiężnej atmosferze PRL lat 60 znalezienie kogoś takiego graniczyło prawie z cudem. A jednak udało mi się taką osobę „upolować”.

Paolo Uccello, Polowanie w lesie, ok. 1470, Ashmolean Museum, Oxford

I kimś takim była Maria, hrabina de Lavaux. Ta leciwa dama, bibliotekarka w bibliotece Związku Łowieckiego, która w latach 20 zdobywała nagrody w wyścigach samochodowych, a w latach 30 była redaktorką czasopism motoryzacyjnych, w latach 60 uczyła prywatnie języków różnych, od angielskiego, przez francuski, do niemieckiego. Ona też podjęła się przetłumaczyć ten tekst w stosunkowo krótkim czasie, bo nie sprawiało jej problemu tłumaczenie wprost z niemieckiego na francuski, i to bez korzystania ze słowników. Za ten przekład miała dostać niebagatelną wówczas sumę 3 tysięcy złotych (przeciętna miesięczna pensja wynosiła wtedy 1200 złotych, co w niedopuszczonym przez cenzurę zakończeniu piosenki Osieckiej o „Okularnikach” brzmiało: „Potem żyją w małym mieście za te polskie tysiąc dwieście itp., itd., itp.” I tylko dlatego znamy złagodzoną wersję z podwyżką: „Potem wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące itp.itd.,itp.”), ale z kolei te trzy tysiące za tłumaczenie nie były żadnym problemem dla żony dyplomaty z Brazylii.

Tak więc przekład byłby skończony w terminie ku zadowoleniu obu stron. Byłby… gdyby nie wypadek! Hrabina, która dobrze się czuła za potężnym biurkiem w Bibliotece Łowieckiej, poruszała się po Warszawie już mniej pewnym krokiem. Przechodząc pospiesznie przez tory tramwajowe przy Placu Narutowicza, dostała się nagle pod ruszający tramwaj, który na szczęście w porę wyhamował.

Paolo Uccello, Bitwa pod San Romano, ok. 1435-55, Galleria degli Uffizi, Florencja

– Leżę ja tu pod tym tramwajem – opowiada Hrabina, gdy odwiedzam ją w szpitalu – a tu jakaś dama „z Waszecia”, pyta mnie: A ile to pani ma lat? Byłam połamana i wściekła – dziewięścset – odpowiadam jej. – A kto to puszcza taką staruszeczkę samą z domu? – Potem gazety pisały, że dostała się pod tramwaj 90-letnia staruszka!

Hrabina ma nogę na wyciągu, a rękę aż po ramię w gipsie. – Na szczęście lewa! – mówi. Obok niej leży wielki i ciężki album oraz plik notatek. – Na szczęście mam godne towarzystwo. Paolo Uccello leży tu razem ze mną – dodaje. – Tłumaczy pani dalej? Bez słownika? – Inaczej umarłabym z nudów! Raz tylko nie mogłam sobie za nic przypomnieć… on maluje smoki, a ja się męczę, bo na śmierć zapomniałam, jak się nazywa smok po francusku??? Nagle, drzwi się otwierają z hukiem i do sali wkroczyła pielęgniara, nie weszła, tylko wkroczyła, jak dragon!…O, mon Dieu, le dragon!!! Le dragon, toć to smok po francusku!

Tak to francuski smok, le dragon, niemiecki der Drache, z obrazu Paolo Uccello, włoskiego mistrza wczesnego Quattrocento, zawitał (na krótko) w latach 60 nad Wisłę. No cóż, nawet Lem podejrzewał, że jeśli się dostatecznie zagęści prawdopodobieństwo, to zaczynają się pojawiać smoki!

Berlin, 15.06.2017

PS.

Refleksja o relacji smoka i kobiety: wg legendy smok więził księżniczkę, a na obrazku wygląda to trochę, jakby go ona wyprowadziła na spacer na smyczy. Niewykluczone, że rycerz projektuje swoją dzikość na kobietę i wiąże z nią jej wyobrażenie w postaci smoka, którego zwalcza. Ona jest łagodna, on waleczny, a między nimi smok “ofiarny”. I ideał spełniony!

Paolo Uccello, Św. Jerzy i smok, ok. 1470, National Gallery, London

Von Berlin nach Breslau, von Breslau nach Berlin

Do. 22.06.2017 um 19.00 Uhr
im Sitz der Alexander und Renata Camaro Stiftung

Camaro Haus, Potsdamer Str. 98A, 10785 Berlin
Präsentation des Ausstellungsprojektes

Sehnsucht und Freiheit

Otto Mueller und die Malerei der Moderne zwischen Berlin und Breslau

Davor, um 18.15 Uhr: Führung durch die aktuelle Ausstellung „Tribute to Iris Barbura“ – eine Würdigung der rumänischen Tänzerin der Moderne (1912-1969)

Anmeldung erforderlich: deutsches@kulturforum.info

***

Die Ausstellung über Otto Müller und die Breslauer Kunstakademie wird in Berlin und Wrocław gezeigt:

28. September 2018 bis 3. März 2019 Neue Galerie im Hamburger Bahnhof – Museum der Gegenwart – Berlin

Vorauss. April bis Juni 2019 Nationalmuseum Wrocław

Die Beratung zum polnischen Teil dieses internationalen Ausstellungsprojekts übernahm aufgrund Ihrer wissenschaftlichen Tätigkeit auf diesem Gebiet Dr. Lidia Głuchowska, die im Rahmen eines regelmäßigen Austausches in Übereinstimmung mit den involvierten Projektpartnern die deutsche Projektleiterin Dr. Dagmar Schmengler und ihre Assistentin MA Agnes Kern von polnischer Seite mit Expertise begleitet.

Eine Besonderheit des kuratorischen Konzeptes ist das Prinzip des ‚Gastes’: das heißt Bilder, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und/oder interkulturell, insbesondere im deutsch-polnischen Kontext, auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann: das Einbeziehen Polnischer Expressionisten (z.B. Witkacy, Stanisław Kubicki, Jerzy von Hulewicz) ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken sie die deutsch-polnische Ausrichtung dieses Projektes.

Stanisław Kubicki, Der Heilige und die Tiere, Öl auf Leinwand, 1932, Privatbesitz Berlin

Mehr zum Programm der Projektvorstellung entnehmen Sie bitte dem Flyer:

 

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 2)

Dariusz Kacprzak

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina

Max Slevogt wraz z Maksem Liebermannem i Lovisem Corinthem bywa określany mianem „potrójnej gwiazdy imresjonizmu niemieckiego”. Uczył się w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, w 1889 roku wyjechał do Paryża, by w tamtejszej Académie Julian kontynuować naukę i nad Sekwaną kopiować starych mistrzów. W 1890 roku wyjechał do Włoch. Dwa lata później został członkiem Monachijskiej Secesji, a w następnym roku podczas wystawy secesjonistów zaprezentował obraz Walka zapaśników, który wzbudził żywe emocje. W 1897 roku w Salonie Sztuki Eugena Artina w Wiedniu została otwarta pierwsza indywidualna wystawa artysty. Do 1900 roku był związany z Monachium, współpracował z czasopismami Jugend i Simplicissimus, później krótko mieszkał we Frankfurcie nad Menem, by w 1901 roku na stałe osiąść w Berlinie. Związał się ze środowiskiem berlińskiej Secesji. W 1914 roku został członkiem Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a rok później Królewskiej Akademii Sztuk w Dreźnie. Od 1917 roku prowadził pracownię mistrzowską w berlińskiej akademii. Początkowo malował niemal naturalistycznie sceny mitologiczne i religijne utrzymane w ciemnym kolorycie. Podjęte w drugiej połowie lat 90 XIX wieku studia plenerowe przyniosły rozjaśnienie palety. Jego dojrzałe obrazy charakteryzuje bogaty koloryt, upodobanie do silnych kontrastów, swoboda, pełne temperamentu prowadzenie pędzla. Znaczącą część dorobku artystycznego twórcy zajmują grafiki. Jako ilustrator książek dowiódł biegłości warsztatowej, pomysłowości i fantazji. Zajmował się również malarstwem ściennym – kompozycje takie wykonał m.in. w domu Johanna Guthmanna w Szklarskiej Porębie, w Kościele Pokoju w Ludwigshafen oraz we własnym domu w malowniczym położonym na Nizinie Górnoreńskiej Neukastel w Palatynacie.

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina, 1926
olej, płótno, 100 x 80,5 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie
fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Bogaty i interesujacy rozdział w twórczości Maksa Slevogta stanowią dzieła związane z przeżyciem muzyki, która była ważnym źródłem jego inspiracji. Artysta zafascynowany światem dźwięku i ruchu – muzyki, teatru, opery, tańca – tworzył nie tylko obrazy, rysunki i grafiki o tej tematyce, ale także zajmował się projektami scenografii oraz kostiumów do utworów scenicznych (Wesołe kumoszki z Windsoru Williama Szekspira w inscenizacji Maksa von Reinhardta, Sąd Salomona Pedra Calderóna de la Barki w inscenizacji Floriana Geyera dla Ottona Brahma). Wielokrotnie pracował dla renomowanych teatrów operowych, Opery Unter den Linden w Berlinie oraz drezdeńskiej Staatsoper, przygotowując projekty scenografii m.in. do Czarodziejskiego fletu, Don Giovanniego W. A. Mozarta – były to akwarele, gwasze, rysunki ołówkiem, węglem, tuszem, a także ilustracje, powielane graficznie w technice litografii, drzeworytu i akwaforty. W 1920 roku w berlińskiej oficynie Paula Cassirera wydano Czarodziejski flet. Rysunki na marginesach manuskryptu Mozarta (Die Zauberflöte. Randzeichnungen zu Mozarts Handschrift), rok później u Fritza Gurlitta ukazało się bibliofilskie, zilustrowane przez Slevogta drzeworytami, wydanie liberetta Lorenza da Ponte do Don Giovanniego Mozarta (na podstawie wydania wiedeńskiego z 1788 roku). Dobiegajacy sześćdziesiątego roku życia artysta, zaprojektował dla Hermanna Muthesiusa, do jego domu w Berlinie, malowidło ścienne Wesele Figara (1927).

Fascynacja Slevogta tańcem jest wyraźnie widoczna już we wczesnym jego dziele – Tryptyku tańca: Tancerka w srebrze (1895, Landesmuseum Mainz), Tancerka w zieleni (1895, zaginiony), Tancerka w złocie (1897, Max Slevogt-Galerie, Villa Ludwigshöhe). W 1902 roku powstał słynny obraz artysty Aria szampańska, tzw. Biały d’Andrade (Staatsgalerie Stuttgart), w którym artysta utrwalił występ utalentowanego Portugalczyka w Theater des Westens w Charlottenburgu, a dziesięć lat później, tzw. Czerwony d’Andrade – imponujące malarskim rozmachem dzieło, dziś wita gości przekraczających próg Alte Nationalgalerie w Berlinie. Malarz portretował znakomite artystki epoki. Wielokrotnie malował i sztychował występujacą m.in. w berlińskim kabarecie W siódmym niebie, pochodzącą z Filipin, Mariettę di Rigardo (właśc. Maria della Rosa, poźniejsza żona właściciela kabaretu Georga Davida Schulza, która po rozwodzie z nim, poślubiła Ludwiga Thomę, znanego pisarza z kręgu Simplicissmusa i występowała później jako Marion Thoma). W 1901 roku namalował goszczącą w Berlinie podczas europejskiego tournée japońską tancerkę Sadę Yakko. Kilkukrotnie portretował Tillę Durieux, żonę Paula Cassirera – m.in. w 1921 roku jako żonę Putyfara w Legendzie Józefa Richarda Straussa, do której libretto napisali Harry Kessler i Hugo von Hofmannsthal, a wcześniej w roli Salome. Warto wspomnieć także o portrecie scenicznym Anny Pawłowej: słynna prima ballerina assoluta została przedstawiona w tańcu orientalnym jako Bajadera.

Bohaterką szczecińskiego, powstałego w 1926 roku, obrazu jest uchodząca za odnowicielkę baletu hiszpańskiego, tancerka i choreografka Antonia Mercé y Luque, bardziej znana pod pseudonimem scenicznym La Argentina. Była córką baletmistrza madryckiego Teatro Real Manuela Mercé i tancerki Josefy Luque. Urodziła się w 1890 roku w Buenos Aires, podczas baletowego tournée rodziców po Argentynie. Naukę tańca rozpoczęła pod okiem ojca, a później po jego śmierci pobierała lekcje także u matki. W wieku dziewięciu lat debiutowała jako primabalerina w operze w Madrycie, w 1905 roku tańczyła z wielkim powodzeniem w tamtejszym Teatro Ateneo. W 1910 roku Paryż oglądał ją w operetkach na deskach Moulin Rouge oraz Olimpii, a później artystka odbyła tournée po Anglii, Belgii i Niemczech. Po I wojnie światowej, która zastała ją w Rosji, Mercé w 1915 roku w Madrycie przygotowała choreografię do baletu Czarodziejska miłość (El Amor Brujo) Manuela de Falli. Potem wyjechała do Ameryki Południowej, a następnie na zaproszenie kompozytora Enrique’a Granadosa tańczyła w Nowym Jorku w jego Goyescas. Do końca wojny przebywała w Meksyku, skąd w 1919 roku powróciła do Paryża. Współpracowała z Federikiem Garcią Lorcą, Maurice’em Ravelem, Isaakiem Albénizem. W 1926 roku artystka zyskała impresaria. Był nim Arnold Merckel, który do końca jej życia troszczył się o kalendarz jej występów. We flamenco i tangu jej partnerem był częstokroć Vincent Escudero, a akompaniatorem – gitarzysta Carlos Montoye. La Argentina cieszyła się ogromną sławą, w 1930 roku została odznaczona Krzyżem Legii Honorowej. W 1936 roku, na krótko przed śmiercią, tańczyła w paryskiej Operze Komicznej z okazji wykładu Paula Valéry’ego. Zmarła w San Sebastian 19 lipca 1936 roku na atak serca.

W szczecińskim obrazie malarz poprzez swobodę gestu malarskiego, brawurowe operowanie plamą barwną, nadającą przedstawieniu lekkości, odczucie ruchu, intensywność tonów, modelujące postać tancerki silne refleksy światła, stworzył sugestywny obraz magii tańca hiszpańskiego, a także dał wyraz nieskrywanej zmysłowości portretowanej kobiety.

Wprawdzie proweniencja obrazu nie jest w pełni znana, tym niemniej można przypuszczać, że dzieło pochodzi z przedwojennej szczecińskiej kolekcji prywatnej, a w okresie powojennym trafiło za pośrednictwem rynku antykwarycznego do zbiorów muzealnych. Przy tej okazji warto wspomnieć, że w zbiorach przedwojennego szczecińskiego Muzeum Miejskiego znajdowały się dwa inne obrazy Slevogta: Autoportret przy sztalugach pochodzący z kolekcji Friedy i Wilhelma Doeringów oraz Portret pianisty Ansorge.