Awangarda jidisz. Łódź i Wrocław / wystawa, konferencja, projekt badawczy

Ekspresje wolności

Latem 2019 roku odnotować trzeba kilka ważnych wydarzeń kulturalno-naukowych nt. historii awangardy jidisz w Polsce.

Od 1 do 7 czerwca 2019 roku w Synagodze pod Białym Bocianem we Wrocławiu odbywa się
21. Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA
połączony z koncertami i prezentacjami książek
Więcej… i więcej…

W ramach festiwalu 6.06.2019 będzie miało miejsce spotkanie uczestników
projektu badawczego, wspieranego przez Narodowy Fundusz Rozwoju Humanistyki, „Łódzka awangarda jidisz”
pod kierunkiem prof. Krystyny Radziszewskiej.
Oprócz jidyszystów i literaturoznawców w spotkaniu udział biorą dwie historyczki sztuki – dr Irmina Gadowska i dr Lidia Głuchowska.

Wystawa

W dniach 12-13.06.2019 w Muzeum Miejskim w Łodzi odbędzie się wernisaż wystawy
Ekspresje wolności. Bunt i Jung Idisz. Wystawa, której nie było…
z prezentująca prace działających w okresie międzywojennym w Poznaniu, Łodzi i Berlinie grup “Bunt” i “Jung Idisz”. Na wystawie pokazane zostaną m.in. dzieła artystów “Buntu” pochodzące z donacji profesora St. Karola Kubickiego, o której tu na blogu obszernie pisaliśmy.
Wystawie towarzyszy międzynarodowa konferencja naukowa. Z tej okazji ukażą się tłumaczenia czasopisma Jung Idisz na język polski i angielski oraz
publikacja towarzysząca.
Wystawa potrwa do października.

Podczas wystawy zaprezentowane też zostaną prace współczesnych twórców z Poznania, Łodzi i Izrael, stanowiące hommage dla artystów klasycznej awangardy.

Dr Lidia Głuchowska pisze:

Na wystawie prezentowane będą m.in. prace artystów z poznańskiej grupy Bunt i łódzkiej Jung Idysz (Yung Yiddish), pochodzące z byłej kolekcji Margarete i Stanisława Kubickich.
Oba ugrupowania współpracowały ze sobą nie tylko w Polsce, planując w 1919 r. wystawę,
która nie dosyła do skutku (skąd tytuł obecnej ekspozycji), lecz także na terenie Niemiec – w Berlinie i Nadrenii.
Jankiel Adler, Pola Lindenfeldówna i prawdopodobnie Artur Nacht-Samborski mieszkali
nawet przejściowo w atelier Kubickich w Berlinie. W domu polsko-niemieckich artystów czasy wojny przetrwały m.in. prezentowane prace
Głowa kobiety, autorstwa Lindenfeldówny (ok. 1922)


i grupa prac Adlera

z których jedna dedykowana jest Kubickim, a także wykonany przez niego portret Kubickiej.

Kubiccy, Adler, Lindenfeldówna, Marek Szwarc i Henryk Berlewi spotkali się w 1922 roku na Kongresie Międzynarodowej Unii Artystów Postępowych w Düsseldorfie.
Kolejnym wspólnym przedsięwzięciem artystów z tej grupy była Międzynarodowa Wystawa Artystów Rewolucyjnych w Berlinie. Zaproszenie na tę wystawę zdobił linoryt Kubickiego Samotnik.


Wspólnie ich prace prezentowane były m.in. w sali Awangarda na wystawie My, berlińczycy. Historia polsko-niemieckiego sąsiedztwa (Berlin, 2009, kuratorka: Lidia Głuchowska)

Więcej na ten temat w moim wystąpieniu na konferencji towarzyszącej otwarciu wystawy
oraz w planowanej publikacji.

Prezentowane prace pochodzą z dawnej kolekcji Margarete i Stanisława Kubickich.
Fot. 3 – Anna Kraśko / Fot. 1, 2, 4, 5 – Lidia Głuchowska

Konferencja

Grupa Jung Idysz i żydowska awangarda artystyczna w dwudziestoleciu międzywojennym. Idee – postawy – relacje.
Konferencja organizowana przez Muzeum Miasta Łodzi, Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata, Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego oraz Zakład Niemcoznawstwa w Instytucie Filologii Germańskiej Uniwersytetu Łódzkiego
Łódź, 12-13 czerwca 2019 roku.

Muzeum Miasta Łodzi, ul. Ogrodowa 15

PROGRAM
ŚRODA 12.06
Otwarcie konferencji
10.00-10.15 – Barbara Kurowska, Adam Klimczak – oficjalne otwarcie konferencji
10.15-10.45 – prof. Jerzy Malinowski, dr Małgorzata Geron,
Badania żydowskiej awangardy artystycznej w Polsce. Historia – perspektywy – najnowsze publikacje
10.45-11.15 – dr hab. Eleonora Jedlińska, Uniwersytet Łódzki,
Grupa Jung Idysz i tradycja ekspresjonizmu – malarstwo amerykańskiej sztuki figuratywnej w XX wieku
11.15-11.45 – dr hab. Artur Kamczycki, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu,
Kilka refleksji nad sztuką Jankiela Adlera
11.45-12.20 – dyskusja i przerwa
Panel I
12.20-12.40 – dr Renata Piątkowska, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN /
Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata,
Sztuka narodowa czy sztuka narodu?
Wystawy artystów z kręgu awangardy w Żydowskim Towarzystwie Krzewienia Sztuk Pięknych w Warszawie
12.40-13.00 – dr Tamara Sztyma, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN /
Uniwersytet Warszawski,
„Nowa sztuka żydowska” jako wyraz nowych postaw ideologicznych i przemian tożsamości polskich Żydów w pierwszych dekadach XX wieku
13.00-13.20 – Teresa Śmiechowska, Żydowski Instytut Historyczny,
Jidyszland – fotografia jako środek tworzenia mitu narodu
13.20-13.40 – dr Karol Jóźwiak, Uniwersytet Łódzki,
Problem tożsamości w twórczości Stefana Themersona
13.40-14.00 dyskusja
14.00-15.00 obiad
Panel II
15.00-15.20 – dr Małgorzata Stolarska-Fronia, Centrum Badań Historycznych
Polskiej Akademii Nauk w Berlinie,
Kolektywy młodych gniewnych? Portret grupowy Jung Idysz na tle awangardowych grup z Niemiec
15.20-15.40 – dr Lidia Głuchowska, Uniwersytet Zielonogórski,
Bunt i Jung Idisz. Między Poznaniem, Łodzią a Berlinem. Kontakty, koncepcje i wydarzenia artystyczne
15.40-16.00 – Agnieszka Salamon-Radecka, Muzeum Narodowe w Poznaniu,
Kontakty Giny i Marka Szwarców ze środowiskiem poznańskiego „Buntu” w
okresie dwudziestolecia międzywojennego w świetle zachowanych materiałów
źródłowych
16.00-16.20 dyskusja i przerwa
Panel III
16.20-16.40 – David Mazower, Yiddish Book Center, Fun’m opgrunt /
Out of the Abyss: The Women Artists of Farlag Achrid – A Forgotten Chapter of Yung Yidish
16.40-17.00 – dr Ewa Rybałt, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie,
Margit Sielska-Reich w poszukiwaniu środka ciężkości
17.00-17.20 – dr Magdalena Maciudzińska-Kamczycka, Uniwersytet Mikołaja
Kopernika w Toruniu,
Żydowska, kobieca, feministyczna? Artystki Jung Idysz i ich sztuka
17.20-17.30 – Anna Małaczyńska, Muzeum Miasta Łodzi,
Felicja Pacanowska (1907-2002) – przyczynek do biografii
(komunikat)
17.30-17.50 – dyskusja
18.00 – wernisaż wystawy „Ekspresje Wolności. Bunt i Jung Idysz – wystawa,
której nie było…”

CZWARTEK 13.06
10.00-11.00 – Oprowadzanie kuratorskie po wystawie „Ekspresje Wolności. Bunt i
Jung Idysz – wystawa, której nie było…”
Panel IV
11.00-11.20 – dr Monika Polit, Uniwersytet Warszawski,
Ludowy inteligent na obrzeżach Awangardy
11.20-11.40 – Izabella Powalska, Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata,
„Wiersze słowem i grafiką”. Ilustrowane wydawnictwa z kręgu Jung Idysz
11.40-12.00 – Dariusz Dekiert, Uniwersytet Łódzki,
Między Jidyszlandem a Palestyną. Twórczość jidyszowa i hebrajska Icchoka Kacenelsona
12.00-12.20 – dr Krzysztof Cichoń, Uniwersytet Łódzki,
Nieuchronność etnosu. Letryzm i mesjanizm po „la rafle du Vel’ d’Hiv”
12.20-12.50 – dyskusja i przerwa
Panel V
12.50-13.10 – prof. Małgorzata Leyko, Uniwersytet Łódzki,
Mojżesz Broderson i żydowska awangarda teatralna
13.10-13.30 – dr hab. Agata Chałupnik, Uniwersytet Warszawski,
Tango judío i asymilacja przez muzykę
13.30-13.50 – dr Joanna Podolska, Uniwersytet Łódzki,
Niedaleko Jung Idysz. Bracia Bajgelmanowie i ich muzyka
13.50-14.10 – dr Adam Sitarek, Uniwersytet Łódzki,
Żydowscy artyści i Zagłada. Przypadek getta łódzkiego
14.10-14.30 – podsumowanie konferencji

Wycieczka do Tübkego / Zum Tübke

Zdjęcia: Ania, Netz i komórka Adminki
Wstęp: Adminka
Teksty: Sieć
Uczestniczki: Dorotek, Ania, Ewa (Adminka), Ela
Tübke (duchem)
Golf Touran (piękny)
Maj (piękny)
Kwiaty, trawa, drzewa (piękne)
Język: słubfurcki / Beitrag verfasst in der Slubfurter Sprache (Erklärung siehe TU)

Wstęp
Przed wielu wielu laty Dorotek obiecała, że na urodziny zabierze Adminkę (dalej: Ewę) na wycieczkę dokądś (Ewa nie zapamiętała dokąd, ale wiedziała, że gdzieś na południe od Berlina), aby jej pokazać panoramę namalowaną przez Tübkego. Dorotek zakładała, że Ewa wie, dokąd i co tam będzie, bo istnieje pewne (nie do końca uzasadnione, ale też nie całkiem nieuzasadnione) przekonanie, że Ewa wie (wszystko). Kilka razy w ciągu minionych lat Dorotek i Ewa uzgadniały nawet pewne terminy (w środę za tydzień od tego słupka), ale z przyczyn najróżniejszych, znanych ogólnie jako Vis Maior, wycieczka nie dochodziła do skutku, zmieniając się powoli w mityczną opowieść o krainie, w której jest piękna pogoda, piękna sztuka i piękna panorama Tübkego i do której “się” kiedyś dotrze.

Sprawa była mityczna już kilka lat temu, w październiku 2015 roku, gdy Dorotek i Ewa były wspólnie w Lipsku. Dorotek prowadziła tam lekcje niemieckiego, a ponieważ Ewa zna już niemiecki, mogła robić, co chciała. Poszła więc zwiedzić Bibliotekę Narodową, a potem odwiedziła Pomnik Bitwy Narodów, o czym napisała TU. Ponieważ, mimo tak ambitnych planów i ich realizacji, Ewa wciąż miała dużo czasu do końca lekcji, to z przyzwyczajenia poszła na cmentarz, który był tuż obok (Südfriedhof), gdzie przeczytała na tablicy (zawsze czyta), że jedną z osób, które są tam pochowane jest Tübke. Znalazła grób, sfotografowała i po lekcjach oznajmiła, że już wszystko w porządku, temat Tübke został odhaczony i już nie trzeba w ogóle jechać do Bad Frankenhausen.

Aż tu nagle, w maju 2019 roku temat powrócił. Dorotek kupiła nowe auto (piękne) i obiecała Ani, że zabierze ją tym autem na przejażdżkę. Na wyprawę została jeszcze zaproszona Ela, której Dorotek obiecała nie wiadomo co, ale na pewno coś.

I tak to w pewną majową sobotę pojechałyśmy we cztery “do Tübkego”.


Werner Tübke gehört zu den bedeutenden und gleichzeitig umstrittensten Maler des 20.Jahrhunderts und zur sogenannten Leipziger Schule.

Tübke wurde vor allem durch das Bauernkriegspanorama in Bad Frankenhausen populär. Das gigantische Rundgemälde von 14 Metern Höhe und 120 Metern Umfang mit mehr als 3000 Figuren war ein Auftragswerke des DDR-Kulturministeriums. 1976 begonnen, dauerte die Vollendung 11 Jahre.
1997 schuf er einen Flügelaltar für die St. Salvatoris-Kirche in Clausthal-Zellerfeld.
Zwischen 1970 und 1973 gestaltete er das Wandbild „Arbeiterklasse und Intelligenz“, es befand sich im Hauptgebäude der Karl-Marx-Universität Leipzig und lagert derzeit im Depot des Museums der Bildenden Künste Leipzig.
1972 wurde er zum Professor ernannt, von 1973 bis 1976 war er Rektor der Hochschule für Grafik und Buchkunst in Leipzig. Er hinterließ neben tausenden von Zeichnungen mehr als 500 Aquarelle und 353 Gemälde.
Sein Lebenswerk stiftete Tübke testamentarisch dem Germanischen Nationalmuseum, ausgestellt wird es in einer Dauerausstellung in seinem ehemaligen Haus mit Atelier, der Villa Tübke in der Leipziger Springerstraße 5.


Pewnego (pięknego) majowego dnia wyjechałyśmy więc z Berlina, przejechałyśmy 300 kilometrów, dojechałyśmy na parking, wysiadłyśmy z auta (pięknego) i poszłyśmy (piękną) drogą wśród (pięknych) tzw. okoliczności natury…

I tak sobie szłyśmy, aż doszłyśmy.

W muzeum (bilety po 8 euro, ulgowe po 7!). Kolejne zdziwienie, bo nie wszystkim z nas udało się w kawiarni dostać zamówioną kawę (no ale cóż, nie wszyscy uczciwym życiem zasłużyli sobie na kawę z widokiem, a widok był niezwykły; na szczęście oglądało się go również bez kawy i zasług).

W muzeum nie wolno fotografować słynnej panoramy. Also wenn ihr sehen wollt, wie es dort drinne ist, schaut HIER. Oder – fährt HIN.

PS. Potem jeszcze pojechałyśmy do Erfurtu. I też było przyjemnie, a kelnerki przyniosły kawę i/lub herbatę 🙂

Reblog: Kot, obraz i poetka

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Wpis z nieistniejącego już bloga “Jak udusić kurę…”, opublikowany w dniu pogrzebu Wisławy Szymborskiej, 9 lutego 2012 roku. Nie ma żadnej rocznicy i żadnego powodu, by ten wpis opublikować dziś i właśnie dlatego go publikuję.

Henriette-Ronner-Knip-Cat

Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.

Dziś w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim pochowana zostanie Wisława Szymborska. W ostatniej drodze wielkiej poetce towarzyszyć będą przyjaciele, wielbiciele i myśli tych, którzy nie mogą tam być…

Wszystkim pozostaną wiersze, w tym „Kot w pustym mieszkaniu”. Moim zdaniem to jeden z najpiękniejszych wierszy Szymborskiej, opowiadający prostymi słowami, prostymi obrazami, w sposób przeszywający duszę o wielkim bólu tych, którzy pozostają, o nie godzeniu się i nierozumieniu przez najbliższych, że ktoś odchodzi na zawsze.

Po tych co odchodzą pozostają wspomnienia. Ja miałam niezwykłe szczęście, że byłam tam, gdzie powinno się było być podczas kulminacji uroczystości, nazwanych przez poetkę „tragedią sztokholmską”. Byłam w gronie osób, którym dane było wysłuchać na żywo jej niezwykłego wykładu wygłoszonego w gmachu Starej Giełdy dla członków Akademii Noblowskiej, byłam w Filharmonii Narodowej, gdy z rąk króla Karola XVI Gustawa odbierała medal. Mam z tamtego czasu niezwykłą pamiątkę – tomik wierszy poetki po szwedzku z autografem i datą 9.12.1996.

W ostatnich dniach wiele można było usłyszeć i przeczytać o tym, jaką poetką, jaką osobą, była Wisława Szymborska. Przypomniano m.in., że bardzo lubiła malarstwo. Jej ulubionym malarzem był Vermeer, a ulubionym obrazem Vermeera – „Dziewczyna nalewająca mleko”. Kiedyś nawet powiedziała, że istnienie tego obrazu jest wystarczającym powodem, by świat istniał dalej…

Vermeer van Delft, Milkmaid

Moja nieżyjąca od wielu, wielu lat babcia mówiła, że na smutek, a także na przeziębienie, najlepsze jest gorące mleko. Zróbmy więc sobie kubek gorącego mleka i pijąc je pomyślmy o poetce, o malarzu i o dziewczynie nalewającej mleko.

Potrzebne nam są:
– 1 i ½ szklanki mleka
– szczypta cynamonu
– łyżka miodu
– łyżeczka masła

Do garnuszka/rondelka, w którym będziemy podgrzewać mleko wlewamy najpierw łyżeczkę lub dwie wody, dopiero wtedy wlewamy mleko (nie mieszamy). Mleko podgrzewamy powoli na niewielkim ogniu. Gdy będzie już ciepłe, dodajemy miód, masło i cynamon. Gdy masło rozpuści się, mieszamy. Podajemy gorące, ale zdejmujemy z kuchenki nim zacznie kipieć. Wlewamy do kubka, przelewając przez sitko.

Villa, Ausstellung, Filme, Brunch

Podlasie meets Berlin

 

 

 

 

Im Rahmen der Ausstellung veranstaltete am Sonntag 28. April filmPOLSKA den Festivalbrunch in der Villa Westend. Hier traf Kunst auf kulinarische und filmische Spezialitäten aus der Region Podlasie im Nordosten Polens präsentiert von den Kuratoren des Filmfestivals Żubroffka. Bei dieser Gelegenheit könnte man sich auch eine Ausstellung von 20 Künstlern – Studierende und Dozenten der Kunstakademie Stettin/Szczecin – anschauen.

Die Villa, die die Gabriele Fink Stiftung aus Hamburg zur Verfügung stellte, ist zum Abriss bestimmt. Das Thema der künstlerischen Auseinandersetzung mit dem Ort und dem Zeitgeist war „The End“.

Mehr oder weniger so viel fand man(findet man immer noch) in einer kurzen Beschreibung des Tages und des Events auf der Internetseite des Festivals. Dazu gibt es eigentlich nur ein Foto von der Villa, kein von Kunstobjekte, kein Wort über Filme, die während des Brunches gezeigt wurden, dafür aber… (Fotos Joanna Jakubiuk)

Schön arrangiert sind all die Würste auf den Fotos. Vielleicht sahen die Servierplatten tatsächlich so aus. Kann ich nicht sagen, weil ich sie nicht gesehen habe. Vor den Filmen sah die Wirklichkeit viel prosaischer aus, keine grüne Zweige, keine üppige Beerendolden, aber (zugegeben) viele schöne Äpfel. Wenn man in den Buffetsaal nach den Filmen kam, gab es zwar immer noch sehr viel Fleisch, Wurst, Gurken, Brot und Äpfel, aber von der Schönheit des Fleischfressens ist nix geblieben, es war eh eine Landschaft nach der Essschlacht. Oder (was ich leider vermute) gab es das Schöne nur fürs Fotografieren und das Bildliche stimmte mit dem Gegessenem überhaupt nicht überein. Genauso wie das einzige Foto von der Villa (oberes Foto unten) nicht das zeigte, was wir an diesem Sonntag gesehen haben.

Aber zum Glück war das, was wir sahen, viel schöner als das, was uns Festival-Portfolio anbietet. Dieses bemalte Haus machte schon Geschichte in Berlin und ganz viele Leute, die vom Festival und der Ausstellung gar nicht wussten, wussten doch, dass es am Ende der Stadt eine Villa gibt, die von den Kunststudenten aus Polen rot bemalt wurde…!

Ich versuche den knappen Bericht des Festivalsmachers ein Bisschen mit meinen eigenen Fotos und Impressionen zu ergänzen. Zuerst: kein Mensch hat verstanden, weshalb diese schöne fin de siecle Villa zu dem Abriss bestimmt ist. Jeder von uns dachte: aber wieso, wieso? Und die nächste Frage: Wenn sie schon weg ist, was wird hier entstehen? Noch ein Bürohaus? Ein Hotel? Eine Apartment-Siedlung für die Reichen? Es gab Zeiten, dass sich Berlin damit schmückte, arm aber sexy zu sein. Vorbei. Jetzt sind wir weiterhin arm, gar nicht sexy und an Reichen ausverkauft.

Die nächste Frage bereiteten uns die Filme. Wieso hat man sich für solch ein Motto entschieden: Podlasie atakuje (Podlasie greift an)? Das war schon 15. Festival der Filme aus Podlasie, in Berlin aber (glaube ich) das erste Mal gezeigt. Ohne Vorgeschichte fällt einem nicht ein, weshalb drei kurze Dokufilme (den vierten wollte man schon gar nicht mehr sehen, weil alle zum Buffet wollten), schön, ruhig, etnografisch-poetisch, plötzlich als Angreiferprodukte dargestellt werden sollen. Man hat sich sicher etwas dabei gedacht. Aber was?

Und letztendlich die Kunst. So lange man nicht wusste, dass das Thema der Ausstellung “The End” war, könnte man die 40 mit der Kunst “befallenen” Räume wirklich bewundern. Aber das Thema bereitet einem Kopfschmerzen vor. OK, die schönste Instalation (leider ist mir das Foto nicht gelungen) bildete einer auf dem Fussbpoden in einem Klo liegende Männeranzug, hergestellt aus der Klein-Fliesen-Matte, genauso einer wie die aus der Jahre zuvor der Fußboden gefertigt wurde. Der graue Anzug als der Überbleibsel von einem Mann, den es nicht mehr gibt, das Ende also.

Aber ein Kreis der Salzkristalle im Garten? Ein roter (lustig gefederter) Schnabeltier? Eine Glasflasche voller Wasser, in dem sich die Klänge der Umgebung angesammelt haben? Ein Raum voller Gegenstände, die nicht das sind, was sie darstellen (eine Fußmatte wie eine metallne Reibe, ein Mülleimer aus grünen Lutschbonbons, die Teller aus Pelz – vielleicht ein Hommage an Meret Oppenheim)? Symbolisieren sie “the End”? Keine Ahnung. Aber schön sind sie, keine Frage. Oder waren. Die Ausstellung ist nämlich zu Ende. Also “The End”.

Die Ausstellung gibt es nicht mehr, aber ich glaube die rote Villa kann man immer noch sehen, wahrscheinlich bis sie abgerissen wird. Es lohnt sich, hinzugehen, zumal es auch gegenüber eine schöne halbwilde Grünanlage mit Skulpruren gibt: Pillkaller Allee 2 in 14055 Berlin.

Weitere Filmberichten folgen.

Frauenblick auf Museum an der Weichsel

Monika Wrzosek-Müller

Gedanken zu der Ausstellung von Daniel Rycharski im Museum an der Weichsel

Der Taxifahrer sprach immer wieder von seinem Schwager aus der Provinz, genauer aus einem Dorf. Irgendwie würden die auf dem Land immer nur klagen, nichts lohne sich, jede Anstrengung sei zu viel; zwar hätte sich viel verändert, doch die Bereitschaft, Verantwortung für etwas Größeres (ein richtiges Unternehmen) zu übernehmen, würde fehlen; oder es wagen doch nur ganz wenige. Sollen sie doch in die Stadt kommen, sich hier ausprobieren, bitte schön… usw… usf.

Das war der Anfang meiner Episode mit dem Nachdenken über das Landleben, die Dörfer, die Bauern in Polen. Mehrere Faktoren haben zusammengespielt. Vor einigen Monaten erzählte mir eine Freundin von einer fantastischen Ausstellung in Krakau, die Stanisław Wyspiański gewidmet war und unheimlich viele seiner Werke versammelte. Er war der Hauptvertreter der „Bauernmanie“ [Chłopomania] aus der Kunstrichtung Junges Polen [Młoda Polska] in der Zwischenkriegszeit. Als Künstler war er nicht nur Maler, Projektant von Glasfenstern und Bildhauer; er schrieb auch – und sein bekanntestes Drama „Die
Hochzeit“ [Wesele] wurde immer wieder aufgeführt; es zeigte das stilisierte, farbenfrohe, manchmal bedrohliche Bauernleben, das die Vertreter dieser Kunstrichtung feierten. Andrzej Wajda drehte 1997 einen monumentalen Film aufgrund des Dramas, „Die Hochzeit“.

Ein anderer wichtiger Schriftsteller dieser Richtung, allerdings eher aus dem Realismus kommend, war Władysław Reymont. Er verfasste das Epos „Die Bauern“ [Chłopi] und erhielt dafür, so lernte ich in der Schule, den Literaturnobelpreis. Er lebte längere Zeit in einem Dorf, das damals Lipce hieß (später erhielt das Dorf den Beinamen Reymontowskie), wohin ich als Kind in die Sommerferienlager (sog. kolonie) fuhr. Im Dorf gab es ein Museum, es sollte sein Haus gewesen sein, mit vielen bunten Stuben, wo kleine Betten standen mit aufgetürmten Kissen darauf. So jedenfalls war meine Erinnerung daran. Der Roman „Die Bauern“ war lang, zog sich über vier Bände, die nach
Jahreszeiten unterteilt waren, und langweilte mich. Doch wir mussten ihn lesen, denn er stand auf der Lektüreliste. Er enthielt wohl auch viele Wahrheiten und treffende Beobachtungen über das Bauernleben in Polen. Für die meisten von uns Städtern meiner Generation existierte das Dorf eigentlich kaum – und wenn dann nur als Fluchtort aus dem mühsamen, strapaziösen Stadtleben; Ort für Ferien, um sich zu erholen. Ein Bewusstsein für Land, Dorf wurde nicht entwickelt, kaum jemand beschäftigte sich damit. Die Tatsache, dass die Bauern diejenigen waren, die uns ernährten, drang gar nicht zu uns vor.

Vor zwei Jahren war ich auf Einladung einer Freundin in ihrem Sommerhäuschen auf dem tiefen polnischen Land. Wir haben uns wunderbar amüsiert, wurden auch auf ein Dorffest eingeladen. Dort wurde so heftig getrunken, getanzt und geredet, dass ich es ungeheuerlich fand, mich fast davor fürchtete. Die Menschen erzählten mir, was für sie die „500 plus“ bedeuteten, das von der PiS-Regierung eingeführte großzügige Kindergeld; einige von ihnen hatten zum ersten Mal so viel Geld auf einmal gesehen, konnten zum ersten Mal nachdenken, was sie mit Geld anfangen würden, ob sie zum ersten Mal irgendwohin weg fahren würden. Neuerdings rücken die Bauern, das Landleben, die Landwirtschaft mehr in den Vordergrund, in das moderne Bewusstsein aller Menschen; sei es durch das zunehmende ökologische Bewusstsein, besonders nach dem heißen und trockenen Sommer des letzten Jahres, oder als Alternative zum Stadtleben, schließlich durch die Suche nach Wählerstimmen, die da noch zahlreich zu gewinnen waren.

Bei meinem letzten Besuch in Warschau habe ich eine Ausstellung in dem neu entstandenen Museum für Moderne Kunst („Museum an der Weichsel“) gesehen, die sich auch mit der Bauernproblematik auseinandersetzt, auf sehr interessante Weise. An jenem Abend war eine herrliche Stimmung schon vor dem Gebäude zu spüren. Auf den schönen Holzterrassen, und an Deck der Schiffe am Weichselufer saßen Unmengen von jungen Leuten, in einer fröhlichen, ausgelassenen Stimmung, die sich echt und ohne Events und viel Alkohol ausbreitete und in der Luft vibrierte. Die letzten Sonnenstrahlen schienen auf die wunderschöne neue Swiętokrzyski-Brücke und das Nationalstadion.
Das frische, feine Frühlingsgrün der Bäume und Sträucher auf dem anderen Weichselufer hob sich bewusst von dem regulierten, verbauten auf der Museumsseite ab. Drinnen, in dem provisorisch errichteten Gebäude, gab es eine Ausstellung, die mich gefesselt und gebannt hat, wie seit längerer Zeit keine mehr.
Es handelte sich um die Ausstellung von Daniel Rycharski „Strachy“ [Angst, Furcht, Schreck, Vogelscheuche]; sie enthält Arbeiten aus der langen Zeit der Suche des Künstlers nach Antworten auf die Fragen nach religiöser, gesellschaftlicher Identität, nach Gemeinschaft, nach der Andersartigkeit. Der Künstler kehrte nach seinem Studium an der Krakauer Kunstakademie in sein Heimatdorf zurück und setzte sich mit dem dortigen Leben auseinander. Er selbst suchte einen Weg, um sich mit der Kirche zu versöhnen und seinen Glauben zu praktizieren, obwohl er zur Gruppe der LGBT-Leute gehört und somit von der Kirche eher ausgegrenzt wird. Alle Exponate, die in der Ausstellung gezeigt werden, fand der Künstler irgendwo auf dem Dorf herumliegen und bearbeitete sie so, dass er sie als tragende Objekte seiner Ideen hinstellen oder aufhängen konnte. Doch sie haben ihre eigene Geschichte und diese schimmert durch die vom Künstler erzählte hindurch. So finden wir eine Tafel mit einem eingravierten Text aus dem Katechismus, aus dem hervorgeht, dass Homosexuelle zu den Riten der Kirche zugelassen werden sollen. Die Objekte sprechen den Betrachter durch ihre authentische Geschichte an und zugleich sind sie Stellungnahmen des Künstlers zu den bewussten Fragen. Er ist gläubig und will den Glauben auf eigene Art praktizieren. Seine Vogelscheuchen entstehen aus alten Kreuzen verschiedener Bekenntnisse, die er sammelt und in fröhlichen Farben bemalt und
entsprechend verkleidet. Hinter den bunten Farben verstecken sich aber bei näherem Hinsehen viele grausame Praktiken. Zu den Vogelscheuchen gelangt man durch ein bunt bemaltes Tor – für mich ein Tor, das man immer durchschreiten muss, um ins Innere zu kommen, um sich zu erklären, wozu man gehören will. Diese Momente der bewussten Entscheidung für eine Gemeinschaft bilden den Kern der Aussagen in seinen Arbeiten; es gibt auch einen Ornat, dem Rycharski eine Ku Klux Klan-Haube aufgesetzt hat. Er geht mutig mit den sakralen Gegenständen um, ohne in irgendeinem Moment die Institution zu
verletzen, doch er hinterfragt einige ihrer Praktiken, setzt sich mit ihnen auseinander. Seine eigene Biografie und seine familiäre Situation bilden den Ausgangspunkt für seine Reflexionen. Er setzt sich mit Vorurteilen und eben mit der Angst vor Neuem, vor dem Unbekanntem auseinander und da er das sehr intensiv, intuitiv aber auch leidenschaftlich tut, wird der Betrachter angesprochen und muss sich selbst mit den Fragen beschäftigen.

Ich fand die Ausstellung sehr gut und fühlte mich so direkt angesprochen, dass ich die Exponate lange nachdem wir die Ausstellung verlassen hatten, vor meinen Augen immer wieder sah. Es wurde mir plötzlich auch bewusst, wie wenig wir uns mit den Fragen der Menschen, die auf dem Land leben, auseinandersetzen. Und dann kamen mir auch all die Gedanken, die ich oben aufgeschrieben habe.

Barataria 113 Paul Emile Machault i…

Kochani, ten wpis jest zasłonką, a czego i dlaczego dowiecie się później. Trzeba tylko cierpliwie doczytać do końca.

Ewa Maria Slaska

Rembrandt i Don Kichot

Tak było. Spotkałam ich obu w Krakowie na wystawie EUROPEUM w starym spichrzu (klasztornym?) Jej motyw przewodni czyli tzw. idea pozostaje nawet po dokładnym zwiedzeniu spichlerza całkowicie niepojęty. No ale był Rembrandt, Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem (jedyny Rembrandt w Polsce, którego zresztą już parę lat temu widziałam w Muzeum Narodowym w Szczecinie, a i pejzaż też jedyny – tym razem w dorobku malarza) i był Don Kichot, rzeźba Paula Emile Machault (Francja, 1800 – 1866).

Fajna rzeźba, Don Kichot “jak żywy”. Co go jednak łączy z Rembrandtem?

Sprawdzam i wiem.

Ośrodek Kultury Europejskiej – EUROPEUM

Muzeum Narodowe w Krakowie prezentuje własny zbiór sztuki zachodnioeuropejskiej w XVII-wiecznym Spichlerzu, znajdującym się przy klasztorze oo. Kapucynów.

Ekspozycja w Spichlerzu ukazuje siedem wieków historii sztuki europejskiej na przykładzie ponad 100 obrazów i rzeźb. Zbiory te, gromadzone od założenia muzeum w roku 1879 (głównie jako dary), początkowo nie były objęte jakąś szczególną polityką kolekcjonerską, ponieważ muzeum skupiało uwagę przede wszystkim na dziełach sztuki rodzimej. Sytuacja zmieniła się po wojnie, gdy muzeum nabyło wybitne dzieła malarstwa i rzeźby zachodnioeuropejskiej.

Do 2010 roku zbiory sztuki europejskiej MNK prezentowane były razem z kolekcją Czartoryskich. To sprawiło, że Dyrekcja MNK postanowiła utworzyć samodzielną ekspozycję sztuki europejskiej w budynku Spichlerza.

Ośrodek Kultury Europejskiej EUROPEUM pełni też funkcje edukacyjne i jest jedynym w kraju centrum informacji o zbiorach malarstwa zachodnioeuropejskiego w Polsce. W XXI wieku ma uświadamiać publiczności trwającą od wielu stuleci przynależność do Europy naszej kultury i wielu dziedzin sztuki. EUROPEUM będzie gościć wystawy, imprezy, koncerty, wykłady dotyczące szeroko rozumianej kultury europejskiej.

A za zasłonką

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
z okazji początku wiosny, jednego z trzech najważniejszych świąt w szamanizmie, składamy Wam serdeczne życzenia słonecznego słońca, deszczowych deszczy (ale tylko w nocy), obfitych zbiorów i plonów, licznych uśmiechów, dobrego samopoczucia pomyślności oraz ZDROWIA, gdyż „… ile cię trzeba cenić, ten się tylko dowie, kto cię stracił…”.
Jestem w rozterce jakie „pocztówki” dołączyć do tych życzeń lub na jakim i czego odwrocie je zamieścić. Żyjemy teraz w czasach poprawności politycznej, moralnej oraz obyczajowej i każdy nieostrożny krok, zdanie, wypowiedź może się skończyć zerwaniem przyjaźni lub znajomości, co już dwa razy mi się ostatnio przytrafiło. I to mnie! Osobie, która całe swoje świadome istnienie „walczyła” o życie bez cenzury, o prawo czytania, pisania, oglądania oraz wypowiedzi słownej i artystycznej bez jakichkolwiek tabu. Często, zarówno w Polsce jak i w Niemczech spotykałem się z tego powodu z porażkami oraz represjami.
Teraz, poprzez nowe ustawodawstwo, powoli zaciska się pętla cenzury wokół internetu i w niezadługiej przyszłości, o tym co tam będzie mogło być publikowane, przeczytane oraz obejrzane, będą decydować filtry algorytmiczne, „logarytmiczne”, „całkowe” oraz „różniczkowe”. Już teraz przybiera to niekiedy komiczne rezultaty.
Szamańskie święto wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność, obchodzone jest w katolicyzmie jako Święta Wielkanocne i w ikonografii symbolizuje je pisanka, baranek oraz zając.
To pierwsze jest alegorią życia, jego zalążka i narodzin; to drugie zwierzęciem ofiarnym; a trzecie obrazuje płodność.
Doszedłem do wniosku, iż najadekwatniejszym przedmiotem łączącym wszystkie te trzy stworzonka boże powinno być jakieś dzieło sztuki. Najbardziej do tego się nadającym, wydał mi się obraz „Pochodzenie świata” (L’Origine du monde) Gustava Courberta (1819–1877) z 1866 roku znajdujący się w Musée d´Orsay w Paryżu – pocztówka „01”.
Uwaga! po obejrzeniu tego, co w linku, wrócić strzałką w lewym górnym rogu z powrotem do tekstu – bo nadal są sprawy ważne i ciekawe
 
Ten naturalistycznie namalowany anatomiczny fragment ciała kobiety, umiejscowiony w środku obrazu, kontrastuje poprzez jasną karnację skóry z brązowym tłem i dobitnie uzmysławia widzowi, skąd się wzięła cała ludzkość, a pośrednio także i to dzieło oraz wszystko co nas otacza.
Jest to również abstrakcyjne zaproszenie do aktu seksualnego, filozoficzna refleksja oraz kapłański pokłon w kierunku kobiety, a także jakże ważnego obszaru naszego życia.
Ale… czyż ten srom nie mruga zalotnie w naszą stronę?
Obraz ten powstał na zamówienie tureckiego dyplomaty, znawcy i kolekcjonera sztuki, Hali Şerif Paşa. Świadkowie epoki oraz uczeni w sztuce spierają się do dzisiaj, która z kochanek ich obojga została tutaj tak realistycznie przedstawiona oraz twierdzą, iż jest to tylko fragment większej kompozycji, której „obcięta” została głowa.
(Ciekawym polecam prześledzenie w internecie dalszych dziejów tego dzieła sztuki; kilkakrotne zmiany właściciela, przechowywany w schowku za zasłoną obrazu ze śnieżnym „landszaftem” z kościołem, okupację niemiecką przetrwał w sejfie w Budapeszcie, skonfiskowany przez Rosjan, sprzedany na czarnym rynku jego prawnemu właścicielowi, przeszmuglowany w 1946 roku do Paryża, po wędrówce przez USA i kilka rąk, w 1995 trafił do paryskiego muzeum.)
Obraz Courberta fascynował i inspirował także Marcela Duchampa, Balthasara Burkharda, Jaquesa Tardi, Tatjanę Ostojić, Liv Strömquisto oraz wielu, wielu innych.
Powstała też parafraza tej słynnej „ikony”; w setną rocznicę wybuchu pierwszej wojny światowej, artystka Orlan (Mireille Suzanne Francette Porte) namalowała z podobnej perspektywy męski akt z fallusem pod tytułem „Pochodzenie wojny” (“L’origine de la guerre”).
Aktualnie w dobie poprawności moralnej, można znaleźć w internecie wersje jakie przedstawia np. pocztówka „02”.
Rok temu, 15 marca 2018, przed sądem cywilnym w Paryżu zakończył się trwający 7 lat proces francuskiego nauczyciela Frédérica Durand-Baïssa, który wygrał przeciwko „fejsbukowi” za ocenzurowanie i zdeaktywizowanie jego konta po opublikowaniu na nim obrazu „Pochodzenie świata”. Sąd uznał winnym giganta mediów społecznościowych, iż uczynił to bez uzasadnionego okresu wypowiedzenia i podania przyczyn. Oddalił jednak roszczenia finansowe nauczyciela oraz żądanie 20 tysięcy Euro odszkodowania.
P.S. Tradycjonalistom przesyłam także tradycyjny filmik „03” o tym jak w Niemczech produkuje się pisanki. Otrzymałem go od „starego”, wiekiem i stażem znajomości, bliskiego kolegi z Monachium.
P.S. 2. W Niemczech, już w piątek, dniem wolnym od pracy, rozpoczęła się czterodniowa obżarcza orgia świąteczna. I o to chodzi „weihnachten-bis”; żadnego zastanowienia, refleksji – rachunek sumienia zostawiając ateistom.

 

Fastentücher

Das Wort Fasten ist letztens zum Stylelife-Bestandteil geworden. Es ist Fastenzeit. Unsere Autorin erinnert sich ans Ursprüngliche.

Anne Schmidt

Zum Fasten

Fastentücher sind aus der Mode gekommen, auch wenn es in der sächsischen Stadt Zittau ein sehr berühmtes Fastentuch aus dem Jahre 1472 zu besichtigen gibt. Es verhüllt nicht mehr in der Fastenzeit den Altarraum der Johanniskirche, wie es im Mittelalter üblich war, sondern es ist ganzjährig in einer Museumsvitrine der säkularisierten Kreuzirche in Zittau zu bewundern.
Das 8,20m breite Leinentuch, das in 90 Feldern biblische Szenen aus dem Alten und dem Neuen Testament zeigt, ist zu kostbar um es ungeschützt im Kirchenraum zu präsentieren. Die Johannis-Gemeinde in Zittau, die von dem reichen Korn- und Salzhändler Johann Gürtler im 15. Jahrhundert dieses riesige “Bilder”- und ” Unterrichtstransparent” gestiftet bekommen hatte, musste nach dem 2. Weltkrieg ihr kostbarstes Werk als zerstört oder verloren betrachten, denn es war unauffindbar, nachdem es wegen der Kriegshandlungen auf den Oybin ausgelagert worden war.
Doch es geschah etwas Unglaubliches: Jahrzehnte nach dem Krieg wurden die zerschnittenen Teile des Tuches im Wald des Zittauer Gebirges gefunden. Russische Soldaten hatten das 6,80m hohe Tuch in vier Teile zerschnitten und ihre Wald-Banja
damit abgedichtet. In welchem Zustand es war, als es Herr Knobloch (Heinz?) gefunden hat, kann man sich ungefähr “ausmalen”; es war aber offensichtlich noch als das erkennbar, was es einmal gewesen war und als solches restaurierten es 1994/95
die SpezialistInnen eines Schweizer Klosters – unentgeltlich. Wäre es nicht ein christliches Objekt, würde ich die Restaurierung dieses ca. 50 qm großen Tuches als “Heidenarbeit” bezeichnen.


Eine Heidenarbeit hängt seit dem 8.3. 2019, dem erstmalig in diesem Jahr begangenen Frauenfeiertag in Berlin, in der Paul-Gerhardt-Kirche an der Wibyerstraße in Prenzlauer Berg, vor dem Altarraum.
Es ist ein schlichter blauer Vorhang, dessen Fläche in senkrechten Streifen wie ein Insektenvorhang vor einer Balkontür den Altarraum vom Rest der Kirche trennt.
Die Schafferin dieses Sichtschutzes ist eine kleine alte Dame, die zu den Protagonistinnen des Bauhauses zählt.
Ihr Werk wurde von dem Kunsthistoriker Matthias Flügge aus Dresden vorgestellt und in den Zusammenhang ihres umfangreichen Schaffens gestellt.
Ursula Sax, die 81 Jahre alte Künstlerin, musste ihr Werk nicht den vielen Fans, die zum Teil ihretwegen aus anderen Bundesländern angereist waren, erklären. Sie bedankte sich lächelnd und ließ ihre strahlend blauen Augen für sich sprechen.
Die bereitliegenden, bunten Postkarten, die die Erinnerung an Oskar Schlemmer wachriefen, aber Figuren aus Ursula Sax`s geometrischem Ballett darstellen, wiesen auf Veranstaltungen mit diesen Figuren hin, die im September sowohl im Radialsystem in Berlin, als auch in Dessau und in Hellerau/Dresden stattfinden werden.
Falls ich zu einer der Veranstaltungen gehe, werde ich hoffentlich den Mut finden, Ursula Sax zu fragen, ob sie eine Nachfahrin  des Saxophonerfinders ist. Wundern würde es mich nicht, denn die Ausstrahlung dieser kleinen alten Dame, die sich trotz ihrer Gehhilfe virtuos durch den Raum zu bewegen schien, brachte Schwingungen in die spröde Kirchenathmosphäre.

Barataria 109 Pablo Picasso

Kilku wielkich artystów poświęciło Don Kichotowi, samemu i w towarzystwie Sancho Pansy, ogromne cykle prac. W Baratarii pojawili się już Malczewski,
w autoportretach ukazujący się często jako personalizacja Don Kichota i Daumier, pojawi się jeszcze (co najmniej) – Salvador Dali, ale dziś zajmiemy się sytuacją odwrotną. Pablo Picasso narysował tylko jeden wizerunek Don Kichota na Rosynancie i Sancho Pansy na osiołku, a stał się on tak popularny, że w terminach wieku XXI można by powiedzieć, że rysunek ów jest memem XX wieku.

Wikipedia ma oddzielne hasło na ten temat, które zaczyna się od tej pracy z 1955 roku (znamy nawet dokładną datę – był to 10 sierpnia 1955). Ciekawe, że Picasso przecież  wtedy w ogóle inaczej malował –  przypomnijmy, że miał już za sobą okres niebieski i różowy, i już dawno stworzył kubizm. Praca została wykonana dla (a może i na zamówienie) pisma Les Lettres Françaises, aby uczcić 350 rocznicę wydania Don Kichota. Ciekawe, że oprócz wpisu po angielsku jest jeszcze wpis po hiszpańsku i po persku, ten jednak składa się zaledwie z dwóch zdań. Wpis hiszpański jest tłumaczeniem angielskiego (lub vice versa).

W obu podkreśla się fakt, że rysunek jest czarno-biały i że postaci są narysowane powściągliwą, a jednak dramatyczną kreską, co podkreśla satyryczny charakter wizerunku. Na mnie największe wrażenie robi długa chuda szyja rycerza, narysowana jedną, cienką, nierówną kreską. Ten człowiek ledwo się trzyma, jest stary, rozchwierutany i byle co zmiecie go z konia i wygoni z życia.

Podobno istniał już, namalowany w roku 1947, obraz olejny Picassa, który stał się wzorem dla późniejszego rysunku, ale wikipedia określa to jako “there is a claim”. Pojawiło się też przypuszczenie, że istnieje praoryginał tego rysunku, który znajduje się w Gruzji, gdzie miał dotrzeć jako prezent od kogoś z zagranicy. Gruziński rysunek ma być utrzymany w kolorach zielonym i niebieskim, a w lokalnej gazecie Tbilisi został zreprodukowany w wersji szarej. Wydaje się jednak, że owa szarość mogła wynikać nie z odmienności oryginału, jeno z jakości techniki reprodukcyjnej w czasach Komuny. Tak czy owak, nikt nigdzie nie pokazał, ani oryginału namalowanego farbami olejnymi, ani rysunku zielono-niebnieskiego, a to, co znamy jest czarno-białe i przechowuje się to starannie w sejfie w kościele Saint Denis we Francji.

Internet natomiast roi się od przykładów wykorzystania memu w celach komercyjnych lub nie:

Plakat pacyfistów

Na polach van Gogha


Zdjęcie i przeróbka na tapetę

Graffiti

Na zakończenie pojawia się, bo pojawić się musi, pytanie, jak to właściwie jest
z komercyjnością tego, co tu przedstawiłam i w ogóle komercyjnością świata? Bo na przykład ostatni obrazek z przypadkowo wyszukanej w internecie serii to graffiti.
Zdjęcie znalazłam w zapasach (stock photo) firmy alamy, która zabezpiecza prawa swoje
i autora zdjęcia – Dzianisa Hadziatskiego -, ale oczywiście pomija prawa Picassa oraz prawa człowieka, który wykonał graffiti. Nie informuje też, kiedy to graffiti zostało wykonane i gdzie, wiemy tylko, że zdjęcie zostało wykonane w Mińsku w lipcu 2010 roku, stamtąd zapewne pochodzi ów mem. Autor pisze również, że jest to naśladownictwo Picassa. Można by powiedzieć, że graffiti podobnie jak tatuaże są przykładami inywidualnego, niekomercyjnego wykorzystania memu. Ale nie możemy być chyba tak do końca pewni. Bo jednak zapewne tatuowany zapłacił tatuującemu, ten zaś być może miał
w swych ofertach nie tylko smoki, wojowników i seksbomby, ale również wzory ze sztuki.
I jak to wtedy wygląda, czy w takim wypadku ktoś komuś za coś płaci (pomijam wykonanie samej usługi)? Podobnie jest z Picassem na tle pól van Gogha? Na marginesie powiem, że oba memy pasują do siebie idealnie…


Te krótkie rozważania pozwalają mi przypomnieć, że w sprawie praw autorskich (a jest to teraz w centrum zainteresowań całego świata z uwagi na tzw. europejski paragraf 13) są od zawsze dwa kierunki – wszystko objąć restrykcją lub wszystko puścić na żywioł, próbując jedynie znaleźć ewentualnie inne środki dostarczania artyście pieniędzy za wykonane
i wykorzystane przez użytkownika dzieło. Bo jeśli nie płacimy za streaming filmów, to jednak jeśli nam się film spodoba, to kupimy go na DVD choćby w prezencie, a firmy streamingowe pokazują reklamy. To samo z muzyką – jeśli jest świetna, to 20 milionów ludzi posłucha jej tylko na youtubie, ale pewnie co najmniej milion kupi ją na płycie, żeby odsłuchać w lepszych warunkach, zabrać do samolotu lub, znowu, komuś podarować. Albo po prostu mieć. Nie zapominajmu o Mieciu zwanym też Manią, są oni silnymi motywami wydania pieniędzy na to, co chcemy mieć. Większość ludzi unika kupowania gazet
i książek, bo wszystko jest w sieci, ale znam takich, którzy kupują dwie książki – jedną w twardej okładce, żeby stała na półce i dobrze wyglądała, drugą jako paperback do czytania w łóżku, w wannie, przy jedzeniu lub w metrze. Gdy kopiujemy książki, to nie płacimy tantiem autorowi, ale jednak firma zwana w Niemczech VGWort wypłaca autorom, którzy się zarejestrowali, tzw. Bibliothekengroschen, czyli rekompensatę za to, że ktoś czytał ich książki w bibliotece i być może fragmenty skopiował. I nie jest to darowizna, tylko opłata pobierana od… producentów kopiarek. Czyli być może producenci komputerów, telewizorów, kina domowego i urządzeń odtwarzających powinni oddawać jakieś grosze do centralnego banku tantiem i… Och, no tak, rozpędziłam się.

Na zakończenie wycięta skądś wieki temu, oprawiona i powieszona reprodukcja rysunku Picassa na ścianie u bliskiej przyjaciółki moich rodziców. Kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, nasze rodziny mieszkały razem i to stąd i ja pamiętam Picassa i jego Don Kichota.

Momente zum Frühlingsanfang

Tibor Jagielski


freitag, der fünfzehnte war in b. sonnig und warm, liebe freundin
noch vor dem sonnenaufgang fuhr ich mit dem fahrrad los, halbe stunde früher als normal,
weil die bvg streikte und ich sollte diesmal ohne tram und untergrundbahn auskommen;
kurz vor der s-bahnstation eichborndamm musste ich plötzlich bremsen und absteigen,
da ein pulk aufgebrachter und sichtlich verwirrter nahverkehrbenutzer, falschlicherweise, hinter mir (in bester laune) ein linienbus zu erblicken
vermochte; na, jedenfalls, es war hart, und ich habe alle meine synapsen, dendriten und alle muskeln angestrengt um die collision zu
vermeiden, uff, das war knapp!
und trotzdem, ich habe  mich verspätet, 20 minuten, ja, und das wurde aufgenommen und wohl registriert, da wir nicht in schwabenland sonder in preussenhand wohnen
– stimmt? – frage ich erna
sie miaut zurück.
– …und liebe grüsse an freundin –
– ja, schreibe ich auf!

Erik Satie, Gymnopédie No. 1

errata (3)
ordnundsamt diesmal abgewimmelt
(stehen im parkverbot, habe auf karneval gemacht,
wie das klappte wird mir für ewigkeit ein rätsel bleiben);
am ende der schicht den schlüssel von der letzten tour einfach mitgenommen
doch, dem himmel sei dank, lief der chef hinter mir her als ich richtung s-bahn schlenderte
– herr j.- rief er – der schlüssel von frau d.!!! –
o jeses! den fand ich in meiner linken tasche
peinlich erleichtert fuhr ich nach hause
————————————————————
gewitter kam und hat mich gewaschen
ich blickte gen himmel
und sah den reiher gegen den wind tanzen
und springen mit großer geschwindigkeit
und erst dann merkte ich was ich vergessen habe
mich selbst

Pani Bożenka, pani Hanka i augurowie

Bożenka / Pani Hanka

Sabrina

Ich habe Sabrina Musadiq in einem Wohnheim für Geflüchtete kennengelernt. Sie kam mit ihrer kleinen Familie, Mama und jüngerer Bruder, aus Afganisthan. Unsere Bekanntschaft begann mit einem Streit um einen verlorengegangenen Brief und ich dachte, och, was für eine starke Frau! Und so ist es. Inzwischen hat sie Deutsch gelernt und Studienzulassung für Medizin in Hamburg bekommen.

Bravo, Sabrina! Ich bin stolz auf dich!

Auf Facebook schrieb sie:

Ich wünschte mir, dass ich eine malerin wäre. Diese habe ich gemalt. Dafür bekomme ich wie viel Punkte von euch!?😄😉
I wish that I would be a painter. I did these, so what do you think, can I be a painter in future?