Adminka: Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, tak się złożyło, że przez wiele lat w Sylwestra publikowałam na blogu wiersz Tennysona Bijcie, bijcie dzikie dzwony. Ale w tym roku odkryłam inny anglosaski utwór, który świetnie się nada na dzisiejszy wpis.
Auld Lang Syne (Dawno dawno temu) popularna szkocka pieśń ludowa, rozpropagowana w roku 1788 przez Roberta Burnsa, poetę szkockiego (1759-1796). Ten utwór o przyjaźni dobrych ludzi śpiewa się podczas święta Hogmanay, czyli szkockiego Sylwestra, oraz po prostu podczas Sylwestra w krajach anglosaskich.
Auld Lang Syne jest jedną z najczęściej wykonywanych pieśni na świecie.
Dwa lata temu Boże Narodzenie zbiegło się z żydowską Chanuką (w tym roku też tak jest – Chanuka zaczęła się w pierwsze święto). Chanuka, żydowskie Święto Świateł, jest świętem ruchomym obchodzonym pomiędzy listopadem a grudniem. Genezą święta są wydarzenia z roku 165 (lub 164 p.n.e.), kiedy władca Syrii i Palestyny, Antioch IV z hellenistycznej dynastii Seleucydów postanowił zmusić Żydów do porzucenia wiary mojżeszowej i przyjęcia obyczajów greckich. Władca złupił Świątynię w Jerozolimie i 25 dnia miesiąca kislew ustawił w niej ołtarz Zeusa, co było świętokradztwem i stało się przyczyną wybuchu powstania Machabeuszów. W trzy lata potem powstańcy zwyciężyli i symbolicznie tego samego dnia, 25 dnia miesiąca kislew odzyskali Świątynię. Była jednak zbeszczeszczona i trzeba było jednak dokonać jej rytualnego oczyszczenia, a to wymagało palenia świętej oliwy przez osiem dni. Taką oliwę oczyszczał kapłan i potrzeba było czasu. W Świątyni odnaleziono jednak tylko jeden dzban takiej oliwy, co wystarczyłoby zaledwie na jeden dzień. Mimo to płomień utrzymał się przez osiem dni. Taki był cud chanukowy.
Na tę pamiątkę w śwuięto Chanuki codziennie zapala się jedną świeczkę więcej, śpiewa się, a potem, jak to w święto, zjada coś smacznego, przy czym koniecznie trzeba też jeść ołatki (latkes), czyli placki ziemniaczane lub racuchy, w dzisiejszych czasach często zastępowane pączkami lub donatami. W każdym razie musi to być coś tłustego, smażonego w tłuszczu. Gdy wiele lat temu byłam w święto Chanuki w Jerozolimie, w całym mieście bladzi chłopcy z długimi pejsami rozdawali przechodniom pączki, a jedno światełko więcej zapalano codziennie w wielkim świeczniku na dachu izraelskiego sejmu.
W pierwszy dzień Chanuki 2022 roku, 19 grudnia zakwitł storczyk. Kwitł przez całe Boże Narodzenie, a ja codziennie w wielkim świeczniku chanukowym zapalałam jedną świeczkę więcej.
Nasze rodzinne święta od wielu lat spędzamy tak, że Wigilię obchodzimy razem, ale potem syn, synowa i wnuk odwiedzają swoich znajomych, a ja odwiedzam lub przyjmuję swoich. Dla porządku dodam, że mieliśmy nie tylko kwitnącego strorczyka, ale choinkę, wieniec adwentowy i chanukaję, czyli specjalny świecznik żydowski.
26 grudnia, w ostatni dzień Chanuki, zebrało się nas u mnie w domu sześcioro. Troje niewierzących polskich katolików, dwoje niewierzących polskich katolików z żydowskich rodzin i jeden niewierzący żyd z Izraela. Fanstastyczne towarzystwo do świętowania zarówno adwentu, jak Bożego Narodzenia i Chanuki. Najpierw zapaliliśmy ósmą świeczkę, potem nasz Izraelczyk wygłosił błogosławieństwa chanukowe po hebrajsku, a nasz polski żyd – po polsku. Potem zapaliliśmy światełka na choince i poprawiliśmy świece w wieńcu. Zasiedliśmy do stołu i spałaszowaliśmy wszystkie resztki świąteczne, i te polskie, i te żydowskie, i niemiecką sałatkę ziemniaczaną, a ponieważ działo się to w Berlinie, to potem niemieckim, protestanckim wzorem zagrzaliśmy sobie dzban wina z przyprawami, usiedliśmy z kubkami wokół stołu i przez kilka godzin śpiewaliśmy kolędy.
Zdjęcie po lewej wymaga wyjaśnienia. Na zdjęciu jest grzyb boczniak królewski, każdy wie. Zdjęcie zrobił Konrad moją komórką jeszcze przed świętami. Gdy dziś zrobiłam zdjęcie kolejnych karteczek z kalendarza od Tanji i Joasi, przesłałam je sobie tutaj, zdjęcie boczniaka “samo się dołączyło”! Naprawdę samo! Boczniaka już zresztą nie ma, został zjedzony jako wegański zastępnik mięsa ;-). Nawet nie wiecie, jeśli nie odżywiacie się po wegańsku, jak skomplikowane jest to jedzenie. Ja trenuję wegetarianizm od ponad 40 lat, od wielu lat również bez mleka, jogurtu i innych takich, ale dwa tygodnie gotowania wegańskiego mnie naprawdę zaskoczyło. Dotychczas traktowałam kuchnię wegetariańską jako staranie się, by jeść to samo, co wszyscy i po prostu omijałam i pomijałam to, czego nie chciałam. Tymczasem weganie nie przebierają i nie rezygnują, ale mają cały nowoczesny, w dużej mierze uprzemysłowiony proces wytwarzania produktów, zapewniający im nie tylko to samo, co mają wszyscy, ale nawet lepiej. I nie chodzi tylko o ich ludzkie jedzenie, bo mają też odzież, buty, przedmioty gospodarstwa domowego, kosmetyki i żarcie dla swoich zwierząt. Są nawet zdania, że można i trzeba przestawić koty na weganizm. Myślę, że koty nie bardzo są z tego zadowolone – czytałam kiedyś w jakiejś książce o kotach, że jest to jedyny gatunek zwierzęcia na świecie, który odżywia się tylko i wyłącznie mięsem. Czas pokaże, czy koty nauczą się jeść niemięso?
Przyznam, że nie pamiętałam tego filmu. Ciekawa wycieczka do skansenu pt. PRL. Rok 1977. Starsi i starsze z Was może pamiętają z czasów Gierka takie tytuły gazet przed świętami: Statki z pomarańczami przypłyną jutro do portu w Gdańsku!
Podczas Wigilii Polonijnej, organizowanej już od wielu lat przez Polską Radę w Berlinie, ksiądz Przemysław “Przemo” Kawecki z Polskiej Misji Katolickiej w Berlinie opowiedział historię wigilijną. Były sobie cztery świeczki. Pierwsza, która miała na imię Pokój, powiedziała: Ach nie, wszystko jest okropne, ludzie wcale nie chcą pokoju, wszędzie jest wojna, jestem niepotrzebna, mam dość. I zgasła. Tak, powiedziała druga świeczka, która miała na imię Miłość, ona ma rację, ludzie wcale nie chcą miłości, częściej się nienawidzą niż kochają, też jestem niepotrzebna. Odchodzę. I zgasła. Ach, powiedziała trzecia świeczka, która miała na imię Wiara, mnie też nikt nie potrzebuje, ludzie nie potrzebują wiary, poświęcają życie gonitwie za mamoną. Ja też odchodzę, westchnęła i zgasła. Ach dziewczyny, zakrzyknęła czwarta świeczka, przecież nie będziemy się zrażać! Nie damy się, poradzimy sobie, będzie dobrze, wracajcie!
Ewa Maria Slaska: Ich bekam von den beiden einen Adventskalender mit kleinen roten Zettelchen für jeden Tag, auf denen verschiedene kluge oder witzige Worte in verschiedener Sprachen zu lesen sind.
Nasza nowa autorka, Bożena Jakubowska, nadesłała kolejne staropolskie informacje przedświąteczne, a Joasia Rubinroth & Tanja Krüger, podarowały mi kalendarz adwentowy, a w nim codzienne niespodzianki, no i wreszcie ja sama też sobie ułożyłam jak co roku wieniec adwentowy, bo lubię wszystkie święta (tak, Halloween i walentynki też lubię!), więc mamy na dziś nieoczywiście oczywisty misz-masz przedświąteczny.
a nie, moi mili Czytelnicy liter wszelakich, wcale nie adwentu…
Bożena Jakubowska
debiutuje u nas i od razu informuje, że jeśli mówiliśmy adwent, jak się mówi w Niemczech, a co z jest z łaciny zaczerpnięte i oznacza czekanie – Pan nadchodzi! – to nie, już wcale nie mówimy adwent jeno
Nadchodnik
Do nadchodnika zaraz przejdziemy, ale najpierw posłuchajmy
A z nadchonikiem jest tak:
Nie znam się na tym, ale skoro będzie cykl, to musicie moi mili / miłe wchodzić codziennie na tego linka: https://www.facebook.com/kmhjp.uam i tam codziennie powinno coś być, jakiś wierszyk, anegdota, przypominajka. No więc wchodźcie, wchodźcie.
A ode mnie na ten pierwszy dzień nadchodnika piosenka Marana Tha, co też oznacza adwent, tylko po armeńsku 🙂
Komputer Romana zastrajkował. Jako Adminka podejmuję decyzję, że przypomnimy tu, iż nasz Autor Roman Brodowski (Brom) publikował u nas od lat, niemal od samego początku. Czego już tu nie pokazywałam? Były wiersze, bajki, wspomnienia, proza, manifesty. Zawsze bardzo lubiłam jego wpis o tym, jak dzieci w PRL anektowały zimą górkę, z której się zjeżdżało na sankach: https://ewamaria.blog/2015/01/02/zimy-naszego-dziecinstwa/
Innym ulubionym przeze mnie tekstem Romka jest opowieść o tym, jak się przed wojną jechało przez całą Polskę wozami. Opis, który nie ma sobie równych. https://ewamaria.blog/2016/02/05/ze-wspomnien-zofii-grabinskiej-3/. Niestety w zakończeniu Roman pisze, że resztę poznamy, jak ukaże się książka, a teraz, po latach mogę stwierdzić, że książka się (chyba) nigdy nie ukazała. Może więc autor kiedyś da nam tu do czytania dalszy ciąg tej dramatycznej opowieści o Wołyniu.