Kupało, Kupało!

Zbigniew Milewicz

Noc Kupały

Nie znam bardziej pogańskiego święta, które zyskało ciche błogosławieństwo Matki Naszej Kościoła. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości było tak mocno zakorzenione w obyczajowości ludów słowiańskich, że rezygnując z rozwiązań siłowych w X – XI w. podjęto próbę zasymilowania go z obrzędowością chrześcijańską. Patronem święta został olbrzym znad Jordanu, św. Jan Chrzciciel, który stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli w rzece, zatem wiernym, zwłaszcza obrządku wschodniego, którzy ów rytuał kultywują, pozostawało uwierzyć, że słowo Kupała od wspomnianej kąpieli pochodzi.

Iwan-Kupala-wrozby-z-wiankami-deska-olej-2008-wikipedia-commonsIlustracje: Iwan Kupała, Wróżby z wiankami, 2008; poniżej: Joshua Reynolds, Puk, 1789 i Wojciech Gerson, Kupała 1897 – wszystkie ilustracje z zasobów Wikipedia Common.

Informacje o męskim bóstwie płodności o  imieniu Kupała, sprawującym opiekę nad zalotami i miłosnymi igraszkami, pojawiają się w ludowych podaniach dużo później, bo w wieku XVII. Są  one przypuszczalnie  tylko sentymentalną próbą powrotu do miłych, hedonistycznych korzeni i próbą odebrania kościołowi tego, co sobie przywłaszczył, bo czy takie bóstwo rzeczywiście wcześniej „istniało”, nie wiadomo. Wojciech Gerson zobaczył je jako bóstwo żeńskie i bardzo ładnie mu to wyszło. Kup w języku praindoeuropejskim znaczy jednak pożądać, więc coś na rzeczy jest. Noc Kupały związana jest tradycyjnie z letnim przesileniem Słońca i obchodzona w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej z 21 na 22, albo z 23 na 24 czerwca. W zależności od regionu Polski, bywa też zwana palinocką, albo sobótką, bo w tę noc wszędzie płoną ognie i podobno czarownice zlatują się  na mały sabat. Inna, stara legenda mówi, że sobótka jest uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Mieszkała w pewnej wiosce, a kiedy jej narzeczony Sieciech powrócił z wojny i miał swoją wybrankę pojąć za żonę, na mieścinę napadła horda wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to zdarzyć właśnie w noc letniego przesilenia.

Świętowano ten czas w wielu kręgach etnicznych, nie tylko na Słowiańszczyźnie, podobnie. W obrzędowości nocy letniego przesilenia dwa symbole miały szczególne znaczenie – ognia i wody. Dwa oczyszczające żywioły. Obrządek rozpoczynało rytualne skrzesanie ognia z drewna jesionu i brzozy, a czasem tylko dębu, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk we wsi. W ziemię wbijano brzozowy kołek, na który zakładano jesionową piastę, koło ze szprychami, owiniętymi smolną słomą. Następnie wprawiano koło w ruch, tak szybko, że w wyniku tarcia zaczynało się palić. Wtedy koło zdejmowano i płonące toczono do wcześniej przygotowanych stosów. Te układano  zwykle na wzgórzach i owej nocy płonęły one niemal w całej Europie. Na ogniskach składano ofiary z drobnej zwierzyny, ptactwa i magicznych ziół, które miały zapewnić urodzaj oraz płodność ludzi i zwierząt. Skakanie przez ogniska i tańce wokół nich pozwalały ustrzec się od zła, chorób i nieszczęścia. Serbowie od ognisk, które nad ranem dogasały, zapalali pochodnie i obchodzili z nimi swoje zagrody, żeby odegnać złe duchy. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach, albo nad brzegami jezior, a woda, w której trzeba było się zanurzyć miała ponoć właściwości lecznicze. W Finlandii święto letniego przesilenia jest do dziś jednym z najważniejszych w kalendarzu, na Łotwie Ligo i Jani to nawet  daty państwowe, a 23 i 24 czerwca są dniami wolnymi od pracy. Podobnie na Litwie, gdzie 24 czerwca oficjalnie świętuje się Przesilenie. Było to święto znane i w Anglii, skoro szekspirowski Sen Nocy Letniej to też nic innego jak opowieść o tym, co się wyrabia w noc Kupały.

Jako święto miłości, płodności, słońca i księżyca pokazuje nieskończoność ludzkiej fantazji  i zapobiegliwości. Na Litwie śpiewa się pieśń o tym, jak to pierwszej wiosny po stworzeniu świata Księżyc wziął ślub ze Słońcem. Kiedy jednak po nieprzespanej nocy poślubnej wstało ono i wzniosło nad horyzontem, Księżyc je opuścił i zdradził z Jutrzenką. Od tamtej pory obydwa ciała niebieskie są wrogami, którzy wiecznie ze sobą walczą i konkurują – najbardziej podczas letniego przesilenia, kiedy noc jest najkrótsza, a dzień najdłuższy. W Rosji pary skakały przez ogień z figurką Kupały, albo św. Jana na ramionach, kiedy spadała im w palenisko, była to zła wróżba dla ich miłości. W Grecji, przy okazji skoków przez ogień najpierw dziewczęta, a potem chłopcy ogłaszali, że zostawiają za sobą wszystkie swoje grzechy. W kojarzeniu par najlepiej pomagała jednak woda. Zasadniczo zajmowały się tym dawniej głowy rodów, albo zawodowi swatowie, ale w noc świętojańską wszystko było wyjątkowe. Młode dziewczyny plotły wianki z kwiatów i magicznych ziół, wpinały w nie łuczywo i w zbiorowej ceremonii, ze śpiewem i tańcem powierzały je falom rzeki, albo strumienia. Poniżej czekali chłopcy, próbowali je wyłowić i każdy, któremu się to udało wracał i odszukiwał właścicielkę. W ten sposób dobrani młodzi ludzie mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, wspólnie pójść do lasu na samotny spacer, albo na mokradła, w poszukiwaniu kwiatu paproci, który wróżył szczęście. O świcie wracali do dogasających ognisk, by trzymając się za dłonie, przeskoczyć przez płomienie. Skok ów kończył obrządek przechodzenia przez wodę i ogień i w tym jednym dniu w roku mógł być honorowany, jako rytuał zawarcia małżeństwa.

Jakże to wszystko było romantyczne… O zwyczajach i wróżbach Nocy Kupały, albo Świętojańskiej można pisać w nieskończoność. Kogo ów temat interesuje, odsyłam do bogatej literatury, z której trochę sam ściągałem informacje do dzisiejszego wpisu: m.in. Jerzy Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Rodzimy Kościół Polski,Noc Kupały.

szekspir-joshua-reynolds-puk-wikipedia-commonsNa finał dwie rymowanki, własnej produkcji:

Kto w wigilię Jana
dziewkę dobrze zmłóci
i se ciut wypije
tego najbliższe tsunami
ani nawet Belka
nie zabije

Monachium, 23 czerwca 2002

344px-Gerson-Kupala

Wiosna

Gdy nie mam nic do roboty
a wokół świat kwitnie
to mnie nachodzą różne głupoty
czasami nawet bezwstydne
Myślę sobie, wielki Boże
wiosna w pełni, lato idzie
chłop i baba
zając, żaba
ptaszek, mrówka
koń i krówka
wszystko gzi się w swym bezwstydzie
kto tym rządzi,
Ty o Panie?
czy Wisłocka?
pochutliwe grzyby kanie?
czy sex sekta spod Serocka?
mniejsza o to zresztą przecie
przyjdzie jesień
za nią zima
śniegiem cały kraj zamiecie
ptaszka wstrzyma,
skurczy, zmrozi
póki więc tak ślicznie w świecie
chędożmy się więc na zapas
ku uciesze Bozi

Monachium, 05 kwietnia 2009

Porady kulturalne
Dobrze Wam radzę, przeczytajcie książkę Zdzisława Skroka “Wymowność rzeczy”. Kiedyś Polska była pełna takich książek i takich autorów. Autorów już nie ma, a książek takich jak ta, już nikt nie pisze.
http://histmag.org/Zdzislaw-Skrok-Wymownosc-rzeczy-7564

Międzynarodowy Dzień Seksu

Dzień Seksu dopiero jutro, ale u nas już dziś, bo jutro pierwszy piątek miesiąca i nie będziemy go przecież odbierać Romanowi Brodowskiemu tylko z tak błahej przyczyny, że dziesięć lat temu… Ale o tym pisze już nasz autor:

Zbigniew Milewicz

Bykowe…

No i znowu mamy najprzyjemniejszy dzień roku. Dziś, po raz dziesiąty już z kolei, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Seksu, ustanowiony przez samą Radę Tradycji Unii Europejskiej, w trosce o podniesienie spadającej na łeb, na szyję populacji w krajach członkowskich. Dzisiaj więc naszym patriotycznym wręcz obowiązkiem jest  zaparcie się seksualnej frustracji i oziębłości, żadnych rozmów o bólu głowy, stresie cywilizacyjnym, cukrzycy i impotencji. Panie i panowie do dzieła… przynajmniej ten jeden raz w roku. A propos, taka anegdota: uniwersytecki wykład z seksuologii, pan profesor wylicza, jak często ludzie kopulują ze sobą, w zależności od rasy, kultury, temperamentu. Potrafią zbliżyć się – mówi – kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, inni tylko raz, przy zmniejszonym libido, raz albo dwa w tygodniu, miesiącu, kwartale, a w skrajnych przypadkach zaledwie raz, albo dwa w roku. A pan z czego się tak cieszy – pyta jednego ze studentów. Ach, bo to dziś będzie ten drugi raz! – pada euforyczna odpowiedź.

barabaraHanna Märker, polska pisarka, mieszkająca w Berlinie poświęca seksualności praktycznie całą swoją twórczość. Autorkę poznałem pod koniec marca b.r., na święcie Marzanny, w Lübars. W pękającej pod naporem kobiecości „małej czarnej” a la Coco Chanel  prezentowała swoją najnowszą powieść, pod znamiennym tytułem „Bara@Bara”. Nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! – głosiło motto. Pisarka i jej książka miały jakiś magnetyzm w sobie, wokół stoiska  kręciło się sporo osób obojga płci i nie tylko ja miałem problem z koncentracją. Były to czary, albo dobry marketing, a może jedno i drugie, wzrok wędrował od głębokiego dekoltu poprzez kuszący, krwisty make up, niewinne spojrzenie błękitnych oczu, na obwolutę powieści. Oczywiście kupiłem, dostałem autograf, czytało się dobrze, choć za literaturą obyczajową nie przepadam. Nie była to książka miłości, bardziej o życiu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, ale miłość cały czas była przecież w tle.

Seks w czystej, fizjologicznej postaci, bez jakiegokolwiek pierwiastka uczuciowego, oddałbym robotom. Miałem kiedyś okazję rozmawiać ze znaną aktorką dochodowej branży pornograficznej. Powiedziała mi, że mimo iż posiada dużą rutynę, w trakcie kręcenia castingowych scen, które wielokrotnie trzeba powtarzać, cały czas myśli sobie o pierwszym mężu, albo o zaprzyjaźnionych facetach, jeżeli filmowy partner jest jej obojętny. Jeśli jest między nimi choć odrobina chemii, to gra się znacznie lepiej, naturalniej, zdjęcia trwają krócej i można dostać lepsze honorarium.

krupowkiJeżeli już mowa o materialnych korzyściach i seksie, to są one ze sobą od zawsze związane. Potwierdza to najstarszy zawód świata, o którym niedawno pisałem, ale też tzw. prostytucja małżeńska (nie dam, jak nie dostanę nowych butów) czy… kościół na bykowym w Zakopanem. Historia sięga XIX wieku i związana jest z postacią pierwszego zakopiańskiego proboszcza, ks. Józefa Stolarczyka, słynącego z niekonwencjonalnych metod duszpasterskich. Kiedy w trakcie budowy nowego, kamiennego kościoła przy ul. Krupówki zaczęło brakować budulca, cudzołożnicy w charakterze pokuty zobowiązani byli  dostarczać go na miejsce. Ilość tórebek  kamieni Ksiądz Jegomość wyznaczał grzesznikowi, w zależności od rozmiarów jego winy i ten rodzaj ekspiacji obowiązywał tylko mężczyzn. Wolno im było odpokutowywać swoje winy pod dyskretną osłoną nocy, ale na drugi dzień i tak wszyscy w gminie wiedzieli, o ile i dzięki komu kościół będzie wyższy. Krupówki nazywano wtedy drogą grzeszników. „Grzeszą” słowem od zarania dziejów poeci. Oddaję na zakończenie głos naszej noblistce Wisławie Szymborskiej, w jej limerykach:

limerykiRaz pewna dama w Lubomierzu
tarzała swego gacha w pierzu.
“Czemu to czynisz?”- jęczał gach,
A ona na to dictum: “Ach,
Zbyt goły jesteś, Kazimierzu”.

Raz Mozarta bawiącego w Pradze
Obsypały z komina sadze.
Fakt, że potem w ciągu godziny,
Wymorusał aż cztery hrabiny,
Jakoś uszedł biografów uwadze.

Jawnogrzesznica z miasta Kłaj
W swoim zawodzie była „naj“
Ale to zależało,
Czy jej się chciało, czy nie chciało –
Taki już miała obyczaj.

Sekscytacje, Antologia Polskiej Literatury Frywolnej, Rubasznej i Obscenicznej. Wyd. Interwers, 2009

PS.
Dla uzupełnienia i równowagi: jutro Międzynarodowy Dzeń Seksu, a dziś czyli 6 czerwca – Światowy Dzień Pocałunku

Na Dzień Dziecka

Kilka dni temu Krystyna Koziewicz pisała o Dniu Matki i było to dalekie od laurki. Dziś Roman Brodowski publikuje teksty na Dzień Dziecka, też odległe od banalnych słodkich obrazków, jakie na ten dzień uczynnie podsuwa nam komercja.

Z pamiętnika matki i ojca
~  Dzień dziecka  ~

Dzieci! – zawołałem, proszę umyć ręce i przyjść na kolację, bo już od dziesięciu minut czekam – dodałem, stawiając na stole świeżo zaparzoną herbatę.
Po kilku minutach siedzieliśmy całą trójką, to znaczy ja i moi bliźniaczo do siebie niepodobni bliźniacy przy wieczornym stole, spożywając ostatni dzisiejszego dnia posiłek.
– Tatusiu – przerwał nagle ciszę Amos, zbliża się dzień dziecka, więc czy mógłbym dostać 100 Euro na spływ kajakowy, który organizują koledzy ze starszych klas naszej szkoły?
– 100 euro?  – powtórzyłem jego słowa z niedowierzaniem, nieco zaskoczony tą propozycją. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że byłoby to bardzo  nierozumne z mojej pozwolić ci na taką wycieczkę bez fachowej opieki, tylko z kolegami. Przecież ty masz do… Nie dokończyłem zaczętej myśli, gdyż w tym momencie uświadomiłem sobie, że za półtora miesiąca moje jeszcze nie tak dawno bezbronne małe istoty ukończą szesnasty rok życia.

– Mój Boże! – pomyślałem, to już od szesnastu lat spełniam misję jaką mnie obarczyłeś, od szesnastu lat gram główną rolę w spektaklu, jaki dla mnie napisałeś. Od szesnastu lat wypełniam  twój scenariusz, poświęcając wszystko inne, co sprawiało mi wcześniej przyjemność i, co najciekawsze, czynię to z radością i bez najmniejszego żalu do Ciebie, pomimo tego (co chyba sam przyznasz), że rola matki i ojca w jednej osobie nie zawsze jest łatwa.

– Ja też wolałbym pieniądze, odezwał się Martin, sprowadzając mnie ze świata na ziemię.  Chciałbym  sobie kupić nową komórkę oraz spodnie…, takie jakie się dzisiaj nosi –  dodał po namyśle.

Ok, niech będzie. W dniu waszego święta dostaniecie to, o co prosicie, i będziecie mogli  wykorzystać zgodnie z waszymi potrzebami. Muszę jednak zaznaczyć, że tego, o co mnie prosicie, nie mogę potraktować w kategoriach sercem podyktowanego prezentu dla was, a raczej jako spełnienie mojego obowiązku dotyczącego zapewnienia wam podstawowych warunków do, prawidłowego funkcjonowania w  środowisku w jakim  się obracacie, abyśmy jednak mieli wspólną przyjemność w dniu waszego święta, zapraszam was na  wycieczkę do Pergamonu, a potem na lody. Co wy na to?
– Zgoda – jesteś taki kochany! – wykrzyknęli prawie  jednocześnie, obejmując mnie i całując po okrytych szarzyzną czasu skroniach. Jakaś nieproszona łza zabłąkała się na oku, a ja słuchałem  wewnętrznego głosu, który jak górskie echo powtarzał – „tak, to są i pozostaną dla ciebie, na zawsze, małe, kochane dzieci“

Po kolacji chłopcy położyli się do łòżek, ja zaś długo siedziałem słuchając ulubionego, Pierwszego Koncertu fortepianowego b-moll Piotra Czajkowskiego, mimowolnie błądząc myślami po niedalekiej przyszłości, widząc zbliżający się dzień, gdy moje ptaszęta wyfruną z gniazda, by nigdy już do niego na stałe nie powrócić, dzień gdy ja zostanę sam, ze swoimi wspomnieniami o czasie, kiedy były jeszcze małymi, bezradnymi istotami, ukrytymi pod moimi ciepłymi skrzydłami domowego ogniska, obiektami najpiękniejszej z odmian miłości, jaką jest miłość matczyna (a w moim przypadku matczyno-ojcowska) do dziecka.

Po raz pierwszy poczułem dziwny niepokój, przed nadchodzącymi szybkimi krokami zmianami w moim ułożonym życiu. Zacząłem bać się tego co nieuniknione, co jest naturalną koleją rzeczy, z czym z pewnością trudno będzie mi się kiedykolwiek pogodzić – oddaniem moich dorastających, nie całkiem jeszcze opierzonych, a już prawnie pełnoletnich pisklaków, światu.

Przecież ja, który ich przez wiele lat pielęgnowałem, chroniłem i cierpliwie przygotowywałem do pierwszego lotu, uczyłem wszystkiego co powinni wiedzieć i umieć, by sobie w tej dorosłości poradzić. Nie wiem, na ile dobrze spełniłem swoją rolę i na ile gotowi są do tego, by samodzielnie funkcjonować w zmaterializowanym, gotowym na wszystko (nawet kosztem własnej godności)  społeczeństwie. Przecież oni są jedyną radością i sensem mojego życia!

Wizja dalszego życia w czterech ścianach, bez nich, wydała mi się nonsensem. I chociaż pojmuję, że tak jak ja przed laty, oni również zapragną kiedyś odejść, by budować fundamenty własnej egzystencji z wszelkimi konsekwencjami wynikającymi z dorosłości, że upomną się o prawo do własnej interpretacji bytu, czyli życia na własny rachunek, to emocjonalnie nie potrafię jeszcze (i chyba długo nie będę) tego do siebie przyjąć.

Chociaż stwierdzenie Heraklita, iż wszystko płynie, przemija, jest prawdą, to jednak to co pozostaje w naszej pamięci, to czego nie chcemy zapomnieć, pomimo tego że nie jest wieczne, to dla nas jest wiecznością. Idąc niejako torem myślowym Heraklita, można powiedzieć że statek, w którym my stoimy w bezruchu, płynie, a my razem z nim. Ale można przyjąć inną (również prawdziwą) interpretację, bo może statek płynie, a my stoimy w nim w bezruchu…

Tylko do czego ja zmierzam? – No właśnie –  pojęcie wieczności jest uniwersalne i dla nas ludzi mieści się w określonym przedziale doświadczenia zmysłowego, a więc zaczyna w momencie urodzin, a kończy śmiercią, lub (jak znakomita większość naszej populacji wierzy) przejściem w świat niepojętej idei.

A więc, wracając do mojego problemu, logicznie rzecz ujmując, moi synowie mimo że kiedyś odejdą, założą rodziny, podarują mi wnuki, to wiecznie pozostaną ze mną, we mnie i dla mnie – odetchnąłem z ulgą.

A swoją drogą, nie ważne jest, ile nasze dzieci mają lat, ważne jest, że jest taki dzień,  który możemy wspólnie z nimi spędzić, bawić się, sprawiać im radość i cieszyć się tym, że one po prostu są. Bo to ich dzień, Dzień Dziecka.

Berlin  29.05.2012

Ich rejs

Statek od dawna
Gotowy do rejsu
Stoi przy nabrzeżu.

Załoga jeszcze
Niepewna drogi
Cierpliwie czeka.

A na horyzoncie
Bezkres oceanu
Jeszcze spokojny.

Nadszedł czas,
Powiedziałem
Drżącym głosem.

I poszli bez słowa
Wyuczeni prawdy
W nieznany świat.

Ja zaś wpatrzony
W pustą przestrzeń
Całuję marzenia.

Skostniałe dłonie
Żegnają przeszłość
Dziwnym znakiem…

Statek powoli odpływa
Syreny wyją płaczem
A ja?
A ja jestem Ojcem.

Moim synom   Berlin dn. 18.05.2013

PS.
Issued in Britain on June 1st, 1967, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band is the most important rock & roll album ever made, an unsurpassed adventure in concept, sound, songwriting, cover art and studio technology by the greatest rock & roll group of all time. John Lennon, Paul McCartney, George Harrison and Ringo Starr were never more fearless and unified in their pursuit of magic and transcendence.

Na Dzień Matki

laurkaW Niemczech obchodzi się dzień matki w drugą niedzielę maja i uważa się go za jedno ze świąt wprowadzonych przez Hitlera. Nie jest to prawdą, bo Międzynarodowy Dzień Matki od drugiej połowy XIX wieku usiłowały wprowadzić w życie Amerykanki, co im się w końcu udało zalegalizować w roku 1914. W Niemczech jest to oficjalne święto od roku 1923, a jego inicjatorem był Niemiecki Związek Kwiaciarzy a nie Hitler. Miało to zresztą miejsce na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Ale w Niemczech istnieje wyraźna tendencja, by negować każde święto pod jakimkolwiek pozorem – co najwyraźniej daje się odczuć przed Halloweenem i dniem świętego Walentego, ale i Boże Narodzenie nie jest wolne od antyświątecznych reakcji. W Polsce święto to obchodzi się od roku 1914 i w tym dniu dzieci rysują laurki dla mam. Na świecie są zresztą różne daty obchodzenia tego święta – Polska jest jedynym krajem, w którym przypada ono na 26 maja.

Berlińska dziennikarka z Opola, Krystyna Koziewicz inicjuje z okazji Dnia (polskiej) Matki stałą rubrykę: Z obserwatorium zwyczajnej baby….

O matce i dorosłych dzieciach
“Miłość matczyna się nie starzeje” (niemieckie)

Jednym z najpiękniejszych dni w roku jest 26 maja  – DZIEŃ MATKI.
MATKA, Mama, Mamuśka, Mamcia, Matula, Mateńka… Wszystkie te słowa, którymi ją nazywamy, zawierają w sobie potężny ładunek uczuć i emocji. Kojarzą się z domem rodzinnym, którego była OPOKĄ. I choć zmieniają się ludzkie dzieje – ONA zawsze ta sama: DOBROĆ i PRZEBACZENIE, WIELKODUSZNOŚĆ i – jak mówi o ksiądz Twardowski w jednym ze swoich wierszy – “bardzo ludzka MIŁOŚĆ”…
Jej ofiarność i dobroć serca na zawsze pozostaje w pamięci tych, którzy ją mieli…
Ale oczywiście nie każdy ją miał. Bywa, że jej brakuje, a przyczyny tego są przeróżne. Jednym LOS przedwcześnie ją zabiera, innym daje, ale ona sama nie potrafi udźwignąć ciężaru odpowiedzialności, jaki spoczywa na jej barkach, zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wychowywać dziecko czy dzieci samotnie. A wtedy, no cóż… Jedne Matki podejmują ten trud, inne, niczym kukułki, “podrzucają pisklę” do obcego gniazda, a jeszcze inne całkowicie się go wyrzekają, albo – co chyba najgorsze – zabijają…To skrajne przypadki, ale się zdarzają. I każdy z nich ma swoją przyczynę, dlatego tak trudno jest osądzać matkę, która nie umiała być matką…

Jakkolwiek jednak by nie było, każde dziecko, i to z pełnej rodziny i to z niepełnej, powinno darzyć matkę szacunkiem, choćby z racji tej, że dała mu życie… Powinno otoczyć ją opieką i miłością, bo może tego najbardziej brakowało jej w życiu?! Powinno… Dla wielu matek pobożne życzenie. Z odwzajemnieniem miłości bywa różnie, niejednokrotnie zastanawiamy się, skąd u dorosłych dzieci taki brak uczuć, zrozumienia dla sytuacji matki i problemów związanych ze starzeniem się, często samotnością.

Istnieje wiele sposobów, by odpędzić myśli o dzieciach, dla których jesteśmy ciężarem. Szukamy dla siebie aktywności, ale i ona nie zawsze cieszy dorosłe dzieci. Niekiedy nawet drażni. Jak więc? Czy mamy się tłumaczyć, że po prostu odrabiamy zaległości z okresu, kiedy świat był mniej kolorowy? Życie w socjalizmie nie przypominało raju, choć nasza młodość niosła prawdziwą radość i emocje, nie mieliśmy życia wirtualnego.  Dzisiaj młodzi patrzą na nas, jak na ludzi z epoki dinozaurów, a może jednak ze skrywaną  zazdrością, ale, o dziwo, wcale nie radością, że życie matki ma sens.

Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć matki, które się żalą, że są psychicznie gnębione przez własne dzieci. Tak, tak – żadna ściema. Zdarza się, ale najbardziej szokuje, że psychiczny terror pojawia się ze strony dobrze wykształconych córek, synów. Rozumiem – dzieci nie chcą naszych rad, złoszczą się, kiedy rzekomo  ingerujemy w ich życie, co tak naprawdę oznacza po prostu, że wypowiadamy nasze zdanie czy poglądy. Nie chcą i nie lubią rozmawiać o problemach, potrafią pouczyć matkę, że najlepiej by było, jakby się wcale nie odzywała? I co wtedy, gdy to usłyszymy? Zamilczeć i puścić koło uszu? Trudno, ale może i dałoby się zrobić, ale najczęściej to oni sami zaczynają dyskusję trudne tematy. To straszne, że nie można przekazać naszych doświadczeń, bo one są ważne.  Dlatego dajemy dzieciom wolną rękę, niech sami uczą się na własnych błędach, po co mamy z matczynej miłości i ostrzegać? Nie wrogości, jak to często  bywamy odbierane. Z miłości i życzliwości!

Nie ulega wątpliwości, że nasze dzieci nas kochają, ale to głęboko, pod spodem. A na powierzchni… Owszem, czasem zadzwonią, zapytają, co słychać. Być może w pewnym sensie uspokajają własne sumienie, albo tylko tyle serca mogą okazać. Dwa słowa: „wszystko w porządku?” lub – jeszcze gorzej – „co u ciebie, wszystko dobrze?” i koniec rozmowy. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć, że nie, nie wszystko jest dobrze i że powodem tego są oni sami?

Teoretycznie więc dzieci nas kochają, ale teoretyczna wiedza nie wystarczy! Chciałoby się to poczuć. To posłuchajcie, kochane dzieci. Nadchodzi lato, czas pikników, na pewno nie raz i nie dwa w gronie rówieśników wybierzecie się nad jezioro, do Tiergarten czy Parku Tempelhof, a tam zobaczycie piknikujące tureckie rodziny. I zobaczycie, jaki jest stosunek dzieci do rodziców. Szacunek przez duże S. Nie ukrywam, że z zazdrością przyglądam się matkom, wokół których „świat się kręci”. Nie będę w tym miejscu szczegółowo opisywać i moralizować, bo nie o to chodzi. Choć właściwie, nieprawda, bo to właśnie o to chodzi. O miłość dziecka do rodziców, taką nie przesadną,  nie jakoś specjalnie wylewną, ale jednak choć trochę odczuwalną…

Przykładów lepszego lub gorszego traktowanych rodziców można by mnożyć, nie chcę pokazywać skrajności, spiszę tu tylko te typowe.

Znajomy na prośbę syna przez pół dnia pomagał w przygotowaniu ogrodowego party dla kolegów. Po wielogodzinnym wysiłku na końcu usłyszał: „Dziękuję, teraz możesz już sobie iść”. Nie załapał się nawet na jedną kiełbaskę z grilla.
Syn, zapytany delikatnie przez matkę, czy mogłaby zabrać się razem, samochodem na wycieczkę do Zakopanego (było wolne miejsce w aucie), usłyszała: „Chyba sobie żartujesz, chcesz by koledzy mnie wyśmiali?”
Córka znajomej ciągle instruuje matkę, jak ma się ubrać i zachować, gdy przyjdą koleżanki, żeby tylko jej wstydu nie narobiła. Najlepiej, gdyby wyszła z domu.
Jeśli matka mieszka daleko od dzieci, słyszy zapytanie, kiedy przyjedzie, a pytający nie zwracają uwagi na wiek, zdrowie czy koszty. Wygodniej zaprosić mamę, by się samemu nie wysilać.

Ale mimo to mamy pomagać. A jakże. Kochane dzieci potrzebują nas, matek, gdy są w potrzebie. Czasem pilnej, czasem wcale nie pilnej, ale ułatwiającej życie. A my jak te głupie owce, mimo że potrafimy doskonale rozpoznać prawdziwe i wynikające z wygodnictwa potrzeby naszych dzieci, i tak zawsze chętnie pędzimy „ku pomocy”.
Pędzimy, pomagamy, często dopłacamy, a potem, na pożegnanie i tak usłyszymy, że ułożyłyśmy życie bez sensu, że dzieci były chowane przez babcie, że tata odszedł, że nie zrobiły majątku, że nie jesteśmy obywatelami świata… tylko Polska, Polonia, Polska, Polonia!
Znam sporo osób pozytywnych przypadków, pięknych postaw, kiedy dzieci regularnie odwiedzają Matkę, zapraszają, fundują, obdarzają… Ale i tak do końca nie wiem, czy i tam, w tych pokazowych rodzinach, pod spodem nie czają się te same zdania – jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…

Przyjrzyjcie się tym zdaniom: jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…  Rozpoznajecie siebie w tym lustrze? Słyszycie, jak to mówicie? Słyszycie to wieczne poczucie, że macie rację, gdy nam to mówicie?

A przecież to my, dzielne, zaangażowane, inteligentne kobiety. Nie jesteśmy kołtunami i babsztylami z Ciemnogrodu. Jesteśmy nowoczesne, samodzielne i zaradne. Nie żądamy i nie wymagamy. DAJEMY. Zrobiłyśmy w życiu sporo, nadal sporo robimy, a mimo to mamy czas dla Was i dla Waszych dzieci.

Kochane dzieci, nam nie potrzeba wiele, by się wspólnie cieszyć, ważne by choć przez chwilę pobyć razem i NIE słyszeć wiecznych uwag!
Nawet jeśli nie zawsze spełniamy Wasze oczekiwania, to może uznacie, że jednak nic złego się Wam nie przytrafiło, a zatem jakoś nam się udało Was ochronić.
Naprawdę próbowałyśmy dać Wam MIŁOŚĆ i POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA.
Na MIŁOŚĆ nigdy nie jest za późno, a MAMĘ ma się tylko jedną, więc parafrazując słowa księdza Twardowskiego powiem:
spieszmy się cieszyć
że mamy matkę,
zanim odejdzie…

W prezencie dla Mam. Dzisiejsza pełnia Księżyca – 25 maja 2013 roku – była podobno najpiękniejsza od wielu lat. Tak złapał ją obiektywem Piotr Pawłowski:
mondmaj2013Duży format zdjęcia TU

Na noc Walpurgi

Dziś noc Walpurgi, którą jednak po polsku z uporem maniaka pisze się “noc Walpurgii” – toć kobieta owa święta zwała się Walpurga, noc jest więc jako żywo Walpurgi. A zatem Noc Walpurgi. Wieczorem na Brocken zlecą się czarownice, a w parkach i lasach wokół Berlina zapłoną wiosenne ognie. Zacznie się “słodki miesiąc maj” i wszyscy będziemy tańczyć. Czyli, jak to ponuro stwierdził Kłapouchy: “Szaleństwo, radość, śpiew hop sasa. Radość. Jumpa – jumpa – jumpa-pa. Oto idziemy zbierając orzeszki i ciesząc się majem…”

Poprosiłam poetę o stosowny na tę okazję tekst.

Andrzej Pańta

… z mego subtelnego pokoju zrobiła się graciarnia niepotrzebnych nikomu rzeczy, niczego nie potrafię znaleźć albo znajduję rzeczy osobliwe, np. książkę z 1968 roku pt. Majster we własnym domu. Dzisiaj powtórzyłem, jak wstawić uszczelkę w kranie, jak szyć skórę albo jak pomalować mieszkanie. Itd. Co zrobić, aby uszczelnić okna przed hałasem. Zamiłowanie do pseudonimowania miałem od dziecka: podpisana Andrzej Rębowicz 1968. Czyli czytałem Arthura, pewnie gdzieś schowany leży mój ukryty ówczesny dorobek. Napisałem Łajbę, trzeźwą. Na ra: Pogodnie And

Cóż to za diabeł, co
poważnie traktuje własne założenia?!

Na tacy, lecz bez ognia
odpoczywa we mnie rząd ropuch:
przygniata mi to, za czym
tęskniły owe lata albo nawet zbrodnia,
gdy w zbroi wychodzi ukoić
trwanie bez ruchu
czy choćby skradzioną smugę zmór
tak łacnych jak tamte łatki,
jakie przekropiła
Alicja bez czasów złożonych
przedwcześnie lub jedynie
ich nieuzasadniony ersatz.

30. 03. 2010

_____

Jednocześnie poczta przyniosła cudne limeryki z Warszawy z ilustracją, razem tworzące zagadkę: ilustracja i wierszyk po lewej stronie podpowiedzą (tym, co wiedzą), kto może być Autorem obu limeryków i o kogo chodzi w tym po prawej stronie, który odnosi się do osoby dobrze znanej czytelnikom tego bloga, choć nie zawsze osobiście: o kim mowa? – chodzi o Ewę Marię, redaktorkę tego bloga, a limeryki napisała Ania Marczak, która w Berlinie przygotowywała kiedyś imprezę poetycką nazwaną jak serek “La vache, qui rit”, krowa, która się śmieje – zagadkę rozwiązała Kasia Krenz, która była najważniejszą poetką tej imprezy.

krowyI wonder                                                                Miss Spring

I wonder why the cows are not blue.                  Berlin was the home of Miss Spring
I wonder what makes them say “mooo”.            whose father’s nautical king.
I wonder why they                                                 Instead of the sea,
Read Shakespeare all day.                                     she liked cups of tea
I wonder, I wonder, I do.                                       And scrabble, her favorite thing.

No ruz

Drogie Czytelniczki & drodzy Czytelnicy. Wiosna nie przyszła, i za Koszałkiem Opałkiem stwierdzamy, że w ogóle nie przyjdzie, ale mimo to składamy Wam życzenia ciepłych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia! No oczywiście – Wielkiej Nocy. Ah, whatever…

Liebe LeserInnen – Alles Gute zu Weihnachten, o, pardon, zum Ostern!

Persische Gattin

NO RUZ – persisches Neues Jahr

Wie bei uns Ostern

No Ruz ist das wichtigste persische Fest. Es  hat mit unserem Silvester und Neujahr-Feierlichkeiten nicht viel gemeinsam, vielmehr erinnert es an Ostern. Vielleicht aus dem Grund, dass es auch in Frühling gefeiert wird.

Schon Wochen vor No Ruz, an dem Tag, an welchen der Schnee geschmolzen ist, wird Korsi abgebaut. Korsi ist eine Art Feuerstelle. In einem eisernem Behälter brennen Holzkohlen, drüber stellt man einen niedrigen Tisch. Auf den Tisch legt man einen riesigen Teppich, etwa 4 Meter mal vier Meter groß. Früher war das die einzige Wärmequelle in dem ganzen Haus. Mein Mann erzählt, dass er sich auf Korsi immer sehr gefreut hat. Nach der Schule rannte er, so schnell, wie er nur konnte, und das erste, was er, zu Hause angekommen, gemacht hat, war unter das Teppich zu schlüpfen. Im Haus betrug die Temperatur etwa 10 Grad, unter dem Teppich, dank Korsi, war es mollig warm. Aber vor No Ruz muss Korsi abgebaut werden, egal wie das Wetter spielt. Gleich im Anschluss wird Hune Tekuni gemacht. Hune Tekuni bedeutet – das Haus durchschütteln. Die Frau trägt alle Möbel nach draußen, die werden im Hof gründlich gewaschen, im Haus werden Fenster geputzt, Fußboden geschrubbt, wie in Polen vor Ostern, erst dann dürfen die sauberen Möbel wieder rein. Meine Schwiegermutter hat sich auf diese Weise Rheuma geholt, weil sie die Möbel und Hausgegenstände draußen bei den Temperaturen um den Gefrierpunkt, mit kaltem Wasser gewaschen und geputzt hat. Aber es ist eine der wichtigsten Traditionen in Iran und, unbeachtet der Verluste, muss sie durchgeführt werden.

Am meisten freuen sich die Kinder 1

Immer am Mittwoch vor dem Tag an welchem No Ruz gefeiert wird, werden Feuerwerks veranstaltet  und Feuer angezündet. Anders als in Deutschland, wo meistens ein großes Osterfeuer brennt, zünden die Iraner kleinere Feuer an, um drüber springen zu können –  diese Tradition ist auch in Polen bekannt (obwohl zu anderen Zeitpunkt). Auf diese Weise wollen die jungen Männer ihren Mut beweisen, und sich Gesundheit und das Wohl erkaufen, denn bei jedem Sprung wiederholt man eine magische Formel: Sardije man az to, Sorhije tora be Mane. Das Gelbe soll mit Dir (mit dem Feuer) verschwinden, das Rote zu mir kommen. Das  Gelb  symbolisiert in diesem Fall, das, was verwelkt, ungesund oder alt ist, und das Rote – das Neue, Vitale, Gesunde.

Festliches Essen

Zum No Ruz gehört auch Adschile Moszkel bosza – ein Teller mit Kernen und Nüssen –  man soll die mit Bedacht kauen und bei dieser ruhigen Tätigkeit, über die eigenen Probleme nachdenken bis man eine Lösung findet. Zu den bekanntesten persischen No Ruz Traditionen gehört auch Sabsi – Grünzeug – man tut auf flache Teller Wasser, schüttelt die Samen von Sabsi darauf und bedeckt sie mit einem Küchentuch. In zwei Tagen nimmt man das Tuch ab. Nun wächst Sabsi. Die Teller stellt man auf den Festtisch, sie sollen das neue Leben und den Neuanfang symbolisieren. Auch das kennen wir aus Polen – bei uns wächst die Kresse. Früher hat man große Wasserkannen mit Jute umwickelt, und da die Samen eingepflanzt, im Effekt sind grüne Wasserkannen entstanden, die wie lebende, wachsende und sich ständig ändernde Kunstwerke ausgesehen haben.

Sofre - Tischdecke auf dem Teppich ausgebreitetAm Tag des No Ruz Festes legt man eine festliche Decke auf den Tisch, oder breitet man sie auf dem Teppich aus. Darauf müssen  die Haft Sin – die sieben Sachen, die mit S anfangen, stehen (ähnlich wie bei Weihnachten in Polen- auf den Tisch müssen die vorgeschriebenen 12 Speisen). Es sind: Sabsi -Grünzeug, Sir – Knoblauch, Seke – Goldstück, Samanu – gemahlenes Getreide, Serkhe – Essig,  Sendschet – eine Art Maulbeeren, Sib – Äpfel. Ansonsten werden Lammfleisch, Reis und Tomaten gegessen. Viele Iraner glauben an Vorhersagen – auf die festliche Decke legt man einen Spiegel und auf den Spiegel ein Ei. Aus den Bewegungen des Eis kann man die Zukunft deuten.

No Ruz kommt um den 20 März, die Uhrzeit ist aber jedes Jahr unterschiedlich und wird durch die Position der Sonne und des Mondes zueinander bestimmt. Manchmal kommt der No Ruz tagsüber, manchmal nachts. Falls es nachts passiert, weckt man die Kinder und entweder schenkt man ihnen nagelneue Scheine, oder sie finden sie unter dem Kopfkissen. Vor dem No Ruz erleben die persischen Banken einen wahren Sturm, da die Erwachsenen die neuen, nicht geknickten und nicht abgenutzten Geldscheine massenweise holen.

Am meisten freuen sich die KinderAm ersten Tag des Neujahrs besuchen die jungen Familienmitglieder die Älteren. Es ähnelt einem Marathon, durchschnittlich statten an diesem Tag die jungen Iraner bis zu zehn Besuche ab. Obligatorisch werden Nüsse, Süßigkeiten und Tee serviert. Derjenige, der als Erstes eine Familie besucht, bringt mit sich Glück oder Unglück ins Haus. Falls jemand in der Familie stirbt, oder die Familie Geldprobleme bekommt, wird dessen, im Stillen natürlich, derjenige beschuldigt, der am No Ruz, als Erster zum Besuch war.

261px-HajjiFiruzDie Iraner haben auch eine Figur, die für No Ruz charakteristisch ist, wie wir den Hasen zum Ostern, oder den Weihnachtsmann zu Weihnachten. Die Figur heißt Hadsch Firuz und es ist ein Mann mit schwarzer Haut und rotem Gewand, wie früher die persischen Könige. Hadsch Firuz geht am No Ruz durch die Straßen und singt. Wenn die Iraner ihn kommen sehen, rennen sie nach draußen, und beschenken den Hadsch Firuz mit Geld. Interessant ist, dass den Titel “Hadsch” nur die Menschen tragen dürfen, die eine Pilgerreise nach Mekka absolviert haben. Für Firuz ist es jedoch nur ein Höflichkeitstitel.

An dem 13 Tag nach No Ruz darf man nicht zu Hause bleiben. Die Iraner glauben, dass es Unglück bringt und gehen picknicken. Die einzigen, die an diesem Tag arbeiten, sind die Diebe, denn sie genau wissen, dass an diesem Tag die Häuser leer stehen. Im Grünen kochen die Frauen Tee und bereiten Essen zu, die Männer spielen Karten. Es sieht etwa so aus, wie im Sommer in Berlin in dem Tiergarten, wenn die türkischen Familien, auf den Decken sitzend, die freien Nachmittage verbringen. Mit einem Unterschied – in Iran muss der Picknickplatz sich in der Nähe eines Baches mit fließendem Wasser befinden. Ein alter, persischer Brauch besagt, dass die jungen, unverheirateten Mädchen an diesem Tag Sabsi – grüne Pflanzen, miteinander zu einem Knoten gebunden, ins Bach werfen sollen, und sagen siszde bedar, soale digar, huneje schohar –  lass mich am dreizehnten Januar, nächstes Jahres, im Haus meines Ehemannes sein. Sie glauben der Wunsch nach einer Ehe wird auf diese Weise in Erfüllung gehen.

Nächste Woche ein Text über die iranische Ehe und Familienleben.

Toż nadchodzi Święty Walenty

Zbigniew Milewicz

Na różnicach między płciami zbudowano i stracono w ciągu ludzkich dziejów fortuny, poświęcono im tony rozpraw naukowych, filozoficznych, najpiękniejsze strofy w literaturze i poezji, na nich kwitnie pornografia i najstarszy zawód świata… Każdego ciągnie w te rewiry, chyba, że jest chory, bo wiek jakby odgrywał tutaj mniej znaczącą rolę. Weźmy chociażby moją skromną osobę, jeszcze nie chodziłem, a już podobno puszczałem oczka do co ponętniejszych koleżanek mojej mamy i ten tick został mi do dzisiaj, choć pora byłaby już się ustatkować. Zanim to jednak zrobię, jeszcze trochę poswawolę, piórem przynajmniej, bo i jest ku temu okazja. Toż nadchodzi Święty Walenty, patron zakochanych i epileptyków (można byłoby w związku z tym zastanowić się nad ewentualną zbieżnością obydwu stanów). Fakt, że w tym roku wybrał on sobie porę nieszczególną, bo będzie to już drugi dzień Wielkiego Postu, czasu umartwienia, ale za życia też często był niekonwencjonalny. Pozostaję w tym samym duchu…

Gdy Bozi zdarza się zdrzemnąć
a robi to dosyć rzadko
to diabeł z aniołem tańcują
w miłosnym uścisku
aż hadko
W post lubieżnym być
to wstyd
daj narządy w depozyt

Na Walentynki

Dedykowane paniom na melodię kolędy: W dzień Bożego Narodzenia

W dzień Świętego Walentego
kochaj się do upadłego
bo gdy blady świt nastanie
jemu nawet włos nie stanie
oj nie stanie

a więc gzij się me nieboże
a Walenty dopomoże
by cię zechciał za rok długi
pochędożyć po raz drugi
po raz drugi

morał z pieśni tej jest taki
częściej chędożcie chłopaki
dzień w dzień żwawo przystępujcie
do kochania się nie bójcie
się nie bójcie

A tu on: http://sphotos-b.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-ash4/377668_610222625670561_1027231812_n.jpg