Ach, święty Walenty…

Krystyna Koziewicz

Czy to jest miłość…

O fascynacji młodzieńców do starszej wiekiem kobiety pisze się bardzo rzadko. Odnosi się wrażenie jakby, problem w ogóle nie istniał. A przecież jest, to wiem… istnieją przypadki zakochania się pomimo dużej różnicy wieku. Weźmy przykład moich dwóch sąsiadek z bloku, jedna z nich związana jest od roku z mężczyzną o 27 lat młodszym. Czy jest szczęśliwa, tego nie wiem, ale obserwuję u niej duże zmiany na korzyść. Druga jest w związku ślubnym z młodszym o 20 lat facetem z Portugalii, ponoć jest im dobrze ze sobą – tak powiada. Nie pytałam o szczegóły, w każdym bądź razie obie pary wyglądają na zadowolone z partnerów i wcale się nie wstydzą paradować po mieście.
Natomiast w przypadku mężczyzn, jeśli różnica nie jest zbyt widoczna to nie ma sensacji w temacie. Wiemy, jak to jest, gdy w pewnym wieku chłopy zaczynają wariować, szukając potwierdzenia atrakcyjności wśród młodych dziewcząt, zostawiając małżonki z dzieciakami. Bez znieczulenia. Kobiecie natomiast jakoś nie wypada pokazywać się w towarzystwie młodego, bo zaraz pada ciekawskie pytanie, czy to syn, brat czy wnuczek? Dość typowa reakcja.

W moich wspomnieniach przywołam gehennę, jaką przeżyłam z młodym mężczyzną, który długo zadręczał nasz dom bezustannymi odwiedzinami. Po prostu zakochał się i kiedy o tym myślę, zastanawiam się, co ich fascynuje i czego szukają młodzi mężczyźni? Co ma wtedy kobieta zrobić z taką miłością? Przecież z góry wiadomo, że młodzi mężczyźni raczej dla przygody wiążą się ze starszymi kobietami. Może potrzebują opiekuńczości partnerki, jej dobrych rad, bo ze względu na ego nie bardzo mają ochotę słuchać rad swoich rówieśniczek. Dojrzała kobieta w stosunku do młodszego nie ma wielkich wymagań, doświadczenie seksualne przewyższa wszelkie umiejętności jego koleżanek, co najzwyczajniej w świecie pewnie ich bardzo „kręci”.
A jeśli dojrzała kobieta wiąże się z młodszym mężczyzną to na plus jest fascynacja młodością, która w ten sposób odmładza ją nie tylko mentalnie, ale jest też dostrzegana przez otoczenie.

W literaturze też znajdziemy ciekawe wątki zakochania się, jak choćby w kultowej powieści Rodziewiczówny “Lato leśnych ludzi”, gdzie do chaty w lesie przysyłają chłopaka, licealistę, który kochał się w kobiecie o kilkadziesiąt lat starszej i ponoć chciał sie truć czy strzelać.
No i pysznie, tylko, że naprawdę w tej chacie mieszkały… same kobiety, a Rodziewiczówna była Rosomakiem. To ciekawe, kogo naprawdę tym paniom tam przysłali i czy to chłopakowi pomogło?

Podobno w Konopnickiej, jak miała 50 lat, kochał się na zabój młody chłopak i nie mogła się od niego opędzić. Czyli wypisz wymaluj moja historia, tylko ja byłam wtedy dużo młodsza.

No i był taki film reżysera Bogdanowicza, kiedyś bardzo słynny, nazywał się “Ostatni seans filmowy” i tam też podobna historia jak ta niżej opisana, kiedy chłopak ze szkoły i kolega syna kocha się w mamie kolegi.

Na koniec więc coś z życia wzięte. Jest mężatka, jest dwóch synów i kolega z klasy, który często przychodził z wizytą. Zbyt często, ale niczego szczególnego nie zauważono, ot, chłopcy mieli wspólne zainteresowania, tematy, gry, zabawy. Pewnego razu, kiedy synowie pojechali na wakacje, niespodziewanie pojawił się ów młodzieniec. Już w drzwiach został poinformowany, że „przecież synowie wyjechali i wrócą za dwa tygodnie”. No, to już wiecie, że to byłam ja…
– Ale ja do Pani przyszedłem – oznajmia.
– Do mnie, stało sie coś? – miałam na myśli moje dzieci.
Zaniepokojona i podenerwowana wpuściłam do domu, pytając, o co chodzi? To, co usłyszałam zaskoczyło mnie całkowicie.
– Zakochałem się w Pani i to trwa od pół roku, nie mogę przestać o Pani myśleć, spać, ciągle mam Panią przed oczami.
Słucham, a on, że chce tu bywać częściej i, co ciekawe, zastrzega, że mam się nie dziwić, bo on dużo czytał na ten temat i taka miłość istnieje naprawdę.
– A jakiej spodziewasz się reakcji z mojej strony?
Gadałam prawdopodobnie bez sensu, bo nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Oczywiście, żadne argumenty, że jest w wieku syna, że jestem mężatką, że to mnie śmieszy, nie przekonały młodzieńca. Prosił, bym zastanowiła się i do następnego dnia dała mu odpowiedź, czy wyjadę z nim na wakacje pod namioty. O mało nie spadłam z fotela, słysząc propozycję wspólnego wyjazdu.
– A co miałabym robić pod namiotem?
– Jak to co, kochać się do upadłego… – odważnie wyjaśnił chłopak.
Byłam w szoku, pewnie myślał sobie, że skoro mąż na saksach, to ja być może potrzebuję najzwyczajniej seksu…Może i dobrze myślał, ale oczywiście nie zgodziłam się. Strasznie się zdenerwował, kiedy kategorycznie odmówiłam. Wyszedł obrażony, trzaskając drzwiami, aż cały dom się zachwiał. Nawet się trochę wystraszyłam, że sobie coś zrobi…
Po jakimś czasie, kiedy chłopcy wrócili z wakacji, znowu się pojawił, przychodził jak zwykle do syna, który początkowo o niczym nie wiedział. Siedział zawsze osowiały, jakiś dziwny, jak nieobecny – stwierdził mój syn. Stan ten trwał prawie rok. W końcu powiedziałam synowi o koledze, ale i tak niewiele to zmieniło. Przychodził nadal wprawdzie rzadko, ale pojawiał się, przynosząc a to lody, a to ciastka, a to coca colę. A mnie wcale nie było do śmiechu, byłam zła, chciałam mu siebie obrzydzić i mieć święty spokój. Wyjazd na Zachód dał kres niechcianej miłości!

Wspomnienia wróciły niedawno, kiedy po wielu latach na Naszej Klasie na moim profilu pojawił się kilka razy. Ręce mi opadły, jeszcze go interesowałam… Po tylu latach… Ach, święty Walenty!

Drei Könige und Die Aktion

Für Krzysztof zum Geburtstag

Heute ist der Tag der Heiligen Drei Könige. Das Bild unten, Erinnert euch im Winter an die Vogel oder Drei kleine Könige gehen zum Stall, stammt vom polnisch-tschechischen Maler, Wlastimil Hofman (1881 – 1970) und wurde erst 1956 gemalt. Nicht desto trotz ist es sehr typisch für den Jugendstil, in dem Hofman sein ganzes Leben malte  (http://muzeumsecesji.pl/galeria_pliki/hofman/hofman11.html)

3krolowieJetzt aber kehren wir zurück zu unserem Hauptthema: Weihnachten bei Avantgardisten. 1911

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. Und, wie man sieht, viel Sinn für Prophezeiung.

1stronaHänget Baionetten an den Christbaum! (…) Für einen Tag, für zwei Tage geht die Kriegspolitik in Filzschuhen um die Welt. Friede auf Erden… Rings starrt die Welt in Waffen. Wir feiern unser Friedensfest mit geladenen Waffen. (…) brutales Unrecht, schamlose Gewalt und soziale Gewissenlosigkeit schreiten mit Siegergebärde durch die Laube. Kerker, Zuchthäuser, Galgen, Schafotte, Guilottinen, Kasernen, Kanonen, Bajonette, Polizei und Soldaten grüßen als Eckpfeiler einer göttlichen Weltordnung allüberall. Am Wege sterben Tausende…

Metaphern der Ungerechtigkeit. In drei Jahren werden sie schon die Realität. 2014 werden wir noch tausend Mal darüber erinnert und uns selber zum Erinnern erheben.

2stronaAuf der Seite 2 kommt ein Artikel von Chestel Zwi über “Weihnachtsjudentum” und ein anderer von Ferdinand Nürnberger über Gier des Papstums, betitelt “Eine Weihnachtslegende”.

Man fragt sich, was hier, in diesen zwei Artikel, kritischer ausfällt, das Auslachen der judüschen Assimilation, von den Gegner (laut Text) nicht ohne Grund “Heranschmeicheln” genannt oder die Kritik der habgieriegen Klerus der katholischen Kirche.

Es ist nicht so paradox und geschmacklos, unser Assimilationjudentum bringt es fertig! Oder: Im Gnademonat christlicher Liebe darf unsere Damenwelt der jüdischen Geldaristokratie niecht feiern.  Und darum feiert sie den ganzen Dezembermonat die fröhliche, selige, gnadenbringende Weihnachtszeit in so ausgiebieger Weise, dass ihr der Festestrubel jedes Gefühl dafür nimmt, wie gerne man auf sie verzichten würde, blechte sie nicht mit der Naivität solcher, die nicht sehen wollen, in braunen und blauen Scheinen für die Ehre “unter dem Protektorate Ihrer Kgl. Hoheit der Erbprinzessin von Soundso” – gedruckt zu stehen.

(…) die absonderliche Blüte der pseudojüdischer Assimilationssensucht erblüht unter den Kerzen des Weihnachtsbaumes. Geht am Heiligen Abend über den Kurfürstendamm, wo ihr die – nach Protzengeschmack – schönsten Weihnachtsbäume seht, da, des könnt ihr sicher sein, singen “Weihnnachtsjuden” das Lied von der stillen, heiligen Nacht!

Damit es aber gerechtig ausgeteilt wird, schreibt Nürnberger gleich nebenan über Rotte Korah, den Konkordatstürmer und über das Sammeln des Peterspfennige, dh. des Geldes fürs bezahlen der Watikansoldaten, über Steuer für Kriegszwecke, die Gefangene in Besserungshäuser von ihrem winzigen Lohn abgeben müssen…

Grüß Dich Gott, Statthalter, sagte der Knabe, ich bringe Dir meinen Peterspfennig. Aber sage, wozu brauchst du nur all diese Pfennige, he?
Um das Reich Christi zu verteidigen
Warum nicht gar! Der Menschen Sohn hatte nicht, wohin er sein Haupt legte, und soll sein Statthalter mehr haben? Mein Reich ist nicht von dieser Welt, sagte Christus.

Heute, hundert Jahre später, muss der Franziskus offensichtlich den Diskurs um das Haben und die Macht der Kirche, genauso führen wie der naive Knabe aus der Satire von Nürnberger.

Als Abschluss noch ein Gedicht aus der Dezember-Nummer in Die Aktion 1911:

René Schickele
Vorortballade

Um seine Villa beneidet der eine den anderen, um das Leuchten des Wannsees,
um seine Terrasse mit geflochtenen Stühlen, um das Segelboot „Ramses“.

Um seine Hühnerhöfe auch und den schattigen Garten,
wo er in vielen Nächten verdammt war zu warten,

bis eine Dame kam mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

Nun aber möchte er Starkästen bauen, mit kleinen Hunden spielen,
dem Wetter vertrauen und im Schatten nach glitzernden Möwen zielen,

das Boot „Ramses“ besteigen, in Himmel und Wolken baden!
Vorallem aber wünschte er sehr, seine Freunde zum Essen zu laden

Wogegen der andre mit Schnaken kämpfte im schattigen Garten,
verdammt in vielen Nächten zu stehn und lange zu warten,

bis eine Dame käme, mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

1910

3stronaWir werden noch ab und zu zum Thema Weihnachten bei Die Aktion zurückkommen. Es scheint, dass sich die aktuellen Themen gar nicht ändern.

Mama na Nowy Rok

Tym razem wpis od nas obu.

Katarzyna Krenz i Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Katarzyna Krenz

Katedra tęsknoty do Hiszpanii

Na siwych włosach smutku
dotarł do mnie koń bez jeźdźca,
w słońcu spalonym na popiół
śnieżne prześcieradła łopoczą jak żagle,
doczekawszy nadejścia czarnej nocy
gliniany kogucik pieje do księżyca
swą małą zieloną piosenkę,
przeczucie śmierci zapisane przeznaczeniem
drży spływając ku falom strumienia
w zastygłej kropli soku z granatów

Biegnę śladem twojego życia,
w milczeniu odejścia szukam słów
które przemówią, by wskazać mi drogę,
wychodzę na spotkanie
białym wzgórzom Andaluzji, witam
winnice, spadające złotym kielichem
na dno chłodnej doliny,
ukryte na zawsze w cieniu czasu,
w cienistym wachlarzu drzewa oliwnego
dostrzegam czerwone korale obietnicy
i błękitnawy połysk sztyletu zdrady

Na wieżach katedry i tęsknoty
co wbite w niebo jak nóż, jak dwa noże
wiatr zawodzi swoją smutną pieśń,
Cyganowi jego pieśni odebrać nie może

Na harfie mostu ponad srebrną rybą rzeki
na mostu wielostrunnej harfie pod namiotem nieba
wiatr śpiewa kasydę ciemnych gołębi
kasydę gołębi ze snów i kamienia

katedraEwa Maria Slaska

Podążajmy za marzeniami

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem wtedy, w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ja doszłam, a moja siostra Katarzyna i jej mąż po mnie tam przyjechali. Spotkaliśmy się na placu przed Katedrą.

Do Santiago, jednak inną drogą, portugalską a nie hiszpańska, poszłyśmy raz jeszcze we dwie z Kingą w roku 2012. Wchodziłyśmy nie od północy, jak wszyscy, tylko od południa – jak nieliczni. Wejście do miasta na tej trasie odbywa się przez wąski zaułek, przesmyk między dwoma domami.

zaulekTak się dochodzi do Wielkiej Katedry! Miejmy to na uwadze w tym zaczynającym się właśnie roku. Nie zawsze wszystko jest od razu wielkie! Tym niemniej jest tak jak głosił “król” niemieckiej piłki nożnej, Franz Anton Beckenbauer: marzenia trzeba mieć wielkie, bo i tak życie sprawi, że zmaleją.

Na zakończenie jeszcze kilka myśli o marzeniach. Mój wkład do owej książki, produkowanej podczas rejsu statkiem, a nazwanej przez nas “Księga Odry”, poza tym, że zorganizowałam, oczywiście nie sama!, tę imprezę, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co dziś chcę tu napisać zamiast życzeń noworocznych. Każdy z nas, uczestników i organizatorów rejsu, miał wnieść do książki kilka linijek, poprosiliśmy też innych zaprzyjaźnionych pisarzy, o zaproponowanie nam krótkich tekstów. Ja się zdecydowałam na starożytną mądrość – strzeż się tego, by spełniły się twoje marzenia, bo gorzko pożałujesz. Przez lata bardzo w to wierzyłam. I to nie dlatego, że jak twierdzi Maja Kossakowska: „Jeśli twoje marzenia zaczynają się nagle spełniać, strzeż się – wkrótce czeka się bolesne rozczarowanie.” Bo nie chodzi mi o to, że po radości przychodzi smutek, lecz o to, że samo spełnienie marzenia jest rozczarowaniem. Księgę Odry tworzyliśmy prawie 20 lat temu. Pewne chińskie przysłowie głosi, że z wiekiem nabywamy mądrości, ale i łagodności. Dziś nie wybrałabym już tego tekstu. Dziś powiedziałabym (zupełnie jak w jakimś poradniku na życie) “Podążajmy za marzeniami, bo bez marzeń nie będziemy wiedzieli jak żyć”. A zwłaszcza – po co? Podążajmy za marzeniami i nie uciekajmy od tęsknoty.

I tego Wam życzymy w roku 2014

Kasia i Ewa

Puppendienstag: Abschied

lalki-sylwesterSie begleiteten uns fast ein halbes Jahr, jetzt gehen sie. Die Puppen von Gertraud Pohl. Sie senden uns noch sehr liebe Grüsse und alles alles Liebe für das beginnende Jahr… und good bye!

Gertraud schrieb dazu:

Liebe Ewa, für Silvester habe ich mir gestern Folgendes ausgedacht: da das neue Jahr noch “im Nebel” liegt, war ich mit der Harlekinpuppe Romy in Potsdam im Schloßpark von Sanssouci und habe die passenden Motive gesucht.
Hoffentlich gefallen sie dir und euch.
Mit sehr lieben und guten Wünschen für das Jahr 2014

Romy3.webverabschiede ich mich
Gertraud mitsamt ihrer Puppen

Romy2.web

Romy1.web

Ranking 2013

Pod koniec roku w gazetach i na portalach pojawiają się rankigi wszystkiego. Najlepsza książka roku, najważniejsze wydarzenie polityczne, najbardziej wpływowa kobieta… Ja poprzestanę tu na rankingu postów, opublikowanych w tym blogu. Publikowałam jeden post dziennie, jeden z przyczyn ode mnie całkowicie niezależnych musiałam wyrzucić (ale zdążył się ukazać i ktoś go jednak zdążył przeczytać), ukazały się więc do dziś, jak łatwo policzyć, w roku 2013 – 363 wpisy, a ogółem – 373. Stworzyło je ponad 80 autorów. Niektórzy pojawili się tylko raz, inni tworzyli dużo, kilkunastu zostało zreblogowanych, więc trudno powiedzieć, czy w ogóle byli naszymi autorami, ale można ich było u nas przeczytać. Ogólnie lista nazwisk współtwórców blogu jest wcale nieskąpa. Skąpo jest natomiast z komentarzami. Wydaje mi się, że wordpress, czyli platforma, na której się publikujemy, żąda od potencjalnych komentatorów zbyt wielu danych osobistych, co niestety odstrasza. W sumie pojawiło się niewiele ponad 500 komentarzy wartych publikacji. Te niewarte odsiewa na wordpresie specjalna maszynka i było ich w porywach do 20 dziennie.

WordPress prowadzi również statystyki dzienne, które przesuwają sie jak fala, obejmują zawsze miesiąc, a każdy przesunięty na lewo słupek oznaczający kolejny wpis znika bezpowrotnie.

statystyki2Z kolei statystyki dla poszczególnych wpisów za cały okres istnienia blogu trzeba sobie otwierać pojedynczo, co przy próbie analizy, jaka była poczytność/ oglądalność jakiegoś wpisu jest nadzwyczaj męczące. Zwłaszcza gdy chcemy sięgnąć do statystyk dotyczących wpisów sprzed kilku miesięcy.

Ale i bez analizy rachunkowej wiem, że absolutne rekordy popularności pobił wpis przygotowany przez Lidię Głuchowską, a opublikowany 22 marca:

Kobieta i koń. Rewers

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Hitem okazały się też niektóre lalki Gertraud Pohl oraz te wpisy o poezji, w których pojawiają się piosenki w wykonaniu Marka Grechuty. Wydaje mi się, że o ile przed kilkudziesięciu laty, gdy byliśmy młodzi, tryskała z nas niespożyta energia i pokładaliśmy ogromną ufność w nasze przyszłe osobiste szczęście i powodzenie, podobała się nam inna muzyka. Wtedy oczywiście słuchaliśmy Grechuty, jasne, każdy słuchał, ale nie była to muzyka najważniejsza. O tyle teraz, gdy dostajemy, jak to mawiano w komunie, “napadów” intro- i retrospekcji, a egoistyczne dążenie do własnego ja zastąpiła melancholijna i altruistyczna refleksja, Grechuta stał się głosem naszego pokolenia. Nikt nie jest tak ważny jak on. Hitem był na pewno wpis z 15 grudnia

Poezja/ Ryszard Krynicki

Przepisany na Mamy maszynie tekst piosenki “Może usłyszysz wołanie o pomoc” znalazłam przeszukując jej papiery. (…) Sprawdzam w internecie i oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972.

O dziwo niemal równą popularnością cieszył się wpis Ewa Śląska jesienią opublikowany 21 listopada przeze mnie i przez Tomasza Grochala. Wydaje się, że czytelników wzruszyła pamięć człowieka, która przeniosła wiersz nieznanej mu poetki przez 40 lat.

slaskajesienia
Tych wzlotów było oczywiście więcej, były też upadki, ale myślę, że poprzestanę na wymienieniu tych trzech wpisów. Za każdym razem, gdy śledziłam, jak w statystykach dziennych rosną słupki wizyt i czytania, wiedziałam, że tu akurat, tym właśnie wpisem, udało mi się trafić w jakiś nasz wspólny czuły punkt.

To bardzo szczęśliwe momenty, które opromieniają mijający właśnie rok, a ten wcale nie był łatwy. Dziekuję moim Czytelnikom i moim Współpracownikom, że mogliśmy wspólnie stworzyć te wpisy i ten ich czuły odbiór!

Świąteczny kogel-mogel

roszpunka3Viktoria Korb

Pomieszanie z poplątaniem

„Narzekanie na Święta jest nasza główną tradycja bożonarodzeniową” – stwierdził niedawno dziennikarz katolickiego “Tygodnika Powszechnego”.

Ja nie narzekam, bo jestem ateistką w trzech religiach – żydowskiej, prawosławnej i katolickiej, po wychowaniu się w Polsce. Nasze święta były absolutnie “multikulti”, czyli wymieszane.
Religijność mej mamy, Rosjanki z rodziny teoretycznie prawosławnej, była raczej uśpiona.
Jej rodzice też nie byli zbyt wierzący, mało
tego w czasach stalinowskich, w których się wychowała,
ceremonie religijne były tępione. ksiezniczka-i-ksiaze-zaba3Mój rosyjski dziadek do tego się nie wtrącał, a moją matkę i babkę w sumie określiłabym jako “pobożne ateistki”. Czasem wieszały na ścianach ikony, ale modlitw nie uprawiały, do cerkwi tez nie chodziły. Czasem tylko stękały, “o Boże”, co robią nawet ateiści. Mój ojciec z kolei był pochodzenia żydowskiego, ale z rodziny zasymilowanej. Z kim? Zależało to od zmiennych granic nieistniejącej wówczas Polski! Czyli głównie z Austriakami i Polakami z monarchii Austro-Węgierskiej. Jego wyznanie było w metryce wpisane jako żydowskie, ale faktycznie też było żadne. Tak więc nasze święta po wojnie w Polsce były raczej kwestią rytuałów, a nie potrzeb religijnych.
Rodzice nie byli zbyt pewni, co świętować i kiedy.
Mama znała daty rosyjskich świąt, ale nie bardzo było
jak je obchodzić w Polsce – były zbyt egzotyczne.ksiezniczka-glogu-zla-krolowa3
Z kolei ojciec tylko mętnie znał przepisy żydowskie. Zresztą wchodziły one przecież w skład kuchni polskiej, a szczególnie świątecznej. Ten bałagan pogłębiały próby przekabacenia dzieci przez władze. Tępiły one obchody religijne i próbowały dać nam jako Ersatz obchody noworoczne z piękną (trzeba przyznać) choinką i zabawą w Pałacu, ówcześnie Stalina, a obecnie Kultury i Nauki.

Za to nasza gosposia ochrzciła mnie potajemnie, bo nie chciała, by “takie dobre dziecko poszło do piekła”. Ojciec kiedyś zaskoczył mnie przy wieczornej modlitwie na kolanach i wybił mi wiarę z głowy, odmawiając kupna nowego tornistra.
Polecił mi, bym się modliła o tornister do Boga, skoro
w niego wierzę. Niestety moje modlitwy nic nie dały
i straciłam wiarę.krolewna-sniezka3

W ten ideologiczno-obyczajowy rozgardiasz wkroczyli nasi warszawscy sąsiedzi. Rodzina o nazwisku Dryzner, które nie przeszkadzało ojcu rodziny walczyć w czasie wojny w ruchu oporu, praktycznie zaadoptowała nas na święta. Zresztą żyliśmy w ogóle symbiotycznie. Oni zapraszali nas w Wigilię. Świętowali według tradycji, choć pan Dryzner pracował w KC PZPR – dla mnie jeszcze jeden wyraz ideologicznego “kogla mogla” i paradoksów PRL-u. My, dzieci, zostałyśmy wciągnięte w przygotowania i pomagałyśmy pracującej pani domu w robieniu ozdóbek na choinkę – dla niej była to też integralna część świętowania. Wkładem naszej rodziny do kolacji wigilijnej były głównie “wódeczki” oraz pomarańcze
i banany, przysyłane z Wiednia przez przyjaciół
mego taty z krolewna-na-ziarnku-grochu3dzieciństwa. Wkład Dryznerów był za to pracochłonny, a gwiazdą wieczoru były kluski z makiem – cymes! Nasi rodzice chodzili też razem na bale sylwestrowe, zostawiając nas, bachory, same. Mieliśmy spać spokojnie razem, ale wychodziliśmy przez okno na rusztowania i spacerowaliśmy po nich wisząc na rękach. Huśtaliśmy się tez na drzwiach i robiliśmy zawody skakania z szafy na kanapę. Zwycięzcę ja dekorowałam orderem zrobionym własnoręcznie z czerwonej włóczki. Lub też smarowaliśmy śpiącym towarzyszom twarze surowym jajkiem lub pastą do zębów. Po przymusowej emigracji z Polski w 1968 roku “do Izraela”, świąteczne rytuały nam zostały, bo wręcz weszły nam już w krew.
Do dziś, jeśli bym nie obchodziła Wigilii,
wpadłabym w depresję.kopciuszek3

Zresztą ta emigracja “do Izraela” to był pojęcie bardzo umowne. Losy naszej rodziny były bardzo powikłane, przez wiele lat mieszkaliśmy w różnych krajach. Moja siostra przez kilka lat w Izraelu, ja w Anglii i w Berlinie. Ale od 1973, gdy nasi rodzice się ustabilizowali, świętowaliśmy już pięknie w ich domu z wielkim ogrodem w Leverkusen w kilku językach. Dom stał się wręcz przytuliskiem dla licznych gości z Polski. Jednym ze szczytów w tej dziedzinie była Wigilia pewnego znanego polskiego socjologa, który zawisł w Berlinie na święta w czasie podróży służbowej. Jest to bardzo pobożny katolik, ale uparł się, by spędzić święta z nami.
Broniłyśmy się przed tym z obawy, że nie damy rady sprostać
jego religijnym wymogom. Ale poddałyśmy się
i przybył na naszą Wigilię z prezentami,
modlitewnikiem i śpiewnikiem. malgosia-bez-jasia3Odśpiewał wszystkie obowiązkowe kolędy i był rozanielony. Przy wielu Wigiliach naszej rodziny wracał uparcie jeden motyw: nasz ojciec krytykował karpia po żydowsku, przygotowywanego przez naszą mamę. Albo było w nim za mało cebuli i za dużo rodzynek, albo na odwrót. Jak powtarzał za każdym razem niemal obrażony, jego żydowska matka robiła tę rybę dużo lepiej. Gdy opowiedziałam to mym polskim znajomym, uśmiechnęli się pobłażliwie i wyznali, że ich ojcowie też uważali, iż ich matki robiły lepsze potrawy świąteczne niż ich żony…

Na zdjęciach dekoracje świąteczne w wielkim berlińskim domu towarowym KaDeWe w roku 2011 – każde okno przedstawiało inną bajkę, tu od góry:
Roszpunka, Księżniczka-Żabka, Śpiąca królewna,
Królewna Śnieżka, Księżniczka na ziarnku grochu,
Kopciuszek, Czerwony Kapturek.

Zdjęcia Ewa Maria Slaska

Reblog: Das Weihnachtswunder von 1914

choinka-okopyInge da Silva (auf dem Facebook)

Weihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

***
Und noch passend dazu ein Weihnachtsgedicht von Erich Mühsam

Heilige Nacht

Geboren ward zu Bethlehem
ein Kindlein aus dem Stamme Sem.
Und ist es auch schon lange her,
seit’s in der Krippe lag,
so freun sich doch die Menschen sehr
bis auf den heutigen Tag.
Minister und Agrarier
Bourgeois und Proletarier,
es feiert jeder Arier
zu gleicher Zeit und überall
die Christgeburt im Rindviehstall.
(Das Volk allein, dem es geschah,
das feiert lieber Chanukka.)

Wigilia vs Puppendienstag

also ein Post mit zwei Beiträgen in zwei Sprachen / jeden wpis ale w dwóch różnych częściach i w dwóch językach

Roman Brodowski

Wieczerza

Stary kalendarz wiszący na ścianie,
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina, że święta nadchodzą,
Czas rodzinny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty już białym obrusem,
Pod nim sianko skoszone jesienią
I potrawy matczyne, dwanaście…
Zapachniało w domu polską ziemią.

Pod choinką, w gościnnym pokoju
Ozdobioną szklanymi bombkami.
Leżą w worku prezenty świąteczne
Które przywiózł mikołaj…, saniami.

Jeszcze tylko święcony opłatek
Jeszcze tylko modlitwa, życzenia,
I możemy zasiadać do stołu,
W czas jedności, miłości, spełnienia.

Niech za oknem, na bezkresie nieba
Jak co roku, właśnie o tej porze
Śpiewa gwiazda zwiastowania,
Że się w stajni rodzi Dziecię Boże.

Gertraud Pohl ging diesmal mit Christine im Gepäck ins Museum für Völkerkunde und den Markt der Kulturen besucht. So sind ihre Fotos für den Weihnachtsabend entstanden.

DSC09540.webpodwojne2malawigilijnaDSC09535.webDSC09539.webpodwojne1

Z życzeniami

Krystyna Koziewicz

„Z pierwszą na niebie gwiazdą
Bóg w waszym domu zasiędzie.
Sercem Go przyjąć gorącym,
Na ścieżaj otworzyć wrota-
Oto co czynić Wam każe
Miłość, największa cnota…”
JAN KASPROWICZ

…I PRZYCHODZI CZAS, BY ZASIĄŚĆ PRZY WIGILIJNYM STOLE…

mikolaj-kadeweNa całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym w kalendarzu miesiącem, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Pierwszy etap zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami.
Po pierwszym etapie przychodzi drugi – to pogoń za prezentami „pod choinkę”. To dalszy ciąg zwyczaju wzajemnego obdarowywania się, moment spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka… Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji, niejako, wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli z drżeniem serca oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się, jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też odświętne dekorowanie całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz pieczenie ciast różnej maści, a potem także gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia, którego zapach mile łechce nasze zmysły…? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi myśleć, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu.
Nietrudno jest więc zgadnąć, z czym kojarzą się Polakowi Święta Bożego Narodzenia. To przede wszystkim bliskie spotkania przy stole, dzielenie się opłatkiem,”pierwsza gwiazdka”, prezenty pod choinką, kolędnicy, pasterka i… zapachy, zapachy i jeszcze raz zapachy, które pamięta się przez całe życie i do których się niezmiennie tęskni.

Kochani, ŚWIĘTA zbliżają się milowymi krokami… Już są za progiem…Więc…

„ZATRZYMAJCIE SIĘ NA CHWILĘ W GONITWIE CODZIENNYCH SPRAW.
UCISZCIE MYŚLI.
JEŚLI UDA WAM SIĘ WSŁUCHAĆ W CISZĘ SWEJ DUSZY, TO NA PEWNO USŁYSZYCIE PUKANIE DO DRZWI.
TO BÓG PRZYNOSI WAM SWEGO SYNA, ABYŚCIE GO PRZYJĘLI.
ZAPALCIE ŚWIECĘ, USIĄDŹCIE PRZY WIGILIJNYM STOLE, PODZIELCIE SIĘ OPŁATKIEM I ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE…”

MAŁGORZATA STOLARSKA

Poesie / August von Platen

Weihnachten bei Avantgardisten. 1914

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. 

In der Ausgabe vom Dezember 1914 finden wir unter anderem das Gedicht Christnacht von August von Platen (1796 – 1835),  der in Polen von allen wegen seiner Polenlieder sehr bekannt ist.

1914-3
1914-4
Christnacht

Der Engel der Verkündigung:

Seraphimsche Heere,
Schwingt das Goldgefieder
Gott dem Herrn zur Ehre,
Schwebt vom Himmelsthrone
Durchs Gewölk hernieder,
Süße Wiegenlieder
Singt dem Menschensohne!

Ein Hirte:

Was seh’ ich? Umgaukelt mich Schwindel und Traum?
Ein leuchtender Saum
Durchwebt den azurnen, ewigen Raum,
Es schreiten die Sterne des Himmels entlang,
Mit leisem Gesang,
Der seligen Scharen musikalischer Gang.

Chor der Hirten:

Die Engel schweben singend
Und spielend durch die Lüfte,
Und spenden süße Düfte,
Die Lilienstäbe schwingend.

Chor der Seraphim:

Wohlauf, ihr Hirtenknaben,
Es gilt dem Herrn zu dienen,
Es ist ein Stern erschienen,
Ob aller Welt erhaben.

Chor der Hirten:

Wie aus des Himmels Toren
Sie tief herab sich neigen!

Chor der Seraphim:

Lasst Eigentriebe schweigen,
Die Liebe ward geboren!

Der Engel der Verkündigung:

Fromme Glut entfache
Jedes Herz gelind,
Eilt nach jenem Dache,
Betet an das Kind!

Jener heißerflehte
Hort der Menschen lebt,
Der euch im Gebete
Lange vorgeschwebt.

Traun! Die Macht des Bösen
Sinkt nun fort und fort,
Jener wird erlösen
Durch das Eine Wort.

Chor der Hirten:

Preis dem Geborenen
Bringen wir dar,
Preis der erkorenen
Gläubigen Schar.

Engel mit Lilien
Stehn im Azur,
Fromme Vigilien
Singt die Natur.

Der den kristallenen
Himmel vergaß,
Bringt zu Gefallenen
Ewiges Maß!

Der Engel der Verkündigung:

Schon les’ ich in den Weiten
Des künft’gen Tages bang,
Ich höre Völker schreiten,
Sie atmen Untergang.

Es naht der müden Erde
Ein frischer Morgen sich,
Auf dieses Kindes “Werde”
Erblüht sie jugendlich.

Chor der Seraphim:

Vergesst der Schmerzen jeden,
Vergesst den tiefen Fall,
Und lebt mit uns im Eden,
Und lebt mit uns im All!