Advent steht vor der Tür

Vor einem Jahr hat uns der Autor schon einmal nach Magdeburg eingeladen. Man hätte gern hier geschrieben, dass es alle Jahre wieder statt findet oder statt finden soll. Dem ist es jedoch leider nicht so. 

Hans-Jürgen Moder

Künstlerisches Holzspielzeug aus Polen im Magdeburger Allee-Center

Polnische Schnitzkunst hat einen Namen in der Welt. Und dank des Magdeburger Sammlerehepaar Edeltraut und Horst Gierathts seit vielen Jahren immer  zur Weihnachtszeit auch einen festen Ort in Magdeburg. Nun endet diese Tradition.

Das Magdeburger Allee-Center präsentiert letztmalig vom 24.11.2016 bis 23.12.2016 Schnitzkunst aus Südpolen.

p1050411_20Thematischer Schwerpunkt ist diesmal “Spielzeug in der Weihnachtszeit”. Jan Mika aus Piatkowa (Paszyn), einer Hochburg der “Naiven” zeigt Holzspielzeug, wie es seit Jahrhunderten an langen Winterabenden in den Dörfern geschnitzt wurde. Seine Spielzeuge sind immer auch kleine Kunstwerke – authentisch, naiv, ursprünglich. Jan Mika, Sohn des großen Stanisław Mika, gilt als einer der letzten naiven Schnitzer. Der ebenso bedeutsame Józef Zganiacz (1904-1996) lädt mit seinen Karussels und Riesenrädern auf einen Dorfrummel ein, während Antoni Toborowicz originelles, funktionales Spielzeug ausstellt.
p1050572_20Die Engel, Musikanten und Krippen von Stanisław Apriasz haben schon viele Freunde und neue Besitzer gefunden. Einmalig an ihnen ist, dass sie aus einem Stück gearbeitet sind und nichts angeklebt ist. Der Meister ist täglich von 12 Uhr bis 18 Uhr anwesend und freut sich auf die Begegnung mit den Ausstellungsbesuchern.
Tatkräftig unterstützt wurden die Gieraths auch diesmal wieder durch die rührige Deutsch-Polnische Gesellschaft Sachsen-Anhalt und deren Vorsitzenden Krzysztof Blau. Auch wenn die Gieraths altersbedingt jetzt kürzer treten müssen, diese Tradition hätte eine Fortsetzung verdient.
tableau_300
Weitere Informationen unter: http://naivekunstinmagdeburg.blogspot.de/ und
http://www.dpg-sachsen-anhalt.de/show/8061843.html

Z Monachium

Zbigniew Milewicz

O`zapft is!

W sobotę 17 września po raz 183 wystartował w Monachium Oktoberfest, największe, ludyczne święto świata. Tradycyjnie zainaugurował je główny burmistrz miasta, Dieter Reiter, wbijając szpunta do pierwszej beczki z chmielowym przysmakiem w hali Schottenhamel. Udało mu się to zrobić zgrabnie, za drugim uderzeniem i piwa przy tym za dużo nie wylał, co nie zawsze jest regułą. Do dziś wspomina się na przykład nieszczęsnego Ericha Kiesla, rządzącego Monachium na przełomie lat 70 i 80, któremu uciekło prawie pół beczki, i kiedy rok później już sobie z otwarciem dobrze poradził, to przecież był zdenerwowany, bo wiedział, że w telewizji patrzą mu na ręce miliony ludzi na całym świecie. Zamiast więc wykrzyknąć po bawarsku sakramentalne: O`zapft is! zawołał: I zapf os!, co jego przeciwnicy polityczni poczytali, jako antywschodnią nagonkę.

Bawarczycy znani są z pielęgnowania swoich tradycji i dbałości o szeroko rozumianą etykietę zachowań a zarazem drobiazgowości, którą dobrze oddaje określenie Erbsenzähler (liczygroch), co ma swoje dobre i złe strony. W kontekście nadal aktualnego, możliwego zagrożenia terrorystycznego na Theresienwiese, gdzie się odbywa Oktoberfest, skierowano tego roku do pilnowania porządku około sześciuset policjantów i ludzi ze służb pozamundurowych, nie licząc ochraniarzy z hal piwnych, strażaków i służb sanitarnych. Każdy kawałek terenu obserwują kamery, więc wszystko jest pod kontrolą. Poniedziałkowe wydanie monachijskiego Abendzeitung, w wersji online podaje sporo szczegółów z przebiegu pierwszych dwóch, świątecznych dni. Pogoda z czasem się zepsuła, publiki było więc mniej, niż się spodziewano, ale i tak wszyscy dobrze się bawili, choć niektórzy aż do przesady. Wysokoprocentowe piwo powaliło wielu, hamulce moralne puściły, doszło do kilku przestępstw (tyle na razie udokumentowano) na tle seksualnym, rabunkowym i przemocy.

Ilustrowały to wszystko liczne, mniej lub bardziej szokujące zdjęcia, uwiecznione przez policyjnych i prywatnych fotografów. Mnie najbardziej zapadły w pamięci dwa: gościa, który po pijanemu wspiął się na koronę drzewa i tam zapadł w błogi sen. Deliberowano, jak udało mu się tego dokonać i dlaczego nie spadł w czasie snu na ziemię… Drugie przedstawiało młodą parę w regionalnych, bawarskich strojach, w biały dzień czule rozmawiającą ze sobą na łące, w języku znad Sekwany. Kiedy po raz drugi chciałem sobie to zdjęcie zobaczyć, już go nie znalazłem. Twarze na wszystkich fotkach były wyretuszowane, ale pomyślałem sobie, że ochrona danych osobowych i tak została tutaj naruszona, bo kto zechce, po szczegółach ubioru i sylwetki, może dojść do prawdy.

Ponieważ na Oktoberfest już się w swoim monachijskim życiu nachodziłem, poszedłem w dzień otwarcia do innego Szkota (schottenhamel, to po bawarsku szkocki baran, choć prawidłowa, niemiecka pisownia barana jest hammel), do Griega Mc Arthura. Nie znaliśmy się osobiście, ale od jakiegoś czasu było o nim słychać w Monachium; ekscentryczny artysta malarz, urządził wernisaż w swojej nowej piwnicy na końcu Schwanthalerstrasse, całkiem niedaleko od Theresienwiese. W głównej sali ulokował przeważnie swe prace marynistyczne i abstrakcyjne, jest tutaj też stolik z przekąskami i Schuhputzservice Mario, który na razie pasuje mi tutaj, jak pięść do oka. W bocznej, zasłoniętej kotarą wnęce, klimaty sado-maso, czyli BDSM, równie bliskie Griegowi jak ocean. Można na pniu kupić jego soczyste rysunki, ceny zróżnicowane, od 50 do 300 euro. Po kolejnym kieliszku Prosecco żeńska publika nabiera ochoty na to, żeby jej Mario, nobliwie wyglądający, starszy pan, ładnie wyczyścił buty, co czyni uniżenie i z ochotą. To jest już spektakl performance. W grudniu artysta chce zorganizować w Monachium większy happening, poświęconego m.in. erotyce w sztuce, ale o szczegółach jeszcze nie chce mówić. Jestem na tę imprezę zaproszony, we właściwym czasie złożę więc tutaj relację.

grieg

Do swobody obyczajowej Berlina czy Köln, dalej z Monachium niż na Księżyc, ale ponieważ tutaj mieszkam, cieszy mnie, że są takie miejsca, gdzie anioł z diabłem spacerują pod rękę.

I kolejne majowe rocznice

Anna Dobrzyńska

„TO BYŁ MAJ…”

Ewa poprosiła mnie o napisanie tekstu – takiego żeby były w nim moje rysunki. Z przyjemnością, zwłaszcza, że ostatnio mieliśmy trochę wolnych dni majowych, czas na relaks, spotkania z przyjaciółmi i oddanie się swoim pasjom – a zatem rysunków u mnie przybyło :-). Oczywiście „długi weekend” to ważne święta i warto o tym pomyśleć, kiedy tak sobie patrzymy w błękit nieba i opalamy się w promykach wiosennego słońca.

maj ania D

Rys. Anna Dobrzyńska

Nie ma już hucznych pochodów 1 majowych, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, pielęgniarki – w zależności od miasta, nie ma już tłumów machajacych kwiatami z krepiny, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na plastyce… /robiłam/, nie ma tych wszystkich zadowolonych ludzi, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba…

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: „Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa”; „Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła”;”Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!” – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka.

Jako, że w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się flagi robotnicze. Były całe czerwone i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to jakieś sztuczne tworzywo nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wmontowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią :-). Ok – trochę to niemoralne, zgadzam się ale… takie czasy. „Socjalizm jak wiadomo to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż wymyślono, jakie cztery czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. To w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima” – obrazował tą sytuację popularny dowcip. Socjalizmu nie ma – ale święto pozostało. I słusznie – no bo jak tu zrezygnować z długiego weekendu, a poza tym w demokracji też się pracuje; praca to praca – świętować zawsze warto.

maj ania D (4)

Rys. Anna Dobrzyńska

2 maja – święto flagi państwowej. Oczywiście – flagę państwową należy czcić a skoro i tak już wisi na budynkach między 1 a 3 maja to od 2004 roku – robi to oficjalnie i w ramach państwowego święta.

A jak już wspomniałam o związku flagi z poduszką warto przytoczyć tu historię z pierwszych dni Powstania Warszawskiego, kiedy to Polacy zwyciężali i nagle na wielu budynkach odebranych Niemcom pojawiły się biało-czerwone polskie flagi. Jak to się stało, że raptem, w ferworze walki, Polacy mieli tyle flag, co przecież przez pięć lat okupacji było zabronione? Ano właśnie na prędce szyto je z prześcieradeł i – poduszek, a potem zawisały na kijach od szczotki, miotły, grabi… Opowieść tę mam z pierwszej ręki od jeszcze żyjącego Powstańca Warszawskiego… Historia lubi się powtrzać, dlatego warto się jej uczyć i wyciągać wnioski :-).

maj ania D (3)

Rys. Anna Dobrzyńska

No i 3 maja – święto Konstytucji 1791 roku – I Konstytucji w Europie i II na świecie. Jest się więc czym chwalić i co świętować. Przy tej okazji warto wspomnieć o drugim dokumencie, który był równie pionierski w Europie – Konfederacji Warszawskiej z 1573 roku, który zakładał swobodę wyznaniową i pokój między wszystkimi różniącymi się w wierze, a także równouprawnienie innowierców z katolikami i jednakową opiekę państwa. Dokument uważany jest za początek gwarantowanej prawnie tolerancji religijnej, którą dziś zapewnia uchwalona w 1948 roku – Deklaracja Praw Człowieka. A w Rzeczpospolitej to było już w XVI wieku (!) – i czy to nie jest powód do dumy J? W 2003 roku tekst Konfederacji Warszawskiej został wpisany na listę UNESCO Pamięć Świata. Obydwa te historyczne dokumenty zostały uchwalone na Zamku Królewskim.

A tak przy okazji – kto myślał, że na obrazie Jana Matejki, wnoszony do Katedry i trzymający triumfalnie dokument Konstytucji to król Stanisław August Poniatowski? Z pewnością nikt :-). Ale nawet gdyby ktoś tak pomyślał – nie ma się czego wstydzić, bo wielu ludzi tak uważa, podczas gdy to jest Stanisław Małachowski – marszałek sejmu, a król idzie wcześniej, w czerwonym płaszczu.

W 2014 roku mieliśmy wyjątkową możliwość, aby poczuć wszelkimi zmysłami klimat tego obrazu, gdyż za sprawą grup rekonstrukcyjnych obraz ożył właśnie w dniu 3 maja.

maj ania D (2)

Wydarzenie odbyło się pod patronatem Kancelarii Prezydenta RP – Bronisława Komorowskiego, który wraz z Małżonką obejrzał inscenizację.

Obecnie propozycja miasta przygotowana na świąteczne dni jest bardzo bogata, można np. uczestniczyć w otwarciu sezonu Multimedialnego w Parku Fontann na Podzamczu, obejrzeć widowiska związane z warszawską syrenką, popływać kajakiem po Wiśle czy wziąć udział w rozgrywkach rowerowych – European Cycling Challenge lub wystartować w biegu Konstytucji 3 maja… Chyba najpopularniejsze są jednak wyjazdy za miasto i rekreacja na świeżym powietrzu. Co kto lubi. Ja na przykład lubię rysować – a jeżeli mam możliwość realizowania tego w słoneczny, majowy dzień wśród kwitnących i pachnących kwiatów – pełnia szczęścia :-).

maj ania D (1)

Quasimodogeniti

Ewa Maria Slaska

Niedziela

Niedziela jak niedziela. Dla tych co pracują na etacie niedziela to rzeczywiście dzień, kiedy się nie dziela, nie działa, się więc odpoczywa jak Pan Bóg po zakończeniu Stwarzania Świata. Inaczej jest z osobami wolnego zawodu i to rzeczywiście wolnymi czyli takimi jak ja. Nie mamy kancelarii, gabinetów lekarskich, warsztatów, salonów fryzjerskich ani pralni ekologicznych, które, z uwagi na potrzeby klienta, muszą mieć ustalone godziny pracy. A my nie. My pracujemy, jak nam świśnie albo przyciśnie. W pojęciu osób postronnych luzacy nie pracują nigdy i zawsze mają niedzielę, we własnym odczuciu – pracujemy cały czas i niedzieli nie mamy nigdy. Myślałby kto, że wobec tego nie znamy też tęsknoty za piątkowym wieczorem, za weekendem, za wolną sobotą, nie zatruwa nam też życia poniedziałkowy poranek, kiedy naprawdę nie sposób ucieszyć się z faktu, że się wstało i hop, radośnie można ruszać do pracy. Bo nie można. Bo się naprawdę nie chce…

Otóż, uwierzcie mi, nam się też nie zawsze chce! My też znamy ponure poniedziałkowe poranki i radosne wieczory sobotnie, najlepszy czas w życiu człowieka, jeszcze lepsze niż niedziele, bo w niedzielę już człowiekowi życie zatruwa fakt, że jutro trzeba znowu do kieratu. U nas po prostu się zdarza, że sobota, niedziela czy poniedziałek przypadają w inne dni. Nazwa to dźwięk i dym…

Niedziele mają jednak swoje nazwy. Nie wiedziałabym tego, gdyby nie roczny kurs komputerowy, w którym wzięłam udział w roku 2000. Jednym z tzw. modułów tego kursu było nauczenie nas, jak się mamy prezentować. Każdy z nas miał przygotować wykład lub pokaz o tym, co umiemy najlepiej. Jeden z kolegów pokazał nam jak się walczy kijami, ja opowiedziałam o miłorzębie japońskim i poezji, chłopak, z którym się zaprzyjaźniłam, grafik i poeta, opowiedział nam o… niedzielach w kalendarzu chrześcijańskim. Patrzyliśmy na niego z otwartymi ze zdumienia buziami, a on recytował: Estomihi, Invocavit, Reminiscere, Okuli, Laetare, Judika, Quasimodogeniti, Misericordias Domini, Jubilate, Cantate, Rogate…

Na zakończenie powiedział, że sam nie jest religijny, ale babcia go nauczyła wszystkiego, co sama wiedziała o liturgii, i zawsze myślał, że mu się ta wyuczona w dzieciństwie wiedza do niczego nie przyda. Okazało się jednak, że i owszem, przydała się, wysłuchaliśmy świetnego wykładu, a Ronald dostał najwyższą ocenę.

Niektóre z tych nazw znałam, niektóre rozumiałam, jak na przykład Jubilate, Cantate, Rogate… raduj się, śpiewaj, módl się… Ale niektórych nie rozumiałam nic a nic… Na przykład laetare, cieszyć się…

Albo Okuli… zdałoby się oczy, ale dlaczego. A to dlatego że antyfona na ową niedzielę, trzecią Wielkiego Postu, brzmi:

Oculi mei semper ad Dominum,
quia ipse evellet de laqueo pedes meos:
respice in me, et miserere mei,
quoniam unicus et pauper sum ego.

Oczy moje są zwrócone ku Panu,
bo On uwalnia moje nogi z sidła.
Wejrzyj na mnie i zmiłuj się nade mną,
bo jestem samotny i nieszczęśliwy.

Najdziwniejsza była jednak nazwa dzisiejszej niedzieli: Quasimodogeniti. Quasimodo… Tym sposobem, mociumpanie, mociumpanie me pisanie… Garbaty dzwonnik z Notre Dame, klub jazzowy w Berlinie. Geniti, coś z rodem, narodzinami lub płcią… Tym sposobem narodzony. Tak bym to sobie tym sposobem czyli na zdrowy rozum przełożyła. Jakiś renatus. A tymczasem internetowy poradnik liturgii polskiej tłumaczy, że jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego. Nie może być! Miłosierdzie to Misericordia. Bzdura! Ten internet! Tyle wie, co zje… Niemcy tłumaczą, że jest to Biała Niedziela, bo tego dnia chrzczono dzieci, które chrzest obmywa z grzechu, tak że stają się czyste, białe, lśniące… Zamyślam się nad tą informacją i nagle olśnienie, czyste, białe i lśniące: chrzest czyli ponowne narodziny, quasi modo geniti infantes, tym to sposobem, dziecino, narodziłaś się jako Chrześcijanin… Polska wykładnia jest trochę inna od niemieckiej, bo po polsku pełna nazwa dzisiejszej niedzieli brzmi: «niedziela po zdjęciu białych szat». Nowo ochrzczeni pierwszy raz przychodzili do kościoła w zwykłym odzieniu i zajmowali miejsca wśród innych wiernych. Ale tak czy owak chrzest i tym sposobem…

I rzeczywiście: Quasi modo géniti infántes, allelúia: rationabiles, sine dolo lac concupíscite, allelúia, allelúia allelúia czyli jak nowo narodzone niemowlęta, zapragnijcie nie sfałszowanego duchowego mleka, abyście przez nie wzrastali ku zbawieniu, jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan. To pierwszy list świętego Piotra do wybranych, przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii.

Słodki jest Pan jak mleko, które piją noworodki. Podobno tak właśnie jest, mleko matki jest słodkie, jest to pierwszy smak, który poznajemy, dlatego tak lubimy to, co słodkie. Natura zresztą też nas do tego smaku przyzwyczaja i zachęca. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno nic, co w naturze jest słodkie, nie jest trujące, czyli od pięciu milionów lat nauczyliśmy się, że do słodkiego możemy mieć zaufanie, bo na pewno nas nie zabije. Pan jest słodki. Może nie każdy Bóg czyli Pan jest słodki, ale judaistyczny na pewno. Ten przymiotnik wciąż się w Biblii powtarza.

Ciekawe jednak, skąd święty Piotr, brodaty stary Żyd, wiedział, jak smakuje mleko, które piją noworodki? Pamiętał z dzieciństwa, czy też pokosztował go jako dorosły, gdy na przykład jego żona, Perpetua, urodziła mu córkę Petronelę?

Pozostaje jeszcze Quasimodo, dzwonnik z Notre Dame. Nie pamiętam tej książki w ogóle, nigdy jej nie lubiłam, czytałam tylko raz, dawno temu. Filmu nie widziałam, musicalu też. Ale oczywiście Wikipedia od razu na początku rozwiewa wątpliwości. Tak to to samo “quasimodo”. No i na szczęście istnieje jeszcze portal chomik, który jest podobno paskudnym kapitalistycznym oszustwem, ale ja nie wiem, na czym ono polega (można mnie, proszę bardzo, “objaśnić” jak świecę). Mnie on zawsze cudownie służy, gdy chcę tu coś szybko zacytować.

Jest rok 1468… w poranek niedzieli przewodniej (Quasimodo) jakieś niemowlę zostało złożone po mszy w kościele katedralnym we wgłębieniu lewej ściany katedry. Było we zwyczaju kłaść w tej wnęce dzieci opuszczone na łaskę osób miłosiernych. Brał je stąd kto chciał… Po chwili nadszedł poważny i uczony Robert Mistricolle, protonotariusz królewski, z ogromnym mszałem pod jedną ręką, a z żoną —pod drugą.
— Podrzutek! — rzekł obejrzawszy niemowlę.
— Mości protonotariuszu — spytała jakaś kobieta — jaki nam stawiasz prognostyk z tego podrzutka?
— Prognostyk największych nieszczęść — odpowiedział Mistricolle.

… słowom protonotariusza królewskiego przysłuchiwał się od pewnego czasu młody kapłan. Była to postać surowa, o szerokim czole i głębokim spojrzeniu. W milczeniu rozsunął ciżbę i przyjrzał się niemowlęciu.

— Biorę za swoje to dziecko — powiedział po chwili. Ukrył je pod sutanną i zabrał….
Litość niewypowiedziana ścisnęła mu serce i zabrał z sobą niemowlę. Znalazł je w istocie nad wyraz bezkształtnym. Niemowlę miało brodawkę na lewym oku, głowę wciśniętą w ramiona, grzbiet powyginany, mostek wystający, nogi powykręcane.

Współczucie Klaudiusza wzmagało się właśnie wskutek tej brzydoty . (…) Ochrzcił przybrane dziecko i nazwał je Quasimodo; chciał tym sposobem upamiętnić dzień, w którym je znalazł i zaznaczyć, do jakiego stopnia to biedne, małe stworzenie urodziło się ułomne. I rzeczywiście: jednooki, garbaty, koślawy podrzutek był chyba tylko niby-czymś (quasi-modo).

***
Powieść została napisana w roku 1831, a już w kilkanaście lat później, bo w roku 1844, powstał oparty na jej motywach balet Esmeralda. Muzykę napisał Cesare Pugni, a choreografię ułożył sam wielki Petipa. Dziś jest to staroć wręcz niemożliwa i na Zachodzie w ogóle już nie wystawiana. Angielska Wikipedia twierdzi, że Esmeraldę wystawia się jeszcze tylko w krajach byłego Związku Radzieckiego i Europy Wschodniej. I rzeczywiście, jak to często bywa, kiedy człowieka coś zainteresuje, już następnego dnia po spisaniu tego wszystkiego, w książce Utracone serce Azji natrafiam na notatkę o balecie Esmeralda. Autor, angielski pisarz i podróżnik, Colin Thubron, we wczesnych latach 90 przebywał przez kilka miesięcy w Azji Centralnej. W Taszkencie (uwaga! taka jest podobno prawidłowa wymowa tej nazwy!) poszedł do teatru miejskiego, który wystawiał Esmeraldę, “staroświecki balet z udziałem cygańskich porywaczy dzieci, nieszczęśliwie zakochanej heroiny i krwiożerczego zakonnika”. Balet okazał się “bezwstydnym wyciskaczem łez” – “pod koniec kulawy dzwonnik odniósł zwycięstwo nad despotyzmem religijnym, zrzucając lubieżnego zakonnika z wieży. Widzowie nagrodzili go gromkim aplauzem”. Gdy czytam te słowa, mam dziwne poczucie, że Thubron jest być może, jak zapewnia tekst na okładce książki, znamienitym angielskim erudytą, ale w ogóle nie ma pojęcia o tym, że ta baletowa historia ma jakikolwiek związek z “naszą” kulturą europejską i traktuje ją jako kolejną dziwaczną pozostałość po umarłym imperium sowieckim.

Nasza narodowa poezja

Anna Dobrzyńska

primaaprilis-tytul

 

 

paryz
Paryż, XIX wiek

To że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki nie darzyli się sympatią – powszechnie wiadomo. Mało jednak kto wie, że doszło do bardzo niespodziewanego i zarazem owocnego spotkania między nimi. Było to na emigracji, w Paryżu, w salonie literackim Madame Tuffeau. Mickiewicz podążał dyliżansem ulicą – Rue La Boetie, w kierunku Pól Elizejskich. Pech – a może zrządzenie losu – sprawiły, że pękł dyszel od powozu. Mickiewiczowi ani woźnicy na szczęście nic się nie stało, ale dalsza jazda była niemożliwa. A miało to miejsce właśnie pod oknami salonu Madame Tuffeau, gdzie Słowacki, jako częsty bywalec, wygłaszał swoje poematy. Woźnica zapewnił poetę, że zaradzi problemowi, ale to potrwa… Mickiewicz powiedział, że poczeka, a zachęcony dobiegającymi z okien brawami i zarysami eleganckich postaci za szybą, postanowił wejść na górę. Gdy wszedł do salonu, Słowacki akurat wygłaszał wiersz o kolumnie Zygmunta, Starym Mieście, Katedrze Św. Jana – gdyż tęsknił za Ojczyzną – jak wszyscy na emigracji, choć on z pewnością najbardziej, bo – „cierpiał za miliony”.

mickiewicz

Adam Mickiewicz. Dzieło – Andyego Warhola, pochodzące z bardzo mało znanej kolekcji nowojorskiego artysty – „Polscy wieszcze narodowi”.

Co nam zdrady! – Wszyscy w Warszawie kolumnę znają,
na której podróżne mewy usiadają.

Na jej szczycie król – jego czoło wśród obłoka,
Zaprasza i wita – poddany lud – z wysoka,

Za tą kolumną, orszak ślubny jak u Fredry,
Wchodzi do ceglanej, trój-wieżowej Katedry,

Dalej ulica, nie wąska, nie długa, nie krótka,
Na końcu – odbudowana warszawska Starówka

A dalej jeszcze – Kiliński, we mgle spowity,
Z szablą w dłoni – w zieleni okien odbity,

Odbicie uderzone latarni płomieniem,
Niby cichego, w cieniu upiora spojrzeniem.

slowacki

Juliusz Słowacki. Drugie dzieło Andyego Warhola z   kolekcji – „Polscy wieszcze narodowi”. Andy stworzył jeszcze portret Z. Krasińskiego. Obraz nigdy jednak nie ujrzał światła dziennego, gdyż Andyemu skończył się toner w drukarce. Proza życia wobec wielkości sztuki tak zdruzgotała artystę, że dzieła nigdy nie opublikował – mimo zakupu nowej drukarki laserowej – marki Canon.

Poezja i wspomnienia z Ojczyzny przywołane widokami Warszawy sprawiły, że niechęć Mickiewicza do Słowackiego minęła. Gdy Słowacki już skończył, Mickiewicz podszedł do niego i spytał czy mógłby wiersz nieco popoprawiać. Słowacki był oburzony takim tupetem ale… wiedząc z jakim talentem rozmawia – zgodził się. I stało się! Dwaj wieszcze zaczęli tworzyć, improwizować, przerabiać, poprawiać. To był istny szał dwóch natchnionych dusz. Słowa, rymy, wizje, takty – niczym fajerwerki strzelały z ich gwałtownych gestów, póz i spojrzeń. Zebrani goście zaś skrzętnie zapisywali wszystko na serwetkach, tak by ta twórczość nie uleciała w zapomnienie.

Tak oto powstał wiersz, który jest dziś znany pod tytułem – „Uspokojenie” a jego autorstwo przypisuje się – Juliuszowi Słowackiemu. A mało kto wie, że tworzyli go dwaj wieszcze

Co nam zdrady! – jest u nas kolumna w Warszawie,
Na której usiadają podróżne żurawie

Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka;
Taka zapraszająca i taka wysoka.

Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,
Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;

Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare
Wygląda w perspektywie siwej Miasto Stare;

A dalej jeszcze we mgle, która tam się mroczy,
Dwa okna – jak zielone Kilińskiego oczy

Uderzone płomieniem ognistej latarni,
Niby oczy cichego upiora spod darni.

Poeci nigdy więcej się już nie spotkali. A serwetki przechowywane są starannie w kredensie Mademoiselle Marceau – prapraprapraprawnuczki właścicielki słynnego salonu.

P.S.

Wielkanoc na Kresach

Andrzej Rejman nadesłał dwa piękne zdjęcia wielkanocne z Petersburga.

2_Wielkanoc_1909_Lesnyj_Petersburg_M_Hrebnicka_i_Konstan 1._Wielkanoc_Petersburg_1909_fot_St_Doktorowicz_Hrebnick

Rok 1909. Zdjęcia wykonał St. Doktorowicz Hrebnicki. Na pianinie grają Maria Hrebnicka i Konstantin. W piętnaście lat później Adam Hrebnicki (Pradziadek, Adam z Raju) tak opisał Wielkanoc w dzienniku:

wielkanoc_zapiski_A_Hrebnickiego_1926

1926

4/IV. Niedziela. Wielkanoc.

W nocy silny przymrozek. Dzień dość słoneczny, choć trochę zmienny.

Na pierwszy dzień Świąt całe Berżeniki jeździły do Dukszt a razem z Zanami do Gierkan do p. Francuzowiczowej i tam najwięcej jedliśmy święcone i piliśmy różne trunki. Szczególnie u p. Francuzowiczowej było piękne święcone na staroświecki sposób.

Każdy sobie narzynał chodząc koło stołu, co mu się żywnie podobało.

…młodzi troszkę tańczyli.

Jadąc w tamtą stronę na saniach łąkami bez dróg – wywróciliśmy się jeden raz, a z Dukszt do Gierkan z Władkiem* – drugi raz – ale oba razy zupełnie szczęśliwie bez żadnych uszkodzeń i potłuczeń. Do Berżenik wróciliśmy zupełnie w nocy pośród ciemności, bo ani księżyca nie było i gwiazd.

W Berżenikach była też Kalicka… przegrałem 3 partie w szachy Czesławowi Kalickiemu.. (pisownia oryginalna)

5/IV Poniedziałek

Przyjęcie dziś, na drugie Święto był w Berżenikach. Oprócz nas, Mani, Kalickich byli z Dukszt p.p. Zanowa, Hala, Musik (Tomasz Zan junior) i p. Marjanowa Kwintowa.

Jedliśmy, piliśmy i hałasowaliśmy niemało.

*Władysław Stankiewicz – późniejszy profesor weterynarii SGGW w Warszawie

przepisy_zeszyt3   przepisy_zeszyt2

I jeszcze przepis na mazurek, wprawdzie po czasie, ale nadal – cóż to za przyjemność czytać te przepisy.

Z zeszytu przepisów Heleny z Zanów Stankiewiczowej – na okładce zeszytu napis: “Te oto przepisy dostałam od Panny Wandy Makarow, w roku 1926.11.IX w Duksztach kiedy byłam jeszcze Zanówna. H. Stankiewiczowa”

Mazurek cygański (dopisek: doskonały)

orzechy
migdały
rodzynki
morele
śliwki suszone
skórka pomarańczowa (ew.)

powyższe – po jednej szklance

wszystko drobno pokrajać

jaj 10 sztuk

cukru – półtorej szklanki
zapachy – 1 cytrynowy
mąki – 1 szklanka pszennej
mąki kartoflanej – 4 łyżki

Oddzielić żółtka od białek.
Z żółtek z cukrem ukręcić gogel-mogel.
Wsypać mąkę, pokrojone bakalie i zapach,
poczem ubić pianę z białek
a kiedy dobrze ubita będzie wymieszać z resztą zawartości

Wyłożyć nasmarowaną blachę papierem,
na to położyć wafle i kłaść ciasto –
poczem wstawić do gorącego pieca.
Próbować patyczkiem – kiedy suchy i rumiany
to już będzie gotowy.

Piec jakieś 20-30 minut.

***
I na zakończenie link kolejnego filmiku z Krystyną Stankiewicz “Wielkanocne przysmaki z Kresów” – autor nakręcił go trzy dni temu!

Na Wielkanoc

Anna Dobrzyńska

„A OTO JA JESTEM Z WAMI PRZEZ WSZYSTKIE DNI, AŻ DO SKOŃCZENIA ŚWIATA”

bazie2

Kiedy wpisałam w Google – symbol łączności z wiedzą absolutną XXI wieku – hasło: WIELKANOC, po przejściu na „grafikę” zobaczyłam nieskończoną ilość kurczaczków, zajączków i kolorowych jajek. Wszystko bardzo ładne, w pastelowej kolorystyce, jaśniutkie, świeżutkie, w różnych konfiguracjach. Do najciekawszych należały moim zdaniem: zając z kurczaczkiem na głowie, dwa jajka w kapeluszach na plaży i trzy kurczaczki w czapkach. To bardzo sympatyczne zwierzątka, stworki, przyjemnie mi się zrobiło tak patrząc na nie ale poczułam – „niedosyt” – po tym googlowskim zobrazowaniu mi Świąt Wielkiej Nocy.

MOJA WIELKANOC NA KRÓLEWSKICH WYSPACH…

Kiedy mieszkałam w Wielkiej Brytanii i prowadziłam bardzo zabawowe życie studenckie, z trójką przyjaciół – Polaków pojechałam na wycieczkę do Liverpoolu. To był Poniedziałek Wielkanocny. Niczym słynna „czwórka z Liverpoolu” podążaliśmy ulicami miasta, po których pół wieku wcześniej rozhisteryzowane fanki biegały za gwiazdami z zespołu The Beatles, zwiedzaliśmy słynne Docki, niemieckiego U-Boota zatopionego w czasie II wojny światowej, muzeum „Żuków” – ikony i podwaliny Rock&Rolla, i neogotycką katedrę St. Jamesa.

Weszliśmy do katedry. W kruchcie przywitała nas wielokolorowa tablica w różnych językach. Zdanie w języku polskim było jako pierwsze, na samej górze – poczuliśmy się „docenieni”, co wprowadziło nas w jeszcze lepsze humory. Weszliśmy do środka… W nawie kościoła był sklep, taki z koszykami i półkami, nad nim – restauracja… Parę osób robiło zakupy, parę osób siedziało przy stolikach… Poza nimi i naszą czwórka – nie było nikogo… Była promocja hamburgera albo innego dania, bo stał baner informujący o tym wydarzeniu. Trochę już mieszkaliśmy w Wielkiej Brytanii więc takie widoki nie były dla nas nowością… W prezbiterium nie było śladu życia. Okazałe przestrzenie, rzeźby, ołtarz – a wszystko jakby właśnie oddane, po zakończonej budowie. Jakby nigdy tam nikogo nie było. Jakby nigdy tam się nic nie wydarzyło… Nic. Pustka. Gdzieś w tej pustce stała pieta – Maryja podtrzymująca martwe ciało Jezusa… To było bardzo smutne. Poczułam wtedy taką wielką biedę. Biedę? W Anglii? Przecież to właśnie tam masowo wyjechali Polacy dla pieniędzy, przecież to tam są benefity, dodatki do pensji, dofinansowanie na studia, przecież to funt ma pięciokrotne przebicie do złotówki… A jednak…

WIELKANOC W POLSCE…

Jakoś mimowolnie przeniosłam się myślami do Polski, do polskich kościołów, gdzie w tym momencie tętni życie. Cały dzień ludzie gromadzą się na odprawianych prawie o każdej porze mszach świętych. Grób Pański jest już pusty, figura zabrana – Chrystus zmartwychwstał! Alleluja! Wokół grobu ustawione kwiaty, dekoracje. Poprzedniego wieczoru tłum gromadzi się w kościele. Jest zupełnie ciemno, ludzie trzymają świece. Wchodzi procesja z palącym się paschałem, od którego ludzie zapalają ogień i podają go dalej. Robi się coraz jaśniej i jaśniej aż w końcu jest zupełnie jasno, wtedy zapala się lampy. Ciemność – jasność; jako symbol Słowa Bożego, które rozświetla duszę człowieka.

W ciągu całego dnia, na białym obrusie ludzie stawiają święconki z pokarmem, które ksiądz poświęcił. W koszyczku – obowiązkowo – jajka, czasem – pluszowy kurczaczek, symbol nowego życia. Opuścił skorupkę i jego życie nabrało zupełnie innego wymiaru. Cały dzień na ulicach widać ludzi ze święconkami. Moją uwagę zwracają młodzi panowie, ubrani w adidasy, dresy czasem dżinsy, którzy razem z kolegami idą do kościoła. Ich wielkie dłonie trzymają takie małe uszka, małych plecionych koszyczków, wyłożonych białą serwetką z falbanką, przyozdobionych baziami i kolorowymi wstążkami… W Wielki Piątek z kościołów ludzie wychodzą za krzyżem, by przejść ulicami na pamiątkę ostatniej drogi Chrystusa od pałacu Piłata na Golgotę. Czternaście razy przyklękają w momentach kiedy coś się wydarzyło. W Polsce o tej porze jest jeszcze zimno, a wieczorem ciemno. Poprzedniego dnia, podczas Mszy Św. główny celebrant obmywa stopy mężczyznom zgromadzonym przed ołtarzem na znak, że miłość do bliźniego to ofiara i służba. Powtarza ten gest za Chrystusem, który dokonał tego samego, zanim wydany został na mękę. W Niedziele Palmową, święcenie palemek. Na wspomnienie wjazdu Jezusa do Jerozolimy, który był witany przez ludzi machających liśćmi palmy. Palemki z bazi i bukszpanu albo z suszonych kwiatów. W telewizji i gazetach obowiązkowo – news – o wsiach: Łyse czy Lipnica Murowana, które słyną z największych, kilkumetrowych „palemek”. Ponad miesiąc wcześniej – w Środę Popielcową – ksiądz posypuje wiernym głowy popiołem, mówiąc do każdego z osobna: „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. To rozpoczyna trwający 40 dni post, w czasie którego ustawiają się długie kolejki do konfesjonałów. Kolejki po Boże przebaczenie i umocnienie w miejsce własnej słabości.

Popatrzyłam po moich współtowarzyszach wypadu – nie musieliśmy nic mówić, zrozumieliśmy się bez słów. Każdy z nas dokonał takiej samej wycieczki do Polski w myślach…

CHRYSTUS UMARŁ – CHRYSTUS ŻYJE…

Wyznawcy Chrystusa na całym świecie czczą Jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Chrystus umęczony, wyszydzony, zabity, złożony do grobu na trzeci dzień zmartwychwstał. Pokonał śmierć. Pozostawił przesłanie – miłości, miłosierdzia, potęgi przebaczenia, godności i wolności człowieka.

Jezus żył w czasach gdy nie było internetu, pociągów, samolotów, samochodów, telefonów, faksów, laptopów, komórek, maili, radia, telewizji. Nie był bogaty. Nie miał rodziców na wysokich stanowiskach. Nie współpracował z koronowanymi głowami ówczesnego świata. Sam był biedny, poruszał się pieszo, wyjątkowo raz na ośle, który i tak nie był Jego własnością. Nie współpracował z tymi co sprawują władzę. Nie władał językami obcymi. Nie miał dyplomu ani tytułu – profesora czy nawet magistra. Nie miał skomplikowanego zawodu. Nie zrobił powstania, jak niektórzy oczekiwali. Nie poprawił warunków bytowych, tym którzy Go słuchali. Nie przemierzył terytorium większego niż połowa polskiego Mazowsza . Nie miał biznes planu ani funduszy na wypromowanie swojej idei. Nie miał sponsora ani specjalistów od marketingu i PR’u. Zginął na krzyżu, najbardziej okrutną i zarazem najbardziej hańbiącą śmiercią, przewidzianą dla niewolników – jako jeden z wielu…

(…)

Jego przesłanie dotarło do większości zakątków kuli ziemskiej i w każdym jej miejscu ma wyznawców. Jego słowa zostały przetłumaczone na języki ojczyste większości ludzi zamieszkujących cały świat. Jego życie i nauka stały się podwaliną cywilizacji wschodniej i zachodniej. Przez kilkanaście wieków po śmierci, jak nikt inny, był inspiracją dla artystów, którzy malując, rzeźbiąc tworzyli kanony sztuki i kultury. Organizacja, w którą tchnął życie, kościół – istnieje do dziś. Na przestrzeni takiego czasu nie tylko żadna firma nie przetrwała ale całe państwa przestały istnieć. Prezydenci amerykańskiego supermocarstwa, obejmując urząd składają przysięgę na Biblię, zawierającą Jego naukę, a w wielu amerykańskich hotelach w wyposażeniu pokoi jest właśnie ta Księga. Jego życie i nauka stały się tematem wielu rozważań, prądów filozoficznych, sztuk teatralnych, książek, produkcji filmowych, które cieszą się nie gasnącą popularnością.

Ja osobiście bardzo lubię takie sceny końcowe, gdzie widzimy Jezusa współcześnie, tak jak i innych uczestników tamtejszych wydarzeń. Jezus w dżinsach idzie ulicą, kupuje herbatę, wsiada do autobusu, spotyka przechodniów, w których rozpoznajemy z wcześniejszych scen: uczniów – wierzących Jego słowom, nierządnicę o wielkim sercu, która zmieniła swoje życie, celników – nie cieszących się sympatią, liczących każdy grosz, faryzeuszy – uczonych, przedkładających naukę i prawo nad los bliźniego, żołnierzy – będących w pracy, przybijających do krzyża, Piłata wydającego wyrok śmierci i umywającego ręce… Bardzo lubię scenę końcową z musicalu „Jezus Christ Superstar” – gdy Judasz, widzący w Jezusie „przywódcę, któremu się nie udało”, już jako współczesny człowiek, zachwycony nowoczesnością, śpiewa, dając Mu „dobre rady”.

To mi przypomina słowa bł. Ks. Jerzego Popiełuszki, wygłoszone do ludzi zgromadzonych na warszawskim Żoliborzu przed kościołem Św. Stanisława Kostki, w czasie stanu wojennego w Polsce:

[…] Nasze cierpienia, nasze krzyże możemy ciągle łączyć z Chrystusem, bo proces nad Chrystusem trwa. Trwa proces nad Chrystusem w Jego braciach. Bo aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin. Zmieniają się metody, ale sam proces nad Chrystusem trwa. Uczestniczą w nim ci wszyscy, którzy zadają ból i cierpienie braciom swoim, ci, którzy walczą z tym, za co Chrystus umierał na krzyżu. Uczestniczą w nim ci wszyscy, którzy usiłują budować na kłamstwie, fałszu i półprawdach, którzy poniżają godność ludzką, godność dziecka Bożego, którzy zabierają współrodakom wartość tak bardzo szanowaną przez samego Boga, zabierają i ograniczają wolność.”

                                                                                    26-IX-1982

Czasy się zmieniają, technika się zmienia, moda się zmienia ale życie jest wciąż takie samo. Zawsze są biedni i bogaci, dobrzy i źli, zdrowi i chorzy. Małżeństwa szczęśliwe i nieszczęśliwe, dzieci chciane i niechciane, krzywdzący i pokrzywdzeni. Żądni władzy i pieniędzy, spragnieni sprawiedliwości i pokoju, pokój kończący się wojną i wojna kończąca się pokojem… można wymieniać tak bez końca… Nauka Jezusa jest wciąż aktualna bo dotyczy życia… a nie tego co je otacza.

„Co z tego, że mamy XXI wiek i coraz lepsze techniczne cywilizacje, kiedy nie potrafimy dotrzeć do drugiego człowieka, a rozwój emocjonalny i duchowy większości ludzi pozostaje w epoce kamienia łupanego” – powiedział Woody Allen, a mi uśmiech na twarzy się pojawia, gdy widzę jego oblicze i słyszę to zdanie, bo lepiej ująć się nie da. J

Triduum Paschalne kończy się Zmartwychwstaniem. Wielkanoc to święto zwycięstwa. Zwycięstwa – życia nad śmiercią, dobra nad złem, Jezusa nad szatanem. To najbardziej radosne i zarazem najważniejsze święto w kalendarzu chrześcijanina. A „szatan boi się ludzi radosnych” – jak powiedział św. Jan Bosko.

“Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?” On mu odpowiedział: “Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy”.

/M, 22,34-40/

Życzę wszystkim, bez względu na wyznanie, bądź jego brak – dużo miłości, przebaczenia, zrozumienia w każdej chwili życia. Życzę wszystkim aby na swej drodze życiowej tej „odświętnej” i tej poprzez – „codzienność” – spotykali ludzi, którzy potrafią kochać, rozumieć, przebaczać, budować a nie niszczyć. Budować na prawdzie, wolności i godności człowieka.

Chrystus Zmartwychwstał – Alleluja!

Obudźcie się!

Pobudka, idzie wiosna …

Z okazji święta wiosny, tym razem – bardzo krótko.

Ponieważ G., moja muza, opier.., tfu, tfu… zbeształa mnie, iż moje życzenia wiosenne oraz zimowe są od pewnego czasu przydługie, dlatego, tym razem, bardzo krótko: obudźcie się, schowajcie noworoczne i karnawałowe przebrania, idzie wiosna !!!

Grażyna & Ryszard Dąbrowscy

P.S. Obiecuję poprawę/pogorszenie, jak dożyjemy – życzenia z okazji przesilenia zimowego będą nieco dłuższe.

P.S.2. Nie muszę chyba dodawać, iż te powyższe życzenia podobnożyczeniowe, to życzeniawielkanocne.

wiosnard

Na Dzień Kobiet

Anna Dobrzyńska

”W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet, a jednak właśnie ten dzień się pamięta (…)”

warszawadzienkobiet (1)

Wraz z końcem epoki PRL skończyły się czasy „oficjałek”, na których to, w zakładach pracy wręczano kobietom goździki, tulipany i rajstopy – czasem mydło, ręcznik lub ścierkę. I choć oficjalnie święto zniknęło z agendy przedsiębiorstw to zwyczaj jakoś pozostał …

(Nie)istniejące święto kobiet…

No bo jak tu nie dać kwiatka koleżance z pokoju, z którą się siedzi „biurko-w biurko”, dzieli się sprawy zawodowe, a często i domowe, a czas spędzony razem niekiedy przewyższa czas spędzony z własną żoną? Jak nie dać kwiatka i nie poczuć się głupio, że wcześniej dawało się tylko dlatego, że było trzeba? W  końcu jak zrezygnować ze zwyczaju, który sprawia, że przez jeden dzień w roku,  wśród natłoku firmowych spraw, nagle najważniejsze stają się kwiaty i kobiecy uśmiech?

Choć święto kobiet słusznie kojarzy się z epoką socjalizmu, to wcale nie komuniści byli tymi, którzy jako pierwsi w historii postanowili uczcić kobiecość tak bardzo by podnieść ją do rangi święta.

Dawno, dawno temu… 

warszawadzienkobiet (2)Matronalia

Już w starożytnym Rzymie, kobiecość była świętowana podczas tzw.: Matronaliów. Święto obchodzone było 1 marca i dotyczyło tylko zamężnych kobiet. W tym dniu kobiety prosiły boginię Junonę o szczęście w życiu rodzinnym. Bogini ta była żoną – Jowisza, najwyższego z bogów, sama zaś opiekowała się życiem kobiet, w tym także życiem seksualnym i macierzyństwem. Damy, zwane wówczas matronami,  udawały na Eskwilin – jedno z siedmiu wzgórz rzymskich,  gdzie znajdowała się świątynia owej bogini. Tam, w gaju, składały w ofierze kwiaty i modliły się o szczęście małżeńskie a po powrocie do domów, wydawały poczęstunek dla swoich – niewolników.  Mężowie natomiast obdarowywali swoje drugie połówki prezentami, spełniali ich życzenia i pragnienia. … Historycy właśnie w tym święcie upatrują korzeni współczesnego Dnia Kobiet.  Kolejna epoka – średniowiecze, odcinająca się „grubą kreską” od starożytności zapomniała o tym święcie i dopiero w XX wieku tradycja wróciła do łask za sprawą amerykańskich sufrażystek i robotnic. Początkowo miało ono jednak inny wymiar. Kobiety walczyły o prawa wyborcze.
 
Święto Kobiet w XX wieku…  

warszawadzienkobiet (3)

Demonstracja sufrażystek w Nowym Jorku, 6 maja 1912 r. Wikimedia Commons

Po raz pierwszy – to święto obchodzono w USA – 28 lutego 1909 roku. Rok później Międzynarodówka Socjalistyczna ustaliła Dzień Kobiet, który miał być obchodzony na całym świecie – nie podała jednak konkretnej daty tego święta. W kolejnym roku, Dzień Kobiet był obchodzony w Austrii, Niemczech, Dani i Szwajcarii. Był to dzień, w którym kobiety domagały się już nie tylko przyznania im praw wyborczych ale też zaprzestania dyskryminacji w miejscu pracy a przed wybuchem I wojny światowej był to także dzień manifestacji przeciw-wojennych.

Sufrażystki w Krakowie – Dzień Kobiet 1911 r. Wikimedia Commons

Bolszewicy, Święto Kobiet i Socjalizm…

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał  dopiero gdy hasła –  „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie,  właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje pań miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR  z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych – Dzień Kobiet – stał się ważnym elementem propagandy a trzydzieści lat później, w 1965 roku został ustawowo dniem wolnym od pracy.

warszawadzienkobiet (5)Kobieca demonstracja w Piotrogrodzie

Partia, Kobiety i Film…

W  Polsce, w połowie lat 40 o względy kobiet zaczęła zabiegać PPR. Było to konsekwencją powojennej zapaści demograficznej i przewagi kobiet w społeczeństwie. Kobiety stanowiły więc potężny elektorat dla ubiegającej się o zwycięstwo w nadchodzących wyborach Partii Robotniczej. Partia zabiegała o członkostwo pań w swoich szeregach a także postawiła sobie za priorytet zwalczenie bezrobocia wśród kobiet. Wobec braku mężczyzn naturalnym procesem było włączenie kobiet do prac w przemyśle, co komuniści propagandowo przedstawiali jako ich zasługę w od dawna oczekiwanym „równouprawnieniu kobiet”. „Kronika Filmowa’ i ówczesna prasa z lubością eksponowała panie pracujące w tzw. „męskich zawodach” – traktorzystki, murarki a nawet hutniczki i górniczki.

warszawadzienkobiet (6)Hanka Ruczajówna – murarka, bohaterka „Przygody na Mariensztacie”

Nie zabrakło filmowych bohaterek – „kobiet pracujących” jak np. Hanka Ruczajówna, która własnymi rękami buduje nowe osiedle w bardzo sympatycznym filmie „Przygoda na Mariensztacie”, a także bohaterek autentycznych – jak Magdalena Figur, słynna dziewczyna na traktorze czy Leokadia Kubanowska – policjantka, kierująca ruchem ulicznym, słynna na całą Polskę, a zwana poufale  – „Lodzią”. Obie panie nie były wytworami propagandy a jedynie mocno przez nią podchwycone.

Autentyczne celebrytki socjalizmu…

Pani Magdalena była pasjonatką techniki i motoryzacji, jako pierwsza kobieta -ukończyła kurs samodzielnego kierowcy traktora w 1949 roku, po czym stanęła na czele pierwszej brygady traktorzystek i została przodownikiem pracy, osiągając tym samym lepsze wyniki od nie jednego mężczyzny. Jej wkład w „budowanie socjalizmu” został doceniony i pani Magdalena została uwieczniona na słynnym plakacie, pod którym widnieje podpis: „Młodzieży – naprzód do walki o szczęśliwą, socjalistyczną wieś!”

warszawadzienkobiet (7)

Magdalena Figur. Wikipedia Commons

Pani Leokadia natomiast była siedemnastoletnią dziewczyną, gdy nastało wyzwolenie. W Warszawie była sama, mama dziewczyny była w obozie koncentracyjnym a siostra na robotach w Niemczech. Za namową sąsiada zwróciła się do Komendy Milicji Obywatelskiej o przyjęcie do pracy. Wkrótce stała na skrzyżowaniach Warszawy, ubrana w wojskowy szynel, uzbrojona w karabin i strzegła ruchu.  Młoda dziewczyna budziła sympatię w warszawiakach, kilku kochało się w policjantce, czasem z okien przejeżdżających samochodów rzucane były pod jej stopy kwiaty. Propaganda przedstawiała ją jako symbol emancypacji kobiet możliwej jedynie za sprawą socjalizmu. Młoda, pochodząca z prowincji,  nieśmiała dziewczyna stała się niekwestionowaną gwiazdą ówczesnych mediów. A w 1948 roku dostała zaproszenie na bal sylwestrowy, na którym zatańczył z nią sam premier Cyrankiewicz.

warszawadzienkobiet (8)

Warszawa, 1 marca 1948. Milicjantka Leokadia Kubanowska zwana Lodzią pomaga pchać samochód Chevrolet. Fot PAP

Święto Kobiet – light…

warszawadzienkobiet (9)

Tulipany z metalowego wiadra. fot. Zbigniew Kosycarz/KFP

Po okresie stalinowskim propaganda nieco zelżała a święto przybrało zrytualizowane formy ze znacznie mniejszym „zadęciem” niż w minionej epoce. W zakładach pracy organizowano uroczyste akademie, wręczano kwiaty, czekoladki a nawet zaproszenia do teatru. W kolejnych latach miały miejsca spotkania władzy z przedstawicielkami środowisk pracowniczych. Zmienił się też wizerunek „kobiety na topie”. Miejsce przodownicy pracy zajęła kobieta – posiadająca jakieś unikalne umiejętności czy talenty. Godnymi wywiadów, ukazujących się na łamach prasy w dniu 8 marca były np.: Teresa Wierzbicka – płetwonurek, pierwsza Polka, która nurkowała pod lodem czy Krystyna Terlikowska – trenerka lwów. Informacją w gazecie doceniano też zwykłą życzliwość kobiet: „Miła, szybka, dla wszystkich jednakowo uprzejma jest Franciszka Skowronek , bufetowa w barze Lotos na Chełmskiej” – tych, którzy nie czują klimatu zachęcam do obejrzenia sceny z baru Apis w słynnym „Misiu” – Stanisława Barei. W latach siedemdziesiątych gierkowska propaganda sukcesu wykorzystywała 8 marca do informowania o ile wzrosła produkcja pralek czy ilość sklepów w danym mieście a także, o możliwości nabycia sklepach WSS Społem „praktycznego upominku– np.: bluzki importowanej z Egiptu”.

warszawadzienkobiet (10)
Tak zwana „oficjałka” i kwiatek

Sztandar PZPR wyprowadzić…

Święto zrzuciło komunistyczną etykietkę i nie odeszło w zapomnienie wraz z rozwiązaniem partii.  Obecnie w Polsce – 8 marca – jest uznawany jako święto, tak jak i w wielu innych krajach. Kwiaty nadal są wręczane paniom w miejscach pracy nie tylko prywatnie ale w dużej mierze zwyczaj ten obecnie jest już na nowo przejęty przez „kadry zarządzające”.

…goździki, rajstopy, komuniści, sufrażystki, bolszewicy, rewolucja… – a najpiękniej o Dniu Kobiet zaśpiewał Maciej Maleńczuk, a ja się do tych życzeń dla wszystkich Pań przyłączam:

W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet,
A jednak właśnie ten dzień się pamięta,
Doprawdy składam tę wiązankę Tobie,
Z wyrzutów sumienia…

Niech że na gorsze nic już nigdy się nie zmieni,
I nic nie każe Ci być twardą i bez wad,
Miej zawsze dużo dobrych rzeczy do jedzenia,
Bezpieczny własny świat…

Cóż, jeszcze tylko bukiet szczerych chęci,
Co nie jest więcej wart niż ćwiartka w bramie,
Niech nic już nigdy złego się nie święci,
Święte niech – święci się…

Nie telep się samotnie w czterech ścianach,
W każdy odgłos się nie wsłuchuj jak ten pies,
Niech tylko słońce w Twoje okno skośnie wpada,
Nie tylko ciągle deszcz…

A życie Twoje niechże będzie żywe,
I pełne miłych, żywych niespodzianek,
I nie bierz dobrych monet za fałszywe,
Mimo że, mimo że…

Ubieraj się w kolory – nie na czarno,
I niech telefon dzwoni bodaj cały dzień,
I nie trać wiary – niech na Twoją przyszłość całą,
Nie padnie nigdy cień…

W tym dniu nieistniejącym Święta Kobiet…

Święty Walenty, święty Walenty…

Ewa Maria Slaska

…serce zgubiłam pod miedzą…

Dziś niedziela, dzień świętego Walentego, lekarza i biskupa, opiekuna żołnierzy rzymskich, skazanego na śmierć za wiarę w Jezusa. Jak Ligia i Winicjusz, jak Ursus, jak pochodnie Nerona…  Dzięki Sienkiewiczowi wiemy całkiem sporo o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie, o Neronie, który spalił miasto, by móc opiewać katastrofę… Sienkiewicz ukształtował naszą zbiorową wyobraźnię, dał nam poczucie wielkości wiary chrześcijańskiej jako naszego wspólnego dobra, jako niezbywalnego elementu polskości. Brały w tym procesie udział i inne polskie dzieła, w tym może przede wszystkim wielka kurtyna Siemiradzkiego…

Malarz stworzył ją w roku 1876, a Wikipedia twierdzi, że inspiracją była mu powieść Kraszewskiego Rzym za Nerona. Scena przedstawia ogród Złotego Domu, siedziby Nerona. Cesarz właśnie wchodzi, za chwilę rozpocznie się widowisko…

Podobno malarz chciał sprzedać kurtynę carowi Aleksandrowi za 50 tysięcy rubli, nadmienił zresztą, że gotów jest przyjąć zapłatę w ratach, ale mimo to władca jakoś nie kwapił się do zakupu. W roku 1879 artysta przekazał więc obraz powstającemu właśnie Muzeum w Sukiennicach. Kurtyna była pierwszym obiektem w nowym muzeum.

Walenty miał szczęście i nie zginął aż tak “malowniczo”, po prostu go ścięto, ale za to otoczyła go legenda zgoła romantyczna. A było tak… W III wieku naszej ery cesarz Klaudiusz II Gocki zabronił młodym mężczyznom zawierania małżeństw, uważał bowiem, że posiadanie rodziny osłabia zapał bojowy legionistów. Biskup Walenty z Terni udzielał im jednak ślubów, oczywiście chrześcijańskich. Podobno były to bardzo szczęśliwe małżeństwa. Biskupa pojmano i wtrącono do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce nadzorcy. Dziewczyna miała dzięki miłości odzyskać wzrok. Sława tego cudu rozeszła się szerokim echem wśród wiernych, a cesarz skazał biskupa na śmierć. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku. Walentego pochowano w Terni, a jego grób już w IV wieku otoczony był kultem. Papież Juliusz I wybudował nad grobem bazylikę. Walentego uważa się za opiekuna epileptyków i patrona zakochanych.

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy, niekiedy fanatycznie wręcz, przekonani, że rozpowszechnienie kultu świętego Walentego jako patrona zakochanych to komercyjne interesy kwiaciarzy, a zwyczaj narzucili nam ohydni kapitaliści amerykańscy.

Ciekawe, jak niektóre przekonania przenoszą się bez najmniejszej zmiany z jednego systemu do drugiego. Ohydny kapitalizm amerykański to retoryka innej epoki, nigdy przez nas tak naprawdę nie akceptowana, nie wiadomo więc dlaczego ożyła tak wspaniale przy okazji Halloween i obchodów świętego Walentego, skoro te upowszechniły się w Polsce dopiero po zmianach ustrojowych.

Od wielu lat bezskutecznie usiłuję “odczarować” dzień ku czci Walentego jako święto z tradycjami i ważny element naszej kultury…

Bo na przykład Ofelia śpiewa taką oto piosneczkę (Hamlet, akt IV, scena 5):

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning betime,
And I a maid at your window
To be your Valentine.

***
Walenty jako patron dwornych figlów pojawia się u Samuela Pepysa czyli w Londynie XVII wieku. Pepys był jako żywo wzorem urzędnika, może nawet pierwszym zawodowym urzędnikiem słynnej angielskiej Royal Navy, na pewno był rozpustnikiem, nie przepuszczającym żadnej spódniczce, zwłaszcza tej z niższego stanu, i nie gardził łapówkami (zresztą kto wtedy gardził łapówkami?), ale nic mi nie wiadomo, jakoby miał być amerykańskim kapitalistą…

O zwyczaju obchodzenia dnia św. Walentego, kiedy to mężczyźni i kobiety wybierali sobie na ten dzień kawalera lub damę, Pepys pisze kilkakrotnie, po raz pierwszy w roku 1660. Angielski wydawca Dzienników dodaje, że był to w owym czasie zwyczaj powszechny, ale że to właśnie u Pepysa znaleźć można najlepszy opis tych zabaw. Kilkakrotnie Pepys zapisze w Dzienniku, że, jak to jest w zwyczaju, już w przeddzień w zaprzyjaźnionym towarzystwie wybierano sobie “walentynów” i “walentynki”. Czasem miało się kilka “dam” albo kilku “kawalerów”, których odwiedzało się rano, przynosząc prezenty lub pieniądze. Czyli tak, jak śpiewała Ofelia: All in the morning betime.

14 lutego 1661 roku pan Pepys zostaje “kawalerem” pani Małgorzaty, a jej mąż, sir Batten, zostanie “walentynkiem” pani Pepysowej. Wieczorem wesołe towarzystwo będzie biesiadowało na jachcie pana Browna, który jest szwagrem pana Battena. Przy tej okazji Samuel zapisze, że jego żona tego dnia po raz pierwszy weszła na pokład statku.

Dworna asysta nie ograniczała się zresztą tylko do 14 lutego, bo jeszcze do końca miesiąca kawalerowie i damy świadczyli sobie grzeczności i dawali podarunki. W tym roku dopiero w kilka dni później Pepys zabierze swoją “walentynkę” do miasta i kupi jej tuzin par rękawiczek, sześć par haftowanych i sześć gładkich. Na co 22 lutego pan Batten przyśle Elżbiecie Pepysowej sześć par rękawiczek, jedwabne pończochy i podwiązki. Pepys zauważa z zadowoleniem, że w niedzielę w kościele Małgorzata miała rękawiczki, które jej podarował.

W roku 1662 Samuel nie chce być znowu “walentynkiem” Małgorzaty, a to dlatego, że stosunki pomiędzy oboma panami bardzo się popsuły.

W 1663 roku Pepys nie jest zadowolony z wyboru “walentynki” i, jak się zdaje, tego dnia nie bierze udziału w żadnej zabawie, a w każdym razie nic o tym wspomina. Pisze natomiast, że zjedli z żoną na kolację parę kaczek. W rok później poszli na kolację do wujka i rozmawiali z ciotką o zaletach kociołka miedzianego do gotowania mięsa, ale i w tym roku nie obchodzili chyba dnia świętego Walentego.

W roku 1665 oboje, i Pepys, i jego żona, znowu świętują ten dzień. Kawalerem pani Pepys zostaje młody chłopak, Dicke Pen, którego i Pepys miałby ochotę pocałować, a damą Samuela jest żona niejakiego pana Bagwella. Pepys ma jednak dużo pracy i nie traci czasu na zabawy. Zresztą poprzysiągł, że nie będzie marnotrawił czasu, sił i pieniędzy na hulanki. W rok później w dniu świętego Walentego Pepys odwiedza malarza (paynter), pana Halesa, i postanawia zamówić u niego portrety swój i żony. Jak się też i stało – obraz znajduje się obecnie w Galerii Portretu w Londynie.

Wieczorem tego dnia Samuel i jego żona idą na tańce, ale nie wiadomo, czy ot tak sobie, czy z okazji wesołego dnia. W następnym roku “mały” Will Mercer i sam Samuel są “walentynami” pani Pepys. Mercer podarował jej własnoręcznie wykonany obrazek – bardzo udatny – jej imię złotymi literami namalowane na błękitnym papierze. Mąż zaś kupił małżonce jakiś prezent, nie wiadomo jaki, który, jak zapisał, kosztował go “5 L”. Liwrów? Wieczorem towarzystwo bierze udział w “posiedzeniu” u payntera, malującego portret pani Pepysowej. Pepys zabawia się trochę z panią Pierce i z góry wie, że będzie go to niestety kosztowało. Bo, dodajmy na marginesie, Pepys jest wspaniałą mieszaniną skąpca i rozrzutnika, przy czym z reguły skąpi na żonę, a “rozrzuca” dla siebie.

Z kolei w rok później “Mercerka” jest walentynką Pepysa, który daje jej w prezencie złotą gwineę, natomiast jego kuzyn (cozen) zostaje “walentynem” pani Pepysowej. Jednak i Samuel musi się z tej okazji wykosztować na pierścionek dla żony z “tureckim kamieniem”, za który przyjdzie mu zapłacić ze 4 lub 5 “L”. Ponadto ma jeszcze wieczorem schadzkę z Doll Lane, która też się uważa za jego “walentynkę”. I wreszcie kupuje kilka prezentów córeczce pani Pierce, która go wylosowała jako swojego “kawalera”.

W roku 1669, ostatnim, kiedy Pepys prowadził swój dziennik, dowiadujemy się, że był “walentynem” pani Turnerowej. Kupuje jej zielone pończochy jedwabne, podwiązki, błyszczące, żółte rękawiczki i jedwabne sznurowadła, co w sumie kosztowało go 28 szylingów.

***

I jeszcze jedno kulturowe odniesienie do świętego Walentego – słynny Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock), jeden ze stu najważniejszych filmów w historii kina światowego, australijski dramat filmowy z roku 1975 w reżyserii Petera Weira. Piknik to opowieść o kilkunastu uczennicach, które wraz z nauczycielkami udają się w dzień św. Walentego 1900 roku na piknik, a kilka z nich w tajemniczy sposób znika.

Wikipedia podaje kilka ciekawostek związanych z produkcją filmu:

  • Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

  • Wbrew powszechnemu przekonaniu film oraz książka, na której podstawie powstał, nie są oparte na faktach. Zawarte weń wydarzenia zostały wymyślone przez autorkę książki, Joan Lindsey. W pierwotnej wersji powieści Lindsey zawarła nawet rozdział wyjaśniający, co wydarzyło się z zaginionymi, ale usunęła go w wyniku sugestii wydawcy, by nadać książce większą atmosferę tajemnicy. Wycięty rozdział został wydany po śmierci autorki jako The Secret of Hanging Rock.

  • Akcja filmu rozgrywa się w sobotę 14 lutego 1900 r., w rzeczywistości w ten dzień wypadała środa.

Przyjemnej niedzieli!