Tysiąc dróg do Mekki 1

Lech Milewski

Thousand.roads.to.mecca.jpgLink

Ta książka to zbiór 23 relacji o odbytej pielgrzymce do Mekki – KLIK.
Nie znalazłem żadnej informacji o Michaelu Wolfe, który dokonał selekcji materiału do książki i nie potrafię odgadnąć kryteriów, jakimi się kierował. Niezależnie od tego trzy relacje zwróciły moją uwagę.

Trafiłem na tę książkę “od kuchni” a właściwie od pralni, podczas lektury książki Washerwoman’s Dream.
Praczka w Mekce, australijska praczka – to zapowiadało się interesująco. To co wyszło w praniu przewyższyło moje oczekiwania.

Jeszcze jedno – patrząc na listę 23 relacji zauważyłem, że na rok 1927 przypadają dwie – Winifred Stegar z Australii i Muhammada Asada z Galicji.
Z Galicji, w roku 1927, Muhammad – o kogo chodzi? Jak to o kogo? O Leopolda Weissa ze Lwowa.

Chyba zostaniemy w Mekce trochę dłużej.

Zacznę jednak od Lwowa.
Rok 1900, w rodzinie Akivy Weissa, prawnika z rodziny z rabiniczną tradycją, urodził się syn, Leopold. Chłopiec od dziecka pobierał nauki religijne, znał hebrajski i aramejski.
Gdy wybuchła I Wojna Światowa, 15-letni Leopold uciekł z domu i zaciągnął się do armii austriackiej pod fałszywym nazwiskiem. Ojciec z pomocą policji zdołał go wyciągnąć i zorganizował mu pobyt i naukę w Wiedniu.
W wieku 20 lat Leopold porzucił studia i chwytał się dorywczych zajęć – m.in. pracował w studio filmowym Fritza Langa, przeprowadził wywiad z żoną Maxima Gorkiego.

W 1922 roku przeniósł się do Palestyny gdzie pracował jako free-lancer dla Frankfurter Allgemaine Zeitung.
W Palestynie mocno zainteresowała go tematyka syjonizmu a w szczególności reakcja Arabów na tę ideologię. Frankfurter Allgemaine zlecił mu dwuletni projekt – głębsze zbadanie tematu w okolicznych krajach arabskich.
Efektem była książka i zafascynowanie Islamem oraz sprawami arabskimi.

W roku 1926, w Berlinie, Leopold Weiss ożenił się. Jego żona, Elsa, była znacznie starsza od niego i miała syna z poprzedniego związku. Po kilku miesiącach wraz z żoną  przyjęli Islam przy czym Leopold zmienił nazwisko na Mohammad Asad. Uwaga: arabskie imię Asad znaczy lew – Leo.

Niecały rok później razem wybrali się na pielgrzymkę do Mekki.

Proponuję zacząć wizytę w Mekce zgodnie z miejscowym zwyczajem…

Tylko pielgrzymi byli na pokładzie statku płynącym po Morzu Czerwonym w rejsie z Egiptu do Arabii. Przewoźnik, goniący tylko za zyskiem, załadował statek dosłownie po brzeg, nie troszcząc się zupełnie o wygodę pasażerów.
Zostali upchnięci wszędzie. Na pokładzie, w kabinach, w korytarzach, w salach jadalnych. W magazynach pod pokładem. W każdym kącie boleśnie stłoczone stworzenia ludzkie. W pokorze, z tylko jednym celem przed oczami, znosili bez narzekań te cierpienia.

W tym momencie ja podniosłem oczy – Patna – tam nie było wzmianki o pielgrzymach na pokładzie, chyba nie byliby tak zapatrzeni, żeby nie zauważyć dezercji dowództwa statku.

Opuszczam oczy… tłoczyli się na pokładzie zajęci gotowaniem – przewoźnik nie zapewniał posiłków. Widziałem jak krążyli w te i z powrotem po wodę przenoszoną w puszkach, jak tłoczyli się pięć razy dziennie przy kranach, aby dopełnić obmycia przed modlitwą, jak cierpieli w duchocie kilka poziomów pod pokładem.
Wszędzie widać było siłę wiary, która pozwalała zapomnieć im o cierpienach, gdyż pochłaniała ich myśl o Mekce.

To tu, to tam, co chwila rozlegało się – Labayak, Allahumma, labayak!

Drugiego dnia mężczyźni przebrali się w ihram – dwa niezszyte kawałki płótna. Ten strój ma eliminować obcość, różnice między wiernymi.
Kobiety pozostały w swoich codziennych strojach gdyż ihram odkrywa zbyt wiele ciała.
O świcie trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiego portu Jedda. Jak strzały pomknęły do nas od nadbrzeża żaglówki. Ich szerokość i niezgrabność niemile kontrastowały z pięknem smukłych masztów i żagli.
Zapewne na takiej łodzi, może nieco większej, ale tego samego typu, dzielny podróżnik Sindbad wybrał się na swoje przygody.

Dotychczas wiedziałem, że zamierzam żyć w krajach Wschodu, wśród muzułmanów, ale nie wiedziałem, że mój stary świat się kończy, świat zachodnich idei i odczuć, doświadczeń i dążeń. W tym okresie miałem już za sobą pobyt w wielu krajach Wschodu. Znałem Iran i Egipt lepiej niż jakikolwiek kraj w Europie, Kabul mnie nie zaskakiwał, znane mi były bazary Damaszku i Isfahanu. Szedłem teraz ulicami Jeddy i myślałem – jak trywialne.

Jedda to było jedyne miasto na arabskim brzegu Morza Czerwonego gdzie wolno było przebywać niewiernym.
Po południu następnego dnia ruszyliśmy karawaną do Mekki.
Beduini, obładowane wielbłądy, osły. Czasem mijały nas samochody, pierwsze samochody w Arabii Saudyjskiej. Wyprzedzały nas hałasując sygnałami typu Klaxon. Wielbłądy reagowały bardzo nerwowo na ich dźwięk, chyba czując, że sygnalizują one ich zmierzch.
Po chwili opuściliśmy miasto i zanurzyliśmy w ciszy pustyni, podkreślanej jeszcze przez klapanie wielbłądzich kopyt, okrzyki Beduinów i śpiew pielgrzymów.

Czasem odezwał się śpiew grupki pielgrzymów, czasem jakaś kobieta zaśpiewała pieśń ku chwale Proroka, czasem inna wydała z siebie ghatrafa, ten radosny krzyk arabskich kobiet, bardzo wysoki, przenikliwy tryl, wznoszony przy świątecznych okazjach – ślub, urodziny, obrzezanie, procesje religijne.
Google nie potrafiło znaleźć ghatrafa, ale po pobycie na Bliskim Wschodzie nie mam wątpliwości, że jest to to samo co ululation lub zaghrouta KLIK.

Większość pielgrzymów jechała w dwuosobowych lektykach, które bujały się w rytm kroków wielbłąda.
Nad ranem dotarliśmy do Bahry, gdzie karawana zatrzymała się na porę dnia, gdyż było za gorąco na podróż.
Wiele osób, nie przyzwyczajonych do długich podróży, nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Wiele z nich po prostu siedziało nieruchomo, zapatrzeni w stronę Mekki.

Pod wieczór starszy mężczyzna nieopodal – umarł. Kobiety nie podniosły krzyku, jak to mają w zwyczaju we wschodnich krajach. Wszak zmarł jako pielgrzym, na świętej ziemi, jest błogosławiony. Mężczyźni obmyli jego ciało i ubrali je w ten sam strój, który ostatnio nosił.
Po dwóch nocach wędrówki dotaliśmy do Mekki.

Załatwiłem kwaterę u znanego przewodnika. Po sytym śniadaniu udaliśmy się do Świętego Meczetu. Zatłoczone ulice, stragany, ludzie wszelkich ras i narodowości, nagle znaleźliśmy się przed bramą. Potrójny łuk bramy, a za nim wielki kwadrat placu, otoczony kolumnadami krużganków, a w środku czarny sześcian o boku około 40 stóp – Ka’ba – cel marzeń milionów na przestrzeni wieków.
Widziałem setki przepięknych meczetów, od północnej Afryki do Samarkandy, ale nigdzie nie czułem się tak jak tutaj, gdzie budowniczy zbliżył się tak bardzo do religijnej idei.
Ostateczna prostota sześcianu, całkowite wyrzeczenie się piękna linii i formy przekazywała jego myśl: zarozumialstwem byłoby sądzić, że jakiekolwiek piękno stworzone przez człowieka może być warte Boga. Dlatego im prostsze twoje dzieło, tym bardziej wyrażasz chwałę bożą.

Oto przede mną była ta niewielka budowla, z którą nie może się równać żadna inna na ziemi.
Wnętrze budunku nie ma istotnego znaczenia, w jego wschodnim rogu znajduje się Czarny Kamień w szerokiej srebrnej ramie.
Ten kamień, wycałowany przez miliony pielgrzymów, wywołuje niezrozumienie wśród niewiernych. Uważają go za fetysz przejęty przez Mahometa jako ukłon w stronę pogańskich mieszkańców Mekki. Nic błędniejszego. Podobnie jak Ka’ba, Czarny Kamień jest obiektem szacunku, ale nie czci.
Jest szanowany jako jedyna pozostałość z domu Abrahama i ponieważ dotknęły go usta Mahometa.

I tak stałem przez Świątynią Abrahama nie myśląc (refleksje przyszły później) i czułem w sobie jakiś ukryty, uśmiechający się rdzeń, w którym dojrzewało uniesienie, jak pieśń.

Częścią pielgrzymki jest przejść siedem razy wokół Ka’ba. Więc szedłem i ja, powoli, aż stałem się częścią strumienia ludzi. Minuty mijały i wszystko co było małe i gorzkie w moim sercu, zaczęło je opuszczać. Minuty roztapiały się, czas stanął i oto tu było centrum wszechświata.

Dziewięć dni później Elsa umarła.
Umarła nagle, po kilku dniach ostrej choroby, którą potem zidentyfikowano jako tropikalną dolegliwość. Ogarnęła mnie czarna rozpacz.
Pochowaliśmy ją na piaszczystym cmentarzu w Mekce. Położyliśmy kamień na jej grobie. Nie chciałem żadnego napisu.  Napis oznacza myślenie o przyszłości, a ja nie wyobrażałem sobie żadnej przyszłości teraz.

Niedaleko stąd leżała równina Ararat, na której zbierają się pielgrzymi na przypomnienie Ostatecznego Zgromadzenia, kiedy człowiek odpowie Stwórcy za wszystkie uczynki swego życia.

Po chwili wracałem do Mekki na cwałującym wielbłądzie. Wokół mnie tysiące falujących głów, okrzyki Allahu Akbar. Ci ludzie wyrośli ponad swoje małe życia i teraz ich wiara pcha ich ku nieznanym horyzontom.

Tu kończy się relacja.

Wiara popchnęła Mohammada Asada daleko.

Wkrótce po odbyciu pielgrzymki osiedlił się na dobre w Arabii Saudyjskiej, gdzie został stałym doradcą króla Abdulaziza (znanego na Zachodzie jako Ibn Saud).
W 1928 roku król wysłał go z misją wywiadowczą do Kuwejtu, gdzie brytyjczycy zaangażowali się w budowanie opozycji.
Wywiad brytyjski donosił, że Mohammed Asad miał powiązania z “bolszewikami”.

W 1932 roku Mohammed Asad przeniósł się do brytyjskich Indii, gdzie nawiązał bliski kontakt z poetą i politykiem Mohammedem Iqbalem.
Wtedy właśnie powstawała idea utworzenia Pakistanu, niezależnego islamskiego państwa.

W momencie wybuchu wojny Mohammed Asad jako obywatel austriacki został internowany w obozie.
Po zakończeniu wojny idea Pakistanu stała się ciałem.
Mohammed Asad współpracował w tworzeniu konstytucji pierwszego kraju muzułmańskiego i dołożył starań, żeby zapewniała ona kobietom prawo głosu i prawo zajmowania najwyższych stanowisk w państwie.
Działało to w praktyce – w 1988 roku, czyli jeszcze za życia Mohammeda Asada, Benazir Bhutto została premierem Pakistanu.

W 1949 roku Mohammed został kierownikiem oddziału Bliskiego Wschodu w MSZ Pakistanu, trzy lata później został wysłany do siedziby ONZ w Nowym Jorku jako minister pełnomocny.

W latach 60 Mohammed Asad, żonaty z Arabką Munirą, zakochał się w Poli, Amerykance, polskiego pochodzenia.
Pola zadeklarowała chęć przyjęcia Islamu, Mohammed zaproponował jej małżeństwo.
Tego małżeństwa nie dało się pogodzić z pracą w służbie dyplomatycznej Pakistanu, Mohammed zrezygnował z pracy, rozwiódł się z Munirą (mieli syna – Talal-a) i pobrał z Polą.
Od tego pory spędzał wiele czasu poza Pakistanem.
Ostatecznie osiadł na stałe w Hiszpanii, gdzie zmarł w 1992 roku.

Pamiątki:
Wiedeń: Muhammad-Asad-Platz – Distrikt 22, przed UNO City.
Berlin: Berliner Gedenktafel – Hannoversche Str 1.

Materiały studyjne – 4-częściowy wywiad z Mohammadem Asadem.
Przepraszam, że tak się panoszę z tym tematem. Na jego zgłębienie trzeba by kilku dni. Zachęcam jednak choćby do wysłuchania pozycji 2, to tylko 8 minut, a dla mnie rewelacja.
Niestety posiadane przeze mnie tłumaczenie Koranu na polski nie potwierdza poglądów religijnych Mohammeda Asada.
Wspomina on o niedostatkach tłumaczeń dokonanych przez europejskich orientalistów, oferuje swoje.
Polski tłumacz – Józef Bielawski – wspomina, że tłumaczenie Mohammada Asada jest mu znane. Jednak to nie wystarczyło.

1. Spotkanie ze światem Islamu, tłumaczenie Koranu – KLIK.
2. Opinia na temat wiary, religii, istnienia – KLIK.
3. Koran – KLIK.
4. Grzech, czytanie Koranu – KLIK.

Ciąg dalszy jutro i pojutrze.

Wygięcie jaszczurki

Autor, którego w zeszłym tygodniu zaprezentowałam z codzinnie zapisywaną ręcznie modlitwą, znalazł w kaligrafii pewną krzywą, która, jak mi się wydaje, zbliża go (nas?) do kosmicznej doskonałości. Krzywa ta pojawia się w przyrodzie, w różnych miejscach, na przykład w wygięciu jaszczczurki. Ale nie tylko. Autor odtwarza ją w ogrodzie. Ale nie tylko.

Foto: Ela Kargol & Krystyna Koziewicz

Sam autor napisał o tym tak:

Kierując się wskazówką, że jak coś się robi, należy czynić to konsekwentnie, ćwiczę się w gibkiej linii jaszczurki zwinki. Ornamenty układają się w model z regularnych wzorów. Powstaje taki kieszonkowy kosmos na własny użytek.
Gleicher Text für die deutschen Kameraden:
Einem Hinweis folgend, wenn man etwas macht, sollte man es konsequent tun, übe ich mich in dem Schwung der Linie einer Eidechse. Die Ornamente reihen sich zu einem Modell der regulären Muster zusammen. Es entsteht so ein Kosmos im Taschenformat für eigenen Bedarf.
Foto: Autor

 

Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Barataria aus dem Jahre 1982

Mojej siostrze Katarzynie
Für meine Schwester Katarzyna

Achtung! Kein Video, sonder wunderbare Musik von Anton Garcia Avril und Fotos aus der englischen TV-Serie Great Performances, mit Sir Alec Guinness als Padre Quijote und Leo McKern in der Role des kommunistischen (Ex)Bürgermeisters  von Toboso, der vor seinem Priesterfreund Sancho genannt wird.

Es ist eine schöne Verfilmung eines schönen Buches und ich danke meiner Schwester, die es mir empfohlen hat. Und denke nur – seit zwei Jahren suche ich Don Quijote überall und erst vor ein paar Wochen sagte mir Katarzyna, dass es diesen Roman gibt und dass sie ihn so lieblich findet.

Graham Greene, Monsignor Quixote, Roman, erschien 1982 in New Yorck.
Von links nach recht – amerikanische Erstausgabe, DVD Cover, deutsche Übersetzung in Paperback und der Roman auf Polnisch.

Man schreibt das Jahr 1980, vielleicht 1981 oder 1979. Der Generalissimus ist schon vor ein paar Jahren gestorben, genauer gesagt 1975. Spanien ist demokratisch, aber die Guardia verfügt immer noch über eine Übermacht, besonders wenn man ein entflohener Priester oder überzeugter Kommunist ohne Amt ist. Oder beides. Spanische Guardia civil, gehasste Staatssicherheit-Polizei, gilt in dieser Neubeschreibung der Abenteuer von den Ritter der Traurigen Gestalt und seinem Knappen als schreckliche Riesen-Windmühlen.

Padre Don Quijote, auf Geheiss von einem geheimnissvollen Bishof von Motopo zur Würde eines Monsignores erhoben, hält sich zu einem Nachkommen des Cervantesschen Ritters, obwohl SEIN Bischof, der ihn nicht leiden mag, der andere Meinung vertrit und meint, der wahre Don Quijote wäre eine Romanfigrur, mehr noch – eine Metapher, oder eine Parabel… Lediglich.

Es ist auch Barataria da, die Insel, die es nicht gibt, die auch lediglich eine Metapher, oder eine Parabel ist.

” Vermutlich liegt es am Wein”, sagt Monsignorr Quijote ze Sancho, “aber mir ist sehr warm”.
“Ich spüre die Hitze nicht. Ich finde die Temperatur sehr angenehm. Aber ich trage natürlich auch nicht so einen lächerlichen Kragen”.
“Ein Stückchen Zelluloid, das macht überhaupt nicht heiß, überlegen Sie einmal, was diese Guardia alles trägt. Versuchen Sie selbst, dann werden Sie schon sehen.”
“Gut. Geben Sie her. Wenn ich mich recht erinnere, wurde Sancho Statthalter über eine Insel und ich werde eben, mit Ihrer Hilfe, Statthalter über Seelen”. Er legte das Kollar um seinen Hals. “nein. Sie haben recht”. So heiß ist das gar nicht. Es beengt ein bißchen, das ist alles. Und reib mich wund am Hals. Sonderbar, Padre, ohme Ihr Kollar würde ich Sie nie für einen Padre halten und erst recht nichzt für einen Monsignore.”
“Nachdem Don Quijotes Haushalterin ihm die Lanze abgenommen und ihn von seiner Rüstung befreit hatte, hätten Sie ihn nie für einen fahrenden Ritter gehalten”, sondern nur für einen närrischen alten Mann. Geben Sie mir mein Kollar wieder, Sancho.” (S. 85)

Als sie in einem Restaurant hinter der Plaza Mayor in einem kleinen Patio an der Bar saßen und ein Glas Weißwein tranken, spürte Padre Quijote, wie seine fröhliche Laune zurückkehrte. Vorher, den besuch im Haus des cervantes, der sie 50 Peseten pro Person hekostet hatte, hatte er genossen, nur hätte er gerne gewußt, ob man ihm wohl bei Nennung seines Namens an der Kasse freien Eintritt gewährt hätte. Einige der Möbel stammten tatsächlich aus dem besitz des Biographen, win an den König gerichteter Brief über die Besteuerung von Öl hing an der weißgekalkten Wand, die er sie sich leicht mit Blut bespritzt vorstelklen konnte, als man in jener schrecklichen nacht Don Gaspar de Ezpelatas blutigen Leichnam ins Haus getragen und Cervantes unter dem falschen Verdacht, an seiner Ermordung beteiligt zu sein, verhaftet hatte. “Natürlich hat man ihn gegen Bürgschaft auf freien Fuß gesetzt”, erzählte Padre Quijote, “aber bedenken Sie, Sancho, was es bedeutet, an der Lebensbeschreibung meines Vorfahren weiterzuarbeiten, wenn man weiß, was einem Schreckliches droht. Ich frage mich manchmal, ob es diese nacht war, an die er dachte, als er niederschrieb, wie Ihr Ahnherr nach seiner Ernennung zum Stathalter über eine Insel einem Jüngling befahl, eine Nacht im Gefängnis zu schlafen, und der Jüngling erwiderte: ‘Eure Macht reicht nicht aus, den Schlaf im Gefängnis herbei zuzwingen’. Vielleicht waren es dieselben Worte, die der greise cervantes zu dem Beamten sprach. ‘Angenommen, Ihr werft mich ins Gefängnis, legt mich in Ketten, sperrt mich in eine Zelle, und doch, wenn ich nicht schlafen will, habt Ihr keine Gewalt über mich, meinen Schlaf zu erzwingen’.”
“Die Guardia Civil heutzutage”, sagte Sancho, “die wüßte schon, wie man so was macht. Die würden Sie schnell genug einschläfern, mit einem einzigen Schlag über den Schädel.” Düster fügte er hinzu. “Mir täte ein bißchen Schlaf gut.”
“Ah, aber Ihr Ahnherr, Sancho, der war ein freundlicher Herr, und er ließ den Jungen frei. Und der Beamte tat das gleiche mit Cervantes.” (S.112)

Aus welchem Grund auch immer, schweigt der Padre stur, was Sancho nervös macht.

“Denken Sie daran, Padre”, sagte Sancho, “was für einen guten Statthalter mein Ahnherr abgab. Trotz all seiner Ritterlichkeit und Tapferkeit hätte Don Quijote nie so gut regieren können. Was für ein heilloses Spektakel – ich meine heiliges Spektakel – er auf dieser Insel angerichtet hatte. meinem Ahnen fiel das Regieren genauso leicht wie Trotzki das Kommandieren einer Armee. Trotzki besaß keine Erfahrung, und doch schlug er die weißen Generale. Ach, ich weiß schon, wir sind Materialisten, wir sind bauern und Marxisten. Aber deswegen brauchen Sie uns nicht zu verachten.”
“Wann hätte ich Sie je verachtet, Sancho?”
“Ihrem Gott sei dank, Sie haben endlich wieder zu reden begonnen…” (S. 132/133)

Don Padre wird bald sterben, angeschossen von Guardia Civil.

Seine Stimme aber, die vom Bett herüber drang, klang jetzt fest und kräftig. “Was ich Ihnen anbiete, Sancho, ist nicht Statthalterschaft. Was ich Ihnen anbiete, ist ein Königreich.”
“Ein Königreich?”wiederholte Sancho.
“Geh mit mir, und du wirst das Königreich finden.” (S. 229)

Und jetzt suchen wir Barataria in den nächsten Don-Quijote-Film. Regie Rodney Bennett. Ein netter Film mit guter Musik, der hier zu sehen ist. Also bloss nicht bei Amazon kaufen, wo er zwischen 199,00 und 273,00 Euro kostet! By the way, ab der 14. Minute gefühlte 10 Minuten preist der Film die Vorzüge der polnischen Wodka Wyborowa. Sehr nettes Product Placement 🙂

Der ganze Film: HIER

Und am Ende noch ein Zitat von Shakespeare, dem Greene dem Roman als Motto vorgesetzt hatte:

An sich ist nichts weder gut noch böse, das Denken macht es erst dazu.

W Jerozolimie (Reblog)

Jacek Pałasiński

Tę kulinarną przygodę, to już na pewno opisałem w „Najpiękniejszych słowach”! Ale… Kto czytał odświeży, kto nie czytał – może się zdecyduje?

W 2002 r. byłem za JPII w Jerozolimie. Pobyt w tym mieście zawsze jest magiczny, więc i tym razem, mimo nawału pracy, chodziłem trochę w różowej chmurze, na granicy jawy i urojenia. Obserwowałem błyskawiczną przemianę jednego z polskich dziennikarzy, wówczas mojego redakcyjnego kolegi: z racjonalnego stał się osobnikiem opętanym religijnie i nie przypadkiem stoi dziś na czele organizacji o szlachetnej nazwie, przemienionej w odrażającą szczujnię.

Rozmawiałem – i rozmowy te zapadły mi głęboko w duszę – z Żydami i Arabami; jedni i drudzy obywatele Izraela, tłumaczyli mi dlaczego żyją w apartheidzie i dlaczego poprawne stosunki w pracy nigdy nie mogą przekuć się w stosunki koleżeńskie…

Niejaki R., dziennikarz włoski którego życie toczyło się wyłącznie wokół religii i dlatego przeniósł się na stałe do Jerozolimy, dołączył do naszego międzynarodowego grona watykanistów, pracujących na stałe w Sala Stampa Vaticana. Uważał nas – jak wielu jemu podobnych na całym świecie – za grupę szczególnie uprzywilejowanych wybrańców, dostępujących na co dzień zaszczytu obcowania ze Świętą Stolicą i świętymi purpuratami ją zaludniającymi. On też nie wiedział, że nasze rozmowy będą dla niego szokujące i rozczarowujące.

Ale R. był wprowadzony we wszystkie tajniki Jerozolimy i namówił nas – bez większego trudu zresztą – na wizytę w wyjątkowej restauracji. Prowadził ją irański Żyd, lata po alii, też opętany religijnie.
To była wyjątkowa restauracja, ponieważ działała tylko przez pół roku i na posiłki czekało się bardzo długo, zważywszy, że przygotowywał je i podawał sam właściciel. Wszystko dlatego, że serwowano tam wyłącznie dania wspomniane w Biblii oraz w Misznie i Gemarze. Dlatego przez pół roku Irańczyk chodził po pustyni i po górach, szukając odpowiednich ziół i roślin i trzymał restaurację otwartą do wyczerpania ich zapasów.

Dostać się tam nie było proste, bo oczekiwanie na miejsce przy stoliku trwało miesiące. Ale zrobił wyjątek dla nas z poczucia gościnności wobec „świty papieża”. Poszliśmy tam wieczorem, po pracy, przejęci i podnieceni: cóż to będzie za przygoda, co za wyróżnienie! Zasiedliśmy, a na stół, jedna po drugiej, wjeżdżały dostojnie kolejne miseczki z biblijnymi daniami. Mieliśmy poczucie obcowania z transcendentalnym, atmosfera była uroczysta, że bardziej się nie da.

Nigdy nie zapomnę tej jerozolimskiej kolacji. Również dlatego, że nigdy przedtem, ani nigdy potem niczego równie niesmacznego nie miałem w ustach! Dominowała przykra gorycz i smaki tyleż egzotyczne, co powszechnie uważane za nie nadające się do spożycia.

Potem wielokrotnie wracałem do Jerozolimy i szukałem tego miejsca, chcąc odtworzyć tamten moment. Ale w miejscu, w którym wtedy byliśmy nie było śladu po restauracji, i przechodnie i pracujący opodal urzędnicy pamiętali ją, ale nie wiedzieli, co się z nią stało: czy została zamknięta, czy też może właściciel, religijny Irański Żyd umarł i nikt już nie robi potraw na podstawie Świętej Księgi i przypisów do niej.

Anna Dobrzyńska

„…lecz duszy zabić nie mogą”

Szczęściem pijani, winem upojeni,
Witają wśród siebie Wielkiego Rodaka,
Cztery tysiące lat wyglądany,
W dalekim kraju, jarzmo Polaka.
Przybywa do miasta, niewolą skutego,
W godności królewskiej, nadzieją witany,
Orzeł z Gór, Wyżyn i Szczytów w zenicie,
Najwierniejszym sługą, do końca oddany.
Orzeł po świecie Słowo roznosi,
Wlewa wśród róże światło zbawienia,
A Jego wiara czysta i dumna,
Ziemi, – tej ziemi, oblicze odmienia,
Kwiaty mu sypią, palemki pod nogi,
Jego imieniem zwą swoje dzieci,
Twarz Jego słońcem rozpromieniona,
Lampą dla sług, co w ciemności świeci.
Choć duchy beztroskie i serca otwarte,
A radość sens myślom, głębie odbiera,
Zegar na murze, co wieczność wspomina,
Ostatnie godziny pogody wydziela.
Ostatnie spotkanie, ostatnie spojrzenia,
Ostatnie chwile wspólnego pacierza,
Ostatnia śpiewana wspólnie piosenka,
Ostatnie rozmowy, Ostatnia Wieczerza.
Pośród ciemności, ogrodu, drzew mroku,
Na Skale Bawarskiej Człowiek się modli,
Samotność mu stróżem, lęk głębią, przepaścią,
Najmniejszy szmer trwoży, czas skraca i nagli,
Bracia w purpurze – daleko, posnęli,
Z krwi, ducha, narodu – rąk nie podają,
Chciał z każdym się witać, rękę wyciągał,
Oni mijają, odchodzą, nie znają,
W godzinie szarej się wilki gromadzą,
Demony duszne złem osaczają,
Jeszcze na łańcuchach, jeszcze na uwięzi,
Żelazem dzwonią, zębami szczękają,
Kroki złowrogie brzmią echem marmuru,
Bezwzględna gwałtowność przerywa ciemnicę,
Srebrzysty miecz srogi burzliwie uderza,
Nie ścina ucha, trafia w iglicę.
Niechybnie pojmany, na sąd wystawiony,
I bez przyczyny napastowany
Wie, że wypełnia się to, co spisane,
Sam, osaczony kłamstw, jadu słowami,
I mówią za Nim językiem kłamliwym,
Dawni przyjaciele są teraz wrogami,
Podstępne usta niecne w twarz plują,
Biały Włoch stoi za Jego plecami,
Gniewni niesprawiedliwie winę rzucają,
Obelgi, zniewagi, szydercze uśmiechy,
Niewinni dźwigają grzech winowajców,
I niosą na sobie oskarżeń oddechy.
Szaleństwem, żądzą, pogardą, cynizmem,
Serca ludzkości są tak przelane,
Że sędzia wbrew sobie ręce umywa,
I śmierci hańbiącej wyrok wydaje.
Zasłona rozdarta, ziemia poruszona,
Bohater miliona milionów obrazów,
Życie oddaje, ostatnie westchnienie,
W ofierze się składa na każdym ołtarzu.
Płoną kościoły ogniem paryskim,
Łańcuchy zerwane, świątynia zburzona,
Judasza srebrniki z ręki do ręki,
Sypią na pole, gdzie ziemia krwią chrzczona.
Ciało Chrystusa zmierza ku górze,
Odarte z godności, oblane trwogą,
Nie bójcie się tych, którzy zabijają
ciało,
lecz duszy zabić nie mogą.

Lato 2019. Boże Ciało. Codziennie jeden wiersz (16). Kargol

Ela Kargol

Solemnitas Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi
W oktawę Bożego Ciała

Procesja na mojej ulicy

Boże Ciało w Berlinie nie jest dniem ustawowo „świętym”, ani wolnym od pracy. Dopiero w niedzielę po Bożym Ciele obchodzone są uroczystości z nim związane. Niejeden berlińczyk dziwi się i z ciekawością spogląda. mijając w mieście procesję.

W Berlinie, żeby zmniejszyć koszty utrzymania oraz ze względu na coraz mniejszą liczbę zainteresowanych, dwie lub trzy parafie połączono w jedną. Procesja w mojej parafii odbywała się właśnie w tej drugiej.

Trochę z lenistwa i wygodnictwa poszłam w niedzielę do mojego kościoła i uczestniczyłam w tzw. Ausweichmesse (mszy zastępczej, ausweichen znaczy tyle co ominąć, wyminąć, ustępować, unikać), czyli mszy, która daje mi możliwość uniknięcia długiej procesji. Msza rzeczywiście była krótka, bez kazania.

Wracając do domu, zaskoczona i zdziwiona, usłyszałam z oddali pieśni kościelne i pobrzękiwanie dzwonków. Zdziwienie moje było tym jeszcze większe, gdy zobaczyłam kroczącego dumnie policjanta, a później procesję i jej uczestników: wiernych ze sztandarami, ministrantów z dzwonkami, pana, który pieśni intonował i pana z przenośnym głośnikiem, księdza w otoczeniu asysty niosącego monstrancję pod baldachimem i chłopców sypiących kwiatki, tak chłopców.

Kilka lat temu niedaleko mojego domu pojawił się kościól. Pojawił, bo owszem widziałam głebokie wykopy, nie pamiętam jednak fazy budowy, po krótkim czasie stał już budynek, z wieżą i krzyżem na niej. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, że w czasach, w których w Berlinie kościołów nie przybywa, a wręcz odwrotnie, powstaje nowa świątynia. Kościół pod wezwaniem św. Piotra jest wprawdzie kościołem katolickim, ale takim, w którego obrządku nic się nie zmieniło od 1500 lat, który nie zawsze żył w zgodzie z papieżem i wielu jego kapłanów zostało ekskomunikowanych, łącznie z założycielem bractwa. W tej chwili, śmiem przypuszczać, stosunki z Watykanem są poprawne, skoro buduje się nowe świątynie.
Lefebryści (Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X, łac. Fraternitas Sacerdotalis Sancti Pii X, FSSPX), bo najczęściej ich się tak nazywa, od nazwiska założyciela bractwa, Marcela Lefebvre’a, zarzucają kościołowi katolickiemu laicyzację i neoprotestantyzm, lewactwo i liberalizm. Chętnie nawróciliby wszystkich katolików, tworząc jak najwięcej państw wyznaniowych, „w których rzymski katolicyzm będzie religią dominującą i jedyną akceptowalną i w których inne wyznania pozbawione będą swoich praw publicznych.” (Zob. TU).
Podeszłam do policjanta i mówię, że to jedyna demonstracja na mojej ulicy. Uśmiechnąl się tylko i zatrzymał nadjeżdżające samochody. Chłopcy sypali kwiatki, a dziewczęta, trochę już starsze, te płatki kwiatowe im podawały, gdy wiaderka plastikowe (nie koszyczki!) były puste. W wiadomościach parafialnych przeczytałam, że kilku chłopców przystąpiło w tym roku do I Komunii Świętej. Tylko chłopcy, a gdzie dziewczęta?
Ołtarz był tylko jeden, a nie jak zwyczajowo – cztery. Mieścił się w bramie wjazdowej przy w kościele, przystrojony z „polskim” przepychem. Kapłan podszedł do ołtarza, stanął plecami do wiernych i zaczął celebrę po łacinie.

„FSSPX krytykuje również wprowadzenie do liturgii języków narodowych i usunięcie z niej łaciny, stanowiącej wspólny język dla całego Kościoła, który świadczył o jego jedności i uniwersalności. Księża Bractwa odrzucają również celebrację mszy w stronę ludu, przypomiając, że kapłan, działający w liturgii in persona Christi (w osobie Chrystusa), staje się przewodnikiem zebranego ludu, prowadząc go do Boga i zarazem uobecniając Jego tajemnice. Symbolem tego ma być zwrócenie celebransa w stronę ołtarza. Bractwo, doszukując się wielu uchybień w zreformowanym rycie mszalnym, celebruje wyłącznie mszę w formie nadzwyczajnej (trydenckiej).“
(Zob. TU).

Wierni przyklęknęli, nie przeszkadzał im szum i łoskot autostrady. Ich śpiew był głośniejszy:
Christus vincit, Christus regnat,
Christus, Christus imperat.

Procesja na mojej ulicy

Szli moją ulicą,
z pieśnią na ustach,
sztandarem i baldachimem,
i z ciałem.
Dzwonki pobrzękiwały,
głośnik skowyczał.
Ubrani jak stróż w Boże Ciało,
był upał, słońce mocno grzało.
Wiatr rozwiał płatki kwiatów
rozsypane na ciepłym asfalcie.

Klęknęli przed ołtarzem
w bramie wjazdowej
obok autostrady na Hamburg.
Kapłan na nich nie spojrzał,
odwrócony do boga
łacinę szlifował.

Maj, a w maju komunie…

Ela Kargol

Komunia

„No to będziesz komunistą?”, bardziej stwierdziła niż zapytała mojego wnuka fryzjerka, zabierając się do dzieła. Magnus pytającym wzrokiem popatrzył najpierw w lustro, a potem na mnie. Siedział pokornie w za dużym fotelu w małym zakładzie fryzjerskim na południu Polski w Lachowicach i nie rozumiał znaczenia słów skierowanych do niego. „To chyba będzie pierwszy w rodzinie”, odpowiedziałam za niego.

Z tą komunią zaczęło się już dwa lata temu w Berlinie, kiedy moja córka Marta pomyliła kurs dla „komunistów” ze spotkaniami zastępu harcerzy działającym też przy kościele. Magnus chętnie chodził na zbiórki. Z drużynowym grali w piłkę lub piłkarzyków, łazili po drzewach, jeździli na biwaki. Wtedy Marta się zorientowała, że to nie ten kurs. Na drugi rok była bardziej uważna i Magnus zaczął edukację przedkomunijną w odpowiedniej już grupie. Opiekunka grupy, osoba w wieku pochrystusowym bardzo przejęła się rolą. Odwiedziła wszystkie rodziny, rozdała biblie i przedstawiła plan działania. Ksiądz z kolei podziękował rodzicom za zaufanie w czasach kryzysu i upadku kościoła i nie dziwił się tym, którzy się od niego odwrócili.

No i się zaczęło. Wtorki były zajęte. Magnus chodził chętnie. Czegoś tam musieli się uczyć, ale bardziej przez zabawę, a w domu nikt go do niczego nie zmuszał.

Nie wierzyłam własnym oczom i słuchałam z otwartymi ustami, gdy po wizycie u fryzjera poszliśmy do pobliskiego starego drewnianego kościoła i tam Magnus objaśniał mi drogę krzyżową namalowaną na zewnątrz świątymi pod tzw. sobotami, stacja po stacji. Nie nauczył się prawie żadnych modlitw, w mszach niedzielnych uczestniczył rzadko, nudziły go, zresztą tak jak i mnie.

Różnice między kościołami i podejściem do wiary w Polsce i Niemczech są ogromne.
Z radością stwierdzam i popieram w berlińskim kościele katolickim duży wpływ protestantyzmu. Na pewno niejeden Martin Luther przydałby się kościołowi katolickiemu
i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Czym jest komunia? Dla mnie była wtedy białą sukienką, cienkimi rajstopami, białymi butami, które zniszczyłam biegając z kuzynkami po łąkach, dla Tomka, mojego męża była niebieskim rowerem i krótkimi spodenkami, w których zmarzł. Miałam to szczęście, że żaden ksiądz mnie nie skrzywdził.

 Kościół mnie nudził, nie należałam do żadnego ruchu oazowego, dopiero w latach 70 i 80 poznańscy Dominikanie zainteresowali mnie i przyciągnęli wyraźną opozycją w stosunku do panującego reżimu.

W wielu kulturach świętuje się w pewnym wieku dziecka granicę wyjścia z dzieciństwa i przejścia w wiek dojrzewania. W naszym przypadku były to postrzyżyny i komunia. Ojciec opowiadał, że w dniu wybuchu II wojny światowej matka jego, a moja babcia była o niego spokojna „Ty już sobie dasz radę, ty byłeś już u komunii.”

O czym myślał Magnus ubrany w białą szatę wchodząc z zapaloną świecą do kościoła? Nie wiem, dzień przedtem miał wysoką gorączkę, w dzień uroczystości, o czym nie wiedziałam, gorączkę miał jeszcze wyższą, rodzice obniżyli ją nurofenem. Okapnik do świecy, specjalnie na tę uroczystość zakupiony w Kalwarii Zebrzydowskiej, nie spełniał swojej funkcji i wosk parzył dłonie wnuka. Czy myślał o tej całej duchowości, o eucharystii, której ja do teraz nie rozumiem, o tej cudownej zamianie, w którą nie wierzę, a czasami chciałabym.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29b).

Zaczęła się uroczystość. Wskazówki, zakazy i nakazy, treści modlitw i pieśni, objaśnienia dla niewiernych i niewiedzących pojawiały się na dużym ekranie.

Ksiądz powitał parafian i nieparafian, wiernych i niewiernych, wątpiących i poszukujących, wyznawców innych religii, agnostykow i ateistów. Wszystkich. A ponieważ 70% przystepujących do komunii dzieci miało polskie korzenie, powitał też po polsku, już trochę krócej. Wiadomo, w Polsce nie ma wątpiących ani wyznających inne religie, są tylko katolicy.

Niestety nagłośnienie w kościele nie działało wystarczająco dobrze, większości słowa mówionego nie rozumiałam więc. Z zamyślenia wybudziła mnie „Barka”, pieśń swego czasu chętnie śpiewana nie tylko podczas religijnych spotkań. Polacy zdziwieni nie podjęli pieśni, tak jak nie podjęli „Ojcze nasz” po polsku.

Później był fotograf, zdjęcia z księdzem, bez księdza, w grupie i samodzielnie, ze świecą i bez świecy, w albie i bez alby… W zanadrzu trzymaliśmy jeszcze polskim zwyczajem różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Próbowaliśmy pstryknąć Magnusowi taką fotkę, jakie znam sprzed 50 lat, ale się nie do końca udało.

Na specjalne życzenie bohatera dnia komunijną uroczystość kontynuowaliśmy przy pobliskiej budce z frytkami. Frytki z akcentem biało-czerwonym smakowały wyśmienicie. Madonna zza szyby w pobliskim sklepie ze starociami spoglądała na nas z nadzieją.

Rozczarowała mnie natomiast „pokomunijna komunia” w Polsce. Specjalnie dla prababci powtórzyliśmy całą ceremonię. Goście dopisali, pogoda też, obiad w zaprzyjaźnionej knajpce pyszny. Dzieciaki grały w piłkę, w klasy, w gonito, skakały przez gumę…
W niedzielę wybraliśmy się z prababcią do kościoła, żeby zrobić jej przyjemność i przeżyć to jeszcze raz. Moja mama nie była nigdy superkatoliczką i nie wychowała nas w wierze, raczej w poczuciu obowiązku. Uważała, że do kościoła się chodzi i już. Ojciec z kolei głęboko wierzący, nie wymagał niczego. Ja, osoba na co dzień niepraktykująca, towarzyszyłam mu zawsze, w ostatnich latach jego życia w niedzielnych mszach. Robię to nadal dla niego.

W „powtórce z komunii” nudziliśmy się jak prawie zawsze w kościele, choć Magnus był przejęty rolą. Do komunii nie przystąpił, bo nie ten kościół i nie ten ksiądz. Po mszy, gdy kapłan zaczął krytykować wolność sztuki i zaczął liczyć kolory tęczy, poczułam niesmak
i niechęć do tego zaściankowego katolicyzmu. Prababcia z kolei, niedowidząca, niedosłysząca, z lekką demencją stwierdziła, że było pięknie, tylko jakoś dzieci mało.