Tysiąc dróg do Mekki 3

Winifred Stegar przybyła do Australii z Anglii w 1891 roku jako 9-letnia dziewczynka, Jane Winifred Oaten. Jej rodzina pochodziła z Londynu, gdzie ojciec pracował jako malarz pokojowy. W wieku 5 lat poszła do szkoły, gdzie  wyróżniała się talentem do pisania.
Gdy miała 9 lat, jej ojciec, Wilfred, zdecydował się na sponsorowaną emigrację do Australii, spodziewając się znacznej poprawy sytuacji materialnej.
Już w momencie odbijania statku od nabrzeża portowego nastąpiło zakłócenie – matka dziewczynki, Louisa, zrezygnowała z wyjazdu. Na statku dziewczynką zaopiekowały się dwie zakonnice i były to jej ostatnie szczęśliwe chwile na wiele lat.

Ojcu Jane przyznano w Australii kawałek ziemi, jego zadaniem było przekształcić go w farmę, z której utrzyma się wraz z rodziną.

W porcie w Brisbane czekał na niego rządowy agent. Spojrzał na przybyszy ze zdumieniem – ojciec z dzieckiem? Tutaj trzeba minimum pół tuzina silnych mężczyzn. Zawiózł ich na parcelę na zupełnym odludziu. Działka była kompletnie zarośnięta okropnym chwastem – prickly pear (opunia cactus).
O żadnej szkole nie było mowy. Z największym trudem oczyścili malutki skrawek ziemi na działkę, gdzie mogli hodować trochę jarzyn na własny użytek.
Wkrótce ojciec zrezygnował z prób oczyszczenia lądu wystarczającego na jakąś komercjalną hodowlę. Wyjeżdżał więc na kilkudniowe, potem kilkutydniowe okresy do miejscowości gdzie mógł dostać jakąś płatną pracę. 10-letnia dziewczynka pozostawała na te okresy sama z zadaniem doglądania działki i odpędzania gryzoni.

W ten sposób minęło sześć lat.
Podczas jednej z nielicznych wizyt w niewielkiej osadzie, Winifred poznała Charlesa Stegera, którego głównym zajęciem było strzyżenie owiec. Po pewnym czasie znajomość nabrała charakteru romantycznego i po kilku tygodniach Winifred zauważyła, że jest w ciąży.
Charles właśnie wyjechał na dłużej, Winifred nie wiedziała co zrobić, przede wszystkim bała się pokazać komukolwiek.
Ojciec przyjechał, gdy była w siódmym miesiącu ciąży. Wyzwał ją od dziwek i zmusił do wyjawienia nazwiska ojca.
Natychmiast pojechał z nią pod farmę Stegerów, stanął w drzwiach i krzyknął:
– Wychodzić niemieckie świnie, zobaczcie, co wasz synek zrobił mojej córce!  Albo się z nią żeni albo go zastrzelę.
Odszukali syna, nie protestował, uzgodnili datę ślubu na 7 grudnia 1899 roku.
Ślub odbył się w anglikańskim kościele w Dalby (200 km na zachód od Brisbane, stolicy stanu Queensland).
Ojciec sprawił córce bardzo obszerną czarną sukienkę – żeby zakryć jej wstyd.

Obecni na ślubie byli tylko pan młody i ksiądz, który dał jej pouczenie:
Zgrzeszyłaś córko. To dziecko będzie ciągłym przypomnieniem twego upadku, ale Bóg wybaczy ci, jeśli będziesz szczerze żałować. Ojciec dziecka zgodził się poślubić cię.
Czy przysięgasz być mu posłuszną i wierną żoną?

Winifred chciała wyć, płakała, gryząc wargi.

Po ceremonii wyszli przed kościół. Ojciec uszczypnął ją w policzek:
– Dobrze się spisałaś, jesteś więc zamężną kobietą, pomyślności.
Rozejrzał się – no, mnie czas w drogę – wskazał na nadchodzące chmury – jak lunie, to nie przedostanę sie przez strumień.
Winifred chwyciła go za ramię – mogę pojechać z tobą?
– Nie żartuj, jesteś mężątką, twoje miejsce przy mężu.
Wskoczył do dwukółki i odjechał.

Charles, który dotąd opierał sie o płot, wyprostował się.
– Trzeba jechać, zanim się rozpada. Decyduj, jedziesz czy nie.
Powłokła się za nim.

Rodzina męża przyjęła ją wrogo, Charles większość czasu spędzał pracując na wyjazdach,
W lutym 1900 roku urodził się syn.
W ciągu następnych siedmiu lat Winifred urodziła jeszcze troje dzieci.
Nie miała szansy, kilka tygodni przed świętami 1908 roku, wieczorem, uciekła tak jak stała.

Noc spędziła w lesie.
Rano stanęła przy drodze czekając na jakąś okazję. Trafiła na bardzo sympatycznego młodego mężczyznę, który po zapewnieniu, że Winifred nie ucieka przed wymiarem prawa, zawiózł ją do hotelu, gdzie potrzebowali pracownicy.
Tam spędziła dziewięć lat.
Co roku, na święta, wysyłała paczki dla swoich dzieci. Podawała swój adres, ale nigdy nie dostała odpowiedzi.

Któregoś dnia hotel odwiedził hinduski domokrążny handlarz.
Winifred zwróciła uwagę na jego nieprzeciętną urodę, a on zwrócił uwagę na Winifred.
Gdy sala restauracji opustoszała, Winifred zauważyła postać w kącie. To był Ali.
Wyciągnął do niej ręce – chodź.
– Teraz? Jestem już za bardzo zmęczona na spacer.
– Nie na spacer. Pójdż i zostań ze mną. Chodż, ja wrócę tu jutro i zabiorę twoje rzeczy.

Wsiadła do jego bryczki i pojechali do miejsca, gdzie miał sklep. Za chwilę wyszedł ze swoim  i jej strojem ślubnym.
– Najpierw musimy się obmyć i poprosić Allaha o błogosławieństwo.
Stanął obok niej, uniósł rece w górę i zawołał – Allah akbar.
Następnie pociągnął ja na dół aż uklękła obok niego. Patrzyła jak bił ukłony i recytował słowa, których nie rozumiała. Wreszcie zwrócił się do niej:
– Allah, dziękuję Ci, że dałeś mi tę kobietę. Będę się o nią troszczył i prowadził ją, aby stała się córką Islamu.
W ciemności czuła, że podchodzi do niej.
– Salam alejkum – wyszeptał i podniósł jej welon.
– Allah – szeptała do siebie – zachowaj mojego Alego bezpiecznie.

Wkrótce poznała jego rytm dnia, wyznaczany porami modlitw. Zaczęła uczyć się modlitw i wtedy bardzo poruszyło ją, gdy Ali oznajmił, że kobiety nie modlą się razem z mężczyznami.
Uczyła się jednak starannie zasad wiary i modlitw, aż Ali uznał, że osiągnęła pierwszy filar Islamu – wyznanie i akceptację wiary.
Tej nocy Ali modlił się długo, aż Winifred rozbolał kręgosłup. Odeszła cicho do sypialni. Obudziła się i poczuła, że Ali jest przy niej, twarz miał mokrą od łez.
– Dlaczego płaczesz?
– Bo stałaś się córką Islamu i jesteśmy naprawdę błogosławieni. Moje serce jest pełne radości.
Tej nocy został poczęty ich syn.

Ali obsypywał ją prezentami, głównie ozdobną hinduską garderobą, nieprzydatną w tym klimacie i okolicy.
Ali nie oczekiwał, żeby jego żona pracowała, ale Winifred nie zgodziła się na samotność. Tak więc ruszał codziennie w drogę ze swoimi towarami, a ona obsługiwała sklep.

Poród tym razem odbył się w szpitalu.
Urodził się syn, dali mu imiona Yosef Deen. Był kopią ojca.
Winifred zdawała sobie sprawę, że Australijczycy nie lubią Hindusów. Hindusi nie mogli osiedlać się w Australii na stałe, co kilka lat musieli odwiedzać Indie, nie mając gwarancji, że wrócą do Australii.
Na wszelki wypadek zarejestrowała syna pod swoim małżeńskim nazwiskiem – Steger.
Bezpieczniej było być Niemcem, wrogiem w niedawno zakończonej wojnie, niż Hindusem, członkiem Wspólnoty Brytyjskiej.

W związku z założeniem rodziny Ali ściągnął do Australii brata, który przejął jego sklep i miał zapewnić pomoc finansową matce.
Ali postanowił przestawić się na lukratywniejsze zajęcie – prowadzenie karawan wielbłądów.
Oznaczało to mieszkanie w osiedlach dla załóg wielbłądników – ghan-town (ghan to skrót od Afghan).  W okolicy ghan-town był na ogół był meczet.
Winifred zdała sobie sprawę, jak ważne dla Alego są wizyty w meczecie, zdała też sobie sprawę, że nie ma tam miejsca dla kobiet.

Po za tym życie rodzinne było dla niej jak sen, wkrótce urodziła drugiego syna – Rahmat i córkę – Pansy.
Bardzo szybko przestawili się na wędrowny tryb życia.
Winifred zauważyła, ile kłopotu mieli wielbłądnicy z przygotowaniem dokumentacji ładunku i wyliczeniem kosztów i ceny.
Dla niej nie było to problemem i wkrótce znalazła wielu klientów na tę usługę. Jednak Ali wolał robić swoje specyfikacje sam – czy nie chciał, żeby wiedziała, ile zarabia?

Ponad dwa lata minęły na ciężkiej, ale satysfakcjonującej pracy. Dzieci chodziły do szkoły, Ali spodziewał się, że już wkrótce nie będzie się musiał martwić o materialną przyszłość rodziny.
Wtedy przyszedł list od jego matki z Indii, musi przyjechać pomóc w poważnych decyzjach rodzinnych.
Winifred nie miała nic do powiedzenia, Ali wyjechał. Mijały tygodnie, potem miesiące, żadnej wiadomości. W którymś momencie pojawiły się pogłoski, że w niektórych rejonach Indii grasuje cholera. Znajomi doradzili Winifred, aby dowiedziała się więcej u mułły w Adelajdzie.

Mułła potwierdził najgorsze obawy – Ali umarł. Na dodatek Winifred nie posiada żadnych praw do udziału w majątku, gdyż jej małżeństwo z Alim nie jest nigdzie zarejestrowane,
– A co  z naszymi dziećmi?
– Synowie mogą pojechać do Indii, ich wujek jest ich prawnym opiekunem. Córka może zostać z Tobą do pełnoletności, a wtedy rodzina znajdzie jej męża.
– Nigdy nie oddam moich dzieci!
– To już Twoja decyzja.
– To jak my mamy żyć?
– Znajdę ci nowego męża.
Winifred zarejestrowała się w urzędzie pracy i przeniosła do hostelu. Jedynym sposobem na życie było pranie. Mogła zarobić 2 szylingi 6 pensów za pół dnia prania.
Po kilku miesiącach skapitulowała, w połowie 1925 posłuchała rady mułły, po roku poślubiła Karuma Bux w prawidłowej muzułmańskiej ceremonii w ghan-town.

Małżeństwo okazało się korzystne dla obojga.
Karum traktował ją z szacunkiem i troszczył się o dzieci. Dla niego Winifred okazała się bardzo wartościowym partnerem w prowadzeniu sklepu, prócz tego jako człowiek, który pobrał się z wdową i zaopiekował jej dziećmi, zyskał powszechny szacunek.
Pół roku upłynęło w harmonii, gdy Karum poprosił ją o poważną rozmowę.
Budowa linii kolejowej dobiega końca, z tras znikną wielbłądy, a z nimi ghan-towns. Nadchodzi czas poważnych decyzji, zdecydował więc, że odbędzie pielgrzymkę do Mekki, aby Allah mu w nich pomógł.
– Weźmiesz mnie z sobą?
– To nie jest możliwe, ktoś musi prowadzić sklep. Zresztą niewierni nie mają tam wstępu.

Udała się po radę do mułły,  wyrecytowała mu pięć filarów Islamu. Mułła wysłuchał jej ze zrozumieniem, obiecał poprosić o radę w meczecie.
Po tygodniu Karum Bux wrócił z modlitw w meczecie mocno zamyślony. Powiedział, że zmienił plany, zabierze ją do Mekki ze sobą.

Pięć miesiący zajęło sprzedanie wielbłądów, zorganizowanie pracy sklepu, pożegnania i oto byli w porcie Fremantle i wsiadali na statek do Bombaju.
Pierwszym przystankiem był rodzinny dom Karuma w Lahore.
Dwa miesiące trwało załatwienie formalności paszportowych, podróżnych i religijnych. Zdecydowali, że synowie zostaną u krewnych w Karachi, skąd rodzice i Pansy popłyna statkiem do Jeddy.

W tym momencie zaczyna się relacja zawarta w książce One Thousand Roads to Mecca.

W Karachi musieli zaopatrzyć się w żywność na drogę.
W Mekce Karum miał ubierać się w dwa kawałki białego płótna. Kobiety nie miały specjalnych ograniczeń, ale ich strój nie powinien demonstrować zamożności. Zaopatrzyła się w dwie pary szarawarów i dwie białe koszule.

Przed zaokrętowaniem pasażerowie musieli przejść kontrolę medyczną.
Kontrola mężczyzn odbywała się w długim, chłodnym budynku, dla 400 kobiet – w jakichś ruinach bez dachu, w palących promieniach słońca.
Badania wykonywała kobieta, której towarzyszyła asystentka z notatnikiem i dwoma butelkami atramentu.
Lekarka dawała szorstkie rozkazy, główną częścią badania było podniesienie koszuli i obnażenie brzucha i klatki piersiowej. Lekarka klepała spocone brzuchy wierzchem dłoni.
Dla hinduskich kobiet było to ogromne upokorzenie, wiele z nich protestowało. Odpowiedzią lekarki było potrząśnięcię pacjentką o ścianę.
Gdy przyszła kolej na Winifred, odmówiła podciągnięcia koszuli, a gdy lekarka spróbowała sama ją szarpnąć, Winifed złapała ją za bluzkę i zaczęły się siłować. Lekarka upadła, asystentka przyszła jej z pomocą, ale zapomniała o atramencie.
Nastąpiło pandemonium, kobiety krzyczały, lekarka umazana czarnym i czerwonym atramentem usiłowała bezskutecznie wstać. Wreszcie przybiegła policja.
Wezwali lekarza i poprosili o wyjaśnienie.
Winifred opisała dokładnie “procedurę medyczną”, świadkowie potwierdzili. W rezultacie podziękowano jej za interwencję, oferowano im wygodny pokój w hotelu na noc przed wyjazdem i zlecono Winifred generalny nadzór nad bezpieczeństwem kobiet podczas żeglugi.

Statek nazywał się Istophan. Okazało się, że na statku nie ma kabin dla pasażerów (a zatem ten sam standard co Patna), Karum załatwił im świetne miejsce trzy poziomy pod pokładem.
Pod pokładem było ciemno i głośno od kaszlu, chrapania, jęków i okrzyków pielgrzymów.
Jeśli chodzi o wyżywienie, to po każdej stronie pokładu było siedem palenisk, gdzie po kolei pielgrzymi mogli rozpalić ogień. Mieli około godziny, by ugotować curry i zrobić chleb.
Na górnym pokładzie były dwie toalety. Żeby się umyć, trzeba było spuścić na linie kubełek do morza. Skóra piekła od słonej wody.

Opisy szeregu niedogodności mieszkania pod pokładem opuszczę.

Port w Jedda.
Na początku musieli zapłacić podatek – 7 rupii od osoby.
Winifred dowiedziała się, że plagą pielgrzymów byli miejscowi Beduini, którzy napadali ich na drodze. Król Ibn Saud zawarł z nimi układ, żeby wstrzymali się od przemocy, a on zapewni im rekompensatę.
Po opłaceniu podatku wpadli w ręce agentów, których zadaniem było zorganizowanie pielgrzymom transportu do Mekki i zakwaterowania. Agenci zabrali paszporty, zostaną zwrócone po zakończeniu pielgrzymki.

Musieli zakupić sobie wyżywienie oraz drewno na rozpałkę na czas podróży wielbłądem do Mekki. Nie było to łatwe, przede wszystkim były trudności z wodą.

Odjazd do Mekki. Tysiące wielbłądów na pustynnym placu. Wszystkie gniewne, rzucają łbami, szczerzą żółte zęby, wyją wściekle.
Ruszyli tuż przed zachodem słońca.
Na każdym wielbłądzie  jechało dwóch pielgrzymów na siodłach zwisających po obu stronach wielbłąda. Karum jechał w jednym, Winifred z córką w drugim.
Podróżowali w nocy, w dzień kryli się przed słońcem.
Któregoś rana, przewodnicy powiadomili ich, że zbliżają się do Mekki. Zapadła cisza, którą po chwili przerwał zbiorowy okrzyk – Labayak.

Wyznam pewne nadużycie. W przedwczorajszym wpisie o pielgrzymce Mohammeda Asada zamieściłem wołanie – Labayak – ale była to raczej refleksja muzyczna, która pasowała mi do natchnionych rozważań pielgrzyma.
W towarzystwie trzeźwej kobiet z Australii to nie przechodzi. Na placach Mekki słychać było raczej to –

Gdy wzeszło słońce, wielbłądy weszły na krawędź ogromnej misy, w dole znajdowało się miasto, mogli rozpoznać pięć minaretów i czarny sześcian Ka’ba.
Tu kończy się relacja Winifred zamieszczona w książce OneThousand Roads to Mecca.
Powód wydaje mi się oczywisty – dotychczasowa relacja nie zapowiada właściwego odnoszenia się do świętych miejsc.
Na szczęście my mamy do dyspozycji relację zawartą w książce The Washerwoman Dream.
Na ulicach Mekki przewodnicy zatrzymali ich przed białym domem. Wyjaśnili, że to jest miejsce, w którym anioł zlitował się nad Hagar wygonioną z dzieckiem z domu Abrahama i wskazał jej źródło z wodą.
Przewodnicy dali  znak i tłum ruszył szalonym biegiem. Winifred obawiała się, że ją zadepczą i po jednym okrążeniu oddała dziecko Karumowi.
Odsunęła się na bok podczas gdy Karum z córką wykonał przepisane siedem okrążeń.
Następnie odwiedzili Wielki Meczet, stamtąd przepchnęli się do czarnago budynku Ka’ba, który okrążyli siedem razy, za każdym razem usiłując pocałować czarny kamień.
Tego było za dużo dla Winifred na jedno rano, na szczęście w wielkim tłumie nikt nie zauważył jej znużenia.
Jeszcze pozostało podejść do studni ZamZam i napić się cudownej wody.
Pozostali w Mekce siedem dni i teraz mogli spokojnie odwiedzić meczety i miejsca kultu. To dało Winifred lepszą szansę wczucia się w uczucia i wiarę pielgrzrymów.
Z Mekki kontynuowali pielgrzymkę do Medyny i zakończyli ją w Jedda, skąd mieli popłynąć statkiem do Karachi.
Tu czekała ich niemiła niespodzianka. Agent, który na początku pielgrzymki zatrzymał ich paszporty, zniknął bez śladu.
Czekali tydzień, zanim znalazła go policja.
Podobno nie był to odosobniony przypadek.
Winifred, Pansy i Karum Bux wrócili szczęśliwie do Pakistanu.
Czekało ich burzliwe życie, ale nie należy już ono do tej opowieści.
Zdradzę tylko, że islam nie odgrywał wielkiej roli w dalszym życiu Winifred.

Tysiąc dróg do Mekki 2

Pierwsza część była wczoraj

Lech Milewski

Kolejna relacja – rok 1964 – Malcolm X (foto –>).
Ta relacja uderzyła mnie swoją naiwną autentycznością.
W związku z tym postaram się zachować oryginalny język relacji.

Motto:
Tak, jestem ekstremistą. Czarna rasa tutaj, w północnej Ameryce, jest w bardzo złym stanie. Pokażcie mi czarnego, który nie jest ekstremistą, a ja pokażę wam kogoś, kto potrzebuje opieki psychiatrycznej.

Hadj’ po arabsku znaczy: skierować się do określonego celu. W prawie islamskim znaczy to wybrać się do Ka’ba, świętego domu i wypełnić ceremonię pielgrzymki.

Na lotnisku w Kairze grupy podróżnych stawały się pielgrzymami, przyjmowały stan uświęcenia. Byłem zdenerwowany i przygotowany na obserwację innych i zachowywanie się tak jak oni.

Przyjmując stan ihram zdejmujemy ubranie i okrywamy się dwoma białymi płótnami. Jedno, izar, owijamy wokół bioder. Drugie, rida, zarzucamy na szyję i lewe ramię pozostawiając prawe ramię odkryte. Do tego proste sandały i jeszcze torba z pieniędzmi i dokumentami.

Każdy z tysięcy podróżnych ubrany tak samo, król czy wieśniak, nie różnią sie od siebie.
Wszyscy wołamy: Labayk! Labayak! – Oto idę do Ciebie Panie!
Co kilka minut startuje samolot z pielgrzymami, ale tłumów na lotnisku nie ubywa.
W samolocie biali, czarni, brązowo, żółci – wszyscy bracia, czczący tego samego Boga i szanujący każdy każdego.

Lotnisko w Jedda wyglądało na jeszcze bardziej zatłoczone niż to w Kairze. Każdej grupie pielgrzymów przydzielono przewodnika – mutawwif – który będzie prowadził nas z Jeddy do Mekki.
Wmieszałem się w środek grupy, byłem zdenerwowany. Jestem u źródła wiary muzułmańskiej i za chwilę dam do kontroli amerykański paszport, który prezentuje całkowite przeciwieństwo istoty Islamu.
Byłem tak zdenerwowany, że złamałem klucz do torby. Rozbiłem więc zamek, żeby otworzyć torbę, żeby nie podejrzewali, że przewożę coś niedozwolonego.Wreszcie kontrola paszportu. Urzędnik popatrzył na mnie i powiedział coś po arabsku. Pokazałem mu list polecający od dr Shawarbi (dyrektor Federacji Islamskiej w Kairze). Urzędnik zaczął dyskutować z moimi przypadkowymi towarzyszami podróży.
Wytłumaczyli mi, że zostanę  przekazany do sądu religijnego, Mahgama Sharia, który kontroluje aby niewierzący nie znaleźli się w Mekce.  Mój paszport zostanie w urzędzie celnym.
Nie miałem odwagi zaprotestować.Mój przewodnik zaprowadził mnie do schroniska tuż przy lotnisku, znalazł mi miejsce w 15-osobowym pokoju. Większość gości spała na dywanach na podłodze.
Przewodnik zaprowadził mnie do kąta i wyjaśnił, że zaprezentuje mi poprawne pozycje modlitewne. Starałem się naśladować jego ruchy, ale mi nie wychodziło. Moje kostki nie chciały poddać się temu, co Muzułmanie robią przez całe życie.
Azjaci siedzą na swoich piętach, ludzie Zachodu siedzą na krzesłach.
Nie w głowie był mi sen. Ćwiczyłem wytrwale. W końcu wydawało mi się, że poznałem sposób, ale i tak po trzech dniach spuchły mi kostki.
Pomyślałem, że w naszej organizacji Nation of Islam – KLIK – powinniśmy może wprowadzić naukę podstawowych muzułmańskich rytuałów.Nadszedł świt, ludzie wokół pobudzili się.
Zdałem sobie sprawę jak wielką rolę odgrywa w ich życiu dywan. Każdy ma swój dywan modlitewny, każda rodzina czy grupa ma większy dywan. Po modlitwie nakryli dywan obrusem i zjedli posiłek, potem zdjęli naczynia i obrus, i mieli pokój dzienny.
Teraz zrozumiałem dlaczego paser płacił mi tak dobrą cenę za wschodnie dywany, gdy działałem jako włamywacz z Bostonie.

Czas mijał, nie wiedziałem, co mnie czeka. Po pewnym czasie zauważyłem ludzi siedzących przy stole z telefonem. Pokazałem im list od dr Shawarbi i poprosiłem, żeby zadzwonili na podany tam numer.
Za godzinę przyjechał do mnie dr Omar Azzam, zabrał mnie do swojej willi. Wkrótce przywieziono tam mój paszport i dokumenty zatrzymane na granicy, powiadomiono mnie, że moje przesłuchanie przed sądem odbędzie się rano.

Po zadaniu wielu pytań sąd uznał, że jestem pełnoprawnym muzułmaninem, wpisali moje nazwisko do rejestru i dali mi dwie książki do przeczytania.

Wróciłem do willi dr Omara, przespałem się trochę, gdy zadzwonił telefon. Dzwonił szef protokołu księcia Fajsala – po obiedzie przyjedzie po mnie samochód księcia.

Samochód zawiózł mnie do Mekki. Zaparkowaliśmy przy Wielkim Meczecie, obmyliśmy się i weszliśmy, otaczał nas tłum modlących się pielgrzymów.
Siedem okrążeń świętego kamienia. Szedłem, modliłem się, a mój przewodnik pilnował, żeby pielgrzymi mnie nie rozdeptali. Następnie napiłem sie wody ze studni Zamzam i przebiegliśmy między dwoma wzgórzami Safa i Marwa, gdzie kiedyś wędrowała Hagar (wygnana żona Abrahama) szukając wody dla swego syna Ismaela.

Jeszcze trzy razy odwiedziłem Wielki Meczet i okrążyłem kamień Ka’ba.
Ostatnim razem, po zmierzchu, udaliśmy się na górę Ararat.
Ta wizyta zakończyła ciąg rytuałów pielgrzymich. Rzuciliśmy jeszcze tradycyjne siedem kamieni w diabła.
Niektórzy strzygli włosy i brody, ja oszczędziłem je w obawie, że po powrocie nie pozna mnie moja mała córka.

Ameryka musi poznać Islam, ponieważ jest to religia, która wymazuje ze społeczeństwa problemy rasowe. Podczas tych jedenastu dni w świecie muzułmanów jadłem z tego samego talerza, piłem z tej samej szklanki, spałem na tym samym dywanie i modliłem się z ludźmi o wszelkich kolorach skóry. Byliśmy wszyscy braćmi, bo wiara w Boga wymazała “białe” z ich umysłów, z ich zachowania, z ich podejścia do innych.

Pełna informacja o Malcolmie X – TUTAJ.

Zdjęcie z Wikipedii, podpisane: Malcolm X po pielgrzymce.

P.S. Z relacji pielgrzymów dowiedziałem się, że w Mekce i najbliższej okolicy znajduje się wiele miejsc, w których przebywał Abraham – m. in. miejsce gdzie miał złożyć Bogu w ofierze Izaka.
Wprowadziło mnie to w mocne zmieszanie, gdyż wprawdzie Stary Testament nie podaje takich szczegółów, to jednak pewnikiem jest, że Abraham pochodził z Ur w Chaldei czyli Iraku, pochowany zaś jest w Hebronie czyli na Zachodnim Brzegu (Jordanu).
Ponieważ Bóg obiecał Abrahamowi ziemie mlekiem i miodem płynące, a te były dość blisko, to trudno mi pojąć, czego szukał na odległych pustyniach Arabii.

STOP!
Czy na początku nie była wspomniana praczka z Australii?
Była, ale jest to relacja tak różna od wszystkich innych, że zasługuje na osobny wpis (czytajcie jutro).

Tysiąc dróg do Mekki 1

Lech Milewski

Thousand.roads.to.mecca.jpgLink

Ta książka to zbiór 23 relacji o odbytej pielgrzymce do Mekki – KLIK.
Nie znalazłem żadnej informacji o Michaelu Wolfe, który dokonał selekcji materiału do książki i nie potrafię odgadnąć kryteriów, jakimi się kierował. Niezależnie od tego trzy relacje zwróciły moją uwagę.

Trafiłem na tę książkę “od kuchni” a właściwie od pralni, podczas lektury książki Washerwoman’s Dream.
Praczka w Mekce, australijska praczka – to zapowiadało się interesująco. To co wyszło w praniu przewyższyło moje oczekiwania.

Jeszcze jedno – patrząc na listę 23 relacji zauważyłem, że na rok 1927 przypadają dwie – Winifred Stegar z Australii i Muhammada Asada z Galicji.
Z Galicji, w roku 1927, Muhammad – o kogo chodzi? Jak to o kogo? O Leopolda Weissa ze Lwowa.

Chyba zostaniemy w Mekce trochę dłużej.

Zacznę jednak od Lwowa.
Rok 1900, w rodzinie Akivy Weissa, prawnika z rodziny z rabiniczną tradycją, urodził się syn, Leopold. Chłopiec od dziecka pobierał nauki religijne, znał hebrajski i aramejski.
Gdy wybuchła I Wojna Światowa, 15-letni Leopold uciekł z domu i zaciągnął się do armii austriackiej pod fałszywym nazwiskiem. Ojciec z pomocą policji zdołał go wyciągnąć i zorganizował mu pobyt i naukę w Wiedniu.
W wieku 20 lat Leopold porzucił studia i chwytał się dorywczych zajęć – m.in. pracował w studio filmowym Fritza Langa, przeprowadził wywiad z żoną Maxima Gorkiego.

W 1922 roku przeniósł się do Palestyny gdzie pracował jako free-lancer dla Frankfurter Allgemaine Zeitung.
W Palestynie mocno zainteresowała go tematyka syjonizmu a w szczególności reakcja Arabów na tę ideologię. Frankfurter Allgemaine zlecił mu dwuletni projekt – głębsze zbadanie tematu w okolicznych krajach arabskich.
Efektem była książka i zafascynowanie Islamem oraz sprawami arabskimi.

W roku 1926, w Berlinie, Leopold Weiss ożenił się. Jego żona, Elsa, była znacznie starsza od niego i miała syna z poprzedniego związku. Po kilku miesiącach wraz z żoną  przyjęli Islam przy czym Leopold zmienił nazwisko na Mohammad Asad. Uwaga: arabskie imię Asad znaczy lew – Leo.

Niecały rok później razem wybrali się na pielgrzymkę do Mekki.

Proponuję zacząć wizytę w Mekce zgodnie z miejscowym zwyczajem…

Tylko pielgrzymi byli na pokładzie statku płynącym po Morzu Czerwonym w rejsie z Egiptu do Arabii. Przewoźnik, goniący tylko za zyskiem, załadował statek dosłownie po brzeg, nie troszcząc się zupełnie o wygodę pasażerów.
Zostali upchnięci wszędzie. Na pokładzie, w kabinach, w korytarzach, w salach jadalnych. W magazynach pod pokładem. W każdym kącie boleśnie stłoczone stworzenia ludzkie. W pokorze, z tylko jednym celem przed oczami, znosili bez narzekań te cierpienia.

W tym momencie ja podniosłem oczy – Patna – tam nie było wzmianki o pielgrzymach na pokładzie, chyba nie byliby tak zapatrzeni, żeby nie zauważyć dezercji dowództwa statku.

Opuszczam oczy… tłoczyli się na pokładzie zajęci gotowaniem – przewoźnik nie zapewniał posiłków. Widziałem jak krążyli w te i z powrotem po wodę przenoszoną w puszkach, jak tłoczyli się pięć razy dziennie przy kranach, aby dopełnić obmycia przed modlitwą, jak cierpieli w duchocie kilka poziomów pod pokładem.
Wszędzie widać było siłę wiary, która pozwalała zapomnieć im o cierpienach, gdyż pochłaniała ich myśl o Mekce.

To tu, to tam, co chwila rozlegało się – Labayak, Allahumma, labayak!

Drugiego dnia mężczyźni przebrali się w ihram – dwa niezszyte kawałki płótna. Ten strój ma eliminować obcość, różnice między wiernymi.
Kobiety pozostały w swoich codziennych strojach gdyż ihram odkrywa zbyt wiele ciała.
O świcie trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiego portu Jedda. Jak strzały pomknęły do nas od nadbrzeża żaglówki. Ich szerokość i niezgrabność niemile kontrastowały z pięknem smukłych masztów i żagli.
Zapewne na takiej łodzi, może nieco większej, ale tego samego typu, dzielny podróżnik Sindbad wybrał się na swoje przygody.

Dotychczas wiedziałem, że zamierzam żyć w krajach Wschodu, wśród muzułmanów, ale nie wiedziałem, że mój stary świat się kończy, świat zachodnich idei i odczuć, doświadczeń i dążeń. W tym okresie miałem już za sobą pobyt w wielu krajach Wschodu. Znałem Iran i Egipt lepiej niż jakikolwiek kraj w Europie, Kabul mnie nie zaskakiwał, znane mi były bazary Damaszku i Isfahanu. Szedłem teraz ulicami Jeddy i myślałem – jak trywialne.

Jedda to było jedyne miasto na arabskim brzegu Morza Czerwonego gdzie wolno było przebywać niewiernym.
Po południu następnego dnia ruszyliśmy karawaną do Mekki.
Beduini, obładowane wielbłądy, osły. Czasem mijały nas samochody, pierwsze samochody w Arabii Saudyjskiej. Wyprzedzały nas hałasując sygnałami typu Klaxon. Wielbłądy reagowały bardzo nerwowo na ich dźwięk, chyba czując, że sygnalizują one ich zmierzch.
Po chwili opuściliśmy miasto i zanurzyliśmy w ciszy pustyni, podkreślanej jeszcze przez klapanie wielbłądzich kopyt, okrzyki Beduinów i śpiew pielgrzymów.

Czasem odezwał się śpiew grupki pielgrzymów, czasem jakaś kobieta zaśpiewała pieśń ku chwale Proroka, czasem inna wydała z siebie ghatrafa, ten radosny krzyk arabskich kobiet, bardzo wysoki, przenikliwy tryl, wznoszony przy świątecznych okazjach – ślub, urodziny, obrzezanie, procesje religijne.
Google nie potrafiło znaleźć ghatrafa, ale po pobycie na Bliskim Wschodzie nie mam wątpliwości, że jest to to samo co ululation lub zaghrouta – KLIK.

Większość pielgrzymów jechała w dwuosobowych lektykach, które bujały się w rytm kroków wielbłąda.
Nad ranem dotarliśmy do Bahry, gdzie karawana zatrzymała się na porę dnia, gdyż było za gorąco na podróż.
Wiele osób, nie przyzwyczajonych do długich podróży, nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Wiele z nich po prostu siedziało nieruchomo, zapatrzeni w stronę Mekki.

Pod wieczór starszy mężczyzna nieopodal – umarł. Kobiety nie podniosły krzyku, jak to mają w zwyczaju we wschodnich krajach. Wszak zmarł jako pielgrzym, na świętej ziemi, jest błogosławiony. Mężczyźni obmyli jego ciało i ubrali je w ten sam strój, który ostatnio nosił.
Po dwóch nocach wędrówki dotaliśmy do Mekki.

Załatwiłem kwaterę u znanego przewodnika. Po sytym śniadaniu udaliśmy się do Świętego Meczetu. Zatłoczone ulice, stragany, ludzie wszelkich ras i narodowości, nagle znaleźliśmy się przed bramą. Potrójny łuk bramy, a za nim wielki kwadrat placu, otoczony kolumnadami krużganków, a w środku czarny sześcian o boku około 40 stóp – Ka’ba – cel marzeń milionów na przestrzeni wieków.
Widziałem setki przepięknych meczetów, od północnej Afryki do Samarkandy, ale nigdzie nie czułem się tak jak tutaj, gdzie budowniczy zbliżył się tak bardzo do religijnej idei.
Ostateczna prostota sześcianu, całkowite wyrzeczenie się piękna linii i formy przekazywała jego myśl: zarozumialstwem byłoby sądzić, że jakiekolwiek piękno stworzone przez człowieka może być warte Boga. Dlatego im prostsze twoje dzieło, tym bardziej wyrażasz chwałę bożą.

Oto przede mną była ta niewielka budowla, z którą nie może się równać żadna inna na ziemi.
Wnętrze budunku nie ma istotnego znaczenia, w jego wschodnim rogu znajduje się Czarny Kamień w szerokiej srebrnej ramie.
Ten kamień, wycałowany przez miliony pielgrzymów, wywołuje niezrozumienie wśród niewiernych. Uważają go za fetysz przejęty przez Mahometa jako ukłon w stronę pogańskich mieszkańców Mekki. Nic błędniejszego. Podobnie jak Ka’ba, Czarny Kamień jest obiektem szacunku, ale nie czci.
Jest szanowany jako jedyna pozostałość z domu Abrahama i ponieważ dotknęły go usta Mahometa.

I tak stałem przez Świątynią Abrahama nie myśląc (refleksje przyszły później) i czułem w sobie jakiś ukryty, uśmiechający się rdzeń, w którym dojrzewało uniesienie, jak pieśń.

Częścią pielgrzymki jest przejść siedem razy wokół Ka’ba. Więc szedłem i ja, powoli, aż stałem się częścią strumienia ludzi. Minuty mijały i wszystko co było małe i gorzkie w moim sercu, zaczęło je opuszczać. Minuty roztapiały się, czas stanął i oto tu było centrum wszechświata.

Dziewięć dni później Elsa umarła.
Umarła nagle, po kilku dniach ostrej choroby, którą potem zidentyfikowano jako tropikalną dolegliwość. Ogarnęła mnie czarna rozpacz.
Pochowaliśmy ją na piaszczystym cmentarzu w Mekce. Położyliśmy kamień na jej grobie. Nie chciałem żadnego napisu.  Napis oznacza myślenie o przyszłości, a ja nie wyobrażałem sobie żadnej przyszłości teraz.

Niedaleko stąd leżała równina Ararat, na której zbierają się pielgrzymi na przypomnienie Ostatecznego Zgromadzenia, kiedy człowiek odpowie Stwórcy za wszystkie uczynki swego życia.

Po chwili wracałem do Mekki na cwałującym wielbłądzie. Wokół mnie tysiące falujących głów, okrzyki Allahu Akbar. Ci ludzie wyrośli ponad swoje małe życia i teraz ich wiara pcha ich ku nieznanym horyzontom.

Tu kończy się relacja.

Wiara popchnęła Mohammada Asada daleko.

Wkrótce po odbyciu pielgrzymki osiedlił się na dobre w Arabii Saudyjskiej, gdzie został stałym doradcą króla Abdulaziza (znanego na Zachodzie jako Ibn Saud).
W 1928 roku król wysłał go z misją wywiadowczą do Kuwejtu, gdzie brytyjczycy zaangażowali się w budowanie opozycji.
Wywiad brytyjski donosił, że Mohammed Asad miał powiązania z “bolszewikami”.

W 1932 roku Mohammed Asad przeniósł się do brytyjskich Indii, gdzie nawiązał bliski kontakt z poetą i politykiem Mohammedem Iqbalem.
Wtedy właśnie powstawała idea utworzenia Pakistanu, niezależnego islamskiego państwa.

W momencie wybuchu wojny Mohammed Asad jako obywatel austriacki został internowany w obozie.
Po zakończeniu wojny idea Pakistanu stała się ciałem.
Mohammed Asad współpracował w tworzeniu konstytucji pierwszego kraju muzułmańskiego i dołożył starań, żeby zapewniała ona kobietom prawo głosu i prawo zajmowania najwyższych stanowisk w państwie.
Działało to w praktyce – w 1988 roku, czyli jeszcze za życia Mohammeda Asada, Benazir Bhutto została premierem Pakistanu.

W 1949 roku Mohammed został kierownikiem oddziału Bliskiego Wschodu w MSZ Pakistanu, trzy lata później został wysłany do siedziby ONZ w Nowym Jorku jako minister pełnomocny.

W latach 60 Mohammed Asad, żonaty z Arabką Munirą, zakochał się w Poli, Amerykance, polskiego pochodzenia.
Pola zadeklarowała chęć przyjęcia Islamu, Mohammed zaproponował jej małżeństwo.
Tego małżeństwa nie dało się pogodzić z pracą w służbie dyplomatycznej Pakistanu, Mohammed zrezygnował z pracy, rozwiódł się z Munirą (mieli syna – Talal-a) i pobrał z Polą.
Od tego pory spędzał wiele czasu poza Pakistanem.
Ostatecznie osiadł na stałe w Hiszpanii, gdzie zmarł w 1992 roku.

Pamiątki:
Wiedeń: Muhammad-Asad-Platz – Distrikt 22, przed UNO City.
Berlin: Berliner Gedenktafel – Hannoversche Str 1.

Materiały studyjne – 4-częściowy wywiad z Mohammadem Asadem.
Przepraszam, że tak się panoszę z tym tematem. Na jego zgłębienie trzeba by kilku dni. Zachęcam jednak choćby do wysłuchania pozycji 2, to tylko 8 minut, a dla mnie rewelacja.
Niestety posiadane przeze mnie tłumaczenie Koranu na polski nie potwierdza poglądów religijnych Mohammeda Asada.
Wspomina on o niedostatkach tłumaczeń dokonanych przez europejskich orientalistów, oferuje swoje.
Polski tłumacz – Józef Bielawski – wspomina, że tłumaczenie Mohammada Asada jest mu znane. Jednak to nie wystarczyło.

1. Spotkanie ze światem Islamu, tłumaczenie Koranu – KLIK.
2. Opinia na temat wiary, religii, istnienia – KLIK.
3. Koran – KLIK.
4. Grzech, czytanie Koranu – KLIK.

Ciąg dalszy jutro i pojutrze.

Wygięcie jaszczurki

Autor, którego w zeszłym tygodniu zaprezentowałam z codzinnie zapisywaną ręcznie modlitwą, znalazł w kaligrafii pewną krzywą, która, jak mi się wydaje, zbliża go (nas?) do kosmicznej doskonałości. Krzywa ta pojawia się w przyrodzie, w różnych miejscach, na przykład w wygięciu jaszczczurki. Ale nie tylko. Autor odtwarza ją w ogrodzie. Ale nie tylko.

Foto: Ela Kargol & Krystyna Koziewicz

Sam autor napisał o tym tak:

Kierując się wskazówką, że jak coś się robi, należy czynić to konsekwentnie, ćwiczę się w gibkiej linii jaszczurki zwinki. Ornamenty układają się w model z regularnych wzorów. Powstaje taki kieszonkowy kosmos na własny użytek.
Gleicher Text für die deutschen Kameraden:
Einem Hinweis folgend, wenn man etwas macht, sollte man es konsequent tun, übe ich mich in dem Schwung der Linie einer Eidechse. Die Ornamente reihen sich zu einem Modell der regulären Muster zusammen. Es entsteht so ein Kosmos im Taschenformat für eigenen Bedarf.
Foto: Autor

 

Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Barataria aus dem Jahre 1982

Mojej siostrze Katarzynie
Für meine Schwester Katarzyna

Achtung! Kein Video, sonder wunderbare Musik von Anton Garcia Avril und Fotos aus der englischen TV-Serie Great Performances, mit Sir Alec Guinness als Padre Quijote und Leo McKern in der Role des kommunistischen (Ex)Bürgermeisters  von Toboso, der vor seinem Priesterfreund Sancho genannt wird.

Es ist eine schöne Verfilmung eines schönen Buches und ich danke meiner Schwester, die es mir empfohlen hat. Und denke nur – seit zwei Jahren suche ich Don Quijote überall und erst vor ein paar Wochen sagte mir Katarzyna, dass es diesen Roman gibt und dass sie ihn so lieblich findet.

Graham Greene, Monsignor Quixote, Roman, erschien 1982 in New Yorck.
Von links nach recht – amerikanische Erstausgabe, DVD Cover, deutsche Übersetzung in Paperback und der Roman auf Polnisch.

Man schreibt das Jahr 1980, vielleicht 1981 oder 1979. Der Generalissimus ist schon vor ein paar Jahren gestorben, genauer gesagt 1975. Spanien ist demokratisch, aber die Guardia verfügt immer noch über eine Übermacht, besonders wenn man ein entflohener Priester oder überzeugter Kommunist ohne Amt ist. Oder beides. Spanische Guardia civil, gehasste Staatssicherheit-Polizei, gilt in dieser Neubeschreibung der Abenteuer von den Ritter der Traurigen Gestalt und seinem Knappen als schreckliche Riesen-Windmühlen.

Padre Don Quijote, auf Geheiss von einem geheimnissvollen Bishof von Motopo zur Würde eines Monsignores erhoben, hält sich zu einem Nachkommen des Cervantesschen Ritters, obwohl SEIN Bischof, der ihn nicht leiden mag, der andere Meinung vertrit und meint, der wahre Don Quijote wäre eine Romanfigrur, mehr noch – eine Metapher, oder eine Parabel… Lediglich.

Es ist auch Barataria da, die Insel, die es nicht gibt, die auch lediglich eine Metapher, oder eine Parabel ist.

” Vermutlich liegt es am Wein”, sagt Monsignorr Quijote ze Sancho, “aber mir ist sehr warm”.
“Ich spüre die Hitze nicht. Ich finde die Temperatur sehr angenehm. Aber ich trage natürlich auch nicht so einen lächerlichen Kragen”.
“Ein Stückchen Zelluloid, das macht überhaupt nicht heiß, überlegen Sie einmal, was diese Guardia alles trägt. Versuchen Sie selbst, dann werden Sie schon sehen.”
“Gut. Geben Sie her. Wenn ich mich recht erinnere, wurde Sancho Statthalter über eine Insel und ich werde eben, mit Ihrer Hilfe, Statthalter über Seelen”. Er legte das Kollar um seinen Hals. “nein. Sie haben recht”. So heiß ist das gar nicht. Es beengt ein bißchen, das ist alles. Und reib mich wund am Hals. Sonderbar, Padre, ohme Ihr Kollar würde ich Sie nie für einen Padre halten und erst recht nichzt für einen Monsignore.”
“Nachdem Don Quijotes Haushalterin ihm die Lanze abgenommen und ihn von seiner Rüstung befreit hatte, hätten Sie ihn nie für einen fahrenden Ritter gehalten”, sondern nur für einen närrischen alten Mann. Geben Sie mir mein Kollar wieder, Sancho.” (S. 85)

Als sie in einem Restaurant hinter der Plaza Mayor in einem kleinen Patio an der Bar saßen und ein Glas Weißwein tranken, spürte Padre Quijote, wie seine fröhliche Laune zurückkehrte. Vorher, den besuch im Haus des cervantes, der sie 50 Peseten pro Person hekostet hatte, hatte er genossen, nur hätte er gerne gewußt, ob man ihm wohl bei Nennung seines Namens an der Kasse freien Eintritt gewährt hätte. Einige der Möbel stammten tatsächlich aus dem besitz des Biographen, win an den König gerichteter Brief über die Besteuerung von Öl hing an der weißgekalkten Wand, die er sie sich leicht mit Blut bespritzt vorstelklen konnte, als man in jener schrecklichen nacht Don Gaspar de Ezpelatas blutigen Leichnam ins Haus getragen und Cervantes unter dem falschen Verdacht, an seiner Ermordung beteiligt zu sein, verhaftet hatte. “Natürlich hat man ihn gegen Bürgschaft auf freien Fuß gesetzt”, erzählte Padre Quijote, “aber bedenken Sie, Sancho, was es bedeutet, an der Lebensbeschreibung meines Vorfahren weiterzuarbeiten, wenn man weiß, was einem Schreckliches droht. Ich frage mich manchmal, ob es diese nacht war, an die er dachte, als er niederschrieb, wie Ihr Ahnherr nach seiner Ernennung zum Stathalter über eine Insel einem Jüngling befahl, eine Nacht im Gefängnis zu schlafen, und der Jüngling erwiderte: ‘Eure Macht reicht nicht aus, den Schlaf im Gefängnis herbei zuzwingen’. Vielleicht waren es dieselben Worte, die der greise cervantes zu dem Beamten sprach. ‘Angenommen, Ihr werft mich ins Gefängnis, legt mich in Ketten, sperrt mich in eine Zelle, und doch, wenn ich nicht schlafen will, habt Ihr keine Gewalt über mich, meinen Schlaf zu erzwingen’.”
“Die Guardia Civil heutzutage”, sagte Sancho, “die wüßte schon, wie man so was macht. Die würden Sie schnell genug einschläfern, mit einem einzigen Schlag über den Schädel.” Düster fügte er hinzu. “Mir täte ein bißchen Schlaf gut.”
“Ah, aber Ihr Ahnherr, Sancho, der war ein freundlicher Herr, und er ließ den Jungen frei. Und der Beamte tat das gleiche mit Cervantes.” (S.112)

Aus welchem Grund auch immer, schweigt der Padre stur, was Sancho nervös macht.

“Denken Sie daran, Padre”, sagte Sancho, “was für einen guten Statthalter mein Ahnherr abgab. Trotz all seiner Ritterlichkeit und Tapferkeit hätte Don Quijote nie so gut regieren können. Was für ein heilloses Spektakel – ich meine heiliges Spektakel – er auf dieser Insel angerichtet hatte. meinem Ahnen fiel das Regieren genauso leicht wie Trotzki das Kommandieren einer Armee. Trotzki besaß keine Erfahrung, und doch schlug er die weißen Generale. Ach, ich weiß schon, wir sind Materialisten, wir sind bauern und Marxisten. Aber deswegen brauchen Sie uns nicht zu verachten.”
“Wann hätte ich Sie je verachtet, Sancho?”
“Ihrem Gott sei dank, Sie haben endlich wieder zu reden begonnen…” (S. 132/133)

Don Padre wird bald sterben, angeschossen von Guardia Civil.

Seine Stimme aber, die vom Bett herüber drang, klang jetzt fest und kräftig. “Was ich Ihnen anbiete, Sancho, ist nicht Statthalterschaft. Was ich Ihnen anbiete, ist ein Königreich.”
“Ein Königreich?”wiederholte Sancho.
“Geh mit mir, und du wirst das Königreich finden.” (S. 229)

Und jetzt suchen wir Barataria in den nächsten Don-Quijote-Film. Regie Rodney Bennett. Ein netter Film mit guter Musik, der hier zu sehen ist. Also bloss nicht bei Amazon kaufen, wo er zwischen 199,00 und 273,00 Euro kostet! By the way, ab der 14. Minute gefühlte 10 Minuten preist der Film die Vorzüge der polnischen Wodka Wyborowa. Sehr nettes Product Placement 🙂

Der ganze Film: HIER

Und am Ende noch ein Zitat von Shakespeare, dem Greene dem Roman als Motto vorgesetzt hatte:

An sich ist nichts weder gut noch böse, das Denken macht es erst dazu.

W Jerozolimie (Reblog)

Jacek Pałasiński

Tę kulinarną przygodę, to już na pewno opisałem w „Najpiękniejszych słowach”! Ale… Kto czytał odświeży, kto nie czytał – może się zdecyduje?

W 2002 r. byłem za JPII w Jerozolimie. Pobyt w tym mieście zawsze jest magiczny, więc i tym razem, mimo nawału pracy, chodziłem trochę w różowej chmurze, na granicy jawy i urojenia. Obserwowałem błyskawiczną przemianę jednego z polskich dziennikarzy, wówczas mojego redakcyjnego kolegi: z racjonalnego stał się osobnikiem opętanym religijnie i nie przypadkiem stoi dziś na czele organizacji o szlachetnej nazwie, przemienionej w odrażającą szczujnię.

Rozmawiałem – i rozmowy te zapadły mi głęboko w duszę – z Żydami i Arabami; jedni i drudzy obywatele Izraela, tłumaczyli mi dlaczego żyją w apartheidzie i dlaczego poprawne stosunki w pracy nigdy nie mogą przekuć się w stosunki koleżeńskie…

Niejaki R., dziennikarz włoski którego życie toczyło się wyłącznie wokół religii i dlatego przeniósł się na stałe do Jerozolimy, dołączył do naszego międzynarodowego grona watykanistów, pracujących na stałe w Sala Stampa Vaticana. Uważał nas – jak wielu jemu podobnych na całym świecie – za grupę szczególnie uprzywilejowanych wybrańców, dostępujących na co dzień zaszczytu obcowania ze Świętą Stolicą i świętymi purpuratami ją zaludniającymi. On też nie wiedział, że nasze rozmowy będą dla niego szokujące i rozczarowujące.

Ale R. był wprowadzony we wszystkie tajniki Jerozolimy i namówił nas – bez większego trudu zresztą – na wizytę w wyjątkowej restauracji. Prowadził ją irański Żyd, lata po alii, też opętany religijnie.
To była wyjątkowa restauracja, ponieważ działała tylko przez pół roku i na posiłki czekało się bardzo długo, zważywszy, że przygotowywał je i podawał sam właściciel. Wszystko dlatego, że serwowano tam wyłącznie dania wspomniane w Biblii oraz w Misznie i Gemarze. Dlatego przez pół roku Irańczyk chodził po pustyni i po górach, szukając odpowiednich ziół i roślin i trzymał restaurację otwartą do wyczerpania ich zapasów.

Dostać się tam nie było proste, bo oczekiwanie na miejsce przy stoliku trwało miesiące. Ale zrobił wyjątek dla nas z poczucia gościnności wobec „świty papieża”. Poszliśmy tam wieczorem, po pracy, przejęci i podnieceni: cóż to będzie za przygoda, co za wyróżnienie! Zasiedliśmy, a na stół, jedna po drugiej, wjeżdżały dostojnie kolejne miseczki z biblijnymi daniami. Mieliśmy poczucie obcowania z transcendentalnym, atmosfera była uroczysta, że bardziej się nie da.

Nigdy nie zapomnę tej jerozolimskiej kolacji. Również dlatego, że nigdy przedtem, ani nigdy potem niczego równie niesmacznego nie miałem w ustach! Dominowała przykra gorycz i smaki tyleż egzotyczne, co powszechnie uważane za nie nadające się do spożycia.

Potem wielokrotnie wracałem do Jerozolimy i szukałem tego miejsca, chcąc odtworzyć tamten moment. Ale w miejscu, w którym wtedy byliśmy nie było śladu po restauracji, i przechodnie i pracujący opodal urzędnicy pamiętali ją, ale nie wiedzieli, co się z nią stało: czy została zamknięta, czy też może właściciel, religijny Irański Żyd umarł i nikt już nie robi potraw na podstawie Świętej Księgi i przypisów do niej.

Anna Dobrzyńska

„…lecz duszy zabić nie mogą”

Szczęściem pijani, winem upojeni,
Witają wśród siebie Wielkiego Rodaka,
Cztery tysiące lat wyglądany,
W dalekim kraju, jarzmo Polaka.
Przybywa do miasta, niewolą skutego,
W godności królewskiej, nadzieją witany,
Orzeł z Gór, Wyżyn i Szczytów w zenicie,
Najwierniejszym sługą, do końca oddany.
Orzeł po świecie Słowo roznosi,
Wlewa wśród róże światło zbawienia,
A Jego wiara czysta i dumna,
Ziemi, – tej ziemi, oblicze odmienia,
Kwiaty mu sypią, palemki pod nogi,
Jego imieniem zwą swoje dzieci,
Twarz Jego słońcem rozpromieniona,
Lampą dla sług, co w ciemności świeci.
Choć duchy beztroskie i serca otwarte,
A radość sens myślom, głębie odbiera,
Zegar na murze, co wieczność wspomina,
Ostatnie godziny pogody wydziela.
Ostatnie spotkanie, ostatnie spojrzenia,
Ostatnie chwile wspólnego pacierza,
Ostatnia śpiewana wspólnie piosenka,
Ostatnie rozmowy, Ostatnia Wieczerza.
Pośród ciemności, ogrodu, drzew mroku,
Na Skale Bawarskiej Człowiek się modli,
Samotność mu stróżem, lęk głębią, przepaścią,
Najmniejszy szmer trwoży, czas skraca i nagli,
Bracia w purpurze – daleko, posnęli,
Z krwi, ducha, narodu – rąk nie podają,
Chciał z każdym się witać, rękę wyciągał,
Oni mijają, odchodzą, nie znają,
W godzinie szarej się wilki gromadzą,
Demony duszne złem osaczają,
Jeszcze na łańcuchach, jeszcze na uwięzi,
Żelazem dzwonią, zębami szczękają,
Kroki złowrogie brzmią echem marmuru,
Bezwzględna gwałtowność przerywa ciemnicę,
Srebrzysty miecz srogi burzliwie uderza,
Nie ścina ucha, trafia w iglicę.
Niechybnie pojmany, na sąd wystawiony,
I bez przyczyny napastowany
Wie, że wypełnia się to, co spisane,
Sam, osaczony kłamstw, jadu słowami,
I mówią za Nim językiem kłamliwym,
Dawni przyjaciele są teraz wrogami,
Podstępne usta niecne w twarz plują,
Biały Włoch stoi za Jego plecami,
Gniewni niesprawiedliwie winę rzucają,
Obelgi, zniewagi, szydercze uśmiechy,
Niewinni dźwigają grzech winowajców,
I niosą na sobie oskarżeń oddechy.
Szaleństwem, żądzą, pogardą, cynizmem,
Serca ludzkości są tak przelane,
Że sędzia wbrew sobie ręce umywa,
I śmierci hańbiącej wyrok wydaje.
Zasłona rozdarta, ziemia poruszona,
Bohater miliona milionów obrazów,
Życie oddaje, ostatnie westchnienie,
W ofierze się składa na każdym ołtarzu.
Płoną kościoły ogniem paryskim,
Łańcuchy zerwane, świątynia zburzona,
Judasza srebrniki z ręki do ręki,
Sypią na pole, gdzie ziemia krwią chrzczona.
Ciało Chrystusa zmierza ku górze,
Odarte z godności, oblane trwogą,
Nie bójcie się tych, którzy zabijają
ciało,
lecz duszy zabić nie mogą.