Reblog: Martha Walter

We already had here some reblogs from that wonderful blog by f.e. HERE. This time my sister Kasia, seeing pictures of our picknic “ladies for ladies” in Berlin send me that link writing:

Po prostu zobaczyłam te obrazy i pomyślałam: i nic się nie zmieniło. Są ludzie złej woli i w odpowiedzi na to pojawiają sią ludzie dobrej woli, a między nimi “oni” – uchodźcy, emigranci, tułacze. I to wszystko w nawiązaniu do Waszego piknikowego działania. Jakby nic się nie zmieniło: dzieci i rowerki, kobiety w chustach zatroskane o ciepło, chleb i dach nad głową.

IMG_6759

Our picnic on 1oth of July in Berlin with about hundred women living permamently in Berlin (mostly Poles) and about two hundreds of refugees women and their children. The soul of that event was Anna Alboth from Family without border.
Foto Jagoda Woźniak.

It’s About Time

Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights.

Tuesday, July 12, 2016

Immigration as seen by American Martha Walter 1875-1976

Landing Room at Ellis Island

America is a country of immigrants.  During the 20s, American Impressionist Martha Walter, known for her carefree beach scenes, painted powerful views of immigrants entering the United States. In 1922, Walter spent months painting what became her most celebrated images, a series of 36 works depicting the thousands of immigrants kept in detention on Ellis Island, awaiting entry into the United States. In contrast to her happy beach scenes, the Ellis Island paintings portray the harsh realities of immigrant family life, especially the trials of mothers and babies. The dreadful, crowded conditions inspired a group of 22 paintings that were exhibited that year in the Galerie Georges Petit in Paris.  The French government selected one for the permanent collection of the Musée de Luxembourg. The series subsequently appeared in 1923 at the Art Institute of Chicago.

 Just Off the Ship Ellis Island

Babies’ Health Station No 4

Babies’ Health Station No 14

Babies’ Health Station No 5

Babies’ Health Station

Babies’ Health Station


Czech Immigrants


Italian Section, Detention Room, Ellis Island

Italian, Jewish, and Yugoslav Mothers and Children Waiting

Italians in Detention Room

Jewish Mothers and Babies

Jews and Slavs Waiting

Just Off the Ship

Waiting Room

Crowded Detention Room

Reblog d. przedruk: Porada życiowa!

Wszyscy czytajcie! I to po wielokroć! Dawno nie czytałam tak mądrego tekstu o tym, jak sobie radzić w życiu codziennym! A mianowicie

jak się nie kłócić!

kurszcze

Podstawowy błąd atrybucji

Podstawowy błąd atrybucji
Data publikacji: 24 czerwca 2016

Artur Giza-Zwierzchowski, terapeuta par i małżeństw
Pracownia Psychoedukacji
przy ul. Jagiellońskiej w Szczecinie

Psychologia społeczna niejednokrotnie wyświadcza swoją dziedziną nieocenione usługi. Dzieje się tak dzięki badaniom prowadzącym do wyjaśniania pewnych prawidłowości ludzkich zachowań. Jedno z jej odkryć, pochodzących jeszcze z lat 70 ub. wieku, wciąż pozostaje zbyt mało nagłośnione, tym bardziej, że może przyczynić się do obniżenia poziomu napięcia w związkach.

Podstawowy błąd atrybucji – o nim właśnie mowa – jest rodzajem zniekształcenia poznawczego, którego doświadczamy bardzo często analizując zachowania innych ludzi. Niestety niejednokrotnie dotyczy to także naszych najbliższych. W swej istocie podstawowy błąd atrybucji polega na tym, że oceniane przez nas zachowanie innych osób tłumaczymy jako wynik wewnętrznych cech charakteru tych osób. W przeciwieństwie do własnych zachowań, dla których zwykle bez najmniejszej trudności jesteśmy w stanie znaleźć wytłumaczenie w postaci zewnętrznych uwarunkowań niezwiązanych z naszymi cechami charakteru. Na przykład jeśli znajomy spóźnia się na spotkanie, to najprawdopodobniej jest spóźnialskim, niezwracającym uwagi na innych wokół siebie. Lecz jeśli to my nie jesteśmy punktualni, to z pewnością jest to wynikiem tego, że spóźnił się autobus, lub auto nie było zatankowane i musieliśmy jeszcze czekać w kolejce do dystrybutora. Czyż nie brzmi to znajomo w odniesieniu do przeróżnych sytuacji z życia związków? Ileż to razy podczas konfliktów w relacji mamy okazję usłyszeć z ust najbliższych dogłębną i bezlitosną ocenę naszych cech wewnętrznych niejednokrotnie wspartą dodatkowo teorią o dziedziczeniu biologicznym lub społecznym. “Jesteś leniem i bałaganiarzem i nic dziwnego, skoro rodzice cię nie nauczyli porządku, ale ja mam już tego dosyć.” W chwili takiej nie będzie miało najmniejszego znaczenia to, że regularnie odkurzacie, myjecie naczynia, rozwieszacie pranie i robicie zakupy. Nie zostanie także zauważone to, że mieliście akurat gorszy dzień w pracy, rozchorowało się dziecko lub domowe zwierzęta przedsięwzięły spisek przeciwko domowemu ładowi. To wszystko na nic. Na nic także próby wyjaśniania i argumentowania, prowadzą one tylko do dalszych konstatacji waszego wewnętrznego ustroju charakterologicznego. Usłyszycie więc najprawdopodobniej: „No tak, oczywiście ty zawsze jesteś taki święty, nigdy nie przyznasz się do winy zawsze znajdziesz wymówkę”. Co właściwie stawia was na z gruntu przegranej pozycji, albo nadal będziecie się tłumaczyć, potwierdzając powyższą tezę, albo zamilkniecie niemo przyznając rację interlokutorowi. Cóż, zatem pozostaje nam łagodna próba upowszechniania wiedzy na temat podstawowego błędu atrybucji, najlepiej w chwilach wolnych od obciążeń stanem konfliktu, podyskutować na ten temat bez zbędnych emocji. Dzięki temu w momencie, kiedy mimowolnie sięgniemy po ten sprawdzony mechanizm, będziemy mieli szansę uświadomienia sobie tego faktu i zastosowania racjonalnej korekty naszego postrzegania i reagowania. Nawet jeśli nie od razu się uda, to strategia taka powtarzana kilkukrotnie przyniesie w końcu pożądany skutek.

Masz pytanie do terapeuty par i małżeństw? Prześlij je pocztą na adres redakcja@kurier.szczecin.pl.

Fot. Robert Wojciechowski, Ryszard Pakieser

Reblog: Wolne Miasto Poznań 2016

Wypadki Poznańskie 28 czerwca 2016

wolne miasto ponzna_small

To, co wydarzyło się przed i podczas obchodów rocznicy Poznańskiego Czerwca’56 to precedens, który może mieć poważniejsze konsekwencje niż nam się wydaje.

1/ MON wraz z Prezydentem RP przeciwstawiło się prośbie Prezydenta Poznania w sposób niegodny, podważając suwerenność władz miasta (obecność wojsk i odczyt listy tragicznie zmarłych pod Smoleńskiem pomimo sprzeciwu).

2/ Zagrywka polityczna rządu RP w sposób podstępny rozegrała ważne poznańskie wydarzenie bez szacunku dla rocznicy, władz miasta oraz mieszkańców.

3/ Podczas obchodów rocznicy Poznań‘56 doszło do manifestcji poglądów nacjonalistycznych z mową nienawiści oraz do ataków agresji fizycznej.

4/ TVP transmitowała stronnicze i okrojone wiadomości na temat wydarzeń w Poznaniu.

Dlaczego to precedens? Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak zwrócił się z prośbą do ministerstwa by na uroczystych obchodach Poznańskiego Czerwca nie było asysty wojskowej, co jest równoznaczne z decyzją o odczytywaniu listy zmarłych pod Smoleńskiem podczas wszystkich imprez z udziałem wojska polskiego. Rocznica poznańskich wydarzeń to obchody ważne dla Poznaniaków i łączenie ofiar ze Smoleńska jest brakiem szacunku dla pamięci ofiar z 1956 roku, staje się rozgrywką czysto polityczną. Pomimo próśb i niejasnych deklaracji ze strony MON, wojsko i tak pojawiło się w Poznaniu. Dość spontanicznie bowiem do Poznania przyjechał Prezydent RP Andrzej Duda, co więcej, w towarzystwie Prezydenta Węgier Janosa Adera, co oznacza obowiązek obecności wojska, a za tym odczytanie listy ofiar poległych pod Smoleńskiem w 2010 roku.

Jeszcze nie było takiej sytuacji, by w tak podstępny sposób rząd RP potraktował władze jakiegoś miasta oraz nie uszanował święta czy obchodów rocznicy w danym mieście. Jeśli na to przyzwolimy, stanie się to praktyką powszechną. Ludzie wyjdą na barykady (nie na ulice) szybciej niż nam się zdaje. Ilość agresji, jaka się pojawiła na ulicach Poznania podczas obchodów była zatrważająca. Nie można dopuścić do takich sytuacji, bo być może innym razem, gdzie indziej, pojawi się większa iskra prowadząca do zamieszek i walk na ulicach. Nienawistne czy faszystowskie hasła nie powinny być obecne w sferze publicznej, politycznej i społecznej. Brak rekacji na mowę nienawiści to jej akceptacja, prowadząca do przyjęcia jej jako normy. Agresja i ataki fizyczne są godne potępienia i to natychmiast, bo grozi eskalacja.

Nie można dopuszczać do aż takich przekłamań w TVP, gdzie stronniczo pokazano członków KOD jako jedynych zakłócających obchody, przemilczając agresywne bojówki ONR i kibiców, którzy maszerowali z nacjonalistycznymi transparentami, odpalali race demonstrując nieograniczoną władzę na ulicach i siejąc strach, a podczas przemówień Prezydenta Poznania i Prezydenta Wałęsy skandowali hasła pełne nienawiści na najniższym poziomie.

To, co wydarzyło się w Poznaniu może przydarzyć się i w innych miastach. I wypadki mogą przyjąć inny obrót, którego konsekwencje moga być nieobliczalne. Polska się łamie od środka, z powodu i za przyzwoleniem rządu i partii rządzącej. Rosnące podziały społeczne w imię ideologii i poglądów politycznych, prowadzą do nieodwracalnego i dotychczas niespotykanego w Polsce kryzysu społecznego. Pojawił się stan zapalny w Polsce, który już wytworzył dwie struktury prawne (akceptacja wyroku Trybunału Kostytucyjnego lub jej brak) oraz doprowadził do podziału kraju (czwarty rozbiór Polski wewnątrz jej granic). Ratujmy nasz kraj, póki nie jest za późno!

Zwracam się z prośbą o:

  • Wyrażenie poparcia dla Prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który po raz kolejny stał na straży wolności i walczył o godne potraktowanie mieszkańców oraz ofiar Poznańskiego Czerwca.
  • Wyrażenie protestu przeciwko nieuszanowaniu obchodów Poznańskiego Czerwca przez władze RP, które wykorzystały swoją zwierzchnią pozycję do manifestacji siły i poglądów.
  • Wyrażenie sprzeciwu przeciwko fali agresji, manifestacji nienawiści i radykalizmu graniczącego z faszyzmem.
  • Wyrażenie protestu przeciwko stronniczemu przedstawieniu wydarzeń Poznańskiego Czerwca w TVP.

Anna Krenz

KOD Berlin

Berlin, 30 czerwca 2016

OTWARTY LIST POPARCIA

dla Prezydenta miasta Poznania Jacka Jaśkowiaka

Szanowny Panie Prezydencie,

W imieniu członków KOD Berlin, chcielibyśmy przekazać Panu wyrazy uznania za postawę podczas obchodów Poznańskiego Czerwca 56 oraz za wytrwałość w obronie własnych poglądów, które odzwierciedlają również opinie wielu poznaniaków.

Doceniamy Pana próby (niestety nieudane) nawiązania dialogu z instutucjami rządowymi by nie zakłócano obchodów Poznańskiego Czerwca rozgrywkami politycznymi i wprowadzeniem asysty wojsk, co jest jednoznaczne z odczytaniem listy ofiar zmarłych pod Smoleńskiem w 2010.

Sytuacja precedensowa, jaka miała miejsce 28 czerwca 2016 w Poznaniu, skłania nas do wyrażenia sprzeciwu wobec takich podstępnych działań jak organizacja spontanicznej wizyty Prezydenta RP Andrzeja Dudy oraz Prezydenta Węgier Jánosa Ádera, by usankcjonować obecność wojsk. To wydarzenie jest według nas wręcz skandalem dyplomatycznym. Sytuacja, która powstała doprowadziła do protestów, demonstracji agresji i mowy nienawiści, zakłócających powagę obchodów. Poznaniacy byli świadkami gry politycznej na najniższym poziomie. To, co stało się w Poznaniu może wydarzyć się i w innych miastach. Nasz kraj i tak jest podzielony, kolejne tego typu działania pogłębią być może nieodwracalnie podziały w społeczeństwie a to prowadzić może do niespotykanego dotychczas kryzysu w kraju.

Tym bardziej wyrażamy słowa szacunku dla Pańskiej walki o niezależność i wolność miasta oraz odwagi i konsekwentnej postawy wobec zaistniałej sytuacji.

Nasza grupa wspierająca Komitet Obrony Demokracji w Berlinie nie jest tak liczna jak w Poznaniu, ale docierają do nas wiadomości z Wolnego Miasta Poznań, które jest nam bliskie. Nawet zza Odry wspieramy Pana i doceniamy Pana postawę.

I życzylibyśmy innym miastom w Polsce tak odważnego i prawego Prezydenta.

Z poważaniem

Anna Krenz
KOD Berlin

 

Reblog: Anhalter Bahnhof

Erinnerung in einem Klavierabend
Die vergessenen Künstler

1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen wegen “Wehrkraftzersetzung” hingerichtet. Im Rahmen des “Ungespielten Konzert” des Pianisten Florian Heinisch soll nun an ihn erinnert werden.

in der Rubrik Anhalter Bahnhof (Tagesspiegel 24.06.2016)

Am 3. Mai 1943 ist in Heidelberg ein Klavierabend angekündigt. Karlrobert Kreiten, ein Jungstar der deutschen Pianistenszene, soll Werke von Bach und Chopin, Mozart, Beethoven und Liszt spielen. Doch am Abend bleibt das Podium leer. Kreiten ist am Nachmittag verhaftet worden. Vier Monate später wird er zum Tode verurteilt. Sein Verbrechen: „Wehrkraftzersetzung“. „Ein solcher Mann hat sich für immer ehrlos gemacht“, heißt es in dem vom Präsidenten des Volksgerichtshofes, Roland Freisler, unterzeichneten Urteil. „Er ist in unserem jetzigen Ringen – trotz aller beruflicher Leistungen als Künstler – eine Gefahr für unseren Sieg.“

Am 7. September 1943 wird einer der begabtesten deutschen Nachwuchs-Virtuosen hingerichtet – weil er einer Jugendfreundin seiner Mutter gegenüber keinen Hehl daraus gemacht hat, wie sehr er die Nazis und ihren Vernichtungskrieg verachtet. Was der 27-Jährige nicht ahnte: Er saß einer „gläubigen Nationalsozialistin“ gegenüber, wie es im Urteil heißt – die es für ihre politisch-patriotische Pflicht hielt, ihren Gast bei der Geheimen Staatspolizei zu denunzieren. Von Heidelberg wird Karlrobert Kreiten direkt nach Berlin gebracht, ins Gestapo-Gefängnis unweit des Anhalter Bahnhofs, also an jenen Ort, an dem heute die „Topographie des Terrors“ über die Verbrechen informiert, die hier begangen wurden.

63 Jahre nach der Verhaftung des für seine leidenschaftliche Ausdruckskraft gefeierten Pianisten, der es wagte, verbal gegen den „totalen Krieg“ aufzubegehren, ist nun der 25-jährige Pianist Florian Heinisch aufgebrochen, um das Programm, das Karlrobert Kreiten damals nicht mehr spielen konnte, endlich zum Klingen zu bringen. Die Idee zu diesem „Ungespielten Konzert“ stammt vom Hamburger Kinderarzt Moritz von Bredow, der sich sowohl für die Nachwuchsförderung einsetzt wie auch für vergessene Künstler. An diesem Sonntag, dem 100. Geburtstag Kreitens, wird Heinisch in Heidelberg auftreten, am 30. Juni endet die Tournee dann im Berliner Konzerthaus am Gendarmenmarkt. Der legendäre „Frühschoppen“-Moderator Werner Höfer, NSDAP-Mitglied seit 1933, hatte damals im „Berliner 12-Uhr-Blatt“ über Kreitens Verurteilung geschrieben: „Es dürfte niemand Verständnis dafür haben, wenn einem Künstler, der fehlte, eher verziehen würde als dem letzten gestrauchelten Volksgenossen.“ Als ihm die Urheberschaft des Textes – die Höfer bis zuletzt bestritt – 1987 nachgewiesen werden konnte, war er seinen Job bei der ARD los.

***

Infos

Das ungespielte Konzert – Zum 100. Geburtstag des 1943 vom NS-Regime hingerichteten Pianisten Karlrobert Kreiten: Florian Heinis

Programm   Bach: Präludium und Fuge für Orgel D-Dur; Chopin: Drei Etüden aus op. 25, Nr. 6 gis-Moll, Nr. 7 cis-Moll und Nr. 10 h-Moll, Drei Etüden aus op. 10, Nr. 2 a-Moll, Nr. 8 F-Dur und Nr. 12 c-Moll; Beethoven: Sonate f-Moll op. 57 “Appassionata”; Mozart: Sonate C-Dur; Liszt: Rhapsodie espagnole
Do
30.06
20:00

Konzerthaus Berlin

Gendarmenmarkt
10117 Berlin (Mitte)

Florian Heinisch

 Florian Heinisch Foto: promo

Za tydzień w Warszawie o feniksach

Pasjonujące!
Galeria Supermarket Sztuki zaprasza na spotkanie
 XXXX
SYNDROM FENIKSA

TEORIA SINUSOIDY TWÓRCZEJ
XX 
z artystką i kuratorką Galerii Szarej Joanną Rzepką-Dziedzic.
Spotkanie poprowadzi kuratorka, krytyczka i kulturoznawczyni Monika Weychert-Waluszko
 
21 czerwca 2016 / wtorek / godz. 19.00 
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88, Warszawa
 
!cid_FDFAD293-AB8E-4B5B-ABEC-3FCDD5CDD3A9@chello
 
Podczas spotkania zapoznamy się z autorską koncepcją Syndromu Feniksa, opisującą sinusoidalny sposób funkcjonowania osobowości twórczych. Joanna Rzepka-Dziedzic od kilku lat obserwuje i bada to zjawisko zarówno na podstawie własnych przeżyć, jak również doświadczeń osób ze środowisk twórczych, którymi się otacza, poprzez prowadzenie od kilkunastu lat galerii sztuki współczesnej. 
 
W ciągu ostatniego roku, w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrealizowała serię spotkań i rozmów zarówno z reprezentantami grup twórczych, jak i z przedstawicielami środowisk naukowych, lekarskich, czy religijnych. Dzięki temu skonfrontowała ze sobą doświadczenia i poglądy m.in. artystów i krytyków sztuki z często odmiennym podejściem psychiatrów, psychologów, coachów, dietetyków, chrześcijańskich i wschodnich przewodników duchowych, astrologów, etc. Joanna Rzepka-Dziedzic “Syndrom Feniksa” nazywa wieloetapowym projektem życia. W planach jest książka, seria wystaw, współpraca z artystami przy realizacji dość zagadkowych na ten moment prac. 
 
W rozmowach przeprowadzonych w ramach projektu udział wzięli m.in.: Zenon W. Dudek – psychiatra, Maciej Ścibór – psychoterapeuta, Karina Michałowska – psychiatra, Małgorzata Marczewska – coach, Aleksandra Żochowska – instruktorka jogi, Taras Statsiv – lekarz medycyny naturalnej, anonimowy przewodnik duchowy – babtysta, Agnieszka Obszańska – dziennikarka, Robert Rient – dziennikarz, oraz kuratorki i kuratorzy: Marta Kołakowska, Monika Weychert-Waluszko, Marta Kownacka, Stachu Ruksza, Karol Hordziej, a także artystki i artyści: Zuzanna Janin, Karolina Breguła, Katarzyna Majak, Maciej Chodziński, Sławek Brzoska, Michał Frydrych, Karol Radziszewski.
————
Syndrom Feniksa – (gr. sýndromos ‘zbieżny’ – med. zespół objawów charakterystyczny dla obrazu klinicznego określonej choroby; gr. Phoíniks, łac. Phoenix, mit. gr. mityczny święty ptak żyjący w Arabii, umierający w płomieniach i odradzający się z popiołów co 500, a wg innych źródeł co 1000 lat).
 
W psychologii, medycynie i psychiatrii s.f. oznacza stany skrajnego ożywienia i zamierania funkcji ciała i całej osobowości polegające na cyklicznym doświadczaniu pobudzenia energetycznego i inflacji psychicznej (ożywienia, mocy, boskości) oraz wycofania, izolacji i alienacji psychicznej. Faza „życia” wyraża się w podejmowaniu nadludzkiego wysiłku psychofizycznego, ekspansywnej aktywności, której towarzyszą zwykle pobudzenie, pewność siebie, przejrzystość umysłu, brak potrzeby snu, natchnienia artystyczne i duchowe. Fazę „śmierci” cechuje spadek aktywności, wyczerpanie psychofizyczne i deficytowe objawy psychiczne i somatyczne, jak apatia, abulia, mutyzm, utrata pamięci i koncentracji, brak apetytu i zanik libido, senność, spadek odporności immunologicznej.
 
Stany skrajnego ożywienia mogą przejawiać się silną i narzucającą się afektywną i intelektualną ekspresją (ekstrawersja), a stany wycofania z radykalnym obniżeniem kontaktu w rzeczywistością zewnętrzną (introwersja), ascezą, ograniczeniem relacji społecznych (izolacja) i naturalnych potrzeb psychofizycznych, jak odżywianie, percepcja zmysłowa, sen i ruch. Dochodzi do zaostrzenia przewlekłych chorób organizmu, a świadomość jednostki ulega dezorientacji i depersonalizacji.
 
W kulturze, sztuce i religii s.f. jest powiązany znaczeniowo z kultem ofiary z człowieka, zwierząt i innych form życia, a także syndromem Prometeusza (ofiarny dobroczyńca), Dionizosa (samoofiarowanie boga), Chirona (zraniony uzdrowiciel), Asklepiosa (lekarz zbawca) i Mesjasza (zbawca człowieka i zbawca świata).
 
* Opracowanie wg Leksykonu psychiatrii grecko-egipskiej wg Chirona z Asklepiady (VI w. p.n.e.)
 
————
Joanna Rzepka-Dziedzic (ur. 1979) – artystka wizualna, fotografka, kuratorka, edukatorka.
W 2004 r. ukończyła studia na Akademii Sztuk Pięknych (obecnie Uniwersytet Artystyczny) w Poznaniu, oraz w 2014 na Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie.
Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2015 r. 
Od 2004 roku współprowadzi niezależną instytucję kultury – Galerię Szarą (do 2015 r – w Cieszynie, od 2016 w Katowicach). W ramach tej działalności brała udział w organizacji ponad 100 wystaw z udziałem kilkuset artystów. Przygotowała setki godzin warsztatów i spotkań z zakresu sztuki współczesnej i Nowych Mediów. Współorganizowała kilkadziesiąt koncertów i kilka festiwali. Organizowała też konferencje, redagowała i wydawała książki. Obecnie pracuje nad projektem Syndrom Feniksa – autorską koncepcją sinusoidalnego sposobu funkcjonowania osobowości twórczych.
————
rys. sinusoidy – Michał Gayer
————
Projekt “Syndrom Feniksa” zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
————
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88
00-840 Warszawa 
Fundacja Supermarket Sztuki
ul. L. Narbutta 45/11
02-536 Warszawa
tel. 502 602 718

Reblog: Ein Syrer in Polen

Johanna Rubinroth

So 12.06.2016 | 18:32 | Kowalski & Schmidt

Gemeinsame Werte?

Der syrische Soziologe Ziad Abou Saleh lebt seit 33 Jahren in Polen. Der Hass auf Flüchtlinge quält ihn: Er fürchtet, dass er nun auch noch seine Wahlheimat Polen verlieren könnte, sollte das feindliche Klima gegenüber Ausländern weiter zu nehmen. Dabei könnte die Integration arabischer Migranten in Polen bestens funktionieren – ist ihnen vieles doch vertraut.

http://www.rbb-online.de/kowalskiundschmidt/archiv/20160612_1832/fluechtlinge_polen_syrer_ziad_abou_saleh.html

Die Bedeutung der Religion, der Familie, die Liebe zum Feiern, Loyalität unter Freunden – all das macht Polen wie Araber einander ähnlicher, als sie denken würden…

Ziad Abou Sale:
Der durchschnittliche Pole hat nie im Leben einen Araber gesehen, nie einen Moslem. Die Politiker haben dieses Defizit genutzt, und ein sehr ungerechtes – ja, ein Horrorbild des Arabers, des Moslems geschaffen.

Nach Breslau kam Ziad Abou Saleh vor 33 Jahren, um Informatik zu studieren. Der Syrer verliebte sich in die Stadt, in das Land. Bald entdeckte er seine Begeisterung für die unterschiedlichen Kulturen, studierte Soziologie dazu, und promovierte. Er ist der einzige syrische Soziologe in Polen.

syryjczyk

Heute unterrichtet er an einer Breslauer Hochschule Arabisch und versucht, seinen Studenten die Welt des Orients zu vermitteln. Und ist immer wieder überrascht, wieviel er erklären muss…

Ziad Abou Saleh:
Aus meinen Fragebögen geht hervor, dass auch bei den polnischen Studenten das Wissen über die arabische Kultur sehr klein ist. Und ebenso klein ist die Möglichkeit, einen Araber persönlich kennen zu lernen. Eigentlich ist sie gleich Null.

Seine Vorträge über die arabische Gesellschaft nutzt er, seinen Studenten zu vermitteln, dass ein enges, nationalistisches Europa keine gute Zukunft hat.

Ziad Abou Saleh:
Niemand will zu uns nach Polen kommen. DAS ist ein Grund zur Sorge. Mit unserem demografischen Tief werden wir in dem heutigen Europa ohne die Emigranten nicht überleben. Wir wollen, dass es bei uns schön ist – ohne die Fremden geht das nicht, wirklich nicht!

Bei solchen Begegnungen stelle ich mich als das vor, was der Pole – beeinflusst durch die Medien – als das Schlimmste überhaupt begreift: ich bin aus Syrien, ich bin Araber, Moslem, Emigrant, Flüchtling. Damit gebe ich den Menschen die Möglichkeit, mit genau so einem zu sprechen! Das ist für sie die Chance, selbst einzuschätzen, ob ihre Angst begründet ist oder nicht.

Abou Saleh hatte in Damaskus geheiratet und mit seiner Familie abwechselnd in Polen und in Syrien gelebt. Vor drei Jahren, als der Krieg seine erste Heimat zerstörte, zog er mit seiner Frau und den vier Kindern ganz nach Polen.

Zu sechst wohnen sie nun auf 54 qm. Die Kinder haben sich dennoch gut eingelebt, sie sprechen Polnisch – die Älteste so gut, dass sie kürzlich ihr Abitur machte. Doch der Soziologe hat derzeit weniger Zeit für seine Familie – seit er es sich zur Aufgabe gemacht hat, die Menschen hier aufzuklären. Es beunruhigt ihn, was er in Polen beobachtet und wahrnimmt.

Ziad Abou Saleh:
Ich hatte das Glück, dass Polen für mich ein zweites Zuhause wurde. Aber in der letzten Zeit passieren hier leider ungute Dinge. Das Schlimmste für mich wäre – auch nur der Gedanke daran – bald eine dritte Heimat suchen zu müssen.

Hier in Breslau hat Ziad Abu Saleh einen großen polnischen Freundeskreis, der ihm über die Jahre ans Herz gewachsen ist. Er ist überzeugt davon, dass die Integration der arabisch/muslimischen Bürger in Polen – wenn es diese Möglichkeit denn gäbe – wunderbar klappen könnte. Denn beide Völker haben überraschend viele Gemeinsamkeiten:

Ziad Abou Saleh:
Der Syrer ist gastfreundlich und der Pole ist es auch. Der Syrer ist ein bisschen religiös, aber nicht radikal, so ist auch der Pole. Der eine liebt das Feiern und der andere ebenso. Der eine kann gute Arbeit leisten, der andere auch. Der eine ist nicht immer so pünktlich – der andere aber zum Glück auch nicht. Ich bin absolut überzeugt davon, dass wir in bestem Einvernehmen miteinander leben könnten!

Und was könnten diese Beobachtungen eines Soziologen besser bestätigen als die Tatsache, dass er seine syrische Familie um ein polnisches Mitglied erweitert hat:

Ziad Abou Saleh:
Durch den arabisch-israelischen Krieg – da war ich vier – musste ich die Golan-Höhen verlassen, und so habe ich den Kontakt zu meinen Großeltern verloren. Als ich nach Polen kam, habe ich, wohl für das psychische Gleichgewicht, eine Oma gebraucht.

Und die hat er dann auch vor 33 Jahren gefunden: Babcia Stefcia, er nennt sie seine “polnische Oma”!

Reblog: Pani Irenka 3

Karolina Kuszyk

W tych ich tropikach

Długo coś pani nie było… za granicą? A gdzie? A, w Niemczech. W Niemczech to już teraz żadna zagranica, pani. A o, jak raz syn z synową w Berlinie byli, jak to wolne było przez Boże Ciało. Spali tam u takiego jednego Mietka kolegi, co aż za stanu wojennego wyjechał. Dom ten jego kolega pod Berlinem wystawił, podobnież córce, ale córka do Brukseli z mężem wyjechała, to teraz tam sami z żoną siedzą, i miejsca mają a miejsca, i już ich od lat tak zapraszali, to w końcu Mietek mówi, nie ma co, jedziemy. I pojechali.

A najbardziej ze wszystkiego to im się podobało na takim basenie wielkim, hangar tam taki ogromny pobudowany, a w środku same różności. Tropikalna wyspa, pani. Wygląda jak naprawdę gdzieś w tych ich tropikach z tymi palmami. Była pani? Nie? Niech pani jedzie koniecznie, z dziećmi najlepiej, bo tam ślicznie! Zdjęcia syn pokazywał, to wiem. Pawie sobie chodzą, pani, piękne, ogromne, z tymi ogonami, zupełnie jak na wolności, papużki też są, i te inne ptaszki, takie różowe, fikuśne, z takimi szyjkami powyginanymi, ale zapomniałam, jak się nazywają. O, właśnie, flamingi. Synowa mówi, mamusiu, jakie tam cuda, i roślinki, i rybki, i baseny najprzeróżniejsze, i plaże, i ślizgawki takie do wody, na takiej małej to nawet żeśmy się przejechali, i pojeść można, piwo wypić i nawet na zewnątrz wyjść, bo na dworze też tam teraz baseny powystawiali, coś pięknego. Tylko jak tam do tej ich sauny poszli, to im strasznie głupio było, bo zaraz tam jakiś Niemiec do nich wystartował, żeby do gołego rozbierali się, wyobraża sobie pani coś takiego? Syn coś tam nawet próbował dyskutować, że przecież stroje mają na sobie do kąpania, ale ten Niemiec tylko że nein i nein. To wyszli z tej sauny, ale potem zaraz skargę napisali przez internet, no bo kto to widział,  żeby tak ludzi zmuszać, w dodatku Polaków, prawda? Ja nie wiem, czy ci Niemcy to się tak nie wstydzą na goło latać, pani? Synowa tylko głową kręciła i mówi, no mówię mamusi, wszyscy w tych saunach porozbierani do rosołu, nawet takie starszawe, co to już w wieku mamusi, za przeproszeniem, piersi do pasa, co tam jeszcze innego do kolan, i na goło! A im, starsze tym bardziej pokazują! Ale to tylko to jedno, co im się nie podobało. Wszystko inne chwalili, a nie mogli się nachwalić. I pytałam synową szczególnie o te roślinki, co tak tam rosną, sztuczne czy niesztuczne, a ona mówi, mamusiu, prawdziwe najprawdziwsze, sama oglądałam, dotykałam!

Ja to się cieszę, pani, że syn z synową trochę urlopu mieli, odpoczęli sobie, bo teraz syn bez przerwy w niepewności, w nerwach, zwolnią go, nie zwolnią. A Dawidek co i raz biega na te demonstracje, marsze, kody nie kody… syn to się zaraz denerwuje o to, zamiast z nami do Niemiec pojechać, tropiki zobaczyć, to ten zostaje i politykuje. Ja to się tylko tak śmieję po cichu, ale nic nie mówię, bo Mietek, jak był taki dwudziestolatek jak Dawidek, to też tylko polityka i polityka, okrągły stół, wolne wybory, nowej Polski budowanie. Ja tam wszystko pamiętam, pani.

Reblog z Miasta kobiet

Miasto Kobiet

Karolina Macios

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?

Moje dziecko postanowiło zostać papieżem. „Jan Paweł III, Jan Paweł III”, podśpiewuje, lepiąc z plasteliny kupkę śmieci pod drzewem, bo tylko takie drzewa widuje na naszym osiedlu.

Karolina Macios / fot. Anna CiuprykKarolina Macios / fot. Anna Ciupryk

„Jan Paweł III, Jan Paweł III”, nuci, myjąc zęby i przy okazji plując pastą na podłogę. A gdy babcia pyta: „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?”, syn odpowiada: „Jan Pawełem III”, bo wciąż ma problemy z deklinacją. Babci łza w oku się kręci, bo córka co prawda stracona, ale za to wnuk jeszcze ma szanse wyjść na ludzi. I to jakich ludzi! Mężczyzna mojego życia, to znaczy ten pierwszy z dwóch mężczyzn mojego życia, spogląda na mnie z paniką w oczach. Wcale mu się nie dziwię, bo jak by to wyglądało, gdyby syn buddysty został papieżem? Wstyd i basta. A ja spoglądam na drugiego mężczyznę mojego życia i myślę sobie: fiu, fiu, wysoko mierzy. Trudno mu będzie, co prawda, bo na religię nie chodzi, nie chrzczony w dodatku, a ja do ołtarza w białej kiecce nie szłam, ale co mu będę za młodu skrzydła podcinać? Mówię mu uparcie: „możesz zostać, kim chcesz, synu”.
Nie ukrywam, lepszy byłby zawód, co to aż tak wiele od człowieka nie wymaga, nie weryfikuje jego rodziny, związków i poglądów, nie pozwala innym zaglądać człowiekowi do łóżka ani decydować o tym, w co ma się ubierać i jak zachowywać. No, ale chwileczkę, myślę sobie, rozejrzawszy się dookoła. Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy ci bez białych sukienek, ślubów, chrztów i szczęśćboże znaleźli się w mniejszości, a mniejszość z reguły znajduje się na dole łańcucha pokarmowego. Logika podpowiada, że im wyżej w łańcuchu, tym lepiej, więc właściwie czemu nie miałby zostać papieżem? Nie jest kobietą, a to już spory plus. No chyba że zmieni płeć, ale co wówczas byłby z niego za katolik? Szanse, że zajdzie w nieślubną ciążę i ją usunie, tak czy siak raczej znikome. Musiałby się, co prawda, wyrzec znajomości rodziców z wujkami, którzy lubią mężczyzn, bo to źle by wyglądało, no i przestać wreszcie mówić: „my nie wierzymy w Boga, ale za to wierzymy w masę fajnych rzeczy, prawda?”, ale to też dałoby się jakoś załatwić.

W tym wieku za czekoladę człowiek zrobi wszystko.

Pozostała jeszcze kwestia chrztu, komunii i bierzmowania, ale w tym wypadku im później, tym lepiej – w końcu z jednego nawróconego grzesznika większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, prawda? Nie wspominając już o synu marnotrawnym. Musiałby też chodzić w kiecce, ale o to akurat zadbaliśmy zawczasu – w naszym domu panuje przekonanie, że każdy może się ubierać, jak chce, a chłopcy też mogą chodzić w sukienkach. Na szczęście mówimy tu o białej, a nie różowej, bo różowego koloru mimo tolerancji nie przeskoczymy. Taki zawód nie pozwoliłby mu również z nikim się związać, przynajmniej oficjalnie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli mój syn pokocha mężczyznę, to też oficjalnie się z nim nie zwiąże. Nie w tym kraju. Na szczęście żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, bo i tak obiecał, że ożeni się tylko ze mną. Co prawda, jeśli w końcu się zdecyduje, „Miasto Kobiet” będzie musiało usunąć ten felieton z archiwum, ja będę musiała wziąć ślub kościelny i to raczej nie z buddystą, wyrzec się kilku przyjaciół, wycofać z obiegu ze trzy moje książki i usunąć po cichu tych wszystkich, którzy poznali moje poglądy, ale… czego się nie robi dla dziecka?
Cokolwiek zdecyduje, poprę go, od tego są wszak matki. Ale do tego czasu na pewno nauczy się sam myśleć i wyciągać wnioski. Poza tym może nadejdą takie czasy, kiedy sam wybierze, w co i jak chce wierzyć, kto wie? Może wtedy w szkole będzie pisać sprawdziany z tego epizodu w historii Polski, kiedy Bóg, Honor i Ojczyzna mieli się znacznie lepiej od tych, co tu nie pasowali?

Idzie Nowe

Ewa Maria Slaska

O patriotyzmie, jedzeniu i spaniu (ze sobą)

Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.

Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.

Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…

Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.

Patrioten essen keinen Parmesan

Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.

Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.

Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.

Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…

Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?

Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany  “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.

Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…

Reblog: Czterdziestolatek

Szymon Hołownia przedwczoraj na Facebooku

W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.

Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: “dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.

Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z “Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.

Jedni mają program: “Precz z tamtymi”. Drudzy: “Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.

Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.

Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.

Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w “Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.

Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.

Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.

Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników “erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.

Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.

I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać “panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.

Solidarność o muerte! Że zacytuję klasyka. 🙂