40 i 4

Sprzed kilku lat, a jakby to dziś było, a może nawet bardziej…

Jacek Slaski

Czterdzieści i cztery
Koncepcja książki o powrocie Jezusa Chrystusa do Polski

Jezus ukazuje się 4 kwietnia w licheniu, zostaje 44 dni na świecie, aż 44ego dnia zostaje zabity. I o tym jest ta powieść.

Dramaturgia książki nawiązuje do biblijnej historii jezusa. Czyli najważniejsze zdarzenia muszą zostać wpisane w coś w rodzaju wykresu dramaturgicznego i przełożone na czasy dzisiejsze.

Podstawowym założeniem książki jest pokazania polskiego społeczeństwa które realizuje się sie w religijności ale upadło moralnie.

Polska rzeczywistość musi zostać oddana w książce jak najostrzej

Różne grupy jak PiS, LPR, Samoobrona, polskie media, warszawka, kościół i komuniści grają ważne role.

Do jezusa przyplątuje się jakiś spec do spraw mediów i zostaje jego prawą ręką.

Jezus nie jest zaściankowym hippisem który żył 2 tysiące lat temu, lecz synem boga i jest na bieżąco.

Książka będzie miała 12 rozdziałów, prolog i epilog

Na początku każdego rozdziału będzie przemowa jezusa.

Dalsze elementy książki to wywiady z jezusem oraz rozmowy ludzi na jego temat.

Główna historia toczy się jakby po śladach jezusa w czasie tych 44 dni, czyli opowiada o tym, co on robi i co z nim robią.

Pod sferą religijną będzie jeszcze sfera mistyczna w której dużą rolę odgrywają numerologia i symbolika, co powinno zostać stylistycznie uwzględnione.

PROLOG

Jezus objawia się w licheniu

ROZDZ. 1
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowy dwóch szarych polaków
Szau medialny w warszawie: redakcja nasza tv i redakcja nasza gazeta
Jezus wkracza do konina
Pierwszy cud jezusa
Burmistrz konina wykorkowuje

ROZDZ. 2
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa matki z córką
Pojawia się agent medialny w koninie
Jezus udziela wywiadu
Szał w warszawie trwa
W tle pojawiają się komuniści

ROZDZ. 3
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w knajpie
Kościół reaguje
Jezus wkracza do kalisza
Agent medialny działa dalej
Rozmowa z księdzem-biskupem w kaliszu
LPR organizuje akcje

ROZDZ. 4
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w zakładzie produkcji kaloryferów
Prezydent przylatuje do kalisza
Jezus udziela drugiego wywiadu
Jezus idzie przez kraj od wsi do wsi
Następuje drugi cud
Komuniści spotykają jezusa i jezus im wybacza

ROZDZ. 5
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa w sejmie
Komunisci kochają jezusa,
LPR nadal organizuje akcje
Jezus wkracza do łodzi
Agent medialny działa dalej
Kościół zaczyna podważać naukę jezusa
Następuje trzeci cud
Lud jest w stanie szału i szęśliwości

ROZDZ. 6
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch prostytutek
Ekipa filmowa chce nakręcić film dokumentalny o jezusie
Komuniści urządzają uroczystość
Lud jest w szale
Jezus idzie do krakowa, po drodze odwiedza więzienie
Prezydent i premier jadą na drugie spotkanie
Jest afera medialna o prawa do pokazywania drogi jezusa, łapówki
LPR wpada w amok i nie wie co zrobić
Komuchy zamykają drogi, jezus idzie na piechotę a za nim tłum

ROZDZ. 7
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch pisarzy agnostyków w stylu becketta
Jezus udziela wywiadu
Media się nie odzywają, nie wiedzą, co z tym zrobić
Przedsiębiorstwa chcą robić reklamy,
Próba przekupstwa jezusa
Agent medialny podpisuje kontrakty reklamowe
Kościół ogłasza, że jezus to nie jezus
Komuchy atakują kościół
Marsz gejów na cześć jezusa

ROZDZ. 8
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch staruszek w mocherowych beretach
Jezus znika z pola widzenia, nikt nie wie co się z nim dzieje
Lud zaczyna się złościć i wierzyć kościołowi
Komuchy są zdezorientowane
W sejmie alarm
Polska jako kraj nie funkcjonuje: przestępczość rośnie, nikt się nie zajmuje porządkiem
Media zmieniają politykę i nadają anty-jezusowo
LPR się wypowiada, że oni zawsze wiedzieli
Prezydent w szoku

ROZDZ. 9
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch kolesi z agencji reklamowej
Wkracza wariat który mówi, że powrócił i że to on jest jezusem
Komuchy wsadzają go do więzienia
Pojawia się jezus w krakowie
Lud nie wie, co robić
List od papieża
Wywiad z jezusem
Komuchy znów się zachwycają
W polsce anarchia

ROZDZ. 10
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch chłopów na polu
Jezus rusza do warszawy
Rewolucja staruszek podpuszczana prze kościół
Dzieje się kolejny cud
LPR mobilizuje młodzież
Stan agresji
Agent medialny traci kontrolę
Jezus udziela wywiadu ale media manipulują, Jezus wychodzi na szarlatana

ROZDZ. 11
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa dwóch komuchów
Jezus wkracza do warszawy
Warszawa w ruinie, wszystko się wali
Adepci jezusa chodzą po ulicach i mamrocą
Bataliony staruszek walczą
Kościół się wścieka
Sejm został obalony
LPR mobilizuje lud przeciw jezusowi
Agent medialny ucieka z milionami na kubę
Jest 43 dzień.

ROZDZ. 12
Wstęp: przemowa jezusa
Wstęp 2: rozmowa ducha świętego z bogiem
Cały kraj już w amoku; gwałt i mord
Media przestają nadawać
Prezydent zniknął
Dzwony biją cały czas
Gonią jezusa
Przemowa jezusa w centrum warszawy do ludu
Paru staje za nim, ale lud ma dość
Zaganiają jezusa na stadion tysiąclecia i tam go linczują

EPILOG
Modlitwa wiernych w licheniu

Berlin, 3 listopada 2012

&

Kazanie 1, Wielka Środa, 4 kwietnia

– Skruszcie się, bowiem zbliżyło się Królestwo Niebios.

I powiadam Wam.

Bogaci żebrzący u Ducha, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Bogaci, którzy boleją, albowiem oni będą pocieszeni. Bogaci łagodni, albowiem oni odziedziczą ziemię.
Bogaci, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Bogaci, którzy proszą o litość, albowiem oni dostąpią miłosierdzia.
Bogaci czystego serca, albowiem oni Boga oglądają.
Bogaci, którzy dostają pokój, albowiem oni zostaną nazwani synami Boga. Bogaci, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Bogaci jesteście, gdy będą wam złorzeczyć oraz was prześladować, i mówić każde złe słowo przeciwko wam, kłamiąc co do mnie.

Głosy protestu z kościoła.

– Nie bogaci tylko błogosławieni. To kazanie na górze. Nie znasz tekstu.

– Znam. I to jak. Inne tłumaczenie. A zatem radujcie się i weselcie, bowiem wasza obfita nagro­da jest w niebiosach; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.
Wy jesteście solą ziemi; a jeśli sól by zwietrzała, czymże będzie posolona? Do niczego już nie ma mocy, tylko aby na zewnątrz wyrzuconą, wzgardzaną być przez ludzi. Wy jesteście światłem świata; nie może być ukryte miasto, które leży na górze, ani nie zapalają świecy i nie stawiają jej pod naczyniem – ale na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło zaświeci przed ludźmi, aby mogli widzieć wasze szlachetne czyny i chwalić waszego Ojca, który jest w niebiosach.

Ksiądz przy ołtarzu nachyla się do ministranta i coś mu szepce do ucha. Ministrant odchodzi do zakrystii, wyjmuje komórkę i wybiera trzycyfrowy numer.

– Jakie?

– Biblia gdańska. Prawa autorskie nie zastrzeżone. Wszelkie powielanie, kopiowanie i propagowanie, jak najbardziej wskazane. Patrz www.biblest.com.pl. Nie mniemajcie zatem, że nie znam tekstu albo że przyszedłem rozluźnić Prawo lub Proroków; nie przyszedłem rozluźnić, ale dopełnić. Bo zaprawdę, powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota albo kreska nie przeminie z Prawa, aż wszystko to się stanie. Jeśli więc, ktoś by rozluźnił jedno z tych najmniejszych przykazań, i tak by nauczał ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie przewyższać sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów, żadnym sposobem nie wejdziecie do Królestwa Niebios.

Do kościoła wchodzi dwóch policjantów. Podchodzą do mężczyzny, który wygłasza kazanie.

– Proszę przestać zakłócać.

– Ach, zakłócać. Skądże znowu. Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz mordował; a ktokolwiek by zamordował, będzie podległy sądowi. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto bez przyczyny gniewa się na swojego brata, będzie podległy sądowi; a ktokolwiek by powiedział swojemu bratu: Raka, będzie podległy Radzie…

Dyskutant: – Jakiego raka ty pacanie?

– Hebrajskie wyrażenie oznaczające pogardę, a poza tym ktokolwiek by powiedział: pacanie, będzie podległy gehennie ognia. Zatem jeślibyś przyniósł twój dar na ołtarz, i tam wspomniał, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw tam twój dar przed ołtarzem, i odejdź; wpierw pojednaj się z twoim bratem, a potem, kiedy przyjdziesz, wtedy ofiaruj twój dar. Pogódź się szybko z twoim przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze, aby cię czasem przeciwnik nie poddał sędziemu, a sędzia nie poddał podwładnemu, i byłbyś wrzucony do więzienia.

Zwraca się do policjantów:

– Panowie, jak rozumiem, właśnie w tej sprawie. Zaprawdę powiadam wam: Nie wyjdziecie stamtąd, dopóki nie oddacie ostatniego pieniążka. Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz cudzołożył. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto patrzy na niewiastę na skutek jej pożądania, już popełnił z nią cudzołóstwo w swoim sercu. A czynił to lat trzy, to zarobił na seksaferę. Zatem jeśli cię gorszy twoje prawe oko, wyłup je i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twych członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. A jeśli cię gorszy twoja prawa ręka, odetnij ją i odrzuć od siebie; bowiem pożyteczniej ci jest, aby zginął jeden z twoich członków, aniżeli całe twoje ciało zostało wrzucone do gehenny. Powiedziano również: Ktokolwiek by odda­lił swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. Ale ja wam powiadam, że ktokolwiek by oddalił swoją żonę, oprócz przyczyny cudzołóstwa, wiedzie ją w cudzołóstwo, a kto by oddaloną posiadł – cudzołoży. A kto by dziecka nie uznał i alimentów nie płacił, temu i wterynarz nie pomoże.

Policjant: – Pan pójdzie z nami.

– Potem, obiecuję. Na razie wciąż jeszcze głoszę. Jesteśmy w Europie i mamy demokrację. Jest wolność słowa. Nawet bożego. Słyszeliście znowu, że powiedziano praojcom: Nie  będziesz krzywoprzysięgał, ale oddasz Panu twoje przysięgi. A ja wam powiadam, abyście wcale nie przysięgali; ani na Niebo, ponieważ jest tronem Boga; ani na ziemię, gdyż jest podnóżkiem Jego nóg; ani na Jerozolimę, gdyż jest miastem Wielkiego Króla, ani nie będziesz przysięgał na twoją głowę, gdyż nie możesz uczynić jednego włosa białym lub czarnym. Ale wasza mowa niech będzie: Tak, tak, nie, nie; a co nadto więcej, jest od złego. Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, a ząb za ząb. Ale ja wam powiadam, abyście nie oddawali złemu; ale temu, kto cię uderza w prawy twój policzek, nadstaw mu też i drugi; a kto się chce z tobą procesować i zabrać twoją suknię, pozostaw mu i płaszcz; a ktokolwiek cię zmusi by iść jedną milę, idź z nim dwie. I proszę, niech się panowie nie martwią, za momencik pójdę z panami. Bo temu, który cię  prosi – daj; a od tego, który chce od ciebie pożyczyć – nie odwracaj się.

Młody chłopak z trzema rogami w nosie i dziurami w obu policzkach: – Te, Jezus, jak się kurwa nazywasz?

– Jezus. Jezus Bogucki. Syn Józefa i Marii z domu Dawid.

– Żyd.

– No tak jakby. Ale słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował twego bliskiego, a twojego nieprzyjaciela będziesz nienawidził. Ale ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół, wielbijcie Boga tym, którzy was przeklinają, czyńcie szlachetnie tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tymi, którzy was złośliwie traktują, i prześladują was; abyście byli synami waszego Ojca, który jest w niebiosach; bo On to czyni, że Jego słońce wschodzi na złe i dobre, i deszcz spuszcza na sprawiedliwe oraz niesprawiedliwe. Bo jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jaką macie zapłatę? Czyż i policjanci tak nie czynią?

Zwraca się znowu do policjantów.

– A jeśli tylko pozdrawiacie waszych braci, cóż osobliwego czynicie? Nawet policjanci tak czynią. Zatem wy bądźcie doskonałymi, tak jak doskonały jest mój Ojciec, który jest w niebiosach. A teraz już mogę pójść z panami.

Auf Deutsch & po polsku

für Martin Jankowski / dla Martina Jankowskiego
für eine Veranstaltung bei dem Festival Stadtsprachen
am 30. November 2016
napisane w listopadzie 2016 roku na halloweenowe spotkanie literackie
w ramach festiwalu Stadtsprachen

jadlastadtsprachenZdjęcia – moje i Elsye Suquilanda – wykonane przez Grahama Hainsa dla potrzeb festiwalu, umieszczone w wydanej w jednym egzemplarzu książce Ink /
Ewa Maria Slaska und Elsye Suquilanda, Fotos Graham Hains

Ewa Maria Slaska

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Obudziłam się dziś z walącym sercem
We śnie płakałam tak jak już w życiu dawno nie płakałam
Serce mi waliło, gdy próbowałam
Gdy próbowałam
Gdy próbowałam
Serce mi waliło
Było ciemno i myślałam, że jest trzecia w nocy
Myślałam że jest trzecia w nocy
Godzina duchów
Które całe lato mnie budziły o trzeciej w nocy
I bałam się spać
Ale lato się skończyło i przestałam się budzić
Przerażona i z walącym sercem o trzeciej w nocy
Wyrzuciłam za okno diabełka z czarnego pluszu

Ale była szósta rano. Wczoraj byłaby nawet siódma. Es war sechs Uhr heute früh. Gestern wäre es gar 7 Uhr. Halloween. Ich wachte auf, weil ich in Traum schrecklich geweint habe.

Diabełek z czarnego pluszu. Jestem archeolożką i zbieraczką rzeczy. Znajduję je i zabieram do domu. Znalazłam go na ulicy na początku lata, była to zwykła zabawka. Było to lato małych krwawych zdarzeń, wpadałam na okna i rozbijałam sobie głowę, wchodziłam na zwykłą codzienną podłogę i wbijałam sobie szkło w stopę, ścierałam ręką okruchy ze stołu i z palców lała się krew, pierwszego dnia krótkich letnich wakacji krew lała się już ze mnie. Ciągle chodziłam do lekarzy i próbowałam zatamować tę krew, ale gdy zaleczyłam głowę, stopę i pace, to krwawiłam cała.

A w nocy budziły mnie koszmary, moje własne horrorclowny. Trzęsłam się ze strachu. Zapalałam światło. I nadal trzęsłam się ze strachu, mimo że wiedziałam dokładnie, co jest tu a co tam. Strachy to był sen, a teraz już nie śpię. Wiedziałam, że nic mi nie grozi, że horrorclowny ze snów nie wyjdą do pokoju, który jest jasny, ciepły i bezpieczny. I nie czają się za oknami. Wtedy zresztą nie wiedziałam jeszcze, że naprawdę chodzą po ulicach.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, wtedy myślałam naprawdę, a przecież, uwierzcie mi, jestem racjonalistycznie myślącą konkretną kobietą, żyjącą w drugiej dekadzie XXI wieku w Berlinie czyli stolicy świata, a przecież naprawdę myślałam, że ktoś rzucił na mnie urok.

Którejś nocy, była to już siódma a może nawet ósma noc, kiedy koszmary budziły mnie o trzeciej w nocy, weszłam do łazienki, a tam na wannie siedział znaleziony na ulicy diabełek, małe czarne, pocieszne stworzonko z czerwonymi rogami, wyprodukowane w Chinach dla uciechy gawiedzi, wcale nie ku większej chwale Szatana, lecz zwykłej mamony.

Tak, jest tak jak nasz Gospodarz, Martin Jankowski, to sobie wymyślił na tytuł dzisiejszego spotkania. Berlin liegt im Osten, Berlin liegt im Osten im Mittelalter oder vielleicht reicht es zu vermuten, es seien die Fünfziger des vergangenen Jahrhundert in einem Ostpolnischen Dorf und ich… Nein, ich habe bis vor Kurzem immer gedacht, wenn ja, dann wäre ich eine Hexe, eine, egal welche, die über Macht verfügt, eine Schamanin vielleicht, erst jetzt, heute früh als ich es schreibe und mein Herz pocht wie ein verrückter Vogel, erst jetzt weiß ich, dass nein, ich bin keine Hexe, ich bin ein wehrloses Opfer der schwarzen Clowns, weil ich eine Frau bin… So hatte es mir heute geträumt, so deutlich. Und es war Polen, eindeutlich.

Jetzt am Rande kann ich es mir eine weit ausholende Anmerkung erlauben. Dies, was ich heute früh, sehr schnell und unordentlich in meinem Computer geschrieben habe, so schnell und unordentlich, dass ich sogar wagen kann zu meinen, es seien Kritzeleien, kein Aufschreiben, obwohl die Buchstaben und Zeilen ordentlich aussehen, also dass das das Buchprojekt gewesen wäre. Ein gutes Buchprojekt, oder gar zwei. Vielleicht zusammen gepackt. Ein über Polen und ein über mich. Ein über Situation der Frauen in Polen, ein über eine ältere, nein über eine alte Frau, deren Blutabenteuer in diesem Sommer ein Symbol der Frausein waren. Nicht so jedoch wie bei Thomas Mann, wo die Frau, unwillend vielleicht aber eindeutlich, den jüngeren Mann betrügt und ihm durch Wiederkehr ihrer Tage verspricht, ihm eine gebärende Lebensbegleiterin zu sein. Nein, mir ist klar, dass ich alt bin und nichts zu erwarten habe. Meine Blutgeschichten hatten lediglich einen symbolischen Rang. Genauso wie es im Laufe der wahren Geschichte die Männer taten, die die Frauen um ihr Blutvergießen beneidet haben. Bis aufs Tod und Schlag und Zeptrio. Blutige Opfer und Kult des Todes auf der Schlachtfeld. Jesus Christus auf dem Kreuz.

Daraus hätte jede gute Schriftstellerin mit ein Bisschen Ausdauer in der alltäglichen Schweißarbeit ein Roman von drei Hundert, sechs Hundert, Tausend Seiten gemacht. Real, historisch oder Fantasy. Über Symbolik des Blutes, über rote Teppiche und Schuhe mit roten Absätzen, über rote Frauenmacht gegen schwarze Männermacht, die man in Polen jetzt umdrehte und die protestierenden Frauen sich schwarz ankleiden und konservative Männer mit ihrer Schleppe – weiß.

Nur ich nicht. Ich nicht. Meine Bücher sind winzigklein, meine Geschichtchen sind winzigklein, und wenn sie denken, dass sie ein Roman seien könnten, mache ich – ja ICH – ihnen einen Strich durch die Rechnung, hindere sie im Anwachsen und Aufblühen, lasse sie im Computer verkümmern.

Ein einziges Gutes dabei sei, es ist ein interessanter Computer, voller ungeahnt wichtiger und schöner Geschichten, die in seinen unmöglichen Ecken und Windungen stecken und sich verstecken. Ein Computer der nicht enden wollenden Romane… Alles Gute, meine Nachlassverwalter, wenn sie nicht die Courage haben, es alles bei BSR wegzuwerfen, werden sie sich damit Jahrzähnte quälen…

… a więc, weszłam do łazienki, zobaczyłam tego strasznego diabła siedzącego na brzegu wanny, sama go tam postawiłam, złapałam go, uchyliłam okno i wyrzuciłam w ciemną noc na podwórko cztery piętra niżej.

Tak jest, przyznaję się do winy, tego krwawego lata, kiedy krwawiło mi całe ciało, takimi śmiesznymi małymi krwawieniami, a duchy budziły mnie noc w noc o trzeciej rano, położyłam temu kres jak ciemna zabobonna baba z zapadłej ruskiej wsi w XIX wieku – wyrzuciłam za okno symbol Zła i poszłam spać. W tydzień potem krew lała się już całą noc, lekarze straszyli rakiem, a prasa zaczęła donosić o Horrorklownach.

A ja wciąż nie wiedziałam, że to wszystko moja wina, moja wina taka większa wina niż w zwykłej greckiej tragedii antycznej, gdzie jesteś po prostu winny, bo się urodziłeś, i obejmujesz tą winą i siebie i swoich najbliższych, ojca, matkę, przybranych rodziców, jesteś Edypem i przez fakt, że jesteś, powodujesz śmierć jakiegoś starucha, który okazuje się twoim ojcem. Zwykłe kozie historie.

Ale to za proste. W tej WIELKIEJ powieści, którą bym napisała, gdybym nie musiała dzisiaj na zebranie, a jutro smażyć konfitur, w tej powieści JA byłabym odpowiedzialna za całą rozpacz XXI wieku, który jeszcze kilkanaście lat temu myślał, że Historii nie ma, nie ma wojen, mordów, terroru, niewolnictwa, łamania prawa, reżimów, totalitaryzmów, że to wszystko odeszło na zawsze w ciągu ostatnich dwustu lat, a teraz nagle wróciło ohydną twarzą Kaczyńskiego, Putina, Erdogana i Trumpa, a jak wraca jako kobieta to jest Marią Le Pain i Hillary Clinton, a zło jak rtęć skropliło się we francuskich i rosyjskich retortach, wypuszczając na ulicę bezwładną siłę.

I tak, moi drodzy, rozsądni, oświeceni, mądrzy Czytelnicy. Jest ósma rano. Piszę już dla Was od dwóch godzin. Zaraz się ubiorę, zejdę na dół, kupię sobie świeże bułki na śniadanie, a wracając pójdę na podwórko, gdzie ten wyrzucony przeze mnie diabeł siedzi za kratami okien na parterze. To okna przedszkola, bo to niczemu nie winne przedszkolanki podniosły małego śmiesznego diabełka i posadziły go na oknie. Zabiorę tego diabełka i żeby dopełnić miary tego, że Berlin leży na Wschodzie, może będę musiała go spalić w jakiejś beczce, bo przecież dziś Halloween, dzień zmarłych, którzy wychodzą z ziemi, wyjeżdżają z morza na ogromnych motorach i wkładają straszne maski, żeby bić nas na śmierć.

Wenn ich aber den weggeworfenen vermeintlichen Teufel von dem Kindergartenfenster unten im Hof auflese, sehe ich, dass er auf den Backen rote Herzchen hat, auf dem Brust die Buchstaben DRUCK MICH und noch dazu Marienkäferfliegen. Es ist kein Zły, kein Teufel, eh ein Kindergeist. Deshalb sitzt er jetzt auf dem Kindergartenfenster und wartet auf mich, dass ich mich wieder seines annehme. Jetzt bin ich mir gar nicht sicher, was ich eigentlich mit ihm tun muss und entscheide auf ein Zeichen warten zu wollen. Na ja, Berlin liegt im Osten, wir, aus dem osten, sind Zauberervölker, wir glauben an wahre Magie, nicht nur auf Zaubertricks, bei uns haben sogar unsere kleine Tricks eine Hauch Geheimnis oder gar Mystik. Wir schauen in eine brennende Kerze und sehen etwas. Zapalam czerwoną świeczkę, gdy to piszę… Also auf ein Zeichen warten, das auch ganz schnell kommt. Es hat fast eilig, um zu kommen und den Teufel, der schon kein Teufel mehr ist, zu retten.

Es ist Halloween, ja, aber auch mexikanisches Totenfest. Man soll Bilder der Familiengestorbenen zum Fest bringen, kleine Geschenke, Süßigkeiten, schöne Dinge. Im Laden kaufe ich Schockogeld, wenn ich wieder raus bin, sehe ich ein Karton auf unserer kleinen Straße mit den Sachen zu Mitnehmen stehen. Ich nehme ein Engel und wenn ich im Begriff bin, schon weiterzugehen, sehe ich ein bisschen Abseits eine kleine schöne Tasche in einer Hecke hängen, wie sie ein Mädchen gern haben wird. Ich packe den Marienkäfer, Geld und Engel in die Tasche, zu Hause gebe ich ihn noch silbernes Herz, eine Muschel, ein Kristall und eine kleine rote Kerze zu. Auf Niemehrsehen kleiner Geist, klein Mädchen, geh zu ein Flüchtlingsmädchen, damit sie dich druckt und lieb hat und sich freut, dass du existierst. Endlich… Ein kleines vor 30 Jahren abgetriebenes Mädchen…

Teraz wszystko co się zdarzyło tego lata nabiera sensu. Przez długi czas nic mi się nie śniło, ale tego lata śniłam bardzo dużo i wyraziście. Oczywiście przede wszystkim były te wciąż mnie dręczące koszmary, kiedy minęły, sny i tak pozostały. Niedawno śniło mi się, że muszę przejść przez straszny czarny tunel-jaskinię w górach, niebezpieczny, ciemny, długi. Szłam nim, wiedząc, że za każdym załomem skały może się czaić coś złego, co mnie zabije. Bałam się, ale uparcie szłam do przodu. Wychodziłam na zewnątrz, było ciemno, nie mogło mnie więc prowadzić żadne światło na końcu tunelu. Rozglądałam się po nieznanej mi okolicy i… schodziłam z powrotem pod ziemię, do strasznej, krętej, ciemnej jaskini…

Bei jedem Satz den ich jetzt schreibe, sehe ich, wie er wachsen kann, sich erweitern, vermehren, zu einem Speidernetz mit den anderen verflechten. Ich seh, wie aus diesen schnell gekritzelten Notizen aus einer Nacht und eines Morgens ein Buch entsteht, ein Buch, das ich schon lange in mir trage, das in diesem unterirdischen Loch wartete.

Za każdym razem, gdy muszę wrócić do jaskini, jest mniej strasznie. Idę, ale idę coraz szybciej, na końcu biorę kogoś, kto się boi, za rękę i obiecuję, że przejdziemy spokojnie i że znam drogę. Nie wiem, kto to. Budzę się. Jest piękny jesienny dzień, idziemy na cmentarz, zapalamy białe i czerwone świeczki, wracam, zasypiam i…

Von diesem Traum, der mir heute träumt, wache ich weinend… Wir, und diesmal weiß mindestens zum Teil, wer wir ist… Wir waren in einem Konzertsaal. Ihn kenne ich auch, das ist der goldener Saal in der Stettiner Philharmonie, die so schön weiß seit zwei Jahren in Stettin protzt, ausgezeichnet mit dem Preis, das schönste Gebäude Europas 2015 zu sein. Diesmal sitzen wir aber auf der Bühne und nicht im Saal, der brechend voll ist. Alle kamen zu meiner Lesung. Jak się obudzę, to oczywiście będę dokładnie umiała powiedzieć, że sala w filharmonii to tak zwane „dzienne resztki”, które się nam śnią po nocach, a wieczór autorski ze snu, to dzisiejsza impreza w Brotfabrik. Ale na razie wciąż jeszcze mi się śni. Na scenie siedzi orkiestra trzech mężczyzn, koło mnie jako moi promotorzy czy towarzysze ulokowali się dwaj mężczyźni. Tylko ja jestem kobietą. Die kleine Band soll gleich anfangen mit der Musik, als ich aufstehe und scherze, ich würde gerne die Klarinettepart übernehmen. Ich habe zwar nie in meinem Leben, eine Klarinette gespielt, bin mir aber sicher, ich kann es spielend. So zu sagen. In dem Moment beginnt das Publikum den Saal zu verlassen. Ich gebe die Klarinette dem Musiker zurück, komme zum Bühnenrand und frage, worum es geht, weshalb sie alle gehen? Du hast deine Solidarität mit Natalie Przybysz verkündet, eine Musikerin, die offiziell sagte, dass sie abgetrieben hat. Solidaritätbekundung bedeutet, dass du es auch gemacht hast. Und vor zehn Tagen nahmest du an dem Schwarzen Protest der Frauen teil. Es ist ja auch ein Zeichen dafür…

Ja, sage ich, vor dreißig Jahren, am Anfang meines Lebens in Deutschland. Weil ich dem Mann, der mich geschwängert hat, nicht traute. Danach hat er es ganz klar bewiesen, dass ich recht hatte. Aber was soll es, jede zweite Frau in Polen hat mal abgetrieben. Jetzt ebenfalls wie in der kommunistischen Zeiten. Und auch wenn ich nicht abgetrieben hätte, hätte ich gesagt, dass ich es tat.

No tak, stąd to krwawe lato, to nie uroki, tylko coraz ostrzejsze nagany ze strony mojego własnego ciała. Ty też, ty też, musisz to powiedzieć.

Oni nie chcą cię słuchać, mówi mi ktoś. Rozumiem, mówię, nikt nie chce słuchać Kozuchy Kłamczuchy. Też nie lubię, jak koleżanka, która miała kilkudziesięciu kochanków, twierdzi, że to tylko ja byłam rozpustna i rozwiązła, ona nigdy. Albo jak sąsiadka po trzech skrobankach, o tylu wiem, nie chce podpisać petycji…

Aber natürlich es ist gar im Traum realistischer. Die Lüge, eine Lüge, mehrere Lügen interessieren niemanden. Ich gebe zu, dass ich abgetrieben habe. Jetzt gehen sie von meiner Lesung weg, in einem Jahr werden sie uns in den Knast bringen, in zehn Jahren steinigen…

Ich weine. Płaczę rozpaczliwie, jakieś męskie ramię, widzę tylko granatowy rękaw aksamitnej marynarki, obejmuje mnie i wyprowadza z pustej sceny, z pustej sali, z pustej filharmonii na pusty plac…

Ich weine in blanker Verzweiflung. Jemand führt mich aus, von der leeren Bühne, aus dem leeren Saal in der leeren Philharmonie auf den leeren Museumplatz. Das Museum heißt Umbrüche, Przełomy. Seine Umgebung, der Platz eben, auf dem ich jetzt in meinem Traum stehe, wurde im letzten Jahr als eine der schönsten öffentlichen Räumen Europas auserkort. Piękna przestrzeń publiczna, sagt man auf Polnisch. Nowa przestrzeń publiczna po przełomie jakim było rok temu bezwzględne zwycięstwo PiSu w wyborach.

Płaczę, ich weine…

Zimą o zimach

Roman Brodowski

W tym roku zima jest wyjątkowo mroźna. Tak przynajmniej twierdzą synoptycy informujący nas o pogodzie. Miejscami (powiadają) temperatura spada nocą do minus dziesięciu stopni, a i w dzień utrzymuje się poniżej zera.

I co w tym dziwnego? Tak właśnie powinno być, bo zgodnie z prawem natury w naszej przestrzeni geograficznej okres zimowy to czas mrozu i śniegu. Taka pogoda ziemi, zwierzętom i ludziom przynosi więcej korzyści aniżeli strat. Z jednej strony ziemia pod śnieżnym przykryciem odpoczywa, regeneruje siły na kolejny płodny rok, z drugiej zaś mróz w sposób jak najbardziej naturalny redukuje nadmiar owadów, złożonych przez nich jesienią jaj oraz wszelakich groźnych dla zdrowia i przyrody pasożytów.

Niestety globalne ocieplenie, związane (także) z przemysłową dzialnością człowieka, negatywnie wpływa na atmosferę, zakłócając cykliczne następstwo pór roku.

Dzisiaj ze świecą szukać wśród młodzieży kogoś, kto mógł by opisać z autopsji, jak wygląda przedwiośnie czy też przedzimie. Niestety obecnie takie zjawiska atmosferyczno-astronomiczne w strefie naszego, umiarkowanego, klimatu, praktycznie są już niezauważalne.

Wiosna zlewa się z latem, lato z jesienią, a i zima coraz częściej bardziej przypomina deszczową, szarą jesień.

Zimy jakie pamiętam, zwłaszcza te z okresu mojego dzieciństwa, zawsze były i mroźne i śnieżne. Temperatura, począwszy od trzeciej dekady grudnia, a na pierwszej dekadzie marca skończywszy, w nocy rzadko kiedy była wyższa niż 10° poniżej zera, a bywało (i nie było to niczym nadzwyczajnym), że spadała do minus dwudziestu i więcej. Śnieg natomiast, jak poprószył w okresie wigilijnym, tak (zazwyczaj) pokrywał ziemię do końca lutego lub początku marca. Bywało, że w związku z niską temperaturą, odwoływano zajęcia w szkołach. Zgodnie z zaleceniem kuratora oświaty zamykano szkoły, gdy temperatura powietrza przez trzy dni utrzymywała się na poziomie – 15°C.

Z początkiem marca jak w zegarku, bez większego opóźnienia następowało wybudzanie się przyrody. Spod śniegu wychodziły zwiastuny przedwiośnia – krokusy, przebiśniegi, zawilce. Na wierzbach pojawiały się bazie, a w rzekach, potokach i na stawach topniała kra. Życie w przyrodzie powoli wracało do wiosennej normy.

Tak, tamte zimy były nieporównywalnie mroźniejsze niż tegoroczna.

Doskonale pamiętam tę w moim życiu najcięższą, zwaną „zimą stulecia”.

Polarny mróz zaatakował Polskę na przełomie 1978 i 1979 roku. To dziwne, ale tamte święta, święta Bożego Narodzenia nie zapowiadały niczego szczególnego. Ba, temperatura utrzymywała się w zimowej, grudniowej normie. Gwałtowny spadek temperatury nastąpił dopiero w nocy z 27 na 28 grudnia. Od północy nadszedł arktyczny front atmosferyczny sprowadzając masy zimnego powietrza. Deszcz zaczął przechodzić w śnieg, a gwałtowny wiatr powodował zaspy. W ciągu trzech dni mróz ogarnął cały kraj. Kilkudniowe, intensywne opady opady śniegu sparaliżowały komunikację. Na wielu odcinkach dróg kolejowych pękały szyny a na torach pojawiły się sięgające półtora metra śnieżne zaspy. Dodatkowo zawieje spowodowane przez silny, arktyczny wiatr utrudniały normalne funkcjonowanie społeczeństwa.

Ze wzgędu na utrudnienia w prawidłowym funkcjonowaniu państwa wprowadzono stan klęski żywiołowej. Temperatura powietrza w wielu miejscach osiągnęła wartości syberyjskie, w Białymstoku i Suwałkach zanotowano − 36 °C.

Zamknięto większość szkół, kin, teatrów i muzeów. Wstrzymywano lub ograniczano produkcję w fabrykach, tak z powodu braku energii elektrycznej, paliw i ciepła, jak i dlatego że wielu pracowników nie mogło dojechać do pracy. Codziennie na wiele godzin wyłączano prąd. Zaopatrzenie sklepów, które nawet przy sprzyjającej pogodzie było marne, zostało jeszcze bardziej ograniczone, tak że brakowało podstawowych artykułów. Składy opału oblegane były przez tłumy ludzi chcących kupić cokolwiek nadającego się do ogrzewania mieszkań, nawet niskokaloryczny miał węglowy..

Mieszkańcy zasypanych miast i wsi z pomocą wojska odśnieżali ulice chodniki, torowiska. Wszędzie widać było wysokie, białe zaspy śnieżne

Stare, polskie przysłowie, że „ gdy święta po wodzie, to nowy rok po lodzie” w tym przypadku spełniło się w stu procentach.

Przy okazji spełniło się także i inne, a mianowicie to, że „ przyjaciół poznaje się w biedzie”. Tak ,w tamtym dramatycznym dla wielu z nas czasie, pomagaliśmy sobie bezinteresownie, począwszy od naszego najbiższego kręgu przyjaciół, a na wspólnocie narodowej skończywszy.

W wyniku zagrożeń, jakie niosła ze sobą aura, potrafiliśmy się zjednoczyć, by przetrwać ciężkie dla nas chwile. Pamiętam, że na przystankach autobusowych, peronach oraz miejscach publicznie ogólnodostępnych poustawiano koksowniki – metalowe kosze z płonącym koksem, dla tych, którym doskwierał mróz. W wydzielonych miejscach (tak przynajmniej było w Bytomiu) stały tzw. garkuchnie z gorącą herbatą dla każdego, kto o nią poprosił. Dyrektor naszej kopalni, w której właśnie podjąłem pracę, wydelegował kilkadziesiąt osób do pomocy dla miasta przy odśnieżaniu ulic, usuwaniu częstych , spowodowanych przez mróz awarii ciepłowniczych czy też rozbijaniu w wagonach zamarzniętego węgla, przeznaczonego dla potrzeb społecznych. W całej Polsce setki zakładów pracy delegowały swoich pracowników dla potrzeb sztabów kryzysowych utworzonych na terenie wszystkich miast wojewódzkich. Pamiętam, że dział socjalny naszej kopalni wyasygnował kilka ton ziemniaków i jabłek dla swoich byłych pracowników, będących już na emeryturach. Wiem, bo sam wraz z innymi górnikami, rozwoziłem te produkty po domach.

Widziałem wielu żołnierzy, milicjantów, a nawet więźniów, pomagających przy usuwaniu skutków zimy. Pracowali mimo trzaskającego mrozu w miejscach, które wymagały ludzkiej siły, pomagając „innym” przetrwać ten ciężki okres, Ci „inni” zaś często podchodzili do nich, nie tylko z dobrym słowem, ale i z ciepłą strawą.

Tak, zimy w tamtym okresie były naprawdę długie, mroźne i śnieżne.

Jednak, tak jak to było podczas „zimy stulecia”, taka zima jednoczyła naród. W tamtej cholernej, komunistycznej rzeczywistości potrafiliśmy być dla siebie jedną, narodową rodziną.

Dodam może jeszcze, że podczas tamtej zimy, zmarzło na śmierć oficjalnie 18 do 25 0sób, nieoficjalnie – 45. W obecnych czasach natomiast, podczas nieporównywalnie łagodniejszych zim, umiera z wyziębienia około 150 biednych dusz.

Tak, w tej podłej komunie każdy musiał pracować i mieszkać, a eksmisje były zakazane, chyba że z zamianą na inny, zastępczy lokal. Dzisiaj natomiast, w naszym kapitalistyczno-demokratycznym raju, każdy może wyeksmitować ( a więc po prostu wyrzucić na bruk) każdego. Dlatego mamy obecnie w Polsce około 60 – 70 tysięcy bezdomnych. A ilu naszych rodaków, nie mających warunków do egzystencji w Ojczyźnie, żyje pod mostami Europy.

Zapraszam do Berlina.

Nasz prywatny rok Leśmiana

PiS odmówił uznania, że Bolesław Leśmian jest godnym Bohaterem Roku. Poecie nie jest z tym chyba źle, w końcu Tuwim też nie dostał się do pisowskiego panteonu Twórców Narodowych. Widocznie są obaj gorszego sortu, uczcimy go zatem w tym roku jak najbardziej prywatnie my – obywatele gorszego sortu. Dziś rocznica urodzin poety (22 stycznia 1877 w Warszawie, zm. 5 listopada 1937). Zaczynamy zatem!

Na urodziny Leśmiana, 22. 01. 1877 Maria Szewczyk proponuje:

Bolesław Leśmian – “Szewczyk”

W mgłach daleczeje sierp księżyca,
Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina
W mrok, gdzie już kończy się ulica.
Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

(…)

Wśród takiej srebrnej nocy!
Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,
Co mi na całą starczy drogę –
Przebacz, że wpośród nędzy cienia
Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.
W szyciu nic nie ma, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy siły!
W życiu nic nie ma, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!


Tadeusz Makowski (1882-1932), Szewc 1930, Muzeum Narodowe w Warszawie

Billy really silly (a sort of a reblog or whatever)

Za czasów Komuny był jednym z naszych idoli, stawiał się władzy i to tak, że nie mogła go ugryźć. Jego piosenka Żeby Polska była Polską była naszym hymnem. Jan Pietrzak.

I cóż teraz? 13 stycznia, sfotografowany na tle regałów Billy (własnych czy redakcyjnych?) zachował się doprawdy silly. Pietrzak był gościem programu Aktualności Dnia Radia Maryja. Były kabareciarz mówił m.in. o katastrofie smoleńskiej i politycznej opozycji.

Oni nie chcą żeby Polsce się udało, mówi Pietrzak o opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Ktoś nad tym od dawna pracuje.

Ale uprzedzam, nie słuchajcie tego, można dostać zawału. 15 minut wazeliny, jakiej nawet z czasów Komuny nie pamiętam. Sprzedawczyk nie wart uwagi. Tylko naszych młodzieńczych fascynacji żal. Może mógłby zostać konsulem w San Escobar, to nie musielibyśmy się z nim użerać na miejscu?

Reblog: Zeppelin we Frankfurcie i Aleppo w Gdańsku Wrzeszczu

Piotr Beszczyński

Z blogu Czas i przestrzeń

Grudzień nazywa się tak, jak się nazywa, od słowa „gruda”, oznaczającego zmarzniętą ziemię. Nazwa wywodzi się z czasów, kiedy w grudniu ziemia bywała zmarznięta. Teraz, kiedy za oknem plucha, może nawiązywać najwyżej do tego, że pisanie idzie jak po grudzie. Mimo to nie ustaję w trudzie, Mili Ludzie!

  • Na początku grudnia są imieniny Barbary. Liczę w głowie znane mi Panie, noszące to klasyczne imię; jest ich znaczna ilość, a wszystkie – są uosobieniem samych zalet! Czy to jakaś astrologiczna zasada, czy też ja mam takie szczęście – nie wiem, ale cieszę się, że znam tyle fajnych Baś!
  • Wspomnę tu o jednej z nich, prawdziwej artystce sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i kuchni. Niedawno był w staromiejskim ratuszu wernisaż kulinarno – rysunkowej, świetnej wystawy Barbary K. Jak to na wernisażach bywa, goście zostali podjęci poczęstunkiem – w tym wypadku nie pozostawiającym wątpliwości co do kunsztu Autorki. 20161208_181752-2I jak to na wernisażach bywa, zjawili się tam również koneserzy, zainteresowani wyłącznie owym poczęstunkiem. Nasunęło to refleksję nawiązującą do głoszonych przez obecnie nam panujących, haseł o „wymianie elit”. W tym wypadku „łże – elity” są zastępowane przez „żre – elity”. I tak dobrze, że z wysoką kulturą w tle.

  • Krótki wyskok do Frankfurtu nad Menem na początku miesiąca, dał okazję do kolejnej w tym roku niemieckiej refleksji. O tym mianowicie, jak rządzone przez rozsądnych przywódców społeczeństwo potrafiło w ciągu kilku pokoleń przeistoczyć się ze sprawcy największych nieszczęść w dziejach ludzkości, w przyjazną światu zbiorowość.
  • Miasto o wielkim znaczeniu historycznym (w IX wieku stolica państwa wschodniofrankijskiego, będącego osnową kształtującej się Rzeszy niemieckiej), jak też współczesnym (finansowa stolica Europy, wielki węzeł komunikacyjny), jest dla przybysza zaskakująco kameralne i sympatyczne. Zwłaszcza, gdy grudniowe niebo jest pogodne, a wypełnione tłumem ulice spływają grzanym winem.
  • p1020902
  • p1020913
  • p1020932
  • p1020882
  • p1020942
  • Tłumacząc się sami przed sobą brakiem czasu, pominęliśmy szereg prestiżowych muzeów stojących przy nadrzecznym bulwarze, ograniczając aktywność w tym zakresie do odwiedzenia znajdującego się na przylotniskowych peryferiach muzeum Zeppelina. Zwiedzających niewielu, więc miła pani (nie wiedzieć czemu od wejścia proponująca mi zakup ulgowego biletu) z prowadzącego placówkę stowarzyszenia entuzjastów, mogła poświęcić nam sporo czasu objaśniając ciekawą ekspozycję, jak też dowiadując się od nas o polsko – litewskim modelu cepelina, nadziewanego mięsem.
  • p1020889
  • p1020894
  • Program budowy gigantycznych sterowców w pierwszych czterdziestu latach XX wieku, aczkolwiek absurdalny ekonomicznie, przyśpieszył jednak rozwój w wielu dziedzinach techniki i gospodarki
  • Stał się też elementem propagandy systemowej dla pewnego niewysokiego pana z wąsikiem.
  • Machina propagandowa innego niewysokiego pana, bez wąsika i całkiem nam współczesnego, postępuje inaczej: zamiast używać balonów, usiłuje robić lud w balona. W znacznej mierze skutecznie, aczkolwiek ma znacznie trudniej, bo lud rogaty i przekorny. Widać wyraźnie ożywienie młodzieży w sprawach publicznych, co niesie nadzieję na nieodległą w czasie, stopniową utylizację dewastatorów tego, co wspólne.
  • p1030004
  • Na takich zgromadzeniach coraz częściej słychać rozsądne głosy, wzywające do organicznej pracy, do cierpliwego objaśniania wszem i wobec sensu trzymania się zasad sprawdzonych w najmocniejszych demokracjach. I tego, że zgoda na odstępowanie od tych zasad przynosi efekt jak pęknięcie powłoki szamba; nieczystości zalewają nas w niekontrolowany sposób.
  • Jak może wyglądać pokłosie dyktatury widać choćby na tragicznym przykładzie Syrii. Perła Lewantu, Aleppo, leży w gruzach, tysiące ludzi zginęło. Poszliśmy pod nasz ulubiony bar, noszący nazwę tego miasta i zapaliliśmy przed nim znicze. Taki drobny gest solidarności z innymi i przestrogi dla nas.
  • p1030010
  • aleppo
  • Jakby mało było ponurych wieści z kraju i ze świata, to jeszcze ostatni dramat berliński. Na takim samym przedświątecznym jarmarku jak ten, który nieco wcześniej przemierzaliśmy wśród gęstego tłumu we Frankfurcie.Łapię się na refleksji, że być może zaczynam odbiegać od geograficzno – historycznego zamysłu tego blogu. Ale przecież historia kształtuje się w sposób nieprzerwany, zaś gdy proces tego kształtowania dotyczy nas samych, to trudno się do niego czasem nie odnieść.

Nie czas na wpisy

W związku z tragedią w Berlinie, ofiarami, osobami które zginęły i rannymi –
w dniu 19 grudnia 2016 roku chciałbym połączyć się w bólu z ich rodzinami, ze wszystkimi berlińczykami.
Niezależnie od przyczyn tej tragedii – trzeba powiedzieć raz jeszcze i powtarzać nieskończoną ilość razy – że najważniejszą rzeczą, jakiej świat dziś potrzebuje, to pojednanie ludzi i narodów. Tylko usilna, codzienna, konsekwentna praca dla wzajemnego zrozumienia ludzi doprowadzi nas do spokoju i pokoju.

Andrzej Rejman

po_zachodzie_panorama_1bw

Nie będzie więc nic aktualnego, świątecznego, ani politycznego.
Wszelkie te aktualności staną się i tak niebawem nieaktualne.
Miał być zresztą inny tekst, ale on też nie był zbyt aktualny, niestety.
Ale może będzie następnym razem.
Teraz zaś wypadła ze starego zeszytu lektur pożółkła bibułka zapisana
pismem maszynowym.
Czytam wiersz, nie podpisany nazwiskiem autora.
Możliwe, że autorką jest Salina Baniewicz, matka Powstańca, której inne teksty pisane na maszynie na podobnym papierze kopiowym znajdują się w moich zbiorach i które już publikowałem na tym blogu.
Na końcu data – 11 września 1951 roku.
(Potem uświadamiam sobie, że to dokładnie 50 lat przed zamachami na WTC)

wiersz_z_1951_roku

Przywarłam do kamienia, polnego kamienia,
Zimnego głazu nawet w upał letni
“Wsącz ból mojej duszy, ochłódź me cierpienie”
Lecz milczy kamień okrutny

Przywarłam do trawki, trawki zielonej,
“Boża ty trawko, zapachem macierzanki,
Świeżością barwy ukoj moje serce”,
Zdejm przygniatające duszę brzemię,
Które mi mroczy świat”.

Lecz trawka nie słucha.
Zapatrzona w niebo,
Miłości pełna sprowadza na ziemię
Ten lazur w niezapominajki kwiat.

Przywarłam do piasku, do piasku morskiego,
“O falo morska, ucisz mą tęsknotę”
Fala nadbiega, otacza ramieniem,
Szumem swej pieśni jak dziecię kołysze
Szepcze do ucha – wszystko – marność świata
Przemija i znika, a spokój – w wieczności,
Wieczność obdarzy błogim zapomnieniem,
Spotkamy się znów gdzieś… kiedyś…
Czy słyszę?

po_zachodzie_2bw

Pro Patria 3

Andrzej Rejman

Profesor Makowski

Znalazłem w zbiorach rodzinnych kartkę pocztową wysłaną przez opiekunkę mojej mamy (ukochaną w rodzinie i nazywaną “Nianią”) – Jadwigę Łomską (zm. 1954). Kartka wysłana została tuż przed wybuchem wojny do moich dziadków przebywających z dziećmi na wakacjach na Wileńszczyźnie. Widoczny stempel z datą 4 sierpnia 1939 roku –

1_jadwiga_lomska_do_hrebnickich

odczytuję napis na stemplu:

“LUDZIE SĄ I PRACE LUDZKIE TAK SILNE I TAK POTĘŻNE, ŻE ŚMIERĆ PRZEZWYCIĘŻAJĄ I OBCUJĄ MIĘDZY NAMI” – Józef Piłsudski

Zwróciła moją uwagę siła tej myśli i zawarta w niej mądrość. Ludzie z pasją, ich niezłomność i konsekwencja tworzą w dużym stopniu wielkość i autorytet każdego kraju, przyczyniając się do jego przetrwania w trudnych momentach.

Warto wciąż mówić o autorytetach oraz o szacunku dla ludzi mozolnie realizujących swe pasje. W trudnych czasach bowiem wartości takie często cichną – przygniecione błyskawicami rewolucyjnych wydarzeń, walk i sporów.

Ostatnio znów częściej cytuje się Marszałka – autorytetu akceptowanego przez ludzi o różnych poglądach.

A więc niech ten przytoczony na wstępie cytat zainspiruje innych i pomoże zapanować nad kompleksami, nad niewiarą i głupotą, które w każdym społeczeństwie są przeszkodami, jednak do pokonania.

Przytaczam krótkie wspomnienie o profesorze Arnoldzie Makowskim, geologu, który był takim właśnie silnym człowiekiem z pasją. Uczonym, którego praca jest przykładem dla następnych pokoleń i wskazaniem, aby stale poszukiwać w sobie napędu i siły, starając się wbrew przeszkodom realizować swe marzenia.

2_arnold_makowski_i_st-_hrebnicki_lata_okupacji

(od prawej) Arnold Makowski i Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki podczas pracy w Instytucie Geologicznym w Warszawie. (prawdopodobnie wczesny okres okupacji, ze zbiorów rodzinnych)

ARNOLD MAKOWSKI 1876-1943

(autor: Stanisław Hrebnicki, na podstawie tekstu z początku lat 50)

Trudno jest pogodzić fakt śmierci z postacią profesora Arnolda
Sarjusz-Makowskiego, tak zawsze żywotnego, tak pełnego entuzjazmu
we wszystkich swoich poczynaniach.
Jego niezmierna pogoda ducha w ciężkich chwilach okupacji
i krzepiący optymizm zjednywały Mu serca tych, z którymi się bliżej
stykał.

Urodzony 11. XII. 1876 w Petersburgu, zmarł w Warszawie
10. IX. 1943.

Umierał w okresie pierwszych klęsk niemieckich i pierwszych
konkretnych oznak przedświtu wyzwolenia, którego był pewny
i o którym bezustannie myślał. Już obezwładniony przez ciężką chorobę
z największą niecierpliwością czekał na codzienny komunikat prasy
podziemnej, aby móc samemu prześledzić rozwój wojennych wydarzeń.

Odszedł w przededniu ziszczenia się swych najśmielszych marzeń:
granic polskich na Odrze i Nysie. I tu brak wśród nas prof. Arnolda
Sarjusz-Makowskiego daje się odczuć szczególnie dotkliwie.
Przesunięcie bowiem granicy na zachód włączyło w obszar Polski
niezmiernie bogate złoża węgla brunatnego, a tym samym wysunęło
nasz kraj na jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem
wielkości zasobów tegoż węgla. W historii zaś badań geologicznych
kwestia węgla brunatnego związana jest niepodzielnie z nazwiskiem
Arnolda Sarjusz-Makowskiego.

Od początku swej działalności naukowej na terenie Polski,
A. Sarjusz-Makowski przejawiał szczególne zamiłowanie do tej dziedziny
wiedzy geologicznej. Z podziwu godnym pietyzmem i wytrwałością
gromadził najdrobniejsze wzmianki o charakterze i rozmieszczeniu
węgla brunatnego oraz o nowych odkryciach tej kopaliny.
Zwiedził i przebadał osobiście wszystkie dostępne złoża na terenie
Polski i był czynnym inicjatorem poszukiwań węgla brunatnego
prowadzonych wówczas przez Państwowy Instytut Geologiczny.

Nakładem wieloletniej uporczywej pracy zgromadził olbrzymi
materiał dotyczący tych złóż. W oparciu o powyższe dane rozpoczął
opracowywanie obszernej monografii poświęconej zagadnieniu węgli
brunatnych, która miała obrazować charakter, zasięg i rozprzestrzenienie
złóż, a wreszcie ich wartość przemysłową i zapasy. Dwa zeszyty
Atlasu «Węgle brunatne w Polsce» ukazały się w druku; paru następ­nych
prof. Sarjusz-Makowski już nie zdążył wydać, pozostawiając je
w stadium daleko posuniętego przygotowania. (—)

Drugim zagadnieniem, któremu prof. Arnlod Sarjusz-Makowski
poświęcił się z równym zapałem była geologia Polskiego Zagłębia
Węglowego. Zajął się nią już w pierwszych latach swego powrotu
ze Szwajcarii (1920) jako pracownik Państwowego Instytutu
Geologicznego.

Działalność naukowa prof. Arnolda Sarjusz-Makowskiego wiąże się ściśle z Państwowym Instytutem Geologicznym. Po ukończeniu bowiem studiów uniwersyteckich na wydziale matematyczno-przyrodniczym oraz w Instytucie Górniczym w Petersburgu (1908) i po pobycie na Uniwersytecie w Tybindze (1912-1914) a następnie w Zurychu (1914-1920) przyjeżdża do Polski.

Rozpoczął od ogólnego opisu budowy geologicznej Polskiego
Zagłębia Węglowego i obliczenia jego zasobów. W dalszym toku swej
pracy wykonuje szczegółowe zdjęcia geologiczne w skali 1:25.000
obszaru pszczyńskiego (Stary Bieruń i Lędziny) oraz obszaru rybnickiego
(Wodzisław i Gorzyczki). Na podstawie danych uzyskanych
z szeregu wierceń zarówno płytkich jak i głębokich analizuje szczegóły
tektoniki i stratygrafii karbonu produktywnego. (—)

Proponuje również nową nomenklaturę dla pokładów węgla.

Był jeszcze jeden dział pracy, dla którego prof. Sarjusz-Makowski
czuł głęboki sentyment, jako że była to praca związana
z zaraniem Jego działalności naukowej, kiedy to w 1915 r. jako młody
asystent Uniwersytetu w Zurychu zainteresował się rozwojem linii
zatokowych u amonitów. Zainteresowanie to przerodziło się w prawdziwą
pasję naukową i stało się bodźcem do rozpoczęcia metodycznych
badań, ze szczególnym uwzględnieniem rodzaju Macrocephalites:
badań mających posłużyć podstawą nowej klasyfikacji i nomenklatury
amonitów. Badania te traktował prof. Sarjusz-Makowski ze specjalnym
zamiłowaniem, zbierając podczas swych licznych wycieczek zagranicznych
obfity materiał naukowy.

Ponieważ jednak zajęcia w P. I. G. nie pozostawiały mu na nie
dość wolnego czasu, prof. Sarjusz-Makowski zaplanował, że z chwilą
pójścia na emeryturę zajmie się niepodzielnie zagadnieniem amonitów,
rozbuduje i pogłębi i tak już bardzo obszerne i wyczerpujące dzieło.

Zawierucha wojenna nie oszczędziła dorobku naukowego prof. Arnolda
Sariusz-Makowskiego, podobnie jak i dorobku tylu innych uczonych polskich.

W pierwszych dniach wojny 1939 r. prof. Sarjusz-Makowski
wysłał do Warszawy obszerny materiał dotyczący Polskiego Zagłębia
Węglowego. W zamieszaniu jakie wówczas panowało, bagaż zaginął.
Rozpaczliwie i uparcie szukał go prof. Sarjusz-Makowski przez parę
dni po rozmaitych dworcach kolejowych, narażając się na bombardowanie
i obstrzały, aż wreszcie udało Mu się natrafić na swoje skrzynie
ze zbiorami, wśród tysięcy innych porozrzucanych w nieładzie bagaży.
Przewiózł je do swego mieszkania i zabezpieczył, lecz w czasie oblężenia
miasta, dom Jego został zbombardowany, a materiały spłonęły łącznie
z rękopisem o makrocefalitach. Ten sam los spotkał materiały prof.
Sarjusz-Makowskiego przechowywane w gmachu Wolnej Wszechnicy.

Polskiej geologii stała się krzywda, że ubył przedwcześnie, na
skutek ciężkich przejść wojennych*, naukowiec tak głęboko rzetelny,
tak sumienny i tak bez reszty oddany swemu zawodowi, jakim był
prof. Arnold Sarjusz-Makowski.

(źródło: https://geojournals.pgi.gov.pl/asgp/article/view/11014/9505)

__________

Krótka wzmianka Małgorzaty Hrebnickiej o Arnoldzie Makowskim z dzienników okupacyjnych:

1943 wrzesień

Wieczorem byliśmy z Pciólkiem (mąż, St. Doktorowicz-Hrebnicki, przyp. mój, AR) u p.p. Makowskich. Pan Makowski zmieniony okropnie, dni jego są policzone. Smutne to! Może nie doczeka końca wojny.

10/IX

Przed chwilą otrzymaliśmy wiadomość o śmierci p. Makowskiego. Umarł dziś w nocy w czasie alarmu. Biedny Mak skoszony przed końcem wojny. Nie doczekał się! A jednak Maksio wyzwolił się już od wszystkich mąk cielesnych i duchowych.

13/IX

Byłam na pogrzebie Maksia. Cudowny dzień jesienny, grób zasypany kwiatami – jeden olbrzymi wieniec od kolegów-górników z różowych gladiolusów, drugi biały, reszta – drobne wiązanki. Przemawiał serdecznie pastor.

(Małgorzata Hrebnicka, Dzienniki Czasu Wojny 1939-1944, rękopis, w zbiorach rodzinnych)

_________

* “Wikipedia” uzupełnia – …podczas okupacji prof. Makowski był nadal zatrudniony jako geolog w przejętym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. (…) Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu (zarządcy okupacyjnemu P.I.G.-u, przyp. mój, AR) prof. R. Brinkmanna doprowadziły do jego ciężkiej choroby serca i śmierci…

3_grob_niani_jadwigi_lomskiej_w_warszawieGrób Jadwigi Łomskiej-“Niani”, Powązki, Warszawa; bez “Niani” nie byłoby pewnie tego wspomnienia…

PS EMS: Dla tych, co mogliby nie wiedzieć – tak wygląda amonit:

Dzień Górnika

Roman Brodowski

Jak to dobrze, że w tym roku dzień św. Barbary wypada w niedzielę. Co prawda od ponad trzydziestu lat, czyli od wyjazdu z kraju, z górnictwem łączą mnie tylko wspomnienia i sentyment do tamtych młodzieńczych chwil spędzonych w kopalnianych czeluściach, ale mimo to zawsze czuję, że jest to moje, także moje święto. Dzień Górnika przypomina mi nie tylko o mojej odległej już przeszłości, o czasie spędzonym w przykopalnianej szkole górniczej oraz technikum, ale przede wszystkim o ludziach, którzy w tamtym okresie towarzyszyli mi w codziennym życiu. Przypomina mi o spędzonych pod powierzchnią ziemi trzydziestu dziewięciu miesiącach ciężkiej, ale jakże interesującej roboty. To właśnie tam rodził się we mnie szacunek do odpowiedzialności za siebie i innych, szacunek do pracy, szacunek do drugiego człowieka. Moja prawdziwa lekcja życia, a tak nazywam czas spędzony pod ziemią, nauczyła mnie postrzegania innych nie przez pryzmat wykonywanej przez nich pracy, ich wykształcenia i obyczajowości, ale przez to jacy są pod zewnętrzną powłoką swojego „jestestwa”. Większość ludzi, których wówczas poznałem, mowa tu o górnikach, to byli mężczyźni na zewnątrz gruboskórni, bez ogłady, często trywializujący otaczającą ich rzeczywistość, którzy tam pod ziemią byli prawdziwą wspólnotą, bractwem gotowym wspierać siebie nawzajem w każdej sytuacji. Byli prawdziwym symbolem tego, co kryje się pod filozoficznym terminem Homo sapiens, obrazem człowieczeństwa…, i to tego rozpoczynającego sie od wielkiego „C”.
Kto nie poczuł unoszącego się w powietrzu smaku człowieczego potu , zmieszanego z wszelkimi zapachami tego, co „mateńka ziemia” skrywa w swoim wnętrzu, kto nie zaznał „dobrodziejstwa” przebywania kilkaset metrów pod ziemią, w miejscu pozbawionym światła i wolnej przestrzeni, kto nie zobaczył trudu rąk wydobywających dla całego naszego społeczeństwa , polskiego „czarnego złota”, na którym od pokoleń opiera się nasza gospodarka, ten nie jest w stanie docenić i zrozumieć wyjątkowości specyfiki zawodu „Górnik”

„Dzień Górnika” – Barbórka – jest dla społeczności zajmującej się na co dzień tym, co kryje się pod wspólnym szyldem „ geologia”, ludzi wykonujących zawody mieszczące się w jej obszarze, dniem radości, zabawy i wdzięczności dla ich codziennego trudu.

Windą do dołu

Windą do dołu
W czeluść ziemi
Pionową drogą
W świat ciemności
W krainę piekieł
Nie do nieba
Po czarne złoto
Dla ojczyzny
Po kromkę
Razowego chleba.

Ciermiężna praca
Ponad siły
Ktoś przecież musi
Ją wykonać.
Tak tam na dole
Czeka pokład
A na powierzchni
Matka żona.

I tak codziennie
Nie dla chwały
Coraz odważniej
Coraz głębiej
Zjeżdżają ludzie,
Brać gòrnicza…
By w twardej skale
Dobyć węgiel
Węgiel potrzebny
Nam do życia.

Windą do dołu
Nie do nieba
Nie dla pochwały
I przestrzeni
Tylko dla siebie
I dla kraju
Dajemy skarby
Naszej ziemi.

Bytom 23.11. 1981

Dla mnie jednak dzień ten jest także dniem smutku i pamięci o tych, którzy w różnych okolicznościach, wykonując powierzone im zadanie, tragicznie od nas odeszli.

Osobiście byłem uczestnikiem jednej z wielu tragedii, kiedy to „natura” upomniała się o „daninę”

Było to 10 października 1979 roku w kopalni Dymitrow w Bytomiu, gdzie wówczas pracowałem.

Na drugiej zmianie, podczas wykonywania robót strzałowych nastąpił zapłon gazu, a po nim wybuch pyłu węglowego. Zginęło wówczas 34 górników. Ja miałem szczęście. Pracowałem na pierwszą zmianę. Niestety mój kolega, który podczas wybuchu znajdował się dokładnie w tym samym miejscu w którym dwie godziny wcześniej byłem ja, kilkaset metrów od epicentrum wybuchu, nie miał tego szczęścia. Podmuch był tak silny, że dotarł wraz z gorącym powietrzem i do niego. Rzucony na „ocios” doznał poparzenia, pęknięcia żeber i urazu głowy. Do pracy wrócił dopiero po kilku tygodniach. W wypadku zginęło jednak dwóch innych moich szkolnych kolegów.

Za wypadek obwiniono ekipę wykonującą roboty strzałowe, począwszy od strzałowego, a na sztygarze i nadsztygarze dozoru skończywszy. Prawda jednak była inna. O tym, że na dole, w wyrobisku, gdzie planowano odstrzał, stężenie gazu wielokrotnie przekraczało normy, nadzór techniczny, wraz z dyrektorem kopalni został poinformowany na dwie godziny przed tragicznym zdarzeniem. Niestety nikt nie podjął decyzji o przesunięciu planowanego odstrzału do czasu przewentylowania wyrobiska i zlikwidowania zagrożenia.

Moim zdaniem pogrążono tych, którzy stali się ofiarami błędnych decyzji, tych którzy zapłacili najwyższą cenę. Prawdziwi winowajcy, wraz z dyrektorem, którego po wypadku, przeniesiono na takie samo stanowisko do innej kopalni, doczekali sowitych emerytur.

Kilka dni po tej tragedii napisałem wiersz poświęcony ofiarom tamtego wydarzenia, tym których znałem, których codziennie witałem i którzy mnie witali naszym górniczym Szczęść Boże. Jest to jeden z tych wierszy, który zakwestionowała „cenzura”, gdy zaproponowano mi udział w projekcie „Życia Literackiego” jakim było wydanie antologii pisarzy młodego pokolenia.
Z projektu mnie wycofano, ale myślę, że bez tego wiersza byłbym w tamtym ich dziele co najmniej „niespełniony”.

Nie wolno milczeć

Właśnie wróciłem do domu
Po rannej szychcie, zmęczony,
Gdy usłyszałem głos syren
To kopalniane są dzwony

Te dzwony biją na trwoge,
Coś się wydarzyć musiało
Strach i niepewność, pytanie
Co tam na dole się stało?

Wrzuciłem kurtkę na plecy
Wybiegłem z domu spocony.
Słysząc koszmary po drodze ,
Wciąż te nieznośne dzwony

Nagle ujrzałem przy szybie
Ludzi stojących w bezruchu
Słowa złowieszcze szeptali.
Wybuch? – już po wybuchu?

Wybuch metanu i pyłu
Na tejże ścianie gdzie byłem.
Stamtąd o Boże drogi…,
Stamtąd niedawno wróciłem.

Liny szybowe jęknęły
Szola* ruszyła ku niebu
Wywożąc z piekła mych Braci
Ileż to będzie pogrzebów

Leżą przed szybem worki
A w każdym worku człowiek
Nikt ich nie liczy, nie pyta
Łzy słone płyną spod powiek

Wszyscy cierpliwie czekają .
W modlitwach rodzi się złość
Jak to się stało, dlaczego
Czy może zawinił ktoś

Nagle przerwano milczenie
Dyrektor z listy wyczytał.
Kto nie powróci do domu
Kogo nie będzie nikt witał

Znalem jednego z imienia
Niedawno z nim rozmawiałem
Był elektrykiem na zmianie.
Kolegą z klasy – płakałem

Nie miał lat jeszcze dwadziestu
Zaczynał spełniać marzenia …
A inni? Trzydziestu czterech
Dusze okryła ziemia.

Jakąż to cenę płacimy
By plan napięty wykonać
Cholerne normy, wymogi
A gdzie tu człowiek? Ma konać?

Nikt się nie liczy z górnikiem
Ważne sukcesy, wskaźniki
Byle z produkcją do przodu
A w skałach ofiar jęk, krzyki

Nigdy nie wolno zapomnieć
Na życie ceny wciąż nie ma
To co się stało źli, smuci
Pozostał tylko – Poemat

Bytom 20.12. 1978

* Szola – w śląskiej gwarze winda szybowa.

Dlaczego właśnie o tamtym wydarzeniu wspominam? Dlatego aby ci, dla których „górnik” znaczy tyle samo co „piekarz” – z pełnym szacunkiem dla tego zawodu – zrozumieli, że tym ludziom należy się szczególny szacunek, bo jak nikt inny codziennie narażają swoje życie, licząc na dobroć „matki natury” dla siebie, dla swoich rodzin, dla nas wszystkich.

PS. W chwili przygotowywania tego materiału do publikacji z kraju dobiegła do mnie informacja o kolejnej tragedii górniczej. Tym razem miało to miejsce w kopalni miedzi. Każdy dramat, każdy wypadek, w którym giną ludzie, dotyka najbliższych ofiar wypadku, ich rodziców, żony, dzieci, ale nie tylko. Widać to na przykładzie wspólnoty, którą zwykliśmy nazywać „górniczą bracią”. Właśnie w takich momentach górnicy, zwłaszcza ze środowiska bezpośrednio związanego z miejscem tragedii, jednocząc się w bólu, organizują wszelką pomoc, nie pozostawiają dotkniętych bezpośrednio dramatem, samym sobie. Stają się dla nich, zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach, jedną, wielką rodziną.

To smutne, ale jak na ironię, najwięcej kopalnianych wypadków wydarza się w w dniach, tygodniach, poprzedzających „barbórkowe święto”.

Łącząc się z najbliższymi poległych górników w modltwie do św. Barbary, prośmy Ją o ukojenie smutku i otarcie łez tych, którzy dzisiaj płaczą, opiekę dla tych, którzy codziennie ryzykują swoje życie, dla bytu innych i przyjęcie tych którzy odeszli do grona swoich wiecznych przyjaciół.

„Niech się szczęści trud górniczy – Szczęść Boże”.

 

Subiektywny bardak na skos IV

Tomasz Fetzki

Opuściwszy Warkę mknie Trójka Podróżników bocznymi drogami na północny zachód. Wokół widzą coraz więcej sadów. Nic dziwnego, wszak zbliżają się do Grójca. Viatorka w internecie na smartfonie szuka wiadomości o mieście. Poza tymi o zagłębiu sadowniczym oraz o regionalnych odmianach jabłek niewiele więcej znajduje. Mimo to Viator nie żałuje wizyty w Grójcu, choć na jabłka jeszcze o wiele za wcześnie. Krótko po wjeździe do miasta na wprost oczu Pielgrzyma ukazuje się naprawdę piękny i gustowny mural, wzorowany zapewne na starej fotografii lub rycinie: grójecki rynek i ratusz gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. A za chwilę z okien samochodu widać ten sam rynek i ratusz w naturze. Kameralny, czysty, zadbany. Jak zresztą wszystkie odwiedzone dziś miasta i wsie. Gdzie ta Polska w ruinie?

10-lub

Na dokładniejsze zapoznanie z Grójcem czasu oczywiście zabrakło, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby kiedyś tu wrócić. Tymczasem pędzimy w kierunku Żyrardowa.

Viator musi w najgłębszym sekrecie zdradzić, że tak naprawdę całą trasę podróży na skos układał z tą intencją, by odwiedzić miasto Filipa de Girard. To był główny cel, oś, jądro całej rajzy. Albowiem od czasów młodości fascynuje się Pielgrzym (choć jedynie amatorsko) zagadnieniami architektury i urbanistyki, tworzenia miast na surowym korzeniu, dziewiętnastowiecznego budownictwa industrialnego, zagospodarowania przestrzeni miejskiej i temu podobnemi tematami. Już kiedyś zresztą na tym blogu (TU KONKRETNIE) dał upust swym pasjom.

Tym razem Viatorka znajduje mnóstwo informacji o krótkich, ale burzliwych dziejach osady fabrycznej powstałej jako aneks do wielkich zakładów lniarskich. Aż dziw, że tak młode miasto może mieć tak bogatą historię!

11-lub

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie zawiódł Żyrardów Viatora! Układ urbanistyczny zachowany wspaniale. Poszczególne stylowe budynki z czerwonej cegły sukcesywnie odnawiane. Zakłady lniarskie już nie istnieją, ale budynki fabryczne uratowano, lokując w nich galerię handlową. Zakupów Wędrowiec nie zrobi, ale nie może się powstrzymać od dłuższego spaceru wśród zabudowań żyrardowskiej starówki. Jedynie poczucie obowiązku wyrwało go w końcu z transu, otrzeźwiło, posadziło na nowo za kierownicą.

Gdy Trójka Podróżników na węźle Wiskitki osiągnęła highway, godzina była już taka, że Viator po raz pierwszy tego dnia poczuł ucisk w gardle. Kurde, możemy nie dojechać na czas na koncert Piwnicy pod Baranami… Nie podzielił się jednak swymi przeczuciami, aby defetyzmu nie siać w szeregach. Przycisnął gaz na ile rozsądek pozwolił i auto pomknęło Autostradą Wolności prościutko na zachód. Wrażeń ani skojarzeń na tym etapie podróży nie miał Pielgrzym zbyt wielu. Co innego mu brzmiało w głowie: zdążyć, zdążyć!

Jest jednak pewien wyjątek. Zdarzyło się już wcześniej Viatorowi kilkukrotnie jeździć tędy do Warszawy i z powrotem. Za każdym razem intrygował go pewien kościół, doskonale widoczny z trasy, a znajdujący się w wiosce jakieś dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od Konina. Trudno powiedzieć, czemu intrygował. Może dlatego, iż kojarzył się (bezpodstawnie, jak się okazało, choć pewne detale architektoniczne uzasadniają tę asocjację) z Świątynią Miłosierdzia i Miłości – katedrą mariawicką w Płocku? Ostatecznie obecność mariawitów tutaj, w dawnym zaborze rosyjskim, nie byłaby niczym nadzwyczajnym.

12-lub

To nie mariawici. Wędrowiec po którejś z podróży sprawdził. Kościół jest rzymskokatolicki, ale i tak intryguje. Kryje bowiem mroczną, czarną tajemnicę, w murach, żeby było śmieszniej, pomalowanych kolorkami delikatnymi i słodkimi jak pianka jojo. Wioska nazywa się Chełmno nad Nerem. Tak: TO Chełmno. Kulmhof. Obóz zagłady. A kościół, zajęty przez Niemców, pełnił funkcję stacji obnażenia dla przywożonych tu Żydów, Romów, Polaków, dzieci z czeskich Lidic… Co my komu zrobiliśmy, że historia się na nas uwzięła i tak często i głęboko przeorała ten skrawek kuli ziemskiej? Tak sobie myśli Viator, ale nie mądruje się i swymi refleksjami z Viatorką oraz z Szefową Blogu się nie dzieli. Skupiony jest wszak na szalonej jeździe!

Zdążyli. Pięć minut przed koncertem Viatorka z Viatorem zasiedli w fotelach Filharmonii Zielonogórskiej. Ale przedtem jeszcze pozostawili Szefową Blogu na dworcu kolejowym w Świebodzinie, skąd wygodnie i bezpiecznie dotarła do Berlina.

Opuszczając Świebodzin musiał niestety Viator napotkać wzrokiem monstrualną figurę Chrystusa. Zdjęcia nie zamieścimy, szkoda zdrowia. No co ma Viator poradzić? Udawać, że wszystko gra? Dzieło jest po prostu brzydkie pod względem artystycznym, fatalnie zlokalizowane, a i jego wydźwięk ideologiczny – monumentalizm i opresyjna nachalność – odrzuca Wędrowca. Zwierzył się z planów wrednego opisania tej figury swemu dobremu znajomemu: prezbiterowi katolickiemu rytu łacińskiego, który z Podkarpacia wywędrował do Belgii. To jeden z najinteligentniejszych ludzi, jakich Pielgrzym zna. I lubi. Zatroskał się ten ksiądz, żeby nie profanować figury Chrystusa Króla, bo to dla wielu ludzi w tym kraju jednak miejsce kultu. Obiecał więc Viator prezbiterowi, że wyrazi się oględnie. Bo też i w rzeczy samej nie chce razić uczuć niczyich. Przeciwnie: właściwie to działa na rzecz tych uczuć, jako, że gigantomania tudzież przepych to nie droga ku prawdziwej duchowości. Tym bardziej, że nie Chrystusa, ale ego pewnego proboszcza się tu czci. Wystarczająco oględnie, księże Andrzeju?

Kończy się podróż, czas na obiecaną refleksję historiozoficzną. Dlaczego tyle i tak różnych myśli, skojarzeń, refleksji oraz uczuć wzbudziła w Pielgrzymie ta podróż? Dlaczego każda podróż po kraju uruchamia ten sam mechanizm? Bo to ojczyzna Viatora. Jego miejsce na Ziemi. W pięknie i brzydocie, w dobrych i tragicznych momentach historii, w śladach mądrości i głupoty mieszkańców. Na dobre i na złe. I żaden narodowiec, faszysta czy inny oenerowiec nie będzie Wędrowcowi wystawiał cenzurki patriotyzmu. Za coś innego i wbrew czemuś innemu kochamy ten kraj. Zaś symbolowi falangi najchętniej pokazałby Viator tzw. środkowy palec, ale… nie może: dobre wychowanie to balast i przekleństwo. I tak misterna konstrukcja jest gotowa – to samo zdanie otwiera i zamyka opis podróży. Tylko czy ktoś to doceni?

***

Ja docenię
Podpisano: Szefowa