Na Ponidziu – ciąg dalszy

Temat arian poruszony wczoraj przez Tadeusza Rogalę okazał się pasjonujący. Zainteresowało się nim wiele osób i na blogu, i na Facebooku, i mailowo.

Tomasz Fetzki (Viator)

To zdjęcie to pokłosie wizyty ostatniej wiosny w Szczebrzeszynie – znaczącym ośrodku ariańskim. Kapliczka pochodzi z 1655 roku i została wybudowana w podzięce bożej opatrzności za opuszczenia miasta przez ostatniego arianina. Czyli, jak widać, różne były oblicza tej staropolskiej tolerancji, niestety. Dodajmy, że zdjęcie zostało wykonane z samochodu zatrzymanego, w pogardzie dla ewentualnego mandatu, na środku ulicy Zamojskiej.


Ten wiosenny dzień był skądinąd dla Viatora bardzo intensywny. Zaczęło się od Szczebrzeszyna, a skończyło na podkrakowskim Miechowie. Zaś po drodze? Ojjj, dużo byłoby opowiadać, nie czas i nie miejsce… Jednym z etapów był, wspomniany we wczorajszym tekście pana Rogali, Pińczów. A tam, rzecz jasna, Dom Ariański, czyli tak zwana Ariańska Drukarnia, która w rzeczywistości drukarnią nigdy nie była. Na portalu do dziś widać łacińską sentencję: BENEDIC DOMINE DOMUM ISTAM ET OMNES HABITANTES IN EA, czyli Błogosław Panie ten dom i wszystkich, którzy w nim mieszkają.

Żeby było śmieszniej, ten wiosenny ariański szlak to dzieło przypadku, Viator go bynajmniej nie planował.

Widać tak to już jest, że podróżni trafiają do (na?) arian bez przygotowania, bo tak z kolei pisze o Rakowie Zuzanna Grabska na stronie Krajoznawcy.

Zuzanna Grabska (Reblog)


Raków

Zatrzymuję się na rakowskim rynku. Zupełnie bez przygotowania. Wiem tylko, że miasteczko, dziś wieś gminna, było lat temu czterysta kwitnącym ośrodkiem braci polskich, zwanych arianami.

Dziś centrum miejscowości stanowi rozległy rynek, otoczony niewysokimi, przeważnie parterowymi domkami. Układ urbanistyczny i zespół zabudowy małomiasteczkowej z reliktami architektury sakralnej i mieszczańskiej  braci polskich w Rakowie figurują w rejestrze zabytków. Tak samo jak barokowy kościół parafialny p.w. Świętej Trójcy z dzwonnicą i dawną plebanią. Wzniesiono go w latach 1640-50 z fundacji biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika. Postawiono na miejscu zburzonego zboru ariańskiego, po wygnaniu braci polskich z Rzeczypospolitej. Charakterystyczne jest wezwanie świątyni – arianie nie uznawali dogmatu Trójcy Świętej.

Z rakiem w herbie

W centralnym punkcie ładnie odnowionego rynku fontanna z trzema rakami wspinającymi się na kamienna kulę. Jeden czerwony rak na białym polu jest herbem miasta. Jak udało mi się wyczytać na stronie gminy, Jan Sienieński herbu Dębno w 1567 roku na bezludnych dotychczas terenach założył trzy miasteczka: Dębno, Rembów i Raków. Istnieją one, jako wsie, do dziś. To ostatnie nazwał na cześć swojej małżonki, Jadwigi z Gnojeńskich, która pieczętowała się herbem Rak (inaczej Warnia).

Kilka dobrych lat

Raków szybko stał się ośrodkiem reformacji w Polsce, wkrótce przybyli tu licznie arianie. Sprzyjali temu właściciele. Jan był kalwinem, Jadwiga – arianką. Tolerancja i swoboda religijna owych czasów sprawiły, że miasto kwitło. Gminę ariańską zorganizował Szymon Ronemberg – aptekarz krakowski, a zreformował ją Faust Socyn ze Sieny. Postać ważna dla tego ruchu religijnego, od jego nazwiska arian nazywano też socynianami. W Rakowie odbyło się ponad 30 synodów ariańskich, powołano też Akademię Rakowską, nowatorską na owe czasy szkołę zorganizowaną przez braci polskich, ale przyjmującą też uczniów wszelkich wyznań. Stworzono nowoczesne programy i podręczniki, oprócz tradycyjnych przedmiotów wykładano także nauki przyrodnicze i matematyczne. Akademia skupiła wielu teologów i filozofów, miała bogatą bibliotekę. W mieście działała też ceniona drukarnia.

Zwycięstwo kościoła

Niestety, kontrreformacja wzięła odwet na rakowskiej społeczności. Pod pretekstem zniszczenia krzyża przez młodzież ariańską w 1638 roku sąd królewski zakazał działalności zboru, zamknięto szkołę i drukarnię, wygnano nauczycieli. W mieście zbudowano wspomniany kościół parafialny, osadzono też reformatów, by nawracali arian i ich zwolenników. Pamiątką po ich działalności jest filialny dziś kościół św. Anny. Podobnie działo się już w całej Rzeczpospolitej. Wreszcie na mocy ustawy sejmowej z 1658 r. arianie, za sprzyjanie Szwedom w czasie potopu, zostali zmuszeni do przejścia na katolicyzm lub do opuszczenia kraju.

I tyle o rakowskich arianach…

Jest niedzielne popołudnie, ludzie wychodzą z kościoła. Sennie, pusto, pochmurno. Podobno są domy, co pamiętają dawnych gospodarzy. Ale które?

Zdjęcia autorzy


I jeszcze uwaga adminki: Przyznaję, że we wpisie Tadusza Rogali o arianach najbardziej poruszyła mnie informacja, że chcieli oni znieść pańszczyznę. Wydaje mi się, że w naszej historii pańszczyzna to jeden z najbardziej bolesnych tematów, jedna z win naszych, które mszczą się na nas po dziś dzień. Bo o ile w średniowieczu pańszczyzna była czymś zupełnie zwyczajnym, to jednak od renesansu rezygnowano z niej po kolei we wszystkich unowocześniających się krajach Europy, a tymczasem w Polsce nie tylko, że wciąż trwała, to z roku na rok stawała się coraz straszniejsza. I straszne wydaje mi się to, że zlikwidowali ją u nas dopiero zaborcy, oczywiście nie dlatego że byli tacy dobrzy, tylko po to by poróżnić chłopstwo i szlachtę, ale fakt pozostaje faktem.

Również dlatego szkoda, że arian przegoniono ze tej naszej “zawsze tolerancyjnej” Polski.

Czego bała się moja prababka?

Krzysztof Mika

Fakelzugiem po Warszawie

To była pani z dobrego, przedpierwszowojennego domu: francuski, fortepian, nauki na pensji. Udział w strajku szkolnym w 1905 roku. Całe życie nosiła krzyż żałoby po powstaniu styczniowym. Wierząca katoliczka, sympatyczka PPS. Narodowców nie lubiła, pamiętała jak bojówki narodowców strzelały do pepesiaków w trakcie rewolucji piątego roku. Mąż był dość wysokim urzędnikiem kolei warszawsko-wileńskiej – jego zegarek służbowy mam do dziś – chodzi! Mam też ów krzyżyk żałoby narodowej.

Prababka kojarzy mi się z koronkami, kapeluszem i mieszkaniem na rogu Chmielnej i Żelaznej, przed wojną „dobra dzielnica”, a po wojnie już „Dziki Warszawski Zachód” – pamiętacie Hłaskę i Tyrmanda? Duże wielopokojowe mieszkanie zostało zasiedlone kwaterunkowymi lokatorami.  Prababka nie miała nic przeciwko temu – ludzie potracili mieszkania w trakcie wojny. Urocza pani, zawsze kapeluszu (przyzwoita kobieta nie wychodziła na ulicę z odkrytą  głową!), z pokorą znosiła powojenną rzeczywistość, pozostając wierną wierze i lewicowym poglądom. Często ja odwiedzałem po szkole, mieszkałem niedaleko, na Ochocie. Dokarmiała z groszowej emerytury. Skromne posiłki, podane elegancko i piękne srebrne sztućce z monogramami – tyle pozostało z dobytku po wojnie – tylko jedno nakrycie! Jest w rodzinie do dziś.

Prababka miała różne powiedzonka, bon-moty.  Jeden pamiętam do dziś: „nie boję się Niemców, Rosjan, komunistów – boję się hołoty”.  Wiedziała, co mówiła: cztery wojny, dwie rewolucje, jedna w Rosji na Ukrainie, budowa socjalizmu. To była mowa w rozumieniu (dobrym rozumieniu) lewicującej katoliczki z dobrego domu. A dziś przypomina mi się jeszcze jedna opowieść: w latach 30, nie wiem już w jakich okolicznościach, pojechała do Niemiec. Zaczynała się III Rzesza. Dla prababki to, co tam widziała, stanowiło wstrząs. Nazistowski entuzjazm Niemców, wstawanie z kolan, odrzucanie Traktatu Wersalskiego, skuleni normalni (jeszcze) ludzie, wycofani Żydzi.  Pamiętajmy, że nie kochała narodowców, więc odbierała to wszystko bardzo dotkliwie, emocjonalnie. Dużo młodych ludzi w mundurach, narodowe wzmożenie.

Ale z największym przerażeniem wspominała jedno wydarzenie. Pewnego dnia, wieczorem była świadkiem przemarszu fakelzugu. Co to jest fakelzug?  To marsz z pochodniami.  Ludzie w mundurach, ale i zwykli ludzie szli karnie i razem, nieśli również  sztandary, krzyczeli hasła narodowe, nazistowskie (prababka znała niemiecki). I wtedy zaczęła się bać. Wrażenie było tak silne, że wracało wiele lat po wojnie, prababka wielokrotnie „raczyła” mnie tą opowieścią, jako symbolem czegoś, czego należy się bać. Opowieści o wojnie owszem też, ale ów nazistowski fakelzug zajmował naczelne miejsce wśród „strasznych” opowieści.

Prababka miała jeszcze jedną umiejętność, potrafiła, językiem, oczywiście eleganckim, nazywać rzeczy po imieniu. Dla niej uczestnicy niemieckiego fakelzugu, być może nie wszyscy, to była groźna hołota. Pochodnie, nazistowskie hasła, poczucie mocy, wrzask – dla pani w kapeluszu było to nie do przyjęcia. Cóż fakelzugi stały się symbolem triumfującego nazizmu…

Jak się skończyło: wiadomo. Dlaczego dziś  do mnie wróciła do mnie ta historia? Otóż ulicami Warszawy przeszedł regularny fakelzug. Tak, w Warszawie! Tak, koło miejsca gdzie była słynna z czasów Powstania Warszawskiego barykada, 500 metrów od murów getta. Ten sam ryk, pochodnie, lepsze, bo pirotechniczne, ta sama ciemna moc, tylko kolory sztandarów nieco inne.  I „my chcemy Boga”, tam krzyczeli „Gott mit uns”.  Wierzący patrioci? I można mówić o cudownej uroczystości, morzu biało-czerwonych flag, rodzinach z dziećmi, wspólnym święcie itd. I konsekwentnie nie widzieć pewnych strasznych analogii, bezpośrednich nawiązań.

Moi rodacy-warszawiacy! jedną z głównych ulic naszego miasta przeszedł regularny fakelzug. Obejrzyjcie stare niemieckie kroniki, obejrzyjcie jeszcze raz „Kabaret”, „Zmierzch Bogów”, poczytajcie niemodnego dziś Remarque’a. Ja zaczynam się bać. Marsze podobne już miały miejsce, ale póki nie spotykały się z akceptacją rządzących… Rządy Republiki Weimarskiej też patrzyły przez palce, Hindenburg wręcz popierał Hitlera…

Powiecie: nie można szukać takich prostych analogii. Nie szukam – po prostu boję się. Tak jak bała się moja prababka.

Ze świata podręcznych 9

Zosia woła, woła, woła, od wielu miesięcy Zosia woła praktycznie codziennie!

MIASTO BEZPRAWIA – TONIEMY W PRZEMOCY

Nasze miasto staje się miastem bezprawia, panuje tu powszechna akceptacja dla przemocy.
A zachowanie władz, instytucji i funkcjonariuszy policji z KPP wskazuje na wiele patologicznych powiązań.
Niemoc organów powołanych do zadań przeciwdziałania przemocy zatrważa. W naszym mieście potrzebujemy monitoringu!
Chcemy żyć spokojnie.

Zosia ma sprzymierzeńców, ale sprawca przemocy ma ich też i są chyba lepiej ustawieni, dlatego nadal ma się dobrze, przebywa na wolności i zajmuje mieszkanie, z którego dzięki przemocy pozbył się i Zosi, i jej matki.

6 grudnia Zosia donosi: Departament Społeczeństwa Obywatelskiego przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zajmie się sprawą bezpieczeństwa obywateli naszego miasta.
4 grudnia sprawę Zosi relacjonuje lokalna gazeta online,
Zapiski mazurskie:

Radni – nie bądźcie bezradni – apeluje mrągowska działaczka do reprezentantów mieszkańców z Rady Miasta Mrągowa

Kieruję apel ofiar przemocy, proszę pomyśleć, ale tak jak zwykły szary człowiek a nie organ samorządowy, że na moich stronach „Mrągowo bez przemocy” znalazło się kilka tysięcy wpisów i postów świadczących o tym, że mamy problem w Mrągowie.

Przeraża duża skala przemocy w Mrągowie – dotyczy nas wszystkich, a moja sprawa to jedna z wielu. Odnoszę wrażenie, że nasze miasto Mrągowo to miasto niemocy wobec przemocy.

Właśnie tymi słowami zwraca się Pani Zofia Wojciechowska z Mrągowa do radnych miasta Mrągowa.

Zofia Wojciechowska wystosowała apel. Spełnia swój obywatelki obowiązek i jeszcze chce się jej działać.

Zanim doszło do debaty na temat przemocy w Radzie Miejskiej, Zosia poruszyła niebo i ziemię, pytając wszędzie, w Sądzie, na Policji, w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, w tzw. MOPSie czyli Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, w Fundacji Niebieska linia i w Fundacji Biała Wstążka – dlaczego? Dlaczego pomaga się sprawcy, a nie jego ofiarom?
Dlaczego? Przyznaję, że nie wiem. Chyba że odpowiedź będzie taka jak zawsze – bo sprawca jest mężczyzną, a ofiarami są kobiety, ba, kobiety samotne!

W międzyczasie mama Zosi wylądowała z zawałem w szpitalu, po czym została umieszczona w drogim, opłacanym prywatnie Ośrodku Rehabilitacyjnym. 

Czy tak wygląda prawo? Czy tak wygląda sprawiedliwość?

Czy zmieni coś kolejna instytucja, która ma się obecnie zająć sprawą Zosi? Czy to kolejne mydlenie oczu?

Trzymaj się, Zosiu!

Pytanie to w tytule postawione tak śmiało…

Roman Brodowski

Dlaczego jestem antypisowcem i antyklerykałem?

Na tak zadane pytanie mógłbym odpowiedzieć jednym zdaniem, powołując się na myśl kanoniczną z Ewangelii wg św. Mateusza (Mat. 6:24), że „nikt nie może służyć dwóm panom…, nie można być niewolnikiem Boga i bogactwa”.

Jednakże wiem, że tak sformułowana odpowiedź dotarła by do świadomości zaledwie kilku procent naszego katolickiego społeczeństwa, a to z tej prostej przyczyny, iż nauki przypisywane twórcom chrześcijaństwa, większości katolików są nieznanne. Dlatego też, aby odpowiedź była niedwuznaczna i czytelna, podzielę się kilkoma refleksjami, jakie mnie często nachodzą, burząc mój wewnętrzny filozoficzny spokój.

Zacznę od końca, czyli od pytania, dlaczego sprzeciwiam się narzuconym przez hierarchów kościoła katolickiego naukom oraz praktykom stosowanym do pozyskiwania i utrzymywania wiernych w ślepym i bezgranicznym posłuszeństwie.

Od najmłodszych lat, jeszcze jako ministrant, zadawałem sobie pytanie, dlaczego ludzie podczas nabożeństw korzystają z książeczek do nabożeństwa, a nie bezpośrednio ze źródła wiary jakim jest, jak nas uczono na lekcjach katechezy, Biblia, a przynajmniej jej część, zwana „Nowym Testamentem”.

Dzisiaj, wolny od zanieczyszczeń dogmatyczno-ideowych K.K., wiem, że na ten stan rzeczy składają się dwie przyczyny: historyczna i mentalna.

Historycznie rzecz ujmując, zgodnie z watykańskim prawem, opartym na doktrynach, Biblia na przestrzeni kilkunastu wieków należała do dzieł zakazanych. Ściślej mówiąc, po raz pierwszy dzieło to zostało umieszczone w indeksie ksiąg zakazanych na mocy postanowienia Soboru w Tuluzie w roku 1229. Papież Grzegorz IX (1227-1241) w osobistym piśmie wydał całkowity zakaz czytania Biblii pod karą śmierci. A więc od średniowiecza poprzez renesans aż po XIX wiek każdy kto posiadał, czytał lub głosił zawartość tej księgi, podlegał karze inkwizycji. Instytucja ta, dodajmy po prostu bandycka, została powołana do życia w roku 1184, gdy Lucjusz III nakazał biskupom walkę z herezją, a zaczęła na dobbre działać, gdy w początku następnego stulecia papież Innocenty III powołał powszechną Inkwizycję kościelną, która, w połączeniu z państwową, działała po części aż do końca… XIX wieku!

Na ogół „przestępca” taki, najpierw ogłoszony heretykiem, ginął na stosie lub umierał podczas wymyślnych tortur. Jak szacują badacze za „zbrodnię kontaktu z Biblią” życie straciło od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy niepokornych.

Jeżeli dodamy do tego krucjaty wymierzone przeciwko społecznościam, które nie poddawały się zniewoleniu przez Watykan jak np. Albigenesi, Indianie, innowiercy ze wschodu (Żmudzini), wojny religijne i tak dalej…, to dojdziemy do wniosku że instytucja K.K. była (jest?) jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji w historii. Organizacją nie mającą nic wspólnego z Bogiem, jakiego objawił biblijny Jezus.

Dlaczego hierarchowie K.K. przez prawie siedem wieków zakazywali kontaktu „niewtajemniczonym” z tym, czego nas uczył Wielki Misjonarz? Dlaczego walczyli o to, by Jego przekaz nie docierał do świadomości podległych ich wpływom społeczeństw?

Dlatego że przekaz zawarty w ewangeliach, jak i pozostałch pismach kanonu, mówi o tym, jak w rzeczywistości powinna funkcjonować prawdziwa wspólnota chrześcijańska, tak jak ją nakreślił jej twórca.

Zarówno głoszone przez Jezusa podczas Jego ziemskiej misji ewangelizacyjnej prawdy religijne, zawarte w obiawieniu Boga, jak i wartości etyczno-moralne, jakimi powinni kierować się prawdziwi chrześcijaninie, zostały, moim zdaniem, odrzucone już wkrótce po Jego śmierci i daleko odbiegły od tego, czego uczy i na jakich zasadach funkcjonuje do dzisiaj shierarchizowana zinstytucjonowana organizacja religijna wspólnot chrześcijańskich, a zwłaszcza podległy Watykanowi kościół katolicki.

Powiedział bym nawet, że głoszone przez kościół, opracowane przez instytucje papieskie doktryny, w większości przeciwstawne są temu, czego pragnął by Chrystus.

Jak wynika z faktów historycznych, każdy kto miał możliwość ( i z niej skorzystał) świadomego, bezpośredniego poznania pism kanonicznych Biblii stawał się dla Watykanu potencjalnym, a w rzeczywistości faktycznym zagrożeniem.

Dlatego właśnie kolejne rządy (synody z Papieżami na czele) instytucji K.K., widząc zagrożenie dla swoich, nie mających nic wspòlnego z ewangelizacją, interesów, zarówno w sferze materialnej jak i duchowej (bezpośrednie oddziaływanie na emocje czy jak kto woli świadomość społeczną), o wpływach na politykę świata nie wspominając, rozpoczęli brutalną wojnę z tymi, którzy ośmielili się negować ich zbrodniczą działalność.

Ta walka trwa (co prawda w innej formie) nadal. Pomimo iż obecnie, a właściwie od 1965 roku, czyli po zakończeniu II Soboru Watykańskiego, Biblia jest ogólnie dostępna i to w językach narodowych, ilość wiernych zainteresowanych poznaniem u źródła podstaw swojej wiary jest znikoma.

Wpływ na ten stan rzeczy – tu wchodzę w przyczynę mentalną nieznajomości podstaw własnej wiary – nadal mają hierarchowie wspólnoty.

Zarówno wielowiekowe, najpierw zresztą wymuszane, wyznawanie wiary, ciągły proces podporządkowywania wiernych narzuconym przez kościół, normom i prawom (niby) kanonicznym oraz odziałowywanie na rozwój kulturowy i społeczny, począwszy od szczebla rodziny, doprowadziły do tego, że religijność stała się dla wielu nie tylko tradycją, ale i ważnym elementem ich osobowości. Religia stała się czymś w rodzaju, jak to trafnie zauważył Marks, narkotyku.

Jako filozof nadal poszukuję i nadal sprzeciwiam się temu, co wmawiają swoim wiernym księża, twierdząc, że wierni mają ślepo wierzyć w to, co im kapłan powie, a nie temu, co im ich „serce” i logika podpowiada.

Bo przecież nikt inny jak właśnie ten najwyższy autorytet chrześcijan powiedział, że tylko poprzez poznanie i świadome decyzje ludzie powinni dokonywać wyboru swojej wiary, by służyć Bogu zgodnie z jego przesłaniem. Poczytajmy samodzielnie Nowy Testament, przeczytajmy Mateusza 28: 19-20 i 23-27 i Łukasza 6-26, a to przecież tylko kilka z przykładów na to, jak daleko K.K. odszedł od źródła nauk Tego, kogo nazywa Bogiem.

Dopóki ludzie nie zrozumieją, że ich wiara jest niczym innym, jak tylko i aż najbardziej intymną sferą ich emocjonalnego wnętrza, ich świadomym przekonaniem o istnieniu Kogoś, komu zawdzięczają swoje życie i w Kim widzą nadzieję na szczęśliwą wieczną przyszłość, jest niewymuszoną potrzebą podporządkowania się temu Komuś poprzez czynienie dobra, bo jest ono w nich samych, dopóty ich kapłani pod pretekstem posługi teologicznej będą czerpać z nich korzyści, manipulując ich świadomością.

Przypomnijmy, co zdarzyło się zaledwie kilka dni temu, 23 listopada, w jednej z podkomisji polskiego Sejmu – biorący udział w komisji goście zaintonowali śpiewanie pieśni religijnych, po czym objawiła się „matka boska”. Sytuacja ta przepełniła miarę mojej goryczy i sprowokowała mnie do napisania również tej, już zresztą mocno utemperowanej impresji filozoficzno-teologicznej.

– Panie posłanki i panowie posłowie, proszę bardzo, żebyście się określili, komu służycie – Bogu czy mamonie, Polakom czy szatanowi, zażądała kobieta, której nazwiska media nie podają, a która być może jest jest posłanką PiS. Jej wystąpienie jest dostępne w licznych filmikach krążących w sieci.

To oczywiście bluźnierstwo, ale jest to też pisowskie propagowanie wyższości polskiej nacji nad resztą świata. Dokąd zmierza PiS i jego zwolennicy? Do tego, do czego zmierzał Adolf Hitler, mówiąc o wyższości rasy germańskiej? Wypowiedź posłanki PiS i brak zaprzeczenia ze strony jej partyjnych kolegów dowodzi, a właściwie tłumaczy fakt, że w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w naszym społeczeństwie, dla wielu (zwłaszcza młodych) Polaków nienawiść w stosunku do wszyskich “niepolaków” i „obcych” stała się normą i ważnym elementem tak zwanego narodowego patriotyzmu. Coraz częstsze wypowiedzi działaczy z kręgu Kaczyńskiego, nakreślony przez niego kierunek polityki polskiego rządu oraz jego zgoda na tworzenie się w naszym kraju organizacji paramilitarnych o charakterze nacjonalistycznym i faszystowskim powinna napawać nie tylko niepokojem, ale być istotnym powodem do tego, by naród nasz odpowiedział sobie na jakże ważne dla naszej przyszłości pytanie – kim chcemy być? Czy państwem zamkniętym, odizolowanym od reszty cywilizowanego świata, żyjącym na zasadach prawa stworzonego przez narodowych Guru (Kaczyński + Rydzyk), dzałającym na zasadach sekty, czy otwartym na świat i ludzi, liczącym się i szanowanym przez nie-Polaków, opartym na wartościach współczesnej cywilizacji, dumnym, demokratycznym i suwerennym narodem.

Jak na razie w oczach nie-Polaków, mentalnie, kulturowo i religijnie, staczamy się po równi pochyłej do okresu intelektualno-religijnej ciemnoty, czyli czasów dominacji kościoła nad rozumem, zwanych średniowieczem.
Przesadzam? Nie! W Polsce AD2017 (tak jak przed wiekami) pielgrzymki stały się sposobem rozwiązywania problemów i stałym elementem naszego krajobrazu (ponoć w tym roku ogółem uczestniczyło już w nich 1,7 milionów wiernych). Niespełna dwa miesiące temu zorganizowana została ogólnopolska akcja „Różaniec na granicy”. A miesięcznice? A modlitwy w sejmie? A Matka Boska Fatimska w sejmie? A obowiązkowe lekcje religii w szkołach? Wszędzie tożsamość Państwa i Kościoła.

To tylko niektóre z przykładów na to, w jaką przyszłość i do jakiego boga wiedzie nasze naiwne społeczeczeństwo jego zaślepiony pasterz.
Co zaś się tyczy samego objawienia… tym niech zajmnie się powołana do tych przypadków komisja watykańska oraz konsylium psychoanalityków, a może raczej psychiatrów.

***
Niech tekst ten będzie zwiastunem odpowiedzi na pierwszy człon pytania, a mianowicie – dlaczego jestem antypisowcem?

O współpracy polskiego kościoła z polskim rządem, zagrożeniach jakie, moim zdaniem, ich wspólna polityka może przynieść Polsce oraz o tym, co jest powodem mojej negatywnej postawy w stosunku do ideologii PiS, napiszę w kolejny pierwszy piątek miesiąca.


PS od Adminki: Autor poprosił, bym wybrała jakieś ilustracje. Wybrałam je, wpisując w wyszukiwarkę google’a słowa: Matka Boska w Sejmie. Spodziewałam się fotografii relacjonujących wydarzenie w komisji rolnictwa w dniu 23 października, o czym pisze Roman Brodowski. To, co mi się, hmmm – objawiło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

(Kobieta) Niepodległa 1918-2018

MANIFEST INICJATYWY NIEPODLEGŁE 2018

Dekretem z dnia 28 listopada 1918 roku, po wieloletniej walce działaczek organizacji kobiecych, nadano Polkom czynne i bierne prawa wyborcze. Nie tylko Polska odzyskała niepodległość.

W okresie odradzania się państwa polskiego emancypantki i aktywistki ruchu narodowowyzwoleńczego/patriotycznego zwołały wiele wieców, których kulminacją był Zjazd Kobiet ze wszystkich trzech zaborów we wrześniu 1917 roku w Warszawie. Delegacja Zjazdu, której przewodniczyła dr Justyna Budzińska-Tylicka, spotkała się z Józefem Piłsudskim i uzyskała zapewnienie, że w konstytucji odrodzonego państwa polskiego prawa obywatelskie uzyskają wszyscy, “bez różnicy płci”.

Był to ogromny sukces polskiego i europejskiego ruchu emancypacyjnego, efekt wieloletniej współpracy kobiet z różnych środowisk politycznych, które zgodziły się co do jednego: że odmowa połowie obywateli niepodległego kraju prawa do reprezentowania swoich interesów to nie demokracja, ale wykluczenie. Uzyskanie praw wyborczych było początkiem dalszej emancypacji, nie brakowało bowiem tych, którzy kwestionowali (i kwestionują) niepodległość kobiet.

Ale czy uzyskanie praw wyborczych przez kobiety oznaczało i oznacza, że:
• Uzyskały możliwość współtworzenia nowego państwa?
• Ich obywatelstwo przestało być deklarowane, a stało się faktyczne?
• Uzyskały podmiotowość prawną i możliwość wpływu na najważniejsze decyzje w państwie?
• Nie tylko dla nich, ale i dla wielu Europejek, skończył się czas fikcyjnej demokracji?

To, co się wówczas stało, miało swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Miało też swoje bohaterki i bohaterów. Podręczniki zwykle pobieżnie traktują temat walki kobiet o prawa wyborcze. Żaden pomnik ani tablica o tym nie przypomina. Nie ma apeli, kwiatów, kotylionów ani życzeń. Nikt nie wylega 11 ani 28 listopada na ulice, by wspólnie cieszyć się z tego, co Polki, jako jedne z pierwszych w Europie, wywalczyły dla siebie i przyszłych pokoleń.

Dlatego uważamy, że stulecie uzyskania praw obywatelskich to dobry czas na refleksję nad sytuacją kobiet nie tylko w przeszłości, ale i dziś. Czarny Poniedziałek, 3 października 2016 pokazał, że kobiety w Polsce stanowią siłę polityczną i mają ciągle o co walczyć.

W stulecie uzyskania praw wyborczych przez kobiety w Polsce, w stulecie wielkiego sukcesu ruchu na rzecz wolności i demokracji, wzywamy do masowego, zróżnicowanego, wspólnego świętowania! Jako osoby zaangażowane w ruch feministyczny, zachęcamy Was do samoorganizowania się! Spotykajmy się, rozmawiajmy, wychodźmy na ulice, stawiajmy pomniki, szukajmy informacji o kobietach, którym zawdzięczamy naszą Niepodległość.

Bądźmy widoczne i bądźmy niepodległe! Dołącz swoją siłę i odwagę, bądź solidarna w ruchu na rzecz upamiętnienia 100-lecia uzyskania praw wyborczych przez kobiety! Utrwalajmy i praktykujmy nasze obywatelstwo, bo Wolność i Niepodległość nie są dane raz na zawsze.

Inicjatywa Niepodległe 2018

Reblog jesienny czyli…

Piotr Beszczyński

Reakcja pogańska

Widok z Gdańska na Hel. Hel niewidoczny, bo zamglony.
X Widok z Helu na Gdańsk. Gdańsk niewidoczny, bo zamglony.

  • Jak można wnioskować z powyższych zdjęć, koniec września upłynął nam między Gdańskiem a Helem. Cały łączący je pas wybrzeża, a zwłaszcza Półwysep Helski, staje się dostępny dla ludzi przedkładających nadmorskie klimaty nad otoczone tłumem budki z goframi dopiero wtedy, gdy skończą się wakacje.
  • Jak każde niemal miejsce, w którym postawi się stopę, również Półwysep odsłonił kawałek nieznanej nam (a wstyd!) historii: czcigodny Zygmunt Stary, zhołdowawszy Prusy Wschodnie po sekularyzacji Zakonu Krzyżackiego, zdecydował się oddać w 1526 roku końcówkę półwyspu zawsze mocnemu i mocno niezależnemu Gdańskowi, w zamian za nieuprzykrzanie życia konkurencyjnemu dla Gdańska portowi w pruskim Elblągu. Pomogło to niewiele, bo gdańszczanie umożliwili wprawdzie dostęp do Elbląga z Bałtyku, jednak poprzez hydrotechniczne sztuczki starali się ograniczyć ilość wód wiślanych, a przez to ilość towarów, dopływających do portu elbląskiego od polskiej strony. Tak czy owak, podział półwyspu zachował się przez ponad ćwierć tysiąclecia, do drugiego rozbioru Polski. Jastarnia zaś, gdzie ustalono granicę podziału, funkcjonowała przez ten czas jako dwie Jastarnie: jedną – Gdańską, i drugą – Pucką, przynależną do Polski.
    X
  • Dzisiejsi władcy Polski mają odmienną sytuację: aby przywrócić do życia portową aktywność Elbląga nie muszą już dzielić Półwyspu Helskiego, lecz Mierzeję Wiślaną. I nie administracyjnie, lecz fizycznie, za pomocą kanału przekopanego u jej nasady na złość Ruskim i ekologom, zaś ku uciesze żeglarzy. Kopać mają zacząć niebawem, więc postanowiliśmy jeszcze suchą nogą wybrać się do Piasków, położonej najdalej po polskiej stronie miłej wsi artystów, rybaków i dzików. Nawet latem nie docierają tu tłumy, osadzające się wcześniej, w Krynicy Morskiej.
    X
    Zalew Wiślany, przed tysiącem lat jeszcze bałtycka zatoka, nad którą Wikingowie usadowili swoje Truso, później bywał akwenem morskich bitew, a pod koniec II wojny światowej – niósł po swej zamarzniętej powierzchni tłumy mieszkańców Królewca, uciekających przed nacierającymi Sowietami. Pod wieloma lód się załamał.


    Wrzesień 2017 kipiał gorączką polityczną i artystyczną. Politycy rządzący coraz szerzej wymachiwali maczugami z obłudnym napisem „dobra zmiana”, politycy opozycyjni zaś z coraz większym trudem robili uniki, starając się znaleźć oręż do cywilizowanej kontrofensywy. Trwa to już ponad dwa lata i pewnie potrwa dość długo. Na szczęście artyści robią swoje, dostarczając publice chwil uśmiechu i wytchnienia. Zapamiętaliśmy kilka z licznych wydarzeń, a to:

  • „Wiedźmin” – nowy musical w gdyńskim Teatrze Muzycznym, w imponującej oprawie muzycznej, choreograficznej i scenograficznej, choć odrobinę może zbyt przegadany.
  • „Habit i zbroja” – doskonale zrobiony pełnometrażowy film o walorach edukacyjno – dokumentalnych, opisujący historię tak ciekawiącego nas Zakonu Krzyżackiego. Chyba tylko nas, bo na widowni byliśmy sami. Rzecz powinna być obowiązkowym uzupełnieniem lekcji historii w szkołach, ale niekoniecznie się nim stanie, bo brak tam jakiejkolwiek sekwencji związanej z żołnierzami wyklętymi. Może nie było ich pod Grunwaldem?
  • UCHOwaj nas od PREZESA, Panie! wznowiło się po wakacyjnej przerwie. Pokazują się w nim coraz bardziej znani aktorzy, bo trzeba naprawdę wielkich umiejętności, aby taktownie obśmiać pierwowzory.
  • „Twój Vincent” – absolutna rewelacja, niestety niedoceniona na gdyńskim festiwalu. Malarski film, który zbiegiem okoliczności przywołuje impresjonistyczną atmosferę obejrzanej kilka dni wcześniej wystawy autochromów, pierwszych kolorowych fotografii z początków XX wieku
  • Inauguracja artystycznej działalności Oliwskiego Ratusza Kultury, najbardziej wyczekiwanego dziecka (to metafora, ma się rozumieć…) Andrzeja Stelmasiewicza – postaci niestrudzenie oliwiącej tryby gdańskiej kultury pozaratuszowej.
    X
    Na początek -mocny akcent, bo Hamlet, jakiego świat nie widział – przedstawiony przez teatr jednego aktora (Adama Walnego) i wielu kukieł taplających się w krwawych akwariach (sanguariach?).
    X
  • Najsmakowitszym kąskiem wrześniowych wrażeń kulturalnych było spotkanie w kameralnej, gruzińskiej atmosferze ze Stanisławem Tymem. Tym Tymem. Nie zdołam należycie sprawy opisać, mogę tylko dziękować komu trzeba za taką okoliczność!!!

I na koniec : jeśli dziwi Was tytuł wpisu, to w największym skrócie przypomnę, że:

  • „reakcją pogańską” nazywają historycy fale odwrotu od chrześcijaństwa, które miewały miejsce wśród społeczeństw intensywnie chrystianizowanych, na ogół za polityczną (choć czasem też duchową) inspiracją, lub co najmniej przyzwoleniem ich władców.
  • na słowiańszczyźnie zjawisko to wystąpiło z dużą mocą w XI-XII wieku, zwłaszcza wśród plemion połabskich (na terenach obecnych północnych Niemiec), jak też w państwie Piastów. Wzmiankowałem o tym w dawniejszych wpisach i z pewnością nie raz powrócę do sprawy w przyszłości.
    X
  • dziś jednak ów historyczny termin nasuwa mi takie oto skojarzenia: chrześcijaństwo przed tysiącem z górą lat nadciągnęło, ze wszystkimi swoimi jasnymi i ciemnymi stronami, z zachodu Europy, zaś reakcja pogańska była emanacją „ludowego” sprzeciwu przeciw owej nie swojskiej doktrynie. Żywiła się hasłem powstania z kolan, dosłownego w tym przypadku, bo sprzeciwiającego się oddawania na klęczkach czci nowemu bogu.
  • społeczeństwa zachodniej Europy wykształcały przez ten tysiąc lat obecny model funkcjonowania – z pewnością daleki od doskonałości – jednak będący (przynajmniej jeszcze całkiem niedawno) przedmiotem westchnień społeczeństwa polskiego. Działo się to wśród potoków krwi wojen religijnych, swądu stosów inkwizycji i ogromu niegodziwości pokoleń kościelnych hierarchów, ale także wśród przebijającej się przez nie stopniowej humanizacji ludzkich relacji.
  • I co widzimy? Owe w miarę ucywilizowane wzorce, w ostatnich latach z ochotą przeszczepiane na polski grunt, nagle spotkały się z odporem. Katolicki naród zaczął kontestować owoce tysiącletniej ewolucji chrześcijańskiej Europy. Reakcja pogańska we współczesnym polskim wydaniu nacjonalistyczno – katolickim. Taki mam obraz.
  • No, może trochę się zagalopowałem. Jest bowiem rzymski katolicyzm (nie całkiem Franciszkowy, niestety), ale są też jego skrzywione odmiany, jak choćby rydzki kaczoliżyzm , skutecznie mobilizujący lud polski do wspomnianej pogańskiej reakcji.
  • Co do przyczyn tego stanu rzeczy – dziesiątki publicystów pochylają się, próbując je zdefiniować i szukać sposobów przeciwdziałania. Jedni bardziej, inni mniej sensownie. Jeśli przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł – poinformuję o tym niezwłocznie na blogu; zachęcam też komentatorów!

Anstelle des Unabhängigkeits-Marsches

oder Zamiast Marszu Niepodległości

Seit ein paar Jahren schon “kämpfen” die Polen verschiedener politischen Weltanschauungen untereinander darum, zu wem der Unabhängigskeitstag (ein Polnischer Nationalfeiertag) gehört. Es ist einer der wichtigsten Jahrestagen in der Geschichte Polens. An diesem Tag, nach 123 Jahren der Teilung und der politischen Nichtexistenz, rief der Marschall Joseph Piłsudski die Unabhängigkeit Polens auf. Dass auf diesem Tag in Compiegne in Frankreich der 1. Weltkrieg beendet wurde, war mehr oder weniger ein Zufall.

Leider wird gerade dieser festliche Anlass zu einer radikal-nationalistischer Demonstration der politischen Macht der extremen Rechtgruppierungen Polens umfunktioniert. Und leider geniessen diese Parteien und Organisationen nicht nur immer stärkeren Zugang der Anhänger, sondern, und dies ist geradezu erschreckend, die Unterstützung der katholischen Kirche und der PiS-Regierung.

Seit Jahren gehen an diesem Tag in die Welt die erschreckende Nachrichten aus Polen. Die Wikipedia auf Deutsch schreibt z.B.: Während Tausende Polen in der Hauptstadt Warschau und anderen Städten des Landes überwiegend friedlich ihren Unabhängigkeitstag feiern, kommt es in den letzten Jahren wiederholt zu Ausschreitungen, bei denen sich Nationalisten bei den Kundgebungen heftige Auseinandersetzungen mit den Einsatzkräften der Polizei liefern. Vor allem in Warschau kommt es zu heftigen Ausschreitungen mit Festnahmen bei “Unabhängigkeitsmärschen” von Nationalisten und Rechtsradikalen.

Ein schrecklicher Tag für Polen. Ich habe gar keine Lust, darüber nachzudenken. Vergessen wir es, hoffen wir, dass es irgendwann vorbei ist. Ich  lade stattdessen zu einer Ausstellungeröffnung ein.

***

Dzisiaj 11 listopada. Od kilku lat ohydny dzień i myślę, że nie muszę moim Czytelnikom tłumaczyć – dlaczego. Ohydny. A najgorsze jest to, że ta obrzydliwa polska gęba ma wsparcie Kościoła i polityki. Nie chcę o tym nawet myśleć. Zamiast na demonstrację, zapraszam na wernisaż…

***

Es ist eine sehr originelle Veranstalltung, und wenn man in Berlin diese Adjektiv benutzt, bedeutet es wirklich was. Seit 6. Oktober gibt es schon in Kungerkiez eine Fotoausstellung

Sela5/2 – FRAMES. AND THE SPACE BETWEEN.

Die Ausstellung dauert zwei Monate und zeigt im Hauptraum die Werke von elf Fotografen, und in einem Nebenraum werden jede Woche die Fotos von einem der teilnehmenden Fotografen gezeigt. Ich weiss nicht, ob ich es besser erklären kann, aber auch nirgendwo, weder im Katalog noch auf der Fanpage, finde ich eine entsprechende Beschreibung des Vorhabens von Karsten Hein, der eine der Kuratoren ist und jetzt eben am 11. November in dem Gallerie-Nebenraum seine Fotos ausstellt (er steht ganz recht im Bild unten). Seine ungewöhnliche Foto-Projekte habe ich hier (und woanders) schon ein paar Mal vorgestellt: Fiktive Fotografen, Fotos für die Blinden oder Mode für die Blinden. Manchmal mache ich bei seinen Projekten mit.

Karsten Hein

KungerKiezInitiative e.V.
Karl-Kunger-Str. 15
12435 Berlin

U-Bahn Treptower Park und dann zu Fuß… Oder Schlesiches Tor und ebenfalls zu Fuß (beide – ziemlich lang :-)).

Ich fand nirgendwo, um welcher Uhrzeit diese Teilausstellungen eröffnen werden. Ich nehme an, 19 Uhr ist ein schöner Termin. Kommet alle hin!

***

Und noch bis 5. November im Martin-Gropius-Bau, Berlin > Der Luthereffekt > Raum 15 – 19 Karsten Heins Tansaniabilder… mehr

Hilferuf / Wołanie o pomoc


Celina Muza
Drodzy Przyjaciele, Liebe Freunde,

dzisiaj, troszkę weekendowo, piszę do was w zupełnie innej sprawie.

Byłam w połowie października na Kaszubach w regionie, przez który przeszła w nocy z 11 na 12 sierpnia nawałnica niszcząc hektary lasów i wiele domów, przede wszystkim tych starszych i biedniejszych. Pojechałam tam razem z 7-osobową silną grupą męską z firmy SchoPa, w której pracuje mój małżonek. Dowiedzieliśmy się od przyjaciół, że w dalszym ciągu potrzebna jest tam pomoc. Aktualnie brakuje nie tylko materiałów, ale przede wszystkim fachowców: murarzy, elektryków, malarzy, dekarzy… Po prostu ich tam nie ma, a jeżeli są, to stawiają takie warunki finansowe, że zatrudnić ich mogą tylko najbogatsi (ale akurat te domy najmniej ucierpiały).

heute schreibe ich Euch – ein wenig in Wochenendstimmung – in einer ganz anderen Sache.

Mitte Oktober war ich in der Kaschubei, in der Region, in der in der Nacht vom 11. auf den 12. August ein schlimmer Sturm gewütet hat, der ganze Hektar von Wäldern und viele, vor allem ältere und ärmere Häuser zerstört hat. Ich bin zusammen mit einer 7-Mann starken Gruppe von der Firma SchoPa, bei der mein Mann arbeitet, dorthin gefahren. Wir hatten von Freunden erfahren, dass dort weiterhin Hilfe gebraucht werde. Aktuell fehlt es dort nicht nur an Baumaterial, sondern vor allem an Handwerkern: Maurern, Elektrikern, Malern, Dachdeckern… Es gibt sie einfach nicht, und wenn welche da sind, dann stellen sie solche finanziellen Forderungen, dass nur die Reichsten es sich leisten können, sie anzustellen (deren Häuser jedoch am wenigsten unter dem Sturm gelitten haben!).

Nie sądziłam, że na dwa miesiące po tragedii zastanę tam taki obraz nędzy i rozpaczy! Załączam kilka zdjęć, ale uwierzcie mi, żadne nie oddaje nawet w przybliżeniu rozmiarów zniszczeń. Stałam na drodze pomiędzy dwiema wsiami w gminie Brusy i zwyczajnie płakałam patrząc na to co zostało po pięknych lasach.

Ich hätte nicht gedacht, dass ich zwei Monate nach der Tragödie ein solches Bild des Jammers vorfinden würde. Ich füge einige Fotos hinzu, aber glaubt mir bitte, keines der Bilder kann auch nur annähernd die Ausmaße der Zerstörungen widergeben. Ich stand in der Gemeinde Brusy auf der Straße zwischen zwei Dörfern und weinte einfach beim Anblick dessen, was dort von den wunderbaren Wäldern übriggeblieben ist.

Nasi wolontariusze pracowali przez cały weekend w trzech wsiach, w trzech gospodarstwach, które do tego czasu nie miały jeszcze w ogóle dachu. I natychmiast po powrocie do Stargardu oznajmili, że muszą pojechać na Kaszuby jeszcze raz aby położyć poszkodowanym elektrykę i podłogi. Z nadzieją, że uda się tym rodzinom, które otrzymały tylko dotacje na zakup desek na dach i ewentualnie nowego pieca grzewczego (ale nie wszyscy), spędzić Święta we własnym domu.

Unsere Freiwilligen haben das ganze Wochenende über in drei Dörfern gearbeitet, in drei Bauernhöfen, die bis dahin überhaupt keine Dächer hatten. Und sofort nach ihrer Ankunft in Stargard erklärten sie, sie würden sofort wieder in die Kaschubei fahren müssen, um den Geschädigten noch die Elektroleitungen und die Fußböden zu legen. Mit der Hoffnung, dass es diesen Familien, die nur eine Zuwendung für den Kauf von Brettern für das Dach und eventuell für einen neuen Heizofen erhalten hatten (es waren nicht alle), gelingen wird, Weihnachten im eigenen Haus zu verbringen.

Ale kiedy już uda się w miarę odbudować dom, zaczną się kolejne problemy. Po wichurze lało przez kilka dni i domy bez dachów zalane były doszczętnie. W pośpiechu przenoszono dobytek do stodół przykrytych plandekami i niedługo okaże się, że na przykład poduszki przemokły, pościel zgniła, odkurzacz już nie działa, produkty chemiczne są nie do użytku… ubrania do wyrzucenia. Najbiedniejsi w okolicy stracili wszystko.

Aber nachdem sie ihr Haus einigermaßen wiederaufgebaut haben, werden weitere Probleme beginnen. Nach dem Sturm hatte es mehrere Tage geregnet und die dachlosen Häuser wurden völlig überschwemmt. In aller Eile wurde das Hab und Gut in mit Planen bedeckte Scheunen gebracht, und bald wird sich herausstellen, dass zum Beispiel die Kissen nass geworden sind, die Bettwäsche vermodert ist, der Staubsauger nicht mehr funktioniert, chemische Produkte nicht mehr zu gebrauchen sind, und die Kleidung weggeworfen werden muss. Die Ärmsten in der Gegend haben alles verloren.

Moich przyjaciół mieszkających w Polsce zachęcam do wsparcia Komitetu Społecznego Przymuszewo po nawałnicy. W każdy weekend grupa wolontariuszy pracuje na budowach.

https://www.facebook.com/search/top/?q=przymuszewo%20po%20nawa%C5%82nicy

Społeczny Komitet Przymuszewo po nawałnicy

BGŻ BNP PARIBAS: 83 1600 1462 1832 3260 4000 0001

IBAN: PL83160014621832326040000001

BIC: PPABPLPK

Moich przyjaciół mieszkających w Niemczech chciałam poinformować, że 3 listopada zostanie przeze mnie założone specjalne konto w Berliner Volksbank, na którą będę zbierać darowizny na rzecz 3 rodzin w gminie Brusy.

Meine Freunde, die in Deutschland leben, möchte ich informieren, dass ich am 3. November ein SonderSpendenKonto bei der Berliner Volksbank einrichten werde.

Zastanówcie się proszę czy, jaką sumą i w jakim miesiącu w ciągu najbliższych miesięcy moglibyście włączyć się do pomocy?

Bitte, überlegt ob Ihr helfen könnt den 3 Familien ein normales Leben wieder führen zu können? Wenn ja, mit welcher Summe und wann in den nächsten paar Monaten?

Liczę na Was!

Ich zähle auf Euch!

Pozdrawiam serdecznie… viele Grüße

Celina

Przygrobny monolog

Roman Brodowski

Wiersz ten napisałem w ubiegłym roku. Inspiracją były słowa, które zwykł mawiać mój brat podczas rozmów, jakie ze sobą prowadziliśmy, zwłaszcza tych o sytuacji panującej w Polsce.
Zawsze kiedy pytałem Go o jego osobiste refleksje dotyczące czasu, gdy udzielał się w walce o obronę praw więźniów politycznych, a było to w okresie powstania „Solidarności”, zwykł był odpowiadać jednym i tym samym zdaniem: „Wygraliśmy z komuną, żeby przegrać samych siebie”. Wówczas, kiedy jeszcze żył, a zmarł w grudniu 1998 roku, nie do końca rozumiałem, co miał na myśli.
Dopiero po wielu latach, a zwłaszcza dzisiaj, kiedy to PiS rządzi naszym narodem, gdy sytuacja polityczna w kraju stała się się nie do zniesienia, w pełni zrozumiałem, co kryło się pod jego „złotą” myślą. I chyba powoli przekonuje mnie jego logika myślenia, że „wygrywając rok 1980/81, a następnie 1989, przegraliśmy samych siebie”.

Co prawda, na początku utwór ten zamierzałem pozostawić w szufladzie, dla siebie. Jednakże dzisiaj przekonany jestem, że moje ubiegłoroczne myśli dojrzały do tego, by ujrzeć światło dzienne, by je upublicznić.

„ Przegrać samych siebie”

„Wygraliśmy z komuną
Żeby przegrać samych siebie”
Powtarzałeś przy każdej okazji
Tę twoją – złotą – myśl.

Jesteś od dawna mój Bracie
Poza przestrzenią zmysłowej
Interpretacji „Tajemnicy wiary”
Więc obce Ci jest uczucie lęku.

Wiem co byś powiedział gdybyś żył
Ale ja tak nie potrafię ja muszę
Ja nie przegrałem jeszcze siebie
Ja wciąż o siebie …gram.

Może to i dobrze, że nie widzisz
Jak spełnia się twoje „proroctwo”
Jak bardzo szata solidarnej jedności
Rwana po kawałku zaczyna gnić.

Chmury Bracie, brunatne chmury
Opadają powoli na twoją nadzieję
Solidarność jak w rozbitym lustrze
Ukazuje wielotwarz obłudy i fałszu

Prawda twojego czasu popada w ruinę.
Praworządność wrzucono do szamba
A naród za kilka srebrników sprzedał
Swoją niby narodową polską dumę.

Ty nie zabronisz mi krzyczeć
Bo krzyczę nie moją ale twoją prawdą.
To nie ja ale ty uczyłeś mnie patrzeć
Oczyma patriotycznej poprawności.

Dzisiaj bohaterom twojego czasu
Odebrano prawo ich wielkości
Napisano historię dla nowosystemu
Faszystowsko narodowej dyktatury

Kolejny karzeł bez przeszłości
Rozpoczął taniec na grobach tych
Którzy nie mogą już się bronić
By stać się światłem dla ślepowierców

Armia pochlebców wokół niego
Niby stado psów przy pańskim domu
Oczekuje spadających ochłapów
Z coraz biedniejszego ojczyźnianego stołu

Tak tak Bracie – ciężkie czasy nastały
Nasza Ojczyzna jak kula Syzyfa stacza się
Rządni władzy despoci wiodą naród
No właśnie! … dokąd oni nas wiodą?

Obiecują, równość i sprawiedliwość
A niszczą Konstytucję i sądów niezawisłość
Obiecują dobrobyt świetlaną przyszłość,
A trwonią wszystko dla minuty chwały.

Jak mam żyć Bracie w naszym „gnieździe”
Kiedy ono powoli wypełnia się
Marazmem głupoty fanatyzmu i niezgody
Gdy naród nasz popada w desspotyczną niewolę

Dlaczego dzisiaj drogi przyjacielu
My którym droga do wolności
Okupiona jest krwią naszych przodków
Nie potrafimy być wielkim „Jedno”

Dlaczego przyniesiona na sztandarach
I twojego Bracie zrywu „Demokracja”
Zamienia się w pusty niby dzban slogan
A ludzie… Oni niczego nie rozumieją.

Jak dobrze że śpsz spokojnie – Bracie.

Berlin, 24 października 2016

Reblog: Minął sierpień, minął wrzesień

Piotr Beszczyński

    • To zdjęcie zrobiłem Wiesławowi Michnikowskiemu równo pół wieku temu, gdy podczas górskiej wędrówki spotkałem go na targu, w Krościenku bodajże. Artysta był wtedy u szczytu popularności, jako jedna z najjaśniejszych gwiazd Kabaretu Starszych Panów. Zdaje się, że chciał kupić pomidory. Umarł, gdy już prawie minął wrzesień.

Taka pora, że myśli się więcej niż zwykle o tych, co odeszli, jak też w ogóle o przemijaniu. Zachodzi się na cmentarze, które są różne: a to trwają setkami lat i pomnikami wysokiej rzeźbiarskiej próby, a to ledwie dają się rozpoznać wśród zarośli, lub też znikły w ogóle, czasem upamiętnione skromnym lapidarium.

  • Czynny przez zaledwie kilkanaście lat przed końcem II wojny światowej cmentarz krematoryjny we Wrzeszczu (niemal dokładnie w miejscu funkcjonującej przez kilka wieków gdańskiej szubienicy miejskiej) został ostatnio przez miasto nieco uporządkowany, jednak nagrobków zachowało się niewiele
    XXX
  • Po przeciwnej stronie Królewskiej Doliny tam, gdzie ulica Traugutta kończy się w lesie, dadzą się jeszcze z trudem rozpoznać resztki cmentarza żydowskiego który, jak czytamy w książce Ludwika Passarge’a, na pewno funkcjonował już w połowie XIX wieku
    XXX
  • Dla kontrastu – chyba najbardziej znany i największy cmentarz żydowski na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Mimo bardzo wysokich cen pochówku cieszy się dużym wzięciem, bo ponoć jego lokatorzy mają być w pierwszej kolejności i szczególnie łaskawie potraktowani podczas Sądu Ostatecznego.
    XXX
  • Rejony dolnej Wisły, zwłaszcza Żuławy, zawdzięczają swój status najżyźniejszych i najlepiej zagospodarowanych rolniczo ziem wielowiekowej, uporczywej pracy ludu zwanego z polska Olędrami. Osiedlali się tu począwszy od XVI wieku, przybywając z Niderlandów w poszukiwaniu dogodnych włości, ale przede wszystkim – w ucieczce przed religijną nietolerancją, dotykającą tam chrześcijański odłam zwany mennonitami. Mennonitów nie ma już na Żuławach od dziesięcioleci (nie byli tu zbyt lubiani również za czasów pruskich), ale pozostałości ich cmentarzy można jeszcze gdzieniegdzie spotkać
    XXX


Innego rodzaju odczucia budzą stare, ciągle funkcjonujące cmentarze – galerie sztuki, jak choćby ten w Mediolanie:


  • Chwila zadumy nad sferą wiecznego odpoczywania jest o tej porze roku oczywista, jednak doczesność każe się z niej szybko otrząsnąć.
  • Dosyć niespodziewanie, wobec skutecznej – dla rosnącego ponoć elektoratu rządzącej partii – propagandy sukcesu, zbuntowali się młodzi lekarze. Poparli ich gremialnie przedstawiciele wszystkich fachów, trudniących się opóźnianiem procesu przechodzenia ludności na drugą stronę Styksu. Nie poparła ich znaczna część wzmiankowanego wyżej elektoratu dobrze pamiętająca, że wszystkim buntującym się przeciwko partii i rządowi należy się etykieta wichrzycieli i warchołów, będących na garnuszku amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów.
  • Jak się potoczą sprawy ochrony zdrowia – nie wiadomo, oczywiście. Pewne jest natomiast (i potwierdzają to ku mojemu żalowi największe medyczne autorytety), że koniec końców od dotknięcia kostuchy raczej się nie wywiniemy. A skoro tak, to próbujmy jak najmniej uprzykrzać życie sobie i innym!
    XXX