Me in seven pictures

Ewa Maria Slaska

#blackwhitechallenge

Last week I took part by a social play on the Facebook. Nothing special or extraordinary. Social play. Sometimes you have to list your favorite books or films, bake your own bread or pour cold water on your head. This time I had to publish on Facebook seven black and white pics from my life. No people, no pets, no explanation. Just pics. It makes sense, belive me.

You do not make it by your own will, you have to be challenged. And in a turn everyday you challenge somebody.

I show you here my seven pictures. They say a lot about me. I know it. I choose them carefully. But you? Do you see me in those pics? Make subtitle to those photos. Sentences or words. One or more. I will use them here.

It is a challenge! And there will be a prize for doing it 🙂

Subtitles from Andrzej Rejman

steadily uphill


nevertheless optimistic

rays of light and art


melting in space


emerge from the darkness


durability and stability


 hidden me

Subiektywny bardak na skos I

Tomasz Fetzki

Dobre wychowanie to balast i przekleństwo. Prosi Szefowa Blogu: opisz tę naszą podróż. Normalnie by człowiek coś chamowato odburknął, przypomniał, że przecież do znudzenia powtarza, iż źródło inspiracji mu wyschło. Ale co? Kobiecie odmówisz? – pyta sumienie, czy raczej uciążliwe superego. Kurde, nie odmówię. I teraz się człowiek musi męczyć.

O tej podróży już kiedyś Wędrowiec TUTAJ wspominał. Warto jednak dodać kilka istotnych informacji. W Lublinie Viator (któremu towarzyszyła wierna i najwspanialsza pod słońcem Viatorka) wraz z Szefową Blogu na konferencji naukowej opowiadał o naukowo- i kulturowotwórczych aspektach blogowania (tak, tak, na to się porwaliśmy!)
I wymyślił sobie, że skoro już zajechał tak daleko, to wracając zobaczy kilka miejsc, których dotąd nie miał okazji odwiedzić, a które odwiedzić trzeba, przecinając Polskę na skos – od Lublina do Świebodzina. Że zaś Viatorka i Szefowa Blogu nie miały nic naprzeciwko, a wręcz z entuzjazmem przyjęły tę propozycję, decyzja została podjęta.

Viator Fetzki zasiadł do pisania, nie Karl Baedeker. Przeto nie oczekujcie systematycznego opisu trasy, zabytków, historii. Możecie jedynie liczyć na ciąg asocjacji i refleksji, jakie odwiedzane miejsca wzbudziły w głowie Pielgrzyma. A że ta głowa kryje prawdziwy śmietnik wiedzy różnorodnego kalibru, różnej wagi i rozmaitej wartości, przeto i ciąg asocjacyj chwilami zaczyna przypominać wielki bardak. Trudno. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Aha, jeszcze jedno! Zebrało się tego tyle, że tekst trzeba było podzielić na kilka odcinków. Konkretnie – na trzy.

***

Wstajemy skoro świt. Obfite śniadanie (bo w trasie nie będzie czasu na obiad) spożywamy w pośpiechu (gdyż czas goni) i w drogę. Wczesnym wieczorem musimy być w Zielonej Górze: kupiliśmy bilety na koncert Piwnicy pod Baranami i nie ma takiej opcji, byśmy się spóźnili. Opuszczamy pensjonat na przedmieściach Świdnika. Usytuowany tuż przy drodze ekspresowej ku Chełmowi wiodącej. Częścią tej ekspresówki jest obwodnica Lublina, nie było przeto potrzeby przedzierania się przez miasto. Parę kilometrów wygodnej dwupasmówki, potem zjazd i zakręt w prawo, znaczy się – na północ. Jeszcze kilkanaście minut i dojeżdżamy do pierwszego celu naszej wędrówki.

Viator zaczyna nucić piosenkę, którą usłyszał pierwszy raz jakieś trzydzieści lat temu i, z nie do końca zrozumiałych względów, pamięta świetnie do dziś. Ot, bardak w łepetynie. Piosenkę o Lubartowie, do którego dziś zawitał wreszcie po raz pierwszy. Jedzie więc ulicami miasteczka i podśpiewuje: Oj wej, w Lubartowie, najpiękniejszy w świecie świat! Piosenka w sumie głupawa (w tamtych latach Rosiewicza stać było na znacznie więcej, co niejednokrotnie udowadniał), ale właściwie sympatyczna. I ten szmonces: wszyscy chętnie lubią czosnek. No, urocze. Nie ma co się tu wykazywać rewolucyjną czujnością i doszukiwać złych intencji. Zresztą, ponoć byli tacy, którzy nawet Sęk Dziewońskiego i Michnikowskiego oskarżali o antysemityzm. Sęk… A pamiętacie, jak on się zaczyna? Viatorowy łeb zachował i ten szczegół, aby teraz go wyrzucić na powierzchnię:

Hallo! Proszę pani, ja poproszę zamiejscową: Lubartów czydzieści czy!  

Jakaś magia tkwi w tej nazwie, nieprawdaż? Zanim zanucicie piosnkę z Wędrowcem, posłuchajcie jeszcze dwóch uwag. Raz, że filmik dość dobrze oddaje charakter miasteczka, zwłaszcza piękno Pałacu Sanguszków i parku przypałacowego. Trójka Podróżników obejrzała je sobie uważnie, choć tylko przez okna samochodu – wszak czas goni. Dwa: w pewnym momencie klipu (około 1 min. 20 sek.) fotografia lotnicza prezentuje meandry Wieprza, nad którym leży Lubartów. Podróżnicy rzeki nie widzieli, ale ten Wieprz jeszcze kilkakrotnie powróci w naszej opowieści. No, to posłuchajmy:

Ale nie ma na filmie innego ważnego lubartowskiego zabytku. Takiego, że Viator, mimo limitów czasowych, musiał, bodaj na chwilę, wysiąść z samochodu. Kapucyński kościół pw. św. Wawrzyńca. Pośpiech pośpiechem, a barok toskański barokiem toskańskim.

1a-b-lub

Znajduje się bowiem w bardaku Viatora także ogromny sentyment dla tego stylu: barokowa, a przecież po franciszkańsku skromna bryła świątyni, ołtarz bez nadmiaru zdobień, a przy tym w kolorach surowego drewna, bez śladu polichromii… Można by patrzeć bez końca. Ale czas nagli.

Dalej na północ. Przekraczamy most na Wieprzu i wjeżdżamy do kolejnego miasteczka nabrzmiałego znaczeniami.

2-lubKock. Zanim dotkniemy (muśniemy raczej; ach ten okrutny czas!) wielkiej historii, najpierw mała zabawa w gender. Na rynku stoi święta figura. Z daleka trudno stwierdzić: mężczyzna czy kobieta, Chrystus czy jego Matka? Długie włosy, szaty, krzyż w dłoni pasują do obojga. Nikt z Trójki Podróżników nie był pewien odpowiedzi aż do ostatniego momentu, mimo iż obejrzeli statuę ze wszystkich stron, okrążając rynek. Dopiero z bliska widać wyraźnie, iż z niewiastą mamy do czynienia. Maryja… z takim przekonaniem opuścili miasto. Tymczasem co nagle, to po diable. Jak później doczytał Viator, w rzeczywistości była to święta Helena, mamusia cesarza Konstantyna.

Trochę się pokręcili (autem, rzecz jasna) po miasteczku, pełni admiracji podumali przed Pałacem Jabłonowskich (oficyny piękniejsze chyba, niż budynek główny). Na szukanie Domu Cadyka Morgensterna czasu już nie stało. Pole bitwy czeka! Tylko której? Wszak na przestrzeni 120 lat pod Kockiem rozegrało się ich aż sześć! Najważniejsze są jednak, przynajmniej w przekonaniu Pielgrzyma, dwie: pierwsza i ostatnia. Anno Domini 1809 roku w potyczce z Austriakami poległ tutaj pułkownik Berek Joselewicz. Ktoś ma ochotę kwestionować szczerość patriotyzmu starozakonnego kawalerzysty, walczącego za Polskę pod Kościuszką, Dąbrowskim i Kniaziewiczem? Serce się rwie, by podjechać te kilka marnych kilometrów ku Białobrzegom i mogiłę Pułkownika odnaleźć, ale czas… Czas bezlitosny! Odwiedźmy więc chociaż pomnik bohatera ostatniej z bitew: generała Franciszka Kleeberga!

3-lub

Pomnik stoi w pobliżu cmentarza, na którym pochowano żołnierzy poległych w październiku 1939 roku, w ostatniej bitwie ostatniego regularnego oddziału armii II Rzeczpospolitej. Prochy Generała który, jak powszechnie wiadomo (przecież nie tylko Viator słuchał i czytał o tych sprawach) zmarł w niemieckiej niewoli, spoczęły wśród jego podkomendnych w roku 1969. Na odwiedziny cmentarza czasu oczywiście nie było, lecz przed pomnikiem (piękny ten pomnik pod względem artystycznym; dalsza wędrówka przekona nas, że nie zawsze tak być musi, niestety) Trójka Podróżników chwilę podumała.

O czym myślały Viatorowa i Blogu Szefowa, tego Wędrowiec nie wie. On sam rozważał nietuzinkową postać Generała i jego dzieło. Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Charkowie. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć. Nie ma rady: Piwnica pod Baranami czeka, ale pole bitwy odwiedzić trzeba. Serokomla, Konorzatka, Wola Gułowska. Tak się Trójka Podróżników zapamiętała w tym objeździe, że się ostatecznie trochę zgubiła. Dobrze! OK! Viator się zgubił. Wjechał w takie bezdroża, że na chwilę nawet asfaltu zabrakło. Ale warto było: okolica piękna. Zresztą, ostatecznie szczęśliwie udało się odnaleźć trakt. Kierunek zachód. Dęblin majaczy na horyzoncie.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: Miasto, które wstało z grobu

Katarzyna Krenz

L’Aquila Terremoto

Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

L’Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d’Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają.

aquilla1-2

Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową.

aquilla-3-4
Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś… Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

aquilla-5-6
Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem: czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce.

aquilla-7-8

Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii.

Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów.
Obraz za mgłą hotelowej szyby.

aquilla-9-10

nocny autobus zatrzymuje się
na przystanku nikt nie stoi

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem

na papierze ryżowym

***

Wiersz Katarzyny Krenz Japońska akwarela II, 26 września 2016
Zdjęcia Katarzyny Krenz

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.

Katastrofy

Zbigniew Milewicz

Wielki pożar Londynu

Data nosiła w sobie trzy diabelskie szóstki, w roku 1666 prawie doszczętnie spłonęła stolica Albionu. Do czasów II wojny światowej była to największa katastrofa w historii tego miasta. Gdyby nie niekompetencja władz jej skutki mogły być wielokrotnie mniejsze.

Jak na owe czasy miasto było ogromne – z przedmieściami Londyn liczył najprawdopodobniej 500-600 tysięcy mieszkańców i zapewne był najludniejszym miastem świata, a z pewnością Europy. Dla porównania – Gdańsk, największe miasto ówczesnej Rzeczypospolitej, liczył mniej niż 100 tysięcy osób, a Kraków, Warszawa i Wilno nie przekraczały 30 tysięcy.

Był też bardzo bogaty – dochód na głowę mieszkańca ówczesnej Anglii należał do najwyższych na świecie i tylko Holandia była bogatsza. W XVII w. Anglia rywalizowała z wchodzącymi w okres schyłku swej potęgi Niderlandami o panowanie na morzach (kiedy pożar wybuchł, toczyła się akurat wojna z Holendrami). Interesy londyńskich kupców i bankierów coraz częściej wykraczały poza Wyspy.

We wrześniu 1666 roku na londyńskiej giełdzie dyskutowano m.in. o pierwszym transporcie tytoniu, który przypłynął z Wirginii, nowej zamorskiej kolonii, i który uważano za zapowiedź wielkich zysków. Miasto dochodziło do siebie po wielkiej zarazie, która panowała przez wiele miesięcy 1665 i 1666 roku, i z optymizmem patrzyło w przyszłość.

Miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, choć odbywało się to w sposób nieco chaotyczny. Kronikarz John Evelyn opisywał city jako „naturalne, ogromne skupisko drewnianych domów”. Widać z tego, że ryzyko wystąpienia pożarów było bardzo prawdopodobne. Otoczona starymi rzymskimi murami metropolia była wypełniona po brzegi, pełna wąskich uliczek i domów z dachami ze strzechy. Przypomniała trochę stos na ognisko, który aż się prosi, by dostarczyć mu zbawienną iskrę.

Wg wiadomości ze strony internetowej Tunguska.pl w centrum plątaniny uliczek pracował Thomas Farynor, piekarz. Jego zakład, usytuowany nad Tami­zą przy Pudding Lane, o rzut beretem od słynnej Tower, zaopatrywał samego króla Karola II Stuarta. W nie­dzielny poranek, 2 września 1666 roku, jak zwykle rozpalono piec do czerwoności. Przez nieuwagę ogień wydostał się poza piekarnię i rozprzestrzenił się dookoła. Farynor i jego rodzina zostali uwięzieni w mieszkaniu nad piekarnią, ale cudem udało im się uciec przed płomieniami. Jedynie ich sparaliżowana strachem służąca nie odważyła się stawić czoła płomieniom i stała się pierwszą ofiarą pożaru.

Feralnego dnia poranek w Londynie był wietrzny. Ogień szybko więc rozprzestrzeniał się na sąsiednie domy. Należało je zburzyć, aby nie ryzykować wystąpienia efektu domina. Ale właściciele budynków przeciwstawili się decyzji. Jedyną osobą, która posiadała wła­dzę, by przeprowadzić taką akcję, był burmistrz Thomas Bloodworth. Gdy dotarł na miejsce, ogień już przeniósł się na kolejne budynki, zbliżając się do magazynów papieru i składów materiałów łatwopalnych. Strażacy przekonywali do natychmiastowe­go zburzenia domów, ale burmistrz uchylał się od podjęcia decyzji. Argumentował, że budynki są wynajmo­wane i najpierw trzeba by się skontak­tować z właścicielami.

The Great Fire Of London
Wikipedia commons: The painting is in the [style] of the Dutch School and is not dated or signed, it is thought to be from the 17th century, and so in the public domain.

W przeciwieństwie do biernego burmistrza król działał szybko. Gdy tylko dostał informację o pożarze, wysłał urzędnika z de­cyzją o zburzeniu domów. Ale pożar był już nie do opanowania. Po południu prze­kształcił się w gwałtowną burzę ogniową. To zjawisko ma miejsce, kiedy bardzo duża powierzchnia jest objęta pożarem, a powietrze nad nią staje się skrajnie gorące i zaczyna się unosić. Wtedy krążące bliżej powierzchni ziemi zimniejsze powietrze także się unosi, wypełnia­jąc wolną przestrzeń, co powoduje silne wiatry. Ruchy powietrza podsycają płomienie, do­starczając im więcej tlenu. Tak rozkręca się burza ogniowa, w której sercu temperatura może przekroczyć nawet 2000 stopnie Celsjusza.

W końcu wiatr trochę zelżał, a garnizon Tower użył prochu do stworzenia pasów przeciwpoża­rowych, które w końcu uniemożliwiły rozprzestrzenianie się płomieni. W tamtych czasach Londyn nie miał zorganizowanej straży pożarnej. Gaszeniem pożarów zajmowały się firmy ubezpieczeniowe. Robiły to przy użyciu podstawowego sprzętu, głównie ręcznych pomp wodnych, które nie wy­starczały przy tak potężnym pożarze. Dopiero równe dwieście lat póź­niej zaczęła działać pierwsza londyńska zor­ganizowana straż pożarna.

Po kilku dniach pożaru miasto było spustoszone. Spłonęło ponad 13 000 budynków, czyli około dwóch trzecich całego miasta. Z historycznych zabytków przepadła Katedra Świętego Pawła, którą trzeba było wznosić na nowo. Odbudowa miasta, rozpoczęta już 1667 roku, finansowana była głównie z podatku węglowego, uchwalonego w celu stworzenia funduszu naprawczego. Miasto odbudowywano z uwzględnieniem średniowiecznej siatki ulic, tyle że domy wykonywano z trwalszych materiałów takich jak cegła i kamień.

Były też pozytywne skutki tej katastrofy. Po pierwsze, bilans ofiar okazał się niewielki – zginęło tylko sześć osób. Ponadto pożar wybił praktycznie całą populację londyńskich szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od roku w mieście epidemię dżumy. Zmusił on także rządzących do stworzenia planów nowocześniejszej rozbudowy miasta.

O pożarze pisał m.in. Samuel Pepys, wysokiej rangi urzędnik królewski, który osobiście doniósł Karolowi II o katastrofie, ale zbytnio się z tym anonsem nie spieszył. Poprzedniego dnia ucztował i bawił się do upadłego w gospodzie i kiedy w nocy służąca wyrwała go z głębokiego snu okrzykiem, że się pali w mieście, posłał ją do wszystkich diabłów i niefrasobliwie wrócił do łóżka. Dopiero, kiedy rano doszły mnie wieści, że spłonęło już 300 domów zebrałem się natychmiast – napisał później w swoich pamiętnikach – poszedłem do Tower, tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zeszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił już kościół św. Magnusa i większość Fish Street.

“It made me weep to see it.” Samuel Pepys (1633–1703) painted by John Hayls in 1666, the year of the Great Fire. Wikipedia commons.

Zeszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno, popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas, kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się, biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy, krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały, opaliwszy sobie skrzydła.

Dopiero wtedy pospieszył na dwór królewski, gdzie został przyjęty z wielkim niepokojem. Dostał zadanie odszukania lorda majora Londynu, czyli burmistrza i przekazania mu królewskiego polecenia, żeby bezwzględnie burzyć domy. Pepys wyruszył natychmiast, przebijając się przez tłumy uciekinierów niosących m.in. chorych leżących w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach – nie omieszkał zanotować pamiętnikarz wrażliwy jak zawsze na dobra materialne. Spotkał w końcu lorda majora, zmęczonego i zrezygnowanego, który opuścił posterunek i poszedł odpocząć do domu, narzekając, że nikt go nie słucha.

Pepys wrócił do siebie, gdzie czekali już jego goście, których zaprosił poprzedniego dnia. Byli zaniepokojeni, ale zjedli z apetytem przygotowany obiad i – jak napisał Pepys – było nam tak wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Potem wybrał się z gośćmi na oglądanie pożaru. Pływali wynajętym czółnem po Tamizie, oglądając ludzi ładujących w panice dobytek na łodzie. Podpłynęli tak blisko pożaru, że małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim.

 

Ludgate in flames, with St Paul’s Cathedral in the distance (square tower without the spire) now catching flames. Oil painting by anonymous artist, ca. 1670. Wikipedia commons.

Później z małej piwiarni na nadbrzeżu Tamizy zafascynowany oglądał pożar i pozostawił jego opis, który przeszedł do historii literatury:

Tam siedzieliśmy prawie do zmroku i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów!

Znakomity pisarz i publicysta Daniel Defoe zapewne widział pożar jako sześcioletnie dziecko. W wydanej anonimowo w 1703 roku historii tego wydarzenia pisał:

Strach i przerażenie napadły z zaskoczenia obywateli Londynu; mężczyźni byli w żałosnym pośpiechu, rozproszeni i skonfundowani; nie władali swoimi myślami na tyle, żeby zastanowić się, co było trzeba zrobić. (…) Ulice były zatłoczone ludźmi i wozami. Londyńczycy chcieli wywieźć z miasta te dobra, które się dało; ci, którzy byli najbardziej aktywni i mieli najwięcej pieniędzy, żeby zapłacić niesłychanie wysoką cenę za transport, uratowali wiele, reszta straciła prawie wszystko.

Porträt Daniel Defoes im National Maritime Museum, London, Wikipedia commons.

Wozy, bryczki, powozy i konie, tak wiele, jak tylko mogło wejść do miasta, zostały załadowane; za pomoc dawano każdą cenę; pięć, dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści funtów za wóz, żeby wywieźć na pola wybrane najdroższe przedmioty, które miał pochłonąć ogień; i niektórzy krajanie mieli sumienie przyjmować ceny, które obywatele oferowali im w swojej skrajnej potrzebie. Akcji przeciwpożarowej nie udało się szybko zorganizować – służby miejskie nie działały, żołnierzy było za mało (część opuściła miasto z powodu zarazy), a zawodowej straży pożarnej, jako się rzekło, jeszcze wtedy nie było. Londyńczycy nie mieli maszyn gaśniczych i wodociągów. Jedyna nadzieja na powstrzymanie pożaru leżała w wyburzaniu kolejnych ulic – ale ogień przenosił się szybciej, niż zdołano to czynić – często przy protestach zrozpaczonych właścicieli tracących mieszkania, warsztaty i środki do życia.
Pożar szalał przez pięć dni. John Evelyn, pisarz, uczony i ogrodnik, znajomy Samuela Pepysa, z którym często korespondował, pod datą 3 września zanotował:

Pożar trwa. Po kolacji wziąłem powóz i z moją żoną i synem pojechaliśmy do Bankside w Southwark, skąd oglądaliśmy to straszne widowisko, całe miasto w straszliwych płomieniach aż do nabrzeża (…). Płomienie były wszędzie i ludzie tak osłupiali, że od początku nie wiedziałem, czy przez upadek ducha, czy zrządzeniem losu niemal nie próbowali go ugasić; nie było słychać nic oprócz płaczu i lamentu. Biegali wokół jak spłoszone zwierzęta, nie próbując nawet ratować swoich dóbr. Łuna nad miastem przypominała “wierzch rozpalonego pieca” i według Evelyna widać ją było w promieniu 40 mil od miasta przez wiele nocy. Gigantyczna chmura popiołu i dymu ciągnęła się na 50 mil od Londynu.

John Evelyn (1620–1706) in 1651. Wikipedia commons.

Pisarz porównał płonący Londyn do upadku biblijnej Sodomy i mitologicznej Troi. Nie był jedyny: także obrazy pożaru Londynu namalowane wkrótce po wydarzeniu nawiązują aluzyjnie do pożaru i upadku Troi. Straty jednak prawdopodobnie były większe niż w starożytnym mieście odkopanym w XIX w. przez Schliemanna: po prostu Troja była dużo mniejsza niż XVII wieczna stolica Anglii. Kiedy zaś w czasie II wojny światowej Luftwaffe zaatakowała Anglię, James Pope-Hennessy, autor książki o wojennych zniszczeniach Londynu, napisał później, że wielki pożar wywołany niemieckimi bombami 29 grudnia 1940 roku w pewnym momencie wyglądał jak katastrofa zrelacjonowana przez Pepysa w 1666 roku – w Londynie płonęło równocześnie 1,5 tysięcy miejsc.

Urzędnik królewski Pepys był szczęściarzem. Uratował swój dobytek – w szczególności skrzynię z dużą częścią majątku, ogromną jak na ówczesne czasy sumą 2350 funtów w złocie (robotnik zarabiał wtedy kilka funtów rocznie), a za taką kwotę można było kupić solidny ziemski majątek. Jego dom nie spłonął, chociaż pożar dotarł na tę ulicę. Do połowy września 1666 roku zapisy w dzienniku Pepysa skupiają się głównie wokół przewożenia z miejsca na miejsce mebli, obrazów, tkanin, naczyń i drogocennej skrzyni ze złotem – o którą bał się okropnie i którą starał się ukryć przed wzrokiem robotników porządkujących dom i wieszających na ścianach pozdejmowane z nich w pośpiechu tkaniny.

Dopiero 14 września Pepys zanotował z ulgą, że mógł położyć się z powrotem spać z żoną we własnym łóżku i we własnej sypialni. Ale – jak pisał – długo jeszcze śniły mu się w nocy pożary.

Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.

Viva Polonia!

Ewa Maria Slaska

Relacje moich koleżanek

Relacja 1.

W mieście, które w tym roku jest stolicą kulturalną Europy, w pięknym starym hotelu ze starymi niemieckimi tradycjami (był to na przełomie tamtych wieków i do końca wojny słynny etablissement Vier Jahreszeiten), a więc w Hotelu Polonia, na ulicy Piłsudskiego, znajduje się w foyer secesyjnie wystylizowana tablica informacyjna.

hotel-polonia-pilsudzki

Jedna z naszych autorek, osoba często “bywała” we Wrocławiu, już kilkakrotnie zwracała obsłudze hotelowej uwagę, że na tablicy po niemiecku zostało umieszczone błędnie napisane nazwisko marszałka, które na tablicach polskiej i angielskiej zostało zapisane prawidłowo. Tym razem przypomniała pani w recepcji, że już dwukrotnie sugerowała, żeby to zmienić, bo to jednak wstyd. Na to tym razem pani recepcjonistka, podkreślając, że oczywiście hotel dołożył wszelkich starań, powiedziała, że nic tu nie trzeba zmieniać, bo tak się właśnie to nazwisko pisze po niemiecku…

No cóż: tu, proszę, Marszałek Józef Piłsudski w niemieckiej Wikipedii.

Relacja 2.

W mieście, które szczyci się tym, że bardziej kocha pisarza Güntera Grassa niż jego niemiecka ojczyzna, w dzielnicy, którą autor opiewał – Langfuhr Wrzeszcz – postawiono kiedyś tzw. ławeczkę Grassa. Ten mały po lewej, to oczywiście Oskar Mazerath, bohater Blaszanego bębenka.

G.Grass+Oskar

Autorka zdjęcia wysłała je do kilku lokalnych instytucji pytając, czy nie wypadałoby jednak “umyć nóg” pisarzowi, bo to trochę wstyd. Nikt nie odpowiedział i nie zareagował.

Nie wiadomo właściwie, dlaczego pisarzowi tak zzieleniały nogi, bo w końcu on akurat siedzi na tej ławeczce dopiero od października ubiegłego roku, przedtem przez 15 lat leżał w magazynach. Samą ławeczkę bowiem, z figurą małego bębnisty, postawiono już, jako się rzekło, w roku 2002. Wkrótce na pobliskiej fontannie ustawiono drugą osobistość znaną czytelnikom Trylogii Gdańskiej czyli Tullę Pokriefke. Ich autorem jest prof. Sławoj Ostrowski, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Pomnik samego Grassa miał być odsłonięty równocześnie z pomnikiem Oskara. Jednak w ostatniej chwili pisarz rozmyślił się i wycofał zgodę na ustawienie mu pomnika za życia. Władze Gdańska postanowiły uszanować wolę noblisty, a gotowa rzeźba trafiła do jednego z miejskich magazynów. Rzeźbę ustawiono więc dopiero teraz, już po śmierci gdańskiego noblisty, w 88 rocznicę urodzin Güntera Grassa.

Grass zmarł 13 kwietnia 2015 roku.

Figury są odlane z brązu, a brąz, stop miedzi i cyny w proporcjach 90-10, ma to do siebie, że jest odporny na korozje. Nie to, żeby nigdy nie korodował, oczywiście zielenieje, ale trwa to latami… A tu tymczasem zielone nogi pisarza i to po kilku zaledwie miesiącach wysiadywania na świeżym powietrzu, mogłyby sugerować, że coś było nie tak z odlewem i że wilgoć wżera się stanowczo za szybko. Hmmm…

Piłsudzki na zielonych nogach…

Stuart 3

Joanna Trümner

“He deals the cards as a meditation. And those he plays never suspect” („Rozdanie kart to dla niego medytacja, a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają” – Sting: Shape of my heart).

Los, czy też On, w którego istnienie Stuart nie wierzył, rozdawał mu przez następne cztery lata same asy i króle. Ten szczęśliwy okres w życiu zaczął się pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu, wynajmowanym przez rodzeństwo z Cardiff – Iana, studiującego ekonomię na tej samej uczelni, co Stuart i jego siostrę, Ann, studiującą literaturę angielską na innej z londyńskich uczelni.

Ten pierwszy wieczór spędzili na słuchaniu muzyki i rozmowach, popijając piwo kupione dzięki uprzejmości nie pytającego o wiek klientów Rasheeda. Mały sklepik Rasheeda, znajdujący się na parterze ich domu, który oferował klientom alkohole, papierosy, kilka podstawowych artykułów spożywczych i ostre przekąski kuchni indyjskiej, nieraz ich uratował przed pustą lodówką i przymusowym głodowaniem. Byli jedynymi brytyjskimi klientami, co sprawiło, że do końca pobytu na Greenwich korzystali z przywileju zakupów na kredyt.

W miarę upływu godzin w maleńkiej kuchni, gdzie rolę krzeseł spełniały wypożyczone od Rasheeeda skrzynki po piwie, znajdowali coraz więcej wspólnych zainteresowań, a pod koniec wieczoru ustalili, że będą wspierać muzyczną karierę Stuarta – Ann, pomagając mu przy pisaniu tekstów piosenek, a Ian szukając kontaktów czy sal na koncerty i prowadząc rozmowy o honorariach awansował do roli menadżera.

Już podczas tego pierwszego spotkania Stuart zapatrzył się w oczy Ann, ciemnoniebieskie, przypominające wzburzone morze. Była tak inna od kobiet, które znał do tej pory – od matki, sióstr, rozchichotanych koleżanek ze szkoły w Walton, jej opowiadania o przeczytanych książkach i recytowane półgłosem wiersze Emily Dickinson brzmiały jak muzyka, z każdą spędzoną wspólnie godziną tonął coraz głębiej w tych ciemnoniebieskich oczach.

Wkrótce Stuart, Ann i Ian stali się nierozłączni. Po zajęciach na uczelni spotykali się na mieście, w mieszkaniu na Greenwich, żeby wspólnie gotować dosyć nieporadne obiady, albo przed studiem na Abbey Road, gdzie wraz z tłumem innych młodych ludzi z różnych zakątków świata czekali na okazję do zobaczenia chociażby przez chwilę swoich idoli. I po kilku miesiącach wyczekiwania, pewnego deszczowego kwietniowego wieczoru, kiedy przemoknięci do suchej nitki i bliscy odejścia stali na chodniku przed Abbey Road Studios, los w końcu się do nich uśmiechnął. Otworzyła się brama studia i wyszedł z niej Paul McCartney. Wyglądał tak inaczej niż w telewizji i na zdjęciach w gazetach, tak młodo, że nie bardzo od razu mogli uwierzyć, że to właśnie on podawał im rękę na przywitanie, uśmiechając się i witając skromnym „Hi, I am Paul” – tak jakby jeden z najbardziej znanych na świecie muzyków, którego twarz znana była milionom ludzi na całym świecie, musiał się komukolwiek przedstawiać.

Paul zaprosił ich do studia, i pokazując miejsce, w którym powstawały znane wszystkim młodym ludziom piosenki, wypytywał, kim są i czym się zajmują. Stuart odważył się przyznać do tego, że też jest muzykiem i usłyszał radę: „W Europie i Stanach będzie potwornie ciężko się przebić, to walka na noże, bez pardonu, pomyśl o jakimś innym kraju”. Spędzili na Abbey Road niecałych dziesięć minut, które w późniejszych wspomnieniach wydawały im się wiecznością.

Wracając do mieszkania na Greenwich odtwarzali w pamięci każdy szczegół tego spotkania, nie bardzo wciąż wierząc w swoje szczęście. Ian, który musiał tego wieczoru pracować w jednym z klubów na Soho, opuścił ich około ósmej, a Ann i Stuart kupili u Rasheeda pierwszą w życiu butelkę francuskiego szampana, aby godnie uczcić ten szczególny dzień. Była to też ich pierwsza, wspólnie spędzona noc – początek bliskości, jakiej nie przeżyli do tej pory z innym człowiekiem. Dziecinne zafascynowanie Stuarta zaczęło przeobrażać się w pierwszą, odwzajemnioną, dojrzałą i bardzo szczęśliwą miłość, a każdy dzień w kolejną wspólną przygodę.

Wolne od nauki wieczory spędzali na pisaniu i komponowaniu piosenek lub na rozmowach o książkach, teatrze, życiu, i zmianach, które zachodziły wokół nich. Szczególnie lubili długie, deszczowe dni, które otuleni jednym kocem spędzali w łóżku, słuchając muzyki – nawet milczenie z Ann było piękne. Po latach wracał myślami do tych wieczorów, zastanawiając się, czy wszyscy ludzie na świecie chociaż raz przeżyli podobną miłość w życiu – nie tylko fascynację, seks, kilkumiesięczne zapatrzenie, ale bliskość, uczucie, że od tej pory nigdy już nie będziesz sam, bo ktoś stał się nieodłączną częścią życia. Myślał o ludziach, którzy nigdy nie kochali, o Rasheedzie, żyjącym w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie z kuzynką – on prawdopodobnie nie wiedziałby, co zrobić z taką miłością.

Ian przyglądał się temu, co zachodziło między nimi, z pewnym niedowierzaniem i ciekawością, czasami denerwował go ten nadmiar szczęścia i niewdzięczna rola obserwatora. Z pewnym pobłażaniem myślał o tym, że każdy wrażliwy muzyk musi mieć jakąś muzę, jemu samemu zaś wystarczały niezobowiązujące znajomości z ładnymi kobietami, których imiona zapisywał skrupulatnie w kalendarzyku. Wieczory wolał spędzać na tętniącym życiem Soho, poznając nowych ludzi z różnych zakątków świata i zbierając pierwsze doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Dzięki kontaktom Iana Stuart zaczął dorabiać jako ochroniarz w jednym z klubów nocnych na Soho, te dodatkowo zarobione funty umożliwiły mu kupno drugiej gitary. Stypendium z uczelni, regularne zastrzyki pieniężne Stuarta-seniora, praca w klubie i comiesięczne wizyty w Walton, gdzie nawet ojciec, dla którego był do tej pory niewidoczny, zaczął wpierać finansowo pierwszego studenta w rodzinie, pozwalały mu pobyt w tym drogim mieście.

Stuart-senior pełnił dalej rolę anioła-stróża, jego „rodzina” powiększyła się teraz o Ann i Iana. Wpadali do galerii co najmniej raz w tygodniu i podczas z którejś z wizyt Stuart-senior wpadł na pomysł, żeby odbywające się raz w miesiącu wernisaże urozmaicić występami siostrzeńca. Pierwszy publiczny występ Stuarta zakończył się bisami – ludzie potrzebowali jego pełnych radości i optymizmu piosenek.

Lata studiów były latami pełnego szczęścia, niezmąconego nawet przez fakt, że dwa letnie miesiące spędzał pracując w pubie rodziców w Walton. Bardzo brakowało mu Ann, ale wiedział, że ktoś na niego czeka i z radością wypatrywał dnia, kiedy otworzy drzwi mieszkania na Greenwich. Pisali do siebie piękne, długie listy – listy Ann kończyły się zawsze zdaniem: „Kocham Cię niesamowicie”.

W Walton nie narzekał zresztą na samotność. Godziny w pubie przepracowywał w towarzystwie młodszej o dwa lata siostry – Kate. Z tej małej dziewczynki, która jako dziecko denerwowała go pedantycznie poukładanymi w pokoju rzeczami, nielubianej w szkole prymuski, zrobiła się pewna siebie, bardzo oczytana i dowcipna, piękna młoda kobieta. Jako druga w rodzinie zdobyła stypendium na uniwersytecie w Brighton. Tak jak Ann będzie studiowała literaturę angielską i młode kobiety wkrótce zostaną najlepszymi przyjaciółkami. Kate będzie odwiedzała ich w Londynie co miesiąc i zapisana zostanie pod numerem 79 w kalendarzyku Iana. W czwórkę wybiorą się w pierwszą zagraniczną podróż – dwutygodniowy wyjazd na Cypr. Wyjazd ten, zakończony aresztowaniem przez miejscową policję i dobą spędzoną w areszcie za kąpanie się na golasa w morzu, był zwiastunem czarnych chmur, które zaczęły gromadzić się nad głową Stuarta.

Burza, która doprowadziła do końca jego związek z Ann, rozpętała się na rozgrzanej sierpniowym słońcem plaży w Walton. Ann przyjechała do niego z niezapowiedzianą wizytą i poprosiła o wspólny spacer nad morzem. To, co miała mu do powiedzenia, nie było przeznaczone dla uszu ciekawskich rodziców i klientów pubu.

Wyznanie Ann, że najprawdopodobniej jest w ciąży, było dla niego szokiem, oczami wyobraźni widział siebie w roli nauczyciela matematyki w szkole w jakimś prowincjonalnym angielskim miasteczku i koniec marzeń, którymi żył do tej pory. „To będziemy musieli się pobrać, bo chyba nic innego nie można zrobić” – powiedział cicho, nie wiedząc, że właśnie powstaje na ich związku rysa, której nie da się już naprawić.

Kiedy w kilka tygodni później, już w Londynie, dowiedział się, że ciąża Ann była fałszywym alarmem, odetchnął z ulgą i przekonaniem, że nic między nimi się nie zmieniło.

Ann, która spała przez wiele miesięcy w jego pokoju, wyprowadziła się z powrotem do swojego łóżka i coraz rzadziej spędzali wspólnie czas. Łudził się, że to chwilowa zmiana i zdecydował się przeczekać. Coraz więcej czasu spędzał z Ianem i kolegami ze studiów, poznając nocne życie Londynu. Skonkretyzował też swój plan wyjazdu – według rady Paula – to miała być Australia, bo tam rynek muzyczny nie był tak zapełniony talentami jak w Anglia, czy w USA i łatwiej można się wybić. Poza tym Stuart „anioł stróź” znał tam kogoś, u kogo mogliby przez jakiś czas zamieszkać. Kiedy nadszedł koniec studiów był tak zajęty zdawaniem ostatnich egzaminów i pisaniem pracy dyplomowej, że nie zauważył, że Ann milczy podczas rozmów o planowanym wyjeździe.

Cdn.

 

Stuart 2

Joanna Trümner

Brian

Zanim Brian przyszedł na świat w dwa lata przed wybuchem wojny jego rodzinny dom, stojący w jednej z najdroższych dzielnic Londynu – Highate wychował już kilka pokoleń lekarzy, prawników, bankierów, kupców i dyplomatów. Gdyby spoczywający na pobliskim cmentarzu w towarzystwie Faradaya, Dickensa i Galswothy‘ego Karl Marx mógł wstać z grobu i przejść się po Highgate, zdruzgotany byłby dobrobytem i „fetyszyzmem towarowym” jej mieszkańców. Ojciec Briana był kolejnym ogniwem tej nie przerwanej nawet przez II wojnę światową i naloty na Londyn rodzinnej historii sukcesów, prowadząc dobrze prosperującą kancelarię prawniczą, w której doradzał zamożnym klientom, jak nie stracić przekazywanych z pokolenia na pokolenie majątków w obliczu takich kataklizmów życiowych jak rozwód, długi lub niewdzięczne, marnotrawne dzieci. Decyzja Briana o podjęciu studiów na historii sztuki i wyprowadzenia się do wynajmowanego w centrum Londynu pokoju, postawiła co prawda pewien znak zapytania nad kontynuowaniem rodzinnej tradycji powiększania majątku i zdobywania coraz to wyższej pozycji społecznej, niemniej jednak ojciec zdecydował się na sfinansowanie tej fanaberii po poznaniu wśród swoich klientów ludzi, którym udało się zarobić duże pieniądze na handlu sztuką. Ojciec od dawna niepokoił się o przyszłość tego delikatnego, cichego chłopca, spędzającego najchętniej samotnie czas na malowaniu obrazów w pastelowych kolorach i czytaniu, tak bardzo różniącego się od swoich rówieśników. Zapewne pomógłby też Brianowi stawiać pierwsze kroki na rynku handlu sztuką, uruchomiając kontakty i pieniądze, gdyby nie doszło do tej fatalnej rozmowy podczas niedzielnego, rodzinnego obiadu w Highate, w trakcie której rodzice dowiedzieli się, że nie mogą oczekiwać od syna założenia tradycyjnej rodziny, bo nie potrafi żyć z kobietą. Rozmowa, którą dzisiaj określa się mianem „coming out” oznaczała w tamtych latach początek końca rodziny.

Następne tygodnie ojciec spędził w bibliotece Królewskiego Towarzystwa Medycznego na czytaniu artykułów medycznych o metodach leczenia „choroby” syna. Jako prawnik nie chciał, by syn dopuszczał się wykroczeń przeciwko obyczajowości, prowadzących nieuchronnie do procesu i ukarania, być może nawet do więzienia, a jako ojciec i człowiek czynu wierzył głęboko w uleczalność każdej choroby, nawet tej, która do roku 1973 figurowała na liście chorób psychicznych Swiatowej Organizacji Zdrowia. Wśród licznych terapii, przedstawianych w fachowej prasie medycznej, najbardziej przekonywało go długoterminowe lecznie, polegające na próbie usunięcia podniecenia seksualnego poprzez wprowadzenie skojarzeń między bodźcami stymulującymi seksualnie z bólem w postaci szoków elektrycznych lub środków wymiotnych. Tę „terapię behawioralną” przeprowadzić można było w kilku specjalizujących się na niej klinikach w Stanach.

W deszczowy, październikowy dzień wezwany przez ojca Brian zasiadł na ławie oskarżonych w swoim rodzinnym domu, a pełniący rolę prokuratora ojciec postawił go przed ultimatum: „Albo zgadzasz się na terapię, albo przestajesz być członkiem naszej rodziny”. Odrzucił terapię, a to oznaczało zerwanie więzi z rodziną. Na pożegnanie ojciec nie podał mu ręki, lecz kopertę, w której znajdowało się 5.000 funtów – ostatnia inwestycja w przyszłość byłego członka rodziny.

Opuszczając na zawsze dom w Highgate natknął się na schodach na zapłakaną matkę i zdążył zadać jej pytanie: „Dlaczego nie pozwolicie mi być sobą?”

Następnego dnia Brian został skreślony z testamentu ojca, a kolejne dni w Highgate minęły na zacieraniu wszelkich śladów jego bytności w tym domu, co przeprowadzono w sposób dobrze zorganizowany i skrupulatny, nawet zdjęcia roześmianego chłopca z kręconymi włosami blond i smutnymi, jasnoniebieskimi oczami spalone zostały w kominku wraz z malowanymi w samotności dziecięcego pokoju pastelowymi obrazami.

Brian dość szybko znalazł pracę w Narodowej Galerii Portretu na St. Martin’s Place. Opracowywał katalogi i tablice informacyjne o wystawianych w galerii portretach słynnych Brytyjczyków, prowadził korespondencję w sprawie nabywania nowych obrazów lub zdjęć i organizował wystawy. Im dłużej przebywał wśród obrazów opowiadających o osobach i historiach z przeszłości tym bardziej pragnął znaleźć miejsce, które mówiłoby o toczącym się dookoła, kolorowym i dziejącym się dzisiaj i teraz życiu. Marzenie o założeniu własnej galerii – miejsca, w którym odkryci zostaną młodzi, nieznani przez nikogo malarze i które w przeciwieństwie do ciszy Narodowej Galerii Portretu tętnić będzie życiem i śmiechem młodych ludzi podczas spotkań i wernisaży, dojrzewało w głowie Briana przez kilka lat.

Galeria

W Narodowej Galerii Portretu znalazł też pracę w roli dozorcy mieszkający od kilku miesięcy w Londynie Stuart. Ich znajomość zaczęła się od długiej rozmowy przed najważniejszym eksponatem muzeum – portretem Wiliama Szekspira. Po tamtym spotkaniu zaczęli się spotykać co wtorek, w kilka minut po zamknięciu muzeum dla publiczności stawali przed coraz to innym eksponatem i prowadzili coraz dłuższe rozmowy o sztuce, Londynie i otaczającej ich dookoła samotności. Po kilku miesiącach znajomość ta przerodziła się w miłość, a ponad rok od spotkania pod portretem Szekspira zdecydowali się razem zamieszkać i podjąć próbę realizacji wspólnego marzenia o własnej galerii obrazów.

Pieniądze, które Brian otrzymał na pożegnanie od ojca, pozwoliły wynająć pomieszczenie na galerię przy Green Park. Na początku wisiało w niej tylko dziesięć obrazów, kupionych od ulicznych malarzy. Ale dzięki smakowi i wiedzy Briana z biegiem czasu, po kilkunastu miesiącach przeczekanych dzięki rodzinnemu „odszkodowaniu” drogę do galerii zaczęli znajdować kolekcjonerzy sztuki i turyści. Brian i Stuart uzupełniali się perfekcyjnie – Brian zajmował się doborem wystawianych dzieł, instynktownie odgadując zmieniające się oczekiwania klientów i obserwując zmiany zachodzące w sztuce, Stuart zajmował się organizacją – to dzięki jego pomysłowości odbywały się tam często wernisaże i happeningi, wieczory z poezją i muzyką. Z biegiem czasu galeria stała się jednym z ulubionych miejsc spotkań miłośników sztuki i zaczęła przynosić dochody. Stała się tym tętniącym życiem i śmiechem młodych ludzi miejscem, o którym marzył Brian.

Londyn

Anonimowość tego miasta-molochu pozwalała im być sobą, zaczęli poznawać podobnie żyjące pary i mimo, że od marszy London Pride, pokazujących całemu społeczeństwu kulturę homoseksualistów, dzieliło ich jeszcze ponad dwadzieścia lat, wiedzieli, że znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Pojawienie się w ich życiu Stuarta-juniora zbliżyło ich jeszcze bardziej do siebie. Dla tej pary, która nigdy nie będzie miała własnych dzieci, siostrzeniec, Stuart-junior, przejął rolę syna. Prześcigali się w dogadzaniu temu dziewiętnastoletniemu dziecku, spędzając wiele czasu na rozmowach o jego planach, podsuwając mu do czytania arcydzieła literatury światowej, zabierając go na ciekawe wystawy i koncerty i kupując płyty z muzyką, której słuchała wtedy młodzież na całym świecie. To właśnie dzięki nim poznał muzykę swoich idoli – The Beatles. Ich „syn” powoli pozbywał się strachu przed hałasem wielkiego miasta i resztek nawyków z prowincji, a z pierwszej wizyty u fryzjera w Londynie wyszedł ostrzyżony „na beatlesa”. Z każdym tygodniem coraz bardziej upodabniał się do młodych mieszkańców Londynu.

Nie zapominał też o swoich obowiązkach i dobroczynnym stypendium, dzięki któremu mógł opuścić Walton. Chętnie chodził na uczelnię i słuchał wykładów z matematyki – wydawała mu się jedyną dziedziną życia, w której wszystko da się tak dokładnie i systematycznie poukładać, wyliczyć i przewidzieć. Potrafił spędzać godziny na rozwiązywaniu równań, szukaniu algorytmów, rachunkach prawdopodobieństwa, zafascynowany tym, że matematyka mogła wszystko wyjaśnić i ułożyć w całość.

Jak każdy kochający rodzic, który wie, że dzieci muszą wyfrunąć z gniazda, żeby nauczyć się latać, Stuart-senior od samego początku pobytu siostrzeńca w Londynie był zdania, że powinien on zamieszkać ze swoimi rówieśnikami oraz poznać miasto i życie, widziane oczami młodych ludzi. Przez przypadek dowiedział się od klienta o rodzeństwie studentów, szukających współlokatora do taniego mieszkania w Greenwich.

Przeprowadzka Stuarta odbyła się 12 lutego 1964 roku, w dzień po pierwszym koncercie The Beatles w Waszyngtonie, który wywołał wśród tamtejszej młodzieży ekspolzję. Trzy tysiące oszalałych fanów czekało na członków zespołu: Johna Lennona, Paula McCartneya, Geroge’a Harrisona i Ringo Starra już pięć dni wcześniej, gdy ich samolot lądował na międzynarodowym lotnisku Johna F. Kennedy’ego. W dzień przeprowadzki Stuart oglądał krótkie wzmianki o tej wizycie w Stanach, myśląc z dumą o tym, że mieszka w tym samym mieście, co jego idole i musi znaleźć drogę do zobaczenia Abbey Road Studios w Westminster i swoich idoli.

Wchodząc z wielkim plecakiem i walizką do nowego mieszkania w Greenwich nie wiedział, że właśnie znalazł dwie najważniejsze osoby w życiu – przyjaciela, z którym zdecyduje się wyjechać do Australii i swoją wielką pierwszą miłość.

Cdn.

Na zakręcie

Konrad Sałagan    

czyli poszukiwanie Warszawy

Przełom maja i czerwca 2016 – i oto jesteśmy trochę dalej, dwa kroki za progiem, w epoce „dobrej zmiany”, tu w Warszawie. W Polsce również, nie przeczę. Zatem jako pospolity dreptak peregrynuję sobie po Warszawie, by np. uchwycić lub wyczuć ducha epoki. Niestety nie mam ani drugiego dziecka, ni trzeciego, czyli nie należy mi się subsydium a la „dobra zmiana”. Skazany więc jestem w swych peregrynacjach na miejską komunikację. Może to i dobrze, bo bliżej do zwykłej rzeczywistości, tu i teraz, do codziennego życia mojego ukochanego miasta.

Sen o Warszawie

Tak, tak jak o Warszawie śpiewał Czesław Niemen („Sen o Warszawie”, 1969) – w pewnym sensie szukam pozostałości tej pieśni, na Bielanach (gdzie mieszkam), Żoliborzu, Mokotowie i dalej. Permanentnie szukam od lat, i muszę stwierdzić, że śladów pieśni o Warszawie Czesława Niemena, które mogłyby np. pozostać w zaułkach, zakręconych ulicach, parkach i skwerach, a przede wszystkim w twarzach ludzi, tych śladów jest coraz mniej. Indywidualne odczucie? Tak i nie.

Co ma do tego epoka „dobrej zmiany”? W ramach gry pionkami i figurami na szachownicy? Przesada. Gra toczy się wyłącznie pionkami w politycznej socjotechnice, jako prymitywne i szybkie warcaby. Co to ma do rzeczy?

Odpowiem nie wprost, z perspektywy śmietników na osiedlach – aktualnie brak selekcji śmieci, walająca się żywność, chleb, a to trwa już od epoki Gierka. Na kontenerach nie ma precyzyjnej informacji, jakie wyrzucać śmieci i gdzie – co tam dyrektywa Unii Europejskiej. Pamiętam z lat 60 śmieciarzy, którzy objeżdżali np. Marymont (Kotku, to taka elitarna zona, pełna legendy i znaczenia, kiedyś wypełniona ogrodami, sadami i prywatnymi warsztatami). Śmieciarze należeli w tamtych czasach do majętnych, z „niczego” potrafili robić pieniądze. Teraz nawet punkty skupu na wtórne materiały są nieliczne.

Legendarny, a zarazem socrealistyczny dworzec PKS Marymont rozebrano jeszcze przy końcu lat 90 XX w. vis a vis ul. Marymonckiej, początek ul. Żeromskiego. Nikogo nie pytając o zgodę. Tam w dworcowym barze leczył kaca ciemnym piwem np. Zdzisław Maklakiewicz „Maklak” (1927-1977). A przecież w latach 50 XX w. zbierano na ten budynek społeczne pieniądze, w formie tzw. cegiełek. Na tym terenie wybudowano, przełom 2014/2015, nowe i olbrzymie bloki, projektowane z szablonów komputerowych. A w pasie parteru ciąg siedzib banków (Kotku, gorący kartofel – bierz natychmiast kredyt na powyższe dziuple). Ten bankowy ornament u podstawy powtarza się w Warszawie w prężnie budowanych „na dziko” ruderach, które mają ponoć znamiona nowoczesności.

Piruety bez roweru

Jednak rower należy zostawić w domu, iść lekką stopą, nie zapominając o piruetach. Decyduje o tym nadmiar samochodów, dość podłej marki, rozsypanych wszędzie, gdzie tylko wolne miejsce na chodniku. Kierowcy takich „rzęchów”, kiedy już im się uda wytoczyć na prostą, nie honorują praw rowerzystów, ni pieszych. No rzeczywiście, ponoć w takim Kairze samochody jeżdżą na ulicach we wszystkich kierunkach świata plus dodatkowe, bliżej nieokreślone. W Warszawie jest zarejestrowanych ok. trzy razy więcej samochodów w stosunku do mieszkańców – i zagracone ulice to pokazują. Idylliczny „resorak” jako gadżet z przedszkola, fantazmat dobrobytu, trzyma w ryzach polskie społeczeństwo od 27 lat. Oczywiście, patrzę przez pryzmat Warszawy (tylko jakiej Warszawy?). To nie dzieje się samo – są to raczej efekty socjotechniki, efekty społecznych warcabów.

Oprócz nadmiaru zdezelowanej blachy, dla której właściwym miejscem jest złomowisko, a nie ulice Warszawy, znakomicie rozwija się, powiedzmy, subkultura przeglądaczy komunikatorów elektronicznych. Zjawisko, jak wydaje się, ma jakiś aspekt erotyczny, coś w konwencji psychologicznej Sigmunda Freuda. Nieprzespany sen na jawie z przykrótką koszulką nocną. Szczególnie dotyczy to homo pauperis. Ach, zapomniałbym – a do tego wszechobecna latająca budka telefoniczna, autentycznie żywa, nieprzeliczona liczba głów, zmora Warszawy tu i teraz. Piruety, uniki, omijanie łukiem są skutecznymi sposobami poruszania się po mieście, by gdziekolwiek dotrzeć, choćby do kina „Wisła” na pl. Wilsona. „Wisła” przetrwała. Tak, bo kina: „Tęcza” i „Światowid” od lat nie istnieją. Zostały zniszczone, by można było założyć wyszynki z panienkami.

Pałac Stalina i trzy kolumny

2 czerwca 2016 byłem na ul. Szkolnej, blisko od ul. Świętokrzyskiej i ul. Marszałkowskiej, Śródmieście. O godz. m/w 19, już po załatwieniu spraw spojrzałem przed wejściem do stacji Metro Świętokrzyska na Pałac Kultury i Nauki im. tow. Stalina (Kotku, nikt nie wyrzucił patrona z ewidencji). A dalej w podniebnej perspektywie trzy kolumny, hotel Marriott i dwa nowe budynki, jakieś poskręcane w tęsknocie za natchnieniem i harmonią. Pomyślałem, ot, strzelista konkurencja wobec socrealistycznego Pałacu Stalina, zarazem symbolu zniewolenia Polski, Warszawy, antytezy wobec potęgi smaku, a nawet absurdu technologicznego. Chodzi o zużycie energii oraz mediów, a także produkcję ścieków. Najwyższy wodospad ścieków w Polsce. Dwa budynki, trochę na prawo, oczywiście z mojego punktu widzenia, wydawały się jeszcze większym nieporozumieniem. Jak ktoś nie ma poczucia proporcji, wiedzy o kompozycji przestrzennej, ba, a przenosi reguły świata wirtualnego w konkretną rzeczywistość, to „masz jak w mordę”, i oto masz – ale decyzję o budowie podejmują notable i biurokraci. Oto symptomy choroby psychicznej, która stymuluje przygodność życia codziennego w Warszawie, jak przypuszczam.

Wyjście z kanału

Na stany nieważkości, te kreowane przez chaos architektoniczny Śródmieścia, jest lekarstwo. Wchodzimy do Metra, czyli wycofujemy się do kanału. W zasadzie lubię wynurzać się z warszawskiego Metra na Ursynowie (Kotku, to na południe od Śródmieścia, w prostej linii, zapytaj ludzi, to powiedzą, na której stacji kanału wyjść). Gdy już jestem na powierzchni, szukam ławki, palę papierosy i zagłębiam się w lekturę, powiedzmy, poematy chińskich mistrzów zen (Wu Yansheng, Potęga oświecenia. Poematy chińskich mistrzów zen, Warszawa 2015). Tak zakonspirowany obserwuję ludzi. Na Ursynowie często spotyka się, nawet w nadmiarze, ludzi szczupłych lub o korpulencji normalnej; piękne dziewczyny i chłopaki; z inteligentnym wyrazem twarzy ludzi starszych, w średnim wieku, młodych. Rozmawiają ze sobą, prowadzą dzieci i uczą ich świata – tu prawie nie ma latających żywych budek telefonicznych, ni otumanionego swoim gadżetem elektronicznym homo pauperis. Ursynów jest raczej zoną Carla Gustava Junga, jeśli chodzi o preferencje psychologiczne. I epoka „dobrej zmiany” może się tu nie zainstalować. Brak śmieci – pilnie więc gaszę papierosa w wyznaczonym miejscu.

Królowa pustyni

8 kwietnia 2016 byłem na premierze filmu (premierze w polskich kinach) Wernera Herzoga „Królowa pustyni” (premiera, Berlin 2015), oczywiście, że w kinie „Wisła”. Rzecz opowiada o przełomie epok, o zmianach politycznych na Półwyspie Arabskim u początku XX w., o tworzeniu granic przy pomocy ekierki, narodzin potęgi dynastii Saudów, regresie Imperium Osmańskiego – na kanwie biografii Gertrude Margaret Lowthian Bell (1868-1926) – brytyjskiej podróżniczki, pisarki, alpinistki, doradcy politycznego i archeolog. Plemiona zamieszkujące Półwysep Arabski nazywały Gertrudę Bell Królową Pustyni, jako znawczynię kultury, różnorodności etnicznej i obyczaju. Brytyjscy politycy nie słuchali zbyt uważnie Królowej Pustyni, nie korzystali z jej wiedzy o mozaice kultur Półwyspu Arabskiego. Traktowali ją raczej przedmiotowo. W efekcie złych decyzji politycznych przerwano ciąg tradycji, a konsekwencje tego uczyniły pustynię płaską i pustą. Film przedstawia przyczyny współczesnej totalnej emigracji – ludzi wykorzenionych. Przyszła więc epoka płaska i pusta, a właściwie została politycznie sprowokowana.

Czarna flaga na plaży

Warszawa przekształca się w betonową pustynię. Przestaje być również miastem, a staje się zbiorowiskiem ruder, architektury z szablonów wirtualnej przestrzeni. Na wybiegach, szczególnie na szerokim chodniku przy dawnych Domach Towarowych Centrum (wzdłuż ul. Marszałkowskiej od Rotundy PKO na północ do ul. Świętokrzyskiej) kroczą dziewczyny: zbyt chude na wysokich koturnach; te o krótkich i grubych łydkach na umiarkowanie płaskim obuwiu; bliżej nieokreślone, przebiegają staccato z naręczem pękatych toreb. Interesujący materiał, inspirująca sekwencja klatek taśmy filmowej, moim zdaniem, dla takich twórców – Peter Bogdanovich (film „Papierowy księżyc”, 1973), Werner Herzog (film „Szklane serce”, 1976), David Lynch (film „Człowiek słoń”, 1980).

Rzeczywiście (Kotku, stan z 1 czerwca 2016, godz. 21:45-22:15) nad budynkami byłych Domów Towarowych Centrum wisi papierowy księżyc. A na powierzchni przed budynkiem staccato kroków, rzeczywiście, które stymuluje szklane serce. A przy okazji, ludzie-słonie niepostrzeżenie wciągnęli na maszt czarną flagę. Pływanie i kąpiel zabronione. Tak, na naszej plaży. Jest inaczej, Kotku?
Warszawa, 5 czerwca 2016

Uzupełnienie

  1. „Kotku” – to również odniesienie do Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939), który wychował się w Warszawie, ul. Hoża 11 (dziś ten budynek nie istnieje), a potem w latach 20 i 30 XX w. mieszkał na ul. Brackiej 23 (zachowały się jedynie oficyny). Odniesienie do Witkacego jest tu istotne – mój sposób patrzenia na Warszawę ma charakter m/w ekspresjonistyczny. A do tego wspominam o twórcach filmowych, którzy inspirowali się i kinem ekspresjonistycznym, teatrem oraz malarstwem.
  2. Pod spodem zamieszczam specjalnie dobrany link na YouTube do utworu Czesława Niemena „Sen o Warszawie”, jego wypowiedzi jak powstał ten utwór, filmie, który pokazuje Warszawę i ludzi z okresu PRL.