Barataria 8 Sancho Pansa jako Mądry Władca

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Mądry Władca (“ludzkie pany”)

W zeszłym tygodniu dywagowałam sobie na ten temat, że Sancho Pansa to typowy Król Karnawałowy, wybrany przez Księcia żartownisia ku uciesze gawiedzi. Ale wbrew oczekiwaniom Księcia i jego małżonki, lubujących się w niewyszukanej rozrywce kosztem  naiwnych głupców, obaj, Sancho Pansa i Don Kichot, okazali się znacznie wyżsi moralnie i godniejsi stanowiska, jakie nieoczekiwanie stało się udziałem giermka, niż można się było tego spodziewać, pamiętając owce, wiatraki i pogiętą miednicę.

Stefan Rasalski, Don Kichot, 1961

Tak, obaj. Bo chociaż władzę w Baratarii obejmował Sancho Pansa, jego pan przygotował go solidnie do pełnienia tej funkcji. Przez dwa rozdziały Cervantes ustami Don Kichota wykłada nam swoje poglądy na temat idealnego władcy. Pobrawszy te nauki i stosując się do nich Sancho Pansa będzie prawdziwszym Księciem, niż ten znudzony złośliwiec, który go władcą mianował.  Wzorem jest tu na pewno Niccolò Machiavelli (1469 – 1527). Książę (Il principe, napisany został w roku 1513, wydany jednak dopiero w roku 1532). Przypomnijmy, że książka była w czasach Cervantesa (1547 – 1616) dobrze znana, czytana i wielokrotnie wydawana. Ale na rynku księgarskim mnóstwo też było, wzorujących się na Machiavellim, podręczników sprawowania władzy. W samej Hiszpanii napisano ich w Złotym Wieku kilkanaście. Najsłynniejszy, autorstwa Antonio de Guevara, był czytany w całej Europie, a Cervantes wspomina o nim w prologu do Don Kichota: honor is the praise of virtue, and infamy is the pain of vice (honor jest nagrodą cnoty, hańba boleścią podłych). To wszystko utopie, miejsca poza mapą, tak jak Barataria, gdzie nie ma zła, nędzy, korupcji, oszustwa, zbrodni i wojny.

Rozdział X

W którym opisane są mądre rady Don Kichota, dawane Sanchy z powodu objęcia gubernatorstwa na wyspie, etc., etc.

(…)

— Dziękuję niebu, przyjacielu Sancho, że ciebie pierwej niż mnie obdarzyło pomyślnym losem; kiedy starałem się zapewnić sobie potęgę przez wielkie przedsięwzięcia, aby wynagrodzić twoje usługi, ty niespodzianie, wypadkiem szczególnym zaczniesz używać dostatków i władzy. Prawdziwe snać to zdanie, że na świecie nie zasłużony, ale szczęśliwy wszystko bierze. Ty, co w porównaniu ze mną jesteś tylko nędznikiem i leniwcem, zostałeś gubernatorem wyspy jedynie z powodu, że otarłeś się cokolwiek o błędne rycerstwo. Mówię ci to, mój drogi Sancho, nie dlatego, ażebym wyrzucał ci lub też zazdrościł twojego szczęścia, lecz chcę cię objaśnić, żebyś losu swojego nie uważał za skutek swojej osobistej wartości i żebyś za obecną pomyślność tylko Panu Bogu i błędnemu rycerstwu cześć składał. Teraz, mój synu, słuchaj pilnie rad swego pana, nauk swego Katona. One będą ci służyć za gwiazdę przewodnią wśród burzliwego rządów oceanu.

Najpierw, moje dziecko, zachowaj w sobie miłość, bojaźń Boską, gdyż to jest początkiem mądrości, a mędrzec nigdy nie błądzi. Pamiętaj zawsze o przeszłym stanie swoim, to ochroni cię od próżności i nie będziesz, jak owa nadęta żaba, która chcąc wołu dorównać, pękła wreszcie. Strzeż się dumy, bo ona nawet wielkim nie przystoi panom, na ciebie zaś ściągnęłaby wyrzuty i przypomnienie, że kiedyś pasałeś świnie.

— To czysta prawda — odpowie Sancho — pasałem je w dzieciństwie, gdy większy urosłem, dawano mi barany i krowy do pasienia, ale to nic nie szkodzi. Nie wszyscy gubernatorzy książętami się urodzili.

— Masz słuszność — rzecze Don Kichot — to też ci, których ród niższy od dostojeństwa, powinni być za to bardziej grzeczni i oświeceni, aby nie narazić się na obmowę ludu.

— Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Jeżeli cnota przewodniczyć będzie twoim postępkom, nie potrzebujesz zazdrościć nawet królom ich urodzenia, bo szlachectwo nabywa się dziedzictwem, a cnotę pracą całego życia.

Jeżeli przypadkiem który z twoich krewnych przyjdzie odwiedzić cię na twojej wyspie, nie pogardzaj nim, owszem, przyjmij uczciwie, a tym sposobem woli nieba i sercu swemu uczynisz zadość.

Jeżeli żona twoja mieszkać z tobą będzie, nie pozwalaj jej brykać, ani z wielkim pokazywać się splendorem, bo chociaż rozsądny mąż największe nagromadzi skarby, głupia żona nieładem łacno je roztrwoni.

Jeślibyś wdowcem został, a wzgląd na dzieci zmusił cię powtórnie zawrzeć śluby, strzeż się brać kobiety płochej, która wszystkim podaje ręce, bo za taką na sądzie Boskim odpowiadać będziesz.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

Nie znieważaj słowami człowieka skazanego na śmierć, bo tylko podły i niesprawiedliwy bezbronnych i nieszczęśliwych ciemięży. Dlatego sądząc zbrodniarzy, miej zawsze na uwadze słabość ludzkiej natury, która więcej do złego, niż do dobrego ma popędu. Miej dla nich litość i łagodność, bo i sam Bóg bardziej jest miłosierny niż sprawiedliwy.

Postępując wedle tych zasad, mój Sancho, przeżyjesz długie lata na ziemi, a wieczność w pamięci ludzkiej. Będziesz szczęśliwym i niebo błogosławić ci będzie.

Rozdział XI

W którym opisany jest dalszy ciąg rad udzielonych Sanchowi przez Don Kichota.

Każdy zapewne osądzi z tej rozmowy, że Don Kichot był nie tylko człowiekiem uczciwym, ale i przy najzdrowszych zmysłach. Sąd jego we wszystkich rzeczach powszednich był nader sprawiedliwy, jedna tylko kwestia błędnego rycerstwa tak dziwacznie oddziaływała na jego umysł, że opuszczał granicę rozsądku, dzikie mary biorąc za rzeczywistość.

Sancho bacznie słuchał wszystkich rad swojego pana, zgromadzał je w pamięci, aby je później na dobry obrócić pożytek.

Don Kichot tak mówił dalej:

— Staraj się urządzić swój dom przede wszystkim. Badaj troskliwie, ile prawych dochodów dostarczyć ci może twoja posada. Jeżeli będziesz w stanie ubrać swój dwór zbytkownie, zaprowadź w nim tylko czystość i wygodę, pieniądze zaś na to przeznaczone rozdaj ubogim.

Te są moje rady dla ciebie, przyjacielu Sancho. W ciągu twego urzędowania udzielę ci ich więcej, jeśli korzystać zechcesz.

— Wszystko, co mi powiedzieliście, panie, jest bardzo piękne — odpowie Sancho — jedna jest tylko przeszkoda w wypełnianiu rad waszych, że oprócz tego, co mówiliście o zbieraniu pieniędzy i powtórnym ożenieniu się, nic a nic więcej nie pamiętam, napiszcie mi to lepiej, a każę mojemu spowiednikowi odczytywać co dzień, abym się tych wszystkich maksym na pamięć nauczył wreszcie.

— Przekleństwo Boskie! — zawołał Don Kichot — jakaż to rzecz obmierzła patrzeć na gubernatora, nieumiejącego ani czytać, ani pisać. Słyszałeś, co mówią o mańkutach i nieukach, że są ludźmi z najgorszej klasy i najtępszego pojęcia. To wielki błąd, mój przyjacielu, i pragnąłbym, abyś choć podpisać się umiał.

— Nauczono mnie podpisywać moje imię, gdy byłem jeszcze stróżem przy bractwie w naszej parafii, a potem mogę udawać kalekę i kto inny za mnie podpisywać się będzie; oprócz śmierci, wszystkiego uniknąć można, a panu wolno i diabła zjeść. Pójdzie to jakoś.

— Co to, to nie prawda — zawołał Don Kichot — głupi zawsze jest głupi; ale zostawmy to na potem. Dałem ci rady, jakie za najlepsze uważam, teraz rządź swoją wyspą i niech cię Bóg prowadzi!

— Panie — odpowie Sancho — jeżeli sądzisz, że nie mam zdolności do tego, porzucę natychmiast moje gubernatorstwo, będzie mi również dobrze żyć w domu o chlebie i wodzie, a z czystym sumieniem, niż gdybym, gubernatorem będąc, jadał kapłony i kury indyjskie. Bo na koniec, jeśli sądzicie, że diabli mogą mnie porwać na tym urzędzie, wolę, żeby Sancho poszedł do nieba, niż gubernator do piekła.

— Zaprawdę, przyjacielu Sancho, ostatnie słowa, które powiedziałeś, czynią cię godnym zarządu stoma wyspami. Z natury masz dobre serce, a bez tego nauka nie przyda się na nic. Pamiętaj tylko, że niebo wspiera zawsze dobre cele (…)

Porady te dałoby się z powodzeniem zastosować i dziś. Na przykład, gdy Don Kichot mówi: Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Czy nie zdałoby się, żeby i dzisiejsi władcy wzięli sobie do serca taką poradę, zamiast wynosić się nad swój lud, że przypomnę wypowiedź pana posła K. w debacie na temat votum nieufności dla marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego: Nie użyliśmy siły w Sejmie, choć były wszelkie przesłanki, by jej użyć. I nie użyjemy jej. Tak, jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami w przeciwieństwie do niektórych…

I znowu nie zdążyłam porównać Sancho Pansy do króla Salomona. Ale w następnym tygodniu…

Lektury niedokończone

Andrzej Rejman

Stos książek nieprzeczytanych powiększa się…

Postanowiłem otworzyć kilka z książek w dowolnym miejscu i poszukać inspiracji…

Początkowo wydawało mi się, że przypadkowe zdania oderwane od całości, to będą luźne i chaotyczne myśli, ale w miarę czytania tekst szybko nabrał mocy – wzbogacając dotychczasowe przemyślenia, wiedzę i doświadczenie..

Jean Louis Vullierme “Lustro Zachodu – Nazizm i cywilizacja zachodnia”, wyd W.A.B. 2014.

W rozdziale szóstym zatytułowanym “Antagonizm” autor zajmuje się opisanym tu z dużej litery Antagonizmem, jako cechą wspólną wszystkich ideologii dominujących na Zachodzie a zwłaszcza ideologii nacjonalizmu. Notuję:

Zbędne byłoby podkreślanie antagonistycznego charakteru rasizmu, antysemityzmu, niewolnictwa, terroryzmu państwowego, acywilizmu, militaryzmu czy eugeniki (…) Trudniejszy do zauważenia jest antagonistyczny charakter polityki stawiającej wyłącznie na młodzież, umieszczającej we wzajemnej opozycji różne kategorie wiekowe, a także historycyzmu, przeciwstawiającego losy przeklęte losom, które czeka wspaniała przyszłość; populizmu przeciwstawiającego jedne klasy społeczne drugim, zamiast wspierać współpracę między nimi; kolonializmu, przeciwstawiającego uniwersalny wzorzec rozwoju różnym podporządkowanym grupom ludności; propagandy bezkompromisowo narzucajacej swoje słuszne poglądy wyznawcom poglądów niewłaściwych, niezależnie od zasad dyskusji krytycznej; pozytywizmu prawnego przeciwstawiającego wolę większości lub wolę prawowitej władzy woli mniejszości; (…) autorytaryzmu, przeciwstawiającego koncepcję rządzących bezkształtnemu charakterowi umysłu rządzonych; mesjanizmu, któremu jego transcendencja przyznaje słuszność a priori; wreszcie biurokratyzmu, przeciwstawiającego się oporowi ze strony osób zarządzanych i podwładnych…

w “Podsumowaniu” autor pisze m.in :

Koniecznie musimy pójść drogą humanistyczną i to nowszą niż nam się wydaje. Nie wiemy, jakie ona ma szanse na sukces, biorąc pod uwagę ciemności ideologiczne, w jakich ciagle żyjemy. Pójście taką drogą wymagałoby wyeliminowania kolejnych składników Antagonizmu, a także uzmysłowienia sobie, że zwalczać można jedynie czyny, a nie grupy ludzi jako takie. Aby do tego doszło, musielibyśmy uczynić nasz język bardziej nominalistycznym w stosunku do osób. Nie chodzi jedynie o to, by już nie łączyć naszych wrogów w nieokreślone zbiorowości, które nie pozwoliłyby ich odróżnić indywidualnie, zależnie od ich osobistych działań, chodzi także o to, aby samego siebie nie utożsamiać z jakimś zgrupowaniem, którego całe istnienie, czasami bardzo realne w swoich skutkach, mimo wszystko pozostaje wyobrażone w w taki, czy inny sposób zgrupowaniem takim, jak ludy, narody, rasy. Możemy oczywiście tworzyć wspólnoty, byleby tylko nie były wyłączne. Możemy uważać się za obywateli danego kraju, poddanych danego władzy. To samo dotyczy bojowników jakiejś partii, organizacji, jakiegoś ruchu czy Kościoła. Lecz mamy prawo nie zgadzać się, by zbiorowości, z którymi jesteśmy złączeni, chciały zwalczać cele nieindywidualizowane.

***

Claudio Magris “O demokracji, pamięci i Europie Środkowej” (MCK Kraków 2016)

Rozdział “Granice Dialogu” zasługuje z pewnością na przytoczenie w całości, ale z oczywistych względów nie uczynię tego.

Na wstępie autor wspomina, że w latach osiemdziesiątych pewnej niedzieli znalazł się w Hadze na wielkim placu, gdzie odbywał się rodzaj uniwersalnego kiermaszu tolerancji.

Z niezliczonych pawilonów, stoisk, straganów, kiosków, ustawionych jedne obok drugich, propagowano, głoszono własne Słowo, najrozmaitsze ewangelie. Partie polityczne, Kościoły, stowarzyszenia, kluby, ruchy, grupy proponowały różne, często przeciwstawne recepty na zbawienie duchowe, fizyczne, społeczne, metafizyczne, seksualne, kulturowe, gastronomiczne; każdy wyrażał swoje zdanie i głosił swoją prawdę (…)

(…) Na haskim placu odczuwało się niemal fizycznie, że prawda nie może być nigdy domeną jednej doktryny, która nie podlega dyskusji i nie zakłada dialogu z innymi opiniami, traktowanymi jako równoprawne, lecz, że może być ona zaledwie, jak naucza Lessing, niekończącą się konfrontacją, czyli dialogiem, oraz nieustannym poszukiwaniem.

Lessing powiadał, że gdyby Bóg ofiarował mu w prawej dłoni prawdę, a w lewej jedynie konieczność poszukiwania jej, nawet za cenę ciągłych błędów, poprosiłby o dar ukryty w lewej dłoni, przekonany, że czysta prawda należy się wyłącznie boskiej substancji.

(wyróżnienia moje, AR)

2_zima

Kiedyś przypadkowo otwarta książka zaskoczyła mnie pięknym wierszem.

Zajmowałem się wówczas melodią do jednego z tekstów Sary Teasdale. Tomik jej poezji “Flame and Shadow” leżał obok klawiatury fortepianu. W pewnym momencie książka trącona ręką zamknęła się.

Gdy ponownie otworzyłem na przypadkowej stronie przeczytałem:

Sara Teasdale

Day and Night

In Warsaw in Poland
Half the world away,
The one I love best of all
Thought of me to-day;

I know, for I went
Winged as a bird,
In the wide flowing wind
His own voice I heard;

His arms were round me
In a ferny place,
I looked in the pool
And there was his face—

But now it is night
And the cold stars say:
‘Warsaw in Poland
Is half the world away.’

Dzień i noc
tłum. Anna Ciciszwili

Gdzieś w Polsce, gdzieś w Warszawie
Stąd o pół świata gdzieś,
Jedyny mój, kochany
Pomyślał o mnie dziś;

Wiedziałam, muszę lecieć,
Jak uskrzydlony ptak,
W szerokim wiatru pędzie
Głos jego biegł przez świat.

Utulił mnie w ramionach
Tam gdzie paproci las,
A czysta toń jeziora
Srebrzyła jego twarz –

Ale już zaszło słońce,
I orzekł gwiezdny sąd:
„Warszawa, miasto w Polsce
Jest o pół świata stąd.”

Wiersza tego wcześniej nie znałem, choć już od dłuższego czasu zapoznawałem się z twórczością Sary Teasdale.

Źródła biograficzne nie podają dlaczego Sara Teasdale napisała o Warszawie. Można tylko domyślać się, że mogło to mieć związek z podróżami jej męża Ernsta B. Filsingera do Europy. Filsinger był przedsiębiorcą i wyjechał na początku 1920 roku do Europy w okresie intensyfikacji powojennej wymiany handlowej USA z Europą. Prawdopodobnie był wtedy w Warszawie, z pewnością był w Niemczech i w Anglii. Jak pisze M.H.Carpenter w biografii Sary Teasdale – Filsinger był wtedy pierwszym amerykańskim biznesmenem odwiedzającym powojenne Niemcy. Tomik poezji “Flame and Shadow”, gdzie znajduje się wiersz “Day and Night” wydany został w 1920 roku.

Kartka znaleziona na ulicy czyli sami Żydzi

Ewa Maria Slaska

Wiosenny dzień w Berlinie

Już tu pisałam o kartkach książek znalezionych na ulicy. Były strony niemieckiej powieści o młodym homoseksualiście polskim w czasie wojny – Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka, była kartka z Miasta za rzeką (Die Stadt hinter dem Strom) Hermanna Kassacka, powieści, która przeczuła wojnę, a teraz jest to kartka z Andorry Maxa Frischa.

 

 

 

 

 

 

 

X
Ciekawe, że wszystkie trzy książki dotyczą wojny i wszystkie są zapisem niemieckich doświadczeń wojennych, nawet jeśli ich bohaterami są Andorrczycy czy Polak. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich powieści, które wcale niełatwo było rozpoznać po jednej stroniczce, znalezienie tytułu tym razem okazało się najłatwiejsze pod słońcem. Wpisałam do wyszukiwarki Google’a słowa przeczytane na pogniecionej karteczce: Andorra, Jud i Andri, i natychmiast pojawił się tytuł sztuki teatralnej Frischa. Andorra została po raz pierwszy wystawiona w Zurychu w roku 1961. Akcja toczy się w nieistniejącym kraju, który nie ma nic wspólnego z realnym państwem w Pirenejach. Krytycy uważają, że literacka Andorra Frischa to Szwajcaria lub, ewentualnie, Niemcy.  Jej głównym tematem jest antysemityzm w hitlerowskich Niemczech. Andri, uważany za Żyda, mimo że w istocie nim nie jest, nieustannie doświadcza krytyki za swoje pochodzenie, również na tych dwóch stroniczkach, które dziś znalazłam na ulicy i przeczytałam w metrze.  Ale dopiero z Wikipedii dowiem się, że chłopak, im bardziej się go prześladuje, tym bardziej obstaje przy swoim żydostwie i że zostanie zabity za to, że jest Żydem.

dwiestrandora

Z informacji w Google’u wynika, że sztuka nie została przetłumaczona na polski, co trochę zaskakuje, bo zalicza się ją do najważniejszych powojennych sztuk teatralnych w krajach niemieckojęzycznych.

***

Kartkę z Andorry znalazłam na ulicy w minioną środę i była to nadzwyczaj “żydowska” środa. Najpierw przez całe przedpołudnie borykałam się z korektą książki, sagi polsko-żydowskiej, po czym wyszłam z domu, znalazłam kartkę, poszłam do kawiarni Katulki, gdzie wybrałam sobie stolik przy półce z książkami. Wśród książek po polsku, niemiecku i włosku (Katulki to polsko-włoska kooperatywa gastronomiczna, ale też coś do jedzenia, choć nie wiem co; na fanpagu kawiarni znalazłam nawet zdanie, że kto nie jadł katulek, nic nie wie o życiu!) leżała sobie ta oto tabliczka:

samizydzi-ulica-szeroka

Jak się uparcie poszuka, to znajdzie się też wyjaśnienie, co to takiego ta katulka? Otóż pieróg.

W Berlinie jest już piękna wiosenna pogoda i Berlinale, “wszyscy” więc wychodzą z domu, spacerują, a potem dzwonią do “wszystkich”, żeby się poumawiać do kina. Dla Polaków najważniejszym filmem tegorocznego Berlinale jest Pokot Agnieszki Holland według scenariusza Olgi Tokarczuk (toż mówię… sami Żydzi dziś, albo ci, co o Żydach piszą), obie pojawiły się na premierze w poniedziałek. Ci, co widzieli film, twierdzą, że świetny, dowcipny i trzymający w napięciu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za jego obejrzeniem jest opinia, jaką wydał o nim urzędujący u nas od niedawna pisowski korespondent TVP, niejaki Cezary Gmyz, zwany potocznie “trotylem” (trotyl, no wiecie dlaczego trotyl, prawda?): jest to film, zawyrokował Gmyz,  “głęboko antychrześcijański” i “ekoterrorystyczny”. Czyli koniecznie trzeba iść.

A my tymczasem poszłyśmy z koleżanką na inny film zdecydowanie antychrześcijański – Menashe Joshuy Z Weinsteina, film o Chasydach w Nowym Jorku, ma jeszcze tę dodatkową cechę, że został nakręcony w jidish. Smutny film, o smutnym ciężkim losie, człowieka, który chciałby być wesołym Żydem, takim, co to mu się wszystko udaje, ale jest smutnym nieudacznikiem.

Bardzo to wszystko antychrześcijańskie, na pewno… I w ogóle, ten cały Berlin, sami Żydzi… Tak jak Nowy Jork. Współproducentem filmu była jakaś firma z Wrocławia. Nic nie poradzę, Wrocław też… Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę ten film, który teraz krąży po niemieckich kinach: Wir sind Juden aus Breslau. Mi się ten film niezbyt podobał, wydał mi się bardzo jednostronny, ale w Niemczech zbiera dobre krytyki. Autorzy pokazali 14 sylwetek Żydów z przedwojennego Breslau, wówczas bardzo młodych ludzi lub wręcz dzieci, którzy przeżyli wojnę i uciekli lub wyjechali z Polski, albo jeszcze w czasie wojny albo zaraz po wojnie – niektórzy są w Stanach, wielu w Izraelu, jedna z kobiet osiadła na Lazurowym Wybrzeżu.  Nie ma w filmie ani jednej osoby, która została w Polsce, ani jednego przedwojennego Żyda, który dożyłby w Polsce starości. Pokazani na filmie Żydzi z Wrocławia są “nowi”, nie tylko dlatego, że znaleźli się tu po wojnie, ale po prostu nowi – młodsi, urodzeni wiele lat po wojnie, nic ich nie łączy z tamtymi. Reaktywują kulturę żydowską, co jest w Polsce od dwóch dziesięcioleci bardzo popularne, ale zawsze sobie myślę, gdy widzę takie tendencje i zjawiska w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, że jest to chwalebna i potrzebna dla zachowania pamięci, ale jednak taka działalność folklorystyczno-muzealnicza. Odbudowuje się synagogi (wrocławską odbudowano nadzwyczaj pięknie), tworzy muzea i dzielnice żydowskie, powstają kawiarnie, restauracje, teatry, mykwy, ale nadal są to dwa odrębne światy i dzieli je przepaść. Nie ma żadnego związku poza słowem Żyd, pomiędzy tamtymi starymi ludźmi, którzy uciekali przed hitlerowcami i nową Polską miłością do Żydów, i nową polską nienawiścią do Żydów. Może tylko strach jest stary.

juden-aus-breslau2

Twórcy filmu, Karin Kaper i Dirk Szuszies, podczas spotkania z publicznością w Kinie Thalia w Poczdamie, luty 2017

 

Poszukiwany autor, tytuł, książka

Ewa Maria Slaska

Ktokolwiek czytał…

Opowiem wam treść pewnej książki, którą czytałam całkiem niedawno i której nie mogę znaleźć ani w domu, ani w bibliotekach, bo zapomniałam jaki był tytuł, kto ją napisał, a nawet, o zgrozo!, w jakim języku ją czytałam. W rachubę wchodzą trzy podstawowe języki – polski, angielski, niemiecki.

Jeśli z tego, co napiszę, rozpoznacie tę powieść, zawiadomcie mnie. Będzie nagroda. Już dwa razy zrobiłam taki eksperyment i za każdym razem czytelniczki pomogły mi odkryć zagubioną w odmętach pamięci publikację. Była to historia Janusza Stanny’ego, o królu który jeździł na rowerze (Baśń o królu Dardanelu) i Konszachty ze smokami Patricii C. Wrede.

Tym razem na szczęście pamiętam całkiem nieźle, o co chodziło w powieści. Zacznijmy od spraw ogólnych. Książka jest dość gruba, ale niezbyt wielka, ma pewnie z 600 stron. Dzieje się w Nowym Jorku, a jej akcja toczy się przez co najmniej 20 lat i kończy plus minus współcześnie.

Pisze ją jeden z bohaterów opowieści jako stary i chory człowiek. Asumpt do opowiedzenia całej historii dają listy jednej z bohaterek, znalezione przez narratora w jakiejś książce. Listów było pięć, ostatni zadecydował o wielu sprawach.

Powieść to dzieje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin. Z jednej strony narrator, znany i uznany krytyk sztuki, jego żona, też naukowiec, zajmująca się chyba feminizmem w literaturze (albo coś w tym rodzaju). Drugą parą są malarz, gdy opowieść się zaczyna, biedny, i jego żona, poetka o bladej skórze i jasnych prostych włosach. Malarz jest bujną osobowością, jest duży, ma gęste czarne loki, wielkie ręce. Obie pary mają synów, mniej więcej w tym samym wieku. Dość wcześnie w historii obu rodzin ma miejsce przeprowadzka do tej samej kamienicy. Narrator mieszka na dole, malarz na górze. Przedtem malarz mieszka w pracowni, którą zachowuje nadal jako atelier.

Historia zaczyna się, gdy krytyk postanawia kupić obraz malarza. Obraz przedstawia jasno oświetlone puste wnętrze jakiego pomieszczenia. Na pierwszym planie, blisko widza, leży kobieta, ubrana w podkoszulkę i slipki, która bawi się małym autkiem (jeśli dobrze pamiętam – żółtą nowojorską taksówką). Nad kobietą pochyla się cień mężczyzny. W głębi widać piętę i kawałek łydki kobiety, która wychodzi.

Jak się potem okaże, jest to obraz o własnym życiu malarza. Kobieta leżąca na podłodze to zakochana w nim modelka. Mężczyzna, który rzuca cień – to on sam. Wychodząca kobieta – to żona poetka. I tak się też dzieje naprawdę. Modelka wysyła do malarza pięć listów miłosnych, po piątym artysta porzuca żonę i wyprowadza się do pracowni, gdzie wprowadza się do niego kochanka.

Pozostawiona z synem poetka nie radzi sobie z obowiązkami macierzyńskimi, przez jakiś czas próbuje, ale w końcu wyprowadza się, a do mieszkania wraca ojciec-malarz i jego kochanka. Obie rodziny żyją ze sobą bardzo blisko, gdy chłopcy podrastają, przez kilka lat wszyscy razem wyjeżdżają na wspólne wakacje do domu nad jeziorem.

Joseph Cornell, Untitled (Dieppe) c. 1958, Museum of Modern Art, (New York City)

Ważną częścią książki są szczegółowe opisy obrazów, które tworzy malarz. Powstają seriami i są coraz surowszą krytyką społeczeństwa i jego skrzętnie skrywanych traum. Jedna z serii to bajki, przetworzone w okrutne opowieści o przemocy. Te prace przypominają pudełka Josepha Cornella, ale nie są dekoracyjne, przeciwnie są surowe jak niektóre takie obiekty Roberta Rauschenberga, czasem wielkie, czasem z kolei wręcz miniaturowe, a wypełniają je coraz dziwniejsze przedmioty. Oczywiście powieść nie ma ilustracji, ale opisy są tak sugestywne, że można sobie wyrobić zdanie o twórczości malarza. Mnie się ta sztuka podoba. Narrator kilkakrotnie w trakcie powieści zostaje obarczony zadaniem napisania pracy o dziełach malarza.

Robert Rauschenberg, Canyon, 1959, Assemblage: oil, housepaint, pencil, paper, fabric, metal, buttons, nails, cardboard, printed paper, photographs, wood, paint tubes, mirror string, pillow & bald eagle on canvas, Museum of Modern Art, New York

Malarz zdobywa coraz większe uznanie i jest coraz zamożniejszy. Także poetka zdobywa w kręgu odbiorców spore powodzenie. Modelka studiuje psychologię i pracuje nakowo.

Któregoś lata, gdy chłopcy mają bodajże mniej więcej 12 lat, postanawiają wspólnie, że chcą część wakacji spędzić wspólnie z rodzicami w domu letnim, ale chcą też po raz pierwszy pojechać bez rodziców na obóz sportów wodnych. Na obozie syn narratora ginie w wypadku na łódce.

Życie obu rodzin zaczyna się rozpadać. Żona narratora przyjmuje pracę wykładowczyni w innym mieście i nigdy już nie wróci do męża. Syn malarza i poetki zaczyna dziczeć, kraść, kłamać. Pojawiają się narkotyki, perwersyjne doświadczenia seksualne, złe towarzystwo, wreszcie przestępstwo. Przybrana matka i ojciec nie dają sobie z nim rady, również matka poetka nie potrafi okiełznać rozhulanego chłopaka. Jedyną osobą, która przez jakiś czas ma na chłopaka jakiś wpływ, jest narrator, ale i on zostanie wykorzystany przez chłopca, po czym rozgoryczony narrator odmawia nad nim dalszej opieki.

Chłopiec się stacza i wreszcie znika, obie matki wyjechały, malarz umiera, pozostają tylko narrator i modelka, w której narrator jest od dawna śmiertelnie zakochany. Narrator jest chory i niedołężny. Modelka znika z jego życia. Jest sam i znalazł listy modelki do malarza…

Koniec.

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Dzień Babci – rozmyślania o grobach, cmentarzach i trumnach

Ewa Maria Slaska (i reblog)

Nie, nie, Kochani! Jeśli myślicie, że odezwę się do Was jako osoba stojąca nad grobem, to otóż informuję, że wcale tego nie zrobię. Owszem, może być, że stoję nad grobem, jak każdy z nas zresztą, bo jak wiadomo mors certa hora incerta, ale ja nie o tym.

Dziś Dzień Babci, a ja, jak przystało na kobietę piszącą o cmentarzach i pasjonującą się grobami, nawet z tej okazji mam dla Was stosowne zdjęcie cmentarne.

babciaoppermann

Zdjęcie zrobiła Ania w czasie naszych licznych wędrówek po cmentarzach. Postać wydaje się nam ciekawa, szukam więc informacji w internecie, ale nic nie ma. Dziwne zresztą, bo wydawałoby się, że jest wszystko, jak mówi moja synowa, nawet żaba przez erzet. Babcia (bo to chyba ona) nazywała się Ch. Oppermann, urodziła w roku 1904, zmarła w wieku 80 lat.

babciaoppermannnapis

Niezła ta jej figura, zdecydowanie odbiegająca od cmentarnego kiczu. Ciekawe, czy zamówili jej taki nagrobek, czy po prostu mieli rzeźbę na składzie? A jak tak, to oczywiście ktoś z rodziny był rzeźbiarzem. A może ona sama? Piszę do znajomej dziewczyny, która pracuje na tym cmentarzu. Odpowiada niemal natychmiast. Nic z tych rzeczy. Była to starsza pani, dobrze znana na Kreuzbergu, która zawsze chodziła z plastikową torbą i tak też została uwieczniona. Rzeźbiar/z/ka podpisała się na pomniku jako EL84. Zmarła miała na imię Charlotte. Ile razy jej szukam w sieci, trafiam tylko na dwa moje własne wpisy.

Dobra, ale ja i tak nie o tym, tylko o grobach. Babcia jest mi tylko pretekstem. Bo oto piszę ostatnio do zaprzyjaźnionego redaktora gazety Polonia Berlin i tłumaczę się. Miałam mu wysłać bez zwłoki informację o naszej nowej książce. I na śmierć zapomniałam.

okladka1

Książkę wydało Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V. Zdjęcie na okładce Anna Kuzio, opracowanie graficzne Michał Krenz. Książkę można zamówić u mnie w Berlinie (cena 5€ , koszty wysyłki 3€) lub u drugiego autora, Michała Rembasa, w Szczecinie.

Bez zwłoki i na śmierć. W jednej sprawie dwa sformułowania cmentarno-tanatalne. Jest tego w polszczyźnie więcej. I nie mam na myśli oczywistych związków frazeologicznych jak hiena cmentarna, pochować kogoś pod murem cmentarnym czy wyjść z domu nogami do przodu. Trzeba wiedzieć, znać zwyczaje i obyczaje, ale jak się wie, to się też wie dlaczego. Ale już park sztywnych. Tu po prostu trzeba wiedzieć i już. Trzeba czytać Wiecha Wiecheckiego, nie ma rady.

Jednak największą grobowo-cmentarną “zagwozdką” są  owe trumniaki (uwaga buty na zdjęciu to NIE są prawdziwe trumniaki, to żart!). Trumniakami nazywano kiedyś tekturowe buty do trumny, po Warszawie krążyły też opowieści o tym, jak chytry cwaniaczek z Pragi sprzedał naiwnemu chłopkowi trumniaki zamiast butów ślubnych, a potem padał deszcz i wiadomo… W przaśnych PRL-owskich latach 50 trumniaki to były przerobione na czarno tenisówki. Podobno pomysł słynnej i wspaniałej Barbary Hoff. Tak podaje Wikipedia. I w ogóle każdy wie…
A jednak nie do końca. I tu dla babć, które były młode w latach 50, czyli z pokolenia mojej Mamy, Teściowej i Ciotek, interesujący reblog na temat… Waszych trumniaków. A przy okazji, podobno każda z Was je nosiła, a w sieci nie ma ani jednego ich zdjęcia! Pomocy! W tej sieci NIC NIE MA! Ani babci Oppermann ani trumniaków.

Dominika Łukoszek

Polowanie na trumniaki

16 maja 2016

Kiedy przygotowywałam wystąpienie na konferencję w Oksfordzie w 2013 roku strona po stronie czytałam rubrykę Moda w Przekroju – od roku 1953 do 1989. Przekrój był tygodnikiem, więc prosty rachunek pokazuje, że trzydzieści sześć roczników razy (mniej więcej) 52 lub 53 numery rocznie to daje wynik…. wielu stron. Warto było, ponieważ mój referat tak się spodobał, że zostałam zaproszona, aby opublikować tekst o Barbarze Hoff w czasopiśmie Catwalk. The Journal of Fashion, Beauty and Style (Volume 3, Number 1, Spring 2014).

Przygotowując artykuł starałam się w tekstach Barbary Hoff publikowanych w Przekroju odnaleźć zdjęcia i opisy jej poszczególnych pomysłów z gatunku „zrób to sam”, które odnajdywałam w różnych artykułach lub wywiadach. Jej najbardziej legendarną poradą jest ta, w jaki sposób dziewczyny mogły przepoczwarzyć dostępne w sklepach tenisówki w modne baleriny: należało z tenisówek wyciąć część ze sznurówkami, powstałą w ten sposób balerinę obszyć lamówką, pomalować na czarno i proszę! Polska dziewczyna miała najmodniejsze buty, które ochrzczono następnie „trumniakami”, ponieważ przypominały kartonowe buty, w których kiedyś chowano ludzi w trumnie.

Historię o opublikowaniu pomysłu na trumniaki w Przekroju opowiedziała sama Barbara Hoff w wywiadzie z Włodzimierzem Halickim dla Wysokich Obcasów w 2012 roku (KLIK). Skoro pani Hoff pisała teksty dla Przekroju od 1954 roku (na początku wspólnie z Janiną Ipohorską, również pracującą w Przekroju), to w tym roczniku poszukiwałam projektu trumniaków. Przeczytałam każdą kolumnę Moda i … nie znalazłam. Za to trochę się zdenerwowałam. Przejrzałam wszystkie egzemplarze po raz drugi, sprawdzając, czy aby na pewno biblioteka ma wszystkie numery z 1954 roku. Biblioteka miała wszystkie numery, trumniaków nadal nie znalazłam. Ok, pomyślałam sobie, pamięć lubi płatać figle, poszukam – na wszelki wypadek – w 1953 i 1955 roku. Tym razem strona po stronie, sprawdzając ponownie, czy są wszystkie numery tygodnika i czy aby projekt trumniaków nie został opublikowany na stronie innej niż Moda. Rysunku nadal nie było, mnie chciało się płakać. W jednym z numerów z 1955 roku znalazłam informację o tym, że wiele dziewczyn nosiło trumniaki podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który miał miejsce w Warszawie. No to wiedziałam przynajmniej tyle, że trumniaki musiały pojawić się wcześniej. Tylko nadal nie miałam tego cholernego rysunku. Jeszcze raz przeczytałam felietony z 1954. Trumniaków nie było.

Wyrysowane baleriny podpisane „trumniaki” znalazłam w książce ,,Jak oni mają się ubierać” napisanej przez Barbarę Hoff i Jana Kamyczka (pseudonim Janiny Ipohorskiej). Niestety (niestety dla mnie) książka została wydana w 1958 roku, a trumniaki istniały już wcześniej. Trumniaki mnie pokonały, a w artykule zamieściłam jedynie informację, że były one jednym z najsłynniejszych pomysłów Barbary Hoff. Nie napisałam jednak, że – jak wspominała pani Hoff w wywiadzie – pojawiły się w Przekroju, bo się nie pojawiły. Artykuł został wydrukowany w wiosennym numerze czasopisma Catwalk… w 2014 roku, ale poczucie klęski w sprawie trumniakowego śledztwa było dojmujące.

I teraz skaczemy dwa lata do przodu, do mokrego majowego poranka w Krakowie anno domini 2016, gdzie ma miejsce dzień drugi konferencji Krzyk mody. Zjawiska, przemiany i kierunki badawcze (KLIK). W pierwszej sekcji dwa świetne wystąpienia w zakresie „moda w PRL”, czyli prezentacje dwóch Magdalen: mgr Magdaleny Pasewicz-Rybackiej oraz Magdaleny Dudki. Obok mnie siedzi Joanna Regina Kowalska, jedna z kuratorek wystawy „Modna i już! Moda w PRL” (KLIK). Myślę sobie „ok, zapytam o te trumniaki, może one dotarły do tego rysunku, może się okaże, że coś pominęłam” – jakkolwiek ta ostatnia myśl była co najmniej bolesna. I pytam, czy może któraś z pań znalazła ten rysunek trumniaków w Przekroju, bo przeryłam te numery i nie znalazłam, więc może….

… co za ulga! Okazuje się, że Panie miały tę samą zagwozdkę: szukały, czytały i nie znalazły. I jak to wątpiące badaczki: uznały, że może jednak nie doszukały, może jednak gdzieś są (wcześniej niż w książce „Jak oni mają się ubierać”, bo ta publikacja też była im znana). I wspólnie ustaliłyśmy, że nie ma, że pomysł trumniaków pojawił się u Barbary Hoff, ale nie został opublikowany w Przekroju. Gdzie zatem się pojawiły, jeśli nie w Przekroju? Rzucam nam wszystkim to wyzwanie. Może ktoś z Was wie?

Przy tej okazji chciałam też zwrócić uwagę na fakt, że wspomnienia to jedno, a zachowane teksty to drugie. Jeśli tylko jest taka możliwość, warto (trzeba!) konfrontować wspomnienia z tekstami (zwracała na to uwagę Aleksandra Boćkowska podczas piątkowego spotkania „Jakim językiem pisać o modzie?”).

Udało nam się podczas konferencji uzgodnić wspólną wersję dotyczącą trumniaków i braku ich obecności w Przekroju, a tym samym ten wpis jest pierwszym tekstem, który dotyczy tego wątku. Dziękuję Magdzie Pasewicz-Rybackiej i Joannie Reginie Kowalskiej za wspólne zrzucenie z ramion tego poczucia niedoszukania informacji. Nasze niezależne badania nad poszukiwaniami trumniaków zaprowadziły nas do wspólnego wniosku. Cóż, wielkie umysły myślą podobnie 😉

Sprawa jednak nie zostaje zamknięta. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, gdzie został wydrukowany rysunek pani Hoff pokazujący jak przerobić tenisówki na baleriny jest proszony o kontakt. Dozgonna wdzięczność badawcza, jak i stosowne uhonorowanie Autorki bądź Autora tego znaleziska w publikacjach gwarantowana.

I dla takich chwil warto jeździć na konferencje.

19 stycznia 1888 roku

Lech Milewski

Conrad w Australii

Osoba, którą zatrudniłem, to Mr Conrad Korzeniowski, posiadający uprawnienia kapitana statku. Ma dobre referencje z kilku statków, na których wypłynął z tego portu. Ustaliliśmy wynagrodzenie £ 14 na miesiąc licząc od dnia przyjazdu do Bangkoku. Na statku ma mieć zapewnione wyżywienie i wszelkie potrzebne przybory nawigacyjne. Jego przejazd z Singapuru do Bangkoku będzie opłacony z kasy statku. Również po przybyciu do Melbourne, jeśli jego kontrakt nie zostanie przedłużony, właściciel statku opłaci mu kabinę na statku do Singapuru.

Henry Ellis – Kapitan Portu Singapur – 19 stycznia 1888 roku
Źródło – Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Tłumaczenie wszystkich cytatów – autor tego wpisu.

W roku 1888 31-letni Joseph Conrad miał za sobą 15 lat żeglugi jednak nigdy dotąd nie pełnił funkcji kapitana statku.

Już w wieku lat 13 zamieszkały wtedy w Krakowie Józef Korzeniowski wyraził chęć pracy na morzu. Intelektualnie chłopiec był rozwinięty ponad swój wiek, jednak słabe wyniki w nauce nie rokowały dużych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia, i jego opiekun – wujek, Tadeusz Bobrowski – uznał że kariera marynarza, być może połączona z prowadzeniem jakiegoś byznesu, jest dobrym rozwiązaniem.
W roku 1874 16-letni Józef został wysłany do Francji gdzie przez cztery lata pływał na statkach, głównie na trasach do francuskich kolonii na wybrzeżu Ameryki (Martynika, Haiti). Po trzech latach okazało się, że jako obywatel rosyjski musi posiadać specjalne zezwolenie konsulatu Rosji na pracę we francuskiej marynarce. Ponieważ był w wieku poborowym, było pewne, że takiego pozwolenia nie dostanie.
Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Anglii (czerwiec 1878) i ubiegać się o obywatelstwo brytyjskie.
W Anglii kontynuował pracę na morzu przechodząc kolejno wszystkie stopnie kariery żeglarza (1880 – drugi oficer, 1884 – pierwszy oficer, po zdaniu egzaminu poprawkowego) i ostatecznie zyskujac uprawienia kapitańskie (listopad 1886, również dopiero za drugim podejściem). W sierpniu 1886 roku uzyskał obywatelstwo angielskie. Jednak na objęcie funkcji kapitana musiał jeszcze poczekać.

Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogóle nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość – cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. Ledwo zamkniesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic… A czas biegnie, biegnie, aż… dostrzeżesz smugę cienia ostrzegającą, że krainę wczesnej młodości również musisz pozostawić za sobą. To okres życia, w którym takie chwile o jakich mówię mogą nadejść. Jakie chwile? Chwile nudy, znużenia, niezadowolenia. Chwile nierozwagi. Mam na myśli chwile kiedy młodzi są skłonni popełnić nieprzemyślane czyny – ożenić się nagle, porzucić pracę bez powodu.

Joseph Conrad – Smuga Cienia

Taka chwila przytrafiła się Conradowi nie raz. Chyba najbardziej dramatyczna jeszcze we Francji – nieudana próba samobójstwa w wielu 20 lat.

W styczniu 1888 roku Conrad miał już prawie 31 lat, a jednak po przybyciu do Singapuru na statku Vidar, na którym pełnił funkcję pierwszego oficera, bez podania powodu złożył rezygnację.
Zamieszkał w Domu Oficera i czekał na okazję powrotu do Anglii. Bardzo niechętnie uległ prośbom przyjaznego mu kapitana i zajrzał do Biura Portu, Tam otrzymał ofertę stanowiska kapitana na niewielkim żaglowcu Otago…

Ship! My ship, jak piękna dziewczyna, absolutnie moja (*). Była moja, bardziej moja niż cokolwiek na świecie; przedmiot odpowiedzialności i poświęcenia. Czekała na mnie, zaklęta, niezdolna wykonać ruch, wydostać się na świat (dopóki ja się nie pojawię), jak zaczarowana księżniczka. Jej wezwanie przyszło do mnie z jakby chmur. Nigdy nie podejrzewalem jej istnienia, nie wiedzialem jak wygląda, ledwie usłyszałem jej imię a przecież byliśmy nieodwracalnie złączeni na jakiś czas naszej przyszłości, płynąć lub utonąć razem!

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Natychmiast wsiadł na statek do Bangkoku. Wpływając do portu miał okazję zobaczyć swoje przeznaczenie – żaglowiec Otago…

Otago bark 1869

Na pierwszy rzut oka zobaczyłem, że była statkiem wyższej klasy, stworzeniem harmonijnym w konturze ciała, w proporcjach wysokości. Jakikolwiek jej wiek czy historia, zachowała ślad swego pochodzenia. Była jednym z tych stworzeń, które dzięki projektowi i wykończeniu nie będą nigdy wyglądały staro. Pomiędzy towarzyszami przycumowanymi do molo, wszystkie większe od niej, wyglądała jak stworzenie lepszej rasy – Arabska klacz pomiędzy końmi pociągowymi.

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Żegluga do Singapuru (800 mil morskich) trwała aż 3 tygodnie.
Dlaczego tak długo?
Po pierwsze formalności przekazania statku nowemu kapitanowi gdyż poprzedni poprzedni kapitan, John Snadden, który był równocześnie współwłaścicielem statku, zmarł podczas ostatniego rejsu. Zajęło to prawie 2 tygodnie. Po drugie stan zdrowia załogi. Kilku marynarzy było chorych na malarię i potrzebna była wymiana. Po trzecie wreszcie bardzo słaby wiatr.

W Smudze Cienia nad statkiem ciąży fatum poprzedniego kapitana, który w napadzie szału najpierw wyrzucił za burtę swe skrzypce, a gdyby mógł pogrążyłby swój statek na dno. Przeszkodziła mu w tym śmierć, lecz teraz nęka statek i jego załogę absolutnym brakiem wiatru i malarią.
W książce na malarię rozchorowała się cała załoga prócz kapitana i stewarda, którzy nadludzkim wysiłkiem doprowadzają statek do Singapuru.

Gazeta w Singapurze podała nazwisko kapitana jako Korgemourki.

7 maja 1888 sydneyski Morning Herald powiadomił o przybyciu statku: Otago, 345 ton, kapitan Konkorzentowski.

Właściciel statku zdecydował zatrzymać Conrada jako kapitana i 7 lipca Otago pożeglował z ładunkiem pszenicy do Melbourne.
Tu nastąpił przymusowy 4-tygodniowy postój spowodowany dysputą miedzy związkiem zawodowym marynarzy i stowarzyszeniem właścicieli statków.

Australijskie związki zawodowe – nie mogę powstrzymać uśmiechu 🙂
Wzmianki (bardzo krytyczne) o ich sile i akcjach napotykam we wspomnieniach wielu słynnych osób, które odwiedziły Australię. Poczynając od Conrada, poprzez Paderewskiego, na Arturze Rubinsteinie kończąc.

Następna podróż to żegluga na Mauritius z ładunkiem nawozów, mydła i łoju.
Tutaj Conrad, być może mając w pamięci niezdane egzaminy, postanowił wypróbować swoje umiejętności nawigacyjne – zaproponował właścicielom, że zamiast standardowej trasy – na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Australii – popłynie na północ a następnie przez Cieśninę Torresa na Ocean Indyjski. Była to trasa dłuższa i bardziej niebezpieczna, ale szybsza. Właściciele wyrazili zgodę. Podróż minęła bez większych przygód, ale trwała dłużej niż oczekiwano. Na Mauritius dopłynął 30 września 1888.

Pobyt na wyspie przedłużył się do dwóch miesięcy z powodu trudności ze znalezieniem odpowiedniego ładunku.
J. Conrad relacjonuje pobyt na Mauritius w książce A Smile of Fortune. Wspomina tam o zainteresowaniu głównego bohatera młodą dziewczyna – Alice – córką agenta portowego Jacobusa, posiadacza pięknego ogrodu różanego…

Uwielbiałem oglądać jej powolne ruchy, pozwalające docenić zgrabny kształt ciała, obserwować tajemnicze spojrzenie jej wspaniałych czarnych oczu, pół zamkniętych, kontemplujących pustkę. Była jak istota zaczarowana z czołem bogini koronowanym przez zaniedbane wspaniałe włosy cygańskiej włóczęgi. Nawet jej obojętność była kusząca. Czułem do niej rosnące przywiązanie połączone z nierealnym pożądaniem, bo głowa mówiła – dość.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Rzeczywiście w Port Louis był dom z różanym ogrodem, mieszkał w nim agent okrętowy z córką – Alice (Shaw), ale to nie ona zainteresowała Conrada.

Doskonała znajomość francuskiego otworzyła mu drzwi wielu domów zamieszkałych przez elitę wyspy – głównie potomków dawnych francuskich kolonizatorów…

…potomkowie dawnych kolonizatorów: wszyscy szlachetnie urodzeni, wszyscy zubożali, pędzący marną egzystencję w stanie nudnego, dostojnego rozkładu.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Tam spotkał panny Renouf. Rodzina Renouf przechowała odpowiedzi Conrada na pytania w żartobliwej ankiecie. Ankieta była zredagowana w języku francuskim. Conrad, być może z przekory, napisał odpowiedzi po angielsku:
– Quel serait votre rêve de bonheur (jaki byłby twój sen o szczęściu)?
Nie śnię, chcę rzeczywistości.
– W jakim kraju byś zamieszkał?
Nie wiem. Może w Laponii.
– Gdzie mieszkałaby osoba zaprzątająca twoją uwagę?
W zamku w Hiszpanii.
– Co jest twoją ulubioną rozrywką?
Gonienie dzikich gęsi.
– Myślisz, że już kochałeś?
Odmawiam odpowiedzi.
– Twoja dewiza.
— brak odpowiedzi–
– Twoje imię?
J.C.K.

Ta odmowa odpowiedzi może być tłumaczona jako swego rodzaju deklaracja. Słusznie. Kilka dni przed opuszczeniem Mauritius Conrad zwrócił się do starszego z braci Renouf, Gabriela, z prośbą o rekę jego siostry Eugenii. Dziwne, że nie wiedział, że Eugenia była już zaręczona z miejscowym aptekarzem.
Po otrzymaniu odmowy nie odwiedził już domu państwa Renouf, zamiast tego napisał uprzejmy list do Gabriela Renouf, powiadamiając, że nigdy nie wróci na Mauritius i że w dniu wesela jego myśli będą z nowożeńcami.

Starał się o rękę zaręczonej panny?
Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy, to jakaś bariera między ludźmi morza i kobietami.

A jak to wygląda w Uśmiechu Szczęścia?
…pierwszy pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był gwałtowny jak ukąszenie. Nie opierała się a ja nie poprzestałem na jednym pocałunku… jej duże, czarne, szeroko otwarte oczy patrzyły w moje oczy bez oznak gniewu lub satysfakcji lub jakiegolwiek uczucia. W tym spojrzeniu, które wydawało się bezosobowo obserwowac moje szaleństwo, mogłem wyczuć pewne zaskoczenie, nic wiecej. Zasypywałem ją pocałunkami i mogłoby się zdawać, że będzie to trwało bez końca… wyślizgnęła się z moich objęć i wybiegła z werandy, niezbyt wdzięcznie, wydawało się, że nieco kuleje…
… w drzwiach do pokoju stał Jacobus (ojciec). Jak długo tu był… może ta niezgłębiona dziewczyna usłyszała go i uciekła w porę…
…patrzył uparcie na podłogę. Podążyłem za jego wzrokiem. W absolutnej ciszy patrzyliśmy na pantofelek, który dziewczyna zgubiła podczas ucieczki.

Joseph Conrad – Uśmiech Szczęścia

Kopciuszek?

Dyrektor firmy czarterującej Otago wspomina Conrada:
Nieco poniżej średniego wzrostu, o silnych i bardzo mobilnych rysach przechodzących bardzo gwałtownie z delikatnosci do graniczącego z gniewem podniecenia.

Otago z ładunkiem cukru opuściło Port Louis 22 listopada i dotarło do Melbourne 5 stycznia 1889 roku. Tu zastał list od wujka (T. Bobrowskiego), który wspomina o swoim kiepskim stanie zdrowia i nalega na intensyfikację starań o pozbycie się rosyjskiego obywatelstwa, co było koniecznym warunkiem przyjazdu w rodzinne strony.

Następne dwa miesiące Conrad spędził prowadząc Otago na krótkich rejsach u wybrzeży Australii, a 26 marca, po doprowadzeniu statku do Adelajdy, zrezygnował z pracy.

Zanim Joseph Conrad opuści Australię rozejrzę się za jego śladami.
Brak. A w książkach?
Też nie. Wspomnę więc jego relacje o dwóch Australijczykach.

Pierwszy to kapitan statku Patna…

Wy, Anglicy, wszyscy jesteście łobuzy – ciągnął mój patriotyczny Australijczyk z Flensborgu (chodzi zapewne o Flensburg na granicy niemiecko-duńskiej), czy może Szczecina. Naprawdę nie pamiętam, jakiż to szlachetny port na bałtyckim wybrzeżu splamił się będąc gniazdem tak cennego ptaka.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

Drugi to przedsiębiorca szukający nadzorcy na atolu bogatym w guano…

– Człowiek za burtą – odezwał sie za mną czyjś głęboki głos. Odwróciwszy się ujrzałem faceta, którego trochę znałem, Australijczyka z Zachodu, nazywał się Chester…
Mam zamiar zaproponować mu dobrą forsę… kompletnie nic do roboty, pas z dwoma sześciostrzałowcami… chyba nie będzie się bał, że tych czterdziestu kulisów wytnie mu jakiś numer – mając dwie pukawki i będąc tam jedynym uzbrojonym człowiekiem… Chcę żebyś pan pomógł mi go przekabacić. – Nie – krzyknąłem… z taką wściekłością, jakby domagał się ode mnie udziału w morderstwie.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

2 kwietnia 1889 (22 marca według rosyjskiego kalendarza) Senatskiie Viedomosti w Petersburgu podały informację: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwolniło syna polskiego literata, kapitana w angielskiej marynarce handlowej, ze statusu rosyjskiego poddanego.

Przez kilka miesiecy Conrad żył z oszczędności. Wujek T. Bobrowski podwyższył mu nieco pensję. Próby znalezienia zatrudnienia były nieudane. Jego osiągnięcia zawodowe nie były imponujace. Większość żeglarzy w jego wieku dowodziło znacznie większymi statkami. Wygląd i silny obcy akcent nie pomagały.

Jesienią 1889 roku znalazł sobie inne zajęcie – zaczął pisać swą pierwszą książkę – Szaleństwo Almayera.
Nie mogąc znaleźć pracy w Anglii Conrad postanowił spróbować szczęścia na kontynencie. Pierwsze kroki skierował do Belgii. Tu poproszono go o cierpliwość. Wreszcie była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron.
Po pokonaniu wielu trudności w uzyskaniu rosyjskiej wizy, w lutym 1890 roku Conrad, przybył do Warszawy, a stamtąd pojechał do rodzinnej Kazimierzówki.

29 kwietnia wrócił do Brukseli wstrząśniętej wiadomością o śmierci duńskiego kapitana Johannesa Freisileben, dowódcy parowca Florida, zamordowanego przez tubylców w Kongo…

… usłyszałem, że powodem kłótni było nieporozumienie w sprawie dwóch kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – takie było jego nazwisko, Duńczyk – uznał się za oszukanego i zszedł na brzeg gdzie zaczął tłuc kijem szefa wioski. O, wcale mnie nie zdziwiło gdy usłyszałem jednocześnie opinię, że Fresleven był najdelikatniejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek poruszało się na dwóch nogach. Bez wątpienia był, ale już dwa lata spedził tutaj, w służbie szlachetnej sprawy, rozumiecie, i zapewne poczuł potrzebę potwierdzenia w jakiś sposób szacunku dla samego siebie. Dlatego tłukł starego Murzyna bezlitośnie, otoczony przez oniemiały tłum, dopóki ktoś – powiedziano mi, że syn szefa wioski – na próbę dziabnął białego człowieka dzidą – a ta oczywiście przeszła całkiem gładko między jego łopatkami.

Joseph Conrad – Jądro ciemności.

Conrad dostał propozycję zajęcia jego stanowiska.
Znowu dowództwo statku, i znowu jest to statek, którego kapitan zmarł.
Ale to już zupełnie inna historia.

(*) The ship – moja dziewczyna. W języku angielskim statek (ship) jest rodzaju żeńskiego. Z cytowanych tekstów J. Conrada widać, że bardzo słusznie. Szczególnie w odniesieniu do żaglowców.

Źródła:

Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Joseph Conrad – The Shadow-Line – Smuga Cienia.
Joseph Conrad – A Smile of Fortune – Uśmiech szczęścia
Joseph Conrad – Lord Jim.
Wikipedia – Joseph Conrad – KLIK.
Wikipedia – Joseph Conrad’s career at sea – KLIK.

Dawno zapomniane śniadanie

Pamiętacie Rasmusa i włóczęgę. Pewnie nie pamiętacie. Ja nie pamiętałam. Rasmus ucieka z domu dziecka, jest noc. Chłopiec biegnie i podśpiewuje sobie piosenkę “Nie boję się iść sam po zielonej ścieżce”, ale oczywiście się boi, tak jak każdy, a nie tylko mały dziesięcioletni chłopczyk, boi się iść sam w lesie po ciemku.

Astrid Lindgren
Przekład Irena Szuch-Wyszomirska, tłumaczka książek Astrid Lindgren i słynnych Muminków.

Rasmus i włóczęga

Krótka letnia noc staje się długa, gdy się wędruje drogami. Gdy się wędruje bez wytchnienia, aż nogi ledwo mają siły się poruszać. Aż powieki niemal zamykają się i jest się tak śpiącym, że głowa kiwa się i opada w marszu. Nastaje świt, słońce rzuca pierwsze promienie pomiędzy drzewa, ale nie widzi się tego. Pajęczyny błyskają pomiędzy trawami, krople wody lśnią na płatkach kwiatów, lekkie mgły poranne giną, nikt nie wie gdzie, a na wierzchołku najbliższej brzozy siada drozd i wznosi pierwszy radosny trel poranka. Lecz tego się nie widzi, gdy jest się tak bardzo zmęczonym i sennym. Tak niewypowiedzianie sennym.
Rasmus dochodzi wreszcie do niewielkiej szarej szopy, do takiej właśnie, w jakiej lubią spać włóczędzy. Stoi ona pośrodku łąki i mimo swej szarości wygląda bardzo gościnnie. O tej porze roku takie szopy na łąkach pełne są siana.
Z trudem otwiera ciężkie wrota. Wewnątrz jest mrocznie i cicho, a siano pachnie mocno i pięknie. Rasmus wydaje westchnienie ciężkie jak łkanie i opada na siano. Już śpi.

Obudziło go zimno i źdźbło siana, które łaskotało go w nos. Usiadł gwałtownie, nie pamiętając, gdzie się znajduje, skąd się tu wziął. Potem przypomniał sobie nagle wszystko i uczucie bezgranicznego osamotnienia wycisnęło mu łzy z oczu. Poczuł się bardzo nieszczęśliwy – o wiele trudniej było być zbiegiem, niż przypuszczał. Tęsknił już za Västerhagą, za Gunnarem, za ciepłym łóżkiem i poranną kaszką. Tak, czuł tęsknotę za domem dziecka jak za utraconym rajem. Mogło się oczywiście zdarzyć, że się dostało w skórę, nie było to jednak takie straszne, jak być samemu na świecie, marznąć i być głodnym.
Przez szparę w ścianie przesączał się ku niemu wąski strumień słońca. Tego dnia pogoda była piękna, więc nie powinien tak bardzo marznąć. Miał na sobie odświętny kubraczek i zwykłe codzienne spodenki z grubego samodziału, które ciocia Olga połatała na kolanach. A jednak marzł tak, że szczękał zębami. Najchętniej położyłby się i spał dalej, ale wiedział, że nie uśnie, gdy jest tak zimno. Siedział więc, drżąc, na sianie i śledził ponurym wzrokiem pyłki kurzu, wirujące w promieniach słońca.
Wówczas usłyszał coś. Coś przeraźliwego, co dreszczem lęku przeszyło całe jego ciało. Ktoś  z i e w n ą ł  tuż obok niego. Nie był więc sam w szopie. Ktoś oprócz niego spał tu tej nocy. Wodził wokoło wylęknionymi oczyma, aby dojrzeć, kto tu jest. Wtem zobaczył kędzierzawą czuprynę wyłaniającą się zza sterty siana tuż obok niego. Nagle dał się słyszeć głos:
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx    Ho, ho, tak, tak,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx        i noce, i dzionki,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx       ale najgorsze te poranki…

Zza siana wyłoniła się głowa, a potem cała twarz okrągła, nie ogolona, z ciemnym zarostem. Para mrugających oczu spojrzała na niego ze zdziwieniem, a okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech. Coś jakby zabulgotało w nim ze śmiechu, po czym powiedział:
– Sługa uniżony?
– Sługa… uniżony – odpowiedział Rasmus z wahaniem.
– Coś ty taki wystraszony? Czy myślisz, że zjadam dzieci?
A gdy Rasmus się nie odezwał, mówił dalej:
– Coś ty za knot? Jak się nazywasz?
– Rasmus.
Powiedział to cichutkim głosem, bał się zarówno odpowiadać, jak i milczeć.
– Rasmus… ach tak, Rasmus – powtórzył brodacz i kiwnął głową w zamyśleniu. – Czy uciekłeś z domu?
– Nie, nie… z domu – wyjąkał Rasmus, który uważał, że nie kłamie. Västerhaga nie była prawdziwym domem. Jak ten brodacz mógł myśleć, że się miało ochotę uciekać z  pXrXaXwXdXzXiXwXeXgXo   domu!
– No, nie rób takiej wystraszonej miny. Powiedziałem ci przecież, że nie zjadam dzieci.
Wówczas Rasmus zebrał się na odwagę i zapytał ostrożnie:
– A czy wujek uciekł z domu?
– Wujek… czy ja wyglądam na wujka, co? Czy uciekłem z domu… tak, tak, to się zgadza – odpowiedział brodacz i roześmiał się serdecznie.
– To wujek jest włóczęgą – informował się Rasmus.
– Daj spokój z wujkowaniem, mój drogi. Nazywam się Oskar.
Podniósł się na sianie, a wówczas Rasmus zobaczył, że jest on z pewnością włóczęgą. Kraciasta marynarka wytarta była i wystrzępiona, a spodnie zwisały jak wór. Był wysoki, barczysty, miał dobrą twarz, a gdy się śmiał, białe zęby lśniły w jego brodatym obliczu.
– Włóczęga, powiedziałeś… czy nie słyszałeś nigdy o Rajskim Oskarze? To właśnie jestem ja. Rajski włóczęga i wolny ptak boży – to właśnie ja.
– Wolny ptak? – Rasmus zaczął się zastanawiać, czy ten włóczęga ma dobrze w głowie. – Dlaczego Oskar jest wolnym ptakiem? – zapytał.
Oskar pokiwał w zamyśleniu głową.
– Ktoś musi nim być przecież. Musi być ktoś, kto się wybiera na włóczęgę i jest wolnym ptakiem bożym. Pan Bóg chce, żeby byli włóczędzy.
– Naprawdę chce? – zapytał Rasmus z powątpiewaniem.
– Oczywiście, że chce – odpowiedział Oskar. – Skoro zadał sobie tyle trudu, że usiadł i zmajstrował całą ziemię, to chce, żeby  w s z y s t k o  na niej było, rozumiesz chyba. A jak by to wyglądało, gdyby było na niej wszystko oprócz włóczęgów.
Oskar pokiwał głową z zadowoleniem.
– Wolny ptak – tak, tak!
Potem wsadził rękę do plecaka, leżącego obok niego na sianie i wyjął dużą paczkę, owiniętą w gazetę.
– Teraz śniadanko będzie pysznie smakowało! – ucieszył się.
Słysząc to Rasmus poczuł, jak żołądek kurczy mu się z głodu. Czuł taki głód, że gotów był żuć siano jak wół.
– Mam tu gdzieś koło szopy butelkę mleka – mówił dalej Oskar.
Jednym susem znalazł się przy wrotach. Skrzypnęły, gdy je otwierał i ciężko poruszyły się w zawiasach. Oskar pchnął je i otworzył na rozcież. Szeroki pas światła słonecznego wpłynął do szopy. Oskar stanął w świetle słonecznym, przeciągnął się, a potem znikł nagle. Powrócił niebawem z dobrze zakorkowaną litrową butelką mleka w ręku.
– Teraz śniadanko pysznie będzie smakowało! – powtórzył, sadowiąc się wygodnie na sianie. Odwinął papier i wyjął ogromne pajdy wiejskiego razowego chleba. Z pomrukiem zadowolenia zatopił zęby w jednej z nich. Rasmus dojrzał na chlebie plasterki schabu, a schab na zimno był, zdaniem Rasmusa, najlepszą rzeczą na świecie.
Oskar najwidoczniej także lubił schab na zimno. Żuł, spoglądał z lubością na pajdę chleba i znów żuł. Rasmusowi aż nos zbielał z głodu. Starał się patrzeć w innym kierunku, lecz było to zupełnie niemożliwe. Jego oczy nieposłusznie powracały do kromki chleba i czuł, że ślina napływa mu do ust.
Oskar przestał żuć. Przekrzywił głowę i spojrzał zaczepnie na Rasmusa.
– Ty na pewno nie chcesz takiej zwykłej kromki chleba z mięsem – powiedział. – Tacy jak ty jadają chyba rano tylko kaszkę na mleku z rodzynkami? Zwykłej prostej pajdy chleba nie chcesz chyba?
Czy ktoś odmawia niebiańskiej rozkoszy, jeśli mu ją proponują?
– Owszem, proszę – odpowiedział Rasmus, głośno przełykając ślinę. – Owszem, proszę, jeśli można.
Oskar bez słowa podał mu kromkę chleba. Była wspaniale gruba i wspaniale długa i leżały na niej dwa duże kawałki schabu. Rasmus wpakował ją sobie do ust i ugryzł… o nieba, ten słony smak schabu zmieszany ze wspaniałym smakiem razowego chleba. Przymknął oczy i jadł.
– Mleko – powiedział Oskar.
Wówczas otworzył oczy.
Oskar podał mu blaszany kubek wypełniony po brzegi. Chłopiec zaczął pić głębokimi łykami. Zimno mu się zrobiło w żołądku i marzł jeszcze bardziej niż przedtem, ale to nie miało znaczenia. Pił, dopóki nie zostało ani jednej kropelki.

oskar-rasmus
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

– Jeszcze chleba? – zaproponował Oskar, podsuwając mu następną kromkę, długą jak pomost.
– Czy można? Nie będzie za wiele? Czy starczy?
– Ależ proszę cię bardzo – zapraszał Oskar. – Nie wszystkie baby na wsi są skąpe, a ta, która mi to dała, musiała przeczuć, że cię spotkam:
Siedzieli na sianie, milcząc, i jedli, dopóki nie zostało ani okruszynki. Wypili całe mleko, a Rasmus uczuł jeszcze większe zimno w żołądku.
– Dziękuję bardzo – powiedział syty i dygocący. – To było najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek jadłem.

 

Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo

Remail z Wydawnictwa Literackiego

Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale skoro jest reblog czyli skopiowany wpis z czyjegoś bloga, to może powinno być też słowo na wiadomość, która przyszła na skrzynkę mailową, a którą tym razem koniecznie muszę zaprezentować. Robię to po raz pierwszy. Każdy bloger otrzymuje z wydawnictw zapowiedzi, niekiedy może coś sobie zamówić jako egzemplarz recenzyjny. Czytam sobie takie maile, czasem zainteresuje mnie jakaś pozycja, czasem dostaję ją, czytam, piszę, zapominam. Tym razem jednak z Wydawnictwa Literackiego w Krakowie przyszła na początek roku tak piękna lista zapowiedzi wydawniczych, że można ją w całości potraktować jako listę lektur na zimę 2017.  Napisałam do redakcji i musiałam się siłą hamować, żeby nie zamówić wszystkiego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą noworoczną przyjemnością:

naglowek_aa439b069e_gif

Richard Flanagan • Pragnienie
przeł. Maciej Świerkocki
12 stycznia

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Anne-France Dautheville • Sekrety roślin (tyt. roboczy)
przeł. Andrzej Stańczyk
16 marca

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.

Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże! Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru, toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.

Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?

Morten Strøksnes • Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
przeł. Maria Gołębiewska-Bijak
16 marca

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?

W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.

Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.

Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

Kazuki Sakuraba• Czerwone dziewczyny
przeł. Łukasz Małecki
kwiecień

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakucziba, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy spod znaku realizmu magicznego.

Nedim Gürsel • Opowieść o Mehmedzie Zdobywcy
przeł. Piotr Kawulok
kwiecień

„Wybitna turecka powieść postmodernistyczna” według Encyklopedii Britannica. Popis prozatorski pisarza cenzurowanego przez władze Turcji.

1453 rok, Mehmed II zdobywa Konstantynopol, kończąc trwającą dziesiątki lat walkę o stolicę Bizancjum. Mityczne miasto łączące Azję i Europę, Wschód i Zachód padło u jego stóp.

Współczesny pisarz, który zaszył się w starej osmańskiej rezydencji naprzeciw twierdzy wzniesionej nad Bosforem przez sułtana zdobywcę, mobilizuje cały swój talent prozatorski, by na stronach swojej powieści ożywić barwną postać władcy „czującego w sercu boskie natchnienie”, aczkolwiek niezbyt świętego,, aczkolwiek niezbyt świętego oraz czas, w jakim żył i wychwycić każdy z przejawów wpływu upadku Konstantynopola na naszą współczesność. Jednakże tu w życie „kronikarza” Mehmeda II Zdobywcy wkracza pewna młoda kobieta i ten romansowy wątek zakłóca jego pracę.

Rozlewna, odmalowana z wielką dbałością o szczegół, epicka i liryczna zarazem, historyczna i współczesna powieść Nedima Gürsela jest najpiękniejszym oknem na Turcję dawną i dzisiejszą, a przede wszystkim na Stambuł, miasto o wielkiej historii i niezwykłej urodzie.

Andrea de la Barre de Nanteuil, Lovisa Brufitt • Historia Mademoiselle Oiseau (tyt. roboczy)
przeł. Maria Jaszczurowska
maj

Pięknie ilustrowana opowieść o przyjaźni, marzeniach, dorastaniu i bajkowej paryskiej modzie.

Aleja Minionych Czasów. Serce Paryża. To tutaj, na ostatnim piętrze starej kamienicy mieszka elegancka i bardzo osobliwa Mademoiselle Oiseau. Ile ma lat? Nie pytajcie, tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, sąsiedzi z rzadka tylko widują ją na balkonie, gdzie wystrojona w perłowy naszyjnik pokazuje się w towarzystwie swoich kotów i ptaszków. Piętro niżej mieszka dziewięcioletnia Isabella, dziewczynka tak zwyczajna, że aż niewidzialna. Tak, nikt jej nie dostrzega, nikt z nią nie rozmawia, nie chce się z nią bawić. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Isabella naciska zły guzik windy i przez pomyłkę wjeżdża do mieszkania panny Oiseau… Tak zaczyna się historia pewnej niezwykłej, pełnej magii i przygód, przyjaźni.

Richard Flanagan • Śmierć rzecznego przewodnika
przeł. Maciej Świerkocki
czerwiec

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.