Bracia Mann 3 (i zapiski Podręcznej)

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Rok 1937.

Henryk pracuje nad połączeniem wszystkich ruchów antyfaszytowskich. Ma w planie stworzenie DFP – Deutsche Freiheits Partei – Niemieckiej Parii Wolności. W tym samym okresie Niemiecka Partia Komunistyczna (KPD) wybiera Waltera Ulbrichta – KLIK – na stanowisko pierwszego sekretarza.
Walter Ulbricht dokonał sporej czystki w szeregach KPD wysyłając niewygodne mu osoby do ZSRR gdzie właśnie trwała Wielka Czystka. Żaden w nich nie przeżył.
Henryk wycofuje się ze swoich planów, nie widzi szans porozumienia.

Louis Aragon zaprasza Henryka do Paryża na II Międzynarodowy Kongres Obrońców Kultury. Kongres jest zdominowany przez sympatyków stalinizmu. Wypowiedzi antyradzieckie są przerywane hałaśliwymi protestami.

Po powrocie do Nicei Henryk kończy II tom Henryka IV.

Rok 1938.

W lecie Henryk jedzie do Paryża na III Międzynarodowy Kongres Pisarzy.

Dostaje wiadomość od Mimi, że przebywa ona wraz z córką na wczasach w Zwiąku Radzieckim. Wyraża obawy, że powrót do Czechosłowacji może nie być bezpieczny.
Nelly pozostaje w Nicei i przepisuje Henryka IV.

W listopadzie Henryk otrzymuje wiadomość od Goschi, że zaręczyła się z przebywającym w Pradze Amerykaninem.
Zupełne zaskoczenie. Henryk pisze do brata: “…tylko tyle wiem, mogę tylko zapytać co to za Amerykanin, który w obecnej sytuacji zaręcza się w Pradze, i dlaczego z moją córką?“.
W grudniu spotyka się na krótko z córką w Genewie i dowiaduje się, że już wyszła za mąż za dr Aschermanna, który nie traci czasu i zwraca się do teścia z prośbą o pomoc finansową w przeniesienu jego firmy do USA.

Opowieść podręcznej.

Sytuacja materialna nie jest dobra. Koszta studiów córki Henryka pogarszają sytuację.
Nelly zabiera się za wyrób kapeluszy. Prócz tego przepisuje Henryka IV.

Henryk spędza długie tygodnie z bratem.

Nelly bierze regularnie środek uspokajający – weronal.
Rachunek z dość ekskluzywnej winiarni A la Cave Saint-Paul sięga blisko tysiąca franków.
Alkohol plus weronal – w grudniu Nelly ląduje w szpitalu.
Spędza tam święta. Jej, pisane dość często listy do Henryka, tak jak jej charakter pisma są bardzo nierówne. Czasem dowcipne, czasem pełne żalu, czasem pełne narzekań.
Wybucha gniewem gdy Henryk przekazuje wiadomości do niej nie osobiście lecz przez doktora. Jedna z wiadomości to, że Henryk nie życzy sobie, żeby w obecnym stanie zdrowia wracała do domu.
Nelly pisze do Henryka list z pretencjami, że traktuje ją źle, wylicza jej pieniądze a jednocześnie płaci spore sumy za kurację odchudzającą córki. Wszak dla niego porzuciła wszystko, pojechała za nim do obcego kraju i nawet nie ma tu paszportu.

Rok 1939.

Goschi sugeruje ojcu wpłacić $10,000 na jej rachunek. Im więcej będzie na rachunku tym łatwiej otrzyma amerykańską wizę. Henryk odpowiada ze smutkiem, że może wpłacić tylko ułamek tej kwoty.

Tomasz i wszyscy jego najbliźsi przebywają w USA. Tomasz jest traktowany jak celebryta – zaproszenia na wykłady, prelekcje, spotkania.
W pamiętniku pisze: “Zainteresowanie jest duże: na przykład w Chicago bilety zostały już dawno wysprzedane (4 miesiące przed terminem). Przy tym bezwstydny manager bierze za wieczór $1,000 (obecne $17,500), z czego ja dostaję tylko połowę“.
Uniwersytet Princeton proponuje objęcie profesury. Tomasz otrzymuje wizę na pobyt stały.
Jego admiratorką jest Eleanor Roosevelt, żona prezydenta. Dzięki tej znajomości Tomasz pomógł setkom osób załatwić wizę wjazdową do USA.

W liście do Henryka wyraża się z najwyższym uznaniem o Henryku IV.
Donosi, że miał przyjemność gościć męża Goschi, pana Achermanna, który tytułuje go wujkiem. Jego opowieści o przeniesieniu firmy do USA i wymagania finansowe związane z wizą dla Goschi mówiąc delikatnie są mętne.
Kilka dni później Tomasz dostał ostrzeżenie, że pan Aschermann obiecał wielu Żydom w Europie, że załatwi im bezpieczny przewóz kosztowności do USA. Napływają sygnały, że wiele osób nie może tych kosztowności odzyskać.
Goschi też traci kontakt z mężem, który uprzednio pobrał wszystkie pieniądze z jej konta.

Henryk pisze bardzo przygnębiający list do brata – wstyd mu za Niemców, że nie obalili nazistów, wstyd mu za siebie, że przez tyle lat nie zalegalizował swojego związki z Nelly, jest pełen obaw o los córki przebywającej wciąż w Pradze, ma wątpliwości na temat wartości wszelkich swoich działań.

Usiłuje załatwić dla Goschi ucieczkę z Czechosłowacji do Związku Radzieckiego gdzie mogłaby liczyć na jakieś wsparcie finansowe.

Mija 10 lat od chwili pierwszego spotkania Henryka i Nelly – ich korespondencja nabiera bardzo romantycznego charakteru. W lipcu jadą razem do kurortu w okolicach Grenoble.
Wiele lat później Henryk napisał, że te wakacje to był najprzyjemniejszy okres w jego życiu.

23 sierpnia – Niemcy podpisują pakt o nieagresji ze Związkiem Radzieckim. Dla ruchów lewicowych w Europie jest to zupełna klęska. Henryk zamyka się w swoim pokoju na 2 dni.

1 września – Niemcy napadają na Polskę.

Obywatele krajów zajętych przez Niemcy nie są już bezpieczni we Francji. Wielu zostało wydanych Niemcom.

9 września 1939 roku – wpis w rejstrze małżeństw – Henryk Mann, lat 68, obywatelstwo czechosłowackie, przedtem obywatel niemiecki, pobrał się z Nelly Kröger, lat 41, bezpaństwowa.
Kilka tygodni po ślubie Nelly uzyskała obywatelstwo czeskie.

Henryk kontaktuje się ze szwedzkim Czerwonym Krzyżem, aby ewakuować Goschi z Pragi. Starania te nie przyniosły żadnego rezultatu.

Rok 1940.

16 czerwca – Niemcy zajmują Paryż.

Henryk sprzedał całe wyposażenie mieszkania, uregulował wszystkie należności.

Przebywający we Francji Golo Mann (syn Tomasza) organizuje ucieczkę Henryka.
12 września Henryk i Nelly spotykają się z Golo w na dworcu w Marsylii. Spotykają tam również Franza Werfla i jego żonę Almę Mahler-Werfel. Ich przeprawa przez Pireneje została zorganizowana przez Variana Fry, pracownika amerykańskiego konsulatu.
Więcej o tej ucieczce TUTAJ.

20 września Tomasz otrzymuje telegram od Golo z wiadomością, że cała piątka dotarła do Lizbony gdzie czekają na statek do USA. Tomasz jest niezadowolony, że jest z nimi “ta pani”. W swoich pamiętnikach i korespondencji Tomasz nigdy nie wymienił imienia Nelly.

13 października Klaus Mann, najstarszy syn Tomasza, wita przybyszy w Nowym Jorku.
Za tydzień przyjeżdża do Nowego Jorku Tomasz z żoną i towarzyszą Henrykowi w oficjalnych spotkaniach w organizacjach emigrantów i środowiskach artystycznych.
W tym czasie Nelly jedzie do Pensylwanii gdzie mieszka na stałe jej siostra z rodziną.

W listopadzie Henryk i Nelly przyjeżdżają do Kalifornii i wynajmują mieszkanie w Beverly Hills. Tomasz załatwia bratu pracę w wytwórni filmowej Warner Brothers. Płaca $500 miesięcznie odpowiednik obecnych $8,600.
Henryk zabiera się za przeróbkę na scenariusz swej (a może Nelly) powieści Das ernstes Leben. Mówi się, że rolę główną zagra Bette Davis.
Angielski Henryka jest bardzo słaby więc pisze scenariusz po niemiecku.

W lutym 1941 roku Henryk pisze do brata z prośbą o affidavit , który jest potrzebny do finalizacji jego i Nelly procedur imigracyjnych. Tomasz odpowiada, że wystawił już tak wiele takich dokumentów, że lepiej jeśli Nelly załatwi to przez swoją rodzinę.

FBI bierze Henryka pod baczną obserwację. Szczególne podejrzenie wzbudzają jego kontakty z ruchem Wolne Niemcy, którego centrala znajduje się w Meksyku.
Działa tam kolejny bohater moich blogowych wpisów – szalony reporter Egon Erwin Kisch. Więcej TUTAJ.

W marcu Henryk obchodzi 70 urodziny.
Tomasz przebywa w tym dniu w San Francisco gdzie odbiera kolejny doktorat honoris causa. Klaus Mann pyta listownie ojca o plany obchodów urodzin Henryka, który według niego: “…żyje w izolacji przywalony tą panią Kröger jak chorobą zakaźną“.

Henryk zaczyna pisać swoje refleksje “Z czasów Winstona Chuchilla”. Na publikację bedą czekały ponad 60 lat.

Na Wielkanoc Henryk i Nelly spotykają się z Tomaszem i Katią. Tomasz nazywa bratową w pamiętniku: “diese schreckliche Trulle“. Polskie synonimy to flądra, dziwka, wywłoka.

Tomasz organizuje obchody urodzin brata. Uczestniczy w nich ponad 50 osób: Werflowie (ale dopiero po interwencji gdyż Nelly i Alma Mahler-Werfel nie znosiły się wzajemne i Nelly skreśliła Werflów z listy zaproszonych), Feuchwangerowie, Doblinowie.

21 czerwca Niemcy atakują ZSRR. Na wiadomośc o tej wojnie Henryk reaguje radośnie, Tomasz pozostaje sceptyczny.

Tomasz otrzymuje wiadomość z wytwórni Warner Brothers, że nie zamierzają przedłużyć kontraktu z Henrykiem. Kontaktuje się z ambasadą ZSRR informując ją o trudnej sytuacji finansowej brata.
Tomasz i Katia dyskutują “problem Henryka”. Uzgadniają, że dadzą mu natychmiast $800 (obecne $13,500) na spłatę długów i będą wypłacać regularną pensję $100 (obecne $1,725) miesięcznie.

W marcu angielskie lotnictwo przeprowadza pierwszy udany atak bombowy na niemieckie miasto. Jest nim Lubeka, 3,400 budynków zburzonych, wśród nich dom rodziny Mannów.

Pierwsza żona Henryka – Mimi Mannova – zostaje przetransportowana z Pragi do Terezina.

Opowieść podręcznej.

Nelly utrzymuje kontakty i wymienia korespondencję z żonami wielu niemieckich emigrantów. Najbliższa jej jest chyba Salomea Rottenberg. W listach do niej Nelly wspomina, że szuka pracy aby Henryk mógł poświęcić się pisaniu. Zamierzali przenieść się do Nowego Jorku, ale zrezygnowali gdyż ostrzejszy klimat może być niebezpieczny dla Henryka.
Poza tym… nie mają pieniędzy na przeprowadzkę.

Nie mają również pieniędzy na transport książek Henryka które właśnie dotarły do Nowego Jorku. Nie wie z czego zapłacą za wynajem mieszkania, przeprasza, że nie jest jeszcze w stanie zwrócić pożyczonych pieniędzy.

Na razie przeprowadzaja się do tańszego mieszkania co Nelly przypłaca krwotokiem.

Biorą pożyczkę na zakup samochodu. Kierowcą będzie Nelly.
W kwietniu 1942 roku Tomasz powiadamia Henryka, że otrzyma z ambasady ZSRR $750 za sprzedaż jego książek w ZSRR.

Tomasz organizuje kolejną naradę rodzinną. Zgadzają się, że najlepiej będzie zaprosić Henryka do siebie na kilkutygodniowy pobyt zdrowotno-rekreacyjny. Oznacza to odłączenie od Nelly. Henryk jest bardzo zadowolony ze swoich wakacji, ale po dwóch tygodniach wraca do Nelly.

Nelly pracuje jako krawcowa w fabryce mundurów oraz dorywczo jako asystentka pielęgniarki. Nadal są w długach. Na dodatek musi przerwac pracę aby przepisywać kolejną książkę Henryka – Lidice.
Przypomnę – Lidice to niewielka miejscowość w Czechosłowacji, w której Niemcy dokonali masakry ludności w odwecie na zamach na Reinharda Heyndricha.
Książka została wydana w Meksyku.

Nelly podejmuje pracę jako kierowca w mleczarni. Wkrótce zostaje aresztowana za ryzykowną jazdę i spowodowanie wypadku.

Toną w długach. Pożyczka na samochód $414, koszty naprawy samochodu $500, odszkodowanie za rozbity samochód $750.

Nelly zrywa kontakty ze znajomymi paniami gdyż podejrzewa, że plotkują na jej temat.

W czerwcu Nelly udaje się do Ananda Ashrama u stóp Sierra Madre na wypoczynek duchowy. Czuje się tam bardzo dobrze, nawiązuje kontakt z personelem ośrodka, chętnym udziela lekcji niemieckiego. Po 2 tygodniach wraca do domu, ale wkrótce przyjeżdża do ośrodka razem z Henrykiem,

17 grudnia 1944 – Tomasz notuje: “…telefon mego brata Henryka doniósł nam o śmierci jego wieloletniej towarzyszki życia. Parokrotnie ponawiana przez tę nieszczęsną kobietę próba odebrania sobie życia tym razem odniosła skutek“.

Powodem śmierci jest przedozowanie środków uspokajających.
Marta Feuchtwanger w liście do przyjaciółki wspomniała, że Henryk znalazł Nelly nieprzytomną w sypialni, zabrał taksówką do szpitala, ale szpital (i to nie jeden) odmówił przyjęcia gdyż Henryk nie miał przy sobie wystarczającej ilości gotówki. Wreszcie jakiś szpital ją przyjął, zaaplikował płukanie żołądka, ale było już za późno.
Pogrzeb na cmentarzu w Santa Monica odbył się 20 grudnia.

Po wojnie.

W styczniu 1945 roku Klaus Mann odwiedził Pragę. Spotkał tam Mimi i Goschi.
Goschi przez wszystkie lata wojny nie mogła dostac stałej pracy. Żyła ze sprzedaży wszyskiego co było w domu. Mimi po wyjściu z Terezina jest w bardzo złym stanie. Potrzebują pieniędzy. Wskazówka – nie pisać listów po niemiecku.
Dwa lata później Mimi zmarła, Goschi wyszła za mąż za Ludvika Askenazego.
Wikipedia pisze o niej TUTAJ.

75 urodziny Henryka – rok 1946 – były celebrowane bardzo uroczyście w kręgach literackiej emigracji.
Zaczął pisać książkę Der Atem – Oddech. Okazała się byc jego ostatnim dziełem.

Stan jego zdrowia się pogarszał, jego stosunek do Niemiec był bardzo negatywny.
W rozterkę wprawiały go zaproszenia do Niemiec Wschodnich. Ostatnie z nich było na ceremonie otwarcia Akademii Sztuki w Berlinie (Wschodnim). Zaproszeniu towarzyszyły pieniądze na opłacenie podróży. Henryk zamówił kabinę na statku Batory.

Nie wykorzystał – 11 marca 1950 roku Henryk zmarł w wyniku wylewu do mózgu.

W jego domu rodzina odkryła szufladę pełną rysunków nagich, krągłych kobiet. Tomasz prosił Erykę żeby je zniszczyła. Nie zrobiła tego. Można je zobaczyć TUTAJ.

Pozostawił nieskończoną książkę – Smutna historia Fryderyka Wielkiego – miało to być jego rozliczenie się z Niemcami (podobnie jak dla Tomasza Doktor Faustus).

W roku 1961 prochy Henryka zostały przeniesione do Berlina (Wschodniego).
Wrócił tam gdzie zawsze należał – powiedział wspomniany na początku tego wpisu Walter Ulbricht – I sekretarz partii i przewodniczący Rady Państwa.

Grob

Pod pomnikiem umieszczono tabliczkę: Nelly Mann, geb. Kröger* – dzielna towarzyszka życia.

Tomasz Mann przeżył swojego brata o 5 lat. Podobnie jak lata poprzednie były one wypełnione podróżami, spotkaniami, pracą.
Europę odwiedził w 1947 roku. Dwa lata później odwiedził Niemcy, również Wschodnie – Weimar gdzie był uroczyście powitany przez ministra kultury NRD – Johannesa Bechera.
Johannes Becher – ten sam, który zlecił Hansowi Falladzie napisanie książki Każdy umiera w samotności – KLIK.
Wizyta w NRD spowodowała falę krytyki w Niemczech Zachodnich i w USA. W USA była to nie tylko krytyka, ale również ordynarne napaści w mediach.
Zaskoczyło go to i skłoniło do przeniesienia się do Szwajcarii gdzie zmarł 12 sierpnia 1955 roku.
Pochowany został na cmentarzu w Kilchberg niedaleko Zurichu.

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Dr Faustus.
4. Wpis wikipedii Nelly Mann – KLIK.

* “geb. Kröger” – czyli – urodzona jako Kröger. Uważni czytelnicy zapewne zauważyli, że to jest błąd. Panieńskie nazwisko Nelly Mann to Kröger, ale urodziła się pod innym nazwiskiem.

Bracia Mann 2

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Skutki Wielkiej Wojny

Po pierwsze materialne. Dochody z tytułu sprzedaży książek spadły prawie do zera. Tomasz dodatkowo martwił się, że jego willa traci na wartości.
Po drugie – ocena sytuacji. Henryk oceniał ją w sposób w jaki oceniła ją później historia, bardzo krytycznie. Tomasz przeciwnie – dla niego była to: “…wielka, na wskroś uczciwa, ba, uroczysta wojna.”
Tomasz nie ograniczył się do uczestnictwa w “podniosłych nastrojach inteligencji niemieckiej“, ale starał się zrobić coś praktycznego. Zgłosił się na ochotnika do landszturmu – wojsk obrony terytorialnej. Poczucie wstydu, że nie jest na froncie skompensował artykułem Refleksje wojenne. O wojnie pisał jako o “świętej wojnie narodowej”, sławił czyny niemieckiego oręża i decyzje władz.
Artukuł ten został oceniony bardzo krytycznie przez świat literacki, szczególnie przez Romain Rollanda.
Henryk był oburzony i Niemcami, i Tomaszem.

W tej atmosferze euforii i konfliktu w bratem, szarpany wewnętrznymi wątpliwościami i gnębiony licznymi chorobami dzieci, Tomasz pogrążył się w pracy nad Czarodziejską Górą.

Henryk napisał książkę Der Untertan – Poddany – ostrą krytykę Cesarstwa Niemieckiego. Cenzura zakazała jej rozpowszechniania.
Życie rodzinne jednak kwitło. W 1916 roku Mimi urodziła córkę Carlę Marię Henriette Leonie, którą rodzice nazywali Goschi.

Konflikt między braćmi miał odbicie w ich publicystyce.
Tomasz zaczął pisać Rozważania człowieka apolitycznego, Henryk opublikował esej o Emilu Zoli, w którym włożył w usta słynnego pisarza swoje argumenty przeciwko niemieckiemu militaryzmowi. Tomasz otrzymał esej brata okrężną drogą i ogromnie go on zdenerwował. W rezultacie praca nad Rozważaniami przeciągała się, gdyż wplatał tam polemikę z poglądami brata. Ostatecznie zostały opublikowane dopiero w 1918 roku. Wkrótce potem nastąpiła kapitulacja Niemiec i abdykacja cesarza Wilhelma. Rozważania straciły jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1918 roku cenzura zezwoliła na rozpowszechnianie książki Henryka – Poddany, a książka okazała się przebojem. W pierwszym tygodniu sprzedano 80.000 egzemplarzy. Z dnia na dzień Henryk nie tylko potwierdził swoją pozycję jako pisarz, ale został również uznany za bardzo znaczącego aktywistę społecznego.

Do roku 1922 bracia unikali się.

Następnych kilka lat lat Henryk Mann poświęcił rodzinie. W tym samym czasie Tomasz dzielił czas między rodzinę i pracę nad Czarodziejską Górą.
Opublikowana w listopadzie 1924 roku, do Bożego Narodzenia sprzedano 25,000 egzeplarzy. Był to ogromny sukces – dwutomowa powieść o trudnej tematyce, do tego dość droga. Tomasz stał się zamożnym człowiekiem, kupił samochód i zatrudnił szofera.

Warszawa

W marcu 1926 roku Tomasz Mann przyjechał do Warszawy na zaproszenie polskiego PEN-Clubu. Z tej okazji opublikowano w Wiadomościach Literackich jego szkic o Józefie Conradzie, pomyślany jako wstęp do niemieckiego tłumaczenia Tajnego agenta. Wizyta miała bardzo oficjalny charakter – spotkanie w Zamku Warszawskim, bankiet rządowy w Wilanowie.
W oficjalnym przemówieniu Tomasz Mann położył główne akcenty na rolę Polski …w zachodnio-wschodniej syntezie, rzuceniu pomostu nad istniejącymi w świecie gwałtownymi i napiętymi przeciwnościami.
Z mniej formalnych ceremonii warto wspomnieć biesiadę literacką w winiarni Fukiera, podczas której Wiliam Horzyca wygłosił po niemiecku prelekcję o pobycie E.T.A. Hoffmanna w Warszawie pod koniec XVIII wieku.

Zaskoczył mnie ten esej, wstęp do tłumaczenia Tajnego Agenta, gdyż po publikacji książki (rok 1907) Tomasz Mann zarzucał Conradowi “patologiczną rusofobię”.
W roku 1946 Tomasz Mann relacjonuje powrót to książek Conrada, …którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem. Zacząłem od Lorda Jima (…) i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie to, że jest u nas rzadka, lecz której po prostu nie ma.

Opowieść podręcznej.

Na początku 1929 roku Henryk rozwiódł się z Mimi Panovą. Ugoda rozwodowa przewidywała jednorazową wypłatę 500 marek a następnie 300 marek alimentów miesięcznie plus pokrycie kosztów edukacji córki.

W czerwcu 1929 roku, w lokalu rozrywkowym Kakadu (być może była to sąsiadująca z Kakadu Bajadera), Henryk poznał Nelly Kröger.

Kakadu

Nelly Kröger – urodzona 15 lutego 1898 jako Emmy Johanna Westphal. Nazwisko ojca nieznane. Moje główne źródło informacji, Evelyn Juers, nie ma wątpliwości, że był nim Noah Troplowitz z Gliwic, z zamożnej żydowskiej rodziny. Jego przodek zbudował gliwicką synagogę. Dokumenty rodzinne potwierdzają, że matka Emmy, Berta, pracowała w domu Troplowitzów jako służąca.

Po urodzeniu dziecka Berta wróciła do rodzinnego Niendorf, niewielkiej wioski rybackiej. Tam wyszła za mąż za rybaka – Nicolausa Wilhelma Heinricha Krögera. Ojczym zgodził się, aby Emma przyjęła jego nazwisko.
W 1919 roku Emma opuściła dom i przeniosła sie do Berlina. Miała nieco odłożonych pieniędzy. Podjęła pracę jako krawcowa. Jej partnerem został Werner Schmidt – urzędnik. Urodziło im się dziecko. Ojciec wycofał się ze związku, pojawiły się kłopoty finansowe. Dziecko ciężko rozchorowało się i zmarło podczas snu w objęciach również śpiącej matki.

Henryk i Nelly

Emma zmieniła imię na Nelly. W porównaniu z ciężkim “m” podwójne “l” wydawało się lżejsze (leichter) i jaśniejsze – heller.

Podjęła pracę w Kakadu Bar jako Animierdame – dama, która miała za zadanie ożywić (animować) klientów. Jednym z klientów był Henryk Mann.

To zdjęcie z okładki książki, która jest moim głównym źródłem informacji na temat poplątanych losów braci Mann.

Na wyżynach

W listopadzie 1929 nazwisko Mann znowu trafiło na pierwsze strony gazet – Tomasz Mann otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

Kilka miesięcy później Henryk zaczął gonić słynnego brata – w kwietniu ukazał się na ekranach i zyskał wielką popularność film Błękitny Anioł – KLIK – oparty na jego książce Profesor Unrat.

Na początku 1931 roku Henryk został mianowany prezydentem sekcji literackiej Pruskiej Akademii.
Popularny działacz pacyfistyczny Kurt Hiller publikuje artykuł Prezydent, w którym sugeruje, że Henryk Mann to jedyna w Niemczech osoba zdolna zjednoczyć prawicę i lewicę, jedyna osoba zdolna zastąpić Hindenburga na stanowisku prezydenta i zapewnić stabilizację Niemiec.

W 1932 roku na półkach księgarskich ukazuje się nowa książka Henryka – Ein ernstes Leben – Poważne życie. A może Życie na serio.

Pożar

30 stycznia 1933 roku – Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec.

Kilka dni później na słupach pojawiły się plakaty podpisane przez Alberta Einsteina, Henryka Manna i Kathe Kollwitz, wzywające Socialistów i Komunistów do stworzenia jednolitego frontu.

15 lutego – Henryk zostaje usunięty z Akademii Pruskiej. Tydzień później wyjeżdża do Francji. Nelly pozostaje w Berlinie, by pilnować mieszkania.

27 lutego – pożar Reichstagu.

Tomasz z rodziną wyjeżdżają do Szwajcarii. W tym samym czasie Mimi i Goschi wyjeżdżają do Pragi, gdzie zamieszkają u rodziców Mimi.

Władze publikują listę zakazanych autorów. Henryk Mann zajmuje trzecią pozycję, za Karolem Marksem i Karlem Kautskim.

10 maja, na placu przed operą w Berlinie, studenci palą 25,000 książek zakazanych autorów. Równocześnie powstaje lista zakazanych książek. W ciągu roku lista osiągnęła 4,100 pozycji, nie było wśród nich książek Tomasza Manna.

Henryk zostaje pozbawiony niemieckiego obywatelstwa.

Opowieść podręcznej

Henryk wyjechał w samą porę. Następnego dnia jego mieszkanie odwiedziła policja z nakazem aresztowania. Nie zastawszy właściciela zrobili gruntowną rewizję i straszliwy bałagan.

Nelly brakuje pieniędzy. Zostaje aresztowana, gdy próbuje podjąć pieniądze z konta bankowego Henryka.
Konto jest zablokowane, ale wypłacane są regularne należności, na przykład alimenty dla Mimi. Nelly pisze do Henryka, żeby ją oficjalnie zatrudnił jako osobę opiekującą się mieszkaniem i wyznaczył pensję, ma nadzieję, że pensja będzie wypłacana z konta Henryka.
Henryk traktuje tę propozycję podejrzliwie i odwleka decyzję.
Nelly ponownie podejmuje pracę jako krawcowa. Jest pod obserwacją policji, sąsiedzi traktuja ją podejrzliwie, zostaje ponownie aresztowana. W marcu traci przytomność i spędza kilka dni w szpitalu – wyczerpanie nerwowe. Prosi Henryka żeby załatwił jej wyjazd do Francji. Dotarła tam w lipcu. Zamieszkali w Nicei.

Kilka lat później w tym samym domu w Nicei wynajęli mieszkania dwaj emigranci z Czechosłowacji – Joseph Roth – KLIK – i Hermann Kesten – KLIK. Wieczory spędzali na długich rozmowach z Henrykiem i Nelly.
Nelly była urodzonym gawędziarzem.
Poniższą opowieść usłyszał jednak tylko Hermann Kesten.
Henryk był oczarowany barwnymi opowieściami Nelly. Wiele razy namawiał ją, żeby je zapisywała.
Pod koniec roku 1931, gdy Henryk był w Paryżu, zabrała się do tego poważnie. Gdy wrócił pokazała mu. Przeczytał w ciągu jednego dnia. Był zaskoczony – to prawie powieść – powiedział.
– Powieść? To jest moje życie – odpowiedziała. Żartem zapytała czy znalazłby się wydawca dla tej “powieści”.
Następnego dnia Henryk zabrał się do pisania. Nelly ze zdumieniem zauważyła, że kartki z jej opowieściami lądują w palenisku kominka. Henryk wytłumaczył, że książka typu Życie Nelly Kröger nie zainteresuje wydawców. To jest opis poważnego życia i taki będzie tytuł książki – Ein ernstes Leben. Zasady nie pozwalają mu opublikować jej wspomnień pod swoim nazwiskiem, dlatego pisze wszystko od nowa.

Wspomnienie H. Kestena TUTAJ.

Życie na emigracji

Jak już wspomniałem Henryk i Nelly osiedlili się w Nicei, Tomasz z żoną zamieszkali w Küsnach (okolice Zurichu).

Tomasz nie czuł się bezpiecznie w Szwajcarii. Miał wciąż poczucie, że jest śledzony przez hitlerowskich agentów, że może zostać porwany lub zamordowany.
Z drugiej strony nie mógł się pogodzić z utratą majątku pozostawionego w Niemczech – willa, meble, samochód.
W rezultacie nie udzielał się publicznie i nie deklarował oficjalnie swojego stosunku do nazistowskich Niemiec.
Powodowało to niemałą konsternację w świecie literatury. Starsze dzieci, Klaus i Eryka, nalegały na ojca, żeby się oficjanie zdeklarował. Tomasz Mann odpowiadał, że ma większy wpływ na życie umysłowe Niemców, jeśli jego książki są publikowane w kraju.
Publikuje w tym czasie, w Niemczech, kolejne tomy tetralogii Józef i jego bracia. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników.
Zaskoczeniem było, że władze zezwoliły na wywiezienie z jego willi wielu sprzętów i mebli. Najbardziej ucieszyła go kołdra. Gdy do niego dotarła, spał już spokojniej.

Henryk działał bardzo aktywnie. Został członkiem brytyjskiego PEN-clubu, honorowym prezydentem Związku niemieckich pisarzy na uchodźtwie.
Stwierdził, że włada językiem francuskim równie dobrze jak niemieckim i opublikował książkę La Haine – Nienawiść. Książka nie zyskała popularności wśród czytelników francuskich, niemieckich czytelników było na emigracji niewielu, Anglia nie była zainteresowana tłumaczeniem.
Nelly wróciła do zawodu krawcowej.
Henryk zaczął pisać książkę Henryk IV.

Połowa roku 1934 – pierwsze spotkanie Hitlera z Mussolinim, we Włoszech. Hitler jest pełen podziwu dla spadkobiercy antycznych cezarów i filozofów. Opinia Mussoliniego o Hitlerze: szalony mały klown.
Miesiąc później zamach stanu w Austrii, zabójstwo kanclerza Dollfussa. Mussolini oskarża Niemcy o zamach i zapowiada wojnę, jeśli Niemcy wkroczą do Austrii.

Pod koniec 1934 roku Henryk odwiedził swoją byłą żonę Mimi i córkę Goschi w Pradze. Córka wykazywała wielkie zainteresowanie tańcem.
Nelly przepisuje na maszynie zakończony manuskrypt Henryka IV.

Rok 1935 – Tomasz Mann odwiedza Stany Zjednoczone.
Henryk publikuje Henryka IV. Książka zyskuje bardzo wysoką ocenę krytyki – świetne analogie polityczne, literatura najwyższego lotu. Tomasz wypowiada się z wielkim szacunkiem o książce brata, ale czuje, że to już ostatnie słowo Henryka. Wielki brat nie zagrozi pozycji Tomasza w literaturze niemieckiej.

W lutym 1936 roku Tomasz Mann złożył oficjalną deklarację potępiającą władze w Niemczech.
W listopadzie 1936 przyjął obywatelstwo czeskie (Henryk przyjął je kilka miesiecy wcześniej), zaraz potem pozbawiono go wraz żoną i dziećmi obywatelstwa niemieckiego. Jego książki trafiły na listę utworów zakazanych. Uniwersytet w Bonn odebrał mu honorowy doktorat.

Henryk przemawia w Paryżu na na międzynarodowym kongresie pisarzy, w Brukseli – na światowym kongresie pokojowym. Wygłasza przemówienie w Lidze Narodów.

W tym czasie Tomasz z żoną odwiedzają Czechosłowację i Węgry. W Pradze tamtejsi pisarze dyskutują z nim szanse Henryka na literacką Nagrodę Nobla. Tomasz nie widzi żadnych szans.

Chmury przed burzą

Włochy wkroczyły do Etiopii. W Hiszpanii wybucha wojna domowa.

Ideowy marksista Wiktor Serge – KLIK – pisze do Leona Trockiego: Drogi Leonie Dawidowiczu. Martwię się o Was. Czy otrzymaliście mój poprzedni list? Widzę, że tu szykuje się akcja fizycznej likwidacji Zinowiewa i jego grupy. Bierność naszych towarzyszy w obliczu nadchodzących represji to zbrodnia…
W Moskwie odbywa się proces 16 czołowych działaczy komunistycznych, zostają skazani na śmierć. Po procesie odbywa się “wielka czystka”, ginie około miliona działaczy komunistycznych.

Wiktor Serge do Andre Gide’a: … pamiętam strony pańskiego Dziennika, w którym w roku 1933 zadeklarował pan przynależność do komunizmu, gdyż zapewnia on swobodny rozwój osobowości… czytam to w chwili, gdy nikt dookoła mnie nie odważyłby się prowadzić dziennika.

Dokończenie za tydzień

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Bracia Mann (1)

Lech Milewski

Król i rywal

Rywal

“W liście datowanym 19 marca 1950 roku, Tomasz Mann donosił:

Ceremonia pogrzebowa była godna. Przemawiali pastor kościoła Unitarnego i Lion Feuchtwanger , kwartet grał pięknie powolny utwór Debussy’ego, kroczyłem za trumną po ciepłej trawie cmentarza w Santa Monica.

Na wstędze na żałobnym wieńcu był napis: Mojemu Wielkiemu Bratu z miłością.

Tomasz Mann.

Napis bardzo konwencjonalny, ale jednak warto poświęcić mu chwilę, a to nasuwa pytanie – czy Tomasz Mann rzeczywiście uważał swojego brata za wielkiego człowieka, za ważnego twórcę? Czy w ogóle go kochał?”

Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.

Ludwig Heinrich Mann urodzil się 27 marca 1871 roku jako najstarsze dziecko w rodzinie zamożnego kupca, senatora miasta Lubeki.

“Lubeka… po której wędrując dzisiaj odnosi się wrażenie, że tkwi głęboko w gotyckim średniowieczu. (…) w jej atmosferze jest coś ze stanu umysłów w ostatnich dziesiątkach XV wieku, coś z histerii dogasającego już średniowiecza, coś z utajonej epidemii (…) można łatwo sobie wyobrazić, że nagle ni stąd ni zowąd będziemy świadkami jakiegoś tańca św Wita, że wyruszy skądś krucjata dzieci, że pojawią się stygmatycy…”

T.Mann – odczyt O Niemczech i Niemcach – 1949 rok.

Poniżej fragment Tańca Śmierci – 30-metrowego fresku w St Marien Kirche.

Todendanz

Przez cztery lata Henryk nie musiał z nikim dzielić czasu spędzanego ze swoją matką. Tym bardziej odczuwał chwile samotności, gdy matka poświęcała się grze na fortepianie czy zapadała w długie okresy melancholii.

W roku 1875 przybył brat Tomasz, w 1877 siostra Julia, w 1881 Carla.

Rodzeństwo

Na powyższym zdjęciu Henryk ma 16 lat. Pewnie jeszcze bierze udział w przedstawieniach domowego teatrzyku kukiełkowego, który jego brat opisał w opowiadaniu Pajac.
Może jeszcze słucha jak matka czyta dzieciom. Wiadomo, że czytała im wiele opowiadań E.T.A. Hoffmana. Największe wrażenie robiło opowiadanie Sandmann (polskie tłumaczenie nosi tytuł Piaskun), o Natanielu, którego gnębią wizje Piaskuna kradnącego oczy dzieciom, które nie idą grzecznie do łóżka.

Rok później 13-letni Tomasz przeżywał głęboko nieokreślone uczucie do kolegi szkolnego – Armina Martensa.
W opowiadaniu Toni Kroger, nosi on imię Hans Hansen. Tytułowy Toni – kocha fontannę, stary orzech, swoje skrzypce, morze w oddali i cierpi z tego powodu… gdyż im bardziej kochasz tym bardziej jesteś w niekorzystej sytuacji i musisz cierpieć.
W tym samym okresie cztery lata starszy Henryk odwiedzał Pension Knoop gdzie po raz pierwszy doświadczył “normalnej zmysłowej błogości”.

To co dla Henryka było normalne, dla Tomasza było źródłem metafizycznych rozważań. Nic dziwnego, że Tomasz oceniał pisarstwo brata jako przesadne, nieumiarkowane, czasem bezwstydnie erotyczne.

Już w 1887 roku Henryk opublikował swoje pierwsze opowiadania i wiersze. Dwa lata później zrezygnował z nauki w szkole i rozpoczął pracę w księgarni Von Zahn und Jaensch w Dreźnie.

Praca była nudna i męcząca. Wolny czas spędzał w lokalach kulturalnych i rozrywkowych. Równieżw domach publicznych. Stwierdził u siebie wybuch patologicznej zmysłowości. Interpretował miłość jako najwyższą formę szczęścia, które musi prowadzić do literackiego sukcesu. Nie bez powodu nazywał swoje próby literackie Erguss.
W roku 1890 opublikował pierwszą książkę Haltlos – Bezpodstawnie. Następnego roku przeniósł się do Berlina gdzie pracował w wydawnictwie Samuel Fischer.

Ojciec rodziny – Thomas Johann Heinrich Mann – nie miał złudzeń co do charakteru swego najstarszego syna. W testamencie napisał:

“Na kuratorów nakładam obowiązek oddziaływania na praktyczne wychowanie mych dzieci. Na ile to będzie leżało w ich mocy, przeciwdziałać skłonnościom mego najstarszego syna do tzw. działalności literackiej. (…) Podłożem jego skłonności jest marzycielski nieład i bezwzględność wobec drugich, biorąca się może z bezmyślności. Mój drugi syn podatny jest na spokojne wyobrażenia, ma dobry charakter i oswoi się z zawodem praktycznym. Po nim mogę się spodziewać, że będzie podporą dla swej matki.”

Tomasz również nie spełnił oczekiwań ojca. Podobnie jak Henryk miał duże kłopoty w szkole, musiał powtarzać dwie klasy, nie uzyskał świadectwa maturalnego. Ojciec sprzedał rodzinną firmę.
Być może przedwcześnie gdyż ostatni z rodzeństwa, urodzony w 1891 syn Wiktor, odziedziczył po przodkach zdolności kupieckie. Niestety ojciec rodziny zmarł kilka miesięcy po urodzinach trzeciego syna – w październiku 1891 roku.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia Henryk dostał krwotoku płuc. Dwa lata spędził w sanatoriach. W tym czasie rodzina przeniosła się do Monachium. Po dojściu do pełni sił Henryk wyjechał do Włoch.

Tomasz został wezwany do odbycia rocznej służby wojskowej. Po kilku tygodniach nadciągnął sobie ścięgna w łydce i po dłuższym pobycie w wojskowym szpitalu został uznany za niezdolnego do służby wojskowej.
Jego wrażenie z wojska: wrzask, marnotrawstwo czasu i sztywny regulamin dręczyły mnie ponad wszelką miarę.

Mógł więc dołączyć do starszego brata przebywającego we Włoszech. Bracia otrzymywali od matki pensję, po 160 marek miesięcznie.

Najmłodszy członek rodziny, Wiktor 5 lat, wspominał: Wujkowie Heini i Ommo byli we Włoszech (…) czasem przychodziły od nich listy, takie jak ten –

Szkaradnie w głowę stuknięci,
przyślijcie natychmiast tysiąc.
h oraz t.

Nie zapominali jednak o najmłodszym bracie – napisali dla niego wspólnie książkę z obrazkami.

Dyskutowali też projekt napisania wspólnie książki dla dorosłych, roboczy tytuł Upadek.
Tomasz zbierał już rodzinne wspomnienia i anegdoty. Henryk miał napisać rodziały dotyczące historii rodziny, Tomasz rozdziały o jej upadku. Według Henryka napisali wspólnie kilka rozdziałów.
Nie sposób w tym miejscu pominąć wzmianki o wkładzie jeszcze jednej osoby do tego projektu.
Wiktor Mann, który każdą wolną chwilę spedzał na ulicy w towarzystwie dzieci zamieszkałych w okolicy rzemieślników, wspomina: Pewnego dnia Tomasz wziął mnie na bok i zażądał żebym wyobraził sobie następującą sytuację: monachijski drobnomieszczanin ma dosyć wymówek swojej pretensjonalnej żony i chce odciąć jej się tak, żeby nie mogła z tym się pogodzić, żeby skończyło się rozwodem.
– No więc – powiedział Ommo pełen oczekiwania – co ten człowiek zawołał do swojej eleganckiej żony?
Krzyknąłem nie zawahawszy się ani na sekundę: idź do dziabła ty ścierwo parszywe”.

Literackim owocem pobytu we Włoszech dla Henryka była książka Im Schlaraffenland (polski tytuł – W krainie pieczonych gołąbków) – satyra na szerzącą się chciwość. Dla Tomasza była nim opublikowana w 1901 roku książka Buddenbrookowie – dzieje upadku rodziny. Przyniosła mu sławę.
Może ktoś z czytelników pamięta, że w tej książce znajdują się wspomniane przez Wiktora Manna słowa.
Trudno powiedzieć, czy publikacja Buddenbrooków miała jakiś wpływ na załamanie nerwowe Henryka, w wyniku którego musiał spędzić kilka tygodni w sanatorium.

Henrykowi w dojściu do normy pomogła praca nad książką Die Göttinnen – Boginie – trylogia o kobiecie, ktora odnajduje siebie – w poszukiwaniu wolności jako Diana, w pogoni za inspiracją jako Minerwa i w miłości jako Wenus. Oczekiwał, że książka, która mnie kojarzy się z Eat, Pray and Love, będzie wielkim sukcesem. Mocno się zawiódł.

W 1902 roku, najmłosza siostra, Carla, opuściła dom rodzinny, rozpoczynając karierę aktorską. Niezbyt fortunnie. Po przedstawieniu Hamleta, w którym z powodu choroby nie wystąpiła (w roli Ofelii), zabrała z teatru czaszkę i nazwała Nataniel, jak w bajce E.T.A. Hoffmanna.
Niepowodzenia kompensowała sobie ożywioną korespondencją z Henrykiem. Jej rezultatem była książka Die Jagd nach Liebie – Polowanie na miłość. Dla kulturalnego świata Monachium była to książka z kluczem, rozpoznano w niej wiele znanych osobistości.
Matka Henryka miała do niego wielkie pretensje za opisywanie ekstrawaganckich czynów i marzeń swojej siostry oraz za wzorowanie jednej z głównych postaci na osobie szwagra, męża starszej siostry Julii.
Tomasz Mann napisał do brata krótko: ...was Du machst, ist krank – to co robisz jest chore.

W tym okresie Carla zakochała się w Alfredzie Flechtheimie, agencie giełdowym. Miłość była wzajemna, ale rodzice Alfreda kategorycznie zabronili mu małżeństwa z osobą nieżydowskiego pochodzenia.
Carla w dalszym ciągu w listach zwierzała się Henrykowi ze swoich przeżyć a on ponownie napisał książkę opartą na scenicznych i życiowych doświadczeniach siostry – Aktorka.
To chyba zbieg okoliczności, że w tym samym czasie przetłumaczył na niemiecki książkę Choderlos de Laclos – Niebezpieczne związki.

Rok 1905, we Florencji, Henryk poznał i zakochał się w Inez Schmied. Urodzona w Buenos Aires przypominała mu matkę – niemiecko-południowoamerykańskie pochodzenie.
W tym samym okresie napisał książkę Profesor Unrat.

W lutym 1905 roku Tomasz ożenił się z Katią Pringsheim, pochodziła z bardzo zamożnej i szanowanej żydowskiej rodziny. Karnawał bracia wraz z najbliższymi i z Carlą spędzili w Wenecji. Inez nie zyskała sobie sympatii Carli ani Tomasza, który odwracał głowę, gdy mówiła.

Goście hotelu, w którym mieszkali skarżyli się dyrekcji, że ktoś umieścił na parapecie trupią czaszkę. Było to okno Carli.
Henryk sprawdził, w czaszce była mała paczka. Carla wyjaśniła żartobliwie, że to oszczędności jej życia. Po usilnych naleganiach brata wyjawiła, że to dawka cjanku wystarczająca “na uśmiercenie całego batalionu”. Uspokoiła Henryka, że świadomość posiadania takiego arsenału wyostrza jej umysł.

Związek Henryka i Inez przeżywał burzliwe dwa lata, gdyż Inez obawiała się, że małżeństwo odbierze jej niezależność. W rezultacie związek rozpadł się.

Carla przeżywała nową miłość – Leon Landau, syn rabina z Galicji. Jego rodzina absolutnie nie akceptowała aktorki. Zaręczyli się potajemnie. Rodzice straszyli syna wydziedziczeniem, wahał się. Dotarły do niego plotki o jej aferach miłosnych Carli.
30 czerwca 1910 Carla wzięła dawkę cjanku zdolną wytruć cały batalion.
Prawie 40 lat później Tomasz Mann opisał bardzo skrupulatnie tragedię siostry w Doktorze Faustusie – Klaryssa Rodde.

W 1911 – adaptacja książki Henryka – Aktorka – została wystawiona na scenie teatralnej. W tym samym czasie Tomasz kończył Śmierć w Wenecji – wydana w roku 1913 odniosła fenomenalny sukces.

Lata 1911-13 Henryk miał romans z aktorką i mężatką, Edith Kann. Literackim owocem znajomości była sztuka Die grosse Liebe – Wielka miłość.
Miłość nie była chyba zbyt wielka, gdyż w tym samym teatrze poznał Marię (Mimi) Kanovą – Żydówkę jak Katia żona Tomasza, ale z dużo niższych sfer. Pobrali się w sierpniu 1914 i osiedlili w Monachium.

Rok 1914 – Wielka Wojna zaskoczyła obu braci. Ze względu na słabe zdrowie obaj nie zostali powołani do wojska.

Źródła:
1. Evelym Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann. Instytut Wydawniczy PAX 1975.
3. Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.
4. Wiktor Mann – Wir waren Fünf – Było nas pięcioro. Czytelnik 1966.

Cztery w jednej czyli Wymazane Witkowskiego

Ewa Maria Slaska

Wymazane Michała Witkowskiego to cztery powieści w jednej, całkiem byle jak ze sobą sklejone, po to by była to powieść, a nie opowiadania, bo opowiadań nikt nie czyta, jak powiedziała pani z wydawnictwa mojej siostrze, latem 2013 roku. W kilka miesięcy później Alice Munro, kobieta, która nigdy nie pisze nic innego, jak tylko opowiadania, miała dostać literacką nagrodę Nobla. No ale poniekąd to prawda, że opowiadań nikt nie czyta i pisarz musi umieć poskładać swoje dzieła mniejsze w jedno większe, co znowu nie musi być aż tak trudne, skoro powieść nie rządzi się już żadnymi prawami gatunku i można ją posklejać z byle czego, z kaczej łapy, oka muchy i skrzydła ważki, zamieszać w kotle czarownicy i już…

No więc tak to właśnie zrobił Witkowski i wydawnictwo nie mrugnęło nawet powieką muchy, wychodząc z założenia, że ważne, że to Witkowski, a nie to, że coś posklejał, a coś wymazał. Jego nazwisko jest jest tak na oko muchy pięć razy większe niż tytuł, choć ten tytuł jest akurat tym razem, po raz pierwszy od Lubiewa, naprawdę dobry. Choć może jestem niesprawiedliwa, bo w końcu Fynf und cwancyś jest jako tytuł jako żywo jako lizaczek, także udany.

A ta Miłość i śmierć na bagnach to oczywista parafraza Miłości i śmierci wśród lagun László Passutha. Ciekawe, czy tekściarz wydawnictwa Znak.Literanova to wie? Może wie, bo to jednak Znak, może nie, dziś z cytatami nigdy nic nie wiadomo. With the bees you can never tell, Cristopher Robin.

Ten Witkowski pojawia się zresztą w swojej własnej posklejanej powieści jako “ten Witkowski”, co to był w Wymazanym na wieczorze autorskim w bibliotece, czyli w obecnej dyskotece, bo biblioteki już nie ma, podobnie jak nie ma kina ani porządnej szkoły, tylko przystanek autobusowy, sklep Tesco i parking dla TIR-ów Tijuana.

Polska.Wymazane

Pierwsza powieść to owe bagna, na nich Las W Którym Rosną Same Trujaki, a obok lasu miasto Wymazane, złożone z dwóch miast, tego prawdziwego, w którym nie ma biblioteki, sklep nazywa się “Sklep”, a dyskoteka “Dyskoteka”, i tego wymazanego, które nazywa się Tijuana i jest jak z piosenek Manu Chao lub Tercetu Egzotycznego. Welcome to Tijuana, albo za tym pustym stepem miasto jest ogromne. Miasto, które bez trudu przekształca się w Argentynę lub tylko Buenos Aires albo Montevideo, gdzie grasuje przedwojenna banda żydowskich opryszków “Zwi Migdal”, sprowadzająca z Polski biedne dziewczęta żydowskie do południowoamerykańskich burdeli. Przyznaję, że gdyby nie opowieści jednego z moich autorów, niejakiego Viatora, myślałabym, że Witkowski sobie to wymyślił, podobnie jak Tijuanę na granicy polsko-litewsko-estońsko-łotewskiej i to tuż przy granicy z Konfederacją, ale okazuje się, że nie, że rzeczywiście… I że nawet sama osobiście poznałam człowieka, który napisał na ten temat doktorat, nazywa się Piotr Goldyn i zdążył się w międzyczasie habilitować…

Wymazane jest całą Polską nie B, nie C, nie D, tylko może K, L lub M, a najpewniej po prostu W jak Witkowski i jak Wymazane. To ta Polska, w której nic się nie dzieje, a i tak jest coraz gorzej, coraz beznadziejniej, coraz bardziej bez ucieczki donikąd. W tej Polsce nawet jak ktoś obok się dorabia, to i tak nic się nie zmienia, na nikogo nie skapnie ani odrobina złota, ani nawet złota pozłota, nowoczesność omija pole i zagrodę, na polu nic nie rośnie i już nigdy nie wyrośnie… To w tej Polsce W narodzili się i rozmnożyli wyborcy PiSu, aż było ich tylu, że zagarnęli wiele innych lepszych liter i osiągnęli 37,58% w wyborach, a w dwa lata później 47% w sondażach.

Prowincjonalny romans bogatej staruchy z młodzieńcem

W mieście Wymazane mieszka najpiękniejszy młody człowiek na świecie. Po prostu tak. Cud genetyczny. Najpiękniejszy. Sama znałam kiedyś takiego, był kolegą mojego syna z klasy, i w przeciwieństwie do biednego Damiana Pięknego z biednego miasteczka w biednej prowincji biednej Polski, najpiękniejszy młody człowiek na świecie, którego znałam w Berlinie, był jeszcze na dodatek zdolny, miły i bogaty.

Druga powieść należy do znanego gatunku “macronizmy wiecznie żywe” i jest opowieścią o romansie i małżeństwie pięknego Damiana Pięknego z “bogatą złą panią”, prowadzącą – jak w pigułce – wszystkie najbrudniejsze interesy wolnej Polski. Pani jest o 40 lat starsza od naszego bohatera, ma ksywkę Alexis, bo jest wredna jak jej pierwowzorka z serialu, choruje na raka i umiera, a piękny Damian Piękny marzy o tym, żeby wypuścić na wolność wszystkie lisy z jej wstrętnej zasranej lisim gównem lisiej farmy, wypuścić do Lasu W Którym Rosną Same Trujaki… Po śmierci żony Damian będzie jednym ze stu najbogatszych ludzi w Polsce…

Babcia

Trzecia powieść, to już w ogóle nie powieść, tylko seria opowiadań babci bohatera o jej młodości, o szkole, tęsknotach nastolatek z lat 30, wojnie, nędzy, komunie…

Alexis

I wreszcie powieść czwarta, historia Alexis, życie cwaniaczki z bazaru Rożyckiego i królowej praskiej Dintojry.

Wszystkie te powieści są dobrze napisane, każda w odmiennym stylu, każda trochę jak pastisz, a to ze Stojowskiego, a to z Tyrmanda. Najlepsza jest jednak Polska.Wymazane czyli powieść o Polsce W,  Polsce,  w której jak mucha tse tse z padliny, wylągł się PiS, choć słowo PiS nigdzie nie pada. Wymazane wyabstrahowane, oczyszczone z dodatków w postaci nierealnego i wymyślonego romansu, babci i Alexis, to surrealistyczny a przenikliwy opis tego, jak na naszych oczach świat zmieniał się w rozpacz. W związku z tym recenzent(ka) donosi uprzejmie, że Witkowski, dotychczas zdolny pisarz obyczajowy średniego pokolenia, stał się właśnie ostrym pisarzem politycznym, którego powieść bezwzględnie należy przeczytać, a autora zapamiętać, bo może pójdzie siedzieć, a może dostanie Nobla, a może jedno i drugie.


Zacytuję więc na zakończenie fragment z powieści Polska.Wymazane, bo po co mam pisać własnymi słowami, skoro autor sam to napisał doskonale:

Następna stacja na mojej drodze to był bar o wdzięcznej nazwie BAR. Ostatnia speluna w miasteczku. Kiedyś było ich więcej, ale teraz żule wolą kupić piwo w Tesco, a jeszcze lepiej wino w Dino (…). Na parterze starej, przedwojennej kamienicy, która się tu jakimś cudem uchowała i stoi jak fragment czegoś, co nie istnieje, bo zostało wymazane, lecz nie dokładnie, świeci i mruga jedna litera R. Wchodzi się od bramy. Jeśli nieopatrznie wszedłeś do środka, bucha ci w twarz zapach nawet nie tyle alkoholu, co barszczu w proszku podgrzewanego w plastikowym kubeczku w mikrofalówce, z wygiętym plastikowym mieszadełkiem, pierogów z mikrofalówki, kawy rozpuszczalnej w plastiku, hot dogów z mikrofalówki. Czas tego miejsca też jest jakiś tańszy, odmierzany przez plastikowy zegar z napisem Tchibo pokazujący niemal zawsze godzinę trzecią. Kwiatki w białych, plastikowych doniczkach też są tańsze, plastikowe i zakurzone, i na pewno co najmniej raz były w mikrofalówce. Czy chcesz, czy nie, jeśli byłeś na tyle nieostrożny, żeby coś zamówić, musisz w trakcie konsumpcji oglądać na dużym, plazmowym telewizorze Klan czy inny serial tak miałki i płaski, jak danie z mikrofalówki dokumentnie wygotowane i pozbawione jakichkolwiek przypraw. Nie da się tego nie widzieć, bo obraz przyciąga wzrok, a głupie dialogi atakują uszy.

Za barem stoi pani Aldona, ludzki rzęch. Jej twarz jest bezwstydnie pozbawiona jakichkolwiek złudzeń – porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie! Jej oczy otoczone niebieskimi rzęsami patrzą na ciebie tak trzeźwo, że pozostaje ci tylko siąść w kącie i wszystkie swoje plany uznać za kompletnie szalone iluzje. Pod wpływem tego wzroku od razu stawało się jasne, że nie zostanę nigdy żadną, nawet najmniejszą i najgłupszą gwiazdą, że nie potrafię śpiewać, że w ogóle najlepiej iść od razu poszukać sobie jakiejś pracy w stylu mycie kibli w Tesco, cała reszta to iluzje, zużyte i z seckend handu.

400 tysięcy

Autorka twierdzi, że w Niemczech mieszka i pracuje 400 tysięcy opiekunek ludzi starych i chorych. Jestem pewna, że jest ich znacznie więcej, bo zawsze na jedną osobę zatrudnioną legalnie przypada co najmniej jedna osoba pracująca “na czarno”… Łucja jest jedną z tych, które od lat pracują “na biało”. I jedną z nielicznych, które tę pracę potrafiły opisać. Publikowałam tu już zarówno wiersze Łucji, jak i fragmenty dwóch jej poprzednich książek. Dziś trzecia. Właśnie się ukazała.

Łucja Fice

Po drugiej stronie trotuaru gmach ratusza. To tu właśnie powinien stać pomnik opiekunki, bo to właśnie w tym kraju pracuje ich ponad czterysta tysięcy (dane z niemieckiej prasy). Dalej, wzdłuż całej ulicy, rozciągały się małe studia odzieżowe. Odzież wisiała na ulicznych wieszakach. Po prawej stronie olbrzymi budynek, w którym znajdowało się Centrum Handlowe Kaufhof. Zjadłyśmy z Ewelin smaczny obiad, zamówiłyśmy jeszcze lody i ciastka, po których ciężko było wstać. Rachunek wyniósł trzydzieści pięć euro.
– Ewelin, to duża kasa – odezwałam się nieśmiało. – Może ja sama będę gotowała, to zaoszczędzisz?
– Moja droga Gabi! Stać mnie na to – usłyszałam.
– Gabi! Dam ci dziesięć euro na wodę, colę czy cokolwiek. Zdążyłam pomyśleć: Nie! Co za rozrzutność! Pożegnałyśmy się cmoknięciem w oba policzki. Ewelin pojechała do domu opieki, gdzie przebywał jej chory mąż, a ja znalazłam się w mrowisku ludzi i śmiałam się słońcu w twarz, a ono upijało mnie swymi wiosennymi promykami.
Spacerowałam szerokim trotuarem, zapominając, że jestem na kontrakcie, że w ogóle pracuję. Świat jawił się jak bajka. Przyglądałam się wystawom, a do niektórych sklepów zaglądałam. Słuchałam tego brzęczenia miasta. Czułam się, jakbym zagrała w ruletkę i wygrała milion dolarów. Myśli trzymałam z daleka od chorób, starości, śmierci. Czułam tę lekkość, która napawa radością. Nie chciałam wracać do czarno-białego życia, do ciemnych pokoi, w których niewidoczne wycelowane zatrute strzały odbierały życie podopiecznym. Analizowałam swoje dotychczasowe życie – doświadczyłam wszystkiego. Miałam malutkie mieszkanie na poddaszu, w którym przez lata czekałam na nowe. Na emigracji wynajmowałam sutereny z wilgocią, bez okien, gdzie w ścianach były dziury. Pracowałam też w pałacyku jako opiekunka bogatego człowieka. Zaliczyłam europejskie muzea i zwiedziłam wiele atrakcyjnych miejsc w Europie. Czego nie dotknęłam? Gdzie nie byłam? – te myśli zaprzątały mój umysł. Czy mogę mieć do kogoś pretensje? Nie! Bo przecież sama kreśliłam wektor mojego życia. Życie jak fikcja z filmu, a ten cały materializm, to chyba tylko moja wyobraźnia – zakończyłam ten myślowy dialog ze sobą.
Uwielbiam przemierzać miasto wzdłuż i wszerz. Spacerowałam tego dnia całymi godzinami. Byłam wolna i szczęśliwa, choć czułam brzemię bólu, cierpienia, starości podopiecznych, o których akurat rozmyślałam. Kiedy ponownie przechodziłam obok ratusza, w którym pracują władze tego miasta, myślałam o podejmowanych tam decyzjach, które odmieniają losy Augsburga. Miasto lśni czystością i żyje według wskazówek płynących z tego pięknego gmachu. Wyobrażałam sobie, jak dobre decyzje tam się rodzą. Idąc dalej, obserwowałam szyldy banków, napisy na butikach mieszczących się w secesyjnych, odnowionych, kolorowych, czystych kamienicach. Przechodząc obok banku, wyobrażałam sobie faceta, który w dobrze skrojonym garniturze podejmuje z kasy milion euro, jedzie na jakąś azjatycką wyspę i tam się urządza. Kto ma mieć kasę w Europie, jak nie Niemiec?

Cena: 38,00 zł
Data wydania: 30 września 2017
Ilość stron: 392
ISBN 978-83-8011-013-7

Blurb na okładce głosi:

Za kryształowym lustrem to trzecia część trylogii o opiekunkach pracujących w Europie po 2004 roku. Wspomnienia te nie mają służyć gromadzeniu faktów i ciekawostek, lecz mają pomóc zrozumieniu problemów, jakie niosą ze sobą wyjazdy “na saksy” do Niemiec w celu opiekowania się starszymi ludźmi w ich domach. Powieść przepełniają różne emocje, które mogą u niejednego czytelnika wywołać przerażenie, zdziwienie lub niepokój, ale taka jest praca opiekunki i taka jest starość. Książka nie jest ostrzeżeniem, próbą edukowania, czy sięganiem po sprawdzone tematy – jest raczej połączeniem realizmu i duchowych problemów bohaterki wynikających z tęsknoty za domem i rodziną. Wizje ze snów przepojone przeczuciami nieuniknionych wydarzeń dają wyraz innego postrzegania świata. Przeczucia Gabrysi stają się początkiem poszukiwań odpowiedzi na pytania: Kim jesteśmy? Jaki cel ma życie? Czy jesteśmy uwięzionym gdzieś umysłem, a sny odkrywają nam rąbka tajemnicy z innego poziomu rzeczywistości? Gabrysię interesuje fenomen świadomości we wszystkich jej przejawach. Ta synkretyczna powieść ma również przemawiać cierpieniem tych, którzy odchodzą, których dni są policzone.

Dwie poprzednie powieści to Przeznaczenie oraz Wyspa starców. We wszystkich częściach autorka w przejmujący sposób ukazuje tęsknotę Polek za domem i rodziną. Napisać o pracy opiekunki i nie poprzestać na tragizmie – wszechobecnej starości, cierpieniu i śmierci – nie jest łatwo. Dzięki przenikliwości i poczuciu humoru głównej bohaterki udaje się jednak uniknąć patosu, a stworzyć fascynującą obyczajową panoramę, pełną złożonych psychologicznie postaci.

W lustrze

Widzę niebieską barwę mego odbicia
Stoję w kręgu słonecznej żółci
Kręgi rzucają cień na niebieski diadem motyla
Otaczający głowę
P
lama się wzbija w górę
Czuję się rozżarzonym jądrem
Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice czegoś
Nie do wypowiedzenia
Staję się wolną od myślenia przestrzenią
Jestem tylko świetlną mgiełką
Miriady tych mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku
Jestem
zamknięta w wieczności
Czuję ból
Chcę go uśmierzyć
Myślę o Bogu
Skupiam się na diademie motyla
Widzę ognistą materię
Jezioro błyszczącej magmy
Jednak nie ślepnę
Rozumiem bez zdziwienia i wątpliwości
Jestem z kimś połączona
Nie jestem już materią zmęczonego człowieka
Jestem przestrzenią w przestrzeni
Myślenie jest przestrzenią a przestrzeń myślą
Nie widzę już lustra
Nie boję się
Choć spogląda na mnie duże czerwone oko
Jestem na jawie we własnej cielesnej powłoce
Nie mam już diademu motyla
Czy żyję naprawdę?
To pytanie mi nie wystarcza
Może sen to powołanie do życia w innym wymiarze
A może? Co dzień z rana wpadam do materii jak kamyk do rzeki?
A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś
Kto wrzawą dnia puka do mego umysłu
Żyjesz?

Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, i  Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki…

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Barataria 34 Leśmian 14 Sindbad 6

Ewa Maria Slaska

Zaklęte krainy

Cel mej podróży jest, powiada Sindbad, jak zawsze, niewiadomy. Jadę tam, dokąd mię wicher poniesie i dokąd skieruje mię wola niepokonanych czarów.

Popłynął tam samiutki, zmuszony do opuszczenia okrętu, w łódce wiosłowej. I, rzecz jasna, wspomina, że płynął tak trzy dni i trzy noce, aż dnia czwartego ukazały mu się brzegi nieznanej wyspy porośniętej bujną roślinnością. Tysiące barwnych ptaków napełniało powietrze swym śpiewem. Pobiegłem wesoło w gęstwę leśną w tej myśli, iż znajdę tam pod dostatkiem owoców, którymi zaspokoję głód i pragnienie. I rzeczywiście, znalazłem mnóstwo kokosów, bananów, drzew chlebowych oraz winogron. Nasyciwszy głód owocami postanowiłem zwiedzić wyspę, aby się przekonać, gdzie jestem.

Aczkolwiek wyspa zrazu jawiła się Sindbadowi jako bezludna, rychło jednak spotkał on nieszczęsnego staruszka. Dziadunio umierał z pragnienia i Sindbad ochoczo przystał na propozycję, by zanieść go do źródła, gdzieby mógł swe pragnienie ugasić. Ruszył dziarsko przed siebie, by jednak po niewczasie dowiedzieć się od swego jeźdźca, że jest li tylko jego wierzchowcem i to raczej krnąbrnym i zbyt powolnym, wierzchowcem, którego staruch zamierza zajeździć na śmierć. Przez dwa dni i dwie noce biegł po wyspie bez wypoczynku i wytchnienia. Nasz przemyślny wędrowiec zdołał jednak upić wstrętnego dziadygę sokiem z winogron zrywanych w biegu. Tak to już jest na tych wyspach magicznych, że nawet w nieszczęściu zaoferują nam pomoc, nawet jeśli miałaby byc tak dziwaczna, jak wino rosnące na krzakach. Sindbad pozbył się natrętnego jeźdźca i uciekł odeń jak najszybciej.

Przebiegając koło gęstwiny nieznanych mi krzewów spostrzegłem ukosem kwiat tak dziwny i niezwykły, żem przystanął zwabiony jego widokiem. Był to kwiat drobny, lecz utkany ze złotego płomienia, który jarzył się tak mocno i rzęsiście, że dłonią przesłoniłem oczy, oślepione cudownym blaskiem.
Zerwałem kwiat ostrożnie, bojąc się, że mię sparzy swym płomiennym kielichem. Przekonałem się jednak, że płomień tego kwiecia wcale nie parzy, lecz nieci swym dotykiem siły żywotne i budzi ze wszelkiej ospałości. Natychmiast opuściło mię znużenie i uczułem się niby ockniony z ciężkiego snu.
Schowałem kwiat w zanadrze, aby go mieć bliżej serca, które pod wpływem jego ciepła zabiło mocniej i radośniej. Zdawało mi się, że wciąż i nieustannie ocykam się z rozmaitych przykrych snów. Pełen tych ocknień pobiegłem dalej.

Czarodziejski kwiat pozwolił Sindbadowi zaprzyjaźnić się z czarodziejskim młodzieńcem.

Sen… we mnie, sen… poza mną, sen… po nade mną! – odpowiedział młodzieniec. – Jestem tym, który nie zaznał na ziemi nic prócz snu. Nadaremnie co rok odwiedzam tę wyspę! Nadaremnie szukam płomiennego kwiecia, którego dotyk obdarza ocknieniem! Sen… w pobliżu, sen… z dala, sen… wokół, sen… wszędy! Oczy moje nigdy dotąd nie widziały jawy – jeno dźwięki i szumy, i szelesty, i głosy dolatują mię z tego świata, który jest rzeczywistością. Na północnym brzegu tej wyspy znajduje się gród zaklęty. Król tego grodu nazywa się Mirakles. Tysiące milionów lat temu Mirakles przybył na tę wyspę bezludną i znużony podróżą położył się na jej brzegu zielonym, aby się snem pokrzepić. Położył się i zasnął. I przyśnił mu się ogród olbrzymi i tysiące poddanych, i piękna królewna Chryzeida, i pałace, i ogrody, i góry, i rzeki, i strumienie, i ptaki, i kwiaty, i drzewa. A cokolwiek śnił w sobie, to poza nim działo się na wyspie i dzieje się dotąd. Nie istnieje naprawdę, jeno dzieje się i dzieje bez końca! Od tysiąca milionów lat król się nie zbudził i wciąż leży na północnym brzegu wyspy i śni swój sen odwieczny. Możesz własnymi oczyma oglądać jego gród olbrzymi i jego poddanych, i piękną królewnę Chryzeidę, i pałace, i ogrody… Wszystko to – wyśnione i znużone snem, i spragnione od wieków gromadnego ocknienia! Wszystko to zniknie bez śladu w chwili, gdy król się obudzi. Wszakże król się obudzić nie może i poddani jego nadaremnie zakłócają jego sen wielmożny głośną skargą i lamentem! Oczy ich są błękitne i ślepe jak moje. Nie widzą nic prócz wyśnionych przez króla przedmiotów. Nie widzą nic, tylko słyszą… I znużeni są wieczną ślepotą, i zmęczeni są wiecznym nasłuchiwaniem szumów, szelestów i odgłosów. Trzy tysiące lat temu królewna Chryzeida posłyszała szelest płomiennego kwiecia, które rośnie na tej wyspie, a którego dotyk budzi z najcięższych snów. Od owego czasu ja, poddany króla Miraklesa i ulubiony paź królewny Chryzeidy, co rok udaję się w głąb wyspy, aby błądzić po omacku i szukać zbawiennego kwiecia. Lecz poszukiwania moje pełzną na niczym. O, kiedyż nareszcie obudzi się Mirakles! O, kiedyż nareszcie my – jego poddani – odpoczniemy od jego odwiecznych snów i rozwiejemy się w nic, jak czynią sny innych ludzi!

Sindbad i młodzieniec podążyli czym prędzej do błękitnych ogrodów króla Miraklesa, błękitnych, bo sen króla był wyłącznie błękitny.

Oczywiście nie mogę tu nie przerwać tej bajecznej opowieści i nie powiedzieć, że błękitny ogród to niewątpliwie “mój” zaczarowany ogród, bo błękit to moim zdaniem najbardziej czarodziejski kolor na świecie. Zaczarowany kwiat romantyków, Novalisa, Eichendorfera – chaber, jest też błękitny.

Królewna Chryzeida okazała się (oczywiscie) zjawiskową pięknością. Sindbad, jak zwykle, gotowy zakochać się w pięknej buzi, zaczął się nawet wahać, czy w ogóle chce budzić króla z jego odwiecznego snu, ale królewna, aczkolwiek tylko mara senna, okazała niezłomną wolę.

Królewna zwiewnym krokiem pobiegła naprzód, wlokąc mię za rękę, której nie wypuszczała ze swej dłoni. Tłum falując błękitnymi szatami sunął w ślad za nią i za mną.
Dotarliśmy do północnego brzegu wyspy. Na brzegu owym leżał pogrążony we śnie król Mirakles. Był tak olbrzymi, że robił wrażenie żywego wzgórza, które przez sen poruszało się z lekka od westchnień. Tłumy przezeń wyśnione wzdychały, gdy wzdychał – przecierały oczy, gdy on je dłonią przecierał – płakały, gdy on przez sen płakał.
– Wyjmij kwiat z zanadrza! – rzekła królewna. Wyjąłem kwiat, który płomieni! się na swej łodydze.
– Zbliż się do króla! – rzekła znowu królewna.
– Zbudź go!… Zbudź go!… Zbudź go!… – zawołały tłumy. (…)

Pośpiesznie oddaliłem się od ocknionego olbrzyma, gdyż właśnie spostrzegłem okręt, który płynął tuż koło brzegu. Dałem znak dłonią i okręt zatrzymał się natychmiast.

Wbiegłem szybko na pokład i poradziłem kapitanowi, aby niezwłocznie odbił od brzegu, bałem się bowiem olbrzymiego króla. Odpłynęliśmy już dość daleko, gdym posłyszał nagle głos króla Miraklesa, który znowu mówił sam do siebie:

– Położę się na brzegu swej wyspy i zasnę innym snem. Po śnie błękitnym chcę mieć sen purpurowy!

Król Mirakles ziewnął i znowu położył się na brzegu wyspy. Zapewne zasnął natychmiast, gdyż z pokładu okrętu i ja, i kapitan, i marynarze ujrzeliśmy nagle, że na wyspie powstaje kolejno i stopniowo cudowny gród, pełen purpurowych pałaców, purpurowych drzew i kwiatów, i ptaków. Po chwili gród ten zapełnił się ludnością w purpurowych szatach i zdawało mi się, żem wyróżnił wśród tłumów nowopowstałą królewnę równie piękną jak znikniona Chryzeida.

Nie sądzę, by Wes Anderson kręcąc kultowy The Darjeeling Limited przeczytał uprzednio szósty rozdział Sindbada, a przecież gdy zaczyna się przygoda trzech szalonych braci, wsiadają oni do pociągu, w którym wszystko jest błękitne, również strój księżniczki/stewardessy, gdy przygoda się kończy – pojawia się pociąg, w którym wszystko jest purpurowe.

Przenikanie życia i książek

Ewa Maria Slaska

Krajobraz po bitwie

To kolejny wpis o niczym, nawet nie o liczbie 40, co było przynajmniej tematem tego posta, ale bardzo się z tym swoim poprzednikiem sprzed ponad roku wiąże. Zastanawia mnie, że to już ponad rok temu pisałam tam, że “teraz” zajmują mnie Mongołowie, Mongołowie i Tatarzy. Czyli jakie “teraz”, skoro w moich zainteresowaniach nie posunęłam się ani o krok do przodu? Niczego przez ten rok nie zrobiłam, nie pojawił mi się nawet cień zarysu pomysłu na to, jak mogłaby wyglądać książka o “moich Tatarach”. Nie wiem, jak robią to “normalni” pisarze, jakim cudem udaje się im w jakimś sensownym czasie napisać kolejną powieść. Ja się noszę z tematem latami, zbieram materiały i myśli, notuję w zeszytach i w komputerze, zaczynam, przerywam, sprawdzam, zapominam, czytam. Powstają kolejne wersje, a ja, fanatyczny niszczyciel wersji nieaktualnych, czyszczę pole po raz siódmy, dwunasty, trzydziesty trzeci i czterdziesty. Do niczego, co było, nie można wrócić, bo po moim przejściu trawa nie porośnie, jak po Tatarach, ale też jak po potwornych walkach wszystkich innych wojen, a tej Pierwszej zwanej Wielką może najbardziej…

ypern-18-en-pioniere-DW-Kultur-Ypern-jpg

Ypern, po trzeciej bitwie pozycyjnej na polach Flandrii (fotograf nieznany)

Przejmują mnie te zniszczone krajobrazy, te ruiny miast, te pogorzeliska. Natura zawsze wraca tam, skąd wygonili ją ludzie, dziś w tym miejscu jest piękna zielona trawa, jak to we Flandrii, to przecież kraj najpiękniejszej zieleni w Europie…


Foto Klodien 2014

Miałam pisać o czymś innym, o Żydach i Tatarach, i o książkach, a jednak w ciągu pół godziny pisania dotarłam tu, na cmentarz Bard Hütte Friedhof von Ypern. Sprawdzam z niedowierzaniem, jak to zrobiłam… Tatarzy, spalona ziemia, trawa nie porośnie. Ale porośnie, oczywiście. Kiedyś porośnie.


Panieńska Góra koło Dwikoz, foto Jarosław Kubalski. Tytuł galerii: Tatarzy panny tam mordowali. Trawa rośnie włosowata i powabna

Niewiele więc zrobiłam w sprawie tatarskiej książki, ale ponieważ skończyłam pisanie książki żydowskiej (ukaże się w październiku tego roku), a coś we mnie domaga się głosem wielkim książki o Tatarach, oko wychwytuje Tatarów. Czytam jedną z czarnych książek (wyjaśnienie TU). Konwicki Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Wydanie Wydawnictwa Alfa z roku 1989, były jednak dwa wcześniejsze – Krąg, Warszawa 1984 i Aneks, Londyn 1985.  Pierwszy obieg, drugi, trzeci. To ważne. Pasuje ta książka na moją czarną półkę. Portal lubimyczytać.pl pisze, że to chyba najczarniejsza powieść Konwickiego – o stanie wojennym.

Ale w domu czytam van Gulika, jedną z moich ulubionych opowieści o Sędzim Di. Pei-Tscho to miasto na północy Chin. W polskim tłumaczeniu nazywa się Bei Zhou. W czasach dynastii Tang (630-700) gdzieś tu przebiegała granica między cywilizacją a barbarzyństwem. Trzysta mil od miasta stacjonuje wielka armia chińska, której zadaniem jest nie dopuścić barbarzyńców w granice Cesarstwa, ale kiedyś to tu mieszkali barbarzyńcy, a Chińczycy ich wypchnęli na północ. Tam, za obozem zaczyna się Wielki Step, matecznik wszystkich najeźdźców zmierzających do Europy, do Indii, do Chin, od Ariów i Hunów po Mongołów, Słowian i Armię Sowiecką. To dziedziny Tatarów, pustynia Tatarów. Tatarzy są też w mieście, gdzieś pojawia się tatarska garkuchnia, gdzieś tatarska, szamańska magia, morderca boksera to młody tatarski chłopak, boksera otruto tatarską trucizną. W mieście jest zimno, wszyscy marzną, grzeją się przy koszach pełnych rozżarzonych węgli. Tao Gan, jeden z asystentów Sędziego marznie mniej niż reszta, bo ubiera się na modłę tatarską w kaftan ze skór koźlich. Jest zdania, że ta szmatława okryjbida lepiej grzeje niż wszelkie kosztowne szuby.

Rozmyślam przy tej okazji o naszych polskich kożuchach, po które moje pokolenie namiętnie jeździło do Nowego Targu. Dziewczyny nosiły jednak raczej kożuszki, kożuch to była męska sprawa. Nigdy nie pojechałam po kożuszek do Nowego Targu, kroiłam się już na wegetariankę, nie lubiłam mięsa i nie chciałam nosić takiej masy martwego zwierzęcia na grzbiecie. Wtedy to jeszcze mało komu przeszkadzało, ani kożuch, ani futro, nawet karakuły, a zimą wszyscy nosili ogromne czapy ze srebrnego lisa. Jechałam kiedyś tramwajem, zaczytana, niezbyt obecna. Tramwaj szarpnął, podniosłam głowę i zobaczyłam nad sobą stado wielkich, napuszonych srebrnych lisów zwiniętych w kłębki czy może raczej w kłęby. Może się odechcieć na zawsze.

Ta polska miłość do lisich czap – żydowskie to? Do kożuchów i kożuszków – tatarskie? Kozackie?

Ten kożuch bez przeszkód przepływa z opowieści o Chinach w VII wieku naszej ery do pierwszego dnia stanu wojennego w Warszawie. Bohater, Siódmy, budzi się w nocy…

Krótką chwilę walili butami w drzwi. Echo leciało przez wszystkie piętra odbijając się od ścian pokrytych szrenią. Któryś z nich krzyczał, powtarzał płaczliwym głosem jakiś wyuczony rozkaz albo zaklęcie. Wreszcie zajęczała rozdzierająco futryna, poczęły pękać deski drzwi.

Siódmy czekał na tę chwilę od wielu dni. Tak ją sobie właśnie wyobrażał albo może pamiętał z dzieciństwa. Kiedyś ją widział lub usłyszał w opowieści brata, który nie żył już od wielu lat, tak długo nie żył, że w ogóle może nigdy nie żył.

Siódmy odrzucił koce, nie zapalając światła wymacał stopami przygotowane buty, buty jak do więzienia, jak na zesłanie, mocne, o grubej zelówce, z cholewami. Obok butów na podłodze leżał kożuch i ta torba do dalekiej podróży. Na kożuchu spał kot. Nie chciał zejść, jak zwykle, z ulubionego miejsca, czepiał się pazurami kłaków kożucha i grubego swetra na piersiach Siódmego.

(…) Siódmy zobaczył nagle w oszklonej witrynie sklepiku bieliźniarskiego mężczyznę w baranicy z podniesionym kołnierzem. Patrzył przez chwilę na tę nieruchomą postać. To przecież ja, pomyślał. To ja, uciekinier.

Człowiek w kożuchu grzejący się przy prowizorycznym piecu, koksowniku, ognisku, kozie, koszu węgli swobodnie przechodzi między książkami.

Na placu stały transportery opancerzone, kręcili się żołnierze w rosyjskich czapkach zimowych, ale z orzełkami, jakieś skulone cienie grzały się przy prowizorycznym ognisku rozpalonym niedaleko pomniczka. Grzechocząc gąsienicami żywy czołg wlókł na żelaznym drągu martwy czołg. Lecz pod tym gwarem motorów była martwa cisza miasta, które spało albo udawało, że śpi.

Trzej przyboczni sędziego Di siedzieli w strażnicy, dookoła
płonącej na kamiennej podłodze kłody drewna, w milczeniu
wpatrywali się w ogień. (…) Sprawcie, Niebiosa, powiedział Ma Joong, bym już nie musiał oglądać tego wytartego kaftana!
– Przenicuję go, gdy już będziemy w stolicy! – spokojnie
odparł Tao Gan.

Mężczyźni w kożuchach grzeją się przy ogniu. Może myślą o kobietach, Siódmy o Tatarce czy Karaimce, która była jego pierwszą miłością, tak dawną, że on już o niej nie pamięta, ale ona nie zapomniała. Przyboczni Sędziego Di myślą o atrakcyjnej młodej kobiecie i o tym, że zabiła ich przyjaciela, boksera Lan – to wdowa Lu, półkrwi Tatarka, dzika i dumna, która, przebrana za tatarskiego chłopaka, weszła do łaźni. Jakże to jednak chińskie, że tatarska trucizna, którą kobieta wrzuciła mistrzowi do herbaty została włożona do kwiatu jaśminu.

Czy muszę dodawać, że właśnie przyszła koleżanka i pijemy jaśminową herbatę w chińskiej biało-niebieskiej porcelanie? Nie, zapewne nie muszę, cóż w tym zresztą dziwnego? Gorzej, że wychodzę z domu, będę dość długo jechała metrem, zabieram do czytania Konwickiego. I gdy czytam…

Siódmy wgramolił się do wozu, oparł zdrowe biodro o kanapkę pokrytą dermą i tak zamarł z wyciągniętymi sztywno nogami.
– Tylko nie zapomnijcie gdzieś torby – upominał agent, podając sierżantowi zdobycz.
Sierżant z kolegą wskoczyli do wnętrza, zasunęli blaszane drzwi. Sierżant stuknął w druciane okno, za którym widać było plecy kierowcy.
– Do szpitala. Na dyżur – zadysponował.

… słyszę jękliwy głos, który mówi to samo po niemiecku, bitte, helfen Sie mir, ich habe Schmerzen, ich muss ins Krankenhaus… Nie muszę nawet patrzeć, wiem, to ten sam żebrak, którego już kiedyś spotkałam w metrze, Turek, wyglądający jak Żyd z getta warszawskiego, chodzi zgięty w pół, patrzy człowiekowi z dołu prosto w oczy i żebrze jękliwym głosem. Już przez niego kiedyś płakałam, bo wszedł w moje myśli, gdy czytałam w metrze książkę o śmierci w getcie kogoś, kogo nigdy nie znałam, ale kto jest mi bardzo bliski, a wtedy ten Turek… I teraz też ten Turek… daję mu wszystkie pieniądze, jakie mam, nie jest tego dużo, nigdy nie mam przy sobie dużo, i patrzę na tego Turka, który idzie do szpitala, tak jak Siódmy z powieści Konwickiego, Turka, który wygląda jak Żyd, i przypominam sobie, że Tatarzy to wcale nie jest lud mongolski tylko turecki…

***
PS1. “Zupełnie przypadkiem” nagrywałyśmy dziś z Joasią Ratajczak (“piękna Polka w Berlinie”) audycję o tym, kto, kiedy i dlaczego daje (lub nie daje) w Berlinie jałmużnę żebrakom. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Polacy dają znacznie rzadziej i skąpiej niż Niemcy i niż cudzoziemcy. “Jestem dla nich niewidzialny”, skomentował. Sami Polacy są przekonani, że dają dużo i hojniej niż reszta świata.

PS2. Zdarzyło się też przedziwne przenikanie pomiędzy Konwickim a Jaqueline  Susan. Ktoś mógłby zapytać, co mogą mieć ze sobą wspólnego powieścidło amerykańskie wydane w roku 1969, a traktujące o Stanach w latach 50, i polska powieść polityczna z roku 1984. Ale okazuje się, że i tu zdarzają się przetoki i synapsy. W obu książkach bohaterowie, uprawiający seks wszędzie i z kim popadnie, trafiają na przepiękną kobietę, która, co okazuje się jednak dopiero po stosunku, jest zoperowanym mężczyzną. Obie kobiety płaczą, bo czują, że trafiły na wspaniałego mężczyznę, którego mogłyby pokochać na całe życie, ale nic z tego, bo ten, kogo pokochały i tak nie zechce takiej “odmieńczyni”…
Nie znam się na tym, ale podobieństwo tych dwóch tekstów daje do myślenia, nie dlatego bym sądziła, że to prawda, skoro pisze o niej dwoje pisarzy z innych światów. Zaskoczyło mnie, bo oba teksty wydały mi się przede wszystkim pobożnym życzeniem, jakąś męską fantasmagorią o tym, że jestem tak wspaniały, iż transseksualna kobieta uległa memu męskiemu czarowi i mojej seksualnej mocy.
No, ale przecież jedną z tych książek napisała kobieta. Sprawdzam więc, czy może Susan była mężczyzną, ukrywającym się pod kobiecym pseudonimem, ale nie – to na pewno autorka, tyle że pomawiana (takie były czasy, Susan żyła w latach 1918-1974, kobiety się pomawiało) o biseksualizm… Hmmm, nie wiem, co o tym myśleć, i chyba nawet unikam wyciągania wniosku z tej konstatacji, obawiam się, że może tym samym atakuję czyjeś prawo do bycia tym, kim jest, albo może imputuję kobietom transseksualnym, że… Nie będę już brnęła… Ale jakby mi ktoś pomógł, to bym była wdzięczna. Nawet nagrodę bym może dała/ wysłała…

PS3. A może po prostu wszystko, co myślimy, czujemy i wiemy, wpływa do ogromnego rezerwuaru i wszyscy pisząc czerpiemy z tego ogromnego źródła i wszystko jest naszą wspólną myślą, i dlatego właśnie przenikają się bez końca nasze lektury, sny, spotkania i to, co piszemy…

Barataria (33) Leśmian (13) Sindbad (5)

Ewa Maria Slaska

Głodnemu ślub na myśli

To już nie zapowiedź śmierci, jak to było jeszcze w poprzednim odcinku, to już śmierć sama szczerzy zęby w kolejnym rozdziale przygód Sindbada żeglarza, śmierć głodowa. Sindbad znowu, zwabiony przez Diabła Morskiego, wsiada na statek, dzierżąc w dłoni przynoszący nieszczęście list potwora.

— Rozkazuję — rzekł kapitan — rozkazuję staremu marynarzowi, aby list niezwłocznie rzucił do morza. Ciebie zaś, krewniaku diabelski, wysadzimy na pierwszym lądzie, który po drodze spotkamy. Przypuszczam iż będzie to ląd, a raczej wyspa bezludna, na której albo zginiesz z głodu, albo umrzesz z nadmiaru samotności, albo skonasz z powodu zbyt wyłącznego przebywania sam na sam ze sobą, ile że jesteś nasieniem diabelskim i obecnością swoją nie tylko innym, lecz i sobie samemu możesz, jak myślę, śmiertelnie dokuczyć.

Już po trzech dniach

…ujrzeliśmy przed sobą wyspę samotną, bezludną i skalistą. Na tej właśnie wyspie wysadzono mnie, a raczej kazano wysiąść. (…) Wyspa pokryta była skałami. Zresztą — ani drzew, ani ptaków, ani strumieni, ani nawet źdźbła trawy. Skały, skały i skały. Pomiędzy skałami wiły się ścieżki zawiłe. Zacząłem się błąkać po tych ścieżkach, rozmyślając o bliskiej śmierci głodowej, która mnie czekała…

Jednak nie było aż tak tragicznie, bo

na zakręcie jednej ścieżki ujrzałem pałac kuty w skale. Miał olbrzymie drzwi z szarego kamienia, które stały otworem. Natychmiast wszedłem do wnętrza pałacu. Wbiegłem po pustych schodach na piętro, a stamtąd do obszernych, złocistych komnat, w których unosił się smaczny zapach rozmaitych potraw. Komnaty jednak były puste, bezludne, samotne. Węsząc zapachy smażonego, pieczonego i duszonego mięsiwa, szedłem dalej — z komnaty w komnatę, aż wreszcie w ostatniej komnacie ujrzałem postać ludzką.

W komnacie siedział samotnie ubrany w jaskrawożółte szaty tłuścioch. Zachowywał się tak, jakby jadł najwspanialsze smakołyki, a przecież, jak to Baratarii, nie jadł nic. Zaprosił Sindbada do stołu i ten stół i krzesło, na którym usiadł wyczerpany i głodny wędrowiec, był w tej opowieści jedynym faktem realnym. Stół i krzesło. Reszta była na niby. Niby lokaj, niby nakrycia, niby talerze, misy i półmiski, niby mięsiwa i niby sosy, ryby, owoce, ciasta, chleby. Gospodarz jadł wraz gościem.

Zjedli urojone sardynki, uważając, żeby się nie poparzyć wypili urojony rosół, zagryzając gorącym pasztecikiem. Są to paszteciki mojego własnego pomysłu, wyznał tłuścioch.

W ich wonnym i parnym wnętrzu tkwi odrobina jarząbka, źdźbło kapłona, naparstek móżdżku i złotawa krztyna szpiku wołowego. Piękna to zaiste chwila, gdy owe z rozmaitej dziedziny mięsiwa i tłuszczyki wejdą pomiędzy sobą w milczące porozumienie, ażeby wspólnie utworzyć jednolity i niepodzielny smakołyk! Jarząbek zapożyczy smaku od kapłona, kapłon — od móżdżku, aż wreszcie wszystko troje przesiąknie na wskroś wnikliwym szpikiem, aby napęcznieć, wyprzejrzyścieć i przysposobić się do ostatecznego roztajania na szlachetnym podniebieniu pożądanego gościa!

Zastanawia mnie, czy Leśmian zjadł kiedykolwiek tak wymyślnie nadziewany pasztecik, czy też już w momencie kreowania owego dania na papierze, tworzył dzieło urojone. Wyimaginowanym a niezliczonym daniom towarzyszyły wyimaginowane wina najprzedniejszych gatunków. Sindbad dobrze się nadawał na gościa przy stole nakrytym w Baratarii. Wspaniale udawał, że się przejadł i spił. A przecież…

…głód i wściekłość wstrząsały moim ciałem. Postanowiłem ukarać dziwacznego a nielitościwego gospodarza.
— Nazwałbym cię osłem, gdybyś nie był podobny do wieprza — rzekłem, udając bełkot pijanego i trzepiąc go płazem dłoni po pulchnych podbródkach.
Tłuścioch pośpiesznie usunął się ode mnie.
— Widzę, że się spiłeś nie na żarty, człowieku nieobliczalny! — zawołał z udanym uśmiechem, (…) miarkuję, że ledwo na nogach się trzymasz! Uprzedź mnie przynajmniej, jakich zazwyczaj wybryków imasz się po pijanemu?
— Biję! — odrzekłem.
— Bijesz? — spytał tłuścioch, najwidoczniej truchlejąc:
— Biję! — powtórzyłem z mocą.
— Kogo? — spytał tłuścioch.
Zamiast odpowiedzi porwałem go za kark, obaliłem na ziemię i jąłem raz po raz okładać go pięścią. Przerażenie jego było tak wielkie, że nawet nie krzyknął. Obdarzywszy go odpowiednią ilością razów, podniosłem z ziemi, chwyciłem za gardło i przyparłem do muru.
— Puść mnie, puść! — zawołał, blednąc ze strachu. — Każę ci podać najprawdziwsze, najrzeczywistsze potrawy! Oddam ci za żonę moją córkę jedynaczkę wraz z połową mego majątku!

A więc pojawiła się wreszcie ta obowiązkowa na każdej wyspie czarodziejskiej królewska córka-jedynaczka, która wnosi narzeczonemu w posagu pół królestwa. Pojawia się też obficie a rzeczywiście zastawiony stół biesiadny.

Podczas, gdy pożerałem potrawę, zda się, dwudziestą czwartą, weszła do pokoju cudowna Stella, córka tłuściocha. Była piękna bez zarzutu, lecz miała jedną wadę, mianowicie zbytnią otyłość, którą po ojcu odziedziczyła. Otyłość ta wszakże nie koślawiła jej urody, ponieważ ruchy miała niezwykle zręczne i zwinne, ruchy wiotkiej i smukłej dziewczyny. W jedzeniu lubowała się tak samo jak ojciec i posiadała podniebienie tak samo wytrawne. (…) Po zjedzonym obiedzie, nie zwlekając ani chwili, poślubiłem piękną, aczkolwiek zbyt otyłą Stellę i zamieszkałem w pałacu dobrodusznego tłuściocha.

Niestety, niestety… Poślubiając Stellę Sindbad zapomniał, że ma już jedną żonę, ową poślubioną we śnie i grającą mu na lutni nieistniejącą senną zjawę, Urgelę… A tymczasem niestety Stella cierpiała na bezsenność… To się nie mogło dobrze skończyć. Stella, ogarnięta potworną zazdrością, nie pozwalała mężowi nawet na najkrótszą drzemkę, szczypała go i szarpała, byle by tylko nie spotkał we śnie Urgeli.

Wreszcie stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Stella z pewnej księgi czarodziejskiej dowiedziała się, jakich sposobów trzeba użyć w celu wywleczenia Urgeli z głębiny snów na jawę. Pewnej nocy, gdy zasnąłem, pokropiła mnie wywarem odpowiednich ziół i wymówiła odpowiednie zaklęcie. Pod wpływem owych ziół i zaklęcia Urgela, która właśnie grała w mym śnie na lutni, straciła nagle swoją równowagę senną i wychyliwszy się poza obręb snu w rzeczywistość, znalazła się nagle — drżąca i wylękła — na środku komnaty, przed obliczem gniewnej Stelli. Zbudziłem się natychmiast i ujrzałem scenę, której nigdy nie zapomnę. Żona moja otyłymi dłońmi wpiła się w widmowe, złociste warkocze przerażonej Urgeli. Widziałem, jak dłonie Stelli, nie mogąc rozszarpać zbyt nikłych i niepochwytnych warkoczy, ześlizgnęły się na piersi wróżki i wpiły się paznokciami w jej widmowe, niepochwytne ciało, które było jeno snem zlęknionym. Smukła, powiewna postać Urgeli przepełniła się dreszczem, pod którego przemocą ciało jej tak wyprzejrzyściało, że obicia przeświecały przez nie. Wreszcie dłonie Stelli, nie mogąc wyczuć kształtów Urgeli, podążyły ku lutni złotej, którą w ręku trzymała, wyrwały tę lutnię i poszarpały ją w złote strzępy, które spłonęły jak jęzory ognia i zgasły raz na zawsze. Wówczas jęk i płacz melodyjny wyrwał się z piersi Urgeli.
— Zabiła mnie, pozbawiając lutni! — jęczała Urgela. — Nie dano mi umrzeć, bo nie żyłam, tylko śniłam się ludziom, ale już odtąd nigdy nikomu przyśnić mi się nie wolno!
I z tymi słowy na ustach Urgela znikła, aby już nigdy nie odwiedzić mnie we śnie.
Zbrodnia mojej nieco zbyt otyłej małżonki napełniła mnie takim wstrętem i oburzeniem, że natychmiast opuściłem pałac i, pędząc co tchu przed siebie, skierowałem swój bieg ku morzu.

No i jak zwykle, przy brzegu akurat (akurat! pamiętamy to bajkowe słowo?) przepływał okręt…

Taka to bajka. A cztery prawdy z niej wynikające? Jedną rozpoznaję natychmiast:
Zazdrość to uczucie, które nakarmi się byle czym, nawet zjawą senną.
Jedna jest oczywista i kończy każdą bajkę: Nie ma bajkowych skarbów i bajkowych ożenków, a za każdym bajkowym ślubem czai się zbrodnia lub przynajmniej jej możliwość.
Trzecia prawda głosi, że każdego znienawidzimy kiedyś za to, za co go pokochaliśmy.
I czwarta wreszcie, że każda czarodziejska wyspa jest czarodziejska tylko dopóki nie stanie się naszym życiem, a wtedy nagle będzie formą codziennej niewoli. Doświadczyli tego wszyscy, którzy pogonili kiedyś za jakąkolwiek ułudą. Bo gdy ułuda stanie się życiem, to trzeba będzie robić to co zawsze, żyć swoje życie.

Była taka książka Maria Vargasa Llosy o Gauginie. Nazywała się Raj tuż za rogiem (2003, El paraíso en la otra esquina). Marna książka, ale właśnie o tym. O rajskich wyspach, na których cierpimy nędzę, chorujemy na syfa i nawet samobójstwo się nam nie uda, po prostu żyjemy nasze marne, niekiedy podłe życie. I nic nas nie uratuje. Aż umrzemy.

Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891

Krzysztof Masłoń napisał o tej książce:
“Najsilniejsze jednak i najpiękniejsze jest autorskie przekonanie o znaczeniu sztuki. Bo to ona, to arcydzieła Gauguina, przetrwały w ludzkiej zbiorowej pamięci, a nie jego marne, niekiedy podłe, życie”.


Maleńka uwaga poza tematem: Ilustratorzy, autorzy okładek, recenzenci książki Llosy (ja też) wyrządzają autorowi paskudną krzywdę. Otóż w powieści cały czas jest mowa o “Paulu”, dopiero na ostatniej stronie czytelnik dowiaduje się, o kogo chodziło.  A my wszyscy tymczasem swobodnie i bez oporów zdradzamy to, co w każdej książce najważniejsze – jej tajemnicę.