Nowe książki, nowe kobiety

Ewa Maria Slaska

Roksana Wiankowska. Nowa autorka. Przyszła z sieci. Już kiedyś wspominałam, że bardzo lubię, gdy autorzy przychodzą sami. Przyszła, żeby pokazać książkę, którą właśnie wydała. W jednej z dedykacji (jest ich kilka) napisała:

Witaj, jeśli to czytasz, oznacza to, że chętnie
poznasz historię niejakiej Anastazji, która
stoczyła walkę z samą sobą. Było to nieodłącznym
elementem jej uzdrowienia. Po dość trudnym
dzieciństwie, uczuciu osamotnienia, zagubienia,
długotrwałej hospitalizacji, zdobyła się na walkę
ze swoim wewnętrznym JA. Polecam tę książkę
szczególnie tym, którzy słowo „anoreksja” znają
nie tylko z encyklopedii.

Nie znam słowa anoreksja z autopsji, nie znam jej też z encyklopedii. Gdy byłam młodą panną nie było tego słowa w encyklopedii. Wiem, bo moją pierwszą encyklopedię przeczytałam hasło po haśle. Przyznaję jednak, że była to pozycja wprawdzie dość gruba, ale jednak mała, jednotomowa, i miała co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy haseł. Oczywiście i my, młode panny w PRL, miałyśmy problemy z wagą i moja Mama naśmiewała się ze mnie, że na wewnętrznej stronie drzwi szafy z ubraniami nakleiłam sobie dwa artykuły z Filipinki, a może już z Kobiety i życia: Jak schudnąć? oraz Jestem chuda, dlaczego?
Nawet nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o anoreksji. Na pewno już po wyjeździe z Polski czyli w drugiej połowie lat 80. W Namiętniku Manueli Gretkowskiej (1988) jest opowiadanie o anorektyczce, która miała wizje i potrafiła przewidywać numery wygrywające w totolotka. Był też taki wywiad z niemiecką aktorką i pisarką Doris Dörrie na temat jej książki Samsara, w którym pisarka mówi:

Każda choroba jest wyrazem tego, czego człowiekowi brakuje. Teraz często jest to anoreksja młodych dziewcząt, na przełomie wieków to była histeria, a pod koniec XV wieku kobiety, które nie jadły zostawały świętymi. Przyświecała temu religijna wiara, że jeśli nie będziesz jadł, Bóg cię nakarmi. (…) Choroba wypełnia czarną dziurę, którą musisz czymś wypełnić, bo inaczej nie poradzisz sobie z życiem, nieważne czy są to ekstazy narkotyczne lub religijne, czy też jedzenie dużo lub nic, zawsze chodzi o wypełnienie tej dziury.

Myślę, że Roksana Wiankowska, autorka Anoreksji na śniadanie i jej bohaterka – Anastazja, to właśnie udowadniają.

Kolejną rzeczą, która kojarzyła mi się ze spokojem ducha, było jedzenie. Tak, podczas wspólnych posiłków z Franciszkiem i mamą czułam się bezpiecznie. Wtedy panował zazwyczaj spokój. Być może budzi się w Tobie pytanie, dlaczego popadłam w anoreksję, jeśli lubiłam jeść? Pozwól, że Ci wytłumaczę: oglądając seriale zauważyłam, że większość atrakcyjnych, chudych dziewczyn czuje się  dobrze w swoim ciele. dodatkowo są akceptowane przez innych, mają masę przyjaciół. Natomiast ja byłam niziutka i mimo swej drobnej budowy wyglądałam zdrowo. Jednak nie czułam się atrakcyjna. Nie wiedziałam, dlaczego. Po czasie stwierdziłam, że być może, jeśli odrobinę schudnę, zacznę być zauważana i doceniana przez otoczenie.

Wypełnienie czarnej dziury to zajęcie, które, gdy jesteśmy młodzi i musimy zorganizować swoje życie, uprawiamy wszyscy. Jedni chcą być mądrzy, inni bogaci, niekiedy trzeba być sławnym, niekiedy chudym. Anoreksja na śniadanie to opowieść o tym, jak młodziutka dziewczyna popada w zależność od choroby i jak z niej wychodzi.

W (kolejnej) dedykacji autorka deklaruje:

Dla Mamy
Książkę chciałam zadedykować mojej mamie, bez której pomocy nie wygrałbym tej walki.
Chcę, abyś wiedziała, że zawdzięczam Ci swoje życie. Sposób, w jaki przyczyniłaś się do mojej walki z chorobą jest największym dowodem matczynej miłości. Zdaję sobie sprawę, jak wiele wycierpiałaś. Dziś bez problemu mogę stwierdzić, że dowiodłaś, iż prawdziwe uczucie ,,potrafi góry przenieść’’. Wiedz, że jestem Ci dozgonnie wdzięczna. Dziękuję, że nie pozwoliłaś mi utonąć.
Kochająca córka.

Wzruszająca dedykacja. Ale w samej książce ten moment jest zaznaczony dość ogólnikowo. Mama zmusza córkę do leczenia, a potem odwiedza ją w klinice, ale jej udział w terapii córki jest mało widoczny. To zresztą szerszy problem, jaki tu zauważam. O ile bowiem popadanie w chorobę i sama choroba zostały przedstawione znakomicie, niekiedy wstrząsająco, o tyle wychodzenie z niej jest nieco schematyczne, a realne opisy zostają  zastąpione tezami i deklaracjami. Można by powiedzieć, że nie do końca udało mi się uwierzyć, że Anastazja jest postacią rzeczywistą, a jest to kluczowa sprawa, bo Anoreksja… to nie powieść do czytania, tylko powieść z przesłaniem: postaraj się, a uwolnisz się z kleszczy nałogu. Uwierz w siebie, mówi autorka, a wyrwiesz się, tak jak wyrwała sie bohaterka książki, ale też – jak wyrwała się z nich sama autorka.

Ale postawiona wobec pytania-wyboru: uwierzyć autorce czy nie uwierzyć, intuicyjnie wierzę. Wierzę, bo warto uwierzyć. Wierzę, bo chcę, żeby wierzyły jej młode dziewczyny, ich matki i babcie, przyjaciółki i siostry. Wierzę, bo wielu z nas potrzebne jest myślenie o anoreksji, o tym skąd się bierze, jak zżera człowieka i jak się można jej pozbyć.
A przynajmniej spróbować…

Niewątpliwie sama Wiankowska, młodziutka, piękna kobieta, sprawia wrażenie osoby zdrowej, szczęśliwej i takiej, która znalazła sposób na życie. W sieci znaleźć można (było) jej webinar o tym, jak wydała swoją książkę.

Książkę można zamawiać na www.roksanawiankowska.eu

Książkę warto a może nawet trzeba kupić, nawet jeśli myślenie o anoreksji nie jest nam do niczego potrzebne. Powinno się i tak kupić z uwagi na niezwykłą po prostu szatę graficzną. Tak pięknej typografii dawno nie widziałam; jej autorką jest Elżbieta Lubińska, a projekt graficzny Anoreksji… był jej pracą magisterską. Poniżej jedna z ilustracji w tekście. Są to zawsze opracowane graficznie słowa i zdania książki. Tu końcówka zdania: Teraz sobie rycz.

Na zakończenie chciałabym się jeszcze podzielić z Wami refleksją na zupełnie inny temat. Roksana jest już drugą młodą kobietą, jaką poznałam w ciągu ostatniego roku (z kawałkiem), która wydała swoją własną książkę i uczyniła z niej swój sposób na życie. O pierwszej pisałam już TU na blogu, a potem od czasu do czasu reblogowałam jej teksty. Na przykład TU.

Magda Bębenek i Roksana Wiankowska należą do nowego pokolenia kobiet. Obie napisały swoją własną książkę, a jednocześnie coś w rodzaju poradnika dla innych młodych kobiet. Obie sięgnęły po własne doświadczenia i nie boją się o tym mówić. Obie same wydały swoją książkę, nie oglądając się na recenzentów, krytyków i cały ten wydawniczy kram. Obie wreszcie odniosły, odnoszą lub odniosą sukces ekonomiczny. Obie są odważne, pełne życia i umieją przerobić porażki w sukces. Obie są sobą i porada, jakiej udzielają innym (młodym kobietom) tak właśnie brzmi: uwierz w siebie i bądź sobą.

O, nowy wspaniały świat, o nowe książki i nowe kobiety!


Fragment tekstu Anoreksja na śniadanie: śniadanie

Po gimnastyce, około 8:15, było śniadanie. W dni robocze dostawaliśmy standardowo zupę mleczną i 2 kromki chleba. Do picia była jakże cudowna herbatka przesłodzona białym cukrem. Do dzisiaj zastanawiam się, jakim cudem posiłki o takim składzie były częścią diety „prozdrowotnej”… najtańsze białe pieczywo, cukier, mleko. Ironią losu było to, że spożywały to osoby o cięższych zaburzeniach psychicznych niż anoreksja. To wyjaśniało ich nagłe ataki szału pomiędzy posiłkami, podczas gdy poziom glukozy we krwi gwałtownie spadał…
Później mieliśmy 5 minut, aby się przebrać, umyć zęby i przygotować się do nauki w „szpitalnej szkole”. Czułam się niczym w więzieniu. Każda minuta mojego dnia była skrupulatnie zaplanowana. Co gorsza – mój nastrój uzależniony był od humoru pielęgniarki mającej dyżur. Większość z nich wydawała się być całkiem miła, może poza tą znerwicowaną psychoterapeutką Patrycją. Na szczęście, gdy się dowiedziała, że jestem tutaj ze względu na anoreksję, nie próbowała mnie atakować.
Mimo to bardzo się jej bałam. Moją strategią było rozmawianie z nią o przepisach kulinarnych. Właśnie to pozwalało mi przejść bezpiecznie przez pole minowe, którym była sala od terapii. Mój dzień wyglądał jednak nieco inaczej niż innych pacjentów na oddziale. Każdy posiłek był uhonorowany półgodzinną przerwą na leżenie. Dopiero po sumiennym wykonaniu polecenia mogłam wybrać się na zajęcia szkolne.


20 czerwca Roksana i ja będziemy prezentowały jej książkę w Berlinie
Zapraszamy na godzinę 19:

OstPost
Choriner Str. 84
10119 Berlin
info@ostpost-berlin.de

Zakopane wymazane wzgórze psów

Ewa Maria Slaska

Lament nad Polską (zapiski literackie człowieka staroświeckiego)

Dla Esther Schulz-Goldstein

Pisarze piszą. Duzi pisarze dużo piszą. Piszą dużo dużych grubych książek. Są też pisarki. Też piszą dużo grubych książek, ale akurat dziś staroświecko zaatakuję trzy grube książki napisane przez pisarzy czyli przez mężczyzn. Tak wyszło. Co gorsza, przyznam się, że dwie z tych książek już tu na blogu chwaliłam, a i trzecią można by było na upartgo pochwalić (a nie jest to blog literacki i nie biorę na warsztat każdej książki, jaka się ukazała, a nawet daleko nie każdą, którą przeczytałam.). TU chwaliłam Zakopane, a TU Wymazane. Ale Wzgórza Psów już nie mogę pochwalić, mimo że rzecz jest nie najgorsza i pewnie, gdyby nie zakopane i nie wymazane, zasługująca na zainteresowanie.

Jest gruba. Wszystkie liczące się teraz książki są grube. Trochę to nadmuchane nieekologicznymi metodami wydawniczymi, gruby (ale lekki) papier, szerokie marginesy, duża czcionka. Ale i bez tego są grube. My (zaczynam lament staroświecki) przyzwyczajeni byliśmy do tego, że pierwszą książką jest tomik, tomik wierszy rzecz jasna, i liczy 30, 50, no góra 80 stron. Tomików można było wydać dużo. Na przykład 18, 20.

A potem pojawiają się pierwsze nasze powieści, nasze debiuty!, i liczą 150, no 200 stron. Trzysta to już była gruba rzecz, na trzysta trzeba się było sporo napracować, a może i mieć znajomości. Wydawnictwa borykaąy się z brakiem papieru, nie można sobie było pozwolić na grube książki. Ale taka niewielka powieść była świetna. W sam raz do czytania pod ławką podczas wykładów, w łóżku, nawet pod kołdrą i przy latarce, w pociągu.

Przyzwyczajenie do średnich wymiarów książki przydało się też, gdy zaczęliśmy czytać i wydawać książki w II i III obiegu, podziemne, wydawane za granicą. Łatwiej je było poutykać po kątach, nie rzucały się w oczy.  Na półce po lewej tomiki Andrzeja Nazara; zdjęcie własnej półki zrobione przez autorkę bloga To przeczytałam.

Powiem przy okazji, że jak na to, ile miejsca w naszym życiu i w naszych bibliotekach zajmowały “tomiki”, w sieci jest dziwnie mało zdjęć regałąw z “tomikami”. Wiele jest natomiast fot powtwierdzających moją tezę, że “dawniej, panie, książki nie były takie grube”:

Jerzy Giedroyc, wydawca paryskiej Kultury – w tle książki, które wydawał. Zdjęcie sprzed 20 lat. Na załączonym obrazku widać wyraźnie, że jeszcze stosunkowo niedawno książki nie były takie grube!

Ale grubość współczesnych powieści to nie tylko miejsce na półkach, to również ilość miejsca, które zajmują w naszych umysłach nie tylko swym przesłaniem, ale i jego opakowaniem – watą, powtórzeniami, przesadnym rozwlekaniem narracji. I nie mówcie mi, że jest to potrzebne, aby na przykład utrzymać tradycję “opisów przyrody” i “zachodów słońca nad Niemnem”. Nad Niemnem jest ze trzy razy cieńsze niż Wzgórze Psów, a jest tam znacznie więcej przyrody niż w całej współczesnej literaturze razem wziętej. Zresztą nikt już nie zna roślin, co u Witkowskiego w Wymazanym sprowadzi się do znakomitego skrótu nie tylko myślowego, ale i społecznego: “las, w którym rosną trujaki”. Las, a za lasem bagna. bagna, gdzie straszą trupy. U Żulczyka las to coś, czego miastowi się boją, a my, tutejsi, olewamy. W Zakopanem las rośnie jako tło.

I tu dochodzę do punktu najważniejszego. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to jedna i ta sama powieść, to wciąż taki sam świat, w którym raz więcej jest sympatii, raz absurdu a raz z kolei gryzącej pogardy, ale te trzy książki razem to obraz Polski, która “jaka jest, każdy widzi”. I, niestety, widzi tak samo.

Wszystkie te trzy powieści przeczytałam w miarę w jednym czasie, w takim, że wciąż jeszcze pamiętam poprzednie, gdy czytam następne. Doplątują mi się tu zresztą jeszcze dwie berlińskie powieści Magdy Parys, Tunel i Magik, ale pomijam je tu, mimo wszelkich podobieństw stylistycznych, bo Parys pisze jednak głównie o Berlinie, a Zakopane wymazane Wzgórze Psów zatrzymało mnie swą polskością. Czytam te książki, a w nich “Polska właśnie”, ta nasza dzisiejsza, pokręcona, wydobywająca się z Komuny, niemal już zapomnianej, pokiereszowana w procesach transformacji, a teraz zalewana od góry słodko-patetyczną breją religijnego patriotyzmu. W tym świecie zbrodnia jest na porządku dziennym, przerasta wszystko jak korzenie paprotki ziemię w za małej doniczce, uczciwy okazuje się mordercą, a gwałciciel maminsynkiem. To prowincjonalna Polska, która wypełzła na powierzchnię i zalała cały kraj. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to pisowska rzeczywistość, świat którego się już nigdy nie pozbędziemy.

Wszyscy mówią zdeprawowanym językiem nabożnych przekleństw i to jeszcze jest chwyt stylistyczny: “kurwajebanaspierdaklajchujciwdupęomatkoboskanamiłośćboską…” Ale autorzy tej jednej wielkiej powieści piszą swą historię z błędami i niegramatycznie, i nie jest to chwyt stylistyczny, tylko lekceważenie prawideł gramatyki, gdzie nie ma już znaczenia rozróżnienie gdzie i dokąd i nie wiadomo dokąd ono nas zaprowadzi. Zapewne tam, gdzie wszystko można sobie wziąść, ubrania się ubiera, a światło włancza.

Nawet zbrodnie w tym jednolitym świecie są jednolite, ktoś wrzucony do ciemnej piwnicy w Zakopanem, w Wymazanym tonie w bagnie, a na Wzgórzu Psów z tych bagien i ze tej ciemnicy wypełza, w zakrwawionych zębach przeżuwając ludzkie mięso. Polskie zbrodnie pod koniec drugiego dziesięciolecia Trzeciego Tysiąclecia są zarazem okrutne, jakby je Mankell wymyślił, ale równocześnie prymitywne. Więźniów się trzyma w norach i jamach, ale traktuje się ich jakimiś laserowymi blasterami. To nie jest prawdziwy świat, to gra z użyciem klocków lego, gdzie nic nie ma znaczenia, bo wszystko można, nikogo nic tak naprawdę nie boli, i nikt nie umiera na serio, bo nigdy naprawdę nie żył. A zresztą można mieć dwa a nawet trzy życia.

Czytam trzecią książkę z tej serii (choć oczywiście nie jest to seria zamierzona, wręcz przeciwnie) i przestaję rozumieć sama siebie. Pierwszą powieścią byłam zachwycona, drugą naprawdę szczerze pochwaliłam, a przy trzeciej skóra mi się jeży na grzbiecie jak zezłoszczonej kotce. Wiem, rozpoznaję znakomicie intencje autorów. Wiem, są po naszej stronie, po stronie demokracji, wartości międzyludzkich i całego tego jazzu. Chcieli dać krzywy i przerysowany obraz Polski, po to, żebyśmy w tym krzywym lustrze zobaczyli, jaka ta Polska jest. Stanęli mentalnie po naszej stronie, to ich pisarski czarny protest i ćwierćmilionowy przemarsz po polskich drogach, a w rękach trzymają parasolki, to ich prorocze i upiorne krakanie pod czarnymi chmurami… Wiem to, doceniam, i nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść homogenicznej jedności tych trzech książek, tej prowincji małych ludzi i minimalnych potrzeb, która zalała Polskę czarnym szlamem uniformizacji. Bo w momencie, gdy czytam, jestem jeszcze przynajmniej ja, niezależnie myśląca czytelniczka, ale gdy zamknę okładkę kolejnej książki, ja znikam, a pod tą okładką kłębi się robactwo. To, co Koperski, Witkowski i Żulczyk stworzyli, to Polska jako dziura, w której przez dwa lata przetrzymywano Krzysztofa Olewnika. Zresztą to nie tylko oni, zapowiedź tego krwiożerstwa była już u Parys, u Tokarczuk, u Krajewskiego. Nie sięgam po Twardocha, nie chcę następnych konfrontacji z wszechobecnym złem.

Proszę Esther Schulz-Goldstein, która jest najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam, żeby mi pomogła uporać się z tym żmutem, który ulokował mi się w gardle i którego nie mogę wypluć, tak jak w dzieciństwie nie mogliśmy ani połknąć ani wypluć strasznej guli przeżutego mięsa…

Opowiadam jej i opowiadam. “Ach”, kiwa głową, i dorzuca polano do kominka. Jutro Wielkanoc, jest zimno jak w lutym. “To druga głowa rzymskiego Janusa. To nie jest prawdziwa Polska, to tylko odpowiedź na propagandę PiS. PiS prowadzi politykę regresji, ucieczki od normalności i od norm XXI wieku, wraca do świata sprzed stu i dwustu lat, w którym każda klęska jest tym bardziej zwycięstwem im bardziej jest krwawą przegraną, jest w stanie przekuć każdy krok wstecz w postęp. Jest żywym przypomnieniem, że stare więzi międzyludzkie wciąż jeszcze istnieją. PiS tworzy homogeniczny świat regresyjnych wartości, świat, który obiecuje bezpieczeństwo, dobrobyt i stabilizację pod warunkiem przyjęcia wspólnej z przywódcą ideologii. Ci twoi pisarze, zasadniczo oponenci, aby się przeciwstawić temu, co oferuje propaganda, nie tworzą innego świata, lecz kreują równie homogeniczny świat na opak. I jeśli świat PiSu opiera się na zakłamaniu, przeinaczaniu prawdy i nienawiści, to jego lustrzane odbicie też musi takie być. PiS pożera państwo, a intelektualista, który chce to opisać i przed tym przestrzec, nie jest w stanie uniknąć tego, że i on stworzy świat tych, którzy pożerają własne mięso.”

Barataria 60 czyli przysłowia

Ewa Maria Slaska

Takie sobie przysłowia sprzed 190 lat

Pamiętacie taki dowcip. Hrabina zamierza zatrudnić nowego bibliotekarza. Przychodzi młody człowiek, ma znakomite referencje, dobrze wygląda, wypowiada się przyzwoicie.  Hrabina spogląda przez lorgnon.
– Francuskim włada?
– Włada, pani hrabino.
– Niemiecki posiada?
– Posiada, pani hrabino.
– To niech siada?
– Nie może, pani hrabino.
– A to dlaczego?
– Bo…
E… tam, co ja wam tu będę opowiadała nieprzyzwoite kawałki. Oczywiście jest to taka staroświecka nieprzyzwoitość, nie przymierzając – z czasów pani hrabiny, bo dziś czasy się zmieniły i przeczytałam ostatnio na plotkarskim facebooku pytanie zdziwionej “mamuśki z Berlina”: halo dziewczyny, czy naprawdę słowo “cipka” jest nieprzyzwoite? Tak mi dziś powiedziała moja córka po powrocie z przedszkola.

No cóż, w każdym razie zakładam, że czytelnik (i czytelniczka) “niemiecki posiada”, już przestudiował(a) zamieszczoną powyżej okładkę i wie, że książkę wydano w Lipsku w roku 1828. Przenieśmy się zatem w czasy, kiedy takie słowa jak to, tamto i owo, również “cipka” proszę mamuśki, były nieprzyzwoite, a pan hrabia, człek w sile wieku, urodził się bowiem w roku 1767 (a zmarł w roku 1849) Christian Ernst von Benzel (Bentzel) Sternau, po wielkich sukcesach poprzedniej jego książki – Złoty cielec – wydaje ksiąg cztery sztuk teatralnych: Teatr Dworski z Baratarii czyli gry przysłowne. Jest to w sumie około 40 sztuk, dobrze nadających się do tego, by wystawić którąś z nich dla uczczenia przyjęcia, ślubu czy jubileuszu na dworze, zwłaszcza, gdyby trupa mniej lub bardziej utalentowanych dworzan sama się chciała zabawić w aktorów. Może nawet Książę Pan… Tytułem każdej sztuki jest przysłowie.

Również mottem owych ksiąg czterech jest zaczerpnięte z Horacego przysłowie: dona præsentis cape lætus horæ – z radością przyjmuj to, co daje godzina (autor pominął tu ciąg dalszy: et linque severa – i porzuć smutne myśli).

Nie ma wśród owych sztuk żadnej, która by się bezpośrednio wiązała z Don Kichotem i Sancho Pansą, żadna nie toczy się też w Baratarii, ale powiązania z oryginałem są wielorakie. Po pierwsze, podobnie jak sam Don Kichot, Teatr Dworski jest zbiorem historii, bo przecież powieść  jest ramą, w którą oprawiono mnóstwo mniej lubb bardziej komicznych opowiastek, które zastąpiły popularne w poprzedniej epoce opowiastki budujące. Po drugie – Sancho Pansa jako gubernator Baratarii rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych, z których świetnie dałoby się stworzyć kolejne sztuki teatralne. Poza tym to on właśnie lubuje się w mądrościach płynących z przysłów, a każde z nich to niejako streszczenie następnej opowieści. Jeśli świat jest sceną, to dzieją się na niej gry przysłowne. W powieści owa “wyspa na lądzie”, którą oddano naszemu giermkowi w gubernatorstwo, należy przecież do Księcia i Księżnej, a na ich dworze panuje wszak nastrój wiecznej karnawałowej zabawy i u nich też, jak to pisze jeden z polskich tłumaczy, “chimera zastępuje rzeczywistość”. A więc jest na pewno i teatr, i aktorzy, profesjonalni lub amatorzy, i sztuki, które się wystawia.

Don Kichot pełen jest mądrości zaczerpniętych z przysłów. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu. Pan i giermek właśnie rozpoczęli swoją podróż, podążają przed siebie, giermek opowiada historyjkę:

Słuchajcie więc, bo oto zaczynam. Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.
— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.
— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.
— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.
— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.
— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.
— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś…

Tak tak, drogi mój czytelniku (i czytelniczko), pan i giermek po równi cenią przysłowia, bo to pan a nie sługa mówi: Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem…

Na co w kilka stron potem giermek odpowie: — Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.

I jeszcze: — Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.

Wszystkie owe mądrości jeszcze się w hiszpańskim pociesznie rymują, co zresztą i w polszczyźnie bywa (w niedzielę praca w gówno się obraca – co zaświadcza, że lud polski już dawno wiedział, iż trzeba będzie zamknąć sklepy, jeszcze zanim one w ogóle powstały). Nasza autorka, Kinga Szpuler, gdy ją jej profesor, Piotr Sawicki, wykładający we Wrocławiu literaturę hiszpańską, zaprosił do tłumaczenia przysłów hiszpańskich z XVII wieku, zaprosiła z kolei do współpracy kolegów górali, aby jej pomogli przerobić tłumaczenia lingwistyczne na rubaszne rymowanki czyli, jakby to z oburzeniem odnotował Don Kichot, prostackie przysłowia.
Osioł z książkami na grzbiecie? To doktor przecie.
Student pomylony, choćby się uczył, plecie androny.
Błąd medyka przykryje ziemia; błąd adwokata naprawią pieniądze; błąd teologa strawi ogień.
Żwawo bierz kobitę, jak łykasz okowitę.
Po wypiciu każdy baje, co mu się wydaje.
Kiedy zimne wstają zorze, tylko wódka ci pomoże.
Kto je jak świnia, zażre się na śmierć.
Kto za dużo śpi, ten z nauki drwi.
Wesele bez wódki, opłakane skutki.
Znużony leży blisko żony.
Młody jest głupi i bez pokory, stary mądry, ale chory.
Stręczyciel i drab, jeden drugiego wart.
Ucz się nieprzerwanie, a coś w głowie zostanie.

Czy według przysłów? Zatytułowane przysłowiami sztuki hrabiego von Benzel-Sternau nie są jednak sztuczkami napisanymi dla uciechy gawiedzi, to inteligentne i pełne erudycji historyczne intrygi, oparte na mało znanych, nieznanych a może wydumanych faktach. Za tydzień przetłumaczona specjalnie dla moich czytelników (i czytelniczek) jedna ze sztuk hrabiego; tom II, sztuka numer VIII: Der Sündenbock oder Mit großen Herrn ist nicht gut Kirsche essen (Kozioł ofiarny czyli Z wielkim panem niedobrze zbierać wiśnie). Nie uwierzycie, ale nie wiedząc o czym jest którakolwiek z tych sztuk, wybrałam na chybił trafił taką, w której pojawia się Polska.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Barataria 55 Über die Windmühlen

Letzte Woche traf ich mich mit meiner Freundin, die im Grenzgebiet zwischen Deutschland und Polen lebt, dh. in der Pampa an der Oder. Wir sprachen darüber, was man tun kann, um diese schöne Landschaften attraktiver zu machen, da sie eigentlich, abgesehen von ein paar Hundert Polen, die dorthin aus Polen eingezogen sind, fast leer liegen. Aber diese Leere, die man als Magnet für Stadtmüde-Intelektuellen benutzen könnte, zieht auch die Firmen an, die die berühmten energieherstellenden Windräder überall dort bauen wollen, wo sie mit wenig Protest rechnen müssen. Also da genau, an der Grenze!

Man möchte sich wehren, protestieren, die Errichtung des Windparks verhindern, sagte meine Freundin. Weil genau diese unberührte Leere das Einzige ist, was die Anziehungskraft dieser Gegenden ausmacht. Macht man sie kaputt, verbaut sie, kommen die Städtler nicht, um dort ihre Datschas zu errichten. Also zur Waffe!

Diese Kampfidee schien mir sehr cervantesque zu sein, weil ich in diesem Moment immer noch glaubte, besser zu wissen. Ich versuchte zu argumentieren, dass es doch in allgemeinem Interesse ist, doch irgendwo muss man diese Ungetümer errichten können, wir müssen doch umweltfreundlich agieren, sozial und nicht egoistisch… Blah blah…

Dann kam ich mit dem Zug zurück nach Berlin. Unterwegs las ich im Internet einen Artikel zum Thema. Und in der Zeitungskiosk fand ich einen Comic von Flix, in dem es um genau dasselbe geht. Alles Humbug! Plötzlich musste ich ansehen, dass man uns, gutmutigen Gutmenschen hinters Licht führte und dass, ehmmm, der olle gute Don Quijote es durchschaut hat und einfach im Recht ist! Wer hätte es gedacht?

Ewa Maria Slaska

Windenergie, kraftlos und teuer

Die Internationale Energieagentur (IEA) schätzt, dass heute weltweit etwa 0,4 % der Energie aus Wind und Solarkraft stammt. Selbst 2040, wenn alle Regierungen ihre grünen Versprechen gehalten haben, werden Solar und Wind nur 2,2 Prozent der weltweiten Energieversorgung decken.

… der Hauptgrund dafür, warum Wind und Solarkraft keine entscheidende Lösung gegen den Klimawandel sein können, besteht in einem fast unlösbaren Hindernis: Wir brauchen auch Energie, wenn die Sonne nicht scheint und der Wind nicht weht.

Und nun?

Es heißt, Windenergie sei billiger als fossile Brennstoffe, was aber weitgehend eine Fata Morgana ist. Große Windparks brauchen Subventionen oder Steuererleichterungen. Dies ist der einzige Grund, sie zu bauen.

Mehr noch!

Je mehr Windkraftwerke in Betrieb genommen werden, desto weniger ist der Strom wert, den sie erzeugen. Der weitere Ausbau von Wind- und Solarenergie mithilfe von Subventionen bedeutet, dass die Gesellschaften für den Strom dreimal zahlen müssen – einmal für den Strom selbst, einmal für die Subventionen an die ineffizienten erneuerbaren Energien und einmal für diejenigen, die jetzt auch noch an ineffiziente fossile Kraftwerke gehen. Allesamt werden die Subventionen in nächsten 25 Jahren über zwei Billionen Euro betragen. Damit erreicht man den Unterschied der Temperaturerhöhung um lediglich 0,0175 Grad Celsius.


In der Flix Version von den berühmten spanischen Roman befinden wir uns genauso dort und dann, wo ich mich letzter Woche befand: Jetzt und in der Norddeutschen-Pampa, in einem Dorf namens Tobosow mitten in der vorpommerschen Ödnis!

Der Held, ein alter, schrulliger Kauz, hatte bis jetzt nur eine Schnapsidee: Mittels der Leserbriefen, die bewahrte Waffe der Wutbürger sind, kämpfte er gegen die allgegenwärtigen Herrschaft der Comics in der Zeitungen, im Buchwesen und vor allen in den Köpfen der jungen Leser.

Zum Beginn der Story erreicht ihn aber noch eine Hiobnachricht, die noch schlimmer ist als Batmann, Spidermann und Supermann zusammen: Man wird in Tobosow einen Wind(mühlen)park einrichten. Don Quiijote begibt sich auf seinem alten Fahrrad in die Pampa, um seine Feinde zu vernichten. Mitdabei ist statt Sancho Pansa auch Don Quijotes 8-jähriger Enkelsohn, der tatsächlich den Kopf voller Comic-Helden hat, sich für Batman, den Dunklen Ritter hält und überall das Böse wittert, das er vernichten soll.
Dann sagt der Opa, es sei nicht wichtig, gegen das Böse zu kämpfen, es ist wichtig sich für das Gute zu engagieren.
Es ist doch das Gleiche, protestiert der Enkel.
Ist nicht, antwortet Opa, man muss nur die Welt genau beobachten, um die Wahrheit zu sehen.

Ja… und am Ende? Am Ende kehrt der Enkel zu Mama und benimmt sich ganz vernünftig. Der Opa landet im Seniorenheim für Alzheimer erkränkte, die sich alle für Ritter halten. Und in Tobosow… Na ja, es ist nicht klar, aber ich vermute in Tobosow wird der Windpark entstehen, damit sich die Bösen ihre Taschen mit Subventionen vollstopfen und wir, die Gutmenschen, glauben, den nächsten sauberen Schritt in die saubere Zukunft gemacht zu haben…

Aber nicht verzagen. Und weiter protestieren und gegen die Windmühlen zu kämpfen.  Wie sagte es der Meister Cervantes:

Derjenige, der Wohlstand verliert, verliert viel; derjenige, der einen Freund verliert, verliert mehr; doch derjenige, der seinen Mut verliert, verliert alles.

Barataria 54 Sieroty

Ewa Maria Slaska

Literatura dziecięca i młodzieżowa roi się od sierot. Nie próbuję wprowadzić żadnej chronologii i nie sprawdzam, czy jest strona internetowa zatytułowana “sieroty w literaturze”. Piszę, tak jak sobie przypominam: Rasmus (ten od włóczęgi), Ania Shirley, Aga Abbot, Tom Sawyer, Huckelbery Finn, dzieci kapitana Granta, Polyanna, mała księżniczka, Mary Lennox z czarodziejskiego ogrodu, oczywiście sierotka Marysia, oczywiście Mowglie i Tarzan, oczywiście Słoneczko, król Maciuś I, Harry Potter, ale też Jane Eyre, Heathcliff, Oliver Twist, Kozeta, Quasimodo i złodziejka książek…

Z jednej strony to dzieci zasługujące na współczucie, z drugiej zdane na siebie, a zatem wykazujące cechy, których progenitura żyjąca w rodzinie wcale nie musi posiadać – być może muszą być czujne, być może – ostrożne, być może mądre, sprytne lub inteligentne, zapewne muszą umieć się przypodobać, ale też nie umieją tego tak naprawdę, bo muszą być przedsiębiorcze, zaradne, a nawet waleczne… Autor zatem, jeśli chce pokazać dziecko odważne i nie liczące się z otoczeniem, a zatem takie, którego udziałem staną się liczne przygody, właściwie musi pisać o sierotach, bo rodzice nie pozwoliliby na żadną z opisanych w książkach awantur.

Cara Nicoletti, autorka książki Voracious – A Hungry Reader Cooks Her Way through Great Books, widzi tu jednak jeszcze jeden aspekt – uważa, że autorów i czytelników ciekawi, co robią dzieci pozostawione same sobie i nie kontrolowane przez dorosłych. Historia Kaspara Hausera, Dwa lata wakacji, Władca much czy Orkan na Jamajce to skrajne i niekiedy drastyczne przykłady, ale Nicoletti uświadamia nam, że również Mary i Colin w Tajemniczym ogrodzie żyją właściwie w pustym świecie, nominalnie zaledwie ograniczone kontrolą ze strony opiekunów, którzy się nimi w najmniejszym stopniu nie interesują.

Nie zdziwiło mnie więc, że i w Baratarii pojawiły się sieroty. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to jedynie fakt, że obie książki, o których dziś napiszę, “przyszły do mnie” w tym samym czasie, w lutym 2018 roku. Znalazłam je najpierw na ekranie komputera, potem przeczytałam jako prawdziwe książki, te z okładką i papierowymi stronicami…

Lato w Baratarii, przysłane mi z USA przez Iwonę Schweizer (amerykańska przyjaciółka, jakież cenne źródło wiadomości!), to amerykańska powieść przygodowa, która dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach – na osławionych nowoorleańskich bagnach w roku 1925, a Pirat z Baratarii to niemiecka powieść dla młodzieży, która dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach – na osławionych nowoorleańskich bagnach w roku 1852. Bohaterem Lata jest szesnastoletni chłopak, sierota, którym opiekuje się wujek, bohaterami Pirata jest trójka rodzeństwa – szesnastoletnia dziewczyna i dwóch jej braci w wieku 13 i 8 lat. Dzieci zostały właśnie osierocone przez ojca, a opiekuje się nimi rzekomy przyjaciel zmarłego. Autorem pierwszej powieści jest Amerykanin, drugiej – Niemiec. Obie zostały napisane w roku 2007 i naprawdę nie sądzę, by jeden z pisarzy podglądał, o czym pisze drugi. Myślę, że się nie znali i że to przypadek, a związki między oboma książkami są wprawdzie znamienne – scenerią jest niezwykłe miasto, jeszcze niezwyklejsza jego okolica i jednak niecodzienna sytuacja sieroctwa młodych ludzi – ale są to jednak dwie powieści na zupełnie inny temat.
Co mnie jednak wzruszyło, to fakt, że ich tłem jest Zatoka Barataria i niewielka bagnista wyspa Barataria, położona u ujścia Mississipi do Zatoki Meksykańskiej. Oczywiście pamiętamy, że to nie ta wyspa w Hiszpanii, którą przez dziesięć dni rządził Sancho Pansa, tylko ta, gdzie przez kilkadziesiąt lat miał swą siedzibę słynny pirat Jean Lafitte, ta, która została nazwana na cześć owej wyimaginowanej wyspy z Don Kichota. Przy okazji – chłopak z Lata nazywa sią ni mniej ni więcej tylko Le Moyne, tak jak legendarny założyciel miasta, pisane wprawdzie Lemoyne, ale cóż tam…

Tak chcą źródła, ale ja im nieco nie ufam. Dlatego wciąż szukam i dlatego trafiłam na obie powieście o przygodach sierot w labiryntach Baratarii. A szukam, bo wciąż, po roku badań baratarystycznych, nie chce mi się wierzyć, że ktoś w XVII wieku użył tej nazwy dla wyspy i zatoki w Nowym Świecie. Wyimaginowana kraina z hiszpańskiej powieści została opisana w roku 1615, a nazwa Barataria została przez Cervantesa użyta tylko raz.

Ale, jako się rzekło, tak chcą źródła, i póki nie znajdę dowodów, że było inaczej, muszę się zgodzić z tym, co twierdzą inni.

Nowy Orlean – La Nouvelle-Orléans – został założony przez francuskich osadników pod kierunkiem Jeana-Baptiste’a Le Moyne de Bienville’a. Przybył on do Luizjany w 1699 roku. Utworzył pierwszy fort – Fort Maurepas, a w roku 1718 wybrał miejsce pod założenie miasta, które postanowił nazwać na cześć Filipa II Burbon-Orleańskiego. W roku 1722 miasto stało się stolicą francuskiej Luizjany.

W 1762 roku miasto przeszło pod panowanie Hiszpanii. W 1801 roku na krótko wróciło ponownie pod władanie napoleońskiej Francji. W 1803 roku zostało wraz z terytorium Luizjany sprzedane przez Napoleona Bonaparte Stanom Zjednoczonym. Na początku roku 1815 podczas ostatnich tygodni wojny brytyjsko-amerykańskiej brytyjska ekspedycja podjęła próbę zdobycia miasta. Brytyjski szturm generalny na amerykańskie umocnienia pod miastem, przeprowadzony 8 stycznia 1815 roku i zwany bitwą pod Nowym Orleanem, został krwawo odparty przez Amerykanów.

Oczywiście wszyscy – Francuzi, Hiszpanie, Anglicy i Amerykanie mogli czytać powieść Cervantesa. Mogli, ale czy czytali. Francuzi zresztą są tu najbardziej “podejrzani”, bo to za ich czasów Barataria miała otrzymać swą nazwę i bo w XVII wieku literatura francuska lubowała się w barokowych opowieściach hiszpańskich.

Pani Betsy Swanson napisała w liście do redakcji Gazety Nowoorleańskiej w roku 2014:

As early as 1732, French maps show the “Isle Barataria,” encircled by Bayous Villars, Barataria, Rigolettes and Perot and Lake Salvador. The colonist Le Page du Pratz stated in his “History of Louisiana” (1758) that the area was named for the fictional Barataria “because it was enclosed by these lakes and their outlets to form almost an island on dry land, as was that island of which Sancho Panza was made governor.”

Ten, kto nazwał tę okolicę Baratarią musiał zatem albo znać hiszpański albo przeczytać to oto tłumaczenie drugiego tomu powieści Cervantesa:
Seconde Partie de L’Hitoire de L’ingénieux don Quixote de la Manche
(vol. 2), traduit par François de Rosset, 1618

 

Tłumaczenie II części na francuski (rycina po lewej) ukazało się z ilustracją z I wydania angielskiego (i to pierwszej części a nie drugiej), a badacze angielscy twierdzą, że jest to pierwsza na świecie ilustracja przedstawiająca obu naszych bohaterów – Don Kichota i Sancho Pansę. Badacze niemieccy nie bardzo chcą się z tym zgodzić i dowodzą, że pierwsza ilustracja, przedstawiająca Don Kichote jako Kapitana Karnawału w cudacznym stroju przebierańca ukazała się już w roku 1613 w Lipsku, a jej autorem był Andreas Bretschneider. Co pozwala mi przypomnieć, iż już rok temu sugerowałam, że Sancho Pansa jako gubernator Baratarii to Król Karnawału, ten, któremu najpierw wolno wszystko, ale potem zetnie mu się głowę…

Rozmowy polskie zimą 2018

W 35 lat po wydaniu słynnej książki naszych (tamtych) czasów proponuję, byśmy zaczęli spisywać rozmowy polskie jako dokument naszych (tych) czasów. Bo to, co mówimy, umyka, a co zostało zapisane na wszelkich możliwych nośnikach i we wszystkich mediach, jest politycznie ukierunkowane. A gdy rozmawiamy, gdy przekazujemy sobie myśli, a nie skaczemy do gardła przeciwnikom politycznym, nie poruszamy się na linii MY i ONI, lecz interesuje nas nasze wspólne MY. Rozmowy polskie latem 1983 to zapis pewnych wakacji w czasie stanu wojennego w pensjonacie pani Anieli, nad jeziorem Wigry. Grupa urlopowiczów, zaprzyjaźnionych ze sobą intelektualistów, rozmawia o zwykłych  sprawach codziennych, ale też o polityce, filozofii, sensie historii i o przyszłości, czyli o tym przecież, co przeżywamy dziś.

A więc zima 2018 roku. Spotykamy się w domu na wsi u Kasi i Tomka. Kasia jest psycholożką i pisarką, Tomek informatykiem, ogrodnikiem i pszczelarzem. Są też Adam, również informatyk i ostry krytyk wszystkiego i wszystkich, Michalina i Ewa, wegetarianki. W spotkaniu biorą również udział Marta, słynna polska psycholożka, i Piotr, autor książek o wychowaniu przez sztukę. Jest też cudownie piękny biały kot… Reprezentujemy kilka pokoleń. Należymy plus minus do rodziny, chociaż oczywiście ja tam jestem prawem kaduka.

Marta jest naukowczynią, napisała dziesiątki książek, setki referatów i tysiące artykułów.
Pamiętam, że mieszkali z mężem i dwójką małych dzieci w peerelowskim bloku, w mieszkaniu, w którym – tak się to wtedy robiło – połączone zostały kuchnia z salonem, który nazywało się zresztą raczej pokojem gościnnym, i jadalnią. Na owe czasy było to rewelacyjne. Między częścią kuchenną a drzwiami prowadzącymi do łazienki i sypialni stał maleńki stolik, przy którym Marta pisała doktorat. Nie znałam wtedy jeszcze książki Virginii Woolf Własny pokój i świadomie nie miałam pojęcia, że coś tu jest nie tak, podświadomie jednak dostawałam gęsiej skórki myśląc o tym stoliku. To przy tym mebelku, za małym na cokolwiek, ta kobieta zaczęła światową karierę naukową.

Ale to były tamte czasy, rozmowy polskie i latem, i zimą 1976 roku.

Dziś Marta mówi mi, że ma nowego partnera życiowego, który nazywa się Parkinson. Gdy lekarz sformułował diagnozę, Marta zapytała, czym się charakteryzuje ta choroba. “Nogi nie nadążają za głową”, odpowiedział lekarz.

Patrzę na Martę i wiem, że na pewno w duchu, a może i w rzeczwistości, gapię się na nią z rozdziawionymi ustami. Nie wierzę! Oczywiście natychmiast przypomina mi się słynna ongiś książka, napisana przez dwóch niemieckich naukowców, Thorwalda Dethlefsena i Ruediger Dahlke, zatytułowana Choroba jako droga. O znaczeniu i interpretowaniu choroby.

Autorzy twierdzą, że to, jak mówimy o naszej chorobie, informuje nas, co naprawdę wiemy o jej przyczynach. Jeśli mówimy, że “serce nam pęka”, to pęka nam serce, a jeśli myślimy, że to “sęp nam wyżera wątrobę” lub trzustkę, to sęp nam wyżera wątrobę. Serce pęka, bo kochamy za bardzo, a za mało myślimy o sobie, chorujemy na wątrobę, bo dużo chcieliśmy w życiu osiągnąć i wielkie mieliśmy o sobie mniemanie, prometejskie wręcz.

Ale to jednak symbole. Metaforyczne myśli o nas samych.

Tymczasem jednak zimą 2018 roku kobieta, która jest najlepiej mi znanym człowiekiem myśli, głowy, mądrości, wiedzy, nauki, mówi mi, że nogi nie nadążają jej za głową. “No”, mówi, “wolisz rozlać kawę czy, zapomnieć, że miałaś ją wypić? Taka jest różnica między Parkinsonem a Alzheimerem”.

W tym momencie postanawiam notować, o czym rozmawiamy. Marta cytuje właśnie zdanie Wojciecha Oczki: “Ruch może zastąpić każde lekarstwo, ale wszystkie lekarstwa razem wzięte nie zastąpią ruchu”.
“Oczko?”, pytam.
“Lekarz Batorego”, odpowiada Marta.
Wikipedia dopowiada “(1537-1599), syn stelmacha, doktor medycyny i filozofii, nadworny lekarz królów polskich: Zygmunta Augusta, Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy (sekretarz królewski tego pierwszego). Jeden z twórców medycyny polskiej, syfilidiolog i pisarz medyczny. Propagował uprawianie kultury fizycznej widząc w niej korzyści zarówno dla ciała, jak i dla ducha.”
W sposób niezauważalny Oczko doprowadza nas, a właściwie Martę, do Erazma z Rotterdamu, który, wszak dydaktyk z powołania, miał napisać dzieło, o czym powinni wiedzieć chłopcy i drugie – o czym powinny wiedzieć dziewczęta.
Po czym książeczka dla dziewcząt została zakazana, żeby nie wywoływać w panieńskich głowach zdrożnych myśli. Oczywiście tytuły tych dzieł, pisanych zresztą po łacinie, musiały być zbarokizowane, ale z Wikipedii się tego nie dowiemy, bo być może jest to jedno z tych dwóch dziełek – ale o dziewczynkach mowy nie ma: Mowa o konieczności kształcenia chłopców zaraz od urodzenia w cnocie i naukach – 1529 oraz O wytworności obyczajów chłopięcych – 1530.

Poszukiwania słowa puella – dziewczyna – w łacińskim indeksie Opera omnia Erasmusa nie przynoszą rezultatu.

Wyciągam komórkę i czytam zebranym pełen zdrożnych myśli wiersz, który ktoś 26 listopada 2016 roku zapisał na falochronie ostrogi molo w Sopocie.
Świetnie wodziłaś
Tymi oczami
w których ja miałem ABSOLUT
Grzechem mówić że były jak gwiazdy
Kiedy równały się galaktykom
SN73M

Nie wiemy, co to za skrót, owo SN73M, google sugeruje, że mógłby to być model citroena, ale z dalszych zwrotek tego białego wiersza wynika, że jednak chodzi o seks, Piotrowi i Marcie przypomina się więc natychmiast rymowanka na tenżeż temat: “Bosko było gdym powściągnął sprośną żędzę, tkwiącą we mnie, lecz gdym tego nie uczynił, też było bardzo przyjemnie.”

Zmieniamy temat i rozmawiamy o metodzie ruchu rozwijającego. Opowiadam o badaniach prowadzonych przez dwie niemieckie psychoanalityczki – Esther Schuld-Goldstein i Annekatrin Mendel, które odkryły, zapomniane i zepchnięte, ale przecież wciąż istniejące, niezwykle ciepłe wspomnienia nazistowskich dzieci, którymi zajmowały się, najczęściej bardzo młode dziewczęta, robotnice przymusowe z Polski, Rosji, Ukrainy.

Pojawia się temat psychologicznych eksperymentów, badających “mechanizm plotki”, jako żywo przypominających zabawę w głuchy telefon czyli co jedna pani powiedziała drugiej pani. Uczę się jeszcze, że istnieje słowo od-pamiętać (co jest możliwe) i jego derywat od-zobaczyć (co jest niemożliwe).

Rozmowa przenosi się do pewnych wakacji letnich w roku 1959, które Marta spędzała  w Dębkach nad Piaśnicą. Osiem kilkunastoletnich harcerek mieszkało wtedy samotnie w dziesięcioosobowym namiocie. Dziewczyny cztery razy na dobę, a więc również nocą i o świcie, chodziły do stacji meteorologicznej, gdzie odczytywały i notowały temperaturę gleby, siłę wiatru i wysokość opadów.

Inicjatorką tej pracy harcersko-naukowej była moja cioteczna babka, Karolina Lubliner-Mianowska. Z pomiarów zapisanych przez Martę i jej koleżanki Karusia miała wyciągnąć wnioski, dlaczego mikołajek nadmorski rośnie na Helu (tam był obóz dla chłopców), a nie rośnie tam, gdzie badania prowadzą dziewczynki.

Drużynowa, Krystyna Trapp, i Karusia przyjechały pewnego dnia odwiedzić owe samotne harcerki.

Przyjechałam tam z Karusią. Bardzo dobrze pamiętam ten wyjazd, a zwłaszcza wycieczkę na wydmy w Łebie, gdzie mikołajek jednak rósł.

Miałam 10 lat.

Gdy przygotowuję ten wpis, niemieckie wydanie google’a przypomina, że 136 lat temu urodziła się Virginia Woolf. W książce Własny pokój twierdziła, że jest mniej słynnych kobiet pisarek niż mężczyzn, bo nie miały własnego pokoju.

Reblog na Nowy Rok

Trzy reblogi – dziś, jutro i pojutrze – kończą nasz doroczny okres wpisów na adwent, Mikołaja, świętą Łucję, przesilenie zimowe, Boże Narodzenie, Nowy Rok i Trzech Króli. Dziś

Julita Bielak
z blogu W altanie. Rozmowy wśród przyjaciół

Widoki na gwoździu

Mieliśmy wrócić do Smutsa. Wymyślił kiedyś, że całości nie da się sprowadzić do sumy części, a świat podlega ewolucji, w toku której wyłaniają się coraz to nowe całości. W swojej teorii zawarł pogląd, że w naturze występuje tendencja do tworzenia całości, których nie da się wyjaśnić w kategoriach sumy poszczególnych fragmentów.

Właśnie zawiesiłam na gwoździu nowy kalendarz, przejrzałam strony, ładny. Pójdziemy razem przez 2018 rok. Miesiąc po miesiącu przekładałam strony starego, też ładnego, trafiałam na znaną mi od lat datę urodzin. Na inne znaczące dni, dołożone przez lata: pierwszy dzień w szkole, matura, obrona pracy magisterskiej, ślub, spotkania autorskie “Księżyca myśliwych”. I na wszystkie upierające się przy egzaltacji dni, takie jak Wigilia, Święto Pracy, Sylwester. Inne daty – któryś czerwca czy października – w poczuciu niższości takiego szczęścia nie mają, no chyba, że trafi im się niedziela. Albo dzień czekolady.

Mijałam, musiałam mijać tę drugą, obok narodzin, najważniejszą datę – pożegnania się ze światem. Nosimy ją w sobie a nie znamy, kroczymy przez życie niepełni. Wypadnie w któryś chełpiący się światełkami, muzyką, blichtrem, zalany słońcem dzień, czy w szary, zapracowany, dobrze, jeśli pamiętny z wizyty u dentysty, dzień. Plażowy czwartek lipca lub zabiegany początek marca. Nałoży się na już znany, szczególny, czy nagle w dawno zapomnianym zabije w dzwony, których już nie usłyszę. Doświadcza nas jakoś, daje znak, wywołuje nieuzasadniony niepokój, dziwną tęsknotę, czy zatarty znika niepostrzeżenie.

Pomysł mierzenia czasu, a więc czegoś nie dającego się ani zobaczyć, ani dotknąć, jest jednym z najdowcipniejszych, na jakie człowiek wpadł. Zegar w papieskim pałacu w Castel Gandolfo do dziś jeszcze w południe wskazuje szóstą. Bo w starożytności grecko-rzymskiej godziny, dzienne latem dłuższe, zimą krótsze, zaczynano liczyć od wschodu słońca. A rachuba dni w miesiącu? Nie wiemy, komu zawdzięczamy dzisiejszy sposób liczenia od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Rzymianie robili to inaczej, 25 listopada na przykład nazywał się u nich: “siódmy dzień przed Kalendami grudnia”. Kalendy, idy, nony, Nowy Rok w różne dni zależne od przyjętego kalendarza. A gdyby tak zmieniać kalendarze, skakać po nich, po datach, latach księżycowych bądź słonecznych, bo nie ma jednego kalendarza światowego przyjętego przez ONZ. I uciekać, uciekać.

Są sobie trzy dziewczyny z gór, z osiedla niedaleko bledu Marhni i mają na imię Utka, Mimuna i Ajsza. Większość dziewczyn z gór przyjeżdża do Algieru, Tunisu, tutaj, żeby zarobić pieniądze, ale te dziewczyny chcą czegoś więcej. Pragną wypić herbatę na Saharze. (…) po cichu oddalają się od karawany z tacą, czajnikiem i szklankami. Będą szukać najwyższej wydmy, aby zobaczyć całą Saharę. Tam zaparzą herbatę. Idą długi czas. Utka mówi: “Widzę wysoką wydmę”. Wspinają się na wierzcholek. Potem Mimuna mówi: “Widzę tam wydmę, stamtąd będzie widok aż po In Salah”. Kiedy znajdują się na jej szczycie, Ajsza mówi: “Patrzcie! Tamta wydma jest najwyższa. Na pewno widać z niej Tamanrasset”. Słońce wzeszło, a one nadal szły. W południe zrobiło im się bardzo gorąco. Doszły jednak pod wydmę, a potem wspinały się na nią i wspinały. Gdy weszły na wierzchołek, były bardzo zmęczone. Postawiły na piasku tacę, czajnik i szklanki. Potem położyły się i zasnęły. (…) Wiele dni później jechała inna karawana i ktoś coś zauważył na szczycie najwyższej wydmy. Kiedy poszli zobaczyć, znaleźli Utkę, Mimunę i Ajszę. Dalej leżały tak samo jak wtedy, gdy poszły spać. A wszystkie trzy szklanki były pełne piasku.

Życzmy sobie szczęśliwej wędrówki przez nowy rok, spełnienia marzeń i wielu marzeń do spełniania, obiecujących widoków, dobrych wyborów i zawsze w porę wypitej herbaty. Do siego roku!

Barataria 42 Niewyparzone gęby (ale nie zdradzieckie mordy, o nie!)

Ewa Maria Slaska

 Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba, Bronn…

Przyznacie, że jest między nimi podobieństwo, bo jeden pisarz podpatrywał u drugiego pomysły, ale też, bo, no cóż cosi fan tutte, wszyscy tak robią… Badacze ustalili kiedyś, że jest dwanaście motywów fabularnych, pisarz Vonnegut jeszcze bardziej tę myśl zacieśnił, twierdząc, że mamy wszystkiego dwie opowieści – o tym, że ktoś coś wygrywa albo o tym, że ktoś coś traci. Wymyślić, kto, co i jak, to już zadanie autora opowieści. Przez niemal całą historię literatury, a po prawdzie całą historię kultury, artysta pełnymi garściami czerpał z tego, co już stworzyli poprzednicy. Nikt się tym nie gorszył, aż przyszedł nowoczesny kapitalistyczny prawodawca i uznał, że prawa autorskie, to kolejny worek z masą twarogową, który można ująć w garść, odcisnąć serwatkę i wyprodukować twardą kulę sera, za którą słono zapłacimy. Pierwszą konwencję o prawach autorskich sformułowano w Bernie 9 września 1886 roku. Niedawno w porównaniu z 10 tysiącami lat kultury pisanej, a opowiadana i malowana trwała jeszcze dłużej…

Cała biblioteka do naszej dyspozycji (Sancho Pansa i Don Kichot też tu są), Uli Oesterle, Bibliothek

Nie podobała mi się książka młodej berlińskiej pisarki Helene Hagemann Axolotl roadkill (w roku 2017 po 7 latach autorka wyprodukowała wg własnej książki film Axolotl overkill), ale pamiętam, że najmniej mi przeszkadzało to, co zarzucili jej wszyscy, że kradła cytaty, pomysły i całe długie pasaże. Dziewczyna była chyba za młoda, by użyć argumentów z historii kultury, ale wzruszając ramionami odpowiedziała, że wszyscy tak robią i copy&paste jest zwykłą metodą pracy pisarza. A my byśmy dodali, że pracy wszystkich: naukowca, badacza, referenta, muzyka, polityka. Naukowiec może trochę bardziej niż pisarz musi się pilnować, by nie udowodniono mu plagiatu (i autoplagiatu!). Różnica jest jednak dla odbiorcy bez znaczenia – naukowiec ma obowiązek użyć cudzysłowu i dołączyć przypisy, pisarz odszczeknie, że mamy mu dać spokój, a jak nie umiemy rozpoznać cytatów z Joyce’a, Szekspira, Grassa, Witkowskiego czy Durrella, to sami jesteśmy sobie winni. Jesteśmy pasożytami – zjadamy i siebie, i innych. Praca naukowa to 95% myśli odpisanych i 5% oryginalnych, własnych – ta myśl to cytat z kogoś, ale nie jestem pewna – z kogo, może z Zajdela, autora najpopularniejszej swego czasu książki o Atlantydzie.
Ale jak się przyjrzę praktyce, to powiem, że oryginalność tych naszych własnych 5% polega z reguły nie na formułowaniu własnych myśli genialnych, tylko… na zmieniani szyku zdań i zamianie wyrazów.

– Jak jest po waszemu rzyć? – pyta góralka miastowego (w jakimś filmie, ale za Boga nie wiem, jakim?)
– Dupa.
– Tys piknie.

Może zresztą był to po prostu jeden z dowcipów o bacy.

A są jeszcze oczywiście opowieści zasłyszane, parodie, pastisze, ironiczne przymrużenie oka, no i drogi Czytelniku – co nam zrobisz? Nic, po prostu nic. Ale żebyś się nie złościł, powiem ci, że wprawdzie rzeczywiście istnieje od starożytności po dziś dzień tylko tuzin historii, ale Czytelnik (i Czytelniczka) oczekują od nas, że dla każdego pokolenia zostaną one napisane od nowa!

Dla ułatwienia w kulturze niemieckiej powstały dwie nadzwyczaj poręczne książki – jedna jest spisem motywów literackich, druga postaci. Ciekawe, że po polsku wkłada się je do jednego worka i miesza się je z wątkiem. Zakochany potwór to model postaci literackiej, a czy będzie to historia Dzwonnika z Notre Dame czy Amora zakochanego w Psyche, to już sprawa motywu.

No i dobra, tak czy owak copy&paste.

Falstaff, Sancho Pansa, Zagłoba. Postaci (czyli po niemiecku Stoffe), a to że mają dostać zamek lub wyspę Baratarię, to już – motyw.

Zresztą już starożytni Rzymianie (jak wiadomo i jak wszystko) wymyślili takiego wojaka-zabijakę. Dokładniej rzecz biorąc zrobił to rzymski komediopisarz Plaut(us) (254 p.n.e. – 184 p.n.e.). W komedii Mi­les gloriosus pojawi się Pyrgopolinices, ponoć wypisz wymaluj. Falstaff.

Pojawił się u Szekspira w Henryku IV (1597) i w Wesołych kumoszkach z Windsoru (1598, a może dopiero 1602). W Henryku V popada w niełaskę.

Sancho Pansa postępuje krok w krok za Falstaffem (1605).

Zagłoba, wiadomo, XIX wiek. Osoba nader uczona w piśmie widzi w nim oczywiście polskiego Falstaffa, lecz upatruje mu też pierwowzoru w postaci Marka Sobiejuchy – był to zausznik księcia Zbigniewa, syna Władysława Hermana, jeden z boha­terów powieści Kraszewskiego Królewscy synowie (1877). Podobno takiż właśnie cięty gaduła do bitki i wypitki. Zagłoba, jak pamiętamy, do bitki tej w realu mniej, ale tej w gębie, o hoho! Jakeśmy z paniem Michałem wiktorię odnieśli…

Bronn of the Blackwater z Gry o Tron – wiek XXI

Przede wszystkim łączy ich to, że są szelmami i filutami wojskowymi. To wojacy, którzy umieją walczyć, ale w zdarzeniu bitewnym z lubością wybierają miejsce tchórza – ongiś powód do śmiechu, dziś najsympatyczniejsza ich cecha. Są podobni do siebie, wyszczekani, cwani, nie zasypiają gruszek w popiele i zawsze się mają na baczności. Są w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi, co każe się nam poważnie martwić o kondycję ich życia na starość. Nie dostaną wyspy ani zamku, karmili się mrzonkami i obiecankami, żyli z byle czego i byle jak, i nie mieli z czego ani jak odłożyć. Zagłobę może weźmie do siebie Skrzetuski, o Sancho Pansę zadba może pyskata żona, Colasa Breugnona wzięła do siebie córka, Bilbo znalazł przytulisko u Erlonda, ale Odyseusz? Czy po zalotach wielbicieli żony było w jego pożal się Boże królestwie, jakich było na Itace z tuzin, w ogóle jeszcze co do garnka włożyć? Rzecki ma pokoiczek za sklepem u Stacha. Ale Falstaff, ale Bronn, ale Aragon, ale inni awanturnicy i obieżyświaty?

Oczywiście w przestrzeniach ludzkiej wyobraźni musieli się spotkać. Oto Don Kichot i Sancho Pansa u Falstaffa, który wygląda jak Król Karnawału…

Adolf Schroedter, akwarela z roku 1854


Pytania na kiedy indziej, ale trzeba będzie do nich wrócić?

Jak wyginęli Falstaffowie?

Gdy już w Europie zniknął na dobre zawód awanturnika, pojawiło się pojęcie pieczeniarz, człowiek, którego dobrze karmią a czasem i pozwolą pomieszkać, za to że umie opowiadać… Czy to Franz Fiszer zastąpił Zagłobę?

A kobiety? Stare niezamężne ciotki przygarnięte na starość, te, które w modości próbowały się wyzwolić z funkcji Podręcznej? Też mieliśmy w rodzinie taką ciotkę… A inne? Czy to te, co skakały do Sekwany?