Barataria 23 Gomolicki

Teraz jestem pewna. To nie ja wybieram sobie lektury, to one wybierają mnie. Wydawało mi się, że sięgnęłam po czarną, jako że pozbawioną obwoluty, książkę Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (PIW 1976), bo była pod ręką i niewielka, a wychodziłam i chciałam coś zabrać ze sobą do torebki, żeby mieć co czytać w metrze. W końcu dość jest niewygodnie, jak się jeździ po Berlinie, czy jakimkolwiek mieście, z Księgami Jakubowymi Tokarczuk. Ale teraz wiem, że to nieprawda, to Duch Myśli, brat Ducha Miejsca, kieruje człowieka poszukującego tam, gdzie coś znajdzie. Tym razem była to część III tej powieści, traktat o wyspach, tych znanych mi i tych nieznanych. Co ciekawe, podobnie jak u Łysiaka, nie było wśród nich Baratarii, choć książka pełna jest zjawisk ułudnych i mamiących oczy iluzji. Mimo to autor jest niewątpliwie wytrawnym baratarystą, wędrującym po wyspach literackich, mitologicznych lub geograficznych, wyspach symbolicznych albo rzeczywistych, które niekiedy generują nowe opowieści.

Leon Gomolicki

Traktat o wyspach

Przypuszczalna treść traktatu o odwiecznym pragnieniu ludzi – o bezludnych wyspach szczęśliwości.

Co to jest wyspa? Wyspa to szczyt górski wystający nad powierzchnię morza. Wysokość jego równa się głębokości morza plus wyspa. Bo morza to doliny zalane żywiołem światowego potopu. Wyspa jest symbolem wyobcowania w tym biblijnym żywiole, symbolem ratunku i symbolem wytchnienia przed nową walką. Bogowie wzniecają burze, burze wyrzucają rozbitków na wyspy, wyspy udzielają czasowej gościny, ale czas na wyspach ma swoją własną miarę. W jej rachubie godzin zapomina się o przewrotności losów i dostępuje stanu objawienia. Podczas sztormu na morzu nie dostępuje się stanu objawienia. Apokalipsa powstała na małej wyspie, w odosobnieniu od życia. Jest to księga napisana dla świata o jego końcu.


Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos
63 x 43,3 cm, oil on oak
Gemäldegalerie, Berlin

Innego rodzaju objawienia doznał na wyspie bezludnej pewien mąż w dłużącej się drodze do domu. Było to objawienie zaniku poczucia istnienia, nie dające się wysłowić. Dlatego objawienie to nie mogło być przekazane w postaci księgi dorównującej Apokalipsie. Zachowało się jedynie krótkie opowiadanie. Jak rozbitek został wyrzucony na brzeg wyspy nie zamieszkanej przez ludzi ani przez bogów i znalazł się we władzy dziwnej nimfy o ludzkim głosie, która go pokochała i gościła. A stało się to, kiedy rozgniewane bóstwo skruszyło oślepiającym piorunem okręt i wszyscy towarzysze wyprawy zginęli w odmętach. On zaś, porwany przez fale, został wyrzucony na brzeg jak bezwładny małż z pogruchotaną skorupą. Była czarna noc i rozbitek czuł tylko na swoim ciele pieszczotę długich włosów niewiasty, która opatrzyła jego rany i zaprowadziła go do wyłożonej suchym mchem groty. Nigdy jej nie widział i dlatego nazywał zawsze i jedynie pięknowłosą. Ani piękną, ani pięknooką, ani pięknolicą, tylko pięknowłosą, ponieważ zachował wspomnienie kojącego muśnięcia włosów nimfy. Potem nazwał ją jeszcze podstępną, a to wtedy, gdy wróciwszy do grozy i przewrotności świata, dowiedział się, że godzina błogostanu na jej Wyspie trwała w rzeczywistości siedem pełnych lat. Tajemnicza nimfa, w przeciwieństwie do Apokalipsy – co znaczy objawienie – miała na imię Kalipso – co znaczy utajona. Ale już zbieżność imion wskazuje na to, że zjawiska te są bliskie sobie, jeśli nie równoznaczne. Znawcy mitologii utrzymują, że wyspa Kalipso to przyczółek śmierci. Śmierć jest objawieniem ze znakiem ujemnym. Objawia się w milczeniu. Wiekuistym.

W dzieciństwie, kiedy nie szukałem jeszcze prawdy na dnie bajek, lecz brałem to, co migotało blaskiem na powierzchni, miałem już w głowie cały rejestr Wysp Homerowych. Wszystkie one były zaludnione potworami całkiem realnymi. Mamiły pięknem z daleka, z bliska okazując się pułapką, śmiertelną matnią, groźną próbą losu. A ponieważ w jakiejś przenośni, ale i z dużym podobieństwem, pokrywało się to z otaczającym życiem, nieufność do wszelkiego rodzaju mamideł pozostała na zawsze. I mniej więcej na przełomie niebezpiecznej młodości nastąpił w moim poglądzie na świat podział wysp na wyspy z podręcznika geografii i wyspy w sensie oderwanym. Jednak i wtedy wiedziałem, że żadnych illes d’Amour w jakimkolwiek znaczeniu nie ma na mapie ziemi i nieba, a udręczone serce i rozum nigdy nie znajdą ukojenia. Ta zadziwiona nieufność, nie dowierzająca obietnicom spełnienia piękna, pozostawiała jedynie odrobinę pocieszenia, że gdzieś jeszcze kryje się łudząca nadzieja równoważącej szczęście prawdy.

Po klęsce pod Waterloo Napoleon abdykował i oddał się w ręce Anglików. Szukał azylu, tymczasem potraktowano go jako jeńca. Na miejsce deportacji wyznaczono małą wyspę w pobliżu brzegów Afryki (czy tak już w pobliżu? prawie dwa tysiące mil, ale biorąc pod uwagę ogrom Atlantyku!), Saint Helena Island, która znajdowała się wtedy pod zarządem angielskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskíej. 16 października 1815 roku angielski bryg dostarczył tu na swoim pokładzie pod silną eskortą zdegradowanego cesarza Francji i światowej sławy stratega. Na Wyspie, jak wszyscy byli władcy, pisał pamiętniki i czytał Tacyta. W pogodne dni, a tropikalny klimat wysepki obfituje w ulewy, wychodził na wysoki brzeg i siedząc na składanym krzesełku godzinami patrzył na morze. Jedną nogę miał wyciągnięte, i opartą o kamień (na wojennych biwakach opierał ją o bęben dobosza, tu o kamień lub korzeń karłowatego platana – przy zmianach pogody dawna rana odzywająca się dotkliwym bólem). Ręce miał skrzyżowane na piersi, przyciskał nimi: klapy słynnego redingotu, w którym stał na murze moskiewskiego Kremla (przepalony iskrami płonącego miasta, zdobi obecnie gabloty kilku europejskich muzeów), białą kamizelkę, gorset koszuli, wzdymaną oddechami klatkę piersiową i serce w przyśpieszonych skurczach odzywające się w szyjnych tętnicach. Kołnierz redingotu miał podniesiony, ale był bez nakrycia głowy i wiatr morski, właściwie oceaniczny, mocny i słony, poruszał włosami zaczesanymi do przodu. Rysy miał do złudzenia przypominające (pomijając obrzmienie twarzy i martwotę cery charakterystyczne dla figur woskowych) rysy tego, który wygrywał klasyczne bitwy i dyktował kapitulację narodom. Tak siedział nieruchomy, wpatrzony w drganie słonecznych łusek na powierzchni wody, w żagiel zabłąkany na pustyni błękitu, w spieniony żabot fal na kamienistym brzegu. Wpatrzony, jeśli mogą patrzeć szklane oczy, nie tyle wchłaniające, co odbijające świat. To model pierwszy człowieka na wyspie bezludnej, ale czy szczęśliwej? Bezludnej oczywiście dla niego, ponieważ ani otaczających go strażników, ani kalibanów grzebiących na dole w ziemi nie zaliczał do wspólnego z nim gatunku istot. Powierzchnia Wyspy Świętej Heleny wynosi 122 km². Mieszkało wówczas na niej około 1,5 tysiąca nędzarzy i garstka urzędników angielskich. Powierzchnia największej z wysp przybrzeżnych Europy wynosi 230 tysięcy km², a mieszkało na niej wtedy około 15 milionów Brytyjczyków o skrajnej rozpiętości dostatku. Ale i tak wielka wyspa może okazać się bezludna, jeśli jest się osaczonym przez tępe ssaki, tylko udające swoją powierzchownością ludzi. Zwróćmy uwagę na pewną zbieżność faktów: połowa października i koniec kwietnia następnego roku – różnica zaledwie sześciu miesięcy. A także na znaczenie wyspy w losie tak wybitnych ludzkich jednostek.

O wielkim człowieku na małej wyspie dowiedziałem się już w dzieciństwie. Historia jego była prosta: chciał być Guliwerem wśród liliputów, lilipuci opadli go jak mrówki i podczas snu uwięzili. Tak przeważnie się kończy u Guliwerów z liliputami. O tym drugim wyspiarzu dowiedziałem się w wypożyczalni miejskiej, miałem wtedy piętnaście lat. Piętnaście lat to wiek, kiedy już nie przyjmuje się zastanego bezkrytycznie. Wyjaśnienie matki w sensie: to był niespokojny człowiek, którego niepokój nosił po świecie. A więc nosił w sobie niepokój, który go nosił. Coś w rodzaju balonika nadmuchanego powietrzem, które unosi go w powietrze. Później dowiedziałem się z książek, że tam było nieco inaczej. Człowiek kładzie się spać, nic nie wiedząc o swej klęsce, i widzi zły sen. Niedawno poślubiona młoda żona, którą kocha i która urodziła mu właśnie piękną Adę, wyjeżdża do swoich rodziców. Nic nie zapowiada rozdarcia i nagle przychodzi list z żądaniem zgody na separację. Chce się obudzić, ale nic a nic już nie da się zmienić. Każdy krok, każda próba tylko powoduje nowe, coraz dalej posunięte żądania, a do tego kalumnie, potwarze. To, co cały świat uznał za objawienie, w oczach malej dewotki, jej krewnych i przyjaciół jej krewnych było objawem obłędu, choroby duszy, zwyrodnieniem. Wtedy zbudował kocz, nazywany napoleońskim, w którym mieściły się podręczne książki i mapy na długą drogę. Dokądkolwiek pojadę, a jadę z pewnością daleko, nigdy już się nie spotkamy na tym świecie ani na tamtym, tak pisał w ostatnim liście do żony, przełamując urazę. 23 kwietnia 1816 roku opuścił Londyn, udając się do Dover. Z pokładu statku widział ognie oddalającego się brzegu rodzinnej wyspy. Stał zarzuciwszy na ramię skraj peleryny Childe Harolda. I stąd pokusa poszerzenia przenośni bezludnej wyspy na cały kontynent albo i cały glob ziemski, małą wysepkę ludzkiej plazmy w kosmosie.

Na wypadek, jakby Czytelnik nie wiedział (ja nie wiedziałam, ale się trafnie domyśliłam), w ostatnim akapicie chodzi o Byrona. Piękna Ada, córka poety, to Ada Lovelace, matematyczka.

Zadziwiająca żywotność tych dwu symboli – Wyspy Świętej Heleny i peleryny Childe Harolda, które oddziaływały jeszcze na moje pokolenie w latach naszej młodości. Ale potem powrócił płynący wstecz czas – od wysp, z których się ucieka, do wysp, na które sie ucieka w poszukiwaniu utopijnej szczęśliwości. Od wysp – straszących widm, do wysp – widmowych nadziei na możliwość wiecznej harmonii piękna:

…czymże jest marzenie?
Robotą duszy – dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy niźli w ciała rzeczywiste.

A pierwszą taką wyspą była mikroskopijna wysepka Leuke, którą można odszukać jedynie na szczegółowych mapach Morza Czarnego w pobliżu delty Dunaju. Na tym skrawku ziemi Achilles połączył się z Helena, a bóstwa morskie otoczyły szczęśliwy ich związek troskliwą opieką. Nie wiem, czy historia ta jest dostatecznie spopularyzowana. Postaram się możliwie wiernie ją streścić:

Odkąd Achilles usłyszał o aferze Parysa, myśl o Helenie nie opuszczała go. Aż zjawiła mu się we śnie i posiadł ją jako senną zjawę, a wtedy ogarnął go prawdziwy szał miłosny. Było to już w obozie greckim, podczas oblężenia Troi, i dzieliły ich potężne, uzbrojone fortece. Widząc jego cierpienia, Afrodyta przemieniła się w gołębicę i zaniosła do komnaty Heleny w pałacu Priama list Achillesa, w którym błagał, aby ukazała mu się na murach miasta. A gdy uległa jego prośbie i zobaczył z daleka jej sylwetkę na tle nieba, nie mógł już o niczym innym myśleć i umarł przywołując jej imię. A gdy zwłoki palono na wielkim stosie, boska matka herosa, Tetyda, porwała wyzwoloną z pęt ciała duszę i przeniosła na przygotowaną dla niego wysepkę Leuke. Wówczas była to wyspa zalesiona, pełna zwierzyny i bezludna. Cienie herosów, którzy walczyli pod Troją, kierowała Tetyda tam również, aby dostarczyć towarzystwa synowi. Ale Achilles niepocieszony czekał na Helenę. Aż zginął Parys, aż padł Deifobos, aż Helena wróciła do swego prawowitego małżonka i aż Menelaos dokonał przy niej swego żywota. Wtedy Helena, wolna od obowiązków, popłynęła na wyspę Leuke, wyszła sama na jej brzeg z pokładu statku i tam, poślubiona Achillesowi, została na zawsze. Rybacy wracający z połowu słyszeli weselne śpiewy, szczęk zbroi i potężny głos Pelidy intonującego heksametry Homera. Szczęśliwi kochankowie spędzali czas na zabawach, łowach i ucztach. Okres świetności wyspy szczęścia Leuke trwał długo, dopóki lasy się nie wykruszyły, a wtedy miejsce straciło swój urok i cienie herosów przeniosły się na Pola Elizejskie.

Późniejsze wyspy szczęścia nie miały już tego heroicznego nastroju, przypominały bardziej miejsce niedzielnych wycieczek. Polephil zastał na słynnej wyspie Cyterze coś w rodzaju nieustającego festynu karnawałowego. W czasach jeszcze nam bliższych gusty uległy dalszej zmianie – szukano samotności we dwoje.

I kto zapraszał – zapytajmy – na taką bezludną wyspę wytchnienia? Na bezludną wyspę wytchnienia zapraszał między innymi kawaler Evaríste Désiré de Forges, vicomte de Parny, pisarz i poeta francuski z epoki Wielkiej Rewolucji (…)

Kolejna wyspa nieistniejąca a na dodatek latająca to Laputa z Podróży Gullivera Jonathana Swifta.

 Grandville (Jean Ignace Isidore Gérard; 1803-1847), Gulliver odkrywa Laputę

Tajemnica Laputy, jak wiadomo, polegała na tym, że w jej wnętrzu znajdował się magnes połączony z mechanizmem zmieniającym jej położenie w stosunku do pokładów magnesowych sąsiedniej, macierzystej wyspy Balnibarbi. Ruch ten, trzykierunkowy (bo i do góry również – właśnie latający), ograniczony był jednak zasięgiem działania pola magnesowego Balnibarbi. Podaję to w skrócie, gdyż dokładny opis maszynerii, jak i jej właściwości, a także instrukcję, jak należy operować maszynerią obracającą magnesem we wnętrzach Wyspy Laputa, każdy bez trudu znajdzie w naukowej pracy pod tytułem Travels into Several Remote Nations of the World in Four Parts, by Lemuel Gulliver.

Cenna praca ta ukazała się wprawdzie w roku 1726, ale dzięki swej niezwykłej popularności została przetłumaczona na wszystkie języki i jest bez końca powielana w coraz bo nowych wydaniach. Zalecana nawet w szkołach jako obowiązkowa lektura, obok podręczników geografii i przyrodoznawstwa. Ciekawym nie sprawi też specjalnego trudu odnalezienie tego dzieła, a w nim miejsca dotyczącego Wyspy Laputa. Jaskinie, w której znajduje się, we wnętrzu latającej wyspy Laputa, magnes wyspą poruszający, Lapucjanie wyposażyli w sprzęt obserwatorium astronomicznego. Wielka studnia, tam prowadząca, ma głębokość około 25 prętów, czyli około 115 metrów. Mrok tej jaskini rozświetla dwadzieścia lamp, wzmacnianych przez wielki diament. Stoją tam astrolabia, globusy nieba i teleskopy. Przesądem jest budowanie obserwatoriów na szczytach górskich. Starożytni obserwowali niebo właśnie z dna głębokich studni, nie znając jeszcze żadnych instrumentów optycznych.

O czym pamiętają zapewne czytelnicy powieści Haruki Murakamiego Kroniki ptaka nakręcacza.

Lapucjanie pierwsi obserwowali ciała niebieskie z głębi studni, wzmacniając wzrok soczewkami teleskopu. Wynik był tak niezwykły, że kierując uwagę na księżyc w pełni, odróżniali na jego powierzchni nie tylko zarysy lądów, lecz nawet postacie Selenitów. Wspomniana wyżej praca milczy o tym, ale gdyby astronom lapucki skierował swój teleskop na księżyc w roku 1650, ujrzałby na największej wyspie Morza Jasności (Mare Serenitatis) jednego z pierwszych lunonautów, Cyrano de Bergeraca, dyskutującego z Kartezjuszem. Niestety, w połowie siedemnastego wieku technika nie była jeszcze w tym stopniu rozwinięta, aby można było z takiej odległości przekazywać na ziemię głos ludzki. Niemniej, znając poglądy obu dyskutujących, można domyślać się treści tej rozmowy. Kartezjusz budował swój system na zasadzie ‘clair et distinot’, gdy Bergerac nie był w tym stopniu pedantyczny. W swych przekonaniach Kartezjuszowi wystarczył za dowód istnienia sam proces ‘cogito’, natomiast Bergerac nie wątpił w istnienie duchów, co udowodnił właśnie podczas swojej wyprawy na księżyc. Chodziło zresztą prawdopodobnie również o co innego. Jak wskazuje tekst Voyage dans la lune, Bergerac wystąpil w obronie zwierząt, którym Kartezjusz odmawiał pełni istnienia, ponieważ zwierzęta nie myślą (…)

Aby odszukać miejsce tej historycznej rozmowy, ludzkość potrzebowała trzech z górą stuleci, strawionych na próbach wynalezienia nowych środków komunikacji w kosmosie, ponieważ dawne, tak proste w pomyśle i łatwe w wykonaniu, zostały nieopatrznie zapomniane. W piątek 30 czerwca 1971 roku, według ogólnie stosowanej w tym okresie na Ziemi rachuby, o godzinie 23.16 czasu środkowoeuropejskiego pojazd lądujący rakiety kosmicznej Apollo-15, Falcon, wylądował na powierzchni Księżyca. Była to piętnasta próba wyprawy na Księżyc, ale nigdy jeszcze selenonauci nowej ery nie wylądowali tak blisko celu – kilka kroków od Morza Jasności. Po raz pierwszy korzystali też z mechanicznego pojazdu, samochodziku elektrycznego, Roveru, którym mogli szybko i swobodnie poruszać się na księżycowym terenie. Nazajutrz po wylądowaniu, o godzinie 14.30 selenonauci David Scott i James Irvin opuścili Falcona i rozpoczęli czynności ustawiania przyrządów pomiarowych, kamer telewizyjnych, jak montowania Roveru. Krajobraz, który ich otaczał, był fascynujący. Statek osiadł u podnóża Apenin Księżycowych, w pobliżu północnej części Szczeliny Hadleya. Jest to przepaść o szerokości do jednego kilometra i głębokości ponad trzystu metrów. Na północ roztaczała się pofalowana równina z małymi kraterami, otoczona łańcuchem wzgórz łączących się ze stromymi zboczami Apenin, których szczyty szare i błyszczące w słońcu wznoszą się do czterech tysięcy metrów. Od strony zachodniej i południowej góry nieco niższe i przełęcze łagodnie spadające w wąskie malownicze doliny. Gdy korzystając z mechanicznego łazika, selenonauci dotarli do południowej części doliny i wspięli się na wzniesienie, oczom ich otworzyła się panorama wielkiej przestrzeni Morza Jasności. Ależ, morza! Jakżeż zmienił się przez ten czas, od podróży Cyrano de Bergeraca, krajobraz Srebrnego Globu! Morza jego wyschły albo spłynęły do otchłani cyklopicznych szczelin. Na miejscu żywiołu wodnego pokazało się dno wielkich morskich łożysk, podobne do pustyni pokrytej pokładami pyłu mysiej barwy, w którym noga grzęźnie po kostkę. Jeśli były tu wyspy, to roślinność ich dawno została spalona przez słońce, sterczą tam gołe głazy, do połowy zasypane przez pył pustynny. Gdzie pleniły się rajskie ogrody ludzkich marzeń, kierowanych ku księżycowej tarczy, jaśniejącej na nieosiągalnym niebie, dociekliwy wzrok ludzki znalazł same kamienie, okryte szarym pyłem kosmicznym.

Stąd surowa konkluzja, podyktowana przez chwilę eklezjastycznej refleksji, i proszę nie brać jej na serio i dalej nie przekazywać.

Nie! Lepiej odstąpmy od tego tematu, napełńmy naszą uwagę, jak kratery do wina, inną treścią, pogodniejszą, przynajmniej na pierwszy rzut oka pogodniejszą. Są jeszcze wyspy innego rodzaju, na przykład – wyspy zaczarowane.

Burza zerwała się nad Telepylą lajstrygońską, ale gdy nawa, ostatnia z flotylli, uszła niebezpieczeństwu, otwarte morze kołysało się uspokojone, wśród fal skakały delfiny i mewa poprowadziła żeglarzy ku zarysom nie znanej zalesionej wyspy. A była to Wyspa Ajaj, co znaczy: lament, wyspa złej czarownicy Kirke, która znienawidziwszy płeć męską zamieniała mężów w zwierzęta.

Proszę otworzyć Odyseję na pieśni dziesiątej i przeczytać, jak to dokładnie było. Niektórzy pamiętają to z dzieciństwa, w korowodzie innych strasznych baśni. Trzeba mieć, podarowany przez dobrą wróżkę (boga), cudowny kwiat, żeby przygoda skończyła się dla głównego bohatera pomyślnie.

Nic dziwnego, że opatrzono tę bajeczkę ponurym komentarzem: Sindbad-Żeglarz, który chadzał śladami Odysa, ale miał niezależne spojrzenie na koleje jego wędrówki, pozbawił i tę przygodę tajemnicy: wyspa Kirke zwyczajną wyspą ludożerców. Kanibale więzili bezbronnych rozbitków, tucząc ich na wzór trzody chlewnej. Aby uniknąć losu towarzyszy, Sindbad – i na tym polegała jego przebiegłość – nie przyjmował jedzenia, aż wychudł do tego stopnia, że mięśnie jego przyschły do kości. Nie nadawał się do pożarcia, łatwo też mógł zmylić czujność pasterza ludzkiego stada i umknąć przed rożnem.

Myśl późniejszych zawodowych komentatorów poszła w kierunku żmudnego rozwiązywania rebusu Homerowych symboli. Zwierzęta, w które zamieniła czarownica towarzyszy Odysa, nasunęły skojarzenie z ofiarami składanymi na cześć bóstw chtonicznych – pojono zaś te bóstwa krwią i czczono kadzidłem z dymu palonej sierści czarnych wieprzy. Czy Kirke nie była czasem zaszyfrowaną boginią podziemia, a jej czarodziejska wyspa przedsionkiem piekieł – wszakże leżała na drodze do krainy cieniów. Władzę jej mógł jedynie poskromić kwiat zmartwychwstania – pierwiosnek, którym z pewnością była roślina wręczona Odysowi przez Hermesa. Uderzona jej łodyżką czarownica z widma Hadesu zamienia się w boginkę uciech: wonna kąpiel, suta uczta, pieszczoty miłosne, życzliwe rady na pożegnanie, odczynienie złowrogich czarów. Jeszcze raz wędrownikowi udało się wykpić od śmierci.

Trzeci komentarz, z najbardziej spopularyzowanych, znajdujemy w najnowszym przewodniku po Odysei, pt. Ulisses. Tu Kirke występuje jako Bella Cohen z domu publicznego w Nocnym Mieście, zamieniająca mężczyzn w brudne knury. Hipoteza najdalsza od punktu wyjścia, skoro wystartowaliśmy z antycznego Disneylandu.

Ale jakkolwiek by było z tą zaczarowaną wyspą, znów i znów wpadamy w błędne koła spraw gorzkich, gorszących, przykrych. Czy można z tego wysnuć jakieś ogólne prawo? Że człowiek zawsze zagrożony, nigdy pewny następnej swej chwili, naczynie strachu i smutku, zatruty nadzieją, nawet tworząc utopijny świat uciechy – pełen jest nieufności i obawy. Stąd w bajkach jego straszą upiory, a bezludne wyspy wytchnienia tchną chłodem grobów. Czyżby na oceanie samotności nie było żadnej najmniejszej wysepki, na której widma nie tyle grożą, co płatają płoche albo i mądre figle spragnionym uciech?

Rozkładam mapę lądów śródziemnomorskich i rzucam na nią ziarenko maku, które toczy się przeskakując z jednego pola kartograficznej szachownicy na drugie i zatrzymuje sie w polu błękitnym, na niezbyt dużej głębokości, aby zamienić się w szarą pływającą wysepkę, czekającą na swoich rozbitków. Ale zanim zniesie ich tu burza, płodne wiatry rzucą na nią nasiona tropikalnych roślin, które rozrosną się w dziewiczy las, a do lasu tego nadlecą wędrowne ptaki i przypłyną gady, wielkie żółwie i jadowite węże. Przybycie człowieka zależy od woli bogów, czy zechcą ukarać go, dać mu nauczkę, czy spłatać mu tylko figla, nasyłając omamy.

Policzmy wymienione tu książki: Biblia, Odyseja, Ulisses Joyce’a, Wędrówki Childe Harolda Byrona, Pamiętniki Napoleona spisane na wyspie św. Heleny, Przygody Sindbada Żeglarza, Cyrano de Bergerac Rostanda, Podróże Guliwera, poezje kawalera Evaríste Désiré de Forges, Polephil, który pisał o wyspie Cyterze, a którego nie  znalazłam w żadnej Wikipedii…

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Haus, Buch, Grab und Zufall

Ewa Maria Slaska

Von Thessaloniki nach Berlin

Für Brigitte und Darek

Neulich war ich ein paar Tage in Thessaloniki und wohnte in einem alternativen Haus, in dem alles so aussah, wie in Berlin nach der Wende. Ich verbrachte die Zeit dort abwechselnd auf Englisch diskutierend und ziellos von einer Ecke des Hauses zu der anderen schlendernd, um alles zu fotografieren.

Irgendwann wurde mir klar, dass ich gleich zurück nach Berlin fliegen muss, was auch bedeutet, dass ich, und zwar sofort, Deutsch zu sprechen habe. Unbedingt brauchte ich, um mich umzustimmen, für die Flugstunden etwas auf Deutsch.

Ich machte mich auf die Suche.

In dem großen Theatersaal, wo auch Bibliothek untergebracht wurde, wollte ich nicht stöbern, aber in einem engen dunklen Flur gab es ein Korb voller Sachen zu mitnehmen und nebenan auch ein Brett mit abgelegenen Bücher.

Und da, siehe einen an, auch ein englisches Buch, aber in deutscher Übersetzung. Barbara Belford, Viktorianische Liebesspiele. Die Geschichte der Violet Hunt und ihrer Liebhaber und Freunde. DTV München 1998. Erstaunlich guter Fund. Meistens sind Bücher, die man in Bypackers-Hostels in aller Welt findet, ziemlich öde, so zwischen Publikationen der Zeugen Jehovas und Ken Follett. Man liest sie sowieso, ich hätte auch Marx gelesen, aber interessante Bücher bekommt man selten.

Diese Violet Hunt, erstaunlich… Eine emanzipierte Frau, geboren 1862, gestorben 1942.  Generation meiner Urgroßmutter Eugenia. Sie war auch emanzipiert, studierte, als erste Frau in der Familie, gründete in Russisch-Warschau eine Sonderschule für zurückgebliebene Kinder (erste in ganz Polen), dies alles aber im Bereich Bildung und soziales Engagement, wie es sich damals, während der Teilung Polens, für eine patriotische Polin ziemte. In ihrem Familienleben entsprach sie jedoch (fast) vollkommen dem gängigen Muster einer konservativen Ehefrau und Mutter vierer Kinder. Violet Hunt dagegen blieb ihr ganzes Leben unverheiratet, war eine berühmte Geliebte, eine femme fatale, exzentrisch und ausgesprochen frei von Konventionen, eine Frau, die für ihre Intelligenz, scharfe Zunge und bissigen Witz bewundert und gefürchtet wurde. Sie war eine Journalistin und Schriftstellerin (wie ihre Mutter), sie könnte malen (wie ihr Vater), sie war mit Oskar Wilde, Henry James und Joseph Conrad befreundet, die Schriftsteller Ford Madox Ford, Orson Welles und W. Somerset Maugham sowie der Verleger Oswald Crawfurd waren ihre Liebhaber.

Auf dem Flughafen und dann im Flugzeug lese ich dieses Buch. Die Autorin holt weit aus. Da die Familie von Violet in Durham ansässig war, schreibt sie auch etwas über die Stadt selber.

…Durham besaß eine intellektuelle Bürgerschicht und eine mittelalterliche Kathedrale.

Ich klicke in mein Handy den Stadtnamen und den Namen von Violets Vater, Alfred Hunt, der ein Landschaftmaler war und die Stadt zig mal malte. Bin sofort findig.

Alfred William Hunt, Elvet Bridge, Durham

Von solchen Bildern ihrer Vater schrieb Violet in ihren Tagebüchern, dass sie ihre Kleider, Schuhe und Schulbücher finanzierten.

Zuerst aber ist Violet überhaupt noch nicht geboren. Die Autorin schreibt über die Stadt.

Die Geschichte von Durham beginnt mit Cuthbert, dem heiligen Hirten, der Bischof von Lindisfarne wurde, 687 starb und elf Jahrhunderte später die Karriere von Violets Großvater beeinflußte. Nach der Legende wurde der Leichnam Cuthberts vollständig mumifiziert, und sein Sarg wurde von seiner Gefolgschaft mitgeführt, als sie zwei Jahrhunderte später  vor den Dänen floh. 995, wieder zwei Jahrhunderte später, zog die Gemeinde noch einmal weiter und blieb eine Zeitlang in Dunholm, der “Berginsel” – so lautete der alte Name von Durham. Als sie wiederum aufbrach, ließ sich der Sarg nicht hochheben, ein Zeichen, daß St. Cuthbert dort bleiben wollte, wo er sich befand.

1017 wurde eine steinerne Kathedrale für den Sarg errichtet. Fünf Jahre später wurden die Gebeine von Beda venerabilis überführt. 1093 begannen die Normanen (1066 kamen sie nach England, was die Autorin nicht erwähnenswert findet, aber was soll es, in England weiss es doch jedes Kind – Anm. d. Bloggerin) mit dem Bau jener Kathedrale, die heute noch in Durham steht. (…) Pilger zogen dorthin, bis Heinrich VIII. sich mit Suprematsakte zum Haupt der englischen Kirche erklärte. (…)

1812 zog James Raine, Violets Großvater mütterlicherseits, gerade erst 21 geworden, aus benachbarten Ovington nach Durham. Er wurde Rektor der Schule von Durham, wo er 15 Jahre ein Lehrer war. Später wurde er zum Priester geweiht und 1816 zum Bibliothekar des Domkapitels ernannt. Er wurde auch Historiker, Mitarbeiter von Robert Surtees, der die Geschichte von Durham verfasste.

1827 hatte Raine St. Cuthberts Grab öffnen lassen und die verwesten Überreste des Heiligen entdeckt. Der Sarg war schon 689, 1022, 1104 und 1539 geöffnet worden, und jedesmal hatten die Geistliche bestätigt, dass der Körper des Heiligen nicht verfallen sei. Dieses vielgepriesene Wunder, schrieb Raine in seinem ein Jahr später veröffentlichtem Buch, sei “bestimmten Interessen zuliebe in einem abergläubischen Zeitalter erfunden” und mehr als Tausend Jahre durch klerikale Verschwörung am Leben erhalten worden.

Zurück in Berlin muss ich sofort zu einer Veranstaltung los, die ich moderiere, nach dem Vortrag gehen wir noch zu dritt mit dem Referenten essen. Brigitte, Darek und ich. Aus welchen Grund auch immer kommen wir im Gespräch an das Thema langlebige Lügen. Wie es möglich ist, wer sorgt dafür, dass sie sich so lange halten? Das Thema erinnert mich natürlich an die Geschichte von St. Cuthbert Grab und die Lüge über seinem angeblich nicht verfallenem Leichnam, die ich vor ein paar Stunden gerade gelesen habe. Wisst ihr, sage ich, es gibt in Nordengland so eine Stadt Durham…

– Durham, sagen Brigitte und Darek unisono.
– Sag ich doch, Durham…
– Nein, antworten die beiden, immer noch im Einklang, Durham…
Ach, wie immer. Ich habe keinen musikalischen Gehör, ich höre diese Aussprach-Unterschiede überhaupt nicht.
– Verdammt, ich wollte euch etwas über die Lügen erzählen. Also in dieser Stadt gibt es in der Kathedrale…
– Normannische, sagt Darek.
– Da liegt der Heilige Cuthbert begraben, sagt Brigitte, der Bischof von Lindisfarne.

Ich glaube, ich spinne. Ich habe es gerade heute das erste Mal in meinem Leben erfahren, von Durham, Kathedrale und Cuthbert, und die beiden wissen einfach alles… Woher Dariusz es weißt, lässt sich vermuten, ist doch Kunsthistoriker, Museumsdirektor in Stettin, na OK, aber Brigitte ist eine Musikerin in Berlin…

– Woher weißt du das? – frage ich.
– Ich war da zig mal wandern! Ich liebe diese Stadt, diese Kathedrale, Nordengland überhaupt…

Ich erzähle endlich meine Geschichte, wir unterhalten uns über Heiligen Cuthbert, England und Küche, dh. übers Essen überhaupt. Hier sind wir uns einig, die Englische Küche ist nicht unbedingt der Inbegriff des Schmackhaften…

Am nächsten Tag schickt uns Brigitte die Bilder. Von Cuthbert, von Kathedrale und von ihrer Wanderungen.

Ihr Lieben,
das Thema St. Cuthbert hat meine Erinnerungen an eine Reise nach Northumberland/Lindisfarne geweckt. Wie schön es dort ist!!! St. Cuthbert wurde in Lindisfarne bestattet, welches sehr ungeschützt war vor den wiederholten Wikingereinfällen. Sein Sarkophag wurde gerettet, mehrere Jahre lang hier und da und dort versteckt.


Illuminated manuscript of Bede’s Life (1180) of St Cuthbert, showing the discovery of his Incorrupt Body

Er fand schließlich seinen endgültigen Ruheplatz in der normannischen Kirche von Durham. Es gibt bei St. Cuthbert diese Legende von einer angeblich unzerstörten Leiche. Hier ein link zur Wikipedia und einige Landschaftsbilder – ich bekomme gleich Lust in den Norden zu fahren, wo es im Sommer so angenehm kühl ist und ebenso angenehm unbevölkert. Darüber wird die englische Küche unwichtig.

Durham

Lindisfarne

Wandern an der Fluss Wear bei Durham

Und so wandert man an einem Tag aus Makedonien über Berlin nach Nordengland in Gesellschaft einer deutschen Musikerin und eines polnischen Kunsthistorikers. Wir gehen bei einem (wie man in Berlin so sagt) Griechen essen und stellen fest, die Küche ist (auch) wichtig :-).

Reblog: 25 rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz

12 maja 1992 roku, 25 lat temu, widziano ją po raz ostatni.

Dziś, 13 maja, to oficjalny dzień jej śmierci.

„Zginę w górach” — mówiła. Dotrzymała słowa. Zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Na początku XXI wieku do Izby Pamięci Jerzego Kukuczki zapukała para turystów, która twierdziła, że w jednym z klasztorów w Tybecie spotkała postać przypominającą zaginioną przed laty himalaistkę…
Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia, do dziś pozostaje tajemnicą.

Trzecia kobieta i pierwsza Europejka na Mount Evereście. Pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2. Od małego słynęła ze „żmudzkiego” uporu. Szybko musiała dorosnąć, by wesprzeć matkę w domowych obowiązkach. Ojcu chciała z kolei zastąpić pierworodnego syna, który zginął śmiercią tragiczną. Najpierw dźwigała ciężar niełatwej historii rodzinnej, później sprawy „na dole” zawsze pozostawiała na drugim planie. Żyła od wyprawy do wyprawy. Nigdy nie zdecydowała się na macierzyństwo. Rozpadły się jej dwa małżeństwa. Najważniejsza była dla niej wolność. Jej prawdziwą miłością były góry.

Nieznane dotychczas dokumenty, niepublikowane wcześnie fotografie oraz bliscy, którzy po raz pierwszy zgodzili się na rozmowę.  Po olbrzymim sukcesie książki Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska przybliża czytelnikom życie najsłynniejszej polskiej himalaistki. Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o pokonywaniu własnych demonów, przełamywaniu swoich słabości i o wielkiej, życiowej pasji, która, dając niebywałą siłę, może również spalać.

Biografia Wandy Rutkiewicz ujrzy światło dzienne już jutro, 14 czerwca 2017 roku. 

Kangchenjunga, 8586 m seen from Gangtok, Mountain on the border between Nepal and Sikkim – sierpień 2004, foto Siegmund Stiehler (Wikipedia commons)

Barataria 16 W Baratarii wszyscy kłamią

Ewa Maria Slaska

Walter Zitzenbacher, W Baratarii wszyscy kłamią

Niewątpliwie, Barataria, kraj ułudy, to kraina kłamczuchów, opisana przez austriackiego pisarza Zitzenbachera w komedii pod tym właśnie tytułem. Kraina kłamczuchów to stary motyw literacki, podobnie jak kraina łakomczuchów, leni czy śpiochów. Na przykład taki Gelsomino w kraju łgarzy… Pospieszny research w sieci informuje mnie jednak, że owa powiastka włoskiego pisarza Gianni Rodari nazywa się po polsku Gelsomino w kraju kłamczuchów. Oryginał ukazał się w roku 1958, w Polsce, być może dlatego, że autor był zaangażowanym komunistą, już w roku 1962. Przełożyła Hanna Ożogowska, ilustrował Jan Marcin Szancer. Recenzentka, Adriana Dobrzyńska-Suchy, pisze:

Obdarzony przeraźliwie silnym głosem Gelsomino wyrusza w świat. Dociera do Kraju Kłamczuchów, w którym, jak sama nazwa sugeruje, wszyscy kłamali. Wieczorem mówiono sobie dzień dobry, a rano dobranoc, płacono wyłącznie fałszywymi pieniędzmi, a żeby zostać sławnym w jakiejś dziedzinie, trzeba było robić coś wyjątkowo źle. By kupić chleb, proszono o atrament, a po artykuły piśmiennicze szło się do piekarni. Nawet zwierzęta w tym kraju zachowywały się na opak, psy zamiast szczekać miauczały, a koty, zamiast miauczeć, szczekały. Mówienie prawdy było surowo wzbronione, a za złamanie tego zakazu groziło więzienie, czyli, mówiąc językiem mieszkańców, szpital dla obłąkanych. (…) Oprócz ciekawej przygody i wspaniałych przyjaciół Gelsomino zyskał tam coś więcej. Zrozumiał wreszcie, że jego głos nie jest tylko brzemieniem, ale darem, który można wykorzystać w słusznej sprawie.

Rodari jest zresztą autorem innej mojej ulubionej książki z dzieciństwa, a mianowicie Opowieści o Cebulku, wydanej po polsku już w roku 1954. Nie wiem, kiedy ją czytałam, ale pamiętam ją do dziś, zwłaszcza biednego chudego i bladego kabaczka i jego domek, w którym mieścił się tylko on i to wyłącznie na stojąco (tłumaczyła Zofia Ernstowa). To oczywiście powiastka z gruntu komunistyczna, Cebulek uosabia uciemiężony proletariat, a jego przeciwnik, tłusty Baron Pomarańcza, to paskudny kapitalista. Nie przypominam sobie jednak, żeby komunistyczne poglądy autora przeszkadzały mi w lekturze… A może… może… nie śmiem o tym nawet napomknąć, ale Cebulek walczy w końcu o sprawiedliwość społeczną,  może więc było to jedno z tych dzieł, które mnie wręcz ukształtowały? Rozumiem, że w dzisiejszej Polsce to wstyd i hańba wierzyć o sprawiedliwość społeczną, a już na pewno nie wolno się przyznawać, że to się człowiekowi wydaje ważne, ale co ja na to poradzę, tak mi widać zostało z dzieciństwa.

***

Barataria w komedii Zitzenbachera to miasteczko w Hiszpanii. Akcja dzieje się około roku 1600. Obywatele Baratarii dowiadują się właśnie, że ich miasto stało się wyspą.
– Ale jak to wyspa, obrusza się jeden z mieszkańców. Przecież leżymy w środku stałego lądu a latem wszystkie studnie wysychają.
Najwyraźniej mieszkańcy miasta nic o tym nie wiedzą, że uczeni specjaliści w sprawach Don Kichota, ulokowali ich miasto w podmokłym zakolu rzeki Ebro nieopodal Saragossy. U Zitzenbachera latem Baratario wysycha. Suszę powinno dać się zauważyć, bo według Cervantesa Sancho Pansa przybywa do Baratarii pod koniec lipca i pozostaje do początków sierpnia. Ale taki jest rozkaz Księcia i nie ma o czym dyskutować. Baratario jest wyspą, ma dużo wody, a Książę mianował właśnie Gubernatora wyspy i jest nim Sancho Pansa.
– To przecież błazen, oponuje ktoś.
– No i cóż, że błazen, pada odpowiedź. Mało to błaznów rządzi na świecie?

Hmmm, no cóż, nie da się ukryć…

Z daleka słychać gwar głosów, okrzyki, śmiechy, bicie w bębny i muzykę. Nadciąga Gubernator, może i błazen, ale bystry, bo prawie od razu zaczyna się dość dociekliwie dopytywać, czemuż to właściwie Baratario jest wyspą, skoro wygląda jak miasteczko i wcale nie jest otoczone wodą. W końcu jednak sam sobie wyjaśnia tę sprawę: To dlatego że na wyspie jest miasteczko, miasteczko na wyspie czyli i miasteczko, i wyspa! Rozumie jednak i to, że w takim razie, skoro jego gubernatorstwo jest żartem, to żart jest gubernatorstwem, zatem nawet wiedząc już, że Książę sobie z niego zadrwił, Sancho Pansa nie zamierza złożyć swojego urzędu, dopóki sam nie pojmie, że przerasta to jego możliwości…

Na zakończenie dodam, że czytanie manuskryptu (komputeroskryptu?) Waltera Zitzenbachera dostarczyło mi rozrywek rodem wręcz z Baratarii czyli Krainy Złudy. Sztuka nigdy nie została wydana, znajduje się jednak w czymś w rodzaju magazynu tekstów na potrzeby teatrów, które można sobie zamówić, jeśli się człowiek nosi z poważnym zamiarem wystawienia, omówienia lub opublikowania rzeczonego tekstu. Najwyraźniej salon Ewy Marii czyli ten blog jest argumentem wystarczająco poważnym, żeby mnie najpierw “zarejestrowano w rejestrze” a potem “dano dostęp do dostępu” i wreszcie przysłano mi plik w formacie pdf. I tak go sobie ostatnio czytałam i czytałam, i ciągle mi się wydawało, że coś mi w tym tekście zgrzyta i skrzeczy jak rzeczywistość. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że dostałam tylko połowę tekstu, ale nie pierwszą albo drugą, lecz – ku chwale wszechobecnej Baratarii – co drugą stronę! Tylko nieparzyste. Napisałam do “magazynu” z prośbą o strony parzyste. Odpowiedź przyszła (po dwukrotnym zaledwie przypominaniu) nawet całkiem rychło: nie ma stron parzystych i nie wiadomo, kiedy mogłoby się było by było udać je wyprodukować. Ale jeśli i jak się uda, to je niezwłocznie dostanę…

Może więc w sztuce chodzi o coś innego a nie o to, o co myślę, że chodzi… Niech żyje Kraina Wiecznych Przypuszczeń! Coraz bardziej mi się podoba w Baratarii.

Barataria 15 Jan Potocki

Ewa Maria Slaska oddaje głos Janowi Potockiemu. Rękopis znaleziony w Saragossie, wydanie hipertekstowe – fundacja HA!ART.

Postanowiłam ponownie przeczytać Rękopis…, gdyż, o czym już pisałam, w Bestiariuszu kulturalnym znalazłam informację, że nasza słynna powieść łazikowska ma liczne powiązania z Don Kichotem. Liczyłam na to, że w setce splątanych ze sobą opowieści znajdzie się i taka, która przypomni przygody Sancho Pansy na wyspie Barataria. I nie myliłam się. Rozdział 43 i następne – opowieść o przygodach Margrabiego Torres Rovellas. Jest i wyspa, i zarząd prowincji, wyniesienie i upadek, dobre intencje i niezasłużona kara.

Jan Potocki

(…) Niedługo potem spadły na nas nieszczęścia. Dwóch synów, jakimi Elwira mnie obdarzyła, po krótkiej chorobie zeszło z tego świata. Wtedy tytuł granda przestał już nas nęcić, zaprzestaliśmy dalszych zabiegów i postanowiliśmy udać się do Meksyku, gdzie stan naszych interesów wymagał naszej obecności. Zdrowie margrabiny było znacznie nadwerężone i lekarze utrzymywali, że podróż morska może ją do sił powrócić. Wybraliśmy się więc w drogę i po dziesięciotygodniowej żegludze, która w istocie wywarła nader zbawienny wpływ na zdrowie margrabiny, wylądowaliśmy w Veracruz. Elwira przybyła do Ameryki nie tylko zupełnie zdrowa, ale piękniejsza niż kiedykolwiek.

Zastaliśmy w Veracruz jednego z pierwszych oficerów wicekróla, wysłanego na powitanie nas i przeprowadzenie do Meksyku. Człowiek ten wiele opowiadał nam o wspaniałości hrabiego de Peńa Velez i o obyczajach, jakie panują na jego dworze. Wiedzieliśmy już o niektórych szczegółach przez stosunki z Ameryką. Zaspokoiwszy zupełnie dumę, wicekról rozniecił w sobie gwałtowną skłonność do kobiet i nie mogąc być szczęśliwym w małżeństwie, szukał pociechy w ujmującym i grzecznym obejściu z kobietami, jakim przed laty odznaczało się towarzystwo hiszpańskie.

Niedługo bawiliśmy w Veracruz i odbyliśmy podróż do Meksyku z wszelkimi wygodami. Jak wiecie, stolica ta leży pośród jeziora: noc już zapadła, gdy przybyliśmy na brzeg. Wkrótce spostrzegliśmy ze sto gondoli oświeconych lampionami. Najwspanialsza wysunęła się naprzód, przybiła do lądu i ujrzeliśmy wychodzącego z niej wicekróla, który zwracając się do mojej małżonki, rzekł:

– Córko nieporównana kobiety, której nie przestałem dotąd uwielbiać! Sądziłem, że to niebo nie pozwoliło ci wejść w związek ze mną, ale widzę, że nie zamierzało ono pozbawić świata najpiękniejszej jego ozdoby, za co składam mu dzięki. Pójdź, piękna Elwiro, zdobić naszą półkulę, która, posiadając ciebie, nie będzie miała czego zazdrościć Staremu Światu.

Wicekról uczynił uwagę, że Elwira tak dalece się zmieniła, że nigdy nie byłby jej poznał.

– Wszelako – dodał – pamiętam cię daleko młodszą i nie powinnaś się dziwić, że krótkowzroki śmiertelnik w róży nie poznaje pączka.

Następnie zaszczycił mnie uściskiem i wprowadził nas oboje do swojej gondoli.

Po półgodzinnej żegludze przybiliśmy do pływającej wyspy, która dzięki pomysłowemu urządzeniu wyglądała zupełnie jak prawdziwa; okrywały ją pomarańczowe drzewa i mnóstwo innych krzewów, a mimo to utrzymywała się na powierzchni wody. Wyspę tę można było popychać na różne strony jeziora i tak cieszyć się coraz nowym widokiem. W Meksyku często można widzieć podobnego rodzaju budowy, zwane chinampas. Na wyspie stał okrągły budynek rzęsiste oświecony i brzmiący z daleka głośną muzyką. Wkrótce spostrzegliśmy, że lampiony układają się w kształt monogramu Elwiry. Zbliżając się do brzegu, ujrzeliśmy dwie grupy mężczyzn i kobiet, odzianych w przepyszne, ale dziwaczne stroje, na których żywe barwy rozmaitych piór walczyły o lepsze z blaskiem najdroższych klejnotów.

– Pani – rzeki wicekról – jedną z tych grup składają sami Meksykanie. Ta piękna kobieta na czele – to margrabina Montezuma, ostatnia przedstawicielka wielkiego nazwiska, które nosili niegdyś władcy tego krajus. Polityka gabinetu madryckiego zabrania jej korzystać z przywilejów, które wielu Meksykanów dotąd uważa za prawowite. Jest za to królową naszych rozrywek; jedyny to hołd, jaki wolno jej składać. Mężczyźni drugiej grupy mienią się Inkami peruwiańskimi; dowiedziawszy się, że córka słońca wylądowała w Meksyku, przychodzą palić jej ofiary.

Podczas gdy wicekról obsypywał moją żonę podobnymi grzecznościami, bacznie w nią się wpatrywałem i zdało mi się, że spostrzegam w jej oczach jakiś ogień, wybłysły z iskry miłości własnej, która od siedmiu lat naszego pożycia nie miała dotąd czasu się rozżarzyć. W istocie, pomimo całych naszych bogactw nie mogliśmy nigdy stanąć na czele towarzystwa madryckiego. Elwira, zajęta moją matką, dziećmi, zdrowiem – nie miała sposobności błyszczenia, podróż jednakże wraz ze zdrowiem powróciła jej dawną piękność. Umieszczona na pierwszym szczeblu naszego społeczeństwa, gotowa była, jak mi się zdawało, nabrać przesadnego wyobrażenia o sobie i objawić chęć zwracania na siebie powszechnej uwagi.

Wicekról mianował Elwirę królową Peruwiańczyków, po czym rzekł do mnie:

– Jesteś bez wątpienia pierwszym poddanym córki słońca, ale ponieważ wszyscy dziś przebraliśmy się, raczysz przeto aż do końca balu poddać się prawom innej władczyni.

To mówiąc przedstawił mnie margrabinie Montezuma i złożył moją rękę w jej dłoni. Weszliśmy w zgiełk balu, obie grupy zaczęły tańczyć raz wspólnie, to znowu osobno, i wzajemne ich współzawodnictwo ożywiło uroczystość.

Postanowiono przedłużyć maskaradę aż do końca sezonu, zostałem więc poddanym dziedziczki Meksyku, podczas gdy moja żona władała swoimi podwładnymi z ujmującym wdziękiem, który zwrócił na siebie moją uwagę. Muszę jednak opisać wam córkę kacyków, czyli raczej dać wam niejakie pojęcie o jej powierzchowności, gdyż nie byłbym w stanie słowami oddać tego dzikiego wdzięku i tego zmieniającego się wciąż wyrazu, jaki namiętna jej dusza nadawała jej twarzy.

Tlaskala Montezuma urodziła się w górzystej okolicy Meksyku i nie miała wcale ogorzałej cery, jaką odznaczają się mieszkańcy nizin. Cera jej była delikatna jak u blondynek, choć ciemniejsza, a jej blask podkreślały czarne oczy podobne do klejnotów. Rysy jej, mniej wydatne niż u Europejczyków, nie były spłaszczone, jak to widzimy u ludzi z amerykańskich plemion. Tlaskala przypominała ich tylko ustami, dość pełnymi, ale zachwycającymi, ile razy przelotny uśmiech przydawał im wdzięku. Co do jej kibici, nic wam nie mogę powiedzieć, zdaję się całkiem na waszą wyobraźnię albo raczej na wyobraźnię malarza, który zamierzałby namalować Dianę lub Atalantę. Wszystkie jej ruchy miały w sobie coś szczególnego, przebijał się w nich gwałtowny poryw namiętności, hamowany z wysiłkiem. Spokojność nie wydawała się w niej spoczynkiem i zdradzała ciągły wewnętrzny niepokój.

Krew Montezumów zbyt często przypominała Tlaskali, że jest urodzona do panowania nad szeroką częścią świata. Zbliżywszy się do niej, spostrzegało się naprzód dumną postawę obrażonej królowej, ale zaledwie otworzyła usta, wnet słodkie spojrzenie wprawiało w zachwyt i każdy ulegał czarowi jej słów. Gdy wchodziła w podwoje wicekróla, zdawało się. że z oburzeniem spogląda na równych sobie, ale niebawem wszyscy widzieli, że nic ma sobie równej. Serca pochopne do uczuć poznawały w niej władczynię i słały się jej do stóp. Tlaskala przestawała być królową, była kobietą i przyjmowała hołd sobie należny.

Pierwszego zaraz wieczoru uderzył mnie ten wyniosły jej sposób myślenia. Wydawało mi się, że powinienem powiedzieć jej jakąś grzeczność, stosowną do charakteru jej przebrania i do godności pierwszego poddanego, jaką mnie wicekról zaszczycił, ale Tlaskala bardzo źle przyjęła moje oświadczenia i rzekła:

– Korona balowa może tylko tym pochlebiać, których urodzenie nie powołało do tronu. To mówiąc rzuciła wzrok na moją żonę. Elwirę w tej chwili otaczali Peruwiańczycy i służyli jej na klęczkach. Duma i radość wprawiały ją w zachwyt; zawstydziłem się za nią i tego samego wieczoru mówiłem z nią o tej sprawie. Z roztargnieniem słuchała moich uwag i chłodno odpowiadała na moje oświadczenia miłosne. Miłość własna weszła do jej duszy i zastąpiła miejsce prawdziwego kochania.

Upojenie, jakie sprawia kadzidło pochlebstwa, z trudnością daje się rozproszyć; Elwira coraz bardziej się w nim pogrążała. Cały Meksyk rozdzielił się na wielbicieli jej doskonałej piękności i czcicieli nieporównanych wdzięków Tlaskali. Dni Elwiry mijały na radości z powodzeń wczorajszych i na przygotowywaniu jutrzejszych. Z zamkniętymi oczyma leciała w przepaść rozrywek wszelkiego rodzaju. Chciałem ją zatrzymać, ale nadaremnie; ja sam czułem się popychany, ale w przeciwnym kierunku i daleko od kwiecistych ścieżek, po jakich stąpała moja małżonka.

Miałem wówczas niespełna trzydzieści lat. Byłem w wieku, w którym uczucia mają całą świeżość młodzieńczą, namiętności zaś są w pełnym rozkwicie siły męskiej. Miłość moja, zrodzona przy kolebce Elwiry, na chwilę nie wyszła ze świata dziecinnych pojęć, umysł zaś mojej małżonki, karmiony szaleństwami romansowymi, nigdy nie miał czasu dojrzeć. Mój rozum nie o wiele ją wyprzedzał, wszelako tylem już był postąpił, że z łatwością mogłem widzieć, jak pojęcia Elwiry krążą wokół drobnostek, małych próżności, czasami nawet małych obmów, słowem, w tym ciasnym kręgu, w którym częściej słabość charakteru niż rozumu zatrzymuje kobietę. Wyjątki pod tym względem są rzadkie; sądziłem nawet, że wcale ich nie ma, ale przekonałem się, że jest inaczej, gdy poznałem Tlaskalę.

Żadna zazdrość, żadne współzawodnictwo nie znajdowały przystępu do jej serca. Cała jej płeć miała równe prawa do jej przychylności i ta, która swojej płci najwięcej przynosiła zaszczytu pięknością, wdziękami lub uczuciami, najsilniejsze w niej obudzała zajęcie. Rada by była widzieć wszystkie kobiety obok siebie, zasłużyć na ich zaufanie i pozyskać ich przyjaźń. O mężczyznach mówiła rzadko, i to z wielką powściągliwością, chyba że szło o pochwałę jakiegoś szlachetnego uczynku. Wtedy wyrażała swój podziw szczerze, a nawet z zapałem. Zresztą najwięcej rozmawiała o przedmiotach ogólnych i wtedy tylko ożywiała się, gdy mówiła o pomyślności Meksyku i zapewnieniu szczęścia jego mieszkańcom. Był to ulubiony jej przedmiot, do którego wracała, ile razy zdarzała się po temu sposobność.

Wielu ludzi zapewne gwiazda ich, a także sposób myślenia, przeznacza na pędzenie życia pod prawami tej płci, która musi rozkazywać, kiedy nie może być posłuszna. Bez wątpienia ja do tych ludzi należę. Byłem pokornym wielbicielem Elwiry, następnie uległym jej małżonkiem, ale sama rozluźniła moje więzy małocennością, jaką zdawała się do nich przywiązywać.

Bale i maskarady następowały jedne po drugich i obowiązki towarzyskie, że tak powiem, przywiązywały mnie do osoby Tlaskali. Prawdę mówiąc, serce jeszcze więcej mnie przywiązywało i pierwszą zmianą, jaką w sobie spostrzegłem, był polot mojej myśli i wzniesienie ducha. Sposób mego myślenia nabrał więcej siły, wola – dzielności. Czułem potrzebę urzeczywistnienia moich uczuć w czynie i chciałem zdobyć wpływ na losy moich bliźnich.

Prosiłem i otrzymałem posadę. Urząd mi powierzony oddawał kilka prowincji pod mój zarząd; spostrzegłem, że krajowcy gnębieni są przez Hiszpanów, i stanąłem w ich obronie. Powstali przeciw mnie potężni nieprzyjaciele, wpadłem w niełaskę ministerium, dwór zaczął mi zagrażać; stawiłem dzielny opór. Meksykanie mnie kochali, Hiszpanie szanowali, najwięcej jednak uszczęśliwiało mnie żywe zajęcie, jakie wzbudziłem w sercu ukochanej kobiety. Wprawdzie Tlaskala postępowała ze mną zawsze z tą samą, a może nawet z większą powściągliwością, ale wzrok jej szukał moich oczu, spoczywał na nich z upodobaniem i odwracał się z niepokojem. Mało do mnie mówiła, nie wspominała o tym, co czyniłem dla Amerykanów, ale ilekroć do mnie się zwracała, głos jej drżał, wyrazy tłumiły się w piersiach, tak że najobojętniejsza rozmowa toczyła się w tonie wzrastającej zażyłości. Tlaskala sądziła, że znalazła we mnie duszę podobną do swojej. Myliła się, jej to własna dusza przelała się w moją, dodawała mi natchnienia i prowadziła na drodze czynów. Mnie samego ogarnęły złudzenia o sile mego charakteru. Myśli moje przybrały kształt rozważań, pojęcia o szczęściu Ameryki przemieniły się w zuchwałe plany, rozrywki nawet stroiły się w barwę bohaterstwa. Ścigałem w lasach jaguary i pumy i w pojedynkę polowałem na te dzikie zwierzęta. Najczęściej jednak zapuszczałem się w dalekie wąwozy, a echo było jedynym powiernikiem miłości, z którą nie śmiałem się zwierzyć uwielbianej tajemnie kobiecie.

Tlaskala odgadła mnie, ja także sądziłem, że zabłysł mi promyk nadziei, i mogliśmy łatwo zdradzić się przed oczyma przenikliwego ogółu. Na szczęście uniknęliśmy powszechnej uwagi. Wicekról miał ważne sprawy do załatwienia, które przecięły pasmo uroczystości, jakim on sam, a za nim cały Meksyk zapamiętale się oddawał. Przyjęliśmy naówczas spokojniejszy tryb życia. Tlaskala oddaliła się do domu, który posiadała na północ od jeziora. Z początku zacząłem dość często ją odwiedzać, nareszcie przychodziłem co dzień. Nie mogę wytłumaczyć wam zobopólnego naszego obejścia. Z mojej strony była to cześć posunięta prawie do fanatyzmu, z jej zaś – jak gdyby święty ogień, którego płomień podsycała żarliwie i w skupieniu.

Wyznanie wzajemnych uczuć błąkało się nam na ustach, ale nie śmieliśmy go wymówić. Stan ten był czarujący, poiliśmy się jego rozkoszą i lękaliśmy się w czymkolwiek go zmienić.

Niestety, przekleństwo przodków spowodowało ciężką chorobę pięknej Meksykanki. Margrabia nie przestał jednak opiekować się swoimi nowymi podwładnymi, tusząc, że zapewni to również spokój duszy jego ukochanej.

Wybuchło powstanie w prowincjach zdobytych przez wicekróla; wprawdzie był to tylko słuszny opór przeciw uciskom, sprzeciwiającym się nawet zamiarom dworu, ale nieubłagany wicekról bynajmniej na to nie zważał. Stanął na czele wojska, wkroczył do Nowego Meksyku, rozproszył zbiegowisko i wziął w niewolę dwóch kacyków, których przeznaczył na ścięcie w stolicy Nowego Świata. Właśnie miano czytać im wyrok, gdy wystąpiwszy na środek sali sądowej, położyłem ręce na oskarżonych i wymówiłem te wyrazy: Los toco por parte de el Rey, co znaczy: “Dotykam się ich w imieniu króla”.

Ta starożytna formuła prawa hiszpańskiego takiej jeszcze do dzisiejszego dnia używa wziętości, że żaden trybunał nie poważy się jej oprzeć i wstrzymuje wykonanie każdego wyroku. Używający wszelako tej formuły odpowiada własną osobą. Wicekról miał prawo wymierzyć mi taką samą karę, jaką mieli ponieść dwaj oskarżeni. Nie omieszkał skorzystać z tego przywileju, postąpił ze mną z całą srogością i kazał wtrącić do więzienia, gdzie ubiegły mi najsłodsze chwile mego życia.

Tlaskala umarła. Margrabia czas jakiś gnił jeszcze w więzieniu, a gdy wyszedł, powrócił do swej misji poprawiania życia nieszczęsnym poddanym Króla Hiszpanii, “otrzymał udział w zarządzie kraju i wykonywał swe obowiązki z czynną i dla wszystkich równą sprawiedliwością”.

Barataria 13 Rękopis znaleziony w Manczy

Ewa Maria Slaska

Błąkają się błędne błękity

Bloger prowadzący autorskiego bloga Bestiariusz kultury, którego reblogowałam dwa tygodnie temu, podał w jednym z wpisów, że przygody błędnego rycerza z La Manchy stały się wzorem dla napisanego w początku XIX wieku Rękopisu znalezionego w Saragossie. Weszłam więc do sieci, żeby zobaczyć, co “się pisze” na ten temat i bardzo szybko znalazłam kolejny wpis.

Głównym bohaterem jest książę Alfons Van Worden, który zmierza do Madrytu, gdzie ma zostać mianowany na kapitana gwardii walońskiej. Udaje się tam najkrótszą drogą wbrew przestrogom swoich poddanych, która wiedzie przez nawiedzone góry Sierra Morena.

Sierra Moren, jak pisze Potocki, to strome pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy. Tam Don Kichot przeżywa swoją najbardziej niebezpieczną przygodę, z tych opisanych w I części powieści. Tam Van Wordenowi przytrafiają się pełne grozy historie splątane ze sobą, wynikające z siebie i do siebie z powrotem wiodące. To opowieść na wzór Baśni z tysiąca i jednej nocy, nazywana zazwyczaj powieścią szkatułkową, choć gdyby tej konstrukcji narracyjnej nadawano nazwę dzisiaj, nazwano by ją zapewne “historią matrioszką”, bo kto jeszcze wie, że był czas, gdy szkatułki wkładało się jedna w drugą? I po co? W sieci nawet obrazka takich szkatułek nie da się znaleźć. Z grubsza chodzi oczywiście o coś takiego:

Pudełeczka origami (podobno jeśli każdy papierek będzie o 0,45 mm mniejszy od poprzedniego, pudełka z łatwością dadzą się włożyć jedno w drugie i uzyskamy ich 24, co pozwoli nam stworzyć oszukańczy – baratero? – kalendarz adwentowy, który zapewni nam nie 24 prezenty lecz tylko jeden. I zawsze jeszcze może to być po prostu orzech, łatwy w użyciu i chętnie stosowany przez szarlatanów dowód na to, że jest coś, czego nikt nigdy nie widział czyli ukryty w skorupie orzech.)

Zresztą tylko po polsku i po niemiecku ten typ powieści nazywa się powieścią szkatułkową. Po angielsku jest to story within a story a po francusku mise en abîme,  termin zaczerpnięty z heraldyki, coś, co zostało umieszczone w absydzie, która w heraldyce oznacza najmniejsze pole w zbudowanym jak witraż wieloczęściowym herbie… Ale już w szerszym rozumieniu oznacza, że coś jest w czymś, które jest w czymś, które jest w czymś…  O, tu nasza Barataria jako punkt wyjścia tych rozważań pięknie się urzeczywistnia, bo doświadczenia mise en abîme doznaje każdy, kto stanie pomiędzy dwoma lustrami – to dopiero świat złudy czyli baratera. Bo o ile pierwszy obraz w obu lustrach jest realny, o tyle im głębiej weń patrzymy, tym bardziej podlega on dekonstrukcji…

Diego Velasquez, Las Meninas1656, Prado – obraz w którym, gdy mu się dokładnie przyjrzeć, nie wiadomo, kto naprawdę stoi w którym miejscu, a kogo i co widzimy w lustrach

Wróćmy jednak do naszych baranów czyli dwóch powieści szkatułkowych i ich bohaterów – Don Kichota i Van Wordena, którzy odbijają się w sobie jak w lustrach…

Już pierwsza scena z Van Wordenem odwołuje się do hiszpańskiej literatury. To działanie wbrew rozsądkowi, uparte realizowanie nawet szalonych zadań łączy księcia Van Wordena z Don Kichotem. Van Worden świetnie się wpisuje w rolę błędnego rycerza z obłędem w oczach (…), a jego słudzy odpowiadają postaci Sancho Pansy.

Van Worden sam się jednak nie uważa za romantyka, i gdyby go zapytań odżegnałby się od Don Kichota, lecz – przeciwnie – za obowiązkowego racjonalistę i typowego przedstawiciela swojej epoki – Oświecenia. Z czasów opowieści rycerskich pozostało mu wybujałe poczucie honoru wojskowego. Jego słudzy jednak, obaj Hiszpanie, służący Lopez i mulnik Moskito, podobnie jak Sancho cechują się wrodzonym sceptycyzmem i niechęcią do nowinek. Ruszają niechętnie za panem, po czym niemal natychmiast Moskito znika wraz z zapasami żywności. Panu burczy w brzuchu, Lopez jednak nie jest głodny, gdyż całą drogę podjadał ser z Toboso.  Ach, więc nie Dulcynea, lecz ser… Później zresztą pojawi się jeszcze wielki kocioł z Toboso, w którym się warzy atrament…

Ta Sierra Morena nawet w czasach późniejszych od dziejów van Wordena wciąż jeszcze była siedliskiem przemytników.

A propos przemytników i Sierra Moreny – była taka piosenka warszawskich szmuglerów, którą wszyscy znaliśmy.

Teraz jest wojna,
kto handluje ten żyje,
gdy sprzedam kaszankę, słoninę rąbankę,
to bimbru się też napiję…

Piosenka cieszyła się niezwykłą wprost popularnością w Generalnej Guberni. Śpiewano ją na placach i ulicach, w tramwajach i pociągach. To prosta rymowanka o ludziach, którzy mimo niemieckich zakazów przewozili do Warszawy „rąbankę”. Czasem na dworcach lub w pociągach odbywały się obławy, towar konfiskowano, „szmuglerzy” lądowali w więzieniu. Piosenkę śpiewają bohaterowie pierwszego powojennego polskiego filmu fabularnego (premiera miała miejsce w styczniu 1947 roku, film kręcony był w roku 1946) – Zakazane piosenki, w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. W filmie zagrała cała plejada aktorek, które wówczas byli nieznani, a potem… Danuta Szaflarska, Hanka Bielicka, Alina Janowska i Zofia Mrozowska, grali też Edward Dziewoński, Igor Śmiałowski i Kazimierz Wichniarz, Andrzej Łapicki…

Polacy w gruncie rzeczy nie pamiętają, skąd się w ogóle wzięła ta piosenka. Czasem uważają nawet, że jest to wojenna wersja przedwojennego szlagieru Koniokrad, co jest jednak ewidentną bzdurą. Bo melodia jest ewidentnie inna. Łączy je jedynie szmugiel i kontrabanda.

Jest to przeróbka meksykańskiej piosenki Cielito lindo, która z kolei była nową wersją hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena.  Do okupowanej Polski piosenka trafiła dzięki Rosicie Serrano, nazywanej „Chilijskim Słowikiem” (TU Cielito lindo w jej wykonaniu). Rosita od roku 1936 występowała w Berlinie, śpiewała po niemiecku i nagrywała piosenki dla Telefunkena. Była więc, co tu dużo gadać, pupilką reżimu. Ale śpiewać umiała! Rosita w roku 1939 wystąpiła w filmie Bel Ami. Anonimowa refrenistka z gitarą w Zakazanych piosenkach została właśnie na nią upozowana, pisze, uwaga proszę państwa!, na stronie IPN-u prof. dr. hab. JerzyEisler. Profesor! O piosenkach!

W oryginale piosenka nazywa się “piękne nieb(k)o” – Cielito lindo, a pieśniarz szmugluje sobie z gór Sierra Morena pewną parę słodkich czarnych oczu. Piękne niebko skomponował w roku 1882 Quirino Fidelino Mendoza y Cortés (1862–1957), kompozytor meksykański. W Meksyku piosenka jest do dziś nadzwyczaj popularna i uważa się ją za nieoficjalny hymn tego kraju, śpiewany między innymi przez kibiców podczas meczy piłkarskich. Tekst jest prościutki, prostszy zapewne niż Szła dzieweczka do laseczka, co chyba byłoby polskim odpowiednikiem Cielito lindo.  Nie warto płakać, dziewczyno, lepiej śpiewaj! Canta y no llores! Zresztą w polskim filmie znajduje się odległe odniesienie do piosenki meksykańskiej. Gdy brat mówi Halince, że jej narzeczony zginął, dziewczyna wybucha płaczem. Roman (Jan Duszyński) pociesza ją: „Nie płacz, Halinka”, a płacząca Danuta Szaflarska odpowiada: „Ja nie płaczę, ja śpiewam” i włącza się do grupy osób śpiewających Serce w plecaku. Tak, nie płacz dziewczyno, śpiewaj!

Andre Rieu śpiewa Cielito lindo podczas koncertu w Meksyku i “cała sala śpiewa z nami”. Porywające 🙂

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

De la sierra, morena
Cielito lindo vienen bajando
Un par de ojitos negros
Cielito lindo de contrabando

De la sierra, morena
Cielito lindo vienen bajando
Un par de ojitos negros
Cielito lindo de contrabando

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ese lunar que tienes, cielito lindo
Junto a la boca, no se lo des a nadie
Cielito lindo que a mi me toca

Ese lunar que tienes, cielito lindo
Junto a la boca, no se lo des a nadie
Cielito lindo que a mi me toca

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Wesołego Lanego Poniedziałku! Znowu nie zdążyłam opowiedzieć wszystkiego, co miałam w planie. Ale taka już uroda tych wpisów, błąkają się błędne błękity jak same chcą…

***

Bez nijakiego związku z niczym podaję tu najnowszą wersję piosenki Siekiera motyka, znalezioną w lipcu 2017 na FB:

siekiera motyka szydlo

Barataria 13 Fasolowy król

Gdy byłam ostatnio w Wiedniu, zobaczyłam w Historycznym Muzeum Sztuki obraz Jacoba Jordaensa zatytułowany Fasolowy Król. Oczywiście zgodnie z przyświecającą temu cyklowi zasadą Zen, zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat i zobaczysz, że wszystko łączy się ze wszystkim, nie mogłam nie pomyśleć, że już wprawdzie TU o tym pisałam, ale że temat wymaga rozszerzenia i wyjaśnienia. Bo ten Fasolowy Król to Sancho Pansa jako gubernator Baratarii.

Ewa Maria Slaska

Jeszcze raz o walce Krnawału z Postem i Karnawałowym Królu

Już o nim pisałam, o plemiennym królu, bohaterze książki Toma Robbinsa Perfumy w rytmie Jitteburga, którego jego własny lud chciał zabić za to, że się starzał. Król Alobar uciekł, znalazł azyl u jakiegoś pobliskiego plemienia, gdzie żył jako prosty wieśniak, póki po roku, podczas karnawału, nie trafił na to jedyne ziarno fasoli zapieczone w placku. Został karnawałowym królem, po czym ze zgrozą dowiedział się, że dni jego są policzone i to dosłownie, bo gdy minie kilkudniowy karnawałowy rausz, on sam zginie w walce karnawału z postem.

Wściekły podsumował swoje życie jako paradę absurdu. Królowie giną w wojnie, staczają pojedynki, umierają ze starości, kochani przez swój lud lub znienawidzeni przez dworaków, ale nie, on najpierw miał zginąć z powodu siwego włosa, a potem z powodu fasolki. Znowu więc ucieka i postanawia najpierw, że będzie długo żył, a potem – że chce zostać nieśmiertelny.

Wybór fasolowego króla- po niemiecku nazywa się go der Bohnenkönig, po angielsku bean king, po francusku roi de la fève/le roi-boit, po katalońsku tortell de Reis, po hiszpańsku roscón de Reyes – to bardzo stary obrząd wybierania króla w okresie Przesilenia Zimowego. Czyniono to ciągnąc losy lub umieszczając coś w cieście, na przykład orzech, ziarno fasoli czy grochu. Królem zostawała osoba, która znalazła to coś w swoim kawałku wypieku. Król wybierał sobie świtę i we wspólnym pochodzie wędrowali po “królestwie”. W czasach plemiennych naprawdę obchodziło się tego dnia wszystkie pola i zagrody, a śmierć króla i pokropienie ziemi jego krwią były gwarancją urodzaju. W czasach bliższych nam obyczaj złagodniał, już podczas rzymskich Saturnaliów miejsce wędrówki zajęła popijawa, nikogo już nie mordowano i tylko strącanie pierwszych lub ostatnich kropel z kielicha przypomina o starożytnej ofierze krwi. Ale mimo to starożytny obyczaj, nawet jak już nie pamiętamy, dlaczego się go obchodzi, przetrwał do dziś w wielu krajach. W całej Europie w różnych przełomowych momentach cyklu rocznego ksiądz z procesją wiernych obchodził pola i zagrody, skrapiając je wodą święconą. Często działo się to w okresie Wielkiej Nocy, która jest następczynią pogańskiego święta Równonocy Wiosennej, i niekiedy rozpoczynała nowy rok, co zachowało się w Nowym Roku islamskim i… początku kręgu zodiakalnego w Baranie (Aries).

Ma to niestety również marsowe znaczenie (planeta Mars była uważana za opiekuna wojowniczego znaku Barana) – bardzo często wyprawy wojenne rozpozynano właśnie z początkiem wiosny i ostatnia seria ataków terrorystycznych złowrogo przypomina o tej tradycji.

W okresie dwunastu dni Bożego Narodzenia czyli pomiędzy 24 grudnia a dniem Trzech Króli, w wielu krajach w Europie piecze się obrzędowe ciasto, niekiedy z czymś zapieczonym w środku i przeznaczonym dla wybrańca. Często jest to ciasto z nazwy królewskie jak grecka Vasilopita, francuska Galette des Rois lub King Cake z Luizjany, zawsze gwarantuje pomyślność jak polskie szczodraki. Częstokroć spożycie obrzędowego wypieku rozpoczyna zabawę, saturnalia, karnawał, pijaństwo. Szaleństwo, taniec, śpiew hopsasa, jak to sobie urodzinowo podśpiewywał Kłapouchy. Nieprawdziwe życie, złuda, baratero

Jacob Jordaens, “Das Fest des Bohnenkönigs” (czyli “Król pije”), 1640 – 1645, Kunsthistorisches Museum Wien

Nazwa “Fasolowy Król” jest znacznie późniejsza niż sam zwyczaj, co oczywiste, bo zanim sprowadzono z Ameryki fasolę, w placku wypiekanym na Trzech Króli musiało się znajdować coś innego, zapewne pieniążek jak w Grecji, ale może kamyk, ziarno grochu, muszelka czy specjalna figurka. Tu wykonam przy okazji mały przytyk w kierunku Toma Robbinsa. Robbins jest świetnym pisarzem, ale sprawa z fasolowym królem pokazuje, że pisarz jak naukowiec nigdy nie może być pewien tego, co wie i wszystko, ale to naprawdę wszystko trzeba sprawdzać. Bo nawet, mawiał pewien profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, jak się wie, że Pana Tadeusza napisał Słowacki, to i tak trzeba to sprawdzić, żeby poinformować czytelnika, że był też Pan Tadeusz napisany przez Mickiewicza 🙂. Przypomniał mi się ostatnio ten żarcik, gdy przeczytałam, że Adam Bielan, ambasador Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w Anglii, poinformował dziennikarzy, że brał udział w rozmowach Prezesa Kaczyńskiego z premier Theresą May, bo “pani May nie zna polskiego” No więc zasadniczo Robbins powinien był wiedzieć, że człowiek średniowieczny, nieważne – władca czy chłop, nie mógł zostać fasolowym królem. Oczywiście wiemy, że nikt nie wie wszystkiego, a już jeśli chodzi o jedzenie pisarze i nie tylko pisarze mylą się nagminnie.  Nagminnie, bo niejako a priori zakłada się, że jadło obecnie spożywane przez gmin, od stuleci nie ulegało zmianom. Andrzej Sapkowski w Narrentum pisał więc o bigosie z kapusty, choć jest to powieść, która dzieje się w południowej Polsce w XV wieku, podczas gdy kapustę i inną włoszczyznę (każde dziecko niby to wie) sprowadziła do Polski dopiero królowa Bona w wieku XVI. Ale co tam pisarz, skoro podczas festynu archeologicznego w słowiańskiej wsi Düppel koło Berlina, zorganizowanego przez muzeum w Biskupinie i katedrę archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, proste słowiańsko gminne jadło składało się z obfitości mięsiw, pajd chleba ze smalcem, ogórków kiszonych i… kartofelków. Pamiętam też pewną dobrą zresztą powieść Salve Theatrum (Jarosław Gibas, rok 1997),  która dzieje się w Polsce w wieku XVII. Jest tam pocieszna sytuacja, kiedy to niezadowolona publiczność obrzuca aktorów wędrownego teatru zgniłymi pomidorami. Rzecz w tym, że wygląda na to, iż autor wiedział, że pomidor to roślina z Ameryki i nie mogło jej być w Polsce przed Kolumbem, myślał jednak zapewne, że w XVII wieku zgniły pomidor jest już ok… No ale nie jest, bo pomidory zaczęto uprawiać w Polsce w latach 20 XX wieku…

I tak dalej…

Jordaens nie zajmuje się jednak takimi szczegółami jak fasola. Jego fasolowi królowie (a jest  pięć takich obrazów, w muzeach w Wiedniu – to ten obraz powyżej, Brukseli, Paryżu, Sankt Petersburgu i Kassel) przede wszystkim piją na potęgę i są, jakbyśmy to dziś powiedzieli, memami XVII wieku… Nic dziwnego, że w Polsce te obrazy nazywają się Król pije. Ale jest to ten sam król, ten wybierany w dniu Trzech Króli. Karnawałowy król, który, jak Sancho Pansa, ma rządzić wyspą ułudy czyli Baratarią, która ma też swoją nazwę po polsku – jest to przecież znany nam z dzieciństwa świat na opak, świat, w którym zawieszone zostały lub zakwestionowane prawa normalnie rządzące światem i jego oficjalne hierarchie. Taki świat na opak może oznaczać równość i braterstwo, zazwyczaj podważa porządek świata codziennego, świat na opak jest ekscentryczny, a nawet bluźnierczy, skłania się ku profanacji, zawiera elementy błazenady, śmiechu, parodii i groteski, epatuje niestosownym zachowaniem i nieprzystojnym język, miesza wysokie z niskim, powagę ze śmiechem, górę z dołem. To karnawał, król został wybrany i koronowany, a potem ma szczęście jeśli go tylko zdetronizują. Alobar miał zostać zabity, Sancho Pansę obito i połamano mu żebra.

***
Alobar jeszcze tu powróci, bo wszyscy ci trzej Królowie – Alboar, Salomon i Sancho Pansa, mają jeszcze jedną wspólną i ważną cechę – byli w swoim życiu biedakami i byli władcami. Takich władców jest zresztą w historii i literaturze wielu, zajmiemy się nimi jednak dopiero za dwa tygodnie, bo za tydzień podywagujemy sobie trochę na temat podobieństw między Don Kichotem a Rękopisem znalezionym w Saragossie, którą to myśl zawdzięczamy autorowi bloga Bestiariusz Kulturalny.

Reblog z siebie samej: Szwajcarzy patrzą na Polskę

Opublikowałam tu tekst, który “chodził za mną” od lat, a teraz
właśnie dojrzałam do tego, by go tu zreblogować. Może dlatego że ukazał się w surrealistycznym cyklu, analizującym zagadnienie, jak widzą Polskę ludzie z innych krajów, kultur i światów? Nazywa się też stosownie: W Polsce czyli nigdzie. Dziś, po wygranej PolskiPiS w Brukseli 1:27, coraz ciekawsze wydają się pytania: czy my w ogóle jesteśmy bytem , który “oni” są w stanie zrozumieć? co oni widzą, gdy patrzą na nas? A może: co oni w nas widzą?

Ewa Maria Slaska – Polska – kraj, którego nie ma

Dwanaście tomów pamiętników – czarno oprawione książki w czarnej kasecie przypominają Czarny Kamień z Kaaby. Autorem pamiętników jest niejaki Roberto Manetti, zmarły przed 10 laty mieszkaniec Zurychu. Książka ukazuje się w wydawnictwie Ammann Verlag, stając się bestsellerem na rynku wydawniczym, mimo że do tanich nie należy. Wywołuje coś w rodzaju kultu, okazuje się, że ludzie czytają ją w specjalny, namaszczony sposób, na przykład wyjeżdżając na miesiąc na urlop do jakiejś samotni. Jednak dociekliwy narrator, Paul Meier, który wciąż jeszcze książki nie przeczytał, orientuje się, że czytelnicy tajemniczych pamiętników znikają. W tym momencie rozpoczyna się akcja powieści Czytając Manettiego. Meier zaczyna poszukiwania, próbując rozwikłać kryjącą się za zniknięciami tajemnicę książki. Niebawem dochodzi do wniosku, że poszukiwani żyją, a ktoś pomaga im znikać; oni zaś robią to dobrowolnie. W pewnym momencie narrator sam chciałby zostać „zniknięty”, ale wie, że właściwie nie może, bo jest detektywem. Znikają bowiem tylko ci, którzy spełnili kilka warunków: mają tę książkę na własność; przeczytali ją całą po raz pierwszy w szczególny, pełen oddania sposób; przeczytali ją po raz drugi; odkryli w 11 tomie ukrytą wskazówkę – jest tam data (jedyna dokładna data w całej książce), która tak naprawdę jest również numerem telefonu w Zurychu; następnie zadzwonili pod ten numer i wreszcie wyrazili chęć poznania tajemnicy dobrego życia.

Historia czytania Manettiego i odkrywania tajemnicy wydania jego pamiętników to pierwsza i najważniejsza część książki. W drugiej części zagadka się wyjaśnia. Manetti, zamożny przemysłowiec i handlarz kawy, wcale nie umarł, tylko upozorował swoją śmierć, nie napisał też książki, ale zlecił jej napisanie, oraz ustalił okoliczności jej wydania oraz znikania czytelników. Sam przeniósł się na stałe do Brazylii, gdzie już wiele lat wcześniej rozpoczął w małym miasteczku tworzenie samowystarczalnego systemu ekonomiczno-społecznego, opartego na zasadach równości, ekologii i zrównoważonego rozwoju. Ta idea, pozwalająca uwolnić się od kontaktów ze światem wielkich konsorcjów przemysłowych i kapitalizmu – rodzaj kibucu czy komuny – działa jednak dopóty, dopóki jej realizacja nie przekroczy określonej wielkości, gdyż wówczas powróci, siłą rzeczy, do kapitalistycznego obiegu. Porwani czytelnicy nie mają jednak stać się częścią tej samowystarczalnej komuny, bo po prostu – nie ma w niej dla nich miejsca. Zostali oni tylko zaproszeni na wycieczkę „społecznoznawczą”, by potem mogli wrócić jak gdyby nigdy nic do normalnego życia lub też, w oparciu o program know how zagwarantowany przez Manettiego, zacząć tworzyć własne kibuco-komuny. Jedna taka społeczność już istnieje – na luksusowym placu des Vosges w Paryżu. Manetti wpisuje się więc w znany model kulturowy: bogacz działający z ukrycia, który – w zależności od zamysłu filmu, powieści czy gry komputerowej – chce zniszczyć świat lub go uratować. Jego idee są teoretycznie proste w realizacji, sprawiedliwe społecznie, nie niszczą środowiska i spełniają idealistyczne marzenia o dobrym życiu.

Najważniejszą jednak częścią powieści Czytając Manettiego nie jest ani poszukiwanie tajemnicy, ani jej wytłumaczenie, lecz podsuwane w streszczeniach fragmenty pseudopamiętników Manettiego. P.M. opisuje świat, w którym znikają dawne idee społeczne i rodzą się nowe. Książka jest zapisem stanu umysłu Europejczyków od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku do drugiej dekady XXI wieku. I tu się zaczyna problem, bo autor (zresztą wszyscy trzej, bo i p.m., i narrator, i wyimaginowany Manetti) nawet jeśli myśli, że opisuje Europejczyków, zajmuje się właściwie tylko Szwajcarami.

Książka jest absolutnie helwetocentryczna i, z punktu widzenia Polaka czy w ogóle mieszkańca świata (poza najedzoną do przesytu Szwajcarią), świetnie oddaje egoizm, europocentryzm oraz samowystarczalność bogatej Europy, która nie potrzebuje nikogo i niczego. Jest to szczegółowy zapis idei społecznych i politycznych, narastania świadomości ekologicznej i odpowiedzialności za świat, bardzo interesujący i… całkowicie oderwany od rzeczywistości.

Zainteresowany społecznie Szwajcar szczegółowo, niemal rok po roku opisując zmiany zachodzące w Europie w ostatnim półwieczu, nie zauważa w ogóle całej serii zdarzeń, wokół których nie przeszedłby obojętnie zainteresowany społecznie Polak. Nasz świat bowiem opiera się na linijce z szeregiem lat – 1956, 1968, 1970, 1976, 1980–81, 1989, 2004 – których u Widmera w ogóle nie ma. Pisząc historię „naszej” Europy, uznalibyśmy, że musi ona obejmować Solidarność, stan wojenny, Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory.

Gdy kiedyś, nawet nie tak dawno, kończyłam czytać Manettiego, moja opinia o tej książce opierała się w zasadzie na powyższych obserwacjach. Uznałam, że to ciekawa i, jak wszystkie optymistyczne utopie, przyjemna lektura, którą zakwalifikowałam gdzieś nieco (ale i tak niewiele) powyżej proroctw z Celestyny i Paula Coelha.

Przejrzeliśmy po kolei tom po tomie. Rok 1975 zaczął się w tonacji dur i moll. Wietkong zwycięża wojnę w Wietnamie, kończy się grecka dyktatura pułkowników, umiera Franco, ale w Chile u władzy nadal Pinochet. Nixon przepędzony, zaczyna się epoka Cartera, protesty przeciwko energii atomowej – lata z ołowiu. Od roku 1975 przestaje obowiązywać zasada, że wzrost produkcji oznacza podwyżkę pensji. Zbliża się koniec keynesistowskiej umowy społecznej. W drugim tomie nadciąga angielska bieda i ma miejsce katastrofa w Harrisburgu, Iran i zakładnicy, Carter przeżywa załamanie podczas biegu w Maryland. W Zurychu zaczynają się protesty studenckie zwane Beweging, czyli Ruch1 (dokąd?), powstaje dom kultury w Czerwonej Fabryce; pierwsze squaty. Wydanie Marsa Fritza Zorna. W tomie 3 Thatcher i Reagan wygrywają wybory, pojawiają się redukcje zakładów i masowe zwolnienia; gospodarka wpada w bagno. Tom 4, a może dopiero 5, to wielka wyprzedaż – tanieje ropa naftowa, wartości rosną, Japonia kwitnie, pojawia się Gorbaczow, głasnost i pieriestrojka, początek końca ZSRR. We Francji wygrywa wybory Mitterrand, co nieco narusza powszechne rządy konserwatywnego neoliberalizmu. Co jeszcze zdarzyło się w latach osiemdziesiątych? Zamykanie fabryk, małe smoki i tygrysy na dalekim Wschodzie, sowiecka wojna w Afganistanie, Amerykanie uzbrajają Talibów, Sloterdijk, Baudrillard, Virilio. Postmodernizm i poprawność polityczna. Rąbnięta teoria krzywej Laffera dowodząca, że mniejsze podatki zwiększają dochód państw. Tomy 5, 6 i 7 zajmują się końcem lat osiemdziesiątych i początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kolejny kryzys, krach na giełdzie w roku 1987, w Szwajcarii po raz pierwszy pojawia się bezrobocie, pustynie poprzemysłowe, Czarnobyl, umieranie lasów, rozpędzenie ruchu squatterów, załamanie „realnie istniejącego socjalizmu”, pierwsza wojna w Iraku. Tomy 8 i 9 to lata dziewięćdziesiąte: Clinton i jego intrygi, permanentny kryzys, komputer i Internet, globalizacja, wojna w Jugosławii, nomenklatura przekształca się w nową oligarchię, telefony komórkowe. Załamanie koniunktury w Japonii. Tomy 10 i 11 zajmują się połową lat dziewięćdziesiątych. Bombardowanie Belgradu, boom w USA. Jelcyn przejmuje władzę. Wojna w Czeczenii. Tom 11, rok 1996.

Helwecja – kraj w środku pokurczonej Europy2

Lektura Manettiego nieuchronnie każe mi sięgnąć po inną książkę ze Szwajcarii, czytaną przeze mnie dawno, ale dobrze zapamiętaną, dlatego, że według mnie obie są utworami helwetocentrycznymi: cykl esejów szwajcarskiego pisarza o jego pobycie w Polsce w roku 1989.

Reto Hänny, Am Boden des Kopfes / Na podłodze głowy.

Teoretycznie jest to opis podróży znanego szwajcarskiego pisarza po Polsce, jednak tematem najważniejszym jest tu Szwajcaria.

Tytuł jest cytatem z wiersza Herberta o Panu Cogito, pierwsza zwrotka jest też mottem (jednym z trzech) książki.

Codzienność duszy3

Rano myszy biegają
po głowie
na podłodze głowy
strzępy rozmów
odpadki poematu
wchodzi
pokojowa muza
w niebieskim fartuchu
zamiata

do mego pana
to przychodzą lepsi goście
taki dajmy na to Heraklit z Efezu
albo prorok Izajasz

dziś nikt nie dzwoni

pan chodzi zdenerwowany
mówi do siebie
drze niewinne papiery
wieczorem wychodzi w niewiadomym kierunku

muza odpina niebieski fartuch
opiera łokcie na parapecie
wyciąga szyję
czeka
na swego żandarma
z rudymi wąsami

W mojej opinii o helwetocentryczności tej publikacji nie byłam zresztą odosobniona. Dorota Sosnowska, germanistka z Uniwersytetu Szczecińskiego, pisze: „mimo bardzo obszernych opisów polskiej rzeczywistości […] kluczowe są jednak tematy helweckie, gdyż pisarz […] analizuje tu własne doświadczenia i swój stosunek do kraju ojczystego, dokonując równocześnie gruntownego demontażu helweckiej idylli i ukazując Szwajcarię jako kraj przesiąknięty licznymi skandalami i naznaczony krwawo tłumionymi rozruchami”4. Zresztą i sam autor, świadomy swej pisarskiej tendencji, pisze, że optykę zakłóca mu skleroza szwajcarska (Helvetosklerose).Dokładnie tak jak w tytule tego rozdziału: w środku świata widzianego przez Szwajcarów znajduje się Helwecja, a naokoło rozpościera się jakiś szczątkowy kontynent, niewiele lepiej znany niż zatopiona Gondwana.

Obaj pisarze są tu sobie bliscy, ale Hänny ma przynajmniej świadomość swojego helwetocentryzmu, natomiast Widmer nawet nie wie, co by to miało być. Hänny rozprawia się ze „swoją” Szwajcarią, Widmer pisze o Europie tak, jakby była Szwajcarią. Dla Jarry’ego Polska istniała jako przykład negatywny, dla Hänny’ego Polska stała się pretekstem do myślenia o Szwajcarii, zaś Widmer nawet nie zauważa, że Polska istnieje. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, nawet przy założeniu, że każdy z nas czyta nieuważnie i coś nam z lektury umyka, twierdzę, że w całej trzystustronicowej pozycji słowo „Polska”, „Polak” czy „polski” nie padają ani razu.

Książkę Widmera czyta się lepiej i łatwiej niż Hänny’ego, ale też Widmer jest apologetą dobrej sprawy i szuka zwolenników, podczas gdy Hänny jest surowym krytykiem i szarpie, kąsa i gryzie każdego, kto się do niego zbliży, siebie samego chyba zresztą najbardziej. Styl Widmera jest lekki i potoczysty, Hänny plącze zdania i czasy, przeskakuje od luźnych skojarzeń do żrących analogii, o których wymowie z kolei my, bezradni odbiorcy jego prozy, pochodzący ze świata poza Szwajcarią, nie mamy najmniejszego pojęcia. Niemieccy krytycy słusznie piszą, że Hänny przekracza granice tego, co czytelnik jest w stanie zrozumieć (Lesbarkeit; readability). Na podłodze głowy narasta głębokie przekonanie, że nie tylko my nie rozumiemy, o co mu chodzi, gdy pisze o Szwajcarii, ale co gorsza jego odbiorcy z DACH-u5 nie zrozumieją niczego o Polsce. Raz czy drugi wyłowią znajome słowo, które zaraz potem utonie w erudycyjno-postmodernistycznej grze skojarzeń, omówień i cytatów bez cudzysłowów. Zdania Hänny’ego obejmują nieraz całe akapity, a, pooddzielane średnikami, strony… Czyta się go trudno, niekiedy w ogóle nie sposób przebrnąć przez tekst, który zmęczony czytelnik wreszcie porzuca, wiedząc, że to oczywiście grzech, bo może to tam właśnie, w tym poharatanym kawałku prozy znajduje się wyjaśnienie, o co właściwie autorowi chodzi.Ale autor nie jest głupi, o nie, ma za sobą niezłe doświadczenia walki z obrzydliwym kapitalizmem o prawa zwykłego człowieka w najbogatszym mieście świata, czyli Zurychu6, i wie takie rzeczy o sobie, o świecie i o nas, których my sami nawet nie wiemy. Kto na przykład słyszał o Janie Kowalewskim, kryptologu, który odkodował tajne rozkazy Budionnego, czym znacznie przyczynił się do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej w roku 1920? Przyznajmy z ręką na sercu, nie wiemy nic. A on wie. Co gorsza (albo lepsza), w akapit o Cudzie nad Wisłą wcale nie wstawia nazwiska Kowalewskiego, tylko Isaaka Babla i Dsiga Werowa, filmowca. Kowalewskiego trzeba sobie znaleźć, co nawet teraz, w czasach Internetu, zajęło mi dobrych parę kwadransów, a w roku 1990, gdy Hänny to publikował, było jeszcze trudniejsze. I mogło się skończyć fiaskiem.

Pewną pomocą w zrozumieniu ataków Hänny’ego na Zurych może być odwołanie do lektury Wydarzenia Guida Morsellego7. Morselli, Włoch z Triestu, urodzony w roku 1912, prawnik, odebrał sobie życie w roku 1973. Nie jest to jedyny pisarz, który wybrał dobrowolną śmierć, ale być może jedyny, który przez całe życie walczył o to, żeby zostać uznanym za pisarza i skończył ze sobą, zrażony niepowodzeniem pisarskim, gdy tymczasem tuż za rogiem czekały sława i uznanie. Wydarzenie8ukazało się po włosku wkrótce po śmierci autora i stało się sporą sensacją literacką, czego autor niestety nie mógł już zobaczyć.Wydarzenie to opowieść o mieście Chrysopolis, które nagle w przeciągu jednej tajemniczej nocy całkowicie opustoszało, ocalały natomiast zwierzęta i narrator, który chodzi teraz po ulicach, rozmyśla o tym, ile jego złoto sprawiło zła i czy to, co się zdarzyło, było karą, czy wybawieniem. Powieściowe Chrysopolis to oczywiście Zurych, miasto skarbców bankowych, ale też Hänny’ego i Widmera. Obaj działali tu w ruchach lewicowo-anarchistycznych, i obie ich książki są mocno osadzone w tym mieście-symbolu, które jak nierządnica babilońska rządzi światem. Obaj zresztą uciekają z Zurychu. Z licznych wzmianek czuje się, że Morselli jest dla Hänny’ego wzorem, a może przewodnikiem duchowym, pełni taką rolę, jaką dla nas, uciśnionych w komunie, pełnił Herbert i jego Pan Cogito; pokazuje, jak żyć uczciwie.

Pamiętam, że jak byłam w Zurychu, uderzyła mnie przede wszystkim niezbyt paradna zwyczajność tego miasta, nie rzucająca się w oczy skromność słynnej Bahnhofstrasse, najdroższej ulicy na świecie, której mityczne podziemia w okolicy Paradeplatz wypełnione są złotem wszystkich szwajcarskich banków. A tu tymczasem ulica jak ulica, nic nadzwyczajnego. W Paryżu ładniej, w Berlinie weselej… Ani bogato, ani złowrogo, ani nawet symbolicznie.

Hänny a sprawa polska

Hänny gardzi Szwajcarią, gardzi Europą, pogarda jest mu przyrodzona, trudno się więc dziwić, że mimo iż szanuje polską literaturę, polską opozycję i przejmuje się wojną, a zwłaszcza męczeństwem Żydów, nie potrafi nie gardzić i naszym krajem.

Przyjechał tu jesienią 1989 roku, czyli tuż po wolnych wyborach. Jego opisy polskiej rzeczywistości są celowo przykre, drastyczny opis brzydkiego mężczyzny w nocnym pociągu do Rzeszowa staje się opisem nas wszystkich, więcej nawet, bo również naszej mapy i naszego terytorium. Najwyraźniej na nic nie zasłużyliśmy, my, zwykli Polacy i my, Polska, zwykły kraj. Na naszą niekorzyść zalicza autor wszystko jak leci: fakt, że dla większości ludzi pieniądz jest ważniejszy od ideałów, ale też, że nocą jest ciemno; przenikliwy wiatr jest przenikliwy, a jak jesienią pada deszcz, to jest zimno i mokro. Niechęć staje się powoli monotonna, gdy nagle autor wspina się na szczyty odrazy. Nie tylko ja zapamiętałam z tej lektury rozdział o kolacji u pani docent czy profesor z Uniwersytetu Toruńskiego, bo pamiętają go wszyscy, którzy czytali tę książkę. Gospodynią kolacji jest kobieta piastująca stanowisko uniwersyteckie, chyba germanistka, a współgospodynią – jej matka, również mówiąca po niemiecku, określana przez autora mianem „Alte” – Stara. Kobiety podają obrzydliwe jedzenie, jakieś masy jarzyn, po części w occie, a likier, który proponują po posiłku, ma kolor zaschniętej krwi menstruacyjnej, co się zresztą (świadomie, podświadomie?) komponuje z barwą aksamitnej sukni, w której występuje pani domu. Notabene, mam wrażenie, że autor, jak zresztą wielu mężczyzn, nie odróżnia aksamitu od pola bananowego i że pani profesor miała na sobie sukienkę co najwyżej z weluru.

Opisując tę kolację Hänny wykracza poza i tak już wysoki poziom nienawiści do Polski i Polaków, bo jeszcze bardziej niż samego kraju i jego mieszkańców nie znosi Polek. Jego mizoginizm jest odstręczający, a żywi się wszystkim, chociażby faktem, że pani profesor i jej matka mają małe mieszkanie i dużo książek, co sprawia, że regały sięgają aż po sufit. Podczas lektury człowiek zastanawia się, czym właściwie te dwie kobiety zasłużyły sobie na taki ładunek jadu i nienawiści.

No, wreszcie jesteśmy! Obie się już poważnie martwiły. Z powodu tej uciążliwej drogi, co gorsza, jak widać, znowu nie działa światło na klatkach, i to już od wielu dni, dlatego prośba, by wybaczyć mamie, że nie czeka na gości tu na zewnątrz, wita nas kobieta w ciemnoczerwonej sukni wieczorowej i z latarką, która, bo z daleka rozpoznała auto (zresztą z braku paliwa mało jakie auto tu w ogóle dobrowolnie zajeżdża), zeszła na dół i rozprawia gestykulując, zanim jeszcze kierowca zdążył na dobre zahamować […]. Rozjaśniony tylko jedną nisko zwieszającą się słabą żarówką w alabastrowym obwieszonym żółtozielonymi frędzlami z paciorków abażurze przeładowany jedzeniem stół blokuje przestrzeń […]. A co, młodemu panu nie smakuje? Jak się pan nazywa? Proszę jeść, proszę jeść, czemu pan nic nie je, wcale nie popróbował pan wszystkiego, syczy do mnie Stara, która usadowiła się tuż obok mnie, po lewej, obok profesora, i szturcha mnie, jednocześnie ze śmiechem wypytując o coś córkę, zanim zdołałem choć w połowie opróżnić talerz.
Jeszcze tylko brakuje, myślę, siedząc wciśnięty w nieszczególny kąt, na niskiej, wypłowiałej kanapie, pokrytej sfilcowaną skórą źrebięcą z wbitymi na fest warstwami kłaków białoszarego sierściucha, który po nieudanych próbach wypchnięcia mnie z mojego miejsca, ulokował się pod moimi nogami, od czasu do czasu obwąchując mnie zimnym mokrym nosem, aby, gdy się wreszcie jakoś przed psiskiem obroniłem, namiętnie oblizywać mi dłoń
[…] brakuje tylko, żeby Stara dodała, myślę, jedz, bo inaczej nic z ciebie nie będzie…

Tym bardziej zaskakuje następny rozdział – kilkanaście pięknych, jasno i klarownie napisanych stron o księdzu Jerzym Popiełuszce. Kilkanaście stron ludzkiego współczucia i sympatii, podziwu dla szlachetności, niezgody na bestialstwo katów i bezkarność ich zleceniodawców. Czytelnik oddycha z ulgą, myśli, że oto wreszcie skończyły się odrażające opisy, których brzydota podkreślała niejako dodatkowo odstręczające wnioski na temat Szwajcarii; że te pierwsze strony książki, a i tak jest ich już niemal sto, miały być preludium do lektury, gdzie z szarego błota polskiej codzienności (jasne, wszyscy wiemy, że Polska komunistyczna i świeżo postkomunistyczna była szara i błotnista) wyłoni się nagle jak Wenus z fal morskich jasna i świetlista postać bogini, Solidarność, która powiodła na barykady ludy Europy, i już myślimy, że teraz czas na apoteozę… Zwłaszcza, że pierwsze motto do swej książki Hänny znalazł na jakimś murze w Gdańsku: „Nie damy się”.

Ale nie. Nic z tego. Bo i te piękne strony służą autorowi do pastwienia się nad Szwajcarią, a i Polska zaraz potem jawi się znowu jako paskudny kraj, który chyłkiem, poprzez kontakty z NATO, zamierza wkraść się do Twierdzy „Europa” (Zachodnia). Nawet to, co w nas godne pochwały, czyli polskie, nazwijmy to umownie, umiłowanie wolności, jest uHänny’ego pełne wbijanych ukradkiem szpilek i podskórnego jadu. Książę Józef Poniatowski „geht baden” – idzie się kąpać, co odnosi się oczywiście do faktu, że zginął w rzece, ale jednak zginął, a nie poszedł się wykąpać, a na dodatek jest to sformułowanie idiomatyczne i używa się go, żeby drwiąco powiedzieć, że coś schodzi na psy (na przykład: Unser Bildungssysstem geht baden – niemieckie szkolnictwo podupada).

Oczywiście można z góry założyć, że autor obruszyłby się, gdyby zarzuciło mu się naigrywanie się z polskości. „Ależ, powiedziałby, wybranie Pana Cogito za Wergilego tej podróży dobitnie pokazuje, że Was cenię, ale jestem, jak Herbert i sam Pan Cogito, inteligentny, wykształcony i ironiczny. Patrzę z dystansem. Nie mogę nie krytykować”.

Może i nie może, nie wiem. Tylko że u Pana Cogito ten dystans jest uprawniony, w końcu Pan Cogito jest jednym z nas, znosił to, co i my znosiliśmy, a poza tym jest może surowy i krytyczny, ale jest też uważnym obserwatorem rzeczywistości, myśli, dystansuje się przede wszystkim do samego siebie, nie obraża innych, jest nieugięty, ale nie obelżywy i odrażający, a już na pewno nie turpistyczny.

Andrzej Stasiuk

Gdy to wszystko czytałam 20 lat temu, byłam po prostu zniesmaczona, teraz wiem jednak, że i polski autor wyprodukował w 10 lat później takie dzieło – mam na myśli Dojczland Stasiuka9. Sam autor napisał o swojej książeczce, że: „Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera. Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru”10. No tak, niewyszukany humor. Bardzo niewyszukany. Autor nic nie widzi i nic go nie interesuje, opisuje tylko hotele, dworce, pociągi, samoloty, lotniska i ewentualnie długie i nużące jazdy samochodem. Czasem kolacje i nieszczęsne panie organizujące mu spotkania autorskie. To oczywiście (a może raczej powinnam napisać: miejmy nadzieję) tylko chwyt literacki, biedny pisarz, ciężko pracujący w Niemczech i innych krajach DACH-u11 na kawałek powszedniego chleba. „Żeby ocaleć, czasami piję, a czasami porównuję. Wielu rzeczy nie pamiętam i muszę je wymyślać od nowa”.

Pod tym względem obaj panowie są sobie zresztą bliscy, bo Hänny też przyjechał do Polski z wieczorami autorskimi i też jeździ wzdłuż i wszerz między Rzeszowem, Lublinem, Krakowem, Toruniem i Warszawą.

Wypowiedź Stasiuka o Niemczech spełnia wszystkie wymogi tego, jak powinna wyglądać odrażająca książka o kraju, którego Bogu ducha winni przedstawiciele w dobrej wierze zaprosili pisarza na wieczory autorskie, finansując mu oczywiście podróż, wyżywienie, noclegi w hotelach i honorarium, a zapewne również przewodników, opiekunów, towarzyszy podróży i gościnę. Że o PR nie wspomnę.

„Lubię z pięćdziesiąt miejsc w Niemczech, ale żadnego z nich poza Lorelei nie ma w moim Pascalu. Nie ma na przykład dworca we Frankfurcie nad Menem w niedzielny poranek z zakrwawionymi strzępami papieru toaletowego na chodniku i facetami o ósmej w knajpach ze wzrokiem wbitym w zawieszony pod sufitem telewizor. […] Poranek jest senny i niemrawy. Burdele śpią, śpią pornokina. Wstali tylko ci, których kac i ćpuński głód wypędził w poszukiwaniu ratunku. I jeszcze tamci faceci z knajpek, którzy wstają o świcie i zaraz muszą się spotkać bo nie potrafią bez siebie żyć. […] Ale tego wszystkiego nie ma w żadnym Lonely Planet. […] W zwiedzaniu jest jakiś przymus podziwu, zainteresowania, jakaś obłuda. Czasami ktoś pokazuje mi coś z dumą, a ja czuję się jak oszust, bo kiwam głową, ale nic nie obchodzi mnie jakaś wieża, brama, zamek oraz reszta tych cudów.”

Jak każdy prawdziwy Polak Stasiuk nie ma obowiązku lubić Niemców, którzy rozpętali dwie wojny i wymordowali „15 procent naszego społeczeństwa, a drugie 15 zamorzyli głodem”. Nawet w książce, w której w ogóle nie chodzi o Niemcy, pojawi się i ten wątek. Polska zobowiązuje. Ale też – Polska przyzwala.

Polonocentryzm jako odpowiedź na helwetocentryzm Hänny‘ego, ale tylko w takim wymiarze, w jakim służy on znacznie ważniejszemu centryzmowi – a mianowicie ego… Egocentryzmowi.

Ale, wychodząc z odmiennych pozycji centrycznych, obrażać się można nawzajem i do woli.

Prorok w cudzym kraju

Hänny przebywa w Polsce tuż przed upadkiem Muru, pisze więc tak, jakby NRD jeszcze istniało, bo oczywiście istniało, gdy był w Polsce, a upadło w dzień po jego przyjeździe do Berlina. Jednocześnie pod spodem przemawia przez tekst oczywista wiedza o tym, co stało się potem, która zgoła niepotrzebnie spowija go w profetyczną szatę. Przewiduje coś, co wie, i może nie przyniosło by mu to specjalnej chwały, gdyby nie fakt, że przewiduje też to, czego nie wie, a tylko obserwuje symptomy. I robi to lepiej niż my, którzy przespaliśmy z kretesem ostatnie 25 lat.

Niedługo okaże się, że znowu trzeba wyjść na ulicę i strajkować, aby wywalczyć sobie wolność wyznania – lub zacząć myśleć o emigracji. Jeszcze człowiek nie zdążył otrząsnąć z ubrania zaprawy murarskiej poprzedniego systemu, a już wojownicze kręgi kościelne wynoszą moralne przekonania kleru do rangi doktryny państwowej, zmierzając do utrwalenia nowego totalitaryzmu. […] Polacy są przeciw Niemcom, Czechom, Rosjanom, komunistom, socjalistom, protestantom, katolikom i tak dalej – czyli, krótko mówiąc, przeciw wszystkim. […] a są za swoim jedynym polskim katolicyzmem, od Bugu, a jeszcze lepiej – od Uralu po Atlantyk. Za czystą Polską, bez prezerwatyw, aborcji, kontroli urodzin i równouprawnienia – i oczywiście bez ruchu obywatelskiego.

Niestety, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale w cudzym też nie.

Nasza narracja o Polsce, świat pełen luk

Jeśli, wzorem Stasiuka, zapomnimy o lekceważącej Polskę perspektywie szwajcarskiej i zastąpimy ją polską, okaże się rychło, że opuszczenia i luki w historii Europy według Widmera i Hänny’ego nie są czymś gorszym od opuszczeń i luk w historii Europy według Polaków. Spróbuję tu dokonać próby dokładnie takiego samego opisu, jaki zacytowałam z powieści Widmera, tylko że à la polacca. Na szaro to, czego nie ma, karp na szaro po żydowsku i nie tylko.
Bunt robotników w roku 1953 w NRD – nigdy go nie było w polskiej pamięci zbiorowej, nasza historia zaczyna się w roku 1956 – w Polsce i na Węgrzech. Wraz z bratankami walczymy o Polskę.

Rok 1963, budowa Muru Berlińskiego, kogo to obchodziło? Kogo w ogóle obchodziło NRD? Rok 1963 to rok zamachu na Kennedy’ego. Ale czy wiemy też, że był to roku Marszu na Waszyngton? Walczymy o Polskę.

Rok 1968. Marzec, kwiecień, maj. Praska wiosna, paryski maj, rozruchy marcowe, interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Pradze. OK, tu już się bardziej wpisujemy we wspólną narrację, wiemy dużo o roku 1968, o buntach amerykańskich i francuskich, znacznie mniej o zachodnioniemieckich; o tym, że w NRD studenci wystąpili do walki o zachowanie kościoła św. Jana w Lipsku nie wie nikt i podejrzewam, że nikt nie pamięta, iż 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony Martin Luther King… Walczymy o Polskę, chociaż interwencją wojsk sprzymierzonych w Pradze władza zrobiła nam obciach. Człowiek na księżycu.

Lata 1957–1975. Wojna w Wietnamie też nas niewiele obchodziła. Jeśli będziemy wyliczali wydarzenia ważne dla historii w latach siedemdziesiątych, podamy Gdańsk i Szczecin 1970, a potem rok 1976 – Radom i powstanie KOR-u. No i wybór polskiego papieża. Ogólnie: walczymy o Polskę.

1979 – rewolucja islamska w Iranie. Walczymy o Polskę.

Rok 1980, strajki, Solidarność i Nobel dla Miłosza. Umarł Josip Broz Tito i zaczął się rozpad Jugosławii. Walczymy o Polskę.

Rok 1981 – wprowadzenie stanu wojennego. Nie bardzo mamy ochotę pamiętać o niemieckiej pomocy dla Polski po wprowadzeniu stanu wojennego, mimo że miała ona kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. W Berlinie Zachodnim zaczęła się tzw. walka o domy. Walczymy o Polskę.

1983 – Nobel dla Wałęsy. Walczymy o Polskę.

1989 – Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory w Polsce, znaczące daty. Plac Tiananmen? Ale co tam Chiny, nie pamiętamy Jesieni Narodów, upadku Muru Berlińskiego, zjednoczenia Niemiec, upadku systemu bloków politycznych i zakończenia zimnej wojny. Zaczyna się krwawa wojna w Jugosławii. My wygraliśmy. Kończymy walkę, którą toczyliśmy przez ostatnie 45 lat. Zaczynamy nowy etap życia. Bogacimy się.

1990 – uwolnienie Nelsona Mandeli i w 1994 koniec apartheidu, 1990–1991 – wojna w Zatoce Perskiej (wojna o Kuwejt), a my złapaliśmy wiatr w żagle i bogacimy się. Zaczynamy od Polenmarktu w Berlinie. Sprzedajemy wódkę i jajka, kupujemy margarynę w Aldim.

1992 – Radio Maryja rozpoczyna powolną indoktrynację tych, którzy w ćwierć wieku później staną się wiernym, wierzącym i posłusznym elektoratem PiS-u. My się bogacimy.

W 1993 roku wprowadzona została ustawa o tzw. kompromisie aborcyjnym. Nie był to kompromis, milion Polek podpisało protest, który nie odniósł żadnego skutku. Premierem Polski była kobieta, a Polacy po raz pierwszy odczuli, że nie są u siebie i że to nie oni będą korzystać z wywalczonej wolności. No, ale bogacimy się. Z szop, w których sprzedawaliśmy margarynę z Aldiego tworzymy shopy.

1996 – Nobel dla Szymborskiej. Zaczyna narastać globalizm, stolica Niemiec przenosi się do Berlina, na polskie ulice wpełzają banki, a na rynek pracy korporacje, które za chwilę nami owładną. My jednak wciąż bogacimy się, choć jest coraz trudniej. Państwo dopomina się o swoje, przede wszystkim fiskus i ZUS. I oczywiście Kościół.

11 września 2001 roku – jedyna data w historii współczesnej, którą rzeczywiście chyba wszyscy pamiętamy. Tym niemniej – nadal bogacimy się, choć nie jest już tak łatwo, spłaszczają się różnice, aspiracje rosną, przelicznik waluta-złoty się pogarsza, inwestorzy odkrywają Ukrainę, Rumunię i Albanię.

2003 – wojna z Saddamem Husajnem.

2004 – przystąpienie Polski do UE. Koniec historii współczesnej według Polaków. W roku 2005 umiera papież Polak. Był symbolem historycznej walki; gdy historia się skończyła, a zastąpiła ją demokracja, mógł odejść – i odszedł. Do władzy dochodzą Internet, Google i Wikipedia, a potem Facebook i telefon komórkowy. Zwyciężają media społecznościowe. Nasza (jedyna uprawniona) wizja świata się sprawdziła. Najpierw walczyliśmy, potem się wzbogaciliśmy. Było dobrze.

Podsumowanie

Niestety nie było. Z mediów społecznościowych wyszła na ulice Afryki Północnej arabska wiosna (2010–2013), zaczęły się bunty w Turcji i w Bułgarii, pojawił się ukraiński Majdan… A potem było jeszcze gorzej. Putin zajął Krym i wschodnią Ukrainę, a w Polsce zwyciężył PiS. We Francji Marine Le Pen, na Węgrzech Orban. Próbujemy się bronić, z Facebooka wyszedł na ulicę KOD… Wygrał Trump. Resztę znamy.

Wybaczcie skróty, zrobiłam tylko szybki przegląd, nie wgłębiałam się w szczegóły. Na potrzeby tego eseju opracowałam model historii świata według Polaków. Nasz i ich. Nasz właśnie odchodzi, ich się kształtuje.

Bo narracja PiS-u dopiero się tworzy i zmieni radykalnie polską wizję historii współczesnej. Będzie w niej jeszcze mniej świata zewnętrznego i pominięty zostanie świat naszej walki, będzie się tylko pamiętać, że jak przyszedł czas wolności – bogaciliśmy się. I drogo za to zapłacimy, nawet jeśli osobiście wcale się nie wzbogaciliśmy. PiS neguje rolę Solidarności, Wałęsy, Okrągłego Stołu, wolnych wyborów i wejścia w skład Unii Europejskiej, skreślił polskich noblistów, ale za to wprowadził kult żołnierzy wyklętych i kult smoleński. Historia Polski według PiS-u zaczyna się w październiku 2015 roku, kiedy w tryumfalnym pochodzie do władzy dochodzi jedyna słuszna partia, a z nią jedyny słuszny model człowieka, Nowy Polak – Homo Polacus Catholicus i Prawdziwa Wolna Polska.

Oczywiście jest KOD i jest czarny protest, gdy okrzepną, przejmą rolę Michnika i Elektryka, być może Olga Tokarczuk i Sylwia „No pasarán” Chutnik stworzą nowego Pana Cogito (oczywiście Panią Cogito). Na razie jednak jesteśmy zdani sami na siebie.

Chciałam w tym eseju rozprawić się ze szwajcarską wizją świata, ubolewając, że z Zurychu nie widać Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Jugosławii, NRD, nawet Niemiec specjalnie nie widać. I dopiero podczas pisania tego eseju uświadomiłam sobie, że tak jest zawsze i wszędzie, że z Warszawy i Gdańska też nie widać ogromnych kęsów świata. I że świat widziany z księżyca w Polsce jest równie egocentryczny jak świat widziany z Zurychu.

Oczywiście, niewykluczone, że przemawia przeze mnie feministyczny polonocentryzm z naleciałościami androgynizmu. Równie ślepy i naganny jak helwetocentryzm Widmera i Hänny‘ego. Możliwe też, że moje rozbuchane kobiece ego jest równie niemiłe, jak artystyczny solipsyzm literackich gastarbajterów, jakimi są Stasiuk i Hänny. I możliwe, że nie lubię ani nadinterpretacji, ani niedointerpretacji historycznych w duchu wszystkich utopii marzących o Nowym Człowieku. I oczywiście – nie wierzę w Nowego Człowieka. Jeśli tak jest, to niech mi czytelnik wybaczy. I czytelniczka.


1 Taki tytuł ma też pierwsza książka Reto Hänny’ego.

2 R. Hänny, Am Boden des Kopfes, Frankfurt 1991, s. 57: „Rumpfkontinent Europa rund um Helvetien“.

3 Z. Herbert, Pan Cogito, Warszawa 1974.

4D. Sośnicka, Polski orzeł na tle szwajcarskiego krzyża [online] <http://www.bg.ajd.czest.pl/wydawnictwo/Studia_Neofilologiczne_11.pdf> [dostęp: 30 grudnia 2016].

5DACH – „D” jak Deutschland, „A” jak Austria, „CH” od Schweiz (Szwajcarii), popularne określenie krajów niemieckojęzycznych.

6 R. Hänny, Ruch,Zürich i Anfang September, obie pozycje: Suhrkamp 1979 i 1981.

7 G. Morselli, Wydarzenie, tłum. B. Sieroszewska,Warszawa 1980.

8 Tenże, Dissipatio humani generis oder Die Einsamkeit, Insel 1990.

9 A. Stasiuk, Dojczland, Wołowiec 2007.

10 <http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27618/dojczland> [dostęp: 30 grudnia 2016].

11 „”„”„”od Schweiz (Szwajcarii).

Slaska contra Murphy

Introdukcja

Kartka znaleziona w komputerze. Na Rodos byłam ostatni raz zimą 2003 roku. Od tego czasu poniższa notatka tkwiła gdzieś w otchłaniach komputera i co najmniej dwa razy przenosiła się z jednego peceta do następnego. Znalazłam ją kilka dni temu, szukając zupełnie innego tekstu, którego nie znalazłam…

Konotacja. Prawdy przywiezione z Rodos:

Żeby zdobyć miłość trzeba walić pięściami (Mavis Cheek)
Miłość wyrasta na żyznej glebie przebaczenia (Wally Lamb)
Mieszańce to najlepsze psy (Wally Lamb)
Wieczny obieg rzeczy jest dowodem na istnienie Boga (Wally Lamb)
Życzenia do losu trzeba formułować z zabójczą precyzją (Ewa Maria Slaska)
Trzeba chcieć! (Ewa Maria Slaska)
Pryszcze wprawdzie wyskakują na godzinę przed randką, ale to jeszcze nie znaczy, że muszą ją spaprać (Ewa Maria Slaska)
Jedz dużo ryżu (tantra totemiczna)
Świat jest tak skomplikowany, że wszystko może być znakiem (Michał Krenz)
Palenie zabija (wiadomo)

Eksplikacja. Jeśli coś może się udać, to się uda!!!! (Ewa Maria Slaska contra Murphy)

Dedykacja

Wpis dedykuję Krzysztofowi Pukańskiemu, z którym się tamtego roku poznaliśmy i który dał mi do czytania Prawo Murphiego. Nota bene, podobno Murphy naprawdę wcale nie istnieje. Autorem książki Prawo Murphiego jest Arthur Bloch.

Mavis Check to angielska pisarka, autorka popularnych powieści obyczajowych, które znalazłam w nieporządnej bibliotece Centrum Pisarzy i Tłumaczy. Składa się ona z naszych książek, jakie my, pisarze i tłumacze, zostawiamy tam w prezencie (oraz nadziei, że ktoś nas “odkryje”) oraz książek, które przywieźliśmy ze sobą i nie były warte, żeby zabierać je z powrotem. Nie wiem jednak, do której kategorii należą powieści Mrs Check.  Było ich tam kilka i nie pamiętam tytułu tej, którą przeczytałam, aczkolwiek zupełnie dobrze pamiętam jej treść.

Z kolei wszystkie trzy cytaty z Wally Lamba pochodzą z jego powieści I Know This Much Is True i są właściwie jednym zdaniem. Początkowo pomyślałam, że przecież w ogóle nie pamiętam tej powieści, i już na pewno nie wiem, dlaczego zapisałam sobie te trzy prawdy. I chyba przetłumaczyłam je wówczas źle na polski, bo naprawdę cytowane zdanie brzmi: Love grows from the rich foam of forgiveness, mongrels make good dogs, and the evidence of God exists in the roundness of things. Ale nagle mnie olśniło. Doskonale pamiętam tę książkę, choć nie pamiętałam ani autora ani tytułu.  Jest to jedna z najlepszych powieści amerykańskich, jakie czytałam, i od lat bezskutecznie usiłowałam ją odnaleźć. Oooo Happy daaay! Koniecznie ją przeczytajcie. Po polsku ma tytuł To wiem na pewno (tłumaczyła Zdzisława Lewikowa, Świat Książki, 2001). Roundness of things to kolistość, a nie obieg rzeczy. Znalazłam te trzy zdania w książkowym tłumaczeniu i brzmią jednak inacze niż moja wersja: miłość czerpie soki z żyznej gleby przebaczenia, kundle to dobre psy i dowodem na istnienie Boga jest prostota rzeczy.

Michała Krenza nie było ze mną na Rodos, ale widocznie musiał mi powiedzieć mądre zdanie o znakach, zanim pojechałam na samotny zimowy urlop na wyspę, na którą wszyscy jeżdżą latem, a ja je zapamiętałam i przywiozłam z wyspy już jako swoją prawdę.

Dla tantrycznej totemicznej prawdy o ryżu nie mam żadnego wyjaśnienia. Nigdy nie uprawiałam tantry i nie wiedziałam, że tantra może być totemiczna. Gdy teraz szukam w internecie, znajduję tę Tantra Totem – zestaw typowych porad na dobre życie, nieudolnie przetłumaczonych z angielskiego na niechlujny polski. Porada 9 brzmi: jedz dużo ryżu i pomagaj innym. Dlaczego u mnie jest więc tylko ryż…? Może mnie to rozśmieszyło? Czy ja wiem, co wtedy myślałam i jak wtedy było?

Wiem. Była zima, wiały ogromne zimne wichry, ale kwitło mnóstwo kwiatów, a u górali w małych odległych wioskach można było kupić bimber owocowy. Kupiłam flaszkę dla Krzysztofa, który jest góralem, w zamian za zainstalowanie w mym życiu prawa Murphiego. I to jest na pewno i kolistość rzeczy, i wieczny ich obieg, i prostota.