Trees & drzewa

Anna Nacher wrote on FB:

Plants never cease to amaze me. This juniper was rescued from the place, where someone threatened to burn it down or otherwise destroy. So upon hearing this, Marek Styczyński decided to uproot the already fully grown bush, then asked Marcin Sarota to transport it to Biotop Lechnica.
It was already too big to fit in the car, Marcin had at the disposal, so they were driving with this bush that took up all the inside space, sticking a bit through the window – luckily they didn’t meet the police (I’m sure the officers would’ve been sure the bush is driving a car). We immediately fell for each other when I saw it for the first time and sensed its marvellous, rich and strong smell. So we placed it in the soil again, with no guarantee it would survive. The first three years were difficult. It apparently was struggling, a lot. It was changing its shape, lost most of his leaves, then grew another set (of a completely different kind), then lost some more. I was afraid we’re losing it. But deep inside I knew it was still transforming and not giving up. And there He is, five years later, His Majesty Almighty Juniperus, with all his glorious smell again, giving shelter to so many other beings, uplifting my mood and coaching me on coping with transformation.

***
Adam Węglowski
napisał (albo został zacytowany) w kalendarzu Przekroju w sobotę 29 sierpnia 2020 roku, w Dzień Sprzeciwu wobec Prób Jądrowych

Drzewa, które pamiętają historię: Ocalone z blasku tysiąca słońc.

Hibakujumoku to po japońsku „drzewa, które przeżyły” wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki. Według naukowców fala uderzeniowa natychmiast unicestwiła co najmniej połowę drzewostanu w promieniu 2 km od epicentrum wybuchu. Większość pozostałych drzew zniszczyło promieniowanie. Przetrwało od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu sztuk, np. wierzba i eukaliptus przy ruinach zamku w Hiroszimie czy kilkusetletnie cynamonowce w świątyni Sanno Shinto w Nagasaki.

***
To mi przypomniało, że pierwszym drzewem, które odrosło w Hiroszimie był miłorząb japoński. Drzewo rośnie w ogrodzie Shukkei-en w centrum miasta, założonym w roku 1620. Ogród został całkowicie zniszczony w ataku nuklearnym, po miłorzębie pozostał pień, z którego już następnej wiosny odrosły nowe gałęzie.

Napis na tablicy głosi (Wikipedia):

Ten miłorząb jako jedyne drzewo w tym ogrodzie przetrwał burzę ogniową po bombardowaniu atomowym w dniu 6 sierpnia 1945 roku. Obwód pnia: około 4 m, wysokość: około 17 m, wiek drzewa: szacowany na ponad 200 lat. Jest przechylony przez podmuch, przycinanie gałęzi zapobiega jego upadkowi

***

Ale magia miłorzębu to nie tylko Hiroszima. To jedyne drzewo liściaste, które jest jednocześnie drzewem iglastym. Jego igły zrosły się w liście.

Czasami używana nazwa miłorząb japoński jest myląca, gdyż gatunek ten nie występuje naturalnie w Japonii, a jedynie z tego kraju drzewo to po raz pierwszy trafiło do Europy. Gatunek endemiczny i reliktowy, występujący na stanowiskach naturalnych wyłącznie w południowo-wschodniej części Chin, w prowincji Anhui, gdzie rośnie 167 drzew. Przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że ani w Chinach ani w Japonii miłorząb nie występuje już w stanie dzikim, a jego osobniki rosnące m.in. przy wielu świątyniach i klasztorach zawdzięczają swe istnienie jedynie opiece kapłanów i mnichów. Miłorzęby mogą żyć nawet 4000 lat i osiągać wysokość 40 m.

Drzewa (i gender)

O drzewach nazbierało mi się ostatnio tyle różnych informacji, że pewnie zaniedługo staną się niekończącym się tematem tego blogu jak koty czy Don Kichoty.

Jak zwykle – powędruję sobie między drzewa i rozpoczynając peregrynację, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ta wędrówka zaprowadzi

Łukasz Łuczaj na łamach Przekroju

Pionierska płeć

Czy wiecie, że twardość drewna można ocenić po tym, jakiego rodzaju jest jego nazwa? Najtwardsze drzewa mają zawsze nazwę męską: cis, grab, dąb, jesion, jawor, klon, buk itd. Drzewa pionierskie, zasiewające się na opuszczonych polach, lekkonasienne i o miękkim drewnie są rodzaju żeńskiego, np. olcha, wierzba, iwa, osika, topola. Żeńskie są także brzoza, jodła i sosna.

Brzoza jest też pionierska, ale drewno ma średniej twardości. Jodła już pionierska nie jest, sosna trochę tak – oba gatunki mają drewno niezbyt twarde, raczej lekkie.

Ta dosyć mocna reguła nie sprawdza się już przy nazwach drzew gatunków obcych. Na przykład akacja (robinia) ma drewno twarde, a nazwę rodzaju żeńskiego.

Drewno, drzewo, las

Norweg Lars Mytting jest nie tylko autorem kilku powieści, wpisujących się w znakomitą nowoczesną tradycję literatury skandynawskiej, lecz jest też autorem publikacji popularno-naukowej o… cięciu i składowaniu drewna.

Nikt z nas, zwykłych ludzi, nie wyobraża sobie, co w książce, która nie jest podręcznikiem dla technologów drewna,  można by napisać o cięciu i składowaniu drewna na sposób skandynawski. Ale można i zapewniam was, że jest to niezwykle wręcz ciekawe.

Mytting wcale jednak nie jest technologiem drewna, nie jest też leśnikiem, botanikiem, cieślą czy stolarzem. Jest dziennikarzem, trochę niespokojnym duchem, zajmuje go wszystko, najbardziej może… muzyka. A jednak jego książka o cięciu drzew (po polsku Porąb i spal) sprzedała się w Norwegii 500 tysięcy razy i stała się jednym z największych sukcesów na norweskim rynku książkowym.

Jeden z recenzentów napisał, że jest to biblia, pieśń pochwalna, podręcznik, poezja, a przede wszystkim najczystsza radość.

Polscy recenzenci podkreślają, że jest to właściwie książka dla mężczyzn. Dlatego proszę koleżanki czytelniczki, by się tu odezwały i powiedziały, czy znają tę książkę, a jak tak, to co o niej sądzą?

Płyń z tonącymi to z kolei (zapewne) książka dla kobiet, bo jest tam wprawdzie prawdziwy mężczyzna, tajemnicza historia i niezwykła pasja, niebezpieczny żywioł, odludne miejsca, wojna, chciwość i nienawiść, ale są też dwie a może nawet trzy historie miłosne.

I są też, a może – przede wszystkim, drzewa, niezwykłe, tajemnicze, niebezpieczne i kosztowne. Oraz, co bardzo niezwykłe, miłość do… ziemniaków. Nie przesadzam – miłość. Już tu o tym dwa dni temu pisałam.

Przyznaję, że dawno nie czytałam tak fascynującej książki i, jak zawsze w takich wypadkach, czekam na moment, kiedy już nie wszystko będę wyraziście pamiętała, bo wtedy będę ją mogła przeczytać po raz kolejny.

O tym, że niemiecki leśnik, Peter Wohlleben, napisał niezwykłą książkę o drzewach i lesie, słyszałam już od dawna, ale jakoś stale się z nią mijałam. I nawet nie wiem, dlaczego.

Las jest dla mnie czymś tajemniczym, niezwykłym i niezwykle ważnym. Moja ukochana cioteczna babcia, Karusia, mówiła, że są ludzie gór i ludzie morza, a ona jest człowiekiem lasu. Myślę, że pod jej wpływem też stałam się człowiekiem lasu. Gdy to piszę, widzę te niezliczone lasy, przez które zdarzało mi się w życiu wędrować. W Polsce i w Nepalu, w Hiszpanii, Niemczech, Irlandii, Austrii, Włoszech, Grecji, Anglii, Portugalii, Francji i Stanach Zjednoczonych.

I kolejne lasy magiczne, literackie, wyobrażone, książkowe, filmowe, jak las w Labiryncie fauna albo w Hobbicie.

 

 

 

 

Wohlleben konstruuje w swej książce teorię o tym, że drzewa nie tylko żyją (to w końcu wszyscy wiemy) i czują (to też już wielu z nas wie), ale że tworzą skomplikowany i skuteczny system społeczny. W lesie Wohllebena drzewa porozumiewają się za pomocą korzeni i… grzybów. Na końcu każdego korzenia mieści się… mózg. Drzewa opiekują się starymi pobratymcami, wspierają chorych i pomagają im wrócić do życia i zdrowia, otaczają opieką dzieci.

Teraz wg książki nakręcono film, w którym pojawia się również Puszcza Białowieska, Adam Wajrak i… Pałac Kultury, i to jest bardzo przyjemne, szkoda więc, że w stosunku do filmu, jaki nasza własna wyobraźnia tworzy podczas lektury tej fantastycznej książki, film jest w gruncie rzeczy przede wszystkim jej dość płytką, a za to nachalną reklamą.

Przypomniał mi się głupi dowcip. Stoją obok siebie dwie kozy, jedna żuje taśmę filmową.
– Co to za film? – pyta druga koza.
Don Kichot – odpowiada pierwsza. – Ale książka była lepsza.