Gentryfikacja

W roku 2011 ten tekst ukazał się w miesięczniku „Odra”, a potem powielony został przez  O.pl: TU

Ciekawe, że portal nie zapytał mnie, czy może ten tekst upowszechnić i pozmieniać, ale za to nie pozwala nikomu tego robić bez zgody jego redakcji.
Ciąg dalszy TU

Ewa Maria Slaska, Ryż, mysz i sztokfisz

Zbrodnia

Jesienią 2010 roku pojawiła się w Berlinie z kolejną wystawą Yoko Ono, słynna japońska artystka konceptualna. Jak to w sztuce konceptualnej bywa, Ono zaproponowała widzowi wieloraki interaktywny udział w wystawie. Była więc sala, gdzie można się było sfotografować, sala, gdzie widz niszczył lub – przeciwnie – naprawiał fragment ekspozycji i sala, gdzie miał wbić szpilkę w jakieś miejsce na mapie Berlina, które kojarzy mu się z przestępstwem. Przestępstwo, wykroczenie – to słabe słowa, widzowie niemal automatycznie sięgali po wyrazy mocniejsze. Pojawiło się więc słowo „zbrodnia”. Jeszcze dziesięć lat temu kontekstem berlińskim słowa zbrodnia był Holokaust. W roku 2010 jednoznaczny kontekst „zbrodni” brzmiał: gentryfikacja.

Gentryfikacja to proces społeczno-urbanistyczny, zupełnie normalny. Tak rozwijają się miasta. I jeśli patrzeć na nie z daleka, jeśli czytać o przesuwaniu się modnych dzielnic w Nowym Jorku czy w Warszawie, to można się z tym zgodzić – takie są procesy.

W Berlinie jednakże gentryfikacja  to zbrodnia. Być może zawsze, jeśli jest się na miejscu i to na naszej skórze, zapisują się prawidłowości, to odczuwamy to jako zbrodnię. W każdym razie ja też wbiłam szpilkę w mapę miasta, bo rok wcześniej sama stałam się ofiarą gentryfikacji i nie był to proces lecz zbrodnia.

Zanim jednak opowiem tu dramatyczną historię mego własnego udziału w procesie gentryfikacji Berlina, chciałabym się przez chwilę zastanowić nad etymologią tego słowa. Bo otóż gent to w różnych językach wyraz oznaczający pierwotnie człowieka, wtórnie natomiast szlachcica. To logiczne, człowiek, to ten, któremu przysługują prawa. Znamy na przykład angielskie słowa Gentry i Gentelman. Gentryfikacja zatem, proces zmiany struktury społecznej, a co za tym idzie poprawianie substancji budowlanej biednych dzielnic, przejmowanych przez bogatych, oznacza jednocześnie proces “uszlachcania” czy też „uszlachetniania” danej dzielnicy.  Cóż jednak znaczy słowo szlachta, szlachetny? Czym jest czyn szlachetny i szlachetny człowiek? Słowo to pochodzi z niemieckiego i oznacza schlacht – bitwę, walkę. I tak jak niemieckie słowo kriegen – „otrzymać” jednoznacznie wiąże się z wojną (Krieg) i łupem wojennym (Kriegsbeute), tak polskie słowo „szlachcic” oznacza tego, kto wraz z władcą „dzielnie stawał w polu”. To mu zapewniało otrzymanie dóbr, bogactwo i prawa. Gentryfikacja przestrzeni miejskiej przypomina więc, że to łupieżca otrzymywał miano człowieka, prawa i przydomek „szlachetny”, kiedyś – wojownik, potem – po prostu bogaty. Być może, gdy Ruth Glass tworzyła ten termin (choć przecież nie zjawisko) w latach 60, aby określić napływ ludzi zamożnych do robotniczej dzielnicy Islington w Londynie, ci nowo napływający rzeczywiście byli zubożałą szlachtą, na pewno tak mogło się stać w XIX wieku w miastach polskich, gdzie zbiedniałe po powstaniach ziemiaństwo przekształcało się w inteligencję miejską i, kto wie, może wyganiała z ubogich chałup miejską biedotę Warszawy czy Krakowa, ale dlaczego bogaci, którzy zajmą moje mieszkanie mają być socjologicznie bardziej szlachetni niż ja? To niesprawiedliwe.

Ale po prawdzie cały proces jest już w genezie swej niesprawiedliwy. Bo oto od lat co najmniej stu gentryfikacja europejska przebiega tak, że najpierw w dzielnicy biedoty pojawiają się artyści i studenci, którzy sprawiają, że okolica staje się atrakcyjna, a potem bogacze zajmują ich miejsce. Tyle tylko, że to nie bogaci są tu pierwszymi najeźdźcami – oni tylko podbijają to, co już kilkadziesiąt lat wcześniej już zostało podbite, wtedy, gdy pierwszy przymierający głodem artysta wprowadził się do mieszkania, zajmowanego uprzednio przez robotnika z fabryki. To była ta pierwsza gentryfikacja, kiedy to „czysty duch” wyzuwał z miejsca biedaka. Gdy się to jednak działo, robotnik, przyzwyczajony do wyzysku, nie protestował. Dopiero w kilkadziesiąt lat później, gdy burżuje wyrzucają z mieszkań artystów, „dzieje się krzywda”. A dzieje się, bo ci teraz wyrzucani, umieją ją zwerbalizować i nagłośnić.

Oczywiście słowo gentryfikacja zostało kiedyś użyte zgodnie z jego aktualnym, nie-etymologicznym sensem. Gdy wyludnia się śródmieście i na jego miejsce wchodzi skryminalizowana biedota, próba rewitalizacji będzie procesem uszlachetniającym.

Ale akurat tak być może było na krakowskim Kazimierzu czy w warszawskiej Pradze (nie wiem, nigdy tam nie mieszkałam), ale na pewno nie było tak na berlińskim Kreuzbergu, gdzie do zeszłego roku mieszkałam, ale już nie mieszkam.

Osobisty ogląd typowych procesów społecznych

Śniła mi się mysz. Nie przepadam za myszami, ale specjalnie się ich nie boję, poza tym mam kota, widuję je więc rzadko, mimo iż mieszkam na parterze. Śniła mi się, była mała i skulona w kącie kuchni. Zapaliło się światło i mysz zamieniła się w mężczyznę. Miał ciemne włosy, które lekko sterczały w górę jak pozostałość po mysich uszach i ciemny trzydniowy zarost, może nawet czterodniowy. Mężczyzna stał na schodkach prowadzących do mojej maleńkiej sypialni i opierał się łokciami o mój materac.

Patrzył na mnie, a ja na niego. Milczał dość długo, zanim powiedział pierwsze zdanie.

– Przykro mi, ale dostałem zlecenie od administracji domu, żeby Panią zabić. Jestem z rosyjskiej mafii, administracja chce się wszystkich pozbyć.

Powtórzył to zdanie jeszcze dwukrotnie, zanim w ogóle do mnie dotarło.

Nie wiedziałam o tym, ale okazuje się, że składam się z dwóch różnych kobiet. Jedna z nich w tej chwili panicznie się boi i serce wali jej jak trzy młoty pneumatyczne, druga – myśli. Myśli i… wierzy.

Wierzę mu, to, co mówi, zgadza się. Administracja domu chce się nas pozbyć, wyremontować ten stary zniszczony dom „na luksus” i drogo sprzedać mieszkania nowym berlińczykom, a Berlin jest pełen opowieści o tym, jakimi metodami się to odbywa. Zasadniczo dwiema – albo się płaci lokatorom, żeby się wynieśli, albo się ich terroryzuje. Terror przybiera różne postaci. U nas od roku wokół domu stoi osłonięte siatkami rusztowanie, choć nie prowadzi się jeszcze żadnych prac remontowych. Jest ciemno, ponuro i niebezpiecznie. Zwłaszcza na parterze. Zresztą sam remont też jest dobrą metodą wyganiania ludzi. Remont i koszmarni współlokatorzy. Pakistańczycy, rytualnie zabijający koźlęta na podwórku, arabskie rodziny z dziesięciorgiem rozwydrzonych dzieci, angielscy młodociani turyści upijający się do nieprzytomności i rzygający na schodach. Nigdy jednak nie słyszałam o tym, żeby właściciel domu kazał zabijać lokatora. Albo więc czasy się zmieniły, albo ta mysz mnie tylko straszy. Poza tym, jakby facet-mysz chciał mnie zabić albo zgwałcić, to mógł to już dawno zrobić. Czyli – albo ma zamiar zabijać mnie tak, żebym długo i potwornie cierpiała (serce tej drugiej ja wali już teraz wszędzie, w głowie, w stopach, w brzuchu), albo znowu to samo – tylko gada. Straszenie jest oczywiście jednym z elementów terroru. Bardzo skutecznym.

– Dostałem zlecenie, żeby Panią zabić. Jestem z rosyjskiej mafii… – facet powtarza to już chyba dwudziesty raz. A ja tylko patrzę. Siedzę oparta o ścianę, on po drugiej stronie pokoiku, oparty łokciami o moje łóżko. Dzieli nas tylko długość materaca. Dziwne, ale jest jeszcze jakaś trzecia ja, która wprawdzie też myśli, ale jakoś tak głupkowato. Bo myśli, „jak to dobrze, że mam na sobie koszulę nocną”. Ma niewątpliwie rację, gdybym spała nago, moja sytuacja byłaby znacznie gorsza. Ale mam na sobie długą pomarańczową bawełnianą koszulę. Jakoś mi ta myśl pomaga i przywraca do czegoś, co można by nazwać normalnością. Już to przeanalizowałam i wiem, że nie ma sensu krzyczeć, nikt mnie nie usłyszy – znajduję się w całkowicie pustej części domu, tam gdzie są kuchnie i łazienki, tylko ja śpię w służbówce nad łazienką, reszta lokatorów używa tych pomieszczeń jako lamusa.

Nie ma po co krzyczeć i nie ma jak uciec. Drzwi blokuje mysz, a na okienkach stoi mnóstwo pamiątkowego badziewia, głównie wielkie muszle. Zanim zdołam je usunąć, otworzyć okienko i wydostać się na rusztowanie, facet mnie sto razy dopadnie.

– Mówisz po rosyjsku? – pytam. Skoro jest z ruskiej mafii… Ale nie ma akcentu, a u Rosjan akcent zawsze słychać.

– Nie – odpowiada – kiedyś mnie uczyli, ale nic nie umiem.

Niemiec ze Wschodu, myślę, tylko ich uczyli kiedyś rosyjskiego, ale nic nie umieją.

A zatem rozmawiamy. Czyli jest jakaś szansa. Rozmowa daje czas, do namysłu, do rana, do momentu, kiedy sąsiedzi z naprzeciwka wejdą do kuchni i będzie można krzyczeć. Moje pytanie zmienia zasadniczo tenor rozmowy.

– Muszę to zrobić, muszę cię zabić, tak mi kazali – mówi człowiek-mysz –  ale nie mogę. Ukarzą mnie za to, ale to już moja sprawa. Muszę to wziąć na swoje barki. Jestem dobrym człowiekiem. Nie wolno robić nikomu krzywdy.

Wszystkie trzy ja patrzymy na niego ze współczuciem. Jednej z nas chce się siku.

– Może napijemy się kawy – mówi ta w koszuli nocnej.

Mysz też się chce napić kawy.

Ta w koszuli gramoli się spod kołdry i stara się to robić z godnością. Uciszyła trochę tę z sercem. Ta od myślenia – myśli. A ponieważ myśli, to przychodzi jej na myśl Szecherezada.

Na zegarze w kuchni w pół do trzeciej. Szecherezada będzie musiała gadać ze trzy godziny, a może nawet cztery, zanim wstaną sąsiedzi, którzy mieszkają na przeciwko. Wtedy będzie można rzucić kamieniem w okno (to nie przenośnia, na oknie leżą kamienie) i zacząć wrzeszczeć. Na razie kawa, mleko, cukier, kubki. I przyjrzeć się facetowi, żeby go kiedyś rozpoznać. Wysoki, chudy, zadbany, ale brakuje mu zęba. Ciemne ubranie, znakomite skórzane buty. W mrocznej kuchni trudno rozpoznać – ciemny szatyn, brunet czy ciemny blondyn. Ciemny. Mysz rozsiada się wygodnie i sięga po moje papierosy. I zaczyna gadać. Ta od myślenia uważnie pilnuje rozmowy i podrzuca coraz to nowe pytania. A kim jest, a co robi, a jak mu na imię, a czy był żonaty, a czy ma dzieci? Mysz gada i gada, jakby to ona musiała przetrwać noc do rana, a nie my trzy.

Anioł stróż nade mną czuwał. Po dwóch godzinach rozmowy, udało mi się przekonać faceta, że jestem niegroźną panią, z którą się miło rozmawia. Opowiedział mi mnóstwo rzeczy o sobie, w tym jedną, w którą wtedy jeszcze nie uwierzyłam – że mieszka w naszym domu. Ma 41 lat, w wojsku zdobył wykształcenie komandosa, umie zabić rękami i nogami, ale umie też zastrzelić, kiedyś zastrzelił na ulicy jakiegoś Albańczyka, układa kable elektryczne, miał żonę i córkę, teraz nie ma, bo żona go zdradziła z przyjacielem, potem miał przyjaciółkę Albankę, która miała siedmioro dzieci. W końcu zapytałam go, jak się dostał do mojego mieszkania? Nie wiedział, pewnie nie chciał wiedzieć. Przekonałam go, że wszedł tylnymi drzwiami. Byłam pewna, że jak się kładłam spać, to drzwi były pozamykane. Facet spojrzał z pogardą na to mizerne kuchenne wejście i powiedział, że taki zamek można otworzyć kawałkiem plastikowej butelki. I że mi pokaże. Czy mam butelkę? Powiedziałam, że nie mam, choć przecież miałam, stała na stoliku za jego plecami. Powiedział, że zaraz przyniesie i wyszedł. Zatrzasnęłam drzwi, założyłam łańcuch, przekręciłam klucz, zabarykadowałam kamienną płytą.

W dwa tygodnie później nowy właściciel domu zaproponował nam wszystkim pieniądze. W trzy miesiące później mieszkałam już gdzie indziej. Moi sąsiedzi też.

Facet rzeczywiście mieszkał w naszym domu, ale to już zupełnie inna historia.

Kreuzberg, Friedrichshain

Gentryfikacja, ta, którą teraz odczuwamy jako zbrodnię, zaczęła się w Berlinie właściwie natychmiast po upadku Muru. Niesubordynowani mieszkańcy Kreuzbergu, którzy 20 lat wcześniej zrobili z tej dzielnicy symbol kultury alternatywnej, znany w całej Europie, natychmiast, jak to było możliwe i jeśli to było możliwe, zaczęli się przenosić “na Wschód” czyli do dzielnic byłego Berlina Wschodniego. Zaczęło się od Mitte czyli Śródmieścia, które dzięki temu tak szybko stało się taką atrakcja turystyczną, że nie dało się tam w ogóle mieszkać. Berlin stał się modny, przebijał popularnością nie tylko zaśniedziałe stolice europejskie jak Rzym, Londyn czy Paryż, ale nawet Barcelonę. Modne było zamieszkać w Berlinie, zwłaszcza jeśli się było artystą czy studentem, a już zwłaszcza, jeśli za studiowaniem i sztuką stali zamożni rodzice z Niemiec Zachodnich lub Teksasu. Zjawisko rzadkie w dziejach gentryfikacji, ale ci, którzy podbijali Berlin Wschodni, nie byli biedakami. Pielęgnowali wprawdzie wizerunek alternatywnych artystów, dla których pieniądze są nieważne, ale były one nieważne, bo były i nie trzeba się było o nie martwić.

Zamożna młodzież podbiła Prenzlauer Berg i Friedrichshain, zacierając różnicę między nowymi mieszkańcami tych dzielnic, a turystami, którzy też byli młodzi, a przybywali coraz liczniej, przyciągnięci nieprawdopodobną ilością nowopowstałych knajp i klubów. Wokół klubów wyrosły jak grzyby po deszczu młodzieżowe hotele i hostele, wcale już nie takie tanie jak schroniska i inne tradycyjne noclegownie dla młodych ludzi.

To ci młodzi ludzie sprawili, że w lutym 2011 roku prasa z dumą podała, iż statystyka turystów, którzy odwiedzili Berlin w roku ubiegłym przeszła wszelkie oczekiwania – było ich ponad 9 milionów!

Młodzi ludzie zamieszkali w “nowych” dzielnicach (to by tłumaczyło sens synonimu gentryfikacji: yuppizacja) i nikt z nas przez dobrych 20 lat nie zapytał, dokąd poszli właściwie poprzedni mieszkańcy tych domów? Komuś ewidentnie stała się krzywda i była to krzywda milcząca.

Tymczasem Kreuzberg, opuszczony przez alternatywnych i dzikich, zasiedliła generacja post-hippisów, czyli ludzi dokładnie takich jak ja. Umiarkowanie lewicowych, umiarkowanie artystycznych, umiarkowanie wiekowych. Kupowaliśmy jedzenie w sklepach z żywnością organiczną, w arabskich budkach i na tureckim targu, piliśmy herbatę ze specjalnych herbaciarni i kawę, którą prażono dla nas w lokalnej kawiarni, nie nosiliśmy futer ani kożuchów, nie kupowaliśmy tanich produktów z Chin, dużo czytaliśmy, gotowaliśmy w domu przynajmniej raz na tydzień  i wierzyliśmy w sprawiedliwość społeczną. Byliśmy alternatywni, ale chodziliśmy codziennie do pracy. Zarabialiśmy codzienne pieniądze, ale nie byliśmy bogaci. Dzięki nam Kreuzberg przestał być dziką dzielnicą, której bał się każdy mieszczuch, ale nie stał się też przybytkiem nowej generacji i nuworyszów. Jeśli mieliśmy szczęście (ja miałam) to mieszkaliśmy w starych XIX-wiecznych kamienicach, zniszczonych, nie odnawianych, podupadłych, ale gwarantujących niezwykły komfort życia – było w nich chłodno latem i ciepło zimą, mieliśmy parkiety, stiuki na suficie i stare piece po kątach, ale oprócz tego nowoczesne ogrzewanie. A mój dom stał jeszcze przy ulicy wiodącej do wodospadu. Mieszkanie tam było po prostu bajką, która minęła i która nigdy już się nie powtórzy. Przez 20 lat żyło się nam jak w raju i nie zastanawialiśmy się nad tym, że Mitte, Prenzlauer Berg i Friedrichshain padały po kolei ofiarą gentryfikacji. Aż któregoś dnia obudziliśmy się w domu, który wciąż jeszcze był nie odnowiony, ale już powieszono na nim plakat wielki jak góra, głoszący, że tu właśnie powstanie „Pałac”. Nie żartuję! www.palais-am-hofgarten.de – nagle wróciliśmy do pra-znaczenia słowa gentryfikacja: pałac czyli coś dla arystokracji! Dopadła nas super-gentryfikacja, a jak się dokona, będzie sobie można zakupić mezonet z balkonem, albo poddasze z ogrodem na dachu. A w mojej sypialni pojawił się włamywacz, który w gruncie rzeczy nic mi nie zrobił, tyle, że sprawił, iż zarówno ja, jak i inni lokatorzy posłusznie i pospiesznie się wyprowadziliśmy, ustępując miejsca nowym mieszkańcom.

Pokolenia

Ewa Maria Slaska
Nowa emigracja a stara Polonia

Referat wygłoszony na konferencji “Monitor emigracji zarobkowej” w Berlinie w październiku 2012 roku. Umieszczam go tu ze względu na pewien osobisty problem, który nurtuje mnie od prawie 30 lat, a którego nigdy przedtem nie zapisałam.

Za czasów kiedy przyjechałam do Berlina – był rok 1985 – stara Polonia w Berlinie to byli polscy berlińczycy, którzy tu mieszkali już przed wojną, działacze starych organizacji polonijnych jak Rodło czy Związek Polaków w Niemczech, w najlepszym wypadku nieliczni emigranci z lat 1968-70. My – emigracja postsolidarnościowa, a było nas w Niemczech w sumie około miliona, w Berlinie podobno ok. 80 tysięcy – byliśmy nową Polonią.

Minęło 30 lat. Teraz to my jesteśmy „starą Polonią”.

W ostatnim dziesięcioleciu, a już zwłaszcza po roku 2004, czyli przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, do Niemiec i do Berlina napłynęła duża grupa nowej migracji z Polski. Bardzo powierzchownie została ona nazwana grupą zarobkową, co być może w Niemczech jest prawdą, tak jak jest prawdą w odniesieniu do Irlandii czy Anglii, ale na pewno nie jest tak w Berlinie.

Tu przyjeżdżali przede wszystkim artyści, studenci, młodzi poszukiwacze sensu życia i życia ciekawego. Ci, których przyciągało hasło burmistrza Berlina, „jesteśmy biedni, ale sexy”.

Grupa ta szybko nawiązała kontakt z tzw. drugim pokoleniem emigracji z lat 80. Wspólnie nowi przybysze i dzieci starych stworzyli grupę nazywaną „młoda emigracja”.

A więc od samego początku grupa nazywana umownie „młodzi Polacy w Niemczech” rozpada się na dwie części – na Piłkarzy i Kosmopolaków.

Piłkarze

Badacze i media mówią często o naszych dzieciach, że jest to „generacja Podolskiego i Mirka Klose”. Basil Kerski przypisał im tożsamość hybrydową, co oznacza, że biorą z dostępnych im opcji, niemieckiej i polskiej, to, co im najlepiej odpowiada. Polską serdeczność i niemiecką solidność. O pokoleniu „Piłkarzy” mówi się też, że są to ludzie myślący „w kategoriach postnarodowych”.

Tym niemniej ja osobiście sformułowałabym na temat tej grupy kilka odmiennych tez.

1/ To nie pokolenie Podolskiego i Klosego, to grupa do której obaj piłkarze też należą, grupa dzieci wywiezionych ukradkiem czyli absolutnie nieprzygotowanych na szok zmiany.

2/ Ucieczka była często połączona z rozpadem rodziny. Emigracja miała zastąpić rozwód albo go powodowała.

My, rodzice solidarnościowi, obciążyliśmy nasze dzieci trwałą traumą. Szok ucieczki, szok zmiany środowiska, bezradność wobec nowej sytuacji, pogłębiona rozpadem rodziny.
Nasze dzieci to grupa znakomicie zasymilowana, zsocjalizowana w Berlinie, co do której wg tradycyjnych oczekiwań można było mieć nadzieję, że sobie nie tylko „poradzi”, ale osiągnie „normalną” (czytaj: niemiecką) pozycję społeczną i zarobki, a tymczasem jej przedstawiciele często „wybierają wolność” rozumianą jako powrót do Polski. Jest to nader częste – młodzi ludzie zawierają małżeństwa i związki partnerskie nie tyle nawet w obrębie  „Polonii”, ile po prostu z partnerami „z Kraju”, co w wielu przypadkach  prowadzi do powrotu do kraju: na studia, do pracy czy z uwagi na partnera.

Kosmopolacy

Czyli nowi. Ci, którzy najchętniej definiują się jako lokalni patrioci lub przez pryzmat wykonywanej pracy. Twierdzą, że są na wskroś Europejczykami, korzystającymi z wolności w zjednoczonej Europie bez granic. Cenią sobie swobodę poruszania się w obrębie Unii Europejskiej, zwłaszcza po ostatecznej liberalizacji europejskich rynków pracy. Są kulturowymi Nomadami. Twierdzą też, że – w odróżnieniu do starszych pokoleń – mniej znają historię, ale za to są bardziej zorientowani na przyszłość.

Wspólnie – Piłkarze i Kosmopolacy – są niejednorodni, ale są też świadomi swojej niejednorodności i postrzegają to jako atut.

I nawet gdy – jak niektórzy z nich – nazywają się autoironicznie Polskimi Nieudacznikami, to nie chcą być nieudacznikami. Mało tego, to grupa bez kompleksów, która  wie, że ma potencjał, by wzbogacić nie tylko zaśniedziałe życie polonijne, ale też wielokulturowe społeczeństwo Niemiec.

Nie da się ukryć – obie grupy razem zapewniają powiew świeżości tak w światku polonijnym, jak i w relacjach polsko-niemieckich.

Wartość nowej generacji pozostaje jak dotąd niedoceniona przez polityków i słabo zbadana przez naukowców, a tradycyjna, stara Polonia widzi w niej przede wszystkim uciekającą od zaangażowania społecznego emigrację zarobkową. W przeciwieństwie jednak do Anglii czy Irlandii nowa emigracja w Berlinie to przede wszystkim przedstawiciele branży kreatywnej i reprezentanci mediów, którzy w ubiegłym dziesięcioleciu zapoczątkowali liczne inicjatywy kulturalne, stając się animatorami współpracy polsko-niemieckiej. Często wcale nie zajmuje ich zdobywanie pieniędzy, wręcz przeciwnie zasilili szeregi berlińskiego prekariatu kreatywnego.

Inną zauważalną grupą nowej generacji są ludzie z różnego rodzaju mniejszości (z losu lub z wyboru) – punki, homoseksualiści, bezdomni. Również ta grupa odcina się od konserwatywnie pojmowanej polskości i buduje zmianę generacyjną, choć oczywiście jej społeczna siła nośna jest znacznie mniejsza, a często może nawet wydawać się negatywna. Jednak i oni mają swój udział w budowaniu społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego, tak w Berlinie, jak i w Polsce.

Razem młodzi przyjaciele…

Piłkarzy i Kosmopolaków wiele więc dzieli, ale też – pokoleniowo – wiele łączy. Najważniejsze być może jest to, że odchodzą od patriotyzmu do wielokulturowości. A poza tym: że są nowocześni.

Najlepszym przykładem mogą być portale i strony internetowe – o ile starsza generacja potrzebuje miesięcy a nawet lat i wielkiego wsparcia finansowego, żeby zrealizować funkcjonujący portal, który częstokroć szybko przestaje być aktualizowany i okazuje się niepotrzebny, o tyle młodzi robią to niemal lewą ręką, nie generując żadnych istotnych kosztów, a ich działania medialne są potrzebne i skuteczne.

Siłę tej grupy dało się zaobserwować podczas wyborów w roku 2007, gdy Donald Tusk rzucił wyzwanie ówczesnemu premierowi Lechowi Kaczyńskiemu. Obserwatorzy byli zdania, że jednoznaczna proPO-owska postawa młodej Polonii przeważyła szalę na rzecz Tuska.

Kolejną różnicą pomiędzy „starymi” a „młodymi” jest to, że grupa ta nie postrzega siebie w ogóle w kategorii migrantów i podkreśla europejskie prawo swobodnego wyboru miejsca zamieszkania.

Młodym Polakom zależy na integracji w niemieckim społeczeństwie, które szanują jako tolerancyjne i otwarte na świat. Nie chcą izolować się w odrębnych, zamkniętych światach etnicznych. Są dobrze zintegrowani, co sprawia, że stają się „niewidzialni”, wtopieni w społeczeństwo przyjmujące. Dla świata zewnętrznego migracyjna przeszłość młodych Polaków jest często niezauważalna. Można to dwojako interpretować. Bo jest to być może przykład wzorowej integracji, ale też może być to przejaw wynikającej z kompleksów nadgorliwej asymilacji.

Generalnie uważa się, że stara Polonia jest patriotyczna, a nowa europejska. Tym niemniej ja osobiście i wielu moich przyjaciół już 25 lat temu pielęgnowaliśmy szacunek dla Polski w połączeniu z integracją o europejskim charakterze.

Jeden z badaczy określa potencjał konfliktu między obiema grupami jako różnicę pomiędzy „patriotami o nastawieniu narodowym” a „europejskimi pragmatykami”.

Na pewno jest tak, że grupa patriotyczna oczekuje wsparcia od obu rządów – niemieckiego i polskiego – w zakresie stworzenia polskiego systemu oświatowego o charakterze polsko-narodowym, żąda dostępu do mediów i wsparcia finansowego dla kulturalnej i instytucjonalnej działalności polonijnej.

Kosmopolacy są natomiast zdania, że prawdziwą niezależność gwarantuje przede wszystkim integracja, czyli dobra znajomość języka, dobra praca i wysoka pozycja społeczna. Wynika z tego akceptacja niemieckiego państwa prawa i możliwość korzystania z prawa jako instrumentu do uzyskania przywilejów przysługujących de facto mniejszościom narodowym.

My i oni

Na zakończenie – gorzka nieco, a nieco filozoficzna – próba odpowiedzi na pytanie, czy istnieje konflikt generacyjny? Moja odpowiedź brzmi – tak, istnieje, ale nie tam, gdzie się go popularnie sytuuje. Na pewno nie jest prawdą, że młoda generacja się nie angażuje społecznie – angażuje się, robi to jednak inaczej. Podstawowe różnice – unikanie wielkich słów, funkcjonowanie w lub za pomocą sieci i forów społecznościowych, otwarcie na świat.

Myślę, że nie dlatego nowi są osobno i „starzy” osobno, że coś ich dzieli. Są osobno, bo nie chcą być razem. Czy w ogóle chcemy i możemy to przełamać?

Jeden z dawnych działaczy polonijnych mówi: „Pytanie, czy mamy siły i środki, żeby dotrzeć do młodej generacji? Uważam, że możemy młodym pomóc (jak zechcą) w organizacji itp., natomiast sami mogą się organizować i proponować takie formy działania, jakie im odpowiadają. My możemy im w tym pomóc, ale inicjatywa musi wyjść od nich samych.”

Rzecz w tym, że moim zdaniem nie wyjdzie, bo nasze doświadczenie nic tu nie wnosi. Możemy im pomóc, jeśli zdejmiemy im z głowy problemy biurokratycznej organizacji działań i pomożemy zdobywać pieniądze (choć i to ulega zmianie, bo dziś inaczej się zdobywa pieniądze niż nawet 10 lat temu), ale musimy czy też będziemy musieli się trzymać z daleka od wszelkich decyzji programowych i reprezentacyjnych. Musimy też zaakceptować, że nowi nie będą pamiętali o naszych dokonaniach, bo one nic ich nie obchodzą. Nie będą mieli skrupułów, jeżeli przyjdzie im skorzystać i zabrać sobie to, co my przedtem żmudnie budowaliśmy, i nawet jeśli sami tego nie zrobią, nie zaprotestują, gdy media przystroją ich w cudze piórka. Nasze piórka. Również to będzie trzeba przełknąć, próbując robić coś razem z nowymi.

A mimo to uważam, że jesteśmy związani ze sobą, my – starzy, i wy – młodzi, bardziej niż się to nam i wam wydaje. To, że możecie funkcjonować w Niemczech jako kosmopolici i Europejczycy, jako grupa otwarta, tolerancyjna i akceptowana, jest oczywiście wynikiem wielkiej polityki, ale wielka polityka składa się z małych kroków.

A te małe kroki wykonywaliśmy my. Gdy 30 lat temu pojawiliśmy się w Berlinie, po pierwszym okresie cmokania z zachwytu nad „bohaterskimi Polakami”, bardzo szybko pokazano nam miejsce, w którym mamy się ulokować. Polacy na budowie, Polki jako sprzątaczki. Nielegalnie i było to zaprogramowane. Zaprogramowano też to, że zjawiskom nielegalnym towarzyszyły w pełni kryminalne – nielegalna prostytucja, handel żywym towarem, złodziejstwo…

Społeczeństwo niemieckie od czasów Bismarcka nie lubiło Polaków, teraz, skonfrontowane z kryminałem, nie lubiło ich jeszcze bardziej, czemu w codziennym obcowaniu bez zahamowań dawało wyraz. Stara emigracja dobrze pamięta upokarzającą stygmatyzację, dyskryminację, niemieckie myślenie stereotypami z czasów Hakaty. W latach 80 i 90 bycie Polakiem w Berlinie naprawdę było nieprzyjemne i ciężkie.

Byliśmy niewygodni. Potrzebni, tak, ale niewygodni. To dlatego dbaliśmy o to, żeby nie było nas widać. Polacy, których widzieli berlińczycy, to nie byliśmy my. To byli przyjezdni. Jakaś straszna polska żulia, bandy złodziejaszków, potem jeszcze handlarze, którzy na pustych placach organizowali „polskie targi” i wreszcie pociągi pełne polskich sprzątaczek. To też byli i są Polacy w Berlinie, ale to nie my.

My w zbiorowym wysiłku, choć wcale się nie umawialiśmy, że tak właśnie będziemy postępować, przez dziesięć lat wydobywaliśmy się z życia sprzątaczek i nielegalnych robotników budowlanych, uczyliśmy się języka, szliśmy do pracy, urządzaliśmy mieszkania. I zaczęliśmy mówić swoim głosem. Nagle, w dziesięć, piętnaście lat po przyjeździe zaczęliśmy tworzyć teatry, otwierać galerie, zakładać sklepy. Już nie odcinaliśmy kuponów solidarnościowych i nie budowaliśmy etnicznej odrębności. W wielokulturowym Berlinie kreowaliśmy nowoczesną polską ofertę kulturalną, wcale nie tylko dla siebie, ale i dla naszego miasta. Nasze dzieci uczyły się polskiego, ale były super uczniami w niemieckich szkołach. Nagle staliśmy się „pieszczoszkami” społeczeństwa przyjmującego, które pojęło, że nie udała mu się wizja multi-kulti. Ale my się udaliśmy! O własnych siłach wydobyliśmy się z dna, staliśmy się klasą średnią. Możemy jak równy z równym rozmawiać z każdym, kogo interesuje Berlin. Mamy swój honor i dumę. I tak jest dobrze.

Walczyliśmy zębami i pazurami, ale też uśmiechem, pracowitością i ambicją o to, żeby zaczęto w nas widzieć Europejczyków. Gdy Wy tu przyjechaliście, myśmy już dla Was ciężką pracą przygotowali miejsce, gdzie mogliście i możecie żyć jak Europejczycy.

Nie musicie być wdzięczni, ale może postarajcie się pamiętać o tym.

Ale ta symbioza Starego i Nowego ma też drugą stronę. Zajęliśmy się walką o naszą pozycję społeczną, zatraciliśmy gdzieś na trasie ducha swobody i wolności, staliśmy się ciężkim, nudnym, zapiekłym w swarach, konserwatywnym światkiem, i już bardzo było nam potrzebne, żeby przyszedł ktoś, kto nam pomoże to wszystko przewietrzyć, przesiać, odcedzić, kto nam przypomni, że i my kiedyś ponad wszystko ceniliśmy wolność. Kto pozwoli oderwać się od komunałów i polecieć…

I na zakończenie uwaga o tym, kim my właściwie jesteśmy? Nie dla nas samych, tylko dla obu naszych krajów – tego, z którego wyszliśmy i tego, w którym mieszkamy.

Więcej od nas oczekuje kraj, z którego wyszliśmy. Kraj w którym mieszkamy, chce przede wszystkim, byśmy nie sprawiali kłopotu.

Dla Polski natomiast w czasach niewoli byliśmy „skarbnicą” patriotyzmu, w czasach kryzysu ekonomicznego – i dla państwa i dla rodziny – byliśmy skarbonką. A my obie te funkcje łykaliśmy.

Po raz pierwszy dziś sami, a zawdzięczamy to nowej emigracji, patrzymy na siebie przez pryzmat nas samych. Zmieniło to też naszą funkcję.

Społeczeństwo niemieckie dojrzewa powoli do zrozumienia, że polscy Niemcy czy też niemieccy Polacy pełnią rolę pośredników między oboma państwami i kulturami. W Polsce brakuje jeszcze tej świadomości, ale wszystko przed nami…

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012