Ballonaktion zum Mauerfall

oder eine LICHTGRENZE

Vom 7. bis zum 9. November 2014 ist das innerstädtische Berlin von der Bornholmer Straße über den Mauerpark und die Gedenkstätte Bernauer Straße, zum Reichstag, vorbei am Brandenburger Tor und Checkpoint Charlie bis zur East Side Gallery vorübergehend geteilt: 8.000 weiße, leuchtende Ballons markieren dann den ehemaligen Mauerverlauf. Die emotionale und visuelle Kraft dieser Lichtinstallation ruft auch die Brutalität der Mauer in Erinnerung. Die Installation basiert auf einer Idee von Christopher Bauder und Marc Bauder.

Die LICHTGRENZE ist ab Freitag (7.11.) mit Einbruch der Dunkelheit bis zum Sonntagabend (9.11.) rund um die Uhr erlebbar. Wir empfehlen Ihnen Spaziergänge entlang der LICHTGRENZE.

Die Open-Air-Ausstellung „100 Mauergeschichten“ gibt auf der gesamten Strecke faszinierende Einblicke in den Alltag der geteilten Stadt.

Der Museumsdienst Berlin offeriert spezielle einstündige Führungen auf Deutsch und Englisch, an denen man spontan
ohne Anmeldung teilnehmen kann. Tickets: 5 € (bis 14 Jahre freier Eintritt)
Termine: 7. Nov, stündlich von 18 bis 20 Uhr/ 8. Nov, stündlich von 12 bis 20 Uhr/ 9. Nov, stündlich von 12 bis 16 Uhr
Startpunkte und Ticketverkauf: Mauerpark, Checkpoint Charlie und East Side Gallery
Gruppen könnten im Voraus buchen. Kosten: 80 € (max. 25 Teilnehmer)

Zum Höhepunkt des Jubiläums lassen die Ballonpaten am 9. November ab 19:00 Uhr in einer spektakulären Gemeinschaftsaktion alle Ballons in den Himmel steigen.  Am Brandenburger Tor spielt die Staatskapelle Berlin unter der Leitung von Daniel Barenboim den Schluss-Satz der 9. Sinfonie von Beethoven mit der “Ode an die Freude”! ARD und rbb übertragen die Ballonaktion live im Fernsehen.

PS: Nur der Skeptiker fragt sich: was tun die Vögel bei dieser Aktion?                          

Zapiski z Berlina

Remigiusz Pigłowski

Tajemnica Franka

Frank. Na pierwszy rzut oka, nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród tysięcy berlińskich gejów przed czterdziestką. Od stóp do głowy ubrany jest w przylegające ciuszki najpewniej z Zary; na ulicy rzadko kiedy można go spotkać bez ulubionej torby na ramię z napisem Berlin, a w letnie dni chowa swe błękitne aryjskie oczy za bursztynowymi Ray Banami, które przywiózł mu z Nowego Jorku jego chłopak. Frank ma krótko ostrzyżone blond włosy a jego lekko asymetryczne zakola pokryte są zdrową skórą, wolną od wszelkich nałogów. Jego zgrabna sylwetka poruszana jest za pomocą delikatnie naszkicowanych mięśni, które przeistaczają się w Himalaje kiedy podnosi na ramię swą ulubioną torbę, zazwyczaj wypełnioną dobrą gejowską literaturą w języku niemieckim.

Franka poznałem parę lat temu w Berlinie na pikniku urodzinowym wydawanym w parku Lietzensee przez moją szwagierkę Joasię. Następnym razem spotkaliśmy się w jego nowym mieszkaniu na Charlottenburgu, które podnajął od mojego szwagra Julka. Mieszkanie to znajduje się w starej secesyjnej kamienicy, która szczęśliwie przetrwała alianckie naloty, a zimą ogrzewane jest węglem przez trzy wysokie secesyjne piece, które sięgają zaledwie do połowy wysokości pomieszczeń. Frank musiał wydać fortunę na śnieżnobiałą farbę, którą szczelnie pokrył wszystkie ściany, uzyskując w ten sposób efekt izby przyjęć, aczkolwiek trzeba przyznać, że w jego domowej klinice można też spotkać akcenty różu, które poprzez białe tło zdają się być jeszcze bardziej słyszalne.

Zapewne nigdy bym się nie zdecydował pisać o Franku, gdyby nie to, że jak przyjechałem do Berlina dwa tygodnie temu, Joasia przy lampce białego wina wygadała się, że Frank ma pewną tajemnicę, która obiektywnie jest bombowa. Otóż Frank od dłuższego czasu zbiera znaczki pocztowe i nie tak dawno wszedł w posiadanie znaczka, który bezsprzecznie stanowi perłę w jego kolekcji. Znaczek ów pokazuje tylko zaufanym znajomym, którzy przed prezentacją muszą przysiąc, że nikomu o nim nie powiedzą. Według szwagierki, znaczek jest wyjątkowy i zapewne ma niemałą wartość, lecz mimo licznych próśb i podejść z mojej strony, Joanna nie dała się złamać i nie powiedziała mi, co to jest.

Historia ze znaczkiem Franka nie pozwalała mi zasnąć, a wyjątkowo upalne jak na Berlin sierpniowe noce do czerwoności rozgrzewały moją podrażnioną wyobraźnię. Wyobrażałem sobie, że chodzi pewnie o jakiegoś „mauritiusa”, którego Frank nabył na niemieckim eBayu jako falsyfikat, a który po eksperckich oględzinach okazał się oryginałem i gdyby chciał go teraz odsprzedać, to mógłby kupić całą secesyjną kamienicę na Kreuzbergu i prowadzić beztroskie życie rentiera. Pewnie dlatego grono wtajemniczonych sprowadzało się do grupy najbardziej zaufanych znajomych – aby ograniczyć w ten sposób ryzyko ewentualnej kradzieży na zamówienie, tym bardziej, że stare drzwi do mieszkania Franka chronione są tylko przez rachityczny zamek, który nie miałby żadnych szans w konfrontacji z zawodowym włamywaczem. Następnej nocy porzuciłem jednak tę tezę i pomyślałem, że może relacja łącząca Franka ze znaczkiem nie jest oparta na wartości materialnej tylko emocjonalnej. A może on ma znaczek z papieżem? Wszak ja miałem w młodości znaczek z papieżem i do dziś dobrze pamiętam jak łatwo wpadałem w stan niepohamowanej ekstazy, pokazując go zaufanym znajomym. Jego wartość, według ekspertów, była wyjątkowa gdyż znaczek ostemplowany był w Częstochowie i wydawało mi się wtedy, że jestem ustawiony do końca życia.

Po kilku nieprzespanych nocach kwestia znaczka Franka umarła śmiercią naturalną; mózg był już na tyle zmęczony, że odmawiał dalszej współpracy, a ja cieszyłem się, że będę mógł się wreszcie wyspać i pójść na wystawę o Dawidzie Bowiem, puszczając w niepamięć historię geja filatelisty. I kiedy tak stałem w długiej kolejce na Bowiego, nucąc pod nosem moje ulubione kawałki, wtedy właśnie zadzwoniła Joasia:
– Słuchaj Remi, właśnie byłam u Franka i zrobiłam dla ciebie zdjęcie znaczka, jak Frank był w kiblu.
– No co ty? Chyba żartujesz…
– Jak chcesz, to wpadnij wieczorem, zrzucę ci na sticka, ale proszę przyrzeknij, że nikomu nie powiesz
– Spoko, obiecuję. Możesz na mnie polegać – znamy się nie od dziś. Joasiu, nigdy nie znałem ani nie słyszałem o Franku S.

KLICK

Thonet

Kasia visited a chair shop in Berlin

Kasia Krenz, Ulrich Fries

“THONET”

10.08.2014 02:11 Kasia Krenz wrote:

Dear Mr Fries,
I missed you on Saturday morning when I came to your shop to deliver the poem that I have promised to write for you. So I left it on your desk and do sincerely hope that you enjoy it.
It was so very nice meeting you, thank you.
With best regards,
K.K.

The Chair

by Kasia Krenz

For Ulrich Fries, 7th of August, 2014

Traditionally made of wood that was once a tree, a chair is a living object.

Hence a chair has a life of its own, a genealogy and roots,
and a role to play here on Earth. In the beginning it was an elm,
a chestnut, or perhaps an oak or an ash, and sometimes, rarely,
it might have been even a rose tree — a challenge in its own right.

On our demand a tree becomes an object apparently
inanimate and lifeless, or even dull and insensate.
Something to be set on fire, a shelter for our birth and death.
A witness to our love and betrayal. A place to sit and cry.

Neither its inventor Herr Thonet, nor the model’s number should you forget.
Better known as Konsumstuhl Nr. 14, a bistro chair, or simply: the Thonet,
this chair of chairs was made of bentwood with a unique steam-bending
technology that required years to perfect. With its affordable price and simple design,
it has become one of the best-selling chairs ever made. Some 50 million No. 14’s
were sold only between 1859 and 1930, did you know that?

Ever since it entered our social life, on 4 legs, in the year 1859, it has remained essential. Ave!

The tree was not prepared to serve our purpose — as a witness
to our wars and stories, a companion to our morning coffee-and-journal,
or to a letter written in solitude on a bleak Winter night.
It has experienced and learned so much, and thus became such an educated tree.

The chair: an actor on the stage of my life.

trzykrzeslaIn front of the shop – Fotos Kasia Krenz

Re: The poem / Ulrich Fries / Aug 10 at 4:02 PM / To: Kasia Krenz
Dear Kasia,

…i was gone to a family meeting near Bremen. It is ok with the pics and the publication and i added a little material for it. First, there is a rebound of your poem:

To be
A chair
As heir
Of a tree

Needs me
To make
A fake
Of a she…

And second, here is the pic of the “She”:

You can see the No 14 chair upside down in the center of “She”. thonetUF1(By the way She is 2.6 meter high). A friend from the Scottish border, a devoted bird watcher, found the name “She” since she saw a “pregnant lady”- as she expressed it – in the sculpture.
thonetUF2I did not yet go to the shop, but i´ll read your poem tomorrow… …i just came back from Bremen and will have a nap now. When you have your poem published, you might suggest your sister to tell the whole story, that i´m doing sculptures from bentwood chairs… Third, here is me in front of the shop with another sculpture, “Jack And The Beanstalk”.

Have a nice time and enjoy the summer
XXXXXXXXXXXXUlrich

XXXXXXXXXXXXIn front of the shop – Fotos Ulrich Fries

xxxxxxxxxxxxBleibtreustraße 53, Berlin-Charlottenburg, Tel.: 313 46 05
xxxxxxvvvvvvMo. – Fr. 12-18.30, Strd. 11-14

Porady kulturalne

Ewa Maria Slaska

Ani na imieniny

latozimaOd przedwczoraj lato w Berlinie przestało być wściekłym, upalnym postrachem człowieka i stało się tym, co w Berlinie jest najlepsze pod słońcem – pogodą bez pory roku. Jest chłodno i pada, mogłaby być jesień lub wiosna, mogłaby być ciepła zima, ale oczywiście może też być lato. Tak jak na tej kartce obok. Lato w Holandii, zima w Holandii. Wytrawni berlińczycy nie mają w szafach ubrań i obuwia na dwa tygodnie prawdziwego lata i dwa tygodnie mroźnej zimy – tyle tego mamy rocznie – nie warto. Bo w Berlinie, jak to kiedyś napisał Kurt Tucholsky, nie ma pogody. Zresztą, jak berlińczyk ma zauważyć pogodę, skoro spędza życie knajpie lub w kinie. Knajp mamy w Berlinie niezliczone ilości, co jest bezkonfliktowym przejściem od dawnych czasów do epoki nowego wspaniałego świata. Do lat 20 XX wieku w mieszkaniach berlińskich było paskudnie, zimno, wilgotno i ciemno, i lepiej było przeczekać w knajpie tych kilka godzin dzielących człowieka od końca pracy do momentu, kiedy trzeba iść spać. Ogólnie rzecz biorąc była praca, po pracy się szło do knajpy, a potem spać. W międzyczasie sytuacja uległa zmianie, pracy nie ma, mieszkania są ładne, ale co w nich robić 24 godziny na dobę? Ani czytać się nie da przez tyle godzin, ani siedzieć przed telewizorem ani nawet grać w gry komputerowe – lepiej iść do knajpy. Po prawie stu latach treningu knajpianego, berlińczyk stał się już nową odmianą człowieka i bez knajpy po prostu nie przeżyje. Przyjezdni stosują prawo mimikry i żeby nie podpaść, też chodzą do knajpy. A w Berlinie jest dużo przyjezdnych – już prawie sto lat temu ówże Tucholsky pisał, że przeciętny berlińczyk pochodzi z Poznania lub Wrocławia i nie ma czasu. I tak nam to zostało.

A jak nie do knajpy, to do kina. Tak też robiłam przez ostatnie tygodnie, a teraz podsumuję: byłam w kinie na Idzie, na Boyhood, na Grand Budapest Hotel, na Snowpiercer, na Dwóch twarzach stycznia i wreszcie na Fack ju göhte. I udzielę wam takiej oto zbiorowej porady kulturalnej. Warto! O dziwo, z jakichś powodów, za każdym razem innych, warto iść na każdy z tych filmów.

Ida, polski film Pawła Pawlikowskiego, z ubiegłego roku, zapowiadany jest w Niemczech jako road movie (co jest bardzo dziwną klasyfikacją, mimo iż zaiste bohaterki sporo w nim jeżdżą samochodem) i film rozgrywający się pomiędzy polskim antysemityzmem, polskim stalinizmem i polskim katolicyzmem. Uważam ten czarno-biały, powściągliwy w warstwie widokowej i słownej obraz za jeden z najlepszych fimów, jakie w życiu widziałam, choć mam do niego również pewne zastrzeżenia ideologiczne. Ale zastrzeżenia, if any, niech sobie każdy sam wypracuje.

Boyhood, to niezwykły amerykański projekt filmowy, realizowany przez Richarda Linklatera przez 12 lat. W filmie występują zawodowi aktorzy: Patricia Arquette i Ethan Hawke oraz Ellar Coltrane, z którymi reżyser nakręcał co roku zaledwie kilka scen, dokumentując w ten sposób autentyczne dorastanie, fizyczne i psychiczne, małego chłopca, który na naszych oczach staje się młodym dorosłym mężczyzną.

Snowpiercer to ewidentna bzdura, zresztą nic nowego, bo stanowi nowoczesne i wcale chyba nie lepsze od pierwowzorów połączenie Matrixa i Seksmisji, ale mimo to trzyma w napięciu. Jest to pierwszy angielskojęzyczny film słynnego reżysera z Korei Południowej Bong Joon-Ho. Obejrzałam ten film pewnego upalnego dnia wieczorem w kinie na świeżym powietrzu i bardzo to było… odświeżające przeżycie.

Grand Budapest Hotel Wesa Andersona z Ralphem Fiennesem i Tonym Revolori jest po prostu nadzwyczajnie zabawny. O nic w nim nie chodzi i jest od początku do końca bez sensu, ale jest dobrym slapstikowym kawałkiem komediowego kina, a to warto docenić w czasach, gdy za komedię uchodzi wszystko co nie kończy się krwawą jatką, a widz się czasem nawet uśmiechnie. Tu tymczasem się śmieje.

Dwie twarze stycznia to amerykański kryminał wg powieści Patricii Highsmith, znakomite rzemiosło literackie i filmowe, choć niestety obarczone jedną ciężką ułomnością. W powieści dwaj zupełnie sobie obcy mężczyźni, jeden młody, drugi w średnim wieku, są do siebie podobni jakby byli ojcem i synem. To ważny wątek filmowy i ważna motywacja działania obu protagonistów. Tymczasem w filmie Hosseina Aminiego (to już zresztą druga adaptacja filmowa tego kryminału) postaci te grają przepiękny Oskar Isaac i Viggo Mortensen, który zresztą też całkiem całkiem wygląda. Ale nie są do siebie w ogóle podobni! O tym podobieństwie, które musi tu być, a go nie ma, wciąż jest mowa, a widz patrzy i patrzy, i nic nie rozumie. Bo można przecież znaleźć dwóch aktorów, starszego i młodego, którzy są podobni do siebie. Myślę, że Jerzy Zelnik spokojnie mógłby grać rolę (pseudo)ojca Oskara Isaaca.

Fack ju göhte, niemiecki film dla każdego, kto jest nauczycielem i im bardziej jest nauczycielem w jakimś nietolerancyjnym środowisku polskim, tym bardziej powinien dla otuchy obejrzeć ten film, który jest zarazem śmieszną i bardzo barwną komedią, a jednocześnie ostrą krytyką społeczną. Turecko-niemiecki reżyser Bora Dagtekin wyprodukował w zeszłym roku prawdziwy hit kinowy.

Rzuciłam pytanie

Najpierw w rubryce “Myśli dnia”, a potem na Facebooku. Okazało się istotne, postanowiłam je więc przenieść do wpisów.

Ile razy pójdzie się w Berlinie do muzeum lub na wystawę, słyszy się naokoło głównie język polski. Niekiedy na wystawie są SAMI Polacy. Czy nie znaczy to przypadkiem, że muzea powinny wprowadzić podpisy i opisy po polsku? Tylko proszę – porządnie przetłumaczone, a nie wrzucone do google’a!

Pergamonmuseum_FrontPytanie dostało jednego szerka, wiele lajków i wiele komenarzy:

Krzysztof Ruchniewicz: Pani Ewo, zgadzam się z Panią całkowicie. Ostatnio w Berlinie obejrzałem wystawę o I wojnie światowej. Wystawa b. dobrze zrobiona. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji po polsku. Wiele lat temu w tym samym muzeum pokazywano podobną wystawę. Zadbano o materiały po polsku dla nauczycieli i uczniów. Tu dochodzimy do sedna sprawy: kto ma się tym zająć? Nie sprawdziłem, być może audiguide jest po polsku… Może innym wyjściem byłoby zatrudnienie polskich studentów do oprowadzania polskich grup? Tylu ich studiuje w Berlinie, kilka euro do stypendium może się przydać…

Kasia Krenz: Niechby chociaż było po angielsku i francusku, już byłoby nam łatwiej się poruszać.

Michael Weintraub: Próbowaliśmy, jeszcze jako Polska Rada w Niemczech – nix…

Krzysztof Ruchniewicz: Wystawa o I wojnie światowej jest i po niemiecku, i angielsku…

Iga Bolechowska: nie wyda, bo skoro polski, to dlaczego nie francuski czy hiszpanski… W większości istnieją napisy po angielsku, i mam wrazenie, że “ci” Polacy calkiem nieźle znaja angielski

Krzysztof Ruchniewicz: Myślę, że z wystawami czasowymi może być faktycznie problem. W przypadku wystaw stałych jest inaczej. Jeśli nie katalog po polsku, to przynajmniej podstawowe informacje o wystawie na stronie internetowej… Jeden dwa teksty pogłębiające temat też nie zaszkodzą. Mogę wskazać kilka przykładów, że takie podejście jest możliwe. Ostatnio pisałem o wystawie poświęconej losom przedstawicieli Polonii po 1939 r. http://krzysztofruchniewicz.eu/polska-mniejszosc-w…/ Katalog ukazal sie po polsku i niemiecku…


Ewa Maria Slaska
: No tak, ale chodzi o prostą, rzekłabym – merkantylną, zasadę. Francuzi czy Hiszpanie nie chodzą do muzeów w Berlinie, chyba nigdy żadnego nie spotkałam. Trudno się dziwić – sami mają lepsze. Co do angielskiego, to powiem szczerze, że zawsze sprawdzam jakość tłumaczenia na angielski i na wystawie o Schlüterze były rażące błędy. Jeśli mielibyśmy rozpatrywać rzecz pod kątem demokratyczno-poprawnej sprawiedliwości, to na pewno by się okazało, że trzeba by robić napisy w 189 językach różnych nacji mieszkających w Berlinie. Ale jeśli pominiemy zasady poprawności, to Polacy chodzą do Muzeów i nie są to (tylko) mieszkańcy, ale przede wszystkim – przyjezdni.

Piotr Olszówka: zbiory drezdeńskie mają polski audioguide (tłumaczyłem i współnagrałem, poddaję się krytyce), wiele berlińskich zbiorów stałych nie ma, np. “mój” Bauhaus Archiv – może napisz (prosto do Annemarie Jeaeggi, mi nie wypada) jako oburzona Polka, że mają w ośmiu (chyba) językach, a po polsku nie? Chętnie to dla nich zrobię. 🙂 Masz niestety wiele racji żywnościowych.

Anna Nacher: skoro są po rosyjsku, to dlaczego nie da się po polsku? to samo zresztą dotyczy muzeów paryskich.

Piotr Olszówka: poważnie: z Polakami, którzy chodzą do muzeów jest pewien kłopot: znają fantastycznie angielski i/lub niemiecki i się nie upominają o “swoje” 🙂

Ewa Maria Slaska: Bym się z przedmówcą szanownym nie zgodziła. Oczywiście, są tacy, którzy znają fantastycznie angielski, niemiecki i francuski, i nawet rosyjskim (jeszcze) władają, ale są jednak i tacy, którzy tych języków “nie posiadają”. Zdarza mi się bardzo często obserwować wianuszek osób, które zbierają się wokół mnie, gdy w muzeum opowiadam po polsku o tym, co akurat oglądamy. I to niezależnie od tego, czy opowiadam to profesjonalnie grupie, którą oprowadzam, czy nieprofesjonalnie Cioci Kici i kuzynce Bietce.

Piotr Olszówka: Dakordeon, pozdrowienia dla Kici i Bietki (czyż one nie były Szwedki?)

Ewa Maria Slaska: Wiecie co, na FB wszystko znika. Napiszcie (Wy, inni, ci, co jeszcze nie napisali, a tylko dali lajki i szerki, lub i nie dali), co Wam serce dyktuje, a ja zrobię z tego wpis na środę, a potem wyślemy linka dalej i tak to może zaczniemy, mówiąc uczenie i nowocześnie, jakąś kampanię społecznościową.

Roman Brodowski: Masz rację. Z tym problemem spotkałem się kilkakrotnie podczas pobytów z moimi przyjaciółmi z Polski.
Poza „Pergamonem” – gdzie można otrzymać garść podstawowych informacji dotyczących wystawy, wszędzie muszę „pracować” za tłumacza.
Spotkałem się z tym, że i na polskich wystawach brak jest opisów w naszym języku. Szkoda. Chociaż wydaje mi się, że umieszczenie informacji po Polsku w Muzeach i na wystawach tu, w Niemczech, jest walką z wiatrakami, to jednak jako wielka Diaspora w tym kraju, powinniśmy dbać o to, żeby to co nas dotyczy, było jednak opisywane w naszym języku, zwłaszcza tam gdzie sami coś organizujemy

Pozdrawiam Cię cieplutko

Od Lizbony do Lizbony

Uwaga! tekst dozwolony od lat 18!

UEHausRyszard Dąbrowski

Привет,
hallo,

w Berlinie znajduje się “ambasada” UE, w bardzo ekskluzywnym miejscu, naprzeciwko ambasady “ju-es-ej” oraz w kompleksie budynków ambasady francuskiej. Dzisiaj świętowano tam podpisanie umów asocjacyjnych między UE a Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Znajomy załatwił nam tam wstęp.
I co my tam “widzią”, wystawę “hujowych” (stara pisownia) malarzy-pacykarzy z tych państw.
I co my tam “słyszą”, oczywiście wszyscy trzej ambasadorowie na pierwszym miejscu cieszą się na, ich zdaniem, niedługo mające mieć miejsce zniesienie wiz (nasi młodzi bezrobotni gotowi są niewolniczo zapierdalać w krajach UE taniej niż Portugalczycy, Rumuni oraz przybysze z Polski i wtedy mamy ich z głowy), na drugim miejscu cieszą się na ewentualne stypendia dla studentów (prężnych i młodych niezadowolonych intelektualistów lepiej wypierdolić z kraju, niż mieliby siać niepokój) oraz w trzeciej kolejności na zacieśnianie współpracy gospodarczej (wasze firmy, za łapówki, będą mogły opanowywać nasze rynki zbytu – kto da więcej).
Później przedstawiciel niemieckiego rządu pierdolił długo i rozwlekle o tym, że Europa się powiększa i niezadługo własnymi “rencami” będą ją powiększać o Azerbejdżan, Armenię i Białoruś (niezależnie czy tego chcą, czy nie). Później, zapominając o tym, że podobną ideę miał najbardziej znany Austriak, zaczął bredzić o Europie od Lizbony do Władywostoku (bez jaj, takich użył sformułowań).
Tu się, kurwa, pytam, a dlaczego nie zrobić jej na okrągło, od Lizbony do Lizbony?

Później miała miejsce część kulinarna, jakieś udziwnione przystawki, które mnie jako wielbiciela schabowego i bigosu odrzucały już samym wyglądem. G. jako dama (skrzypaczka z powołania oraz intelektualistka i smakoszka z zamiłowania) delektowała się tym badziewiem.
Do popijania było wino gruzińskie (z instrukcją obsługi w trzech językach na nalepce, po angielsku, gruzińsku – ichnimi robaczkami – i po polsku!!!)
Ponadto była też wódka ukraińska (40%), ale już z instrukcją obsługi pisaną jedynie cyrylicą i tylko po ukraińsku.
R. czyli ja, wypił tylko trzy kieliszki tego czerwonego wina (chyba się starzeje – kiedyś byłoby ich nie trzy a trzydzieści).
G., z zawodu budowlaniec, wypiła trzy stakanki tej ukraińskiej wódki – mi ona nie smakowała, wypróbowałem więc tylko jeden mały stakanek.
I tak” intelektualnie” spędziliśmy przedwczorajszy wieczór.

P.S. A w Berlinie teraz duchota i ja sobie popijam kolejne piwo, i sobie siedzę i się biedzę.

Pozdrowienia dla was od nas.
Пока.

Ricccardo i Gracjana

 

Berlin Nollendorfplatz

Joanna Trümner

Jedna z wielu oaz w tym mieście, która wita na dworcu U-Bahnu tablicą pamiątkową dla pomordowanych w okresie nazizmu homoseksualistów. Kawiarnie i restauracje pełne trzymających się za ręce mężczyzn, morze flag w kolorze tęczy, sprawiające, że przypadkowi przechodnie o heteroseksualnej orientacji czują się tam trochę nieswojo. Ulubione miejsce gości z prowincji – jeden z wielu dowodów na to, że to miasto-moloch jest miejscem grzechu i rozpusty.

800px-Nollendorfplatz_Metropol_min

Dla Jana jest to miejsce szczególne, przypominające mu jak słuszna była decyzja przyjazdu do tego miasta przed trzydziestoma trzema laty. Decyzja, którą podjął z nieszczęśliwej miłości. Jego partner zdecydował się po rocznym związku wrócić do żony i dziecka i dalej udawać „normalne”, rodzinne życie. Nie wytrzymał psychicznie braku animowości w małym mieście, szeptów sąsiadów, pogardliwych spojrzeń kolegów z pracy, drżenia w głosie żony: „Po co się znowu z nim spotykasz! Pobaw się lepiej z dzieckiem”, księdza patrzącego na niego podczas mszy: „Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

Jan był w lepszej sytuacji, brat i matka żyli w innym mieście i nie pytali o jego prywatne życie. Czasami tylko matka powiedziała z uśmiechem na twarzy „Czas, żebyś znalazł sobie żonę”. Na szczęście w prawie każdym polskim domu rozmawiało się wtedy głównie o polityce, o pustych półkach w sklepach i o tym, kto dokąd wyjechał opuszczając na zawsze swój kraj.

W maju, kiedy parki i ulice zapełniły się trzymającymi się za ręce szczęśliwymi zakochanymi, a rozpacz Jana sięgnęła zenitu, zdecydował się skończyć te nieprzespane, przepłakane noce w towarzystwie muzyki i butelki wódki i wyjechać. Noce, podczas których powracał koszmarny sen: Jan stał przed drzwiami mieszkania swojego ukochanego i próbował otworzyć je kluczem, nie pasującym do zamka. Były też inne noce, podczas których myślał o skończeniu życia, którego ostatnie lata spędził na zabijaniu w sobie tego chorego, perwersyjnego pragnienia bycia z innym mężczyzną. W walce z tym demonem próbował zakochać się w kobiecie, stchórzył i odszedł podczas przygotowanej przez nią kolacji, która w innych okolicznościach skończyłaby się wspólnym śniadaniem i planami na wspólną przyszłość. Wychodząc bąknął: „Nie potrafię cię pożądać”, nie tłumacząc, że nie jest to jej wina, że to on nosi w sobie nienaprawialny defekt. Na pewno bardzo ją zranił, długo jeszcze myślał o tym koszmarnym wieczorze, wiedząc, że cokolwiek by wtedy powiedział byłoby raniące.

Na pięć miesięcy zaszył się w seminarium duchownym, modląc się nieustannie do Boga o zabicie w nim tego pragnienia. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo szuka bliskości jednego z kleryków, jak bardzo czeka na jego uśmiech i jakie demony budzą się w jego głowie podczas wspólnych zajęć zrozumiał, że Bóg nie pomoże mu wygrać tej walki z samym sobą, że nie usłyszał jego błagań, bo jego los jest mu obojętny. Odszedł z seminarium, oddalając się od Boga, dla którego tak mało znaczył. I po wielu samotnych, szarych i pozbawionych nadziei miesiącach poznał swoją pierwszą miłość…

A potem wyjechał do Berlina.

Andreas Schlüter

Ewa Maria Slaska

Działał w Gdańsku, Warszawie i Berlinie, w Wiedniu i Sankt Petersburgu. Jako młoda panna na życzenie Mamy oprowadzałam po Gdańsku jej zagranicznych gości i zapamiętałam Schlütera jako twórcę Kaplicy Królewskiej w Gdańsku i ołtarza w Katedrze Oliwskiej. Teraz podobno te wszystkie tzw. atrybucje zostały podważone, co uczenie udowadnia pan Michał Wardzyński w eseju opublikowanym na stronie internetowej Pałacu w Wilanowie.

Andreas Schlüter młodszy (ur. 1659 lub 1660, zm. 1714)

Artysta urodził się najprawdopodobniej w 1659 lub 1660 r. w Gdańsku jako syn miejscowego stolarza i snycerza cechowego Andreasa Schlütera starszego i Catheriny; jego bratem był zapewne rzeźbiarz Ernst Schlüter (zm. 1700), działający w Berlinie. Żonaty z Anną Elisabethą Spangenberg Andreas młodszy doczekał się czworga dzieci, z których tylko najstarszy syn David (ur. 1693, zm. po 1717) wybrał zawód inżyniera i architekta. Jego niezwykły talent oraz wszechstronne rzeźbiarskie i architektoniczne zdolności zostały docenione kolejno na dworze warszawskim Jana III (1688/89–1694), berlińskim elektora (króla) Friedricha III (I) von Hohenzollerna (1694–1713)  i rosyjskim cara Piotra I Wielkiego (1713–1714). Zmarł w 1714 r. w Moskwie po opuszczeniu Sankt Petersburga, gdzie wcześniej skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji. Schlüter jest zgodnie uznawany za najwybitniejszego twórcę rzeźby doby dojrzałego baroku w Europie Środkowej, a jego tylko w części udokumentowana twórczość doczekała się od 1861 r. wielu wszechstronnych analiz (…)

Czas i okoliczności edukacji artysty pozostają właściwie nierozpoznane, przy czym we wcześniejszych badaniach ścierały się dwie generalne hipotezy wskazujące na Francję i Włochy jako dwa alternatywne miejsca praktyki zawodowej, dopiero ostatnio zaczęto rozważać dłuższy pobyt w Holandii i Niderlandach Hiszpańskich. Niewiele też wiadomo o początkach samodzielniej działalności Schlütera po powrocie do Gdańska, a przyjmowany dotąd katalog atrybuowanych prac w świetle najnowszych badań źródłowych i interpretacji materiału zabytkowego wymaga jeszcze weryfikacji.

Zapoznałam się z tym tekstem, bo w Bode Museum Berlinie trwa jeszcze do 13 lipca  wystawa o Schlüterze, zatytułowana Schloßbaumeister – Budowniczy Zamku.

Schlüter to jedna z takich wspaniałych europejskich postaci, jakie dziś chętnie mianujemy patronami i symbolami zjednoczonej Europy, międzynarodowych artystów, których sztuka jak pieśni śpiew, nie znała granic i kordonów.

Teaser_637x311pxUniwersytet Techniczny organizuje właśnie poświęconą Wielkiemu Budowniczemu konferencję. W niedzielę 6 lipca można w towarzystwie znawców zwiedzić wystawę i obejrzeć budowle  Schlütera, a 7 – wysłuchać na uniwersytecie  referatów. schlueterkolloquium

W konferencji weźmie udział cała paleta ważnych znawców sztuki barokowej, w tym również liczni Polacy, w tym również pan Wardziński. Będzie mowa o tym, co Schlüter zdziałał w Gdańsku, Warszawie, Wiedniu i Berlinie, ale, ciekawe, nie będzie mowy o tym, co tak mimochodem znaleźć można w każdej biografii artysty:

W Sankt Petersburgu skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji.

Afera jak w Brzuchu architekta Petera Greenawaya.

Schlueter_2To najsłynniejsze dzieło Schlütera – barokowa przebudowa średniowiecznego zamku w Berlinie. Mistrz przeżył jednak przy tym i porażkę, bo w roku 1702 trzeba było rozebrać grożącą zawaleniem Wieżę Menniczą. Nie była to jego wina. Berlin to miasto zbudowane na podmywanym wodą gruntową piasku i w owym czasie niełatwo było sobie z tym poradzić. Niestety w dwa lata później przydarzyła się Schlüterowi kolejna katastrofa budowlana – w królewskim pałacyku w Freienwalde pod Berlinem. Architekt został odsunięty od realizowania monarszych zleceń i przeżył załamanie nerwowe.Według propagandowego filmu hitlerowskiego z roku 1942 Schlüter został za karę uwięziony i ułaskawiony tylko dzięki interwencji wiernej i kochającej żony. Film został wyreżyserowany przez Herberta Maischa, a artystę zagrał ulubieniec publiczności – Heinrich George.

Czy tak było? Nie wiadomo. Na pewno jednak to berlińskie porażki były powodem, iż architekt przyjął zaproszenie cara Piotra I i pojechał budować Sankt Petersburg. Pracował tam nad rzeźbiarskim wystrojem dwóch budowli – Pałacu Letniego oraz zespołu rezydencjonalnego w Peterhofie.

Co jednak zdarzyło się tam z jego planami urbanizacyjnymi dla stolicy Rosji? Kto je wykradł i dlaczego? Czy po to, żeby ktoś inny mógł je zrealizować pod swoim nazwiskiem czy po to, żeby to Schlüter nie mógł ich zrealizować?

Niezwykłe życie, pełne dramatycznych zakrętów i tajemnic, życie godne niezwykłego twórcy.

schlueter_gr_1Niestety, szukałam informacji o tym, co przydarzyło się artyście w St. Petersburgu. Szukałam i nie znalazłam, może jednak znajdzie się ktoś, kto nam o tym opowie.

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

Pomniki na stacji Grunewald

Ewa Maria Slaska o pomnikach Zagłady i Karolu Broniatowskim

O jednym z tych pomników już przed rokiem pisałam. TU. Dziś jednak chciałabym napisać o całym kompleksie pomników skupionych koło stacji kolejki miejskiej Grunewald.

pomnikiGrunewaldPoziom (10)Słodki budyneczek, ale jak się wie, to, co powinno się wiedzieć, to ta słodycz wieje najprawdziwszą grozą. Bo to z bocznego toru na tej stacji odjeżdżały pociągi bydlęce do Theresienstadt, Birkenau, Auschwitz… 35 tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn odjechało stąd na śmierć i męczeństwo.

pomnikiGrunewaldPoziom (12)Na krawędzi peronu wypisane daty, nazwy obozów, liczby oznaczające ilość osób jednorazowo wywiezionych.

pomnikiGrunewaldPoziom (14)Pomnik został powściągliwie nazwany Gleis 17 – Tor 17. Nic więcej. Resztę trzeba wiedzieć, albo się doczytać. Na schodach równie powściągliwa tablica informacyjna, która nie może ukryć faktu, że i ten pomnik pamięci, tak jak wiele innych w Berlinie, powstał dopiero pod koniec lat 90. Przedtem było tylko to, co już naprawdę być musiało, bo nie dało się inaczej.

pomnikiGrunewaldPoziom Ku pamięci tych, których w latach 1941-1945 pociągi kolei niemieckiej deportowały do obozów śmierci. 27 stycznia 1998. Pomnik wzniesiony przez Spółkę Akcyjną Kolej Niemiecka.

Ciekawe, że słownictwo trzyma się tradycji i pomnik został wzniesiony, podczas gdy leży przecież na ziemi i trzeba się ku niemu pochylić.

pomnikiGrunewaldPoziom (13)Pomnik jest dziełem zespołu architektów Nicolaus Hirsch, Wolfgang Lorch i Andrea Wandel.

pomnikiGrunewaldPoziom (11)Przed budynkiem dworca, na okrągłym skwerze znajdują się dwa kolejne pomniki Zagłady. Łukasz Surowiec przywiózł tu i posadził brzozy z Brzezinki. Birken aus Birkenau. Wokół pionowo ustawione macewy, symboliczne bezimienne nagrobki z żydowskiego cmentarza. Obiekt powstał w latach 2011-2012 w ramach 7 Biennale Berlińskiego. Surowiec przywiózł w sumie 320 brzóz – jego projekt obejmuje swym zasięgiem cały Berlin.

pomnikiGrunewaldPoziom (5)Z drugiej strony skwerku jeszcze jeden pomnik, przypominający deportacje. Trzy masywne podkłady kolejowe. To pomnik z 1987 roku. Jak sądzę jeden z pierwszych w ramach nowej fali niemieckiej kultury pamięci. Bo przedtem funkcjonowała przede wszystkim polityka zapominania. Pomnik został wykonany przez Lindę Hübler i ufundowany przez Grupę Kobiet z Parafii Ewangelickiej na Grunewaldzie. Te dwa niewielkie pomniki zostały dobrze opisane, tymczasem, podobnie jak pomnik Gleis 17, tak i czwarty pomnik na dworcu Grunewald – Pomnik Zagłady i RIMG0019Deportacji, dzieło polskiego rzeźbiarza Karola Broniatowskiego, nie został nigdzie opisany. Między budynkiem dworca a pomnikiem przypominającym, tak mi się wydaje, jerozolimską ścianę płaczu, stoi jedynie tablica wyjaśniająca, dlaczego wzniesiono ten pomnik. Bez słowa informacji kiedy, jak, przez kogo? Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko można łatwo znaleźć. Być może istnieje nawet jakiś App, umożliwiający rozpoznanie oglądanego właśnie pomnika. Ten został ufundowany w roku 1991 przez dzielnicę Berlina Wilmersdorf.

pomnikiGrunewaldPoziom (4) pomnikiGrunewaldPoziom (3)W betonowej ścianie artysta umieścił kilka wklęsłych, pustych sylwetek ludzi, których nie ma. Marsz nieistniejących ludzi ku śmierci.

pomnikiGrunewaldPoziom (2)Myślę, że to właściwy wpis na dziś. To rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim i symboliczna rocznica śmierci Żyda Jezusa, który już został zabity, a zmartwychwstanie dopiero jutro.

Alleluja!