Ewa Maria Slaska
Kocham (moje) życie
Piszę ostatnio samo ciężkie i poważne teksty, pomyślałam więc, że opowiem tu pewną optymistyczną historię, taką w sam raz na lato…
Niestety okazało się, że historia jest nieprawdziwa. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, słyszałam ją przecież, dokładnie pamiętam, w marcu tego roku. Siedzieliśmy z Moritzem przy barze w kinie Regenbogenfabrik. Mieliśmy za sobą pełen emocji wieczór. Był 8 marca, pokazaliśmy właśnie film Marty Dzido: Solidarność według kobiet, potem była dyskusja i pyszny bufet, goście rozeszli się już do domów, zbliżała się północ. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku raczyliśmy się winem i wodą (tę wodę to ja oczywiście piłam, od dawna piję głównie wodę, z czego zresztą wciąż się muszę tłumaczyć, bo jak można nie pić wina).

Na bufecie ktoś przykleił naklejkę Ich liebe mein Leben. Nic nowego, cały Berlin jest pełen tych naklejek, wylądowały nawet na letnich sukienkach Klary i Bery, moich dwóch ukochanych przyszywanych wnuczek.

Wiesz, zapytał Moritz, jak to jest z tą naklejką? Mój kolega ze szkoły był w Syrii z ramienia organizacji Grünhelme (Green Helmets). To taka niemiecka organizacja, założona w roku 2003 przez Ruperta Neudecka. Budowali szpital w Harem. On, jego kolega i taki starszy pan, arabski tłumacz, zostali złapani przez dżihadystów. Trzymano ich jako zakładników i wyobraź sobie, że udało im się uciec. Nie razem, najpierw mój kumpel z kolegą, a potem ten Arab. Dotarli na piechotę do Turcji, a stamtąd samolotem do Niemiec. Pojechałem po kumpla, przylecieliśmy razem do Berlina, mieszkał tu z nami w Regenbogenfabrik. Nie wyobrażasz sobie, jaki był chudy. A przedtem był wielki jak szafa. Ale szczęśliwy. Powtarzał ich liebe mein Leben, ich liebe mein Leben, kocham życie, kocham moje życie… Zamówiliśmy więc dla niego takie naklejki… A teraz wszyscy je przyklejają…

Oczywiście opowieść o tej trójce, nazywają się Bernd Blechschmidt, Simon Sauer i Ziad Nouri, była straszna, ale kończy się optymistycznie i jest taką radosną pochwałą życia. Chciałam się więc z Wami nią podzielić.
A tu tymczasem, proszę ja Was, objawił się problem… Dzwonię do Moritza, żeby zapytać o jakieś szczegóły tej historii, a on mi mówi, że tak, że kumpel, że zakładnik islamistów, że uciekł, że mieszkał, że był…
… i że nic mu nie wiadomo o żadnych naklejkach…
?????
!
Umówmy się więc, że opowiedziałam Wam dwie historie z niezwykłego miasta, jakim jest Berlin, gdzie wszystko może się zdarzyć – o dzielnym chłopaku z Zielonych Hełmów i o naklejkach, które są wszędzie, nawet na sukienkach Klary i Bery.





Als sich der Zug einer großen Flußbrücke näherte, trat er an das Fenster. Während sein Wagen langsam über den Strom fuhr, warf er einen Stoß von Blättern, die er aus einem Buch gerissen hatte, in die Tiefe, so dass er zuletzt nur noch die blaue Hülle des Einbandes in Händen hielt. Die Papiere flatterten rasch durch die Luft und trieben in dem modrigen Wasser, wo sie allmählich zerfielen.









