Szopa w salonie 8

Beitrag auf Deutsch – siehe unten

Łukasz Szopa

Nasza piaskownica

Kim Jong-un i Donald Trump kłócąc się, krzyżują bohaterskie hasła i wymachują tak mocno swoim jądrowym arsenałem, że aż ziemia drży. A i Ziemia, jako cała planeta. Czyli znów taki momencik, gdzie ludzkość – dzięki obu ww. panom – przypomniała sobie, że istnieje coś takiego jak broń atomowa, i to w posiadaniu przynajmniej sześciu (a może siedmiu, ośmiu, dziewięciu?…) państw, całkiem nieźle nadających się na tak fajerwerkową imprezę, że nawet słynny w latach osiemdziesiątych apokaliptyczny film „The Day After“ może się schować – gdyż jest w sumie aż za optymistyczny.

Już dwa i pół roku temu, pisząc na ten temat po niemiecku do pisma „Der Freitag“, zainspirowany straszeniem państw NATO przez rosyjskiego generała Buszyńskiego ichniejszym arsenałem atomowym, dziwiłem się, że ludzkość taka niepamiętliwa. Że zachowują się ludzie jakby nie tylko był rok 1987, Reykjawik i Genewa, Gorbaczow i Reagan, uściski dłoni i podpisy o zakończeniu „wyścigu zbrojeń“ – ale jakby to było i wtedy, i teraz… prawdą.

Bo żadnego zakończenia nigdy nie było, ani ze strony USA, ani – nawet za Jelcyna! – ze strony Rosji, nie wspominając o „cichych“ i sprytnych Chinach, no i o „niewidocznej“ reszcie państw majsterkujących przy swoich bombkach. Co najwyżej mieliśmy recycling i zwiększenie efektywności (w pewnym sensie… energetycznej…): niszczono masę bomb starych, produkując ciut mniej nowych – ale technologicznie dużo lepszych.

Tymczasem mnie temat wojny atomowej i jej apokaliptycznej wizji przypomina… sielskie, socjalistyczne dzieciństwo. Gdy w szkolnych rozmowach słowa takie jak „Pershing“ czy „Cruise“ oznaczały nie amerykańskiego generała i nie aktora, a typy atomowych pocisków. I gdy pokazywaliśmy sobie ich foty z niemalże większą fascynacją niż zdjęcia najnowszych modeli BMW czy Ferrari. Ale już wcześniej na wojnę atomową byliśmy przygotowani – bawiąc się w nią na podwórku. Wcześniej, bo nie tylko „przed szkołą“, ale i – przed wyświetleniem w Polsce wspomnianego „The Day After“. (Dlatego sam film wydał nam się raczej nudnawy). Były to zarówno zabawy w skali mikro – czyli niszczenie piaskownicowych cywilizacji przez piaskowe eksplozje piachu (który do wieczora zostawał nam we włosach), ale i makro. Czyli „niby ale na serio“ – z nami w rolach głównych, jako wskazujących atomowego grzybka na horyzoncie (gdzie co najwyżej widać było traktor czy dymy z tyskich browarów), jako uciekających do schronu (czyli zatęchłej, wilgotnej piwnicy), jako tych co przeczekali i wychodzą po miesiącach (niemal godzinie) na powierzchnię, i tak dalej. No i oczywiście regularnie lataliśmy po podwórku, śpiewając wesoło „Zaaa dwaaa laaata – będzie koniec świataaa!“

Ale najlepsze było to, jak naprawdę przygotowaliśmy się do wojny atomowej. To znaczy, w sumie – będąc zawsze optymistami – do czasu po. A mianowicie postanowiliśmy wykopać w naszej piaskownicy olbrzymi dół (jak na nas, czyli jakieś pół na pół metra, głęboki może na 70 cm), i zrobić z niego magazyn żywności na „czas po“. Dziurę wyłożyliśmy pięknie ukradzionymi z budowy folią i cegłówkami, ukradliśmy mamom z lodówek, na co kryzys pozwolił (a nie było to mało!), całość przykryliśmy konstrukcją patyków, znów folia, piasek, gotowe! Wojna atomowa może przyjść, jak przeżyjemy – to z głodu nie umrzemy, gdyż mamy nasz tajny sejf z prowiantem!

(O tym, po ilu latach „sejf“ został odkryty, i w jakim stanie była żywność w środku, nie wspomnę…)

Wtedy kłócili się nie Donald i Kim, a Breżniew i Reagan. Byliśmy oczywiście za Reaganem, wiedząc, że jego bombki trafią jako pierwsze w nas i strategicznie ważny Śląsk. No i na pewno byliśmy realistami większymi niż niejeden obecny Ziemianin.

Ale, że zakończę jednak optymistycznie – był na osiedlu jeden pan, jeszcze bardziej optymistyczny i beztroski niż my. Regularnie, gdy słyszał z naszych ust nasze „Za dwa lata będzie koniec świata“, dopowiadał, poprawiając: „Nie nie za dwa, za cztery!…“

Do tekstu załączam zdjęcie słynnej atomowej piaskownicy, na nim moja siostra z chłopakiem, rok chyba 1982…

Nasza atomowa piaskownica – moja siostra z chłopakiem

Link do ww. artykułu w „Der Freitag“: https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/buschinskijs-bombe-und-unsere-sandkiste

Frauenblick 15

Monika Wrzosek-Müller

Cherchez la femme Perücke, Burka, Ordenstracht im jüdisches Museum

Die Ausstellung wurde bis zum 27. August verlängert… es lohnt zu gehen, speziell mit einer Führung.

Aufmerksam wurde ich auf die Ausstellung durch ein Plakat geworden, das an mehreren Orten in Berlin hing. Es war die Fotografie eines androgynen Wesens, den Kopf nach vorn gebeugt, halb von hinten, das Gesicht völlig durch die Haare verdeckt, nackt; es sollte quasi wie ein Porträt aussehen. Ich konnte mich nicht entscheiden, ob das ein Jüngling, ein Mädchen oder eine Frau war. Die Haare waren hinten ganz kurz, vorne aber hingen sie wie ein ganz langer Pony. Es löste bei mir ein Gefühl der Unsicherheit aus, zum einem wusste ich nichts über das Geschlecht, und das Gesicht war durch die Haare auch verdeckt, es irritierte mich.

Also ging ich ins Jüdische Museum und sah mir die Ausstellung an, zum Glück mit einer kompetenten Führung. Da die Kuratoren nicht mit Texten und direkter Vermittlung von Wissen arbeiten, hätte ich vielleicht eher hilflos dagestanden.

Zuerst sind es die Augen der Männer, die Blicke, die dich verfolgen. Unter diesen Blicken beginnt das Nachdenken über das eigene Aussehen – und die Haare haben einen wichtigen Platz in diesen Gedanken. An die Wände der Ausstellung werden Zitate aus der Bibel, dem Koran und dem Alten Testament projiziert, die von der Verhüllung des Kopfes sprechen. Eigentlich sollen in allen Religionen die Frauen ihre Haare bedecken, wenn sie aus angesehenen Schichten kommen. Das Haar wird als sehr intim und wichtig für das eigene Aussehen empfunden. In den Vitrinen sind alle möglichen Formen und Arten weiblicher Kopfbedeckungen ausgestellt; für mich fehlen vielleicht Darstellungen der Art und Weise, wie die jüdischen Frauen ihren Kopf bedecken. Es gibt auch Exponate von Ganzkörperbedeckung, den arabischen Hidschab, der im Persischen Parde genannt wird und immer Vorhang, Schleier, Bedeckung bedeutet, es gibt auch Niqab und Burka bis zum weißen Hochzeits- und dem Trauerschleier aus unserer christlichen Kultur, es gibt auch Platz für die Ordenstracht, die Kopfbedeckung der christlichen Nonnen.

Die Ausstellung will vermitteln, wie Frauen zu der Entscheidung kommen sich zu verhüllen oder auch nicht, zugegeben: nicht alle haben die Wahl. Doch der letzte Schliff oder die Eleganz liegt in den Händen der Frau, und es ist nicht zu leugnen, dass die Frauen mit Kopftuch in der Ausstellung sehr anziehend aussehen. Es werden Videos gezeigt, wie man die Tücher auf dem Kopf bindet und richtig arrangiert, damit es perfekt aussieht; ich finde, und vielleicht will die Ausstellung das auch vermitteln, dass wenn die Frauen ihren Kopf so schön und präzis umhüllen, dann wird das Kopftuch nicht mehr zum Element der Unterdrückung der Frau.

Irgendwo im Raum steht dann auch eine Skulptur, eine Installation. Sie wurde von einer persischen Künstlerin, die in Schweden lebt, Mandana Moghaddam geschaffen. Von Weiten ist sie als eine Frauenfigur erkennbar, die gänzlich aus Haaren geknüpft wurde und in einer Glasvitrine steht. Von Nahem sucht man vergeblich nach dem Gesicht, der Blick verliert sich in der Unmenge von Haaren. Sie ist zwar in einem gläsernen Kasten eingegrenzt, doch die Haare kommen unten aus dem Glas heraus. Natürlich ist das eine Anspielung, dieses schöne, kräftige schwarze Haar, das die Frauen in dem Teil der Welt haben und das sie verstecken müssen. Doch die Skulptur drückt viel mehr aus; sie ist kräftig, und zugleicht zerfließt sie, die Gesichtslosigkeit macht sie auch gruselig. Die Künstlerin hat eine Reihe von „Chelgis“, wie sie das Werk genannt hat, geschaffen. Die Chelgis ist eine Figur aus einem persischen Märchen und bedeutet so viel wie „vierzig Zöpfe“. Im Märchen geht das Mädchen mit den vierzig Zöpfen in einen wunderschönen Garten und wird dort von bösen Dämonen eingeschlossen. In der Umgebung des Gartens leiden die Menschen an Wassermangel, weil das Wasser aus den Quellen, die im Garten sind, aufgehört hat zu fließen. Doch die Menschen können die Dämonen nicht töten und nicht in den Garten eindringen. Die einzige Hoffnung für sie ist Chelgis; sie soll das Lebenselixier der Dämonen finden und es zerstören, dann beginnt das Wasser wieder zu fließen. So hängt alles von der Frau ab, sie muss die Dinge des Lebens regeln und die Menschen beschützen. Für die Künstlerin soll die Figur das repräsentieren.

An einer anderen Wand hängt eine Videoperformance einer jungen Künstlerin, Nilbar Güres; sie heißt Undressing, in der sich die Künstlerin von mehreren Schichten von Schleiern befreit, man steht lange vor dem Bildschirm und schaut gebannt zu, wie sie Schicht für Schicht entfernt, und als man fast schon glaubt, sie würde das Gesicht nie entblößen, kommt es zum Vorschein. Andere Videoinstallationen zeigen, wie die Frauen die Kopfbedeckung arrangieren, und Interviews mit einigen zeigen, wie sie sich damit fühlen und warum sie eine Kopfbedeckung bevorzugen. Es sind Frauen, die freiwillig das Kopftuch tragen. Das Foto aus dem Plakat hängt auch in der Ecke, es ist von einer US-Künstlerin, Anna Shteynshleyger, und es heißt Covered , und obwohl der Kopf bedeckt scheint, sind die nackten, entblößten Schultern und der Rücken das Gegenteil von covered.

An anderer Stelle gibt es Informationen über die Verbote von Verhüllung des Gesichts in Frankreich und vom Baden in Burkinis. Es gibt auch eine Weltkarte, auf der die Regionen farblich gekennzeichnet sind, wo die Frauen welche Kopf- und Körperbedeckung tragen.

Eine andere Welt wird in einer Reihe von Fotografien westlicher Frauen mit Kopfbedeckungen gezeigt: mit Hut, Perücke oder Mütze und ohne. Manchmal kann man die Frau mit einem Hut oder in einer Perücke gar nicht wiedererkennen.

Dann gibt es auch eine Installation von Modenschauen aus Istanbul; da wird ganz genau sichtbar, dass die Welt des Kopftuchs ihren Weg in die ‚High Fassion‘ gefunden hat, alle Elemente der traditionellen orientalischen Kleidung fließen in diese Designerstücke, in die moderne Kleidung ein.

Was sehr positiv an dieser Ausstellung ist: sie drängt niemandem etwas auf, ist neutral bis zum geht nicht mehr, und durch ihre Konzeption zwingt sie den Besucher nachzudenken und sich auseinander zu setzen mit den Fragen von Verbote und Abneigungen. Wie die Kuratorin Miriam Goldmann sagt, sei die Ausstellung „als Kommentar zur Diskussion gedacht und ganz sicher nicht als abschließende Bewertung“.

Frauenblick 14

Monika Wrzosek-Müller

Arbeit mit Flüchtlingen (nein, jetzt sagt man eher Geflüchteten oder Migranten)

Ich habe immer wieder über die Arbeit mit Flüchtlingen geschrieben und es ist nicht so, dass sie (die Arbeit) und ich aufgehört hätten. Ehrlich gesagt, wird es immer mehr und immer schwieriger. Denn am Anfang waren alle noch voll Begeisterung und Hoffnung gewesen und dann verwandelten sich diese positiven Gefühle schrittweise in Ungeduld und manchmal auch Traurigkeit, doch es gab immer wieder einen Hoffnungsschimmer und herzerwärmende Beispiele des guten Vorankommens in der Integration, und was dahinter steht auch: Beispiele für einen gelungenen und glücklicheren Lebensweg für die geflüchteten Menschen.

Auf jeden Fall bin ich dabei geblieben und unterrichte Kinder und Jugendliche in den Schulen, die Nachhilfe in Deutsch brauchen. Dabei habe ich verschiedene Modelle beobachtet, von Willkommens- über Brückenklassen bis zu Kindern, die in „normale“ Klassen gehen und eben dann nach der Schule betreut werden. Urteilen will ich darüber nicht; es wäre außerordentlich schwer zu begründen, dass das ein Modell besser sei als das andere, denn alles hänge von dem Kind ab, sehr viel vom Lehrer und von der einzelnen Schule. Auf jeden Fall haben alle ihre Schwierigkeiten und die kommen meistens erst nach einiger Zeit klarer zum Vorschein, auch wenn sich beide Seiten sehr anstrengen. Eine ungeheuer positive Tatsache ist, dass alle Kinder in die Schule gehen; auch diejenigen, in deren Ländern das gar nicht so offensichtlich und der Normalfall war.

Ich habe Kinder betreut, die sich wahnsinnig anstrengen, pauken und üben und erklären, sofort „gute Deutsche“ sein zu wollen; aber es gibt auch andere, denen alles ziemlich egal ist, solange sie etwas Geld für Kleidung (sehr wichtig!) haben. Ich habe erlebt, was es für die großen Familien mit acht, neun Mitgliedern bedeutet, in zwei Zimmern zu hocken, mit einem ständig weinenden Baby und einem pubertierenden Jugendlichen, der unbedingt laut Musik hören will. Andererseits ist das vielleicht ein gutes Training für die Zukunft, sie müssen sich durchkämpfen und Geduld aufbringen, auch Techniken der Entspannung und des zur Ruhe-Kommens entwickeln.

Inzwischen bekomme ich ganz viele Anfragen von Bündnissen und Willkommensorganisationen, ob ich nicht da und dort ehrenamtlich arbeiten könnte. Ich lese zwischen den Zeilen, dass es zunehmend schwierig wird, Leute zu finden, die diese sehr strapaziöse und doch erfüllende Arbeit machen könnten. Ist auch verständlich, es müssten eigentlich inzwischen Strukturen greifen, die die einen mit den anderen zusammenbringen, auch auf bezahlter Basis. Es müsste auch eigentlich jetzt weiter gehen und die Familien müssten in großen oder kleinen in Wohnungen (notfalls auch in kleineren Wohnungen) untergebracht werden. Mein Sohn behauptet zwar immer wieder, es sei doch gut, dass sie überhaupt Unterschlupf gefunden haben. Dagegen bin ich anspruchsvoller, ich sehe ja auch direkt vor meiner eigenen Nase sozusagen, dass es nicht ausreicht so herumzuhängen. Sie müssten arbeiten gehen können, in einer normalen Wohnung wohnen und sich halbwegs mit den anderen, den Einheimischen unterhalten können. In einigen Fällen klappt das auch, aber das sind wirklich die Ausnahmen, der normale Flüchtling sitzt immer noch in seinem Heim, geht in einen Deutschkurs, spricht aber immer nur in der Muttersprache, befindet sich in einem Vakuum, wie auf dem Mond. Versucht sich mit dem Essen und dem Zusammensein mit seinen Landsleuten zu trösten; geht öfters zum Arzt, macht wenn es gut geht etwas Sport.

Natürlich haben es die Kinder leichter und doch möchte ich betonen, dass auch die Kinder unter enormem Druck seitens der Familie stehen, die alle ihre Hoffnungen in sie setzen. Aber auch der Staat übt Druck aus, dass sie sich bitte gleich, sofort integrieren und wie deutsche Muttersprachler funktionieren. Und sie setzen sich selbst unter Druck mit ihren Ambitionen, dem Ehrgeiz voranzukommen und in der neuen Gesellschaft zu bestehen. Ich hoffe, viele werden durchhalten und ihre Träume verwirklichen, doch es ist ein steiler Weg und man müsste ihnen eigentlich noch mehr helfen.

Gerade hielt ich den Spiegel in der Hand mit dem Titel „die Lage der Nation. Wie wir leben, wie wir denken“, ein Heft über Deutschland. Das Flüchtlingsthema gehört mit dazu; es gibt ein rührendes „Porträt einer syrischen Flüchtlingsfamilie, die deutscher sein möchte (und manchmal auch ist) als viele Deutsche“. Wie schaffen es diese Menschen mit unglaublicher Geduld, alle Schikanen durchzustehen und weiter an gelungene Integration zu glauben, obwohl sie sich gar nicht integriert haben, niemand sie zu sich einlädt, niemand sich für sie interessiert. Trotzdem versuchen sie in allem gute Seiten zu sehen, den Rasen vor ihrer Wohnung besser als die meisten Nachbarn zu pflegen, ihre Kinder sehr diszipliniert zu erziehen: eine bewundernswerte Kombination von Geduld, Liebe, Ergebenheit und Demut. Ich hoffe, sie kommen damit durch und ihre Kinder werden ihre Träume verwirklichen können.

Es gibt in dem Heft auch ein Interview mit Gastwirten der älteren Generation aus der Türkei, aus Italien und aus Griechenland, die in 60 Jahren nach Deutschland gekommen waren. Sie haben gut gehende Restaurants, die sie schon länger betreiben, sie sind zu Wohlstand gekommen. Ihre Kinder, die jetzt die Restaurants übernehmen, können vieles anders machen, sich überlegen, wie sie leben wollen. Sie selbst sind mit dem Leben zufrieden, haben aber sehr hart dafür gearbeitet. Ihre Integration ist durch die Küche, durch das Essen gelungen. Erstaunlicherweise aber denken sie, dass die Neuankömmlinge, also Syrier oder Afghanen, sich eher schwer tun werden mit der Arbeit in der Gastronomie, weil die eben schon durch Griechen, Italiener, Türken usw. okkupiert ist. Sie selbst sind nicht besonders neugierig auf die neuen Migranten und ihre Essgewohnheiten und ihren Geschmack. Vielleicht fürchten sie doch heimlich Konkurrenz oder finden ihre Küchen zu exotisch. Sie betonen aber immer wieder, dass sie nicht vor dem Krieg geflüchtet waren, sie kamen wegen der Arbeit. Was das für ihre Beziehung zu den Flüchtlingen bedeutet, erfahren wir nicht. Eigentlich müssten sie die Neuankömmlinge besser verstehen und ihnen helfen wollen.

Eines hat sich sicherlich sehr stark verändert, seitdem ich 1984 nach Deutschland (BRD) gekommen bin. Es wird jetzt viel mehr darüber gesprochen, diskutiert und überlegt, wie was und wo man mit den neuen Mitmenschen tun und mit ihnen umgehen soll. Ob das den Geflüchteten besonders hilft, weiß ich nicht, doch sie sind meistens in der Öffentlichkeit präsent; und das ist gut so.

Barataria 27 Lindisfarne (Blog / Reblog)

Wyspa mnichów / Insel der Mönche

Today in one post you get two texts about North England, Celts and Monk Island Lindisfarne, one in Polish and underneath another one – in German. There are not translations, it simply happened that two “my authors” wrote about the same topic in the same time. But even if you shall not read both parts of this post, look at the pictures… 

Wpis po polsku. Piotr Beszczyński.

Z blogu Czas i przestrzeń

      • Szekspir, Beatlesi, imperium nad którym słońce nigdy nie zachodzi (nr 2, po hiszpańskim), fundamenty największych demokracji, język stający się światowym – to pierwsze z licznych skojarzeń łączących się z Wielką Brytanią. Status mocarstwa osiągnęła ona na przestrzeni ostatnich kilku stuleci i owa mocarstwowość w wymiarze oddziaływania cywilizacyjnego ciągle trwa.
      • Jak „ulepiło się” społeczeństwo, którego wpływ na losy świata był i jest tak znaczny? Uznaje się, że solidnym do tego podłożem stało się opanowanie Wysp Brytyjskich przez Celtów w VI-V wieku p.n.e. (…) ich wędrówka na zachód to jeden ze śladów łączących prehistorię naszych ziem z Wyspami. Potwierdza to zawartą w najnowszej podstawie programowej dla szkół prawdę, że praźródłem wszelkiej europejskiej cywilizacji jest Polska, od której inni czerpali sztukę jedzenia widelcem!
      • Celtowie okrzepli na Wyspach solidnie, ale w międzyczasie urosło w siłę Imperium Rzymskie, którego władcom zachciało się zapanować nad nieco mglistą, lecz przyjazną z uwagi na łagodny klimat i żyzne ziemie, oraz bogatą w cenne minerały krainą, obecnie określaną jako Anglia. Rzymianie rozpoczęli podbój wyspy w połowie I w. po Chrystusie od południa, powoli kolonizując ziemie w kierunku północnym, przy ciągłym oporze siedzących tam Piktów i Szkotów. Ażeby uchronić z trudem opanowane tereny od ciągłych ataków tych zasiedziałych już tubylców z północy, odgrodzili się na początku II w. n.e. imponującym łańcuchem fortyfikacji, Wałem (lub Murem) Hadriana (…). Miasteczko Corbridge leży na linii Wału Hadriana

      • Wał Hadriana zaczyna się od twierdzy Segedunum pod Newcastle i „ściska kibić” wyspy, dążąc do jej zachodniego wybrzeża w pobliżu Carlisle.
      • Przez pewien czas Rzymianie utrzymywali też położony bardziej na północ Wał Antonina, jednak zrezygnowali z tego pomysłu, bo tubylcy byli zbyt agresywni. Pozostali na linii Wału Hadriana przez blisko 300 lat, kiedy to kryzys w kontynentalnej części Cesarstwa zmusił ich w 410 r. n.e. do całkowitego wycofania się z Brytanii. Pozostawili po sobie znaczną ilość miast (w większości do dziś prosperujących, jak choćby Londinum), latyfundiów organizujących rolnictwo, ośrodków górnictwa i niezłej wytwórczości, a także – dobrą sieć dróg. I jeszcze jedno – ukorzeniające się chrześcijaństwo, które w międzyczasie stało się państwową religią Cesarstwa Rzymskiego. (…)
      • Historia ludzkości podlega prawom natury, a natura nie znosi próżni. Wobec tego w chwilę po opuszczeniu wyspy przez legiony rzymskie zjawili się tam kolejni chętni do zawojowania atrakcyjnych ziem: spowinowacone między sobą, pochodzące z rejonu pogranicza obecnych północnych Niemiec i Danii, germańskie plemiona Anglów, Sasów i Jutów (nazwanych później łącznie Anglosasami). Niektórzy historycy są zdania, że początkowo zostali oni zaproszeni przez nieźle prosperujących w czasach rzymskich Celtów, aby pomóc w obronie przed najazdami Piktów i Szkotów z północy (też zresztą mających celtyckie korzenie), ale szybko sami stali się najeźdźcami. Mówiąc w skrócie (i dużym uproszczeniu, oczywiście), Anglosasi zdominowali wyspę od połowy V wieku, dokładając swoją dawkę genów do tych przedceltyckich, celtyckich i rzymskich.
      • Wracamy do chrześcijaństwa, które w decydujący sposób zaczęło podówczas wpływać na losy Europy. W schyłkowym okresie rzymskiej Brytanii (przełom IV/V wieku) stało się tam religią przeważającą, aczkolwiek tradycyjne celtyckie wierzenia, podtrzymywane przez druidów, ciągle miały się nieźle. Napór pogańskich Anglosasów skutecznie powstrzymał, a nawet cofnął proces umacniania się Kościoła. Odwrót od chrześcijaństwa trwał blisko dwa wieki, w trakcie których po długiej, często bratobójczej kotłowaninie, wykształciło się siedem anglosaskich królestw, wśród nich Nortumbria, fragmentu której dotyczy ta relacja. (źródło:Wikipedia)
      • Anglosaskie królestewka trwały w większości w pogaństwie do czasu, kiedy za sprawę wzięli się misjonarze irlandzcy. Irlandia, mniejsza z dwóch głównych Wysp Brytyjskich, nie została opanowana przez Cesarstwo Rzymskie, tak jak przeważający obszar Wielkiej Brytanii (nazwa ta używana jest równolegle dla głównej wyspy, jak też dla Zjednoczonego Królestwa, obejmującego także Północną Irlandię). Ewangelizację rozpoczął tam św. Patryk na początku V wieku, przy czym oparła się ona głównie o licznie powstające klasztory, będące „wylęgarnią” niezwykle aktywnych w przyszłych stuleciach na terenie całej Europy (i dalej też) mnichów – misjonarzy.
      • Wracamy do VII wieku, kiedy to zaproszeni przez  rezydującego w zamku Bamburgh króla Oswalda (z czasem ogłoszonego świętym) Irlandczycy założyli na pływowej (czyli takiej, do której można dotrzeć suchą stopa tylko podczas odpływu morza) wysepce Lindisfarne pierwszy klasztor. Dokonał tego św. Aidan wraz z kolegami w 635 roku.
      • Kolejne ważne postaci misjonarskiego dzieła w Nortumbrii to (święci z reguły) m.in.: Beda Czcigodny (znamienity uczony i kronikarz, klasztor Jarrow),Kutbert ( Cuthbert) z Hexham i z Lindisfarne; jego ciało z czasem przeniesiono do Durham w trwającej 7 lat procesji.
      • (…) Podsumowując ten ważny historycznie wątek zaznaczę tylko, że wkład genetyczny mnichów w kształtowanie populacji brytyjskiej prawdopodobnie
        można pominąć w dotyczących tego tematu rozważaniach.
      • Kolejne natomiast fale nowych genów napłynęły w miarę mających miejsce najazdów: Wikingowie zaczęli od zniszczenia klasztoru Lindisfarne w 793 roku, po czym nękali Wyspy Brytyjskie przez z górą dwa wieki, opanowując znaczną ich część. Naukowe potwierdzenie ich wkładu w fundamenty społeczeństwa brytyjskiego (jak też innych europejskich nacji) znajdziemy w reprodukowanym obok “sztychu” Andrzeja Mleczki.thCL672SQ7
      • Kulminacją kariery Wikingów, którzy w międzyczasie ustanowili królestwa Norwegii i Danii, było sięgnięcie po koronę angielską. Udało się to duńskiemu królowi Swenowi Widłobrodemu, synowi Haralda Sinozębego (malownicze ksywy skądinąd!) w roku 1013. Królewska kariera Swena w Anglii potrwała ledwie kilka tygodni, ale z punktu widzenia polskiego wkładu w tę historię ważne jest to, że jego następcą został syn z małżeństwa z córką Mieszka I, siostrą Bolesława Chrobrego, Świetosławą, Kanut Wielki. Ponoć wojowie Bolesława (wkrótce króla polskiego) zjawili się także w Brytanii, aby wspomóc jego siostrzeńca, więc nie może być wątpliwości co do ich tamtejszej spuścizny, czy jak to tam nazwać.
      • Ostatnią ważną falą najeźdźców na Wielką Brytanię byli Normanowie (potomkowie Wikingów – zdobywców francuskiej Normandii), którzy ustanowili swoje rządy począwszy od roku 1066. To oni przywieźli sztukę budowy wielkich katedr, które od XI wieku stawiano w miejscach wcześniejszych świątyń.
      • Łatwo zauważyć, że począwszy od zapanowania nad Wielką Brytanią Anglosasów w V wieku, wszystkie kolejne na nią najazdy (w cyklach 300 – 400 letnich, odpowiadających z grubsza przepisowemu czasowi pielęgnacji porządnego angielskiego trawnika) miały miejsce w wykonaniu ludów spowinowaconych, kuzynów prawie, z Danii, Norwegii, północnych Niemiec i Normandii. Sumarycznie i skrótowo można nazwać ich wszystkich Normanami, zaś brytyjski pień genetyczny, oraz etnos, stanowią efekt wypracowanej w niezliczonych bojach mieszaniny celtycko – rzymsko – normańskiej, osadzonej w wyjątkowo sprzyjających warunkach geograficzno – klimatycznych.

    Beitrag auf Deutsch. Brigitte von Ungern-Sternberg.

    Großbritannien, in der Antike als Britannien bekannt, welches die Gebiete des heutigen Englands bis zum Hadrianswall, Cornwall und Wales umfasste, stand von 43 bis ca. 440 n. Chr. unter römischer Herrschaft. (Wikipedia)

    Das als Vorspann zur frühen Christianisierung Schottland und Irlands.

    England wurde in den vier Jahrhunderten römischer Herrschaft durchorganisiert, mit Straßen, Militärlagern, Städtegründungen, Bädern und Villen – aus römischer Sicht ‘zivilisiert’. Es gelang den Römern jedoch nicht, sich die ganze Insel einzuverleiben, bei Irland haben sie es gar nicht erst versucht. Daher bauten die römischen Besatzer gegen die von ihnen wegen ihrer Tätowierungen so bezeichneten ‘Pikten’ (die ‘Bemalten’) von Küste zu Küste eine Mauer (Hadrian’s Wall) – Trump hätte seine Freude dran. Die ‘Bemalten’ aus der schottischen Wildnis sollten ferngehalten, ihre Einfälle auf römisches Territorium unterbunden werden.

  • Die Insel Lindisfarne liegt nördlich dieser Mauer, außerhalb des ehemaligen römischen Territoriums.

  • Milecastle on Hadrians Wall

  • Was mit militärischer Gewalt nicht gelang, das vollbrachte das Christentum. Es war – außer Mauern, Städten, Straßen… – eine Hinterlassenschaft der römischen Ära. Das Christentum war grenzüberschreitend! Die entstehende irisch-schottische Kirche – sehr fern von Rom und dem Papst – war ausgesprochen eigenwillig, allerdings sehr bedeutend für die Entwicklung der kontinentalen Kulturgeschichte.

    Dazu ein Wikipedia Artikel:

    https://de.wikipedia.org/wiki/Iroschottische_Kirche

    Sonderentwicklungen lokaler Kirchen wurden in Rom nicht geschätzt!

    Zitat aus den Wiki-Artikel:

    Auf der Synode von Whitby (im Jahr 664) übernahm die englische Kirche das Osterdatum von Nizäa und den römischen Ritus. In der Bretagne wurde die Regel des hl. Columban erst im 9. Jahrhundert durch die Benediktusregel ersetzt. Die iroschottische Prägung wurde zu Beginn des 12. Jahrhunderts (Synode von Rathbreasail) sukzessiv angepasst und nach der Eroberung Irlands durch Heinrich II. 1172 vollendet…

    Und an dieser Schnittstelle befindet sich St. Cuthbert.

  • Vidoland auf dem Hadrians Wall

  • Hier seine Entwicklungslinie aus einem WIKIPEDIA Artikel:Prior in Ripon 658–661Als König Ealhfrith von Deira ein Kloster in Ripon gründete, folgte Cuthbert seinem Abt Eata und wurde dort praepositus hospitum (Prior). Nachdem Ealhfrith Anhänger des römischen Ritus wurde, mussten Eata und Cuthbert im Jahr 661 mit den anderen Anhängern des iro-schottischen Ritus nach Melrose zurückkehren.
  • Beda venerabilis

  • Mönch in Melrose 661–664Im Jahr 664 suchte eine Seuche Britannien heim. Cuthbert erkrankte schwer, doch genas er bald wieder, während sein Lehrer Boisil starb. Cuthbert übernahm darauf das Amt des Priors und missionierte auf teilweise mehrwöchigen Reisen im weiteren Umfeld des Klosters, da etliche Einwohner vom Glauben abgefallen waren.Prior in Lindisfarne 664–676Eata wurde 664 von den Mönchen zum Abt von Lindisfarne ernannt, nachdem Colman das Kloster verlassen hatte. Bald darauf wurde er auch Bischof von Lindisfarne und holte Cuthbert aus dem Kloster Melrose als Propst und Lehrer ins Kloster Lindisfarne. Cuthbert beugte sich den Beschlüssen der Synode von Whitby und führte mit Geduld und Nachsicht den römischen Ritus im bis dahin iro-schottischen Kloster ein. In späteren Jahren zog er sich in einen abgelegenen Teil des Klosters in die Einsamkeit zurück.
    17 Aug 1997, Northumberland, England, UK — Priory in foreground; castle in background. — Image by © Skyscan/Corbis

    Eremit auf Inner Farne 676–684

    676 zog er sich aus dem Kloster auf eine der unbewohnten Farne-Inseln, südöstlich von Lindisfarne, zurück. Dort errichtete er ein Grubenhaus als Einsiedelei und ein weiteres Gebäude als Gästehaus. In den folgenden Jahren lebte er dort allein, von seinen Klosterbrüdern mit Nahrung versorgt. Später baute er Gerste an, um sich selbst zu versorgen.

  • Im 7./8. Jahrhundert entstand das Evangeliar von Lindisfarne, reich geschmückt mit kunstvoller Buchmalerei – keltisches Design deutlich darin zu sehen

W sobotę Berlinie / Samstag in Berlin

R.D.

Hallo.

Am Samstag war ich mit dem Fahrrad unterwegs und bin auf einen Karnevalumzug gestoßen (auch Christopher Street Day genannt).

Einige Berliner sind so arm, dass sie sich keine Kleidung leisten können, geschweige den Verkleidung. Arme Leute.

Ich habe nicht viele Fotos gemacht, weil es gewaltig regnete.

Schade, nach dem Umzug findet dann immer „Sodom und Gomorra“ im benachbartem Wald.

r.

<!––>

Hallo.

W sobotę jadąc rowerem trafiłem na karnawałowy pochód (nazywany także  Christopher Street Day).

Niektórzy z berlińczyków są tak biedni, że nie stać ich na ubranie, nie mówiąc o przebraniu. Biedni ludzie.

Nie wykonałem zbyt wiele zdjęć, gdyż zaczęło mocno padać.

Szkoda, po pochodzie, w pobliskim lasku ma miejsce zawsze „Sodoma i Gomora”.

r.

Chalo.

Am samstag war iś mit dem farad unterwegs und bin auf ajnen karnewalumzug gesztosen (auch Kristofer Strit Dej genant).

Ajnige berliner sind so arm, das sie siś kajne klajdung lajsten kenen, geszfajge den ferklajdung. Arme lojte.

Iś chabe niśt file fotos gemacht, weil es gewaltiś regnete.

Szade, nach dem umzug findet dan imer „sodom und gomora“ im benachbartem wald.

r.

Liu Xiaobo and Liu Xia

Wczoraj przygotowałam ten wpis, i wczoraj Liu Xiaobo umarł
I prepared that post yesterday. Yesterday Liu Xiaobo died.
Ich habe diesen Beitrag gestern vorbereitet. Gestern ist Liu Xiaobo gestorben.

R.I.P.

Aufruf an die Chinesische Regierung bezüglich Liu Xiaobo und seiner Frau Liu Xia

Appeal to the Chinese government concerning Liu Xiaobo and his wife Liu Xia

Nobel Peace Prize Laureat Liu Xiaobo has been diagnosed with liver cancer. His wife, Liu Xia, who has been under house arrest for several years, is also gravely ill. They have the wish to travel to Germany so they can receive medical care. Their wish to leave China is so strong that Liu Xiaobo has stated that – if he is to die – he does not want to do so on Chinese soil. Liu Xia also no longer wishes to live there. Time is running. We urge the Chinese government to grant Liu Xiaobo and Liu Xia the freedom to leave the country!

Der Friedensnobelpreisträger Liu Xiaobo ist an Leberkrebs erkrankt. Er und seine Frau Liu Xia haben hat den Wunsch geäussert, nach Deutschland auszureisen, um medizinische Hilfe für beide zu bekommen – denn auch Liu Xia, die seit Jahren unter Hausarrest steht, ist schwer erkrankt. Der Wunsch der beiden geht soweit, dass Liu Xiaobo sagt, er möchte – selbst wenn er sterben muss – nicht in China sterben. Und Liu Xia sagt, dass sie nicht länger in China leben möchte. Die Zeit ist knapp. Wir appellieren dringend an die chinesische Regierung: geben sie diesen beiden Menschen die Freiheit, das Land zu verlassen!

The poem “You Wait for Me with Dust” by Liu Xiaobo in Chines, English, German and Polish. Other languages (Afrikaans, Arabic, Bosnian, Dutch, Finnish, French, Hebrew, Kurdish, Komi,  Portuguese, Romanian, Russian, Slovenian, Spanish, Swedish, Welsh) you find here.

和灰尘一起等我–给终日等待的妻

你一无所有,只能
和家里的灰尘一起等我
它们一层层
积满了所有角落
你不愿拉开窗帘
让阳光惊扰它们的安宁

 

 

书架上的字迹被灰尘掩埋
地毯的图案吸满了灰尘
你喜欢在给我写信时
笔尖吸住几粒灰尘
让我的眼睛有些刺痛

 

你终日端坐
不想随意走动
生怕自己的脚踩痛了灰尘
你尽量平稳地呼吸
用沉默编写一个故事
在这令人窒息的岁月
灰尘们献出仅有的忠诚

 

灰尘浸满了
你的目光、呼吸、时间
在你的灵魂深处
日复一日的修筑坟墓
从脚底一寸寸堆积
直到胸口直到喉咙

 

你知道,坟墓
是你最好的归宿
在那里等我
不会有任何惊扰
你就是对灰尘情有独衷
在黑暗中在安静中在窒息中
等我等我

 

和灰尘一起等我
拒绝阳光和空气的流动
让灰尘彻底埋葬自己
让自己在灰尘中睡去
直到我回来
你才苏醒
揩净皮肤和灵魂的灰尘
如同死而复活的奇迹

晓波1999.4.9

You Wait for Me with Dust

nothing remains in your name, nothing
but to wait for me, together with the dust of our home
those layers
amassed, overflowing, in every corner
you’re unwilling to pull apart the curtains
and let the light disturb their stillness

over the bookshelf, the handwritten label is covered in dust
on the carpet the pattern inhales the dust
when you are writing a letter to me
and love that the nib’s tipped with dust
my eyes are stabbed with pain

you sit there all day long
not daring to move
for fear that your footsteps will trample the dust
you try to control your breathing
using silence to write a story.
At times like this
the suffocating dust
offers the only loyalty

your vision, breath and time
permeate the dust
in the depth of your soul
the tomb inch by inch is
piled up from the feet
reaching the chest
reaching the throat

you know that the tomb
is your best resting place
waiting for me there
with no source of fear or alarm
this is why you prefer dust
in the dark, in calm suffocation
waiting, waiting for me
you wait for me with dust

refusing the sunlight and movement of air
just let the dust bury you altogether
just let yourself fall asleep in the dust
until I return
and you come awake
wiping the dust from your skin and your soul.
What a miracle – back from the dead.


April 9th 1999

translated by Zheng Danyi, Shirley Lee and Martin Alexander

Warte auf mich mit dem Staub

Es bleibt dir nichts übrig,
als mit dem Staub auf mich zu warten.
Schicht um Schicht füllt er die Ecken.
Du lässt die Vorhänge zu,
Die Sonne soll den Staub nicht stören.

Auf den Bücherregalen verschwinden die Zeichen im Staub,
die Muster im Teppich, vom Staub vollgesogen.
Wenn du mir schreibst, tauchst du den Stift gern in den Staub,
die Staubkörner stechen dann in meinen Augen.

Du sitzt den ganzen Tag da und willst nicht umhergehen,
damit deine Füße den Staub nicht verletzen.
Du atmest ganz ruhig, schreibst mit deinem Schweigen
eine Geschichte in dieser erstickenden Zeit.
Nur der Staub bleibt dir noch treu.

Der Staub erfüllt dir den Blick,
den Atem, die Zeit.
In deiner Seele baut er Tag um Tag ein Grab,
Zoll um Zoll, angefangen bei den Füßen
bis zur Brust und bis zur Kehle

Du weißt, das Grab ist deine beste Zuflucht.
Niemand stört dich, wenn du dort auf ich wartest.
Du hast eben eine besondere Beziehung zum Staub
der Dunkelheit in der erstickenden Stille, warte,
bitte wart auf mich.

Warte auf mich mit dem Staub
verweigre die Sonne, die Strömung der Luft,
bis der Staub dich ganz begräbt.
Lass dich einschlafen im Staub bis du erwachst,
wenn ich zurück bin,
wischt du den Staub von der Haut,
von der Seele und stehst auf
wie durch ein Wunder.

ÜbersetzungxMartinxWinter

Czekaj mnie w kurzu

cała jesteś tylko czekaniem na mnie
czekaniem w kurzu naszego domu
gdy jego warstwy gromadzą się
narastam w każdym kącie
czekasz niezdolna odsunąć zasłony
i pozwolić światłu by wygnało kurz

na półkach z książkami
porastają kurzem notatki wzory dywanu
wchłaniają kurz gdy piszesz do mnie list
dobrze, że stalówka jest nieoczyszczona
bo moje oczy dźga ból

cały dzień siedzisz
nie mogąc się ruszyć ze strachu
by twoje kroki nie wznieciły kurzu
starasz się płytko oddychać
gdy korzystając z ciszy piszesz
w takich chwilach duszący pył
jest zadziwiająco wierny

X

twoje spojrzenie, oddech i czas pozwalają
bym prochem wrastał po trochu coraz głębiej
w głąb duszy dusząc rósł od stóp do gardła

X
ty wiesz, że w tym grobie
można najlepiej wypocząć
czekając na mnie bez lęku
i nie niepokojona
dlatego pył jest dobry
w ciemności cicho dusi czekając,
czekając na mnie

X

czekasz przykryta kurzem
bez słońca i bez powietrza
pozwalasz by pochował cię pył
zasypiasz przyprószona zanim powrócę
i przebudzisz się
otrząśniesz proch ze skóry i duszy
cóż za cud – powstać ze zmarłych

9.04.1999

przełożyła Anna Nasiłowska

Translator Workshop

Bulgarisch, Polnisch, Russisch und… Deutsch. Gemeinsam bereiten wir Texte unserer Geheimtipp-Autor*innen aus drei slawischen Sprachen für Präsentation dem Deutschen Publikum. Die Kenntnis der Ausgangssprachen ist für die Teilnahme am Workshop nicht relevant, da die Ursprungstexte als Roh-Übersetzung ins Deutsche vorliegen.

Wir laden alle Sprachinteressierte ein! Ob selbst Autor*in, Redakteur*in, Übersetzer*in, Lehrer*in oder auch Leser*in… Alle können bei diesem kreativen Prozess teilnehmen…

Dabei eröffnen wir uns selbst, aber auch dem deutschen Publikum neue Horizonte und lernen dabei, wie Literaturübersetzung funktioniert. An zwei Workshop-Tagen wird die Dichter*innen und Schriftsteller*innen Gruppe an diesen Übersetzungen in vier kleinen Gruppen gemeinsam arbeiten, um die richtige poetische Ausdrucksform der vorgelegten Texte zu erreichen. Die Schriftsteller*innen selbst nehmen am Workshop nicht teil. Sie warten auf Ergebnisse unseres Werkens 🙂

Die Arbeit während der Werkstatt erfolgt ehrenamtlich. Die Ergebnisse dieser Workshops wurden sowohl live als auch in der Druckform dem breiten multinationalen Publikum vorgestellt. Die Texte im Original und in Übersetzung (oder mehrere Versionen einer Übersetzung) als E-Book veröffentlicht, herausgegeben von stadtsprachen=PARATAXE: Berliner Literarische Aktion.

Termin:
Samstag 8. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Sonntag 9. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Öffentliche Lesung am Sonntag ab 16:00 Uhr

Ort: Lettretage, Mehringdamm 61, 10961 Berlin


Bearbeitet werden die Texte von Irena Ivanova (Bulgarien), Alexander Kazak (Russland)
Marek Maj und Joanna Rudniańska (Polen). Die Gedichte von Marek Maj sind zum Teil gesungen und wir werden versuchen, sie so zu bearbeiten, dass sie auch auf Deutsch fürs Singen taugen.

Leitung: Ewa Maria Slaska

Ewa Maria Slaska wurde 1949 geboren und wohnt seit 1985 in Berlin. Sie ist eine studierte Archäologin, arbeitet aber als Schriftstellerin, Journalistin, Projektleiterin und Bloggerin. Sie engagiert sich für Frauen, Kinder, Minderheiten und Flüchtlinge und ist ein aktives Mitglied der polnischen Community in Berlin (Freiwillige bei dem Büro der Polonia). Sie war Gründerin des Polnischen Fernsehmagazins Insel (1985-1986) und des Vereins zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur e.V. (1994 – 2012). Seit 2006 arbeitet sie mit dem Städtepartner Stettin e.V. zusammen und ist seit 2014 dessen Vorsitzende. Sie hat mehrere Preise und Auszeichnungen im Bereich Literatur, Publizistik, soziales Engagement gewonnen.

Wir bedanken uns für die Zusammenarbeit bei unseren Partnern von Stadtsprachen und Lettrétage – das Literaturhaus in Berlin Kreuzberg
————————————————-
Das Projekt “Osteuropa-Tage Berlin 2017”
ist eine Initiative des Vereins “Städtepartner Stettin e.V.” und der Städtepartnerschaft Oborishte. Diese Veranstaltung ist unterstützt von Stadtsprachen und finanziert von Hauptstadtkulturfonds.

Peregrini (Schottland, Irland und die Heiligen)

Vor ein paar Wochen schrieb uns Brigitte über den Heiligen Cuthbert und ihre Wanderungen in Nordengland. Heute eine Erweiterung des Themas, diesmal über Regensburg. Für meine polnische Leser: Regensburg heißt auf Polnisch Ratyzbona. Seit 2002 hat ein polnischer Politologe, Jerzy Jarosław Maćków (geb. 1961) den Lehrstuhl für Vergleichende Politikwissenschaft mit dem Schwerpunkt Ost- und Mitteleuropa an der Universität von Regensburg inne. Hier wohnt auch der polnische Komponist Tomasz Skweres (geb. 1984) und ist 1927 Joseph Ratzinger, 2005-2013 Papst Benedictus XVI., geboren.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Eine iro-schottische Einwanderung in Deutschland

Regensburg war die erste Stadt, die ich als Jugendliche von einer Ecke zur anderen mit einem Stadtführer in der Hand systematisch ergründet habe. Die Schottenkirche St. Jakob ist mir damals ganz besonders aufgefallen und in Erinnerung geblieben.

So sah die Kirche aus noch 150 Jahre vor meiner Wanderungen, auf einer Aquarell von Wilhelm Rehlen (1796–1831), deutscher Zeichner und Architekt, aus dem Jahre 1816

Regensburg entstand als römisches Legionslager Castra Regina, davon ist noch ein Tor vorhanden. Dann  entwickelte sich der Ort zu einer wichtigen mittelalterlichen Stadt mit gotischem Dom. Es war ab 1683 Standort des ‘Immerwährenden Reichstags’ des Heiligen Römischen Reichs bis zu dessen Ende 1806. Das Haus, in dem die  Reichsstände  tagten, kann besichtigt werden. Das Barockzeitalter prägte die Stadt mit Bauwerken… So weit so gut, Regensburg entwickelte sich im Laufe der Jahrhunderte ähnlich wie andere historische Städte in Deutschland.

In einer ruhigen Straße in der Nähe des Domes gibt es eine Kirche, die aus dem Rahmen fällt und die in kein Schema passt, die Schottenkirche St. Jakob bzw. das Schottenkloster. Die Skulpturen des Eingangsportal sind ganz anders als die anderer Portale, seien sie romanisch oder gotisch, sie kommen aus einer fernen Bilderwelt mit Wurzeln in der keltischen Kultur auf den britischen Inseln. Was veranlasste die iro-schottischen Mönche, sich im 11. Jahrhundert in Regensburg niederzulassen und eine Kirche nach ihrem Geschmack zu bauen?

Ein Name wird genannt: Marianus Scotus, geboren in Irland, gestorben in Ratisbon (Regensburg). 1067 verließ er seine Heimat, um eine Pilgerfahrt nach Rom anzutreten, so in einem Artikel.  Und dann heißt es: Wie so viele seiner Landsleute, die den Kontinent besuchten, traf er die Entscheidung, sich in Deutschland anzusiedeln und nicht mehr nach Irland zurückzukehren. Gefiel es ihm in Regensburg besser, war dort das Wetter, das Bier besser? Marianus Scotus gehörte jedenfalls bereits zur zweiten Welle von iro-schottischen Mönchen in Deutschland, er war einer von vielen, allerdings ein Gelehrter, sein Name wurde überliefert.

Die Mönche der ersten Welle traten die ‘Peregrinatio pro Christo‘ ein paar Jahrhunderte früher zur Zeit der Merowinger an, sie bekehrten die heidnischen Germanen zum Christentum, gründeten Kirchen und Klöster, sie hießen Gallus, Columban, Kilian, Bonifatius…

Kamen die ‘Peregrini’ der zweiten Welle, um nachzusehen, ob die Germanen bei der Stange geblieben waren? In Regensburg ist in einem anderen Kloster St. Emmeram begraben, er gehörte zur ersten Welle der iro-schottischen Mönche.

 

Szopa w salonie 3

Ähnlicher Text vom Łukasz Szopa auf Deutsch HIER

Łukasz Szopa

Alergia nie tylko na piasek

Jest coraz gorzej. Z mężczyznami. Ściślej mówiąc – z ojcami. Ale o tym zaraz, może od początku.

Kilka lat temu rozpisywałem się po niemiecku nad pewnym fenomenem. Chodziło o place zabaw, tu niedaleko, na granicy Kreuzbergu i Alt-Treptow. Jest tu taki fajny plac zabaw, nad kanałem, na wyspie „Lohmühleninsel“ – mojej drugiej naj-ulubionej wyspie Berlina. I chodziło, oczywiście, o mnie. O mnie, siedzącego sobie na placu zabaw, i obserwującego, a i próbującego czytać gazetę. W ostatnim czasie gazet czytam mniej, tym bardziej niemieckich, przerzuciłem się znów bardziej na książki. Ale gdzie ten mój wątek… Aha! No więc lubię, a i wtedy lubiłem, czytać na placu zabaw. Duże, szerokie ławki, słoneczko, kanał, a wrzask dzieciarni czy wyścigi bobby-car to pestka. Przyzwyczaiłem się od niezliczonych wizyt z moimi dziećmi (daaaawno temu…, jakieś cztery czy pięć lat już będzie…), udowadniając – nieskromnie zauważę – że nie tylko kobiety zdolne są do multitaskingu. Że również ja jako facet potrafiłem czytać gazetę, popijać latte machiato, zerkać na jedno-dwoje z własnych dzieci, plus rocznego szkraba, który kluczył między moimi butami, sprawdzając, co zawierają fugi między płytami chodnika. Wreszcie, nie dosyć tego, potrafiłem w tej równoległości obserwować, powiem nawet szczerze – podglądać (!) – kobiety.

No właśnie, dlaczego kobiety? Bo lubię. Ale też iż… niemal nikogo innego nie było.

Obecnie robię podobnie, choć dzieci na plac zabaw już zaciągnąć się nie da. Chodzę z lekturą, z kawką, to czytam, to zerkam na jedną to drugą panią, zmieniam układ „noga na nogę“ (przy tym nadal sprawdzając, czy jakieś baby nie pałęta mi się pod nogami). I tak mam szczęście, że nikt nie zaczął podejrzewać mnie o pedofilstwo: facet + bez dziecka + gazeta + zerka zza gazety. Ale ja naprawdę tylko na piękne kobiety jako przeplataniec do intelektualistycznej lektury – których piękno właśnie na placach zabaw ma swój szczególny charakter. Dużo bardziej pociągający niż ruch kobiecego ciała na dyskotece, na plaży, czy w galerii handlowej. Te kucania po przewrócony rowerek, to schylanie się po łopatkę, ten bieg za brzdącem, który próbuje forsować płotek nad kanałem… Czysta erotyka, te wypięte pośladki, falujące nieregularnie biusty, włosy na wietrze, dłonie formujące wieże w piachu…

Ale dosyć już o pięknie i wdziękach. Ile można. Przerzućmy się na… statystykę (choć zostaniemy przy kobietach). Znów, jak lata temu, postanowiłem sprawdzić – ile mamy tu na placu kobiet, a ilu – mężczyzn. Pora była dobra: bo południe, czyli praktycznie brak mylących statystykę grup z przedszkoli (są na obiedzie). I jak wyszło? Osiem do dwóch. Wliczając mnie – ale ja się nie liczę, czyli osiem do jednego. Hmmm, proporcje dla panów zainteresowanych paniami lepsze niż dla cywila w jakimś kraju w stanie wojny czy w tureckim żeńskim hamamie na Kottbusser Tor (ale to inna historia – jak się tam dostałem…)!

Co gorsza – jest gorzej. Gorzej niż lata temu, gdy procentowo ilość męskiego rodzica, opiekującego się przed południem własnym dzieckiem, była nawet wyższa. I mówimy to w sumie o placu zabaw i dzielnicy, gdzie równouprawnienie powinno niemalże szaleć: tradycja lewicowo-alternatywna, mieszkańcy (nie licząc Turków, choć też tylko ich części) głównie zatrudnieni w freelancerskich branżach turystyczno-restauracyjnej czy medialno-informatyczno-hipsterskiej (o ile nie studenci) – więc idelne warunki do w miarę równego podziału nie tylko dziennego czasu na macierzyński i tacierzyński, ale i – co się z tym łączy – równouprawianego podziału ról, zadań a i kierunku i nasilenia „kariery“ – czy po prostu balansu między życiem rodzinnym, prywatnym (to nie zawsze to samo! he he…), a zawodowym.

Czy jest sens rozpisywać się nad tym, że faceci nie gorzej niż kobiety potrafią grzebać w piasku? Gonić za rowerkami? Zmieniać pieluchy i karmić (butelką! co do piersi to, przyznam, słabo mi to szło). Okej, okej, co do samej ciąży, a i porodu to nadal kobiety mają pewien niemalże monopol, i nie będę nikomu doradzał, kiedy należy odłączyć dzidziusia od piersi (albo i smoczka) – to za niebezpieczne ideologicznie tematy!… Ale plac zabaw? W dodatku w czasach, gdy trudno znaleźć szorstką powierzchnię czy ostry kant (nie to co nasze, metalowe podblokowe „place“ w Polsce swego czasu!), a łykany piasek pewnie zdrowszy od niejednego kleiku? Gdzie ci panowie? Gdzie ci ojcowie? Za słaby zasięg WiFi? A może brak im tupetu i ambicji, by powiedzieć:

– Ja też!

Albo:

– Ja też mogę z dzieckiem na plac zabaw!

Albo:

– Ja idę z dzieckiem na plac zabaw, potrafię nie gorzej od ciebie (a latte machiato wypij sama)!

Albo:

– Wolę na plac zabaw, świeże powietrze i piękne widoki!…

A może to… matki i kobiety im nie pozwalają? Uważając, że to jednak ich monopol i specjalizacja? Czyżby może to ich zazdrosny strach przed „pięknymi widokami“?…

Nie wiem.

Ale jest gorzej. Kobiety przejmują już nawet męskie domeny!!!

Widzę to nieopodal, zerkając popołudniami na murawę boiska tureckiego klubu piłkarskiego Anadolu Umutspor Kreuzberg (gdzie nota bene przez rok mój syn też kopał w piłę, jako lewy obrońca). Tam też niejedna „Mamma“ i „amme“ dopinguje swoje potomstwo (nie tylko męskie) niemniej ostro i entuzjastycznie niż ojcowie, dodając co chwila fachowe komentarze, jak się ustawić i komu podawać. Z tym że ojców też już mniejszość… Co tu dużo mówić – Untergang des Morgenlandes!…

Albo też, jeśli już potrzeba racjonalnego wytłumaczenia: Dowód, że odzieciałych mężczyzn nęka już nie tylko alergia na piasek, ale i na trawę.

In Marokko

Monika Wrzosek-Müller

Überall in Marokko sieht man das Foto mit dem Porträt vom König Mohammad VI., er begrüßt die Menschenmassen auf dem Flughafen und lächelt auch in vielen Hotels von der Wand der Lobby herab; in den kleinen Raststätten hängt er obligatorisch an der Fassade. Auch in manchen Läden findet man sein Bild, eigentlich immer das gleiche Porträt, gleich am Eingang. Es schaut und lächelt uns ein, etwas fülliger, ernster Mann an, freundlich und distanziert, etwas unglücklich aber würdevoll. Diese Omnipräsenz ist am Anfang gewöhnungsbedürftig, fast unheimlich, genauso die wiederholten Erklärungen des Reiseführers, dass der Monarch dem Volk so viel Gutes täte. Denn wir leben ja im 21 Jh., absolutistische Monarchien sind passé, und Gesten des Paternalismus, dass hier eine Schule gebaut und dort eine Frauenkooperative eröffnet wird, gehören in Europa der Vergangenheit an. Doch nach längerem Aufenthalt und genauerem Hinschauen ändert sich die Beurteilung des Monarchen etwas, auch die Perspektive. Auf jeden Fall handelte er sehr weise, als die Ausläufer des arabischen Frühlings Marokko erreichten und er dem Land vorsorglich eine neue, liberalere Verfassung verpasste und offen den religiösen Extremismus kritisierte. Viele neue Projekte entstanden in der Zeit, es wurden Schulen gebaut und die Beschäftigung der Frauen gefördert. Er sorgt auch für Ordnung, Sauberkeit und Sicherheit (das mit der Sicherheit, ist nach dem letzten Blog-Beitrag über Marokko nicht so offensichtlich), die man auf jedem Schritt und Tritt erlebt. Natürlich ist der König der größte Nutznießer der Entwicklung des Staats. Sein Vermögen ist legendär (er steht auf der Forbes-Liste der reichsten Monarchen der Welt), in jeder größeren Stadt steht ein Palast inmitten von Grünanlagen für ihn bereit; er verdient hauptsächlich an Phosphatminen, Landwirtschaft und vielen Unternehmungen von ONA.

Und doch müssten wir eigentlich zufrieden sein, dass es so jemanden gibt, der sich um Ordnung und Fortschritt kümmert und dafür sorgt, dass keine Flüchtlingswellen aus Marokko nach Europa überschwappen.

Im letzten Blog beschrieb ich den Weg in den hohen Atlas, doch es gibt auch noch die wunderschöne Atlantikküste, die wahrscheinlich noch mehr Touristen anlockt. Agadir haben wir uns gespart, die Hotelburgen und die Touristenmassen, aber nach Essaouira sind wir gefahren, in eine Sehnsuchtsstadt, eine atemberaubende Atlantikküste mit Nebel, Wind, Möwen und Wellen. In eine wunderschöne kleine Medina, so groß, dass sie noch authentisch wirkt, und so klein, dass man sich darin nicht verliert. Wir sind durch die Farbenpracht der kleinen Häuser mit den kobaltblauen Türen und ihren zahlreichen Geschäften gegangen, vorbei an vielen Cafés, und haben einen Flair der Freiheit, Sonne pur und Unbeschwertheit erlebt, dass sich wahrscheinlich immer nur von außen so anfühlt, aus der Entfernung. Die Weite der Strände erinnerte sie an die Bretagne, aber es war noch weiter, keine Buchten, keine Begrenzung, unendlich, es war Ebbe und der Ozean hatte sich zurückgezogen, überließ die freie Fläche den Wandernden, Joggern, weit draußen den Surfenden. Im März war es noch nicht so heiß, die Sonne kämpfte sich langsam durch die Nebelschwaden, der starke Wind wehte sogar durch die verwinkelte Medina. Es gab Pferdekutschen für Touristen und die Möwen wurden gefüttert, damit sie da blieben, wo sie Hitchcock für seinen Film wollte, der in Essaouira gedreht wurde. Jetzt aber kamen die Möwen über den Türmen der alten portugiesischen Festung für sie, sie nahm den Geruch der Meeresalgen und der Fische, des Wassers wahr. Es war viel los und es herrschte aber auch eine gewissen Stille, die sie nur an der Atlantikküste erlebt hatte, wo das Meer alles mit seiner Größe überschattet und schluckt. Die bunten Fischerboote lagen im Hafen, auf dem Fischmarkt sah man ganz außergewöhnliche Meerestiere, Meeresungeheuer.

Vom Land her kam eine andere Größe: die Sanddünen fingen hinter dem Strand an, sie sind bepflanzt mit Kiefern und Wacholdersträuchern, aber immer ragten zwischendurch nackte Sandstellen hervor. Den Hauch der Sahara, der Wüste, spürt man in Essaouira. Man atmet ihn mit dem feinen Sand ein, der manchmal von der Sahara herübergeweht wird, in Italien Scirocco genannt, hier ganz nah an der Quelle war es derselbe Wind, er trug aber viel mehr Sand, feinen Staub von der Wüste heran, manchmal rötlich, öfters gelblich-beige.

Die Landschaft im Hinterland ist sehr karg. Kaum Vegetation, keine Getreidefelder, dafür aber das sog. Gold von Marokko, d.h. Arganöl; das heiß begehrte Öl, in der Kosmetik und der Nahrungsmittelindustrie hoch geschätzt. Ein Öl, das alle Parameter erfüllt, nicht fett aber fettend, mit vielen wertvollen Stoffen, Mineralien angereichert ist. Es hat einen ganz feinen, nissigen Geschmack. 30 Kg Arganfrüchte werden für ein Liter Öl benötig, das erklärt auch den hohen Preis des Öls. Das Gebiet, in dem die Arganbäume wachsen, ist relativ klein, sie wachsen nur dort und sonst nirgendwo auf der Welt; die Versuche, die Bäume in anderen Regionen und Ländern zu pflanzen (Israel und Saudi Arabien) scheiterten, daher stehen die Bäume unter Naturschutz. Einige Tausend Familien ernähren sich durch die Bearbeitung von Arganfrüchten. Es ist nämlich sehr kompliziert, das Öl zu gewinnen, es kommt nicht aus der Nuss sondern aus ganz feinen und kleinen Samenplättchen in der Nuss der Frucht. Das Knacken, Bearbeiten und Auspressen der Samen wird den Frauen überlassen. In letzter Zeit arbeiten in Marokko die Frauen organisiert in Frauenkooperativen. Der wirklich hohe Preis des Öls kommt auf jeden Fall den Frauen zu gute. Den Baum erkennt man von Weitem an dem Grün, das etwas anders ist als das der Olivenbäume, und an der sehr ausladenden Gestalt. Die in der Presse verbreiteten Fotos von den Ziegen auf den Bäumen sind teilweise falsch, die Ziegen steigen selten so hoch auf die Zweige der Bäume, es sind die Bauern, die sie dort aufstellen, damit die Touristen sie fotografieren; wahr ist, dass die Ziegen die Früchte der Arganbäume lieben und sich von ihnen in den heißen, trockenen Monaten ernähren.

Die Frauenkooperativen arbeiten nicht nur an der Herstellung von Arganöl; Frauen sammeln die gelben Safranfädchen auf den Krokus-Feldern, sie weben auch die meisten Teppiche. Bekannt sind auch Pflanzen-Zentren z.B. für Kakteen, die auch von Frauen geführt werden. Diese Projekte werden von der Frau des Königs unterstützt und propagiert.

Inzwischen hat der König noch ein fortschrittliches Gesetz erlassen; über die Zahl der Nachfolgefrauen entscheidet jetzt die Hauptfrau, wenn sie nicht einverstanden ist, darf sich der Mann keine anderen Frauen mehr nehmen. Für unsere Ohren hört sich das unglaubwürdig an, ist aber in Marokko Realität. Doch man sieht im Straßenverkehr auch Frauen hinterm Steuer und in manchen Läden (leider wenigen) arbeiten sie auch. Allgemein ist aber die Stellung der Frau immer noch prekär.

Zum Schluss noch die Frage der Berbersprache. In vielen Regionen Marokkos gibt es jetzt Straßenschilder in drei Sprachen: Arabisch, Französisch und Berber; sie sehen wunderbar bunt aus, denn Arabisch wird rot auf orange geschrieben, Französisch grün auf blau und Berberisch in noch anderen Farben, immer wieder in neuen Variationen. Das Tamazight hat es auch in Marokko zur Amtssprache gebracht, wird an manchen Schulen unterrichtet. So sprechen viele Kinder in Marokko gleich drei Sprachen, die sehr kompliziert und völlig unterschiedlich sind. Die Berber-Sprache hat eine an griechische Lettern erinnernde Schrift, sehr kompliziert und verwinkelt, doch eigentlich pendelt sie zwischen arabisch und französisch. Das Problem besteht nur darin, dass es in Vergangenheit nie eine Schriftsprache von Berberisch gegeben hat. Sie existierte in mündlichen Überlieferungen, wurde zum Sprechen benutzt, in ganz vielen Dialekten, die die Bergvölker oder Tuareg benutzt haben; doch alte Quellentexte oder Poesie gibt es in der Sprache fast gar nicht. Es waren erst die Franzosen, die sich der Sprache annahmen und versuchten sie zu systematisieren und die Schrift festzulegen, die Grammatik und Phonetik zu beschreiben.

Eine interessante Reisebeschreibung über Marokko bietet das Buch von Edith Wharton „In Marokko. Vom Hohen Atlas nach Fès – durch Wüsten, Harems und Paläste“. Sie reiste noch in der Zeit, als es in Marokko keine Touristen gab, beklagte das Fehlen jeglicher Reiseführer und sah die Magie, Anziehungskraft, Buntheit von Marokko aber auch die Lethargie der Menschen in der sengenden Sonne, die Bettler und die Armut der Bevölkerung. Sie bewunderte Paläste, die damals noch existierten (sie reiste während des Ersten Weltkriegs), Bauten, die die Franzosen vor dem Verfall gerettet haben sollen. Da sie auf Einladung des französischen Generalresidenten Lyautey das Land bereiste, musste und wollte sie positiv über ihn berichten; vielleicht war er aber auch wirklich so bemüht, die alten Kulturschätze der Architektur und arabischen Bauweise zu erhalten; Tatsache ist, dass die neuen Bauwerke der französischen Administration meistens außerhalb der alten Medinas entstanden sind und somit diese nicht zerstört haben. Viele Medersa/Madrasa wurden restauriert und dank den Franzosen der ursprünglichen Bestimmung wieder zugeführt (als Koranschulen). Die Mederse Ben Yousef in der Medina von Marrakesch ist inzwischen ein Museum, wurde 1999 vollständig restauriert, sie bietet ein wunderschönes Beispiel der maurischen Architektur.

Die Wharton reiste noch auf unbefestigten Straßen, besuchte einige Harems, konnte Kamel- und Dromedar-Karawanen auf den großen Plätzen sowohl in Meknès als auch in Marrakesch bewundern, sie erlebte Marokko pur, auch einigen Zeremonien im Sultanspalast in Rabat wohnte sie bei; sie beschreibt eindrucksvoll die Schlichtheit der Gewänder der königlichen Familie und die übertriebene Fantasie, Glanz und Prunk der Gewänder und die komplizierten Frisuren der Lieblingsfrauen des Sultans, die Tänzer, Musiker und anderen Künstler. Ihr Bild der Frauen in Harem ist erschütternd, sie waren sehr jung, sehr unglücklich, saßen teilnahmslos auf Diwanen, wurden bedient und bewegten sich kaum; die Unterhaltung durch den Dolmetscher stockte, sie hatte immer den Eindruck, dass sie wie Spielzeuge, Puppen behandelt wurden. Bei ihren Beschreibungen spürt man die Überheblichkeit der westlichen, zivilisierten Dame, die wissend aber doch von oben herab die Zustände beurteilt. Doch die Beschreibungen sind intelligent und interessant, sie sieht das Land mit völlig fremdem Blick und kann nur mit Staunen die Realität betrachten.