Poezja – Poesie – Poetry / Hölderlin

Wpis po niemiecku. Beitrag auf Deutsch. Post in German.

Rozpoczynam nowy cykl na niedzielę. Chciałabym przypominać tu wiersze, o których nie sposób zapomnieć, a których przecież nie pamiętamy. Na razie poprzestanę na naszych trzech głównych językach – angielskim, niemieckim i polskim. Główną część każdego wpisu będzie stanowił utwór w języku oryginału i jego recytacja, jako linki dodam – w miarę możności – teksty wierszy w dwóch pozostałych językach.

Hoelderlin_1792Zaczynam od Hölderlina czytanego przez Stéphane Hessela (1917 – 2013), autora manifestu Indignez-vous!  współczesnego patrona ruchu Occupy, ruchów protestu w Hiszpanii, Grecji, Francji i Portugalii i wszystkich Oburzonych.

Wpis ten dedykuję mieszkańcom Istambułu i Turcji, którzy zaczęli od protestu w obronie drzew, potem wydawało się, że chodzi im o zmianę polityczną, a dziś już wiadomo, że
walczą o godne ludzkie życie.

Wersja polska:        Hyperion-pol
Wersja angielska:   Hyperion-Engl

Stéphane Hessel spricht Hyperions Schicksalslied von Friedrich Hölderlin im Herbst 2010

Friedrich Hölderlin (1770 – 1843)

Hyperions Schicksalslied

Ihr wandelt droben im Licht
Auf weichem Boden, selige Genien!
Glänzende Götterlüfte
Rühren euch leicht,
Wie die Finger der Künstlerin
Heilige Saiten.

Schicksallos, wie der schlafende
Säugling, atmen die Himmlischen;
Keusch bewahrt
In bescheidener Knospe,
Blühet ewig
Ihnen der Geist,
Und die seligen Augen
Blicken in stiller
Ewiger Klarheit.

Doch uns ist gegeben,
Auf keiner Stätte zu ruhn,
Es schwinden, es fallen
Die leidenden Menschen
Blindlings von einer
Stunde zur andern,
Wie Wasser von Klippe
Zu Klippe geworfen,
Jahr lang ins Ungewisse hinab.

Dies wurde 1871 von Johannes Brahms vertont: Schicksalslied Op.54
Instrumente: zwei Flöten, zwei Oboen, zwei Klarinetten, zwei Fagotte, zwei Hörner, zwei Trompeten, drei Posaunen, Pauken, Streicher und ein SATB Chor (sopran, alt, tenor, bas).

Ich bin nicht tot – Nie umarłem

Ewa Maria Slaska
Lalka / In fremden Schuhen

groby-pocztowkaJuż kilka dni temu, zapowiadając dzisiejsze otwarcie wystawy, umieściłam tu wpis z wierszem Michała Anioła po polsku, niemiecku i włosku. Ich bin nicht tot – Nie umarłem.

Ta wystawa to zwieńczenie moich zainteresowań cmentarzami, które datują się chyba od… zawsze. Już jako dziecko… już starożytni Rzymianie… Groby i cmentarze.

Coś było kiedyś po raz pierwszy, ale co? Kiedy? Były spacery w Gdańsku, gdzie las łączył się z cmentarzem na Srebrzysku. Szliśmy do altany Gutenberga…

lasByły cmentarze niemieckie we Wrzeszczu, te o których potem pisał Günter Grass we “Wróżbach kumaka”, ale najpierw byłam ja. Ja! Opowiadanie nazywało się w zależności od okoliczności albo “Lalka” albo “W cudzych butach” i są tam cmentarze przy Alei Zwycięstwa. Już pod koniec XVIII wieku gdańskie parafie zaczęły zakładać cmentarze wzdłuż obsadzonej lipami Wielkiej Alei. Były to cmentarze katolickie św. Mikołaja, Kaplicy Królewskiej, św. Józefa i św. Brygidy oraz cmentarze ewangelickie św. Katarzyny i Najświętszej Marii Panny. Ich usuwanie rozpoczęło się w 1966. W latach 1970-1972 na miejscu czterech z tych cmentarzy został utworzony miejski park Akademicki o powierzchni około 9 ha. Zachowane zostały, bądź zaadaptowane ciągi komunikacyjne będące alejami cmentarnymi oraz pozostał starodrzew cmentarny.

politechnika-cmentarzeTu fragmenty tego opowiadania, całe jest tu: LALKA

Jest też wersja niemiecka (fremdschuh). Wszystkie zostały kiedyś gdzieś opublikowane, a wersja niemiecka była wielokrotnie czytana w radio. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem zarobków.

Ewa Maria Slaska
Lalka
(fragmenty)

Idziemy na cmentarz – Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać dowoli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. (…) Adolfa jest tylko niemiecką lalką znalezioną w schowku pod schodami, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.

Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.

– A jeśli siedzi tam upiór – mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier – jest blady, przezroczysty, ma długie lodowatozimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też – dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

PS. Zdjęcia / Fotos  Anna Kuzio, Marianna Lorenz & Archiv (Archiwum)

Durch den Gang und am Ende links…

chmura1Achtung, auf Wunsch des Künstlers wurde der Text stark gekürzt. Ich finde es Schade, aber…

Ewa Maria Slaska

(…)

(…)

(…)

(…)

chmura3(…) Himmel voller Licht und Wolken (…)  Es ist Abend. Ich weiß es. Jemand hat mich letztens informiert, dass wenn die Strahlen nach unten gehen, ist es Sonnenuntergang, weil bei einem Aufgang gehen sie logischer grammatikalischer Weise eben auf.

chmura4 copyEs gab auch Porträts. Die waren nicht schlecht. Eigentlich waren sie sehr gut. Aber ich kann mich nicht zerstreuen und nicht zerstreuen lassen. Was zählt, sind die Wolken.

Ach ja, der Maler. Der heißt Bernd Beierlein. Ich habe seine Bilder während des Tages der offenen Ateliers am 2. Juni in Schöneberg gesehen. In einem alten Atelier und in einem neuen. Dort wird er Maltechniken unterrichten. Eigentlich erst seit September, aber man kann sich schon jetzt melden oder gar anmelden.

berndbeierlein [at] web.de

Man kommt in das Haus rein, geht in die 2. Etage rauf, dann durch den Gang und am Ende links…

chmura2Da sind die Wolken.

5 czerwca 1898 roku urodził się Federico García Lorca. Zginął rozstrzelany 19 sierpnia 1936 roku. Miał 38 lat.
NOKTURN SCHEMATYCZNY
tłum. Irena Kuran-Bogucka
Koper, żmija i półcień.
Ślad, aromat i trzcina.
Ziemia, wiatr i samotność.
O księżyc wsparta drabina.

Kenia V

Persische Gattin das letzte Mal aus Kenia: Vor der Abreise

Naturpark

Es sind schon fast zwei Wochen vergangen, seitdem wir nach Kenia gekommen sind und ich erwische mich dabei, dass ich davon träume, hier für immer zu bleiben. Für immer den herrlichen Blick auf das Ozean haben, die Lufttemperatur von etwa 28 Grad, und die Sonne die über 300 Tage im Jahr scheint.

Heute fahren wir zu dem Rene Haller Natur Park und ich werde wieder an den unfruchtbaren Boden der Tatsachen geholt. Aus dem Tuc Tuc sehe ich eine mit einer hohen Mauer umzäunte Siedlung. Auf der Mauer hat man Stacheldraht und Glassplitter angebracht, um die wohlhabenden Einwohner vor  Einbrechern zu schützen. Ein Kenianer in Uniform und mit einer Waffe ausgestattet, patrouilliert das Gelände. Für immer hinter einer Mauer mit Stacheldraht zu leben? Eine schauderhafte Vorstellung. Als eine Mzungu, eine Weiße in Kenia hätte ich gar keine andere Wahl. Und so muss ich mich von meinen Träumen, in Paradies zu leben, verabschieden.

Wir steigen aus dem Tuc Tuc vor dem Tor des Rene Haller Natur Parks, der 1999 nach einem Deutschen benannt wurde. Rene Haller war ein bekannter Wissenschaftler, seine Spezialgebiete: Renaturalisierung und Ökologie. Der Abenteurer hat in 50. Jahren in Tansania am Fuß des Kilimandscharo eine Kaffeeplantage aufgebaut, um danach in Kenia bei der Industriefirma “Bamburi Cement” den Posten des Leiters der Landwirtschaftsabteilung zu übernehmen.

Als Rene Haller 1970 das Experiment ” Natur Park” begonnen hat, stand er vor einer einige Quadratkilometer großen Steinwüste. Nach Hunderten von Rückschlägen hat er endlich erschaffen, was heute eine der größten Attraktionen Kenias ist. Eine  Dschungel, in der heute zahlreiche Nilwarane, Krokodile, Zebras, riesige Schildkröten, Antilopen, Affen leben. Vor allem aber die zwei hier lebenden Nilpferde ziehen viele Touristen an. Die Vielfalt an Pflanzen ist atemberaubend.

HipposxEs ist unglaublich, dass das Experiment – ein Paradies mit wilden Tieren und bunten Vögel – geglückt ist, denn das Areal ist nur etwa 500 Meter von der Zementfabrik und etwa 100 Meter von einem riesigen Einkaufszentrum entfernt.

Reifen und GiraffenxSchon vor dem Eingang begrüßen uns zwei frei laufende Giraffen, ein Stück weiter, die Riesenschildkröten, die sich in der Sonne wärmen und uns an starren. Bei dem Eingang zahlen wir die Eintrittsgelder – es sind 15 Euro pro Person, die Einheimischen zahlen aber nur ein Bruchteil davon, sonst wäre der Eintritt für die Mehrheit unerschwinglich.

Ein paar Schritte vor dem Eingangstor entfernt, auf einer schönen Wiese, fotografiert sich eine Hochzeitsgesellschaft. Die Frauen in den bauschigen, mit Glitzer besetzten Kleidern sehen in dieser Umgebung abstrakt aus. Es bringt sicherlich etwas Geld, wenn die reichen Kenianer, ein Teil ihrer Hochzeit hier feiern dürfen.

Krokodil 1xWir gehen weiter einen Pfad entlang zu den Krokodilen, eine Mücke sticht mich, ich töte sie, auf der Haut meines Oberarms merke ich verschmiertes Blut. Bis jetzt habe ich mir keine Gedanken wegen der trophischen Krankheiten gemacht, wir wurden in Deutschland gegen Gelbfieber geimpft und in unserem Koffer liegt eine Packung Malaron gegen Malaria. Jetzt wird mir aber etwas mulmig, was wenn die Mücke infiziert war? Erwache ich morgen mit hohem Fieber, schmerzenden Beinen, zitternd, mit Schweißausbrüchen?

Ich versuche die Gedanken zu verscheuchen und beobachte die Krokodile, die unbeweglich mit geöffneten Mäulern im Grass liegen. Ein Mitarbeiter des Parks kommt auf uns zu und informiert uns, dass gleich die Giraffen gefuttert werden. Wir eilen in die gezeigte Richtung und erblicken die majestätischen Tiere mit den enorm langen Wimpern, ihr Gehege hat keinen Zaun, eine Seite ist mit alten Autoreifen versperrt. Ein Wächter verkauft kleine Tütchen mit Futter, die Touristen futtern die Giraffen selbst.

Giraffe 1xIch erblicke die Tiere, wie sie auf uns zu rennen. Eine junge Giraffe steck ihre Zunge heraus um aus meiner Handfläche das Futter abzulecken. Es ist ein unglaubliches Gefühl die raue Zunge der Giraffe auf meiner Hand zu spüren. Ein kleines Äffchen bettelt um das Futter, ich beuge mich zu ihm, es nimmt das Futter, wie ein Mensch, direkt aus meiner Hand. Ich freue mich wie ein Kind.

Wir gehen hinter dem Wächter her, jetzt werden die Nilpferde  gefuttert. Man warnt uns das Gehege nicht zu betreten, Nilpferde sehen nur so niedlich aus, sie können aber sehr gefährlich werden. Fast eine Stunde schauen wir verzaubert zu, wie die Hippos das Futter mit den großen Mäulern mampfen, und wie die kleinen, flinken Schurken-Affen ihnen das Essen vor der Nase klauen.

Bombolulu

Am nächsten Tag wollen wir das Bombolulu Kultur Zentrum besichtigen, das 1969 von der Vereinigung der Körperbehinderten gegründet wurde. Auf einem umzäunten Gelände befinden sich Häuser, Werkstätte, ein Kindergarten und vieles mehr, was den vielen behinderten Menschen aus ganz Kenia ermöglicht, ein normales Leben zu führen. Vor allem werden hier blinde und taubstumme Menschen beruflich ausgebildet.

Schmuck-WerkstattxWir zahlen den Eintritt und werden von Mahmud, der fast blind ist und eine dicke Brille trägt, durch das Gelände geführt. Mahmud klagt, dass  die Weltwirtschaftskrise auch diese Einrichtung nicht geschont hat. Vorher haben hier sehr viele Menschen gearbeitet, sie sind nun entlassen worden. Es gibt nicht genug Anfragen nach der Ware, die hier produziert wird. Viele behinderte Kenianer mussten in ihre Dörfer zurück.

Wir besichtigen die Werkstätte und tatsächlich: es wird hier nur wenig gearbeitet. Nur eine Schneiderin näht in einem großen Raum, alle übrigen Nähmaschinen sind unbesetzt. Es gibt nur wenige Kunden die hier Kleidung bestellen. Auch in dem Rollstuhl- und Fahrradwerkstatt sitzen die Arbeiter in den bestellten, aber nicht abgeholten Rollstühlen, und lassen sich gerne, aus Langeweile, von mir ablichten.

Nur in der Schmuck- und Lederwerkstatt läuft die Arbeit wie früher. Schmuck und Lederware finden immer noch ihre Abnehmer. In der Schmuckwerkstatt begeistern mich Ohrringe und Armbänder, die aus Coca-Cola- oder Sprite-Dosen gemacht werden. In der Lederwerkstatt muss ich an das kommunistische Polen denken, als ich auf der Wand ein Bild von Stalin und die Aufschrift: “Quality starts with you!” erblicke.

Quality - LederwerkstattxAuf dem Gelände befindet sich ein Restaurant, Mahmud führt uns dahin und bei den Getränken wird uns eine Tanz-Show angeboten, obwohl wir die einzigen Touristen sind. Etwa 10 junge Kenianer singen und tanzen nur für uns. Es ist schön zu sehen mit welcher Freude, sie ihre traditionellen Tänze vorführen.

Tanzen 1xAli der Kameltreiber

Am Abend gehen wir zum Strand, um uns von dem Ozean und auch von Kenia zu verabschieden. Morgen kehren wir in das kalte, regnerische Deutschland zurück. Ein hochgewachsener Mann fragt mich, ob ich mit seinem Kamel eine Runde drehen möchte, damit das Tier sein Futter verdienen kann.

Ali und Kamel 2x

Ich blicke zu dem Kamel hoch, ich sehe das Brandmall des Besitzers auf der gutmütigen Schnauze und willige ein. Ich schaukele gemächlich auf dem Rücken des Kamels, der Jackie Brown heißt, und mein persischer Mann unterhält sich mit Ali. Ali erzählt, dass er aus Somalia stammt und ist wirklich froh, dass er dem Bürgerkrieg und dem Hunger mit seiner Frau und zwei Kinder entfliehen konnte. Er ist hier zwar nur ein einfacher Kameltreiber, aber muss nicht mehr um das Leben seiner Söhne zittern. Das Kamel gehört ihm nicht, noch nicht, aber er ist zuversichtlich, dass er Jackie Brown, wenn er genug Geld beisammen hat, dem Besitzer abkaufen kann. Ali zündet sich seine Feierabend-Zigarette, blickt zu mir hoch und lächelt breit. Ich schaue zum Wasser und sehe junge Kenianer, die fröhlich im Wasser oder am Strand spielen und möchte dieses Bild von Kenia behalten.

Am nächsten Tag in der Morgendämmerung werden wir mit einem Bus zum Flughafen nach Mombasa gebracht. Ich bin seltsam traurig, als ich aus dem Fenster blicke, und Sätze wie “Afrika wird dich verzaubern” oder “ein unvergessliches Paradies” schießen mir durch den Kopf. Ich ertappe mich dabei, dass ich in Sätzen wie aus einem Reisekatalog denke und schäme mich. Doch genau das empfinde ich – Afrika hat mich verzaubert, verhext, und ich weiß – ich werde wieder kommen.  “Jambo, jambo, Africa yeti, acuna matata”.

Kenia IV – Safari und die Massai

Persische Gattin

JeepKHeute fahren wir auf Safari, zu einem von unserem Hotel 150 Kilometer entferntem Safari Camp in dem Tsavo Park. Schon um 6 Uhr morgen treffen wir, zusammen mit etwa 10 weiteren Teilnehmer den Reiseführer. Wir fahren mit einem klimatisierten Bus, jedem wird zur Begrüßung eine Flasche Wasser ausgehändigt.

Der Reiseführer, ein etwa 40-jähriger Kenianer, spricht natürlich ein paar Fremdsprachen, drunter selbstverständlich auch Deutsch. Mit viel Humor und einer unglaublichen Leichtigkeit erzählt er Geschichten über die “Big Five”: den Elefanten, den Nashorn, den Leopard, den Büffel und den Löwen. Diese Klassifizierung hat mit der Größe der Tiere nicht zu tun, sondern wurde von den Jäger festgelegt – ausschlaggebend waren die Schwierigkeiten bei der Jagd. Der Reiseführer warnt von unbekümmerten Verhalten während des Safaris. Man darf den Jeep nicht verlassen, in der Savanne leben wilde Raubtiere, es sind keine Hauskatzen. Um diese Warnung zu unterstützen, erzählt er die Geschichte der Menschenfressers. Im Jahre 1898, als die Briten die Uganda-Bahn gebaut haben, die von Mombasa über Nairobi bis zu der kenianischen Grenze führt, wurden 28 indische Arbeiter von nur zwei Löwen gefressen. Die Briten haben Arbeiter aus Indien geholt, da sie schon Erfahrung bei dem Bau der indischen Bahn hatten. Die Geschichte der armen, von Löwen verspeisten Inder wurde sogar in Hollywood verfilmt, der Film heißt: “Der Geist und die Dunkelheit”.

Vor dem Tor des Tsavo-Parks verlassen wir den klimatisierten Bus und werden den Jeep´s zugeordnet, in jeden solchen Geländewagen mit offenem Dach passen 6 Leute, der Beifahrer und der Fahrer, der gleichzeitig auch die Rolle eines Safari-Guides übernimmt.

Bevor wir losfahren, platzt in den Wagen ein junger Kenianer und mit viel Witz preist er Safari Hute an. Die Hute sind schlecht genäht, und sehr kitschig – mit den Giraffen-, oder Nashorn-Prints, aber schon nach ein paar Sätzen verspüre ich das Bedürfnis den Hut zu besitzen. Ein Hut kostet 15 Euro, was sogar in Deutschland überteuert wäre. Ich muss aber zugeben, dass der Junge die Hute so geschickt vermarktet, dass er in jedem europäischen Land bestimmt Karriere in Marketing gemacht hätte. Ich kaufe den Hut, und rede mir ein, dass ich auf diese Weise den armen Kenianer helfe. Es ist nur eine Ausrede, um mein schlechtes Gewissen zu beruhigen, denn ich spüre, dass ich mich wieder wie das “weiße Fleisch”, welches man austricksen kann, behandeln lasse.

Mein persischer Mann geht mit dem Problem viel natürlicher um. Er kauft nur etwas ab, wenn es ihm wirklich gefällt, dafür spricht er aber mit den Menschen, erfährt etwas über ihre Probleme, sie fühlen sich dadurch wertvoller, und er erntet viel Respekt, an welchem ich auch teilnehme. Sogar die Beach-Boys am Strand lassen mich in Ruhe, wenn ich ihnen mitteile, dass ich “Mama Mohammad” bin. Es ist mir auch klar, dass nur eine kleine Gruppe Kenianer Profite macht, und zwar die, die Zugang zu den weißen Touristen hat. Das Land ist korrumpiert, und es herrscht Klan-Denken. Zuerst werden die Leute aus dem eigenen Klan versorgt. Mit den selben Gedanken schlagen sich bestimmt die Hilfsorganisationen rum: wie kann man Afrika am besten helfen? Welcher Art soll die Hilfe sein? Dieses Problem löse ich bestimmt nicht. Dafür beschließe ich weiter, Suaheli zu lernen, da ich sehe, dass es mir nicht nur Spaß macht, es bringt mich auch den Kenianer näher.

Im Camp habe ich gleich Gelegenheit dazu. Mitten in der Savanne werden für uns Tische aufgestellt, weiße Tischdecken flattern in der leichten Brise, und es wird ein 3-Gänge Menü serviert. Ich bestelle bei dem Koch auf Suaheli: “Kuku tafadhali” – “Den Huhn bitte“. Und schon leuchten seine Milchweißen Zähne in einem breiten Lächeln. Der Koch möchte wissen woher ich komme und wir unterhalten uns eine Weile.

Rote ErdeKNach dem Essen fahren wir weiter, und das erste Mal im Leben sehe ich rote Elefanten. Die Tiere wälzen sich in der Erde (die Erde des Tsavo-Parks ist rot), um die empfindliche Haut vor der glühenden Sonne zu schützen. Es macht mich glücklich die Elefantenherde zu beobachten. Ich rufe den Elefanten zu: “kommt her, kommt näher”, da ich ein Foto knipsen möchte – und bereue es sofort. Plötzlich setzt sich einer der Elefanten in Bewegung und rennt auf unseren Jeep zu, die Erde bebt unter dem Kolos. Mein Mann schreit: der Elefant, er rammt uns gleich! Der Fahrer startet den Wagen und wir fahren los. Glücklicherweise ist der Elefant zu faul, um uns zu verfolgen und nach paar Schritten bleibt er stehen. Wir kommen mit einem Schrecken davon, der Fahrer erklärt lachend, dass die Elefanten gerade sehr reizbar sind, da sie sich in Paarungszeit befinden. Als wir ein paar Minuten später eine Löwen-Familie unter einem Baum sehen, niemand möchte näher rankommen, obwohl die Löwen mit dem Nachwuchs sehr friedlich aussehen.

SlonKAbends, nach einem königlichen Abendessen gehen wir in unsere Zelte. Die Zelte, was mich wieder vom Hocker haut, sind luxuriös ausgestattet: es gibt zwei Betten, einen Schrank und einen Stuhl alles in Kolonialstill, es gibt auch Strom und in Bad flauschige Handtücher, duftende Seifen, eine Toilette und Dusche.

Da ich noch nicht schlafen will, gehe ich mit einer Taschenlampe raus aus dem Zelt und denke, falls die Löwen oder Elefanten oder noch schlimmer Büffel unseren Camp angreifen, werden mir die Wächter, die das Gelände Tag und Nacht patrouillieren, schon Bescheid sagen. Ich leuchte mit der Taschenlampe in die Dunkelheit und plötzlich sehe ich dutzende glänzenden Augen, die mich aus der Dunkelheit anstarren. Es sind die Gazellen, die an der Wasserstelle nahe dem Camp sich in Sicherheit vor den Raubtieren fühlen. In der Nacht raschelt es und knurrt neben dem Zelt, und mein Mann kann nicht schlafen, ich selber höre aber gar nichts und schlafe wie ein Stein.

Die Massai

Am nächsten Tag fragt uns der Fahrer und Guide in einer Person, ob wir einen Massai-Dorf besichtigen wollen. Ich will es unbedingt, da ich das Buch “Die weiße Massai” in Erinnerung habe, und will mit eigenen Augen sehen, was die Autorin an dem Volk so fasziniert hat, dass sie ihr geregeltes Leben in der Schweiz hinter sich gelassen hat, um mit einem Massai-Krieger in einer Hütte aus Kuhmist zu leben.

Massai FrauenKAls ich das Dorf erblicke, verstehe ich sofort, dass so eine Beziehung zum Scheitern verurteilt sein musste, und staune über die Naivität der “weißen Massai”.

Die Manyattas, die Hütten, die von Frauen aus Kuhmist gebaut werden, sind niedrig und dunkel. Es gibt eine Feuerstelle in der Mitte und einen Schlafplatz. In der Ecke hausen Hühner.

In der Mitte des Dorfes erblicke ich schmutzige Plastikeimer mit fermentierender Milch. Es gibt so viele Fliegen, dass man den Eindruck hat, die Milch ist schwarz.

Ein junger Massai in traditioneller Kleidung führt uns durch das Dorf und antwortet bereitwillig meine Fragen (die restlichen Teilnehmer der Gruppe sind schockiert wegen der hygienischen Umstände und schweigen entsetzt). Der junge Krieger erzählt von der Bedeutung der Tiere für sein Volk. Sie besitzen vor allem Ziegen, aber auch einige Kühe. Er sagt, dass die Massai  glauben, alle Tiere in der Welt ihnen gehören. Und wenn sie Tiere anderer Stämme zu sich holen, es ist kein Diebstahl, sie nehmen  nur zurück das, was schon ihnen gehört, Ich muss schmunzeln, als ich es höre, da ich an das Buch von Henryk Sienkiewicz “W pustyni i w puszczy” (Durch Wüste und Wildnis) denken muss. Eine der Figuren im Buch ist ein junger Afrikaner Namens Kali, der behauptet: wenn Kali ein Kuh klaut – es ist gut, wenn eine Kuh dem Kali gestohlen wird – sehr schlecht. In Polen heißt es seitdem “Das Kali Moral”.

Massai KriegerK

Die Massai führen uns vor, wie man Feuer macht – indem sie zwei Holzstücke gegeneinander reiben und Elefantenmist darunter legen. Schon nach ein paar Sekunden fängt es an zu brennen. Ich probiere es auch, und es gelingt. Die Massai tanzen für uns ihre traditionellen Tänze: die Frauen heben rhythmisch die Schulter und der riesige Halsschmuck zuckt mit: nach oben und nach unten, die schlanken, jungen Krieger springen so hoch, wie sie es schaffen, manchmal über ein Meter. Sie sind graziös und schön mit ihrer Krieger-Bemalung, dem bunten Schmuck und der glänzenden Haut. Und das erste Mal kann ich etwas die weiße Massai verstehen, da auch an mir ein junger Krieger in einem weißen Kanga-Tuch “klebt” und trotz der Anwesenheit meines Mannes schöne Augen macht. Zuerst  fühle ich mich geschmeichelt, dann aber gewinnt die Vernunft: Der junge Krieger versucht nur sein Glück – es ist gut mit einer Mzungu, einer Weißen, liiert zu sein, denn in deren Augen sind wir alle enorm reich.

Massai KinderKPlötzlich gesellen sich uns die Kinder – sie sind so hübsch und so fröhlich! Ich mache ihnen unzählige Fotos und sie haben viel Spaß dabei, sich selber auf dem Display der Kamera zu sehen. Ich merke, dass ihre kleinen, kurzgeschorenen Köpfchen von einem Pilz befallen sind, sie riechen auch etwas nach Schmutz und Urin. Erst jetzt wird mir klar, dass es in der Umgebung keine Wasserstelle gibt, und dass die Frauen das Wasser jeden Tag von weitem schleppen müssen. Das Wasser ist zu kostbar, um damit die Kinder zu waschen.

Ich erfahre, dass viele Massai-Kinder zur Schule gehen, so will es die Regierung. Wer das eigene Kind nicht zur Schule schickt, muss eine Strafe zahlen. Die Väter, die alle Entscheidungen in der Familie treffen, weigern sich jedoch oft die Kinder hin zu schicken. Die Kinder bekommen da sehr wenig zum Essen – erklärt mir der junge Massai-Krieger. Bei uns, im Dorf, hingegen haben sie Milch und Fleisch, mindestens zwei Mal am Tag – beteuert er.

Ich habe noch so viele Fragen, die ich gerne den Frauen stellen würde, ich weiß z.B., dass die jungen Mädchen vor der Heiratsnacht immer noch beschnitten werden, aber wenn ich sie anspreche, kichern die Mädchen nur, und die älteren Frauen machen kehrt und verschwinden in ihren Manyattas. Auch die Alten des Dorfes,  als sie uns, die Mzungus, erblicken, spucken mit der Kautabak auf den roten, staubigen Boden und entfernen sich stolz und schweigend.

Fortsetzung folgt nächste Woche…

Sarah Kirsch

Sarah_KirschUmarła już 5 maja, ale do wiadomości podano to  dopiero kilka dni później. Niemiecka Wikipedia natychmiast to odnotowała.
Sarah Kirsch
Polska nie, ale polska w ogóle o niej nie pisze, dlaczego by więc miała coś wiedzieć o tym, że umarła.  Ale poetka nie jest w Polsce nieznana. Na stronie http://www.torun.pl/pl/2007-ewa-lipska-i-sarah-kirsch pojawią się Ewa Lipska i Sarah Kirsch. Obie w roku 2007 otrzymały nagrodę im. Samuela Lindego przyznawaną przez miasta Toruń i Getyngę.

Urodziła się w 1935 roku  w Limlingerode (w latach 1949-1989 była to miejscowość w NRD, gdzie poetka mieszkała do roku 1977). Studiowała biologię na uniwersytecie w Halle, a potem pisanie w Instytucie Literatury w Lipsku. W latach 1958-68 była żoną poety Reinera Kirscha.

Po pozbawieniu obywatelstwa NRD znanego pieśniarza Wolfa Biermanna w 1976 roku znalazła się wśród autorów kontestujących politykę władz, a w 1977 roku opuściła NRD i przeniosła się do RFN.

Debiutowała w 1961 roku i od tej pory ukazało się 19 tomów jej wierszy. Jedna z najciekawszych i najwybitniejszych poetek współczesnej literatury niemieckiej.  Księgarnie internetowe oferują tylko wydania niemieckie, a po polsku ukazało się dotąd tylko kilka jej wierszy w antologii niemieckojęzycznej liryki miłosnej: Ty się pojawiasz jak miłość… (PIW, Warszawa 1987) oraz w prasie literackiej.

Tuż koło białych bratków

stoję w parku tak jak mi kazał
pod wierzbą
rozczochraną staruchą bezlistną
widzisz mówi nie przychodzi

Ach mówię złamał nogę
zadławił się ością nieoczekiwanie
ulicę zamknięto albo
nie może wymknąć się swojej żonie
wiele rzeczy staje nam ludziom na przeszkodzie

Wierzba kołysze się i skrzypi
możliwe że już nie żyje
blady był taki kiedy cię całował pod płaszczem
możliwe wierzbo możliwe
w takim razie miejmy nadzieję że już mnie nie kocha

przełożył Jacek St. Buras

A ja popróbuję sił w tłumaczeniu wiersza, który jest bardzo popularny na youtubie, a po polsku go nie ma:

Die Luft riecht schon nach Schnee,
mein Geliebter
Trägt langes Haar,
ach der Winter,
der Winter der uns
Eng zusammenwirft
steht vor der Tür, kommt
Mit dem Windhundgespann.
Eisblumen
Streut er ans Fenster,
die Kohlen glühen im Herd,
und Du Schönster Schneeweißer
legst mir
deinen Kopf in den Schoß

Ich sage das ist
Der Schlitten der nicht mehr hält,
Schnee fällt uns
Mitten ins Herz, er glüht
Auf den Aschekübeln im Hof
Darling flüstert die Amsel

Powietrze pachnie śniegiem,
mój miły
ma długie włosy,
ach zima,
zima nadciąga,
w zaprzęgu ogarów.
Zima nas połączyła i zbliżyła,
rozsypuje lodowe kwiaty
na oknach
żarzy się węgiel w piecu,
a ty najpiękniejszy mój
Królewiczu Śniegu
kładziesz mi głowę
na kolanach.

Mówię, że to sanie, których
nie sposób już zatrzymać,
śnieg pada w samo serce,
żarzy się jeszcze
w wiadrze popiołu na podwórzu
Och, Darling szepce kos

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

Kenia III – Mombasa

Persische Gattin

Mombasa

Am nächsten Tag “wagen” wir, mein Mann und ich, die Hotelanlage zu verlassen und nach Mombasa zu fahren, um die Stadt auf eigene Faust zu erkunden. Für uns ist es ganz normal, dass wir die Umgebung zu Zweit besichtigen wollen, nicht aber für die anderen Gäste des Hotels. Ein deutsches Ehepaar schüttelt fast synchron den Kopf: “alleine in die Stadt fahren, mit den stinkenden Bussen, das wäre nichts für uns”. Sie entscheiden sich paar Tage später doch Mombasa mit einer organisierten Gruppe und einem von dem Hotel eingestellten Reiseführer zu besichtigen, bricht aber den Ausflug schnell ab. “Die Gassen so schmal und schmutzig, und alles so stinkend – das muss man im Urlaub nun wirklich nicht haben“, erklären sie uns beim Abendessen.

Mombasa4 Nun fahren wir mit einem der einheimischen Buse Richtung Mombasa. Immer wieder steigt jemand zu, der Bus ist  fast voll. Wenn man aussteigen möchte, klopft man an die Blechwand des Busses und der Fahrer hält abrupt am Straßenrand an.  Gerade ist ein Ehepaar eingestiegen: eine Frau mit zwei Kinder, die aus den um den Körper der jungen Mutter gewickelten Tüchern hängen, und ihr Mann. Der Kassierer – ein flotter und frecher, junger Kenianer, der an jedem Zwischenstopp neue Passagiere anwirbt, hat nun keinen Sitzplatz und muss in gebückter Haltung in dem fahrendem Bus stehen. Später erfahren wir, dass die “Bus-Kassierer” genau wissen, wo Polizeikontrollen stattfinden und sich vor so einem Kontrollpunkt  zusätzlicher Passagiere, für welche es keinen Sitzplatz gibt “entledigen” . Die rausgeschmissene Kenianer nehmen das aber mit einer stoischen Ruhe und warten einfach auf den nächsten Bus.

Mombasa6Der “Bus-Kassierer” gibt uns das Restgeld aus. Er hält die Scheine zusammengefaltet zwischen allen fünf Finger der rechten Hand, so hat er beim Wechseln einen besseren Überblick. Ich gebe der Mutter der Kinder Süßigkeiten für die Kleinen, obwohl ich weiß, dass UNICEF, UNO und andere “Heiligen” es nicht empfehlen, es sei schlecht für die Zähne der Afrikaner. Aber nachdem ich gestern gesehen habe, dass die kenianischen Kinder mit dem erbettelten Geld sofort in den Supermarkt laufen, um sich etwas Süßes zu kaufen, sind mir diese Empfehlungen egal, denn die Herren in den hohen Institutionen kennen Kenia anscheinend nur aus den Statistiken.
Mombasa0
Seit gestern streiten wir uns mit meinem Mann, da ich so sehr mit den Menschen in Kenia Mitleid habe, dass ich am liebsten jedem Geld in die Hand drücken würde. Mein Mann sagt aber, die Leute, die mit Touristen arbeiten, haben hier genug zum Leben. Wenn schon helfen, dann  denen, die wirklich arm sind. Aber mir scheinen fast alle hier sehr arm zu sein.

Mombasa2In dem Bazar von Mombasa vergesse ich die Meinungsverschiedenheiten. Es gibt so viele Farben, so viele Gerüche, so viele Speisen und unzähligen Gewürze – Mombasa war schon vor paar Jahrhunderten ein Potentat in Gewürzhandel. Ich zucke mein Fotoapparat und möchte ein Bild machen… Plötzlich ein Lärm, ein Getümmel – mehrere Frauen schreien, ich merke, dass der Ärger mir gilt.

Mein persischer Mann kapiert als erster, dass die Frauen Moslem sind und nicht wünschen, fotografiert zu werden. Ich stecke das Fotoapparat weg und sage in Suaheli: Pole –  was so viel wie “Entschuldigung” bedeutet, und Saua – was “ok”  bedeutet und deute daraufhin, dass ich  keine Absichten mehr habe, Fotos zu knipsen: Akuna Matata – Kein Problem! Die Gesichter der Frauen erhellen sich: diese Weiße – diese Mzungu – spricht Suaheli!  (was natürlich nicht stimmt). Aber diese paar aufgeschnappten Worte reichen, um die Furien zu besänftigen.  Jede möchte mich in ihr Laden einladen, ihre Stoffe, Töpfe, oder was sie da zu verkaufen hat, präsentieren.

Nach dieser Erfahrung merke ich, dass das Lernen der Sprache ein Mittel ist, um an die Kenianer ranzukommen, und nicht mehr als weißes Fleisch behandelt zu werden.

Mombasa5Wir spazieren durch die Straßen in Mombasa, viel an Sehenswürdigkeiten gibt es hier nicht, obwohl die Stadt mindestens seit 2000 Jahren existiert. An dem Ort, wo sich früher der Sklavenmarkt befand, gibt es nicht Mal eine Infotafel. Außer Fort Jesus – einer Festung, die die Portugiesen gebaut haben, und den Tusk – vier riesigen Elefantenstoßzähnen die die Straße überspannen, ist in der Stadt nicht viel zu sehen. Aber trotzdem macht es Spaß, durch die lebendigen Straßen zu schlendern, die Kenianer bei den Nachmittagsschlaf im Park zu beobachten, die kleinen Läden mit den laut arbeitenden Stromerzeuger zu besuchen, die Jungs in den Schuluniformen, die an den Lianen baumeln, anzufeuern.

Mombasa7Wir gehen in ein Cafe und bestellen zwei Flaschen Cola. In der Ecke brummt ein Fernseher, die Ventilatoren summen an der Decke. Die Ware steht an dem improvisierten Tresen. Die Kellnerin mit einer Netzhaube auf ihrem glatten, schwarzen Haar nähert sich uns langsam mit faulen Katzenschritten. Die Cola ist warm, die drei riesigen Kühlschränke, die an der Wand stehen, funktionieren nicht. Nach ein paar Minuten verlassen die letzten Gäste das Cafe, eine der Kellnerinnen sammelt Zuckerdosen von den Tischen, die zweite gesellt sich zu ihr. Sie schütteln den Zucker auf die Handflächen und lecken es kichernd ab, sie tuscheln und wieder wird der Zucker geschüttelt und abgeleckt. Wir fragen wie viel sie in dem Cafe verdienen – 300 Schilling (etwa 3 Euro) am Tag. Obwohl die Mädels ständig mit Touristen in Berührung kommen, gibt mein Mann ihnen, trotz seiner Vorsätze,  ein gutes Trinkgeld.

Mombasa3Wir gehen in die Altstadt, an den kleinen Gassen gibt es Läden mit alten Möbel, Antiquitäten, Handwerk: Sandalen, Holzschnitzerei und Fischläden – in welche Katzen rein und raus spazieren, Fischköpfe und Innereien essen, oder einfach auf dem Betonboden schlafen, und niemand vertreibt sie. Die Verkäufer sind  nicht darauf bedacht “den weißen Mann” zum Kaufen zu zwingen, wie die Beach Boys, die Preise sind für uns genauso hoch (oder besser niedrig) wie für die Einheimischen. Wir gehen in einen Schuhladen, um Sandaletten zu kaufen. Der Verkäufer lächelt uns an, und als er merkt, dass wir handeln wollen, reibt er die Hände und feilscht mit meinem Mann mit großen Vergnügen. Ich beobachte, wie mein persischer Mann und der Sandalenhändler aufgeregt und sichtlich vergnügt sich miteinander unterhalten, und denke, dass man dieses Kenia aus der Perspektive der Hotelanlage nicht zu sehen bekommt.

Es ist später Nachmittag und wir müssen aber in die Hotelanlage zurück.

Affe

Angekommen  mache ich die Balkontür auf und sehe das erste Mal die Affen.  Die Hotelangestellten  haben uns vor ihnen gewarnt, dass sie in die Zimmer kommen und auf der Suche nach Essbarem, alles verwüsten, und dass man sie nicht futtern soll. In diesem Moment ist es mir aber egal und ich futtere die Äffchen. Die stärkeren und größeren Exemplare nehmen den Kleinen oder den Mütter mit Kleinkinder die Bananen weg, schlagen sie und jagen weg. Das holt mich wieder an den Boden der Tatsachen – wir sind in Kenia – Kenia ist kein Zuckerschlecken. Hier kämpft man ums pure Überleben.

Fortsetzung folgt in einer Woche…

Lokomotive

Manfred Mack fragte mich auf dem Facebook: Liebe Ewa, darf man etwas verrücktes aus Hessen auf Schwäbisch nach Berlin schicken zusammen mit einem lieben Gruss? Ich versuchs mal.

Serdecznie

Manfred

Und ich: Klar!
Na dann, mal sehen:


xxxx
Also Lokomotive auf schwäbisch von Julian Tuwim (1938) auf Deutsch, Schwäbisch und in einer Paraphrase von unserem heutigen Autor.

Möchte man mehr von ihm wissen – siehe Manfred Mack.
***
Und hier noch in gelesener Form die Lokomotive auf Deutsch und Polnisch:

Kenia II – Carlos

Persische Gattin in Kenia:

Carlos

Ein Vormittag lang faulenzen wir in der Hotelanlage, doch es wird uns schnell langweilig am Pool und wir beschließen, zu dem naheliegenden Einkaufszentrum zu fahren, wir wollen ein Moskitonetz kaufen. Im Hotel rät man uns, einen Taxi zu nehmen, doch wir wollen so fahren, wie die Einheimischen – und zwar mit einem Tuc Tuc.

Tuc Tuc

Als wir das von den Wächter bewachte Tor der Hotelanlage verlassen, warten schon vor dem Zaun die Beach Boys und bieten ihre Dienste an, sie werden uns gleich einen günstigen Tuc Tuc rufen. Einer davon – er will,  dass will ihn Carlos nennen, obwohl er in Wirklichkeit Hamisi heißt –  möchte uns unbedingt begleiten, so nehmen wir ihn mit dem Tuc Tuc mit. Carlos erklärt, wieso er so heißen wollte:  er mag Fußball spielen, und einer der Spieler, den er verehrt heißt nun Mal Carlos. Alle im Dorf kennen ihn jetzt schon bei diesem Namen, nur seine Mutter nennt ihn noch Hamisi.

Carlos 1

Vor dem abgezäunten Gelände des Einkaufszentrum stehen uniformierte Beamten, mit einem Metalldetektor scannen sie unsere Körper und Taschen. Wir gehen in das Einkaufszentrum rein. Es überrascht uns die Fülle des Angebots – hier gibt es alles, wovon die meisten Kenianer nur träumen können.  Man verkauft überwiegend Produkte aus Europa oder aus der USA, die dementsprechend auch sehr teuer sind, teurer als in Deutschland. Im ersten Stock, in der Möbelabteilung gibt es auch Moskitonetze.  Carlos begutachtet ein großes Bett in Kolonialstill, und staunt,  dass ein Bett 400 Euro kosten kann. Mein Mann klärt ihn auf – das Bett kostet 4000 Euro, und Carlos ist aus dem Häuschen.

Geschäfte (2)

Wir laden Carlos zum Eis essen ein. Im Restaurant wirkt Carlos plötzlich verloren und schüchtern.  Er hat es vom draußen zwar gesehen, aber war noch nie drin. Unter den summenden Ventilatoren sitzen meistens Weiße. Es gibt ein paar Pärchen – das Muster ist gleich: ein Weißer Mann, meistens über 60 in Begleitung einer jungen, viel zu jungen kenianischen Frau, die mit einem traurigen, nachdenklichen Gesicht,  an ihrem Orangensaft nippt und Hamburger mit Pommes verzehrt.

Carlos erzählt, dass er gerne mit den Computer arbeiten würde, aber er besitzt keinen Schullabschluss , obwohl er zur Schule gegangen ist, und ohne einen Abschluss will ihn niemand einstellen. (Es gibt Schulpflicht in Kenia, wer die Kinder nicht zur Schule gehen lässt, zahlt Strafe). Wir fragen, wieso sich Carlos nicht um einen Job in einem der zahlreichen Hotels der Nordküste bemüht – er ist schlau genug, er würde es bestimmt schaffen. Aber um an die heißbegehrten Jobs in den Hotels zu kommen, muss man schmieren. Der Mittelmann nimmt um die 200 Euro, und die hat Carlos nun nicht. Carlos Mutter wohnt in einem Dorf, an der Straße nach Malindi. Er hat zwei kleinere Geschwister und keinen Vater. Die Familie wird von Verwandten unterstützt: sie bringen Essen – Polenta, Erbsen, so leben sie –  er, seine Mutter und seine Geschwister. Der Vater von Carlos ist bei einem Unfall gestorben. Groß gestikulierend erzählt Carlos von dem Unfall – der Vater war  Fahrer eines Jeeps, er brachte die Touristen auf Safari. Eines Tages lief ein Elefant über den Weg, sein Vater wollte ausweichen und dann Bumm! Der Vater war auf der Stelle tot, und zwei englische Touristen mit ihm, nur ein weiterer Tourist hat es schwer verletzt überlebt.

Die Kellnerin mit dem Eis erscheint, von nun an isst Carlos schweigsam, genießt das italienische Eis. Mir bleibt das Eis im Hals stecken, die Geschichte des Unfalls erschütterte mich.

Doch als der Eisbecher aufgegessen ist, sagt Carlos offen und mit einem schelmischen Lächeln –  wenn ein afrikanischer Mann einen vollen Bauch hat, denkt er nicht mehr an die Arbeit. Voller Bauch – sonst gar nichts braucht man um glücklich zu sein. Wir müssen wieder schmunzeln, mein Mann und ich.

Als die Kellnerin mit der  Rechnung erscheint, ist Carlos sehr aufgeregt – 800 Schilling (umgerechnet 8 Euro) für die drei Portionen Eis! Für dieses Geld könnte eine Familie drei Tage lang sich satt essen – Polenta, Gemüse, sogar Fisch! Mir wird es wieder mulmig, als ich es höre. Und ich denke darüber nach, dass es vielleicht besser wäre, Carlos etwas Geld zu geben, statt ihn zum Eis einzuladen. Doch mein Mann ist da anderer Meinung: es wäre abwertend und herzlos, dies zu tun. Carlos hat uns begleitet, so muss er auch mit uns das Eis genießen. Nach weiterem Grübeln muss ich ihm Recht geben, doch das mulmige Gefühl verlässt mich nicht.

Bananenverkäufer

Wir entscheiden uns zurück zum Hotel zu Fuß zu gehen. Meine Füße in den Flip Flops sind in kurzer Zeit mit der matschigen, roten Erbe verklebt, es ist Regenzeit, in der Nacht hat es stark geregnet. An einem Stand, direkt an der Straße, wollen wir ein buntes Tuch kaufen. Der Verkäufer informiert  Carlos, dass das Tuch für in 400 Schilling kostet, und für uns, die Weißen, 600. Jetzt verstehe ich, wieso man uns  – “das weiße Fleisch” nennt, aus welchem man versucht so viel Geld wie es nun geht  auszuquetschen. Carlos ist auch empört – die Preise sollen für alle gleich sein, beteuert er. Er schielt zu einem anderen Stand, auf welchem  grüne, etwa 20 Zentimeter lange Zweige mit spärlichen Blättern liegen. Er begrüßt den Verkäufer, die Jungs scheinen sich gut zu kennen. Ich will wissen wozu diese grünen Zweige gut sind. Es ist Miraa – erklärt Carlos. Man kaut die Zweige, dann spuckt man die zerkaute Masse aus,  es ist, wie bei Zigaretten, das Zeug macht abhängig.

Das bunte Treiben auf den Strassen

Im Hotel angelangt geben wir Carlos etwas Geld –  für die Polenta. Carlos fragt, ob ich etwas Kleidung hätte, was ich ihm geben würde, er würde gerne seiner Mutter  ein Geschenk machen. Obwohl ich nicht sicher bin, ob das Geld für die Polenta bestimmt ist  und nicht für Miraa, und ob die Klamotten tatsächlich bei der Mutter landen, packe ich eine Tüte voll mit Blusen und Pullis und überreiche die Tüte Carlos. Carlos geht, sichtlich zufrieden – heute hat er ein gutes Geschäft gemacht.

Fortsetzung folgt in einer Woche

Lügenmuseum

Heute ist der Jahrestag der Bücherverbrennung. Ich schrieb schon darüber in diesem Blog und nicht nur hier. Mehr darüber morgen und heute ein anderes Thema: Lüge…

LeafInsectFür uns, Menschen erzogen in der idealistischen katholischen Kommunismus, war eine Lüge etwas Unerhörtes und zugleich Unvermeidliches. Im privaten Leben war es schlichtweg eine Sünde. Man lügte nicht. Bis heute wundere ich mich, wenn ich sehe, dass jemand lügt. Im offiziellen Leben, wo man gezwungen war, sich mit dem Staat und seinen Institutionen zu konfrontieren, war eine Lüge eine Notwendigkeit, von der wir wussten, Gott denke genauso wie wir, und sie ist gar keine Sünde.

320px-Fresco_with_Trompe_l'oeuil_-_Andrea_Pozzo_-Jesuit_Church_Vienna

Andersrum aber Augentäuschung, Verspielen, Illusion, Luftperspektive und geometrische Perspektive, Bildnisse der Personen, deren Augen uns anschauen, egal wo wir stehen… Orgel mit den Sturm- und Engelpfeifen, Schauspieler, die tatsächlich wie Richard III aussehen und wirken… Ja, die Kunst, eine große Lüge, nichts als Lüge, göttliche Lüge, die uns zu Menschen machte. Und dann erst die Natur – die Tiere, die wie Blumen aussehen, Seegurke, Seelilie und Seeanemone. Mimikry, Nachahmung. Tarnung, Anpassung. Mimese. Camouflage. Laute Lügen überall.

gatza

Passende Literatur dazu gewünscht? Bitte sehr, “Der Augentäuscher” von Mathias Gatza – ein wunderbares, skurilles, lustiges Buch, das ich jedem angehenden Doktor in der deutschen Wissenschaftlandschaft stark empfehle.

Super Bild, nicht wahr? Mehr in einem Album von Dariusz Kacprzak: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.399531373391859.102442.100000050002703&type=1

Phantastische Nacht im Lügenmuseum zum internationalen Museumstag

Museen haben normalerweise einen Zweck. Man füttert sie mit sinnvollen Sammlungen und darf auf Zuschauer hoffen. Hier nicht! Im Lügenmuseum ist ja sowieso alles anders. Künstler konstruieren natürlich andere Museen: „Maschinen zur Belustigung und anarchische Apparate im ironischen Leerlauf. Die Besucher erwartet ein geheimnisvoll blinkendes, ja exotisch kühnes Rampenwerk, das sogar Marsianer und Extraterrestrische fasziniert und ins Land geholt haben muss – denn wie hätte es sonst …“ schreibt Christoph Tannert Leiter des Künstlerhauses Bethanien Berlin.

Wenn das Tageslicht nicht mehr durch die Fenster scheint, dann fangen die Lichtinstallationen an, die Räume zu verzaubern. In vergessenen Koffern sind Habseligkeiten und Überraschungen als kleine Welten mit großer Zärtlichkeit inszeniert. Augenweiden die daran erinnern, dass das Leben eine Reise ist. Die Koffer sind gepackt, künstlerisch beladene Wagen stehen zur Abfahrt bereit. Ist es eine Reise ins Nirgendwo? Ausgangspunkt für die neue Ausstellung im Lügenmuseum war ein Traum: Während eines Interviews fuhr der Künstler mit einer Journalistin in einer Straßenbahn.
Ein Kommentar regte ihn auf: „Eine Lücke in der Geschichte“. Meinte sie die Lücke der Bildenden Künstler aus dem Untergrund Ostdeutschlands in den Museen der Bundesrepublik, die in der heutigen Kunstgeschichte einen Sonderstatus beanspruchen oder…? Das war zu eng. Wenn schon, dann: „Eine Lücke im Universum, durch die Seele schlüpfen kann, um in andere Welten zu reisen.“
Nach diesem Traum entstanden Installationen in Koffern, eine Forschungsreisen durch den Souvenirhandel exotischer Länder. Über Stock und Stein, mit Licht und Klang führt der Weg über Himmelsleitern in andere Welten. Heute noch leben Geister in weit gereisten Geisterhäusern, die sich als Reiseführer anbieten. Auf dem fliegenden Teppich können Traumziele erreicht werden. Das Labyrinth der Erinnerungen führt auf seinen verschlungenen Pfaden über tiefe Abgründe. Die Psychedelic Maschinka, ja das ganze Museum dient der Bewusstseinserweiterung.

Ist das Lügenmuseum eine Beleidigung des „guten“ bürgerlichen Geschmacks oder ist es ein Pilgerort ewiger Glückssucher, weil Schönheit, wo sie nicht zu finden, wenigstens erfunden wurde? Vertraut es dem Stocken des Atems und der Autonomie der Betrachters als ein Freiflugschein für die Phantasie? Verdanken die Besucher ihr Betrachterglück der Fähigkeit, das Museum so mit Leichtigkeit aufzuladen, dass es magisch glüht?

Zur Phantastischen Nacht des Lügenmuseums können sich die Besucher ein eigenes Urteil bilden.

11. Mai 

21 Uhr musikalische Taschenlampenführung
Fünf nach zwölf Mitternachtsführung

12. Mai

15 Uhr musikalische Taschenlampenführung
Lügentee und orientalisches Gebäck

Historischer Gasthof Serkowitz, Kötzschenbrodaer Str. 39, 01445 Radebeul

Geöffnet: Ferien & Feiertage, Sa & So 13 – 18 Uhr
Richard v. Gigantikow Tel. 0176 – 99 02 56 52

www.luegenmuseum.de info@luegenmuseum.de