Przemiany (Wandlungen)

Dariusz Kacprzak Przemiany / Wandlungen

auf deutsch siehe: wandlungen-in-stettin

GPS_18596 CorinthLovis Corinth, Odyseusz i Nauzykaa, 1918, litografia, papier, 378 x 507 (453 x 561), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa, zorganizowana przy współpracy Fundacji Ernsta Barlach w Güstrow, prezentuje wielowątkową panoramę sztuki niemieckiej drugiej połowy XIX i pierwszych dekad XX wieku. Sztuka ta rozwijała się w wielu ówczesnych centrach twórczych – Monachium, Düsseldorfie, Berlinie, Dreźnie, Wiedniu, Stuttgarcie, jak i w wielu odległych od nich koloniach artystycznych, reprezentujących rozmaite tendencje, kierunki i prądy artystyczne – od późnego romantyzmu przez symbolizm, impresjonizm w swej szczególnej niemieckiej odmianie, wyróżniający się na tle europejskim niemiecki ekspresjonizm po właściwy dla kraju nad Renem, Łabą i Szprewą nurt Nowej Rzeczowości.

GPS_18265 NoldeEmil Nolde, Hamburg. Pomost portowy, nie wcześniej niż 1914 (według wersji 1910), akwaforta, akwatinta, gruby papier welinowy, 312 x 412 (450 x 650), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Na wystawie obejrzeć można grafiki wyszystkich wybitnych artystów niemieckich, jak Maks Liebermann, Käthe Kollwitz, Maks Klinger, Lovis Corinth, Maks Pechstein, Maks Slevogt, Emil Orlik, Egon Schiele, Otto Hettner, Emil Nolde, Ernst Barlach, Alfred Kubia, Paul Klee, Alexander Kanoldt.

Autorzy wystawy piszą, że oferują one wędrówkę po zakamarkach niemieckiej duszy, której przewodnikiem mianowany został Ernst Barlach, a ściślej – jego cztery książki opublikowane w berlińskiej oficynie Paula Cassirera. Ich tytuły – traktowane zarówno dosłownie jak i metaforycznie – stały się inspiracją dla autorów polsko-niemieckiego przedsięwzięcia oraz określiły dukt myśli nad wystawą i publikacją: „Przemiany Boga”, „Czas wojny i niedoli”, „Do radości” oraz “Głowa”.

GPS_18226 kollwitzKäthe Kollwitz, Śmierć z kobietą na kolanach, 1920/1921, drzeworyt, papier czerpany, 241 x 287 (340×460), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Grafiki w cyklu „Przemiany Boga” to panteistyczne dostrzeganie Boga we wszelkich przejawach istnienia świata w sztuce – materialnego i duchowego, ludzkiego i pejzażowego. Wśród wybranych kompozycji cyklu „Czas wojny i niedoli” znalazły się charakterystyczne dla sztuki przełomu XIX i XX wieku prace opowiadające o sytuacjach egzystencjalnych, w których człowiek osaczony jest przez niszczycielskie siły fizyczne i moralne. W cyklu „Do radości” umieszczono różnie rozumiane obrazy świata idelistycznego od sielanki inspirowanej kulturą antyczną,  poprzez biblijny raj, po namiastkę raju czyli egzotyczne podróże. W cyklu „Głowa” zaś obok portretów uczonych i artystów znajdują się twarze osób nieznanych, czasem anonimowych.

GPS_18206 OrlikArtyści przełomu wieków nie szukają nowej ideologii, zajmuje ich raczej poszukiwanie nowej formy, która jest najważniejszym wyznacznikiem nowych grup i formacji. Secesja to nie przewrót ideologiczny, to walka o własne, indywidualne, nowe sposoby wyrazu, wyzwolone ze sztywnego gorsetu konwenansu i mieszczańskich upodobań. Artysta szuka inspiracji poza konwencja, w innym miejscu, w innym czasie.

Emil Orlik, Feluka na Nilu,1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby papier welinowy w tonie kremowym, 297 x 199 (399 x 293), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa stanowi swego rodzaju kontynuację projektu „1913. Święto wiosny”, gdyż w dużym stopniu oparta jest na dziełach grafiki zgromadzonych przez Waltera Riezlera, pierwszego dyrektora szczecińskiego muzeum, admiratora i propagatora twórczości współczesnych mu awangardowych niemieckich artystów.

***
Wystawie towarzyszy bogato ilustrowany dwujęzyczny katalog, który prezentuje sylwetki artystów, a poprzez ich losy zarysowuje panoramę życia twórczego w Europie Środkowej na przełomie XIX i XX wieku.

GPS_18245 KanoldtAlexander Kanoldt, Hiddensee IV, 1927, litografia, cienki papier japoński, 303 x 454 (373 x 514), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

 

Mandala (SLO / ENG / D / PL)

zajawka
Lidia Głuchowska

Mandala City Jolandy Jeklin – iskanje dusevnega centra

0weißemandalasNa Veleposlanistvu Republiki Slovenije v Berlinu, trenutno poteka razstava slikarskih in graficnih del Jolande Jeklin, ki je umetniško povezana tako s Slovenijo kot tudi, že 15 let, s Poljsko, pojasnjuje tako:

Slike, katere so predstavljene na tej razstavi, me je navdihnilo vprašanje „Kje je moje mesto, moj dom…?“
V postkomunistični resničnosti smo ponovno postali državljani sveta, združene Evrope. Čas in razdalja sta postali relativni. Meje izginjajo. Pogosto se selim, zato nisem več vezana na nobeno mesto, ne vem niti to, kje je pravzaprav mesto, ki mi je namenjeno. Moj stalno spreminjajoč se dom je postal miselni svet čustev in meditacije, ki mi nudi oporo in svobodo. Mesta, ki jih prikazujem na mojih slikah, so mi blizu. V njih iščem odgovore na vprašanja o svojem smislu in prihodnosti. Verjamem, da imajo v sebi nekaj „posebnega“, nekaj kar si prizadevam izkusiti. Morda se bo izkazalo, da gre pri tem za moje ime, moj cilj in s tem izpolnitev.

Jeklin Jolanda je vsestranska umetnica. Ustvarja slikarska platna v razlicnih tehnikah, kot tudi grafike v tehniki linorezu, pastelne portrete, mozaike in instalacije.

Njene slike zapeljujejo z lahkotnostjo in čutom za okrasja, zato globina ostaja gledalcu sprva prikrita. Predstavljena mesta, skoraj enake podobe svetlečih in oddaljenih, pa vendarle v zgolj nekaj urah dostopnih mest, brez jasno določnih lastnosti, izhodiščnih točk ali meja, dihajo v nemirnem ritmu drsne, tekoče, nomadske modernosti. V podobah, kjer je zajeto vodoravno gibanje morskih valov upodablja kontrapunkt poindustrijskim mestnim okoljem – degradirano, vendar še vedno mogočne in neskončne narave urbanih svetov. Nemirni torzi androgenih oblik predstavljajo metaforo brezimnosti in simbolizirajo pomanjkanje opredelitev trdnega jaza, medtem ko kobaltno modro in turkizno lesketajoče se mandale prikličejo čarobnost orientalnih kopeli ali eskapistične miselne igre in nezemeljska sanjarjenja. Utripajoč navznoter, izpričujejo vztrajno iskanje miru, duševnega središča.

Na videz se med seboj mocno razlikujejo tako, po temi, kot stilu in tehniki obsežna serija del, kot so Mandala in Mesta, so pomemben element te razstave, mentalna vizualizacija procesa na ravni makro in mikro skali. Tako, kot mandala, ima vsako mesto svoj center, svoj vir energije v tem divjem ritmu zivljenja. V poskusu, da bi nasla svoje mesto v zunanji realnem svetu, se hkrati tudi sprasuje o smislu človeškega obstoja, narave naše duhovnosti, poslanstvo v tem postoru in casu.

Jolanda Jeklin mandale steje, kot neke vrste posrednika med nami in vibracijami katere oddajajo in prodirajo v svet okrog nas. Prav tako je lahko medij pri procesu meditacije in koncentracije, iskanje, samo-analiza, biti bližje sebi, svoji notranjosti, iskanje in prepoznavanje ciljev, prave poti, in pri tem spoznavanje kaj nas na nasi poti podpira in kaj nas ovira.

Recept za autorealizacijo s svetom vidi v usklajevanju lastnega mentalnega prostora in sveta okoli nas – na osi “Sinhronizacija … – Motivacija … – Sreca”.

000Warszawa-1Warszawa, 2014, oil on canvas, 100 x 150 cm

Mandala City Jolandy Jeklin – in search of a mental center

00angielskimandaleJolanda Jeklin, artistically bound with Slovenia and – for 15 years now – with Poland as well, explains the genesis of her works which are currently being presented at the Slovenian Embassy in Berlin:

„The inspiration for the paintings presented here was the question: „Where is my place, my home?” In post-communist reality we have once more become citizens of the world, of a united Europe. Time and distance have become relative. The borders are vanishing. Having moved often, I am not bound by any of the places where I stay temporarily, I also don’t know my destination. My mobile home then, has become the mental world of feelings and meditations, which gives me stability and freedom. I’m fond of the cities which I preserve in my paintings; in them, I search for prompts to answer questions about my future, my calling. I trust that maybe they have that „something” that I’m pursuing, and that I have not yet experienced. Something that will turn out to be my aim, my fulfillment…”

Jolanda Jeklin is a versatile artist. She creates both city and marine landscapes in oil, as well as graphic works in linocut or monochromatic blind printing techniques, pastel portraits and even mosaics and installations.

On the semblance enchanting only with lightness and decorative charm, the oeuvre of Jolanda Jeklin also has a something under the surface. The twin-like similar, lambent panoramas of metropolises, which are only a few hours away but nevertheless distant, breath with the rhythm of nomadic, continuous contemporariness – without prominent attributes, points of reference or borders. The horizontal rhythm of the sea waves stopped in time – monotonous, repetitive, perpetual – it reflects in her visual world a counterpoint of post-industrial urbanism – the degraded, but still limitless and powerful nature.

Just as the disturbing torsos of androgenic figures are a metaphor of anonymity and lack a stable definition of the “I”, the feerical, cobalt-turquoise mandalas bring to mind the charm of oriental baths and escapist memories or perhaps dreams. Pulsating with a centripetal rhythm, they also document a persistent search for relief – a mental center.

Her ample cycles of works seemingly so different from one another in terms of topics, styles and techniques, such as ‘Mandala’ or ‘Cities’ which solidify the character of the current exhibition are a visualization of an analogical mental process on the macro and micro scale. ‘Mandala’ and each of the metropolises she presents, they all have their center, a source of energy of the hectic pace of life. In an attempt to picture the process of locating herself in an outside reality, the artist simultaneously asks what the sense of human existence is, the nature of our spirituality and our existence in this ephemeral and changing space-time.

Jolanda Jeklin regards the ‘Mandala’ as a sort of medium between the human and the world which vibrates around him, penetrating him. That is, at the same time, a reference to the process of meditation and focusing, allowing for auto-analysis and a coming closer to one’s own interior or recognizing one’s individual aims, but also to that which helps us fulfill those aims and what hinders us in fulfilling them and at the same time what draws us apart from one another.

As a solution for self-fulfillment in harmony with the world that the artist sees in the coordination of her own mental space and that, which surrounds us “Synchrony… – Motivation… – Happiness”.

000Dynamizm-2Dynamizm, 2010, akryl na płótnie 100 x 70 cm

Jolanda Jelkins Mandala City oder auf der Suche nach dem mentalen Zentrum

00niemieckimandaleJolanda Jeklin, künstlerisch mit Ihrem Heimaltland Slowenien und seit 15 Jahren mit Polen verbunden, erläutert zur Genese ihrer Arbeiten, die derzeit in der Botschaft Sloweniens in Berlin präsentiert werden, Folgendes.

„Die Inspiration für die hier präsentierten Gemälde war für mich die Frage: „Wo bin ich zu Hause, wo ist meine Heimat…?“ In der postkommunistischen Wirklichkeit wurden wir wieder Bürger der Welt, des vereinten Europa. Zeit und Distanz sind überschaubar geworden. Die Grenzen verschwanden. Nun bin ich ständig in Bewegung, an keinen Ort gebunden, ich weiß nicht einmal, wo ich hingehöre und wo der Ort sein soll, der für mich bestimmt ist. Mein Zuhause wurde schließlich die geistige Welt der Gefühle und der Meditation. Sie bietet mir Stabilität und Freiheit. Ich habe eine starke Affinität zu allen hier präsentierten Städten. Sie begleiten mich auf der Suche nach Antworten auf die Frage nach Sinn und Zukunft. Ich glaube, in all den Orten ist etwas verborgen, was mich anzieht und für mich eine Erfüllung sein wird. Etwas, was ich noch nicht erfahren habe…”

Jolanda Jeklins urbanes und maritimes Sujet machen sie zu einer vielseitigen Künstlerin. In ihrem Schaffen finden sich sowohl Ölbilder als auch grafische Arbeiten (Linolschnitt, monochromer Reliefdruck), Pastellporträts sowie Mosaiken und Installationen.

Ihre Malkunst verführt vordergründig nur durch Leichtigkeit und dekorativen Charme. Ihr doppelter Boden bleibt einem zunächst verborgen. Doch ihre zum Verwechseln ähnlichen, schimmernden Bilder von fernen und dennoch binnen weniger Stunden zugänglichen Metropolen, ohne ausgeprägte Attribute, Bezugspunkte oder Grenzen atmen den unruhigen Rhythmus einer gleitenden, nomadenhaften Moderne. Die im Bild festgehaltene horizontale Bewegung der Meereswellen spiegelt im Visuellen den Kontrapunkt der postindustriellen Stadtbilder – die degradierte, aber dennoch mächtige und unendliche Natur.

Während die beunruhigenden Torsos androgyner Gestalten als Metapher für Anonymität stehen und die fehlende Definition eines stabilen Ich symbolisieren, evozieren die kobaltblau-türkis schillernden Mandalas den Zauber orientalischer Bäder oder eskapistischer Gedankenspiele und weltferner Träumereien. Nach innen pulsierend dokumentieren sie die beharrliche Suche nach Beruhigung, nach einem mentalen Zentrum.

Ihre thematisch, stilistisch und technisch scheinbar unterschiedlichen Zyklen wie Mandalas und Städte, die den Charakter der aktuellen Ausstellung prägen, sind Visualisierungen eines analogen mentalen Prozesses in der Mikro- und Makroskala. Jede der dargestellten Metropolen hat – analog zu Mandalas – ihr Zentrum: Es ist die Quelle ihrer Energie und Quelle des hektischen Lebenstempos. Bei ihrem Versuch, sich selbst in der äußeren Welt zu verorten, stellt die Künstlerin gleichzeitig die Frage nach dem Sinn des menschlichen Lebens, nach der Natur unserer Geistigkeit und generell nach dem Sinn der Existenz in der unbeständigen, flüchtigen Raumzeit.

Das Mandala erscheint Jolanda Jeklin als ein Medium zwischen den Menschen und der vibrierenden und sie durchdringenden Welt. Es hat gleichzeitig einen Bezug zu inneren Prozessen der Meditation und Konzentration, die eine Selbstanalyse und die Annäherung an das eigene Innere, das Erkennen der individuellen Ziele ermöglichen sowie einen Bezug zu dem, was bei der Realisierung dieser Ziele hilft, sie gleichzeitig aber erschwert, indem es die Individuen voneinander entfernt.
Ein Rezept für die Selbstverwirklichung im Einklang mit der Welt sieht die Künstlerin in der Koordination des eigenen mentalen Raums mit dem, was uns umgibt – in der Achse „Synchronisierung… – Motivation… – Glück”.

000Horyzont-3Horyzont 2013, olej na płótnie, 70 x 100 cm

Mandala City Jolandy Jeklin czyli w poszukiwaniu mentalnego centrum

00polskimandaleGenezę swoich prac prezentowanych obecnie w Ambasadzie Słowenii w Berlinie Jolanda Jeklin, artystycznie związana zarówno ze swoją ojczyzną, jak i – od ponad 15 lat – także z Polską, wyjaśnia następująco: „Inspiracją do powstania prezentowanych tu obrazów było pytanie: „Gdzie jest moje miejsce, mój dom?…”

W postkomunistycznej rzeczywistości staliśmy się ponownie obywatelami świata, zjednoczonej Europy. Czas i odległość stały się względne. Granice znikają. Często się przeprowadzając, nie wiążę się na stałe z żadnym z czasowo zamieszkiwanych miejsc, nie znam też swego przeznaczenia. Moim mobilnym domem stał się więc mentalny świat uczuć i medytacji, dających mi stabilność i wolność. Miasta, które utrwalam w obrazach budzą moją sympatię, szukam w nich podpowiedzi na pytanie o moją przyszłość i powołanie (il. 1-2/3). Ufam, że być może mają w sobie „to coś”, do czego dążę, czego jeszcze nie doznałam, co okaże się moim celem, spełnieniem…”

Jolanda Jeklin jest artystką wszechstronną. Tworzy zarówno olejne pejzaże miejskie czy marynistyczne, jak i prace graficzne w technice linorytu czy monochromatycznego druku ślepego, pastelowe portrety, a nawet mozaiki i instalacje.

Jej z pozoru urzekające lekkością i dekoracyjnym wdziękiem malarstwo ma i ukryte, drugie dno. Bliźniaczo do siebie podobne, migotliwe widoki dostępnych w kilka godzin, choć odległych metropolii, tchną rytmem nomadycznej, płynnej nowoczesności – bez wyrazistych artybutów, punktów odniesienia i granic. Horyzontalny rytm zatrzymanych w czasie morskich fal z refleksem gwiazd czy słonecznego nieba – monotonny, powtarzalny, nieustanny – odzwierciedla zaś w jej wizualnym świecie kontrapunkt postindustrialnej urbanistyki – degradowaną, lecz ciągle bezkresną i władczą naturę.

Jak niepokojące torsa androgynicznych postaci są tu metaforą anonimowości i braku stabilnej definicji „ja”, tak feeryczne, kobaltowo-turkusowe mandale przywołują na myśl czar orientalnych łaźni i eskapistycznych wspomnień czy marzeń. Pulsując dośrodkowym rytmem, dokumentują one także uporczywe poszukiwanie ukojenia – mentalnego centrum.

Jej z pozoru tak odmienne pod względem tematycznym, stylistycznym i technolo-gicznym obszerne cykle prac jak Mandala i Miasta, wyznaczające charakter aktualnej wystawy, są wizualizacja analogicznego procesu mentalnego w skali makro i mikro. Tak jak mandala, tak i każda z przedstawianych przez nią metropolii ma swe centrum, źródło energii, hektycznego tempa życia. Probując zobrazować proces lokalizowania siebie w zewnętrznej rzeczywistości, artystka pyta jednocześnie o sens ludzkiej egzystencji, naturę naszej duchowości oraz istnienia w ulotnej i zmiennej czasoprzestrzeni.

Mandalę Jolanda Jeklin uważa za rodzaj medium pomiędzy człowiekiem a wibrującym i przenikającym wokół niego światem. Jest to zarazem odniesienie do procesu medytacji i koncentracji, pozwalajacej na autoanalizę i zbliżenie się do własnego wnętrza czy rozpoznanie indywidualnych celów, a także tego, co pomaga w ich realizacji, i co ją utrudnia, oddalając nas jednocześnie od siebie.

Receptę na autorealizację w zgodzie ze światem artystka widzi w koordynacji własnej przestrzeni mentalnej i tego, co wokół nas – na osi „Synchronizacja… – Motywacja… – Szczęście”.

***

http://www.wa.uz.zgora.pl/
http://www.infoserwis.uz.zgora.pl/index.php?mandala-city-berliska-wystawa-prac-jolanty-jeklin-studentki-uz
www.jolandajeklin.com

Poesieprojekt: Poem space mobil

Nicola Caroli (und Ewa Maria Slaska)

By heart – ein Poesieprojekt

Von August bis Dezember 2014 führten die Poesievermittlerin Nicola Caroli und die Künstlerin Karen Brosi den Workshop by heart mit SchülerInnen im Alter von 9 bis 12 Jahren aus 4 Schulklassen durch.

by heart ist ein Gedicht- und Objektbauworkshop basierend auf einem Gedichtaustausch zwischen SchülerInnen und SeniorInnen im Wedding. SchülerInnen von 4 Schulklassen lernen die Lieblingsgedichte von 4 SeniorInnen kennen und führen Interviews mit den SeniorInnen zu ihrem Gedicht durch. Mit der Poesievermittlerin Nicola Caroli  schreiben sie ein Antwortgedicht. Die Gedichte werden aufgenommen und in einer Herzbox, die die SchülerInnen mit der bildenden Künstlerin Karen Brosi bauen, installiert. Die Herzboxen werden in öffentlichen und privaten Räumen und im Rahmen einer Herzdemo mit allen TeilnehmerInnen präsentiert.

Das Ziel des Projektes ist ein Austausch zwischen Generationen, bei dem die Wirkung von einem Gedicht, das man auswendig kennt, oder buchstäblich “im Herzen hat”, im Leben eines Menschen für die SchülerInnen erfahrbar wird.

Ich, Ewa Maria Slaska, war eine der oben genannten Seniorinnen. Als mich Nicola Mal gefragt hat, ob ich mitmachen werde, antwortete ich mit JA. Daraufhin musste ich mein Lieblingsgedicht vorschlagen. Ohne viel nachzudenken nannte ich zwei Gedichte. Erst als ich sie schon genannt habe, sah ich, dass ich generell auf Polen und in letzten Zeiten dazu noch auf Famieliensachen fixiert bin. Beide von mir ausgewählte Gedichte wurden im Deutsch geschrieben, in beiden geht es um meine Heimat – Polen, beide wurden aus dem Deutschen ins Polnische von meiner Mama, Irena Kuran Bogucka, übersetzt, beide habe ich dann in der 2. Nummer der zweisprachigen Literaturanthologie WIR (1995) veröffentlicht. In Deutschland waren sie bekannt, oder mindestens – wenn man wollte, könnte man sie im deutschen Sprachraum finden. Für den polnischsprachigen Raum war es in beiden Fällen die Erstpublikation.

Kaddish von Mascha Kaléko (1942)

Rot schreit der Mohn auf Polens grünen Feldern,
In Polens schwarzen Wäldern lauert der Tod.
Verwest die gelben Garben.
Die sie gesät, sie starben.
Die bleichen Mütter darben.
Die Kinder weinen: Brot.

Vom Nest verscheucht, die kleinen Vögel schweigen.
Die Bäume klagen mit erhobnen Zweigen,
Und wenn sie flüsternd sich zur Weichsel neigen,
Gen Osten wehend ihren trüben Psalm
In bärtiger Juden betender Gebärde.
Dann bebt die weite, blutgetränkte Erde,
Und Steine weinen.

Wer wird in diesem Jahr den Schofar blasen
Den Stummen Betern unterm Rasen,
Den Hunderttausend, die kein Grabstein nennt.
Und die nur Gott allein beim Namen kennt.
Saß er doch wahrlich strenge zu Gericht,
Sie alle aus dem Lebensbuch zu streichen.
Herr, möge der Bäume Beten Dich erreichen.
Wir zünden heute unser letztes Licht.

Das zweite Gedicht war von Martin Pohl

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Nicola wählte das Gedicht von Mascha Kaléko aus. Ich war unsicher, ob es klappen wird, da es doch eine Werkstatt mit Kindern sein sollte. Ich dachte, das Thema vom Kaddisch sei zu ernst für die Kindern, zu traumatisch. Ich hätte viel lieber das Gedicht von Martin Pohl genommen.

Die Schülerinnen haben das Gedicht gelesen und darüber diskutiert, ob sie selber oder in der Familie solchen schwieriegen Problemem begegnet sind. Sie sprachen über den 2. Weltkrieg und Adolf Hitler, über den Balkankrieg und über den Bau der Berliner Mauer.
Erst dann wurde ich in die Schule eingeladen. In einem Interview sollte ich von mir erzählen und erklären, weshalb das Gedicht von Mascha Kaléko mein Lieblingsgedicht ist.

Es war Dezember 2014. Im Januar 2015 folgte eine Einladung:

SONY DSC

Präsentation von by heart findet am Donnerstag, 22. Januar 2015, 11.25 Uhr in der Carl-Kraemer-Grundschule.
Im Namen der SchülerInnen der Klassen 5a hat Daniel den Brief unterschrieben.
Ich kam, ich sah und ich hörte. Die SchülerInnen trugen ihre Gedichte vor und präsentierten ihre selbstgebauten Audioobjekte und Zeichnungen aus dem Kunstunterricht.

Erst bei dieser Präsentation habe ich Gelegenheit gehabt, zu hören, was die SchülerInnen selber zu diesem schwierigen Thema geschrieben haben. Trotz meiner ursprünglichen Unsicherheit musste ich feststellen, dass die Sache unglaublich gut geworden ist, um nicht zu sagen – phänomenal! Ich war beeindruckt und begeistert.

Petrija

In Serbien und Kroatien war vier Jahre Krieg.
Serben wollten mit den Kroaten zusammen sein,
in einem Land.
Die Kroaten wollten das nicht.
Der serbische Präsident entschied,
dass die Serben Krieg machen sollten.

Den Apfelbaum meiner Mutter
hat mein Opa ihr geschenkt.
Meine Mutter hat den Apfelbaum wachsen lassen.
Als der Krieg begann,
wurde der Apfelbaum von Raketen beschossen
und ist verbrannt.

Ich bete dafür,
dass der Apfelbaum meiner Mutter wieder wächst.

SONY DSCIrem

Sie haben die Berliner Mauer nachts gebaut.
Sie wurde aus Steinen gebaut.
Es gab zwei Seiten: Ost Berlin und West Berlin.
An der Mauer in Ost Berlin standen viele Soldaten,
so dass die Menschen nicht fliehen konnten.
Die West Berliner wurden gut behandelt.
In West Berlin gab es viel zu essen
und schöne Sachen zum anziehen.
In Ost Berlin haben sie die Menschen schlecht behandelt.
Die West Berliner wollten, dass die Ost Berliner
auch ein gutes Leben haben.
In Ost Berlin gab es wenig zu trinken.
Wenn es regnet, gibt es mehr Wasser.
Das Wasser geht in der Erde
von Ost Berlin oder von West Berlin
in die andere Seite.
Das Wasser macht die Mauer nass.
Wenn es regnet,
regnet es auf beiden Seiten.

Mehmet

Die Städte waren unter Feuer, gelb wie die Sonne.
Das Feuer ist sehr heiß und bewegt sich hin und her.
Und es wird mehr.
Die Menschen hauten ab von den Städten
und die Schuldigen halfen und die,
die den Armen kein Brot oder Essen gaben
verbrannten.
Das Opfer Fest wird helfen,
damit arme Menschen etwas zu essen bekommen.

Mehr ist hier zu finden.

Poesivermittlerin: Nicola Caroli
Projekt-Koordinatorin: Catherine Launay
Bildende Künstlerin (und Autorin der Photos in diesem Beitrag): Karen Brosi

Saligia

Johanna Rubinroth & Kerstin Hering (Foto)

Saligia ist der Akronym der sieben Hauptlastern oder 7 peccata capitalia: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. Es waren Charaktereigenschaften, die im Mittelalter als Ursache vieler Sünden galten und daher manchmal Hauptsünden, Wurzelsünden oder gar Todsünden genannt. Aber es sind Laster keine Sünden!

Sie waren Gegenstand vieler Darstellungen in der bildenden Kunst, in der Literatur und Film, gar in Musik.

Hieronymus Bosch, Sieben Hauptsünden (in den Ecken – Die vier letzten Dinge)

saligiaSo wie oben schreibt die Zeitung Spex, die eine Kultufunktion zu haben scheint, zumindest in Kreuzberg, über das schreckliche Jahr 2014.

In der Fotoserie unten setzen sich zwei junge moderne Künstlerinnen mit den Sieben Todsünden (Hauptsünden) auseinander.

01superbia02avaritiaII03Luxuria04invidia05gula06Ira07acedia

Miasta poza sezonem. Brema / Bremen

Ewa Maria Slaska

Dla Harriet i Karen / Für Harriet und Karen

Oto zdjęcia zrobione w zeszłym tygodniu na słynnej Böttcherstraße w Bremie, obiekty raczej przyziemne, wystawy sklepowe i okna. Jest styczeń i jest wcześnie rano, nikogo nie ma, nie tylko turystów nie ma, po prostu nikogo, jeden bezdomny i ja, chodzimy, patrzymy.

boettcherstr (1)x Wejście na Böttcherstraße.  Lichtbringer / Nosiciel światła. Relief Bernharda Hoetgera.

Aus Wikipedia: Die Böttcherstraße ist eine etwa 100 m lange Straße in der Bremer Altstadt, die aufgrund ihrer Architektur zu den Kulturdenkmalen und Touristenattraktionen in Bremen zählt. Die meisten Gebäude sind in der Zeit von 1922 bis 1931 entstanden und hauptsächlich Ludwig Roselius, einem Bremer Kaffeekaufmann, zu verdanken, der Bernhard Hoetger damit beauftragte, die künstlerische Gestaltung zu übernehmen. Die Straße und ihre Gebäude sind ein seltenes Beispiel für die Architektur des Expressionismus. Von den Häusern können mehrere dem Stil des Backsteinexpressionismus zugeordnet werden. Die Böttcherstraße steht seit 1973 als Gesamtanlage unter Denkmalschutz.

boettcherstr (2)x1Böttcherstraße znajduje się na starym mieście w Bremie. Ta stumetrowa uliczka została przebudowana i zabudowana w latach 20 i 30 w stylu ekspresjonizmu niemieckiego (tzw. ekspresjonizm ceglany) na zlecenie zamożnego kupca handlującego kawą i mecenasa sztuki, Ludwiga Roseliusa. Autorem koncepcji urbanistyczno-artystycznej był Bernhard Hoetger. W roku 1973 Böttcherstraße została wpisana na listę zabytków.

Wystawy sklepowe na Böttcherstraße proponują nowatorskie rozwiązania jeśli chodzi o styl życia. A więc – jak się mamy ubierać w roku 2015?

boettcherstr (9)x4Prostota. Niewątpliwie.

Wystrój naszych mieszkań w Berlinie jest pełen kiczu typowego dla modnej dzielnicy Friedrichshain. Berlińskie rokoko jest pełne ozdóbek. Tymczasem w Bremie w witrynach sklepowych królują wyroby rękodzielnicze, których nie wyprodukowano dla nas w Chinach…

boettcherstr (4)x6Klasyczna elegancja z czasów fundatora. Tu sklep z herbatą fryzyjską.

boettcherstr (6)x9Prostota designu z lat 50.

boettcherstr (7)x5Pamięć o czasach świetności.

boettcherstr (13)x8I niespodzianki. Sklepy były zamknięte. Nie wiem, czy można te ryby kupić. Ale na ulicy na pewno robią wrażenie.

boettcherstr (19)x3Tyle od waszej korespondentki z chłodnych miast Północy. Prosta spódniczka, sweterek z golfikiem i, gdy pada deszcz – koniecznie lampa nad głową:

boettcherstr (3)x7

Unser Fest

Aśka & Renka

Auf der Flucht vor Weihnachten hat Aśka (to nie ja, Joasia, to TA KATASTROFA AŚKA!!!) das wichtigste vergessen…

…um doch noch zu erzählen, wie Aśka und Renka den 24. Dezember verbracht haben, schickt Joasia UNSER FEST, als email, als doc, als odt, als pdf, und mit Foto noch dazu… (aber erst am 26. Dezember, als alle Tage schon von anderen Autoren belegt sind – Anm. EMS)

…und im sinne dieser christianischen Vergebung, wo Jesus heute doch 2 Tage alt ist, vergeben wir auch dieser Aśka? (unter uns gesagt ist Jesus schon nicht nur 11 Tage alt, sondern auch schon beschnitten, was die Kirche am Neujahr gefeiert hatte. Aber die Geschichte ist auch mit Verspätung schön und amüsant. Mit ihr geht unser Christmas-Zyklus vorerst zu Ende, es sei denn auch Dorota noch etwas schreibt. – Anm. EMS)

UNSER FEST

RENKA:        Na weil das war so: Aśka kommt nach Hause und schreit:

AŚKA:           „Du, Renka, Rachela, meine alte Mutter, ist einfach abgehaun nach Israel, und hat uns n Hunderter dagelassen, und an der Klagemauer betet sie jetzt, und die denkt noch, dass du hier so n Weihnachten für alle machst, nicht nur für deine Familie, sondern für meine dazu, weil du doch immer alles machst.“

Und RENKA leuchten die Augen:

RENKA:        Jesus, ein ganzer Hunderter in einem Stück, das hab ich seit ich lebe in diesem deutschen Lande, auf Augen nicht gesehen. Das ist doch ein Wunder, das grösste Wunder der Welt. Guck, der Hunderter ist grün! Und das hab ich nicht gewusst.

AŚKA:            Auf einmal wird Renka weiss wie die Wand, weil jetzt muss sie doch machen diese 13 Gerichte, so wie normal man das in der Heimat macht, zu Weihnachten

RENKA:        das ist doch Gottes Geburt und nicht irgend ein Furz.

AŚKA:            Weil Renka, die ist vom Dorf, wo die noch haben heilige Bilder auf allen Wänden, sogar im Flur hinter der Tür

RENKA:        und nur weil wir hier leben entschuldigt nicht, dass es keine 13 Gerichte gibt. Das ist doch ein Muss, weil als ich 12 war, da hab ich den Papst getroffen, live, als er damals in Polen war, und er, normal, hat mich auf die Stirn geküsst. Und meine Mutter hat mir verboten, die ganze Woche, diese Stirn zu waschen und alle wollten mich anfassen.

AŚKA:            Ee, Renka, lass locker, wir sind doch hier in diesem deutschen Lande, hier glaubt doch niemand an Gott, und an diesen dein Papst, an den glaubt hier nicht mal der hinkende Hund.

RENKA:        Du Aśka, lieber lästerst du nicht, sonst wächst dir ein Herpes auf der Zunge, du weißt doch nicht mal, wie er hieß, unser Papst, der hieß nämlich doch Karol Wojtyła, und sogar Du Aśka, du bist doch Polin, und denkst, der hieß mit Vornamen Johannes und mit Nachnamen Paul.

AŚKA:            Und Renka denkt schwer nach:

RENKA:        Aber Aśka, irgendwie Recht hast du, hier glaubt doch niemand an Gott.

AŚKA:           Und Renka fällt ein, die hat sich mal verlaufen, auf eine deutsche Messe.

RENKA:        Und dort standen drei Leute, in dieser riesigen Kirche, und singen konnte keiner davon. Und wie die mich hier jeden Tag beschimpfen als Katholikin, ständig muss ich ihnen beglaubigen, dass ich normal bin. Und wenn ich mich hübsch anziehe, weil ich in die Kirche gehe, fragen sie mich, ob ich heute Geburtstag hab.

AŚKA:            Und Renka nervt sich maximal:

RENKA:        Die sollen mich doch küssen, du weißt schon wo, und wenn ich diese 13 Gerichte mache, lachen die mich noch aus. Und daraufhin trifft Aśka ein Blitz der Erleuchtung:

AŚKA:            Hör zu, machen wir doch einfach ein jüdisches Fest, weil meine jüdische Familie die kommt bestimmt, und wenn wir nicht befriedigen die koschere Fraktion, kommt noch so n Dibbuk in uns, oder schlimmer… nimmt uns Rachela diesen wunderschön grünen Hunderter zurück.

RENKA:        Du Aśka, das hau du dir mit einem Gummihammer aus deinem Kopf, das ist doch Jesus Geburt, und wer war für die Juden Jesus? Na, normal, ein Betrüger. Und ausserdem, Aśka, sieh die Sache rational: so n Hunderter, der reicht nur für n Aldi, und nicht für so n koscheres Geschäft. Und Aśka verschluckt sich fast:

AŚKA:            Die Rachela lässt uns hier mit diesem einsamen Hunderter zurück und selber fliegt sie nach Israel? Soll die sich doch selber machen ihr koscheres Fest! SIE hat doch den orthodoxen Menopausentick, dass ihr unbeschnitten kommt keiner ins Haus. Und sieht sie ein Doppel-s, und im Deutschen gibt’s viel davon, die ganze Zeit denkt sie an die SS.

RENKA:        Und wir werden ganz trübsinnig und unsere Köpfe lassen sich hängen, weil gleich kommen diese unsere Gäste,

AŚKA            und was, sollen sie diesen grünen Hunderter essen?

RENKA:        Und aufeinmal springt Aśka fast unter die Decke:

AŚKA:            Du, Renka, ich hab, normal, eine Idee, aber welche: machen wir es so wie in diesem deutschen Land, im Sinne dieser ihrer Integration!

RENKA:        Was? Kaufen, kaufen, sich vollfressen und sich verstreiten, und dann noch so tun, als wäre alles Wunderglück – oh nein, mit mir nicht.

AŚKA:            Du Renka, Recht hast du, aber leise, unsere Wände haben doch Löcher, und wenn die hier dich hören, geben die mir nie Hartz IV.

RENKA:        Und in der Damaschkestrasse 24, verliert das Leben seinen Sinn,

AŚKA:            und beide wollen wir sterben,

RENKA:        und zwar sofort.

AŚKA:           Komm Renka, wir machen kein Fest, wir gehen schlafen, und wenn sie an die Tür klingeln, machen wir nicht auf, als wären wir in Polen oder tot.

Und Renka wird noch untröstlicher:

RENKA:        Und was? Sollen wir Rachela geben diesen wunder-grünen Hunderter zurück?

AŚKA:            Oh nein, nur über unsere Leichen. Weil wann sehen wir wieder so n grünen Hunderter in einem Stück?

RENKA:        Und plötzlich klingelt es an der Tür und schon kommen die Gäste:

AŚKA:            unser Moslem aus Bosnien, aufgebrezelt wie zum Impfen,

RENKA:        im Anzügchen a la Broz Tito, diesem Parteibonzen von den Jugos.

AŚKA:            Und dann, zum Ausgleich, der israelische Soldat,

RENKA:        voll und so schwankend, als geben die in dieser israelischen Armee zu enge Schuhe aus.

AŚKA:            Gleich danach, die langweiligeren Gäste, fünf nicht praktizierende Katholiken,

RENKA:        fett eingeflogen, total high, direkt aus Amsterdam.

AŚKA:            Und zum Ausgleich, dank Rachela, der angenähte Onkel Abraham,

RENKA:        wo Aśka den nie auf Augen gesehen hat.

AŚKA:            Und in dieser unserer Bude in der Damaschke 24, wurden plötzlich fünf Sprachen gesprochen,

RENKA:        normal, der Babelturm,

AŚKA:            nur ist nichts schlimmes daraus erwachsen.

RENKA:        Weil  wir habens noch mit dem Hunderter ins Aldi geschafft, und Renka hat schnell noch 200 Pieroggis geklebt

AŚKA:         und niemand hatte so tolle Weihnachten,

RENKA:     die besten in der Welt 

weihnachten bei renka und askaUnd sogar hat sich herausgestellt, was koscher ist: die Giraffe, ja, aber das Zebra schon nicht mehr, weil es Hufen hat.

Heilige Drei Könige

Ewa Maria Slaska

Dreikönigstagsnachtsgeschichte frei nach Shakespeare

– Schönes Kleid, sagt ein Mann und setzt sich zu ihr. Es ist 2 Uhr nachts, sie sitzt in der Roten Rose und hat ein langes rotes Kleid an. Sie trinkt Tee aus einem Glas.
– Ach, sagt sie.
– Bist du vom Theater, oder was? Wer bist du eigentlich? bohrt der Mann. Ich habe dich noch nie hier gesehen. Und hier kommen immer dieselben Menschen.
– Ich kann nicht schlafen, dann wandere ich.
– Nachts? Allein?
– Weißt du, es stört meistens nachts, dass man nicht schlafen kann. Am Tag gilt es als OK. Und meistens ist man dann alleine, weil sonst es nicht so tragisch wäre.
– Und wieso bist du so angezogen?
– Weil… Ach, es ist zu viel, um ihm das alles zu erzählen. Weil ich auf dem Jakobsweg war. Und weil heute der Dreikönigstag ist.
– Ich sehe keinen Zusammenhang.
– Macht nichts. Kein Mensch hätte ihn gesehen.

helgairudaEs sind so viele Sachen in diesem einem Satz. Der Jakobsweg, Shakespeare, drei Könige, rotes Kleid für Hochzeit, weißes für Tod, eine Gewittertochter, eine Prinzessin, ein Mönch, eine Fantasy-Erzählung und eine griechische Tragödie, sieben Selbstmorde, alle für Katz, ein Sohn, eine Nichte, eine geheimnisvolle Mutter, Rotkäppchen, Verkleidung. Verkleidung als Lebensentwurf… Masken tragen, sich verstecken…

– Alles ist nur deshalb, dass wenn ich an Jakobsweg denke, bin ich eine mittelalterliche Prinzessin aus Schlesien, die als Junge verkleidet, nach Santiago geht.

Der Mann schaut sie schweigend an.

– Sorry, sagt er, geht zur Bar und bestellt sich einen großen Wodka auf Eis. Er trinkt ihn in einem Schluck auf Ex und sagt: – Na dann, jetzt erzähle…
– Viel zu erzählen, schon alleine die Auflistung macht müde, aber im Endeffekt nur Karneval, weil letztlich folgenlos, sagt sie. Das Leben ist so wie es ist, voll von Tragik, die sich als Komödie gibt. Langweilig und macht müde.

Sie sitzt in ihrem roten Kleid und zupft an den langen Ärmeln ihres Kleids, die bis zum Boden reichen.

– Erzähl trotzdem. Was zum Trinken, bevor du beginnst?
– Tee, bitte. Schwarzen.

okoJetzt erzählt sie.

– Ich bin eine Schriftstellerin. Das ist wichtig zu wissen, weil vielleicht du keinen meiner Worte glauben sollst. Die Geschichte habe ich vor 25 Jahren gelesen. Die Geschichte von einer mittelalterlichen Prinzessin, die als Junge verkleidet, nach Santiago geht. Sie ist nicht wahr, es ist eine historische Fantasy, von einer alten polnischen Schriftstellerin geschrieben. Trotzdem ist sie der Grund, weshalb auch ich nach Santiago gegangen bin. Sie ist nicht wahr, aber möglich, auch aus Polen gingen im Mittelalter Leute nach Santiago. In Allenstein stand im Regionalmuseum eine kleine hölzerne Figur eines Mönches mit der Jakobsmuschel. Stand, jetzt steht sie nicht mehr. Die Gestalt war grob geschnitten, sehr einfach, plump. Ein Werk eines einfachen Dorfschnitzers, das bezeugt, dass im 11. Jahrhundert Jemand aus dieser Wildnis bis nach Ende Spaniens gegangen ist. Und zurück.
Ich habe es mir immer vorgestellt, ich sei eine Prinzessin, so wie die Mädchen es halt tun. Als ich die Erzählung gelesen habe, war ich schon erwachsen, die Prinzessin habe ich vergessen, aber in diesem Buch kam sie zurück. Diese Autorin, sie heißt übrigens Jadwiga Żylińska, hat mich und meine Fantasien beschrieben. Ich bin diese Prinzessin, die in Begleitung eines Mönches aus Schlesien ausbricht und nach Santiago und Finisterre gelangt. Zuerst im roten Kleid, so wie es sich für eine Prinzessin ziemt, später als Junge verkleidet. Wie die Viola in der Shakespeares Komödie, Dreikönigstag oder Was ihr wollt. Dreikönigstag ist die zwölfte Nacht nach Weihnachten. Eine bizarre Nacht, wann alles passieren kann, denn im elisabethanischen England wurde die Welt am Tag zwölf nach Weihnachten auf den Kopf gestellt: Parodistische Prozessionen, Saufgelage und krudes Treiben ließen das Volk an Symbolen der Macht spielerisch teilhaben. Der Karneval als soziales Ventil und als uraltes, heidnisches Ritual. In Griechenland wirft man am Tag der Drei Könige Gold ins Meer. Die Männer springen dann ins Wasser und suchen das Gold.
– Kalt.
– Freilich, aber nicht so kalt, wie wir es um diese Zeit gewöhnt sind. Vor zehn Jahren war ich zu Weihnachten auf der Insel Rhodos. Am Tag der Drei Könige ist auf der Insel schon Frühling. Also, die Männer springen ins Wasser und versuchen, das Gold zu holen. Das bringt Glück. Dieses Jahr, als ich dort war, sind im Meer drei Männer ertrunken. Alle drei waren Ärzte. Stell dir vor!
– Bedeutet es was?
– Im Allgemeinen oder für mich?
– Oje, so ernst… Für dich.
– Für mich ging es um einen Mann. Am Dreikönigstag flog ich zurück nach Berlin, um seinen Geburtstag zu feiern. Dies über drei Ärzte habe ich von der jungen Pastorin erfahren, Julia. Sie war sehr aufgeregt, weil es ihr sehr symbolisch zu sein schien.
– War es?
– Sicher. Die drei Könige aus der Bibel waren keine Könige, sondern Magier. In den archaischen Kulturen waren Magier sowohl Vermittler zwischen Gott und den Menschen, als auch Heilmänner. Also Ärzte. So wie die Hexen auch Hebammen waren. Es scheint, als ob die Drei Könige an diesem Tag vor zehn Jahren gestorben sind. Erst jetzt? Vielleicht lebten sie und schlugen sich durch die Jahrhunderte, irgendwie, irgendwo und jetzt sind sie gestorben. Oder ganz umgekehrt. Vielleicht müssen jedes Jahr drei Könige sterben, damit die Welt weiter existiert.
– Mister Aufziehvogel?
– Wieder umgekehrt. Murakami nahm die Idee vom Aufziehvogel aus dem heidnischen Glauben. Fast überall auf der Welt muss einmal jährlich oder einmal zu jedem Vollmond, oder einmal zu Sonnenwenden oder einmal zu der Tag-und-Nacht-Gleiche etwas getan werden, damit die Welt richtig funktioniert. Bist du religiös?
– Nee, nicht richtig.
– Das heißt also, du lässt jetzt die Religion links liegen, aber wurdest katholisch oder evangelisch erzogen, oder?
– Katholisch. Ich bin aus Bayern.
– Na dann, kennst du es auch. Einmal im Jahr zum Frühlingsanfang beichten. Ein neuer Mensch werden. Blütenweiß, sauber. Frühlingsputz. Zur Pessah reinigen die Juden die ganze Wohnung. Früher war das einmalige Tun sehr oft blutig. Oder sexuell. Oder beides. Es wurden Menschen oder Tiere geopfert. Drei Ärzte, die im Meer ertrunken sind. So was war vorher durchaus gang und gäbe. In unseren Zeiten wurde das de-ritualisiert und dadurch unwichtig. Das kann sich rächen. Das sind objektive Tatsachen und es kann immer eine Strafe für Nicht-Beachtung der objektiven Tatsachen geben.
– Komm, bitte, zurück. Also am Tag der Drei Könige 2004 sind auf der griechischen Insel Rhodos drei Ärzte im Meer ertrunken, als sie dabei waren, bewusst oder unbewusst, den alten heidnischen Ritual durchzuziehen, nämlich das Gold aus dem Wasser zu holen, um der Welt noch ein Jahr Existenz zu bewahren. Habe ich es richtig zusammengefasst?
– Klug klug klug, Mister Aufziehvogel. Weißt du, mit dem Aufziehvogel passierte mir Mal so eine Geschichte. Fast am Ende des Romans gibt es so einen Kapitel – Töri Okada also Mister Aufziehvogel sitzt in seinem Brunnen und zugleich ist er in einem Hotel, wo sich vielleicht seine verschwundene Ehefrau befindet. Im Brunnen ist es sowieso stockdunkel, im Hotel erlischt plötzlich das Licht. Ich las gerade diese Stelle als das Licht in meiner Wohnung erlosch. Es war aber keine gewöhnliche Sicherungspanne, sondern eine Elektro-Havarie. Im ganzen Bergmann-Kiez und Umgebung ist plötzlich stockdunkel geworden. Erst nach zwei Stunden wurde die Havarie bewartet.
– Es ist nicht dein Ernst.
– Wieso soll ich eine gelogene Geschichte erzählen? Natürlich ist es so passiert.
– Das glaube ich dir. Aber es war ein Zufall, er hatte mit deiner Lektüre vom Murakamis Buch nicht zu tun.
– So so, nichts zu tun… Ja, sicher… Es war nur so. Genauso wie du.

sukienka
– Was habe ich damit zu tun? Ich höre dir nur zu. Wir kennen uns überhaupt nicht. Übrigens, wir heißt du eigentlich?
– Halka.
– Jakob, sagt der Mann. Daher wollte ich deine Geschichte hören. Du sagtest, du warst auf dem Jakobsweg. Bist du in deinem roten Kleid gegangen?
– Nein, wie ein Junge gekleidet.
– Griechenland, sagt er. Wieso erzählst du Stories über Berlin, Polen, Griechenland und Japan, wenn du eigentlich über Spanien berichten wolltest.
– Die Drei Könige sind sehr wichtig in dieser Geschichte. Er ist nämlich am Tag der Drei Könige geboren.
– Wer er?
– Er, der Mann, um den es ging. Er ist in einem polnischen Bergdorf geboren, von dem man her eine Bergkette sehen kann. Die Berge sind weit entfernt, den höchsten Gipfel sieht man nur, wenn man irgendwo nach oben klettert. Aber aus dem kleinen Fensterchen in seinem Kinderzimmer sieht man ihn sehr gut. Der Gipfel heißt Drei Kronen. Drei Kronen für Drei Könige. Ein Steinbock wie Jesus. Der dreifältige König, dazu noch im keltischen Jahre des weißen Hirsches geboren, was ein königliches Zeichen ist. König über die Könige.
– Ej, sagt Jakob. Du übertreibst wohl ein bisschen.
– Klar, schon, nimm alles nicht so ernst. Aber alles ist zugleich wahr, der Tag, der Gipfel, der Sternzeichen, der weiße Hirsch, der chinesische Drachen, alles ist da. Ich habe all diese Stückchen zusammen geklebt, habe ihn zu König gemacht. Und zum Dämon zugleich. Als wir uns kennen gelernt haben, hat mir jemand zum Geburtstag den Pilger, das Buch von Coelho geschenkt, der wahrlich von Dämonen durchdrängt ist. Schon damals wussten alle, dass ich nach Santiago zu Fuß will…
– Weshalb eigentlich? Nur wegen einer Erzählung?
– Nein, nicht nur, es sind viele Gründe gewesen. Wollte eigentlich immer. Eine andere Geschichte. Die hängt mit meiner Kindheit zusammen, mit dem griechischen Schicksal.

Sie schweigen. Sie hat ihren Tee schon längst getrunken. Vor ihm stehen drei leere Wodkagläser.

– Du erzählst viel von Magie. Gehörst du einer Sekte? Oder, was weiß ich, einer New-Age-Gruppe?
Ach was. Ich mach mir selber meine Ängste und meine Magie, sagt sie. Auf dem Jakobsweg habe ich regelrecht Magie getrieben. Ich wollte ihn zurück gewinnen.
– Wen? Den König?
– Ja. Er ist aber kein König. Das ist dir klar, oder? Mir leider auch. Ein gewöhnlicher Kerl, mit einem starken Hang zu schattigen Seiten des Lebens.

Sie denkt an eine kantige Figur, die sie für ihn während einer Mondnacht auf dem Berg Cruz de Ferro aufgebaut hat. Gerade an dieser magischen Nacht, als sie den heiligen Berg bestieg, hat er sich in einem Klub eine Junkie-Frau geholt, die seitdem bei ihm wohnte.

– Damals wusste ich es nicht. Jetzt weiß ich es. Ich habe gestern mit ihm Schluss gemacht.
– Gestern? Deshalb schlaffst du heute nicht. Warum eigentlich? Du wusstest doch, wie er ist. Und wie lange hast du es ausgehalten?
– Fünf Jahre. Ich habe viel dafür bezahlt, schon als ich auf den Jakobsweg ging, wusste ich, dass es schon unerträglich ist, so viel zu bezahlen. Es war aber Klacks im Vergleich dazu, was ich danach zu zahlen hatte.
Er bestellt sich noch einen Wodka.
– Hast du das Buch von Hape Kerkeling gelesen?
– Ja, sagt sie. Ein arroganter Schnösel.
– Wieso?
– Benimmt sich so und beschreibt es auch. Und jetzt hat er es bewirkt, dass so viele aus Deutschland den Weg gehen.
– Vielleicht ist es auch so, sagt Jakob. Ich wäre auch beinah hingegangen.
– Wegen eines Buches? fragt Halka. Eigentlich ist ja OK, jemand muss uns sagen, was wir tun wollen.
– Du bist letztendlich auch wegen eines Buches hingegangen.
– In einem gewissen Sinne schon. Aber im Grunde waren es meine Selbstzweifel und Verzweiflung.
– Selbstzweifel und Verzweiflung, wiederholt Jakob. Du hast aber einen schweren Wortschatz. Wir leben aber in den Zeiten, in denen man nicht so schwermutig denkt. Schuld. Was ist Schuld? Gar Ethiker und Juristen wissen nicht mehr, was wirklich Schuld ist. Alles lässt sich rationalisieren und erklären. Durch Gene oder Erziehung und Sozialisierung.
– Es ist unwichtig, sagt sie. Du musst gar nicht wirklich Schuld tragen. Für manche deine Taten wirst du trotzdem zahlen müssen. So war es in einer griechischen Tragödie. In jeder griechischen Tragödie. Du hast keine andere Wahl, außer das zu tun, was du tun musst. Du tust es und zahlst dafür.

Ihre Stimme ist ruhig. Ohne Gefühl, ohne Emotion.

– Das heißt, im Endeffekt ist es doch deine Schuld, sagt sie nach einer Weile. Wenn du nur tiefer geschaut hättest als das, was du getan hast, weil du dachtest, du kannst nicht anders.
– O du heiliger Jakob, sagt er, da machst du aber alles verdammt kompliziert. Verstehe ich es richtig, du hast nicht gesündigt und du wolltest gar nicht Böses, du hast getan, was du getan hast und dafür hast du die Strafe bezahlt. Und da es niemandem gab, der dir deine Strafe auferlegt hat, hast du sie dir selber auferlegt.
– Ja. Mehr oder weniger.
– Was hast du eigentlich getan?
– An die Liebe geglaubt. An Blicke, Küsse, Beteuerungen…
– O nee, Liebe… Wie eine sechzehnjährige…
– Allerdings. Ich sah es nicht als die Schuld, für die ich zahlen werde. Aber trotzdem… Ich habe die objektiven Tatsachen nicht beachtet. Dafür zahle ich. Für Nicht-Beachtung der objektiven Tatsachen.
– Ungerecht, sagt Jakob. Du bist nicht schuldig, das hast du selbst gesagt. Du hast ein Problem, sicher. Aber Schuld, nee, Schuld in diesem hohen Sinne, das ist zu hoch für einen normalen Menschen.
– Ich machte meine Sühne.
– Altmodischer Begriff und wie! Und woher soll man wissen, dass man am Ende wie ein blöder Sündiger barfuss und mit dem mit Asche bedeckten Haupt stehen würde?
– Es gibt Orakel. Und es gibt Klugheit. Intelligenz. Wissen. Intuition. Man hat schon davon gehört. Ich habe davon gehört. Man kennt doch all die Antigonas, Elektras, Ifigenias. Man ist weder unvoreingenommen noch unvorbereitet. So ist es doch seine Schuld, weil er dem Los nicht genügend Achtung geschenkt hat.
– Ach, das Los.
– Ach, das Los, faxt sie. Ja. Ich weiß, ihr Deutsche mag es nicht, das Los, das Schicksal, die Fortuna.

(…)
– Na, sagt er, was war dann mit diesem Mann?
– Objektive Tatsachen, sagte sie. Er war alles, was ich in einem Mann immer suchte. Nur dies alles war nicht für mich. Ich sollte es wissen. Eigentlich musste ich es wissen. Er war zu jung. Das war bis dem Zeitpunkt kein Problem, fast alle meine Männer waren jünger als ich. Wesentlich jünger sogar. Es war nie ein Hindernis. Diesmal aber schon.
– Und?
– Man wird für alles bestraft, für die Liebe muss man besonders viel bezahlen.
– Liebe ist nicht Schuld.
– Ach nein? Natürlich ist sie Die Schuld. In diesem griechischen Sinne ist sie die Schuld. Ich habe es nicht gewollt, ihn zu lieben. Die Liebe kam aus dem Nix. Ungebeten, uneingeladen. Sie kam und traf mich wie ein Blitz. Bis zu diesem Moment war es immer anders, immer waren es die Männer, die sich darum bemühten, mich zu erobern. Sie mussten mir beibringen, sie zu lieben. Diesmal war ich diejenige, die liebte. Ich könnte nicht anders, nur das zu tun, was ich tun musste: Lieben. Und Liebe… sie trägt ihre eigene Strafe inne. Ablehnung, Ausbeutung, Betrug, Bitterkeit, Einsamkeit, Entbehrung, Gleichgültigkeit, Lächerlichkeit, Lüge, Minderwertigkeit, Ungläubigkeit, Unglücklichsein, Unsicherheit, Selbstzweifel, Verachtung, Verlegenheit, Verzweiflung, Verrat, Verwirrtheit, Verständnislosigkeit, Zurückweisung… Alles ungewollt, uneingeladen, schmerzhaft.
– Alle Achtung, sagt er, alphabetisch geordnet.
– Ich habe noch nicht alle Buchstaben abgearbeitet, sorry. Beim nächsten Mann wird alles anders.
Aus allen möglichen Sorten der griechischen Schuld ist gerade die Liebe die Schrecklichste, weil sie eben auf das Beste, Gütigste, Selbstlose und Hingebungswilligste zielt.
– Oh, du heiliger Jakob, was für eine Katastrophe die Liebe ist, sagt er.
Sie lächelt.
– O ja, sagt sie, wie wahr.
Jakob geht wieder zur Bar und bestellt das Essen.
– So, Scheherezade, sagt er, ich zahle für das Abendbrot und Wein, auch wenn es der Zeit nach eh Frühstück und Tee ist, du erzählst weiter.
– Es gab einmal, sagt Halka, einen griechischen König. Ödipus. Er ist der Sohn des Laios gewesen, des Königs von Theben, dem das Orakel prophezeite: „Dein Sohn wird dich, seinen Vater, erschlagen und deine Frau, seine Mutter heiraten.“ Als er geboren wurde, ließen seine Eltern, um den Fluch umzugehen, seine Füße durchstechen, zusammenbinden und ihn von einem Hirten Gebirge aussetzen. Der Mann übergab ihn einem anderen vorbeiziehenden Hirten. So gelangte Ödipus zum König Polybos von Korinth und wurde von ihm adoptiert. Dann erfährt auch er von dem Orakel: Er werde seinen Vater töten und seine Mutter heiraten. Somit brach er sofort in die Ferne auf, damit sich die Prophezeiung an seinen vermeintlichen Eltern in Korinth nicht bewahrheite. Unterwegs tötet er in einem Handgemenge zwei Männer. Einer davon ist der Laios, sein leiblicher Vater. Er geht weiter, kommt nach Theben, das von grausamer Sphinx heimgesucht ist, antwortet die Rätsel des Monsters, befreit die Stadt und darf als Belohnung die Witwe des gerade gestorbenen Königs, Iokaste, und damit seine eigene Mutter, zur Ehefrau nehmen. Erst später erfährt Ödipus, dass Iokaste und Laios seine leiblichen Eltern sind. Wie es vom Orakel vorausgesagt wurde, beging Ödipus also sowohl Vatermord als auch Inzest.
– Ej, sagt Jakob, deine Erzählkunst lässt nach, diese Geschichte kennt doch jeder.
Halka nickt.
– Die Frage ist, sagt sie, ob sich die Orakel bewahrheitet hätte, wenn Laios und Iokaste gesagt hätten, ihr könnt uns mal, liebe Götter, wir wollten immer einen Sohn haben, er bleibt bei uns. Das Sich-Erfüllen der Prophezeiung passierte nur, weil man versuchte seine Wirkung auszumerzen. Für mich wurde auch ein Orakel aufgehängt, sagt sie. Es musste so sein, ich bin mir sicher. Dieser sagte vor, dass ich niemand werde, nie wer werde, nie zur Ruhm und Ehre gelange. Zum Glück, Wohlstand und Sicherheit nebenbei gesagt auch nicht. Ich sollte nie etwas erreichen, ich war als ein Niemand geboren und werde als ein Niemand sterben.
– Wer hat es getan?
– Mama? Sie waren alle Künstler, meine Mutter, mein Vater, meine Schwester. Nur ich nicht. Ich wollte. Ich wollte malen, Gitarre spielen. Mir wurde sofort gesagt, nein, du nicht, du bist keine Künstlerin. Hast kein Talent, keine Gabe, keinen Daimonion. Deshalb konnte man mir die Aufgaben aufbürden, die den Künstler nicht würdig waren. Die sie ganz einfach keine Lust hatten, zu erledigen. Einkaufen, kochen, saubermachen, waschen, abwaschen, bügeln. Ich ackerte. Ich wusste, dass es so ewig sein wird. Sie werden immer größere Künstler sein, ich werde sie bekochen. Ich bin geflohen. Mit 18 machte ich mich vom Sand und ging. Ich wollte auch wer werden, und dies konnte ich zuhause nie im Leben erreichen. Zuerst bin ich in die andere Stadt geflohen, sie holten mich nach zehn Jahren zurück. Ein paar Jahre später flüchtete ich das zweite Mal, diesmal in einen anderen Staat. Ich versuchte mit meiner ganzen Kraft, wer werden. Umsonst. Jetzt ist mein Leben um. Ich bin Niemand und ich werde als Niemand sterben. Kein Geld, keine Arbeit, keine Sicherheit, kein Ruhm und Ehre. Allein, ohne Ehemann, ohne Partner. Einziges was ich erreicht habe, ist meine verbissene Unabhängigkeit, für die ich wie eine Wahnsinnige bezahle. Kein Mensch musste mich je aushalten, ich hielt mich immer selber aus. Nur, es ist nicht zu aushalten.
– Du bist doch eine Schriftstellerin.
– Ohne jeglichen Erfolg.
– Du kannst gut erzählen.
– Und du hast gut reden. Ich bin Ödipus. Ich versuchte meinem Schicksal zu entgehen, um am Ende genau das zu erreichen, was für mich vorgeplant wurde. Ich habe dafür 40 Jahre hart gearbeitet.

Er versucht ihre Hand in die seine zu nehmen, sie zu trösten. Barsch zieht sie ihre Hand zurück.

– Lass das, sagt sie. Wage nicht, mich zu trösten. Es ist schwierig genug, selber hart zu bleiben, um damit fertig zu werden. Mit dem Mitleid wird es unerträglich. Man kann der Bestimmung nicht entgehen. Das ist das Fazit meines Lebens.

Fotos Krzysztof Pukański

 

Schutzengel – Teil 2

Sieglinde Hocheisel

Fortsetzung vom gestern

Völlig verschwitzt erreichten wir unser Haus und sehnten uns nach einem Glas Wasser in der kühlen verdunkelten Küche. Doch schon beim Öffnen der Haustür hörte ich wieder das vertraute Gebrumm. Jetzt hatten wir noch nicht mit ihnen gerechnet. „Verdammt, sie sind schon wieder da. Wann kommt wohl die Feuerwehr?“ Entfiel es mir vor Schreck. Jetzt gingen mir die Viecher auf die Nerven.
Sie hatten unser Haus in Besitz genommen und ließen keine Ruhe. Das ging gar nicht.
„Ich setz mich nicht in die Küche. Ich hol mir das Wasser und setz mich draußen hin“,
entschied ich. „Wenn sie nicht bald kommen, brenne ich das Nest aus“, hörte ich Emanuel aus der Küche rufen. Von Entspannt- und Gelassenheit konnte plötzlich keine Rede mehr sein.
Und der Gedanke an die Feuerwehr gewann an Zustimmung. Plötzlich klingelte mein Handy, das auf dem Berg fast nie ein Signal hatte. Wer konnte hier zu uns durchdringen? Vielleicht ein Außerirdischer? Ich schoss zum Telefon und erwischte gerade noch die Stimme eines Feuerwehrmannes, der mir versicherte, dass sie heute noch kommen würden, aber erst sehr spät. So um Mitternacht. „Die werden überhaupt nicht kommen. Und wenn, dann erst morgen“, war Emanuels Kommentar dazu. „Was soll denn das? Glaubst du etwas, die arbeiten hier noch um Mitternacht“, legte er nach. Auch wenn mich diese Skepsis und dieser Pessimismus schon wieder nervten, schien er mir damit nicht ganz falsch zu liegen.
„Weißt du was? Ich mach das alleine.“ „Was machst du alleine?“ fragte ich ein wenig heuchlerisch nach. „Na was wohl. Die Hornissen ausräuchern.“ „Das tust du nicht. Das ist zu gefährlich,“ beschwor ich ihn. Doch wie ich ihn kannte, würde er keine Ruhe geben.
Inzwischen hatte die Mittagshitze mörderische Temperaturen entwickelt, die jeglichen Antrieb zunichte machten.
Ich mied es ins Haus zu gehen und hatte es mir in einem Liegestuhl im Schatten eines Baumes bequem gemacht. Da schaute ich in die weite Landschaft und versuchte von dem Geschehen Abstand zu gewinnen. Die Luft stand still, die Zikaden schrieen und ewiges Hintergrundgeräusch war ein Gebrumm. Wenn ich mich umsah, schossen kreuz und quer die Hornissen ums Haus. Emanuel war verschwunden. Sein Liegestuhl stand verwaist auf der Terrasse. Ich hatte ihn gewarnt und mochte ihm nun nicht hinterherlaufen, mal nachschauen, ob er hartnäckig weiter seinen Plan verfolgt. Eine Weile wartete ich noch, aber dann war ich zu neugierig und ging ihn doch suchen. Zuerst in den Keller, wenn es zutraf, dass er das vorhatte, was er nicht tun sollte. Und wie erwartet, fand ich ihn da, völlig vertieft in das Basteln seiner Waffen und Rüstung zum Angriff auf das Hornissennest. In einen alten Plastikeimer hatte er zwei Löcher geschnitten und diese mit einer durchsichtigen Folie verklebt. Den wollte er sich als Schutz über den Kopf stülpen. Die Angriffswaffe war auch schon fertig. Ein verrosteter Blecheimer mit vertrockneten Sonnenblumenresten, die er anzünden wollte.
„Lass das lieber. Die Feuerwehr kommt bestimmt. Sonst hätten sie nicht angerufen.“ Versuchte ich ihn noch einmal zu überreden, war aber nicht überzeugungsfähig, da auch in mir wieder die Stimme Oberhand gewonnen hatte, dass wir es allein hinkriegen.
So schaute ich zu, wie sich mein Mann seinen Eimer über den Kopf stülpte und zum Kamin schritt, in dessen Schornstein sich das Nest befand.
Der Kamin in einem umbrischen Bauernhaus ist eine dunkle archaische Höhle, in der ein Feuer brannte um das sich die Familie auf Bänken hinein hockte. Im Winter fegte der eisige Wind durch die Räume und nur um das lodernde Feuer war es erträglich.
Aus diesem rußigen Schacht kamen nun die Hornissen geflogen. Weit oben zum Schornstein hin, war ihr Nest. Emanuel mit dem Eimer auf dem Kopf mutete an wie in einem Kindertheater über Kreuzritter. Aber er meinte es ernst. Vorsichtig schaute er durch die beiden Augenlöcher in seiner Schutzrüstung, wie hoch das Nest lag, dann hatte er alle Vorbereitungen abgeschlossen, und marschierte entschlossen zum Stall um seine Waffe zu holen. Der Eimer mit einem dichten Büschel trockener Sonnenblumen stand schon bereit.
„Pass bloß auf“, fiel mir noch ein wenig lieblos als letzter Segen ein, dann nahm er wieder Kurs auf den Kamin mit Eimer und Feuerzeug bewaffnet, hängte den Eimer an eine lange Stange, zündete die trocknen Strünke an und steckte die lodernde Waffe hoch in den Kamin in das Hornissennest. Es zischte und aus dem Schornstein sah ich schwarzen Rauch und Schwärme von Hornissen aufsteigen.
Emanuel stürmte so schnell er nur konnte nach draußen, stand aufatmend und unversehrt wieder vor dem Haus und schleuderte seinen Kreuzrittereimer von sich. Sein unerbittlicher Kampfesausdruck wich großer Erleichterung.
Ab und zu drang uns ein beißend süßlicher Gestank in die Nase, der sich in der Hitze unerträglich ausbreitete. Aus dem Schornstein schossen immer noch vereinzelte Hornissen, die dann verzweifelt in der heißen Luft herumtaumelten.
„Ich habe sie nicht erledigt. Das Nest war viel zu groß, jetzt werden sie uns stechen und uns erledigen, wenn nicht bald die Feuerwehr kommt“, stellte Emanuel erbittert fest.
Vorsichtshalber gingen wir noch ein bisschen weiter, vom Haus entfernt, wo keine Hornissen herumschwirrten. „Die Feuerwehr kommt bestimmt. Ich glaube nicht, dass sie sonst angerufen hätten“, versuchte ich wieder zu beschwichtigen, um die Stimmung aufzubessern, denn mein Vertrauen an das nächtliche Erscheinen der Retter wankte ebenfalls.
Mindestens war unser Aktivismus vollständig zum Stillstand gekommen und damit sogar ein Moment der Ruhe eingekehrt. Grund, um eine zu rauchen, dachte sich Emanuel und zündete sich eine Zigarette an.
Doch diesmal hatten wir die Hornissen unterschätzt, vor denen wir uns in dieser Entfernung vom Haus unbehelligt fühlten. Kaum blitzte das Feuerzeug auf, schossen sie wie aus dem Nichts lautlos auf die Zigarette und das Feuerzeug zu. Das war ihr Killer und den wollten sie in Todesnot wütend angreifen. “ Wirf die Zigarette weg“, schrie ich verzweifelt. Dabei sah ich doch, dass Emanuel sie schon längst austrat. Mir war klar, jetzt wurden sie gefährlich. Mein Blick fiel auf den hingeschmissenen Plastikeimer, dessen Augenlöcher verwaist aufs Haus starrten. Um ihn herum eine kleine summende Wolke.
Auch ihn hatten sie gleich als Angreifer ausgemacht. „ Bald werden sie herausfinden, wer der Hintermann ist und mich angreifen. Komm wir hauen ab“ entschied Emanuel. „Aber vielleicht kommt gleich die Feuerwehr. Wir müssen sie jetzt abwarten und hier bleiben“, entgegnete ich, immer bemüht im guten Einklang mit aller Nachbarschaft zu bleiben. Wenn schon nicht mehr mit den Hornissen, dann wenigsten mit der Feuerwehr.
Sie hatte sich zwar für spät abends angemeldet. Aber genaue Termine waren in Italien nicht an der Tagesordnung. Da war es doch angeraten, am Haus zu bleiben.
Nur nicht so nah.

Plötzlich klingelte wieder das Handy. Ein Wunder bei dem katastrophalen Empfang auf unserem Hügel. Es war Giovanni. „Die Feuerwehr kommt erst spät abends. Sie haben mich angerufen, weil sie euch nicht erreichen konnten. Ich komme dann auch. Passt gut auf. Ciao.“ Ganz offensichtlich ließ man uns nicht allein mit den Hornissen, wie wir beide es im Stillen befürchteten. Das Gegenteil war der Fall. Sogar die Feuerwehr rief ein zweites Mal bei unserem Nachbarn an. „Wie Schutzengel“, kam mir der Gedanke und ich fühlte mich wieder sicher.
Dagegen konnten auch die Gluthitze und das Gebrumme nichts mehr ausrichten.
Gelassen gingen wir in die Küche, wo zu der Tageszeit nur ein paar Außenseiter dieser angeblich so gefährlichen Calabrone im Zickzack herum schossen und holten uns ein bisschen Verpflegung. Dann suchten wir uns ein schattiges Plätzchen und warteten auf den Abend.

Es war schon neun Uhr als es langsam dunkel wurde. Wie in der gestrigen Nacht war unser Haus wieder zu einem elektrischen Umspannwerk geworden, denn nachts kehrten die Hornissen in ihren Bau zurück. Die heiße Nachtluft vibrierte in einem monotonen Gebrumme.
Doch wir hielten uns diesmal in sicherem Abstand zu den vermeintlich so friedlichen Insekten.
Vom Hügel aus konnten wir aus erhobener Position das Anrücken der Feuerwehr schon aus weiter Entfernung frühzeitig erspähen. Denn schon die Vorstellung von der Feuerwehr löste eine ganz eigene Angst wieder aus. Behelmte Männer, die den Kampf gegen das Feuer aufnehmen, kämen auf unser Haus zumarschiert, um diese lächerlich harmlosen Hornissen auszuräuchern. Da war es angeraten, sich innerlich vorzubereiten.
Wir starrten gebannt auf die Straße, aber es tat sich nichts. Weit und breit keine Feuerwehr.
Und inzwischen wurde es dunkel. Es war Neumond, die Sterne funkelten und über den umliegenden Hügeln lag tiefes Schwarz. Ab und zu blitze der Scheinwerfer eines Kleinwagens auf, sonst hörten wir nur das Gebrumme der Hornissen.
„Ich glaube nicht, dass sie noch kommen“, verkündete Emanuel und ich wollte das lieber nicht hören, denn es schürte auch meine Zweifel und ging mir jetzt auf die Nerven. „Wenn sie zwei mal angerufen haben, werden sie wohl kommen“, begann ich wieder zu beschwichtigen. Dabei glaubte ich auch nicht mehr, dass sie mitten in der Nacht kommen würden.
Um mich zu beruhigen lief ich im Dunkeln den Weg auf und ab, doch alles was ich tat, machte mich nur nervöser.
Plötzlich schrie Emanuel: „Sie kommen. Mit Blaulicht. Ja, da kommt Blaulicht auf unser Haus zu.“ Ich wollte es nicht glauben, aber tatsächlich sah ich wie ein bedrohlich blinkendes Blaulicht sich in der Schwärze der Nacht sehr langsam auf unser Haus zu bewegte. „Warum denn dieses Blaulicht. Hier brennt doch nichts.“ Bemerkte ich, und fragte mich dann doch, wenn sie Blaulicht anhaben, ob das für uns sein konnte? Aber das war so gut wie sicher und das machte mir Angst. Ein schlimmes Unglück, eine Katastrophe, wenn sie so kommen.
Mir war so, als würden sie jetzt unser ganzes Haus zu einem Ort des Unglücks machen. Aber das war er doch gar nicht.
Wie eine fremde Macht nähert sich das gespenstische Blaulicht und war plötzlich hinter unserem kleinen Hügel verschwunden. Wieder starrte ich auf unseren Weg, aber kein Blaulicht, Nichts. Völliges Schweigen. Nur das Gebrumme. Ohne das blaue Geblinke war die Nacht wie ausgelöschtes Licht. Ein tiefes verlorenes Schwarz und keine Schutzengel mehr in Sicht.
„Sie kommen! Sie kommen zu Fuß hoch“, schrie plötzlich Emanuel. Und da sah ich sie.
Fünf Männer in weißen Schutzanzügen, die mich an die Bekleidung der Helfer aus Tschernobyl erinnerten, klommen den Weg zu unserem Haus hoch. Sie in diesen Schutzanzügen und wir beide in normaler Kleidung. Als hätten wir die Verseuchung aus dem Atomkraftwerk nicht bemerkt und sind jetzt verloren, kam es mir. Fernsehbilder vom Mond und fremden Unglücksorten tauchten vor mir auf irritierten mich. Wo war ich? Das konnte doch nicht wahr sein.
Aber da tauchte Giovanni auf und stellte uns die fünf Mondmänner vor. „Buona sera“, „Buona sera“, und wir schüttelten uns die Hände, wozu sie ihre riesigen Handschuhe ausnahmsweise auszogen. Sie hatten freundliche Stimmen, so dass sich meine Furcht ein wenig legte.
„Dove sono i calabroni“, hörte ich einen von ihnen, den Giovanni Antonio nannte, zur Sache kommen. Sie waren ja nicht zum Spaß hier, sondern um uns vor der Hornissengefahr zu retten.
Dazu brauchten sie nicht viele Worte. Sie schienen ein eingespieltes Team und machten sich fast schweigsam ans Werk. Ihre Arbeitswerkzeuge, die sie mühsam in der Hitze den Berg hoch geschleppt hatten, kamen sofort zum Einsatz. Schweigsam aber konzentriert und wie in einem Stummfilm. Eh wir uns versahen, hatten sie schon die Leiter an die Hauswand gelehnt und kletterten mit einer riesigen Taschenlampe und einer Sprühdose aufs Dach. Verzweifelt schaute Emanuel nach oben und klagte schon wieder, dass sie seine Dachziegeln kaputt treten würden. Und auch mich durchfuhr wieder ein Schrecken beim Anblick ihres gebieterischen Arbeitseinsatzes. Da hatten wir ruhig zu sein. Soviel war klar.
Diese fünf Männer in ihren weißen Schutzanzügen machten jetzt ihren Job mit unserem Haus.
Ohne wenn und aber. Und in einem Moment schien sogar Emanuel eingeschüchtert.
„Vedi, tutti calabroni qui“ kommentierte Giovanni, als wir über dem Kamin im Lichtkegel der Taschenlampe einen riesigen Schwarm Hornissen aufsteigen sahen. Sie flohen vor dem Gift, das der Feuerwehmann hineingesprüht hatte. Sie taumelten und schossen richtungslos durcheinander. Mir war klar; diesmal wurde ganze Arbeit getan. Ohne Federlesen schmissen die weißen Helfer die riesige Wabe in Fetzen nach draußen und stießen mit einer Schaufel auch die letzten Reste nach unten.
Ich hörte ein seltsames Aufplatschen und nahm einen widerlich süßlichen Gestank wahr. Das waren die Hornisseneier, die nun eine Matsche auf dem Fiesenboden unseres Wohnzimmers bildeten.
„Siamo pronti“, rief dann der Einsatzleiter und alle fünf Männer fanden sich wieder vor unserem Haus zusammen. Sie befreiten sich ein wenig von Maske und Handschuhen, tranken Wasser und atmeten auf. “Mille grazie, mille grazie“ kam es wie ein Chor aus unseren Mündern und wir hätten es gern noch hundertmal gerufen, doch war schnell klar, dass für allzu große Emotionen der Dankbarkeit keine Zeit war. Also mussten wir schnell zum Wesentlichen kommen. „Was kostet es?“ fragte Emanuel und zückte sein Portemonnaie.
„Niente. Siete ospiti“, sagte der Einsatzleiter und wies mit seiner Hand jegliche
Geldangebote von sich. „Steck es ihnen zu. Das ist hier so“, ratschlage ich und war insgeheim sehr froh, dass Emanuel es machen sollte. Der war auch ohne meine Ratschläge geistesgegenwärtig genug und versuchte unauffällig jedem der fünf Männer Geld zuzustecken. Doch niemand nahm sein Geld an. Das war Ehrensache.
Stattdessen gaben sie uns freundlich die Hand, verabschiedeten sich, nahmen ihre Werkzeuge und traten den Rückzug an. Nacheinander stapften sie mit ihren schweren Schuhen den Weg hinunter zu ihrem Auto. Wir schauten ihnen nach bis sie in der Dunkelheit verschwanden.

Auch Giovanni hatte sich ihnen angeschlossen und so standen wir jetzt wieder allein vor unserem Haus. Das Brummen war einer fast beängstigenden Stille gewichen, denn alle Hornissen waren tot. In der Luft lag der süßlich faulige Gestank ihrer zermatschten Eier und des ätzenden Gifts.
„Hast du gehört, was sie gesagt haben, als ich bezahlen wollte? Siete ospiti. Stell dir so etwas mal bei uns in Deutschland vor. Die Feuerwehr würde doch nach einem Einsatz bei Ausländern nicht die Bezahlung zurückweisen und sagen, Sie sind unsere Gäste“, sagte Emanuel berührt. Ja, es schien mir auch so. Wenn ich die Situation nach Deutschland verlagerte, konnte ich mir diese Art von Gastfreundlichkeit nicht vorstellen.
„Das waren echte Schutzengel“, erwiderte ich, während mir weiterhin ein Ekel erregender Gestank in die Nase stieg. Mir graute es, diese Verwüstung näher anzusehen.Überall lagen die Fetzen der Wabe und oben im Zimmer auf dem Boden die zermatschten Eier.
Das mussten wir jetzt erst einmal beseitigen.
Mit Schaufel und Schrubber machten wir uns an die Arbeit und putzen unser Haus bis in die letzte Fuge, bis wir tot müde waren.
Aber die wohl verdienste Nachruhe war noch immer nicht problemlos gesichert.
Während ich mich sofort in unserem Schlafzimmer ins Bett legen wollte, fürchtete Emanuel, dass das Gift gegen die Hornissen nun im ganzen Haus sei und richtete sich ein Nachtlager in unserem VW-Kombi.

Mir schien das Gift nichts anzuhaben, denn ich erwachte am nächsten Morgen frisch und gut gelaunt in meinem Bett. Erst als ich die verlassene Seite neben mir erblickte, fiel mir wieder alles ein. Neugierig sprang ich auf, um mir das Ergebnis der gespenstischen Nacht bei
Tageslicht anzusehen. Alle Türen standen weit offen und die frische Morgenluft hatte die üblen Gerüche vertrieben. Unser Kaminzimmer war blitzblank geputzt. Es gab keine einzige Hornisse mehr. Was würden der Berliner Verfasser der Naturschutzbroschüre zu diesem Schluss sagen? Vermutlich, dass wir das Haus für die Hornissen räumen müssten.
Aber das ließ mich jetzt kalt. Ich wollte Emanuel in seinem Auto einen guten Morgen wünschen und ging nach draußen. Doch wieder einmal traute ich meinen Augen nicht.
Wir hatten Besuch. Vor dem Auto lag ein großer kastanienfarbiger Hund, der bei meinem Erscheinen sofort aufstand und leise winselte. Wo kam er her? Vielleicht einer von Giovannis Jagdhunden, der ihm abgehauen war? „Der war die ganze Nacht bei mir am Auto“, rief mir Emanuel zu, der mein Erstaunen sah. Sein übermüdetes Gesicht ließ darauf deuten, dass er im Auto nicht die beste Nachtruhe hatte. „Ich wurde nachts wach, weil irgendjemand an meinem Autoblech kratzte und immer ums Auto herumlief. Ich wusste nicht, was das sein konnte. Vielleicht auch ein Stachelschwein?“ Vorsichtig schaute er dann aus dem Fenster und erkannte einen großen Hund. Er erschrak, denn ein Hund war noch nie an unserem Haus gewesen. In der Hoffnung, dass er wieder verschwinde, legte er sich wieder aufs Ohr. Doch dann drückte ihn seine Blase und er musste aus dem Auto. Kaum öffnete er die Autotür, war die Hundeschnauze im Spalt. Schnell schlug er die Tür wieder zu und überlegte, wie er das dringende Problem lösen könnte. “Vorsichtig öffnete ich den oberen Spalt des Fensters, doch wieder überkamen mich Zweifel, ob ich auf dem Rücken liegend, durch den schmalen Fensterspalt die Sache bewältigen könnte. Auf diese Weise würde die Hälfte des Inhalts im Auto verbleiben. Verzweifelt öffnete ich schließlich doch die Tür ohne Rücksicht auf die hartnäckig wartende Hundeschnauze und verschaffte mir Erleichterung,“ beschrieb er dann detaillierter sein nächtliches Abenteuer. Als es hell wurde, sah er den Hund neben dem Auto in einem Nest aus trockenen Blättern eingerollt liegen.

Während seiner Erzählung hatte sich der Hund wieder in seine Kuhle gelegt, und wirkte so ruhig, als ob er schon ewig mit uns zusammenlebte.
Überhaupt war dieser Morgen friedlich und paradiesisch schön. Nach überstandener Prüfung belohnte uns die Sonne mit einem Zauberwerk glitzernder Tautropfen und lud dazu ein, auf der Terrasse zu frühstücken. Auch der Hund sollte etwas zu Essen bekommen.
Immer noch lag er vor dem Auto. “Mal sehen, ob er ein Wurstbrot mag“, befand Emanuel, ging zu ihm hin und brachte ihm eine belegte Brotscheibe. Erfahrungsgemäß sind die Hunde aus dieser Gegend keine Feinschmecker. Sie fressen gierig alles, sogar Salat. Wurstbrot müsste doch eine schöne Leckerei für ihn sei. Dachten wir und beobachteten unseren Gast erwartungsvoll. Doch wider Erwarten rührte er die vermeintliche Delikatesse nicht einmal an. Im Gegenteil.
Er schaute uns tief enttäuscht an, drehte sich um, ging einfach weg und ließ uns mit dem Wurstbrot stehen. Traurig hofften wir er würde zurückkommen, doch wir sahen ihn nie wieder.
Am nächsten Tag erzählten wir Giovanni von dem Hund, weil wir davon ausgingen, dass er ihm gehörte. Doch Giovanni kannte ihn nicht und erwiderte selbstverständlich: „Ha fatto la guardia.“

Schutzengel – Teil 1

Sieglinde Hocheisel

Dieses Jahr war es schon bald Herbst, als wir uns auf den Weg zu unserem umbrischen Ferienhaus aufmachten.
Der Morgen verhieß eine endlose Sicht auf die Alpen und eine freie Autobahn. Voller Glücksgefühl trat ich das Gaspedal noch ein bisschen herunter und den mißbilligenden Blicken des Ehemanns widerstehend, raste ich Richtung Garmisch.

Mein Herz war an diesem Morgen weit offen. Ich fühlte mich wie in der Camelreklame, Freiheit und Abenteuer. Doch da schon leuchteten die ersten Rücklichter vor mir auf Stau. „Gerade war eine Abfahrt. Die hättest du nehmen können“, kam der Vorwurf von der Beifahrerseite. „Aber die war doch schon weit vor dem Stau. Das hätte ich doch nicht wissen können.“ „Die Straße um den See ist sowieso schöner. Du weißt genau, dass ich die gerne fahre, aber du fragst ja nicht, Hauptsache du kannst rasen. So, da siehst du. Stau.“
Fest entschlossen, mich von der Nervosität meines Mannes nicht beeinflussen zu lassen, stellte ich meine Ohren auf Durchzug und versuchte bei Stop and Go meinen nächtlichen Traum ins Gedächtnis zu fischen. Solange man sich gedanklich mit etwas beschäftigt, dachte ich, ist auch im Stau stehen keine herausgeschmissene Zeit.
Nach zwei Stunden hatten wir dann die fünf Kilometer bis nach Garmisch geschafft.
Es war bereits Mittag. Ich überschlug die noch vor uns liegende Fahrzeit bis Umbrien und kam auf acht Uhr bis zur Ankunft. „Das wird heute Mitternacht“, ertönte der nicht abstellbare Kommentator neben mir. „Wenn du nicht überholen kannst, laß mich fahren.“
Also gut, damit die liebe Seele Ruhe hat, fuhr ich rechts ran und wurde dabei von fünf Lastwagen, die ich schon bewältigt hatte, wieder überholt.

Als wir schließlich ankamen, hatte mein pessimistischer Ehemann leider recht gehabt.
Es war Mitternacht und im Stockdunklen näherten wir uns dem Haus auf dem umbrischen Hügel. Im Licht der Scheinwerfer schwirrten Insektenschwärme. Hier im Süden war es noch warm. Die letzte Strecke Berg- und Talfahrt durch die abgelegene Finsternis ließ uns wieder munterer werden. Die Müdigkeit wich der Spannung, was wir wohl vorfinden würden.
Man musste auf schlechte Überraschungen gefasst sein. Obwohl ich wußte, dass Gott über solche Angelegenheiten nur ärgerlich würde, betete ich still in mich hinein, dass der Strom nicht abgeschaltet sein möge und bitte auch die Wasserpumpe funktioniere.
„Sicher ist die Pumpe wieder kaputt. Dann gib’s kein Wasser“, kam ungefragt die Überlegung zu diesem Thema, während der Wagen die schmale Schotterstrasse zum Haus emporklomm.
Wucherndes trockenes Gestrunke scheuerte und kratze das neue Auto auf.

Dann waren wir da.
Der Wagen stand im hohen Gras, das mir beim Öffnen der Tür dornig entgegenschlug.
Im ersten Moment fühlte ich mich, als ob die Zeit plötzlich still stünde. Endlose Stunden anstrengenster Konzentriertheit auf dicht befahrenen Straßen wichen, wie beim Filmschnitt,diesem einsamen Ort mit seinen ureigenen Gesetzen. Das alte Natursteinhaus schien all die Monate unserer Abwesenheit sein Eigenleben zu führen. So wirkte es, während ich unter dem mondlosen Himmel im trockenen Gras stehend, von geheimnisvollen Lichtern angestrahlt wurde.
Waren es die Sterne, die sich mit bläulichem Schimmer verständigen? Hüter der fremden Nacht. Wie auch die Hunde, deren erregtes Geheul auf- und abschwoll.
Erleichterung und Lust mischen sich in mir. Wir waren wieder einmal gut angekommen und hatten nun zwei Wochen vor uns. Auf diesem wilden Berg können wir uns gehen lassen. „Jetzt nimm doch auch eine Tasche und lass mich nicht alles alleine tragen“, kam schon wieder die störende Stimme und brachte mich zurück in den Reisestress. „Erstmal ausladen. Hoffentlich ist Strom da. Herumstehen kannst du später.“
Also zerrte ich wütend an einer Tasche, die sich auf dem Rücksitz verklemmt hatte und hörte schon Emanuels schwere Schritte die Treppe hochstapfen und dann das Suchen des Schlüssellochs ohne Taschenlampe.
„Was ist denn jetzt los? Hör dir das mal an.“
Wie erstarrt standen wir vor der offenen Tür. Aus der Finsternis im Inneren summte es wie im Umspannwerk. Das ganze Haus vibrierte. Aus der offenen Tür aus dem Dunklen heraus stürzten große schwarze Insekten auf uns zu. Ich erschauderte und wich zurück. Was waren das für schreckliche Ungeziefer? Dieses ohrenbetäubende Gebrumme. Aus der Ferne heulten wieder die Hunde in die endlose Nacht. Und wieder direkt auf mich zu, floh panisch ein riesiges Insekt aus dem schwarzen Raum in das blässliche Sternenlicht.
Angsterfüllt standen wir da und es verschlug uns die Sprache. Was machen? Tür zu und zurück ins Auto? Nein, dazu würde es nicht kommen. Nicht mit Emanuel. Das war mir klar.
Dann wurde Emanuel wieder aktiv und drückte den berüchtigten Stromschalter nach unten. „Also Licht ist da. Guck mal, das sind Hornissen, Tausende.“ Ich glaubte meinen Augen nicht zu trauen. Aber ja, das sah ich auch. Es schien wie ein Tierfilm im Fernsehen, aber leider in unserem Haus und wir beide plötzlich zwei Insektenforscher. Selbst die hatte ich noch nie ohne Spezialanzüge inmitten eines Hornissenschwarms gesehen. Wir beide jedoch standen fassungslos in unserer Küche umsummt von Tausenden großer roter Hornissen.
Wie bei allen Erlebnissen, wo Gefahr im Verzug war, schaltete mein Gehirn auf die Funktion jetzt ruhig bleiben. Sofort fiel mir ein Bericht über Hornissen ein, den ich unlängst meinem Neffen aus den Broschüren eines Naturschutzvereins vorgelesen hatte. Da stand, dass alle Menschen so große Angst vor Hornissen haben, weil sie im Irrglauben seien, dass drei Stiche dieser Tierchen schon ein Pferd töten können. Dabei sei das ein Ammenmärchen. Und im beflissenen Lehrton pädagogischer Aufklärung zeigte uns die Broschüre eine überraschend neue Wahrheit. Hornissen seien viel ungefährlicher als Bienen und wenn man sie nicht angreift auch völlig friedlich. Während mich normaler Weise solche Aufklärungswerke ziemlich kalt lassen, war ich bei dieser Darstellung hellwach geworden. Denn schließlich hatten wir in Italien schon öfter unfreiwilligen Kontakt mit diesen Tierchen gehabt. Schon das Summen einer, sich in einem Spinnennetz verfangenen einzelnen Hornisse versetzte uns in Todesangst. Zum ersten Mal glaubte ich sofort der neuen Wahrheit. Denn im Gegensatz zum menschlichen Verhalten, musste das Verhalten von Insekten doch eindeutig erforschbar sein. Ich hatte diese Tierchen also völlig falsch eingeschätzt. Voller Vorurteile und nur negativ.
Es war mir wichtig damals diese Broschüre mit nach Hause zu nehmen, um sie auch meinem Mann vorzulesen. Denn schließlich sollte auch er wissen, wie unbegründet unserer Hornissenangst war.
„Erinnerst du dich noch an diese Tierschutzbroschüre? Da stand doch, dass Hornissen ungefährlich sind. Sie stechen nur, wenn man sie angreift, “ erklärte ich in beschwichtigendem Tonfall. „Aber hier sind Tausende“, kam wieder der negative Kommentar, während um uns herum mit ohrenbetäubendem Gebrumme der gesamte Hornissenstock zur Begrüßung erschienen war. Ich für meinen Teil beschloss, trotzdem keine Vorurteile zu haben und stellte gelassen die Tasche in unser Schlafzimmer. Das Licht lockte mehr und mehr dieser bedrohlich aussehenden Rieseninsekten herbei. Sie knallten an die Fensterscheiben und kreisten in spiralförmigen Trauben um die Lampe. Das Licht flackerte und Schatten von Hornissenschwärmen huschten über die weiß getünchten Wände. Schon ziemlich absurd das Ganze, dachte ich. Doch, was kann man jetzt machen? Sie sind da. Falls es so etwas wie einen gesunden Menschenverstand gibt, müssten wir schnellstens das Weite suchen. Aber nein, ich hatte im Grunde keine Panik. In mir war eine seltsame Gewissheit, dass dieser Bericht aus der Tierschutzbroschüre der Wahrheit entsprach, denn ich stellte fest, dass die Hornissen uns nichts antaten.
Ja, es schien zu stimmen, keine stach uns. Sie waren uns gegenüber friedlich. So, wie es aussah, war ich hier zu Gast in einem Hornissennest.
Auch Emanuel schien der Erklärung aus der Broschüre zu vertrauen und schleppte gelassen eine Tasche nach der anderen ins Hornissenhaus. Überall, auf dem Boden auf Tischen und Regalen lagen ihre toten Artgenossen, die einen schmutzigen Anblick boten.

So konnte man allerdings nicht zu Bett gehen. Ein wenig fegen müsste man mindestens, dachte ich, holte Feger und Schaufel und fing an zu putzen, während um meine Ohren monotones Gesumm toste.
Ab und zu verfing sich eine in meinen Haaren. Ich schnippte sie weg. Auch Emanuel hatte sich entschlossen noch ein wenig zu putzen, und hantierte mit dem Besen umher. Vielleicht mochten sie seine schnellen Bewegungen oder seine Locken oder einen Mann, jedenfalls stießen sie an ihn mehr als an mich. „Das ist der Horror. Gerade habe ich mir eine aus dem Kragen geholt. Ein Wunder, dass sie mich nicht gestochen hat.“ Dabei strich er sich hastig durch die Haare. Um seinen Kopf schwirrte es kreiselförmig. Die Lampe war inzwischen nahezu verdunkelt, weil sich mehr und mehr ansammeln. „Ich halte das nicht mehr aus. Gerade war wieder eine in meinem Kragen. Selbst wenn ein Stich nicht tödlich ist, reicht es doch schon, wenn sie dich in den Hals oder ins Gesicht stechen.“ „Nein, da stand doch, dass die Stiche nicht mal so schlimm wie ein Wespenstich seien. Und außerdem stechen sie dich doch nicht“, entgegnete ich, denn ich hatte den Eindruck, er geriet in Panik und das wiederum machte die Hornissen nervös und würde unser ganzes Konzept zerstören.
„Je länger wir das Licht anhaben desto mehr werden es. Guck mal sie kommen alle aus dem dunklen Kaminzimmer unter der Tür durchgekrabbelt“, schrie Emanuel verzweifelt. „Das hat keinen Sinn. Wir müssen hier abhauen.“ „Jetzt verlier mal nicht gleich die Nerven“, wandte ich ein, obwohl mir das Ganze auch nicht mehr geheuer war. Doch allem Gesumme zum Trotz hatte ich keine richtige Angst und noch dazu war ich müde und hatte keine Lust mitten in der Nacht loszufahren und ein Hotel zu suchen. „Wir gehen jetzt ins Bett“, beschloss ich und hoffte er würde sich beruhigen, wenn ich nur auf ruhig machte. „Willst du dich hier etwa mitten in das Hornissennest legen und sie auf dir herumkrabbeln lassen?“ Emanuel begann wild vor der Tür herumzutrampeln. „Hier kommen sie weiter alle durch“, er zeigte fuchtelnd auf den Spalt zwischen Tür und Fußboden. „Die hier kann ich erlegen“, schrie er, einen wilden Trappeltanz aufführend, der eine Matschspur auf dem Boden hinterließ. „Wenn du willst, dass sie uns angreifen, mach schön so weiter“, befand ich verärgert. Sie lassen uns nur in Ruhe, wenn sie sich nicht bedroht fühlen.“ „Ich hole jetzt das Moskitonetz raus. Wenn wir das über unser Bett hängen, kann eigentlich nichts passieren.“ Ein dumpfer Aufprall auf meinem Kopf ließ mich erschaudern. In meinem Haar brummte ein monotoner Motor. Ich bückte mich, schüttelte kräftig, doch es brummte weiter und hatte sich offenbar verfangen. „Mach mir das raus“, schrie ich, „siehst du nicht, da hängt eine in meinen Haaren.“ Wütend schüttelte ich weiter meinen Kopf, bis Emanuel mit der Fliegenklatsche kam und das brummende Insekt herausstrich. Eine Mumie in einem Kokon aus Spinnennetz eingewickelt, lag vor meinen Füssen. Lustvoll trat auch ich zu, und genoss das leise Knacken. Um meinen Kopf herum schwirrten besessen dunkle Trauben. Ein monotoner Bass vibrierte die schwüle Luft, begleitet von einem manischen Schattenspiel an den Wänden.
Und gleich wieder brummte es in meinen Haaren.
„Mach das raus aus. Sie sind schon wieder in meinen Haaren“. Empört schüttelte ich wieder meinen Kopf und schnippte mit meinem Finger herum, bis eine zu Boden fiel. Doch schon prallte die Nächste an meine Stirn und auch aus meinen Haaren drang wieder bedrohliches Brummen. „Jetzt sind sie sauer, weil Du welche zertreten hast“, schrie ich gespielt wütend, denn im Grunde waren wir immer noch völlig unversehrt. Nicht einmal die, die wir aus den Haaren holten, stachen uns. Der Glaube an den Wahrheitsgehalt unserer Hornissenlektüre wirkte und in diesem Fall schien es mir kein Wunder, sondern einfach das Ergebnis unseres Verhaltens zu sein.
„Das ist doch der helle Wahnsinn. Das glaubt uns niemand. Und fast glaube ich es selbst nicht. Wie wir hier inmitten tausender Hornissen unser Haus putzen und keine sticht uns,“ stellte ich noch einmal mit einer gewissen Genugtuung fest.
Wenn ich mich nicht bewegte und das ganze für Außenstehende surreale Schauspiel einfach nur betrachtete, konnte mir nichts passieren. Soviel war ich mir schon längst gewiss und empfand inzwischen eine Sicherheit. Wären sie gefährlich, hätten sie uns doch schon gestochen, als wir uns bewegten. Falls es nicht doch eine Außenseiterin gibt, die sich daneben benimmt und uns angreift, waren wir in einem Zustand der Harmonie mit den tausend Hornissen um uns herum. Vermutlich glauben mir das nicht einmal die Insektenforscher, die diesen Aufklärungsartikel geschrieben haben. Diese Art der Begegnung mit den Hornissen, in die wir hier hineingeraten waren, war einfach unglaublich.
Auch Emanuel fingerte plötzlich seelenruhig das Moskitonetz aus seiner Hülle und ließ sich von nichts mehr beeindrucken. „Ich geh jetzt mit deinen netten Hornissen schlafen.“ „Na sieh mal einer an, wenn ich in Panik gerate, wirst du wohl ruhig“, kommentierte meine innere Stimme diesen Anblick von Ruhe und Gelassenheit.
Emanuel stand inmitten eines schwarzen surrenden Schwarms in unserem Schlafzimmer, hängte das Netz über unser Bett und fing an das Bettzeug aus dem Schrank zu holen.
Wie von seiner seltsamen Ignoranz angesteckt, überfiel auch mich wie auf Knopfdruck eine innere Gelassenheit, die auch vor der Hölle nicht zurückzuschrecken schien.
Als könnte uns keine Macht der Welt mehr daran hindern die Nacht mit den Hornissen zu verbringen, zogen wir uns aus und legten uns unter das Moskitonetz schlafen.
Ab und zu ein weicher Schlag an die gespannte Netzwand im Dunkeln dann umfing mich ein tiefer Schlaf, weit weg der Hornissenwelt.

Beim Aufwachen drangen ferne Traktorengeräusche in mein Ohr. Ich lag in einem lichtdurchfluteten Zimmer unter einem weißen Vorhang, wie eine Prinzessin auf dem Zauberberg. Neben mir die dunklen Locken eines männlichen Kopfes, der in süße Träume versunken schien. Das orangene Morgenlicht erfüllte den Raum mit göttlicher Ruhe.
Ich sah mich um, doch ein Alptraum überschattete meine freudigen Gefühle.
Ich war eingeschlossen in einen Turm mit riesigen bösartigen Insekten. Sie hatten sich in Schwärmen um mich herumgruppiert, Fenster und Türen verriegelt und summten ohrenbetäubend einen elektrisierenden Schall.
Mit Erschrecken dämmerte mir, dass dieser wunderbare Morgenfriede trügerisch und der Alptraum hingegen nächtliche Realität war.
Ängstlich schaute ich mich im Raum um, aber die Hornissen waren spurlos verschwunden. Nur auf dem Boden lagen noch ein paar ihrer toten Artgenossen, die Emanuel nachts wütend zertreten hatte. Jetzt im klaren Licht des Morgens schienen mir die nächtlichen Szenen absurd, wie in einem Roman Franz Kafkas. Am absurdesten waren wir. Was war denn da in uns gefahren. Diese Naivität, mit der wir dieser Broschüre glaubten. Das war doch sonst nicht unsere Sache. Aber wohl gerade deshalb war uns nichts passiert. Die Hornissen hatten unsere guten Absichten gespürt und irgendwie dadurch hatte sich ein geheimnisvoller Vorgang abgespielt.
Ich hob den weißen Schleier des Moskitonetzes, schlüpfte in meine Sandalen und unternahm einen ersten vorsichtigen Erkundungsgang durch unser Haus. Es war still. Kein Gesumme.
Das kühle Morgenlicht hatte den nächtlichen Spuk verscheucht. Wie war das möglich? Wohin waren sie alle verschwunden? Schliefen sie tagsüber?
Diese Fragen konnte auch Emanuel nicht beantworten. Denn schließlich war er auch kein Hornissenkenner.
Erleichtert atmeten wir die aromatisch duftende Sommerluft, und genossen mit jeder Pore die Befreiung von den Hornissen. Klar war uns aber, dass sie nachts wiederkehren würden.
Und so schön es im Nachhinein war, die Genugtuung und sogar den Stolz eine solche Situation auf diese Art gemeistert zu haben, zu genießen, so Furcht erregend ja geradezu Horror auslösend wirkte schon ein einziger Gedanke an eine Wiederholung. Nein, welche Geister sich in der letzten Nacht auch immer uns schützend zusammengetan hatten, sie würden es sich beim zweiten Mal schwer überlegen. Wir hatten jetzt den ganzen Tag zur Verfügung, um uns von dem Hornissennest zu befreien.
Aber was sollten wir tun? Emanuel, der in handwerkliche Hinsicht gern ein Allroundmacher war, hatte sofort eine Idee. Obwohl er im Reich der Tiere noch keine einschlägigen Erfahrungen gesammelt hatte, fühlte er sich nach dem guten Ausgang unseres nächtlichen Abenteuers inspiriert auch diese Angelegenheit selbst in die Hand zu nehmen.
„Ich werde sie heute Abend ausräuchern. Ich frage Giovanni, ob er mir dabei hilft“.
Der Bauer Giovanni war unser Nachbar, der schon einmal mit einem Besucher unseres Hauses ein Hornissennest ausgeräuchert hatte, als wir nicht da waren. Giovanni galt jetzt als Experte und war immer hilfsbereit. Mit ihm zusammen würden wir das hinkriegen.
Das schien auch mir plausibel. Der einzige Haken war, dass Giovanni kaum Zeit hatte.
Das Nest musste jedoch noch heute beseitigt werden, sonst wären wir gezwungen in ein Hotel umziehen.
Da wir sowieso unseren Nachbarn begrüßen wollten, beschlossen wir, uns gleich auf den Weg zu machen und ihn bei der Gelegenheit vorsichtig darauf anzusprechen.
Giovanni stand vor seinem Traktor, war gut gelaunt und freute sich, uns wiederzusehen.
Um nicht gleich mit der Tür ins Haus zu fallen, stimmten wir erst einmal einen kleinen Small Talk über die Ernte und über das Jagen an und kamen unserem Thema schon näher, bis auch Giovanni fragte, wie wir denn unser Haus vorgefunden haben. „Tutto a posto?“
„Ja im Großen und Ganzen schon. Nur leider haben wir wieder ein Hornissennest im Kamin“, rückte ich mit der Sprache heraus, ohne auch nur mit einem Wort unsere Wahnsinnsnacht zu erwähnen, denn er sollte nicht denken wir seien verrückt.
Und unser Hilfegesuch sollte auch möglichst harmlos klingen. „Du hast doch vor ein paar Jahren mal mit dem Peter so ein Nest abgefackelt. Wie macht man das denn?“ Wie ich Giovanni einschätzte, könnte sein leidenschaftliches Jagdfieber auch beim Ausräuchern der Hornissen Funken schlagen. Doch da hatte ich mich diesmal restlos getäuscht.
„Calabrone? Questi grandi rossi?“ „Si questi rossi” bestätigte ich mit möglichst
harmlosem Tonfall und merkte schon seine Angst. „Abbiamo cinque morti.“
„Was für Tote?“ Wollte ich erst einmal nüchtern nachfragen, denn diese angeblichen Toten gehören ja zur Hornissenhysterie. Darauf wollte ich nicht gleich hereinfallen.
Aber Giovanni gehörte nicht zu diesen Hysterikern. Eher zum Gegenteil. Wenn er sagte, dass fünf Leute an den Stichen von Calabrone gestorben seien, war es glaubhaft. Wir waren schockiert, ließen uns jedoch nichts anmerken. Er sollte ruhig glauben, wir seien nur ein paar dieser Tierchen begegnet. Von dem absurden Geschehen kein Wort. Bloß nicht.
Wer unter diesen Unständen eigenständig ein Hornissennest abfackeln wollte, galt jetzt in Giovannis Augen als lebensmüde oder dumm und beides war er nicht. Damals hatte er nicht gewusst, wie gefährlich diese Insekten waren und hatte einfach Glück gehabt, dass er mit heiler Haut davongekommen war.
„Jetzt müsst ihr sofort die Feuerwehr alarmieren, denn sie sind für die Entfernung von Hornissennestern zuständig.“ Das schien uns nun doch mehrere Nummern zu dramatisch, aber Giovanni rannte kurz entschlossen sofort zum Telefon, um diese Lebensgefahr schnell aus der Welt zu schaffen.
Ein riesiger Feuerwehrwagen zu unserem kleinen Haus auf dem Hügel? Trotz Giovannis Schreckensszenario mit den Toten war ich im Grunde immer noch ziemlich entspannt und eine Stimme in mir sagte; das ist ja wie mit Kanonen auf Spatzen schießen.
Aber es war schon abgemacht. Giovannis gradlinige Denkweise hatte kurzerhand die Feuerwehr alarmiert. Nun gab es keine andere Alternative mehr.
Auf dem Nachhauseweg in der brütenden Hitze, schien mir die Vorstellung von der Feuerwehr bedrohlicher als unser Hornissennest.

Fortsetzung morgen