Pokolenia

Ewa Maria Slaska
Nowa emigracja a stara Polonia

Referat wygłoszony na konferencji “Monitor emigracji zarobkowej” w Berlinie w październiku 2012 roku. Umieszczam go tu ze względu na pewien osobisty problem, który nurtuje mnie od prawie 30 lat, a którego nigdy przedtem nie zapisałam.

Za czasów kiedy przyjechałam do Berlina – był rok 1985 – stara Polonia w Berlinie to byli polscy berlińczycy, którzy tu mieszkali już przed wojną, działacze starych organizacji polonijnych jak Rodło czy Związek Polaków w Niemczech, w najlepszym wypadku nieliczni emigranci z lat 1968-70. My – emigracja postsolidarnościowa, a było nas w Niemczech w sumie około miliona, w Berlinie podobno ok. 80 tysięcy – byliśmy nową Polonią.

Minęło 30 lat. Teraz to my jesteśmy „starą Polonią”.

W ostatnim dziesięcioleciu, a już zwłaszcza po roku 2004, czyli przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, do Niemiec i do Berlina napłynęła duża grupa nowej migracji z Polski. Bardzo powierzchownie została ona nazwana grupą zarobkową, co być może w Niemczech jest prawdą, tak jak jest prawdą w odniesieniu do Irlandii czy Anglii, ale na pewno nie jest tak w Berlinie.

Tu przyjeżdżali przede wszystkim artyści, studenci, młodzi poszukiwacze sensu życia i życia ciekawego. Ci, których przyciągało hasło burmistrza Berlina, „jesteśmy biedni, ale sexy”.

Grupa ta szybko nawiązała kontakt z tzw. drugim pokoleniem emigracji z lat 80. Wspólnie nowi przybysze i dzieci starych stworzyli grupę nazywaną „młoda emigracja”.

A więc od samego początku grupa nazywana umownie „młodzi Polacy w Niemczech” rozpada się na dwie części – na Piłkarzy i Kosmopolaków.

Piłkarze

Badacze i media mówią często o naszych dzieciach, że jest to „generacja Podolskiego i Mirka Klose”. Basil Kerski przypisał im tożsamość hybrydową, co oznacza, że biorą z dostępnych im opcji, niemieckiej i polskiej, to, co im najlepiej odpowiada. Polską serdeczność i niemiecką solidność. O pokoleniu „Piłkarzy” mówi się też, że są to ludzie myślący „w kategoriach postnarodowych”.

Tym niemniej ja osobiście sformułowałabym na temat tej grupy kilka odmiennych tez.

1/ To nie pokolenie Podolskiego i Klosego, to grupa do której obaj piłkarze też należą, grupa dzieci wywiezionych ukradkiem czyli absolutnie nieprzygotowanych na szok zmiany.

2/ Ucieczka była często połączona z rozpadem rodziny. Emigracja miała zastąpić rozwód albo go powodowała.

My, rodzice solidarnościowi, obciążyliśmy nasze dzieci trwałą traumą. Szok ucieczki, szok zmiany środowiska, bezradność wobec nowej sytuacji, pogłębiona rozpadem rodziny.
Nasze dzieci to grupa znakomicie zasymilowana, zsocjalizowana w Berlinie, co do której wg tradycyjnych oczekiwań można było mieć nadzieję, że sobie nie tylko „poradzi”, ale osiągnie „normalną” (czytaj: niemiecką) pozycję społeczną i zarobki, a tymczasem jej przedstawiciele często „wybierają wolność” rozumianą jako powrót do Polski. Jest to nader częste – młodzi ludzie zawierają małżeństwa i związki partnerskie nie tyle nawet w obrębie  „Polonii”, ile po prostu z partnerami „z Kraju”, co w wielu przypadkach  prowadzi do powrotu do kraju: na studia, do pracy czy z uwagi na partnera.

Kosmopolacy

Czyli nowi. Ci, którzy najchętniej definiują się jako lokalni patrioci lub przez pryzmat wykonywanej pracy. Twierdzą, że są na wskroś Europejczykami, korzystającymi z wolności w zjednoczonej Europie bez granic. Cenią sobie swobodę poruszania się w obrębie Unii Europejskiej, zwłaszcza po ostatecznej liberalizacji europejskich rynków pracy. Są kulturowymi Nomadami. Twierdzą też, że – w odróżnieniu do starszych pokoleń – mniej znają historię, ale za to są bardziej zorientowani na przyszłość.

Wspólnie – Piłkarze i Kosmopolacy – są niejednorodni, ale są też świadomi swojej niejednorodności i postrzegają to jako atut.

I nawet gdy – jak niektórzy z nich – nazywają się autoironicznie Polskimi Nieudacznikami, to nie chcą być nieudacznikami. Mało tego, to grupa bez kompleksów, która  wie, że ma potencjał, by wzbogacić nie tylko zaśniedziałe życie polonijne, ale też wielokulturowe społeczeństwo Niemiec.

Nie da się ukryć – obie grupy razem zapewniają powiew świeżości tak w światku polonijnym, jak i w relacjach polsko-niemieckich.

Wartość nowej generacji pozostaje jak dotąd niedoceniona przez polityków i słabo zbadana przez naukowców, a tradycyjna, stara Polonia widzi w niej przede wszystkim uciekającą od zaangażowania społecznego emigrację zarobkową. W przeciwieństwie jednak do Anglii czy Irlandii nowa emigracja w Berlinie to przede wszystkim przedstawiciele branży kreatywnej i reprezentanci mediów, którzy w ubiegłym dziesięcioleciu zapoczątkowali liczne inicjatywy kulturalne, stając się animatorami współpracy polsko-niemieckiej. Często wcale nie zajmuje ich zdobywanie pieniędzy, wręcz przeciwnie zasilili szeregi berlińskiego prekariatu kreatywnego.

Inną zauważalną grupą nowej generacji są ludzie z różnego rodzaju mniejszości (z losu lub z wyboru) – punki, homoseksualiści, bezdomni. Również ta grupa odcina się od konserwatywnie pojmowanej polskości i buduje zmianę generacyjną, choć oczywiście jej społeczna siła nośna jest znacznie mniejsza, a często może nawet wydawać się negatywna. Jednak i oni mają swój udział w budowaniu społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego, tak w Berlinie, jak i w Polsce.

Razem młodzi przyjaciele…

Piłkarzy i Kosmopolaków wiele więc dzieli, ale też – pokoleniowo – wiele łączy. Najważniejsze być może jest to, że odchodzą od patriotyzmu do wielokulturowości. A poza tym: że są nowocześni.

Najlepszym przykładem mogą być portale i strony internetowe – o ile starsza generacja potrzebuje miesięcy a nawet lat i wielkiego wsparcia finansowego, żeby zrealizować funkcjonujący portal, który częstokroć szybko przestaje być aktualizowany i okazuje się niepotrzebny, o tyle młodzi robią to niemal lewą ręką, nie generując żadnych istotnych kosztów, a ich działania medialne są potrzebne i skuteczne.

Siłę tej grupy dało się zaobserwować podczas wyborów w roku 2007, gdy Donald Tusk rzucił wyzwanie ówczesnemu premierowi Lechowi Kaczyńskiemu. Obserwatorzy byli zdania, że jednoznaczna proPO-owska postawa młodej Polonii przeważyła szalę na rzecz Tuska.

Kolejną różnicą pomiędzy „starymi” a „młodymi” jest to, że grupa ta nie postrzega siebie w ogóle w kategorii migrantów i podkreśla europejskie prawo swobodnego wyboru miejsca zamieszkania.

Młodym Polakom zależy na integracji w niemieckim społeczeństwie, które szanują jako tolerancyjne i otwarte na świat. Nie chcą izolować się w odrębnych, zamkniętych światach etnicznych. Są dobrze zintegrowani, co sprawia, że stają się „niewidzialni”, wtopieni w społeczeństwo przyjmujące. Dla świata zewnętrznego migracyjna przeszłość młodych Polaków jest często niezauważalna. Można to dwojako interpretować. Bo jest to być może przykład wzorowej integracji, ale też może być to przejaw wynikającej z kompleksów nadgorliwej asymilacji.

Generalnie uważa się, że stara Polonia jest patriotyczna, a nowa europejska. Tym niemniej ja osobiście i wielu moich przyjaciół już 25 lat temu pielęgnowaliśmy szacunek dla Polski w połączeniu z integracją o europejskim charakterze.

Jeden z badaczy określa potencjał konfliktu między obiema grupami jako różnicę pomiędzy „patriotami o nastawieniu narodowym” a „europejskimi pragmatykami”.

Na pewno jest tak, że grupa patriotyczna oczekuje wsparcia od obu rządów – niemieckiego i polskiego – w zakresie stworzenia polskiego systemu oświatowego o charakterze polsko-narodowym, żąda dostępu do mediów i wsparcia finansowego dla kulturalnej i instytucjonalnej działalności polonijnej.

Kosmopolacy są natomiast zdania, że prawdziwą niezależność gwarantuje przede wszystkim integracja, czyli dobra znajomość języka, dobra praca i wysoka pozycja społeczna. Wynika z tego akceptacja niemieckiego państwa prawa i możliwość korzystania z prawa jako instrumentu do uzyskania przywilejów przysługujących de facto mniejszościom narodowym.

My i oni

Na zakończenie – gorzka nieco, a nieco filozoficzna – próba odpowiedzi na pytanie, czy istnieje konflikt generacyjny? Moja odpowiedź brzmi – tak, istnieje, ale nie tam, gdzie się go popularnie sytuuje. Na pewno nie jest prawdą, że młoda generacja się nie angażuje społecznie – angażuje się, robi to jednak inaczej. Podstawowe różnice – unikanie wielkich słów, funkcjonowanie w lub za pomocą sieci i forów społecznościowych, otwarcie na świat.

Myślę, że nie dlatego nowi są osobno i „starzy” osobno, że coś ich dzieli. Są osobno, bo nie chcą być razem. Czy w ogóle chcemy i możemy to przełamać?

Jeden z dawnych działaczy polonijnych mówi: „Pytanie, czy mamy siły i środki, żeby dotrzeć do młodej generacji? Uważam, że możemy młodym pomóc (jak zechcą) w organizacji itp., natomiast sami mogą się organizować i proponować takie formy działania, jakie im odpowiadają. My możemy im w tym pomóc, ale inicjatywa musi wyjść od nich samych.”

Rzecz w tym, że moim zdaniem nie wyjdzie, bo nasze doświadczenie nic tu nie wnosi. Możemy im pomóc, jeśli zdejmiemy im z głowy problemy biurokratycznej organizacji działań i pomożemy zdobywać pieniądze (choć i to ulega zmianie, bo dziś inaczej się zdobywa pieniądze niż nawet 10 lat temu), ale musimy czy też będziemy musieli się trzymać z daleka od wszelkich decyzji programowych i reprezentacyjnych. Musimy też zaakceptować, że nowi nie będą pamiętali o naszych dokonaniach, bo one nic ich nie obchodzą. Nie będą mieli skrupułów, jeżeli przyjdzie im skorzystać i zabrać sobie to, co my przedtem żmudnie budowaliśmy, i nawet jeśli sami tego nie zrobią, nie zaprotestują, gdy media przystroją ich w cudze piórka. Nasze piórka. Również to będzie trzeba przełknąć, próbując robić coś razem z nowymi.

A mimo to uważam, że jesteśmy związani ze sobą, my – starzy, i wy – młodzi, bardziej niż się to nam i wam wydaje. To, że możecie funkcjonować w Niemczech jako kosmopolici i Europejczycy, jako grupa otwarta, tolerancyjna i akceptowana, jest oczywiście wynikiem wielkiej polityki, ale wielka polityka składa się z małych kroków.

A te małe kroki wykonywaliśmy my. Gdy 30 lat temu pojawiliśmy się w Berlinie, po pierwszym okresie cmokania z zachwytu nad „bohaterskimi Polakami”, bardzo szybko pokazano nam miejsce, w którym mamy się ulokować. Polacy na budowie, Polki jako sprzątaczki. Nielegalnie i było to zaprogramowane. Zaprogramowano też to, że zjawiskom nielegalnym towarzyszyły w pełni kryminalne – nielegalna prostytucja, handel żywym towarem, złodziejstwo…

Społeczeństwo niemieckie od czasów Bismarcka nie lubiło Polaków, teraz, skonfrontowane z kryminałem, nie lubiło ich jeszcze bardziej, czemu w codziennym obcowaniu bez zahamowań dawało wyraz. Stara emigracja dobrze pamięta upokarzającą stygmatyzację, dyskryminację, niemieckie myślenie stereotypami z czasów Hakaty. W latach 80 i 90 bycie Polakiem w Berlinie naprawdę było nieprzyjemne i ciężkie.

Byliśmy niewygodni. Potrzebni, tak, ale niewygodni. To dlatego dbaliśmy o to, żeby nie było nas widać. Polacy, których widzieli berlińczycy, to nie byliśmy my. To byli przyjezdni. Jakaś straszna polska żulia, bandy złodziejaszków, potem jeszcze handlarze, którzy na pustych placach organizowali „polskie targi” i wreszcie pociągi pełne polskich sprzątaczek. To też byli i są Polacy w Berlinie, ale to nie my.

My w zbiorowym wysiłku, choć wcale się nie umawialiśmy, że tak właśnie będziemy postępować, przez dziesięć lat wydobywaliśmy się z życia sprzątaczek i nielegalnych robotników budowlanych, uczyliśmy się języka, szliśmy do pracy, urządzaliśmy mieszkania. I zaczęliśmy mówić swoim głosem. Nagle, w dziesięć, piętnaście lat po przyjeździe zaczęliśmy tworzyć teatry, otwierać galerie, zakładać sklepy. Już nie odcinaliśmy kuponów solidarnościowych i nie budowaliśmy etnicznej odrębności. W wielokulturowym Berlinie kreowaliśmy nowoczesną polską ofertę kulturalną, wcale nie tylko dla siebie, ale i dla naszego miasta. Nasze dzieci uczyły się polskiego, ale były super uczniami w niemieckich szkołach. Nagle staliśmy się „pieszczoszkami” społeczeństwa przyjmującego, które pojęło, że nie udała mu się wizja multi-kulti. Ale my się udaliśmy! O własnych siłach wydobyliśmy się z dna, staliśmy się klasą średnią. Możemy jak równy z równym rozmawiać z każdym, kogo interesuje Berlin. Mamy swój honor i dumę. I tak jest dobrze.

Walczyliśmy zębami i pazurami, ale też uśmiechem, pracowitością i ambicją o to, żeby zaczęto w nas widzieć Europejczyków. Gdy Wy tu przyjechaliście, myśmy już dla Was ciężką pracą przygotowali miejsce, gdzie mogliście i możecie żyć jak Europejczycy.

Nie musicie być wdzięczni, ale może postarajcie się pamiętać o tym.

Ale ta symbioza Starego i Nowego ma też drugą stronę. Zajęliśmy się walką o naszą pozycję społeczną, zatraciliśmy gdzieś na trasie ducha swobody i wolności, staliśmy się ciężkim, nudnym, zapiekłym w swarach, konserwatywnym światkiem, i już bardzo było nam potrzebne, żeby przyszedł ktoś, kto nam pomoże to wszystko przewietrzyć, przesiać, odcedzić, kto nam przypomni, że i my kiedyś ponad wszystko ceniliśmy wolność. Kto pozwoli oderwać się od komunałów i polecieć…

I na zakończenie uwaga o tym, kim my właściwie jesteśmy? Nie dla nas samych, tylko dla obu naszych krajów – tego, z którego wyszliśmy i tego, w którym mieszkamy.

Więcej od nas oczekuje kraj, z którego wyszliśmy. Kraj w którym mieszkamy, chce przede wszystkim, byśmy nie sprawiali kłopotu.

Dla Polski natomiast w czasach niewoli byliśmy „skarbnicą” patriotyzmu, w czasach kryzysu ekonomicznego – i dla państwa i dla rodziny – byliśmy skarbonką. A my obie te funkcje łykaliśmy.

Po raz pierwszy dziś sami, a zawdzięczamy to nowej emigracji, patrzymy na siebie przez pryzmat nas samych. Zmieniło to też naszą funkcję.

Społeczeństwo niemieckie dojrzewa powoli do zrozumienia, że polscy Niemcy czy też niemieccy Polacy pełnią rolę pośredników między oboma państwami i kulturami. W Polsce brakuje jeszcze tej świadomości, ale wszystko przed nami…

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012

Wywiad

Wywiad przeprowadziła w roku 2006 Izabela Drozdowska-Broering do powstającej wtedy pracy doktorskiej pt. “Topografie spotkania. Młoda polska i niemiecka proza ‘pograniczy’ po 1989 roku”. Izabela obroniła doktorat wprawdzie już w 2008 roku, jednak przygotowania do publikacji książkowej pracy ruszyły pełną parą dopiero teraz. I teraz przysłała mi go do autoryzacji. Przeczytałam i przyznam, że zdziwiłam się. Nie pamiętałam w ogóle, co mówiłam, nie pamiętałam w ogóle o całej sprawie, aż tu nagle przyszedł tekst, którego w ogóle nie trzeba się wstydzić. Taki “wywiad w ogóle”.

–          Chciałabym spytać o okoliczności powstania działającego w Polsce i w Niemczech Towarzystwa „WIR”. Szczególnie interesuje mnie, czym kierowali się Państwo zakładając towarzystwo?

–         Generalnie założenie było takie, że było nas kilka osób piszących, które się znały czy poznały i chcieliśmy wspólnie wydać, jak to się na początku nazywało, „broszurkę” z naszymi tekstami po to, żeby pokazać, że istniejemy. Wtedy, to był początek lat dziewięćdziesiątych, wszystko kojarzyło się z tymi, którzy pracowali na czarno. Nie z „Solidarnością”. Nikt nie traktował nas jako uciekinierów politycznych, tylko uważało się, że te wielkie grupy ludzi, które tu przyjechały, ewentualnie korzystają z plakietki „Solidarność”, ale tak naprawdę to są ludzie, którzy próbują sobie urządzić życie, po części pracując na czarno. Już wtedy się zaczęły problemy z handlem, z kradzieżami samochodów, a grupa polska, zwłaszcza ta świeżo napływająca, miała bardzo złą opinię. Jednak na pewno nie można powiedzieć, żeby to był główny motyw. Głównym motywem było dla nas to, że znalazło się parę osób, głównie zresztą kobiet, które piszą, które chciałyby pokazać, że istnieją. Ale była w tym również myśl, żeby pokazać, że ta grupa polska to nie tylko ci, którzy nam robią złą opinię, tylko, że są tam też inni ludzie, między innymi również osoby piszące. Na początku wydawało nam się, że wydamy jeden mały zeszycik, czy małą broszurkę, żeby była dokumentacja, tego, że istniejemy, i że będzie to tylko literatura kobieca, bo tylko kobiety się wtedy spotkały. Ale potem okazało się, że jedna z tych piszących kobiet przyprowadziła na pierwsze zebranie mężczyznę (było to potem komentowane przez różne niemieckie feministki, że one by się w życiu na to nie zgodziły). Był to Piotr Lachmann, pisarz pochodzący z rodziny niemieckiej, ale mieszkający w Polsce. W związku z tym, że pojawił się już przy zakładaniu grupy, stwierdziłyśmy, że nie będzie to w takim razie grupa kobieca tylko mieszana. Potem doszliśmy do tego, że skoro mamy wydawać broszurkę, to lepiej wydajmy coś, co będzie wyglądało. Następnie pomyśleliśmy, to jeśli ma już to wyglądać, to może wydawajmy to seryjnie, bo samo określenie do niczego nas nie zobowiązuje: albo będziemy to wydawać albo nie, albo będziemy mieli siły, pieniądze, czas albo nie. I tak właściwie z pomysłu, że wydamy kobiecą broszurkę narodził się „WIR”. Do rejestracji stowarzyszenia doszło po paru miesiącach – myśmy się spotkali w lutym 1994 roku, a rejestracja była 21 września 1994 roku. W tym czasie zaczęliśmy szukać pieniędzy jak i tematów, i ludzi do pracy.

–          Po niemieckiej stronie jednym z założeń było poprawienie wspomnianego po części fałszywego i zdecydowanie negatywnego obrazu Polaków. A jak wyglądało to po stronie polskiej?

–         Polaków to mniej interesowało niż Niemców i niż Polaków mieszkających w Niemczech. Główne zainteresowanie przez wiele lat było ze strony ambasady polskiej – ambasadzie na tym zależało, żeby poprawiać wizerunek, a myśmy byli wtedy jedyną taką organizacją, która wypowiadała się na temat kultury w imieniu Polaków mieszkających w Berlinie, tych Polaków, którzy napłynęli w fazie posolidarnościowej. Teraz jest tutaj tak dużo rozmaitych instytucji i organizacji, że trudno sobie wyobrazić, jak to wtedy było. Z jednej strony było nam bardzo trudno, bo byliśmy pierwsi – przedtem istniały dwa periodyki, ale oba przestały istnieć – Archipelag i Pogląd. Gdyby wtedy jeszcze istniały, prawdopodobnie nie podjęlibyśmy decyzji o działalności. Pogląd miał profil antykomunistyczno-polityczny, ale zajmował się też kulturą, Archipelag był natomiast stworzony na wzór Zeszytów Literackich – była to głównie literatura i mały procent tekstów socjologiczno-politycznych. Jak wspomniałam, naszą działalnością interesowali się głównie Niemcy, bo zawsze istnieje grupa tak zwanych „dobrych Niemców”, którzy się nami interesują, a z drugiej strony Ambasada, Konsulat RP. Dlatego prezentację pierwszego numeru czasopisma zorganizowała nam Ambasada. Oczywiście dodało nam to splendoru. Na promocję pierwszego numeru przyszło kilkaset osób. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to tak duże wydarzenie. Ambasada też się tego nie spodziewała – zabrakło krzeseł, skończyły się bigos i wódka…

–          Jak Pani wspomniała, obecna sytuacja znacznie różni się od okresu, w którym powstawał „WIR”. Szczególnie Berlin wydaje się być zagłębiem różnych ośrodków kulturalnych, związków, inicjatyw. Jak odbiera Pani chociażby działalność „Klubu Polskich Nieudaczników”?

–         Wolałabym nie wypowiadać się na temat innych instytucji, chociaż ogólnie mogę powiedzieć, że im więcej nas jest, tym nam jest trudniej o pieniądze i o publiczność, ale z drugiej strony im więcej nas jest, tym jesteśmy silniejsi. W związku z tym każdą taką inicjatywę uważam za bardzo dobrą. Nawet, jeśli istnieją ośrodki o tym samym lub podobnym profilu, to ludzie, którzy daną rzecz robią, nadają jej własne piętno. Czyli nawet, jeżeli istnieją dwie galerie polskie, trzy czasopisma, jedno wydawnictwo i pięć klubów, to nadal będą to różne instytucje, a jednocześnie wszystkie będą mówiły: ci Polacy, którzy tutaj są, coś robią, coś sobą reprezentują. Im szersza paleta ofert, tym więcej różnych grup zainteresowań jesteśmy w stanie dosięgnąć. Uważam, że to bardzo istotne, niezależnie od tego, czy wszystko, co dane redakcje czy dane kluby, czy galerie robią mi osobiście jako Ewie Marii Slaskiej, jako osobie się podoba czy nie. Jako szefowej „WIR-u” podoba mi się wszystko, bo przez to jesteśmy silni. Jest tu nas dużo i powinniśmy być szeroko reprezentowani.

–          Jeśli spojrzy się na niektóre publikacje członków „Klubu Nieudaczników”, rzuca się w oczy ich prześmiewczy charakter, niekiedy absurdalne poczucie humoru. Śmieją się oni z siebie samych jako Polaków i grają cały czas ze stereotypami, które o Polakach krążą. Czy śmiech może być potencjałem obalającym mury i uprzedzenia?

–         Wszystko może być takim potencjałem. Polskie piwo, polskie imprezy, polski śmiech, polska żałoba, polski płacz – wszystko jedno. Każda rzecz, która dociera do publiczności, może obalić część uprzedzeń. Dlatego mówię, że im więcej tego jest, tym lepiej. Oczywiście poczucie humoru, prześmiewczość, groteska jest bardzo dobra, ale z drugiej strony, jeżeli człowiek oprze się tylko na tym, jeżeli dziesięciu ludzi przez dziesięć lat robi to samo, opiera się na tym samym rodzaju gry ze stereotypami, to w pewnym momencie przestaje to działać. Ale powiedziałabym, że są to już indywidualne decyzje osób piszących jak i „Klubu Nieudaczników”, sponsora, wydawcy, mecenasa, czy patrona takiej grupy. To jest grupa bardzo męska, powiedziałabym też, przez to bardzo jednotorowa. To są bardzo interesujące teksty. Dwa lata temu organizowałam „Dzień słowa polskiego” w Instytucie Polskim w ramach Międzynarodowego Festiwalu Literatury, udało mi się praktycznie zaprosić wszystkich, oprócz dwóch osób. Wiem, że z jednej strony to bardzo się podobało, co ludzie z tej grupy czytali, ale z drugiej strony, ja osobiście miałam takie poczucie, że jak wychodzi czwarta osoba, która czyta coś w tym samym stylu, to przestaje to już bawić.

–          Powracając do „WIR-u” – byliście Państwo współorganizatorem „Statku Poetów”. Czy braliście Państwo udział we wszystkich edycjach?

–         „Statek Poetów” był organizowany pięć razy i ja osobiście brałam we wszystkich tych imprezach udział, natomiast udział „WIR-u” jako organizacji wzrastał z edycji na edycję i ostatni „Statek Poetów” zorganizowaliśmy sami.

–          To było w 1999 roku?

–         Tak, w ’99.

–          Jak ocenia Pani rozwój tej imprezy, jak zmieniała się ona z biegiem lat?

–         Weszliśmy w strukturę, która już była ustalona i ta struktura była dziełem dwojga ludzi, dwojga Niemców, Hansa Häuslera – pisarza i grafika i jego żony Sigrid Pohl-Häusler. Oni to organizowali najpierw w ramach Nowego Towarzystwa Literackiego – Neue Gesellschaft für Literatur, a potem jakby dokooptowali „WIR”. Następnie NGL się wycofało a „WIR” został. Wiązało się to poniekąd z tym, że jak z każdą rzeczą i tutaj przy „Statku Poetów” z roku na rok było trudniejsze finansowanie. To powiedziałam już w sprawie „WIR-u”; jak byliśmy sami, to mieliśmy trudno, ale mieliśmy też łatwo, bo na przykład pierwsze pieniądze na wydanie naszych gazet, naszych pierwszych numerów, dostaliśmy prawie że bez wysiłku, no po prostu byliśmy jedyni i dostawaliśmy pieniądze. A potem im więcej jest organizacji, tym mniej się tych pieniędzy dostaje, tym trudniej jest o te pieniądze, tym więcej trzeba składać podań, żeby w ogóle cokolwiek dostać, a takich sum, jakie myśmy na początku dostawali na jeden numer i za to byliśmy w stanie wydać trzy numery, to po prostu już teraz nie ma. Albo są, ale wtedy trzeba mieć już jakieś wyjątkowe dojścia. Ale to jest pewien proces, który jest ogólnospołeczny. On się nie wiąże z jakością Statku Literackiego, czy z jakością „WIR-u”, czy czegokolwiek innego, tylko takie są prawa marketingowe. Jak coś jest nowe, to wszyscy to kupują i mogą to kupić drogo. Potem to musi tanieć, potem się pojawiają konkurenci, ale jeszcze dbający o jakość. A potem się pojawiają już wszyscy i proponują, nie wiem, zarówno hulajnogę jak i cukierki, jak festiwal literacki. Za produkcję czegoś takiego biorą się ludzie w szopach i innych piwnicach, robią to bardzo szybko i tanio i biorą na to pieniądze, albo sprzedają te swoje cukierki, wszystko jedno. Cukierki się sprzedaje po produkcji, a podanie na organizację festiwalu składa się przed produkcją, tym niemniej proces jest taki sam. W pewnym momencie rzecz albo się stabilizuje na rynku, na poziomie ceny średniej i kiedyś wyrzuca tę tanią konkurencję, albo znika. I ze „Statkiem Poetów” tak było, że po prostu zniknął. Myśmy przeszli przez cały proces marketingowy od nowości i „ach, jak super” po „ach, teraz to wszyscy to robią, dlaczego mamy wam dawać pieniądze”.

–          Szczególnie chodzi mi tutaj o uczestników, czy o formę samego statku.
O reakcje publiczności po obu stronach.

–         To było jako koncepcja znakomite. To było znakomite, bo poniekąd szukano wprawdzie dużych nazwisk, ale brało też udział dużo normalnych, mało znanych poetów, a statek zawijał też do małych miasteczek i wiosek. Bardzo często byliśmy w stanie zdobyć dużą publiczność, choć często to były bardzo małe imprezy. Ale za to obejmujące wszystkich mieszkańców danej wioski. W takim razie trudno powiedzieć, czy jeżeli przyszło sto osób, z takiej wioski na przykład jak Moryń, na imprezę, gdzie wystąpiło dwóch poetów przywiezionych z Berlina, jeden wysłany z Polski i dwóch lokalnych, to jak przyszło sto osób z wioski, która liczy 150 mieszkańców, to było to dużo czy mało. To było bardzo dużo. To tak, jakby w Berlinie przyszły trzy miliony.

–          Czy różniło się przyjęcie poetów po stronie polskiej i niemieckiej?

–         W małych miejscowościach nie. Te małe miejscowości, nawet bardziej powiedziałabym po stronie niemieckiej, były tak wygłodniałe, tak zainteresowane, tak szukały jakiegoś kontaktu i tak żyły tym, że teraz tam, po drugiej stronie Odry jest sąsiad, z którym się normalnie będziemy mogli kontaktować, poznawać go. Moim zdaniem reakcja była taka sama po obu stronach, i to bardzo dobra, ciepła i z dużą ilością zainteresowania. Tam nie potrzeba było wielkich nazwisk, bo tym ludziom i tak te wielkie nazwiska mało mówiły, one tylko mówiły coś tym, którzy dawali nam pieniądze. Ale w wiosce Neuzelle albo w wiosce Moryń, tam gdzie przyjechał Stasiuk albo Tanja Dückers, te nazwiska nikomu nic nie mówiły. Przyjechali pisarze i możemy ich dotknąć, możemy ich posłuchać, możemy z nimi porozmawiać. To było ważne i to bardzo mi się podobało.

–          Tak zachowywała się publiczność, a jeżeli chodzi o same kontakty między pisarzami? Przypuszczam, że takie było jedno z założeń, żeby również oni nawiązali między sobą kontakt.

–         To jest bardzo różnie, muszę powiedzieć, że nawet tam, gdzie głównym celem jest integracja pisarzy, może się to nie udać, ponieważ wbrew temu, czego byśmy chcieli, czyli chcielibyśmy, żeby się ludy, narody i grupy integrowały, to każdy ma tendencję, żeby przebywać w swojej grupie, bo tak jest wygodniej. Wygodniej jest ze względu na język, przyzwyczajenia. Nawiązuje się łatwiej kontakt nie tylko na poziomie dosłownym, ale też, jeśli chodzi o aluzje, odnośniki, dowcipy.

–          Chodzi o inne zaplecze kulturowe?

–         Tak jest. Ono nie jest ani lepsze ani gorsze, po prostu jest inne. Ma to teraz nawet socjologiczne uzasadnienie. W Stanach Zjednoczonych powstała już teza, że nie ma sensu przeciwstawiać się gettoizacji kulturowej, na przykład w miastach, ponieważ powoduje to wprawdzie izolację od poszczególnych grup, ale pozwala zmniejszyć ilość konfliktów. Nie musi się mieszkać obok sąsiada, którego się w gruncie rzeczy nienawidzi. Ujęłam to bardzo brutalnie i krótko. Oczywiście są to dwie tendencje i my wszyscy mamy oczywiście nadzieję, że zwycięży tendencja zmierzająca do likwidacji gett, ale nie wiemy tego tak do końca. W związku z tym mogę powiedzieć, że to znowu jest bardzo indywidualna sprawa. Czasem wychodzą z tego piękne rzeczy łącznie z romansami, miłościami i ślubem, bo myśmy nawet ślub organizowali i to dla uczestników statku: pisarki z Polski i pisarza i piosenkarza z Niemiec, którzy poznali się na jednym statku, a na następnym brali ślub. Po części uroczystość odbywała się na moście pomiędzy Słubicami a Frankfurtem. Ale jak powiedziałam, w takich kontaktach możemy się spodziewać wszystkiego – od miłości, poprzez fajne kontakty towarzyskie, poprzez jakieś pomysły wspólnych projektów, po niechęć a nawet wrogość czy nienawiść.

–          Bodajże po pierwszej edycji imprezy przeczytałam w „Börsenblatt für den deutschen Buchhandel” artykuł, gdzie jedna z niemieckich uczestniczek, pisarka, wypowiadała się na temat imprezy bardzo negatywnie, twierdząc między innymi, że nadal istnieją przepaści kulturowe, a Europa kończy się na Odrze.

–         Myśmy mieli więcej takich doświadczeń. Pewnie dlatego że Hans Häusler jak i jego żona, i ja mamy bardzo demokratyczne spojrzenie na świat, to na przykład, jak mieliśmy imprezy, a po imprezach odbywały się uroczystości, kolacje, przyjęcia, zawsze zabieraliśmy naszych kierowców, czy to byli kierowcy niemieccy, czy polscy. To zostało skrytykowane przez dziennikarza niemieckiego, piszącego dla „taz-a”, który stwierdził, że zamiast gromadzić razem tylko pisarzy, organizatorzy zawsze brali ze sobą kierowców. Ja uważałam, że jest to poniżej godności pisarza, pozwolić na to, żeby kierowca siedział w samochodzie i czekał. Integracja jako hasło słabo funkcjonowała. Przez ostatnie 20 lat mało kto zajmował się integracją, każdy robił coś dla siebie. Takich instytucji jak „WIR”, jak „Statek Poetów”, które od razu powiedziały, my chcemy polsko-niemieckiej imprezy, było początkowo bardzo mało. Przy czym powiedziałabym, że integracja dotyczy nie tylko spraw polsko-niemieckich, ale również paru innych wymiarów. Ale w pewnym momencie to słowo się pojawiło i zaczęło wypierać ulubione słowo lat 90 czyli „multi-kulti”. Teraz wiadomo, że to nie o to chodzi, żeby każdy tańczył swojego krakowiaka, niech sobie tańczy jak chce, ale to jest już przebrzmiała idea, przebrzmiały model współżycia między kulturami. Co jest potrzebne, to pielęgnowanie swojego języka ojczystego, bo to wzbogaca i pomaga chociażby uczyć się innych języków. Języki są potrzebne. Natomiast wszystkie inne zjawiska kulturowe, niech każdy pielęgnuje jak chce, ale to, co powinno nas interesować, to kontakt z tym drugim społeczeństwem. Integracja pojawiła się teraz jako słowo, ale oczywiście jest łatwiej mówić o tym teoretycznie i abstrakcyjnie, a znacznie trudniej realizować to na miejscu, gdzie na przykład Polak pije za dużo wódki – bo to były także takie problemy, kiedy Polacy się upili i zrobili sobie ognisko nad wodą i wrzeszczeli, śpiewali pijackie piosenki i słychać było po obu stronach Odry. Ale to przeszkadzało nie tylko Niemcom, to przeszkadzało również nam. To nie są tylko różnice kulturowe, to są też różnice ekonomiczne. Te wszystkie elementy, czy chcemy je brać pod uwagę, czy nie, powodują, że integracja jest rzeczą trudną. Ale z drugiej strony jest możliwa.

–          Czyli dialog jest bardzo trudny już przy bezpośrednim kontakcie, na płaszczyźnie międzyludzkiej.

–         Tak, ale tylko tam możemy tak naprawdę ten dialog uzyskać.

–          Czy istnieje w takim razie coś takiego jak dialog literacki?

–         Pisarze nie tylko komunikują się ze sobą, tłumaczą sobie na wzajem rzeczy, ale również widziałam to w tekstach, które oni piszą. Po stronie polskiej było w nich więcej opisów przyrody, Boga, matki, rodziny i miłości. Po stronie niemieckiej było więcej twardego „ja” i krytycznego spojrzenia na siebie i to, co nas otacza. „Statek Poetów” trwał pięć lat, a „WIR” istnieje od dwunastu lat i po niektórych tekstach można zauważyć, że polskie teksty stają się mniej religijne, mniej sentymentalne, znika trochę chmur z nieba, jest trochę mniej wiatru i liści, które ten wiatr miota po chodniku, ale one pojawiają się u Niemców. Powiedziałabym, że jest to bardzo piękne nawet jako metafora, że te spojrzenia się „przewiały”. I to jest może to, co miałam na myśli mówiąc o stylu „Nieudaczników”, że gdyby oni się otworzyli na inne grupy, chociażby na kobiety, to byłyby tam pewne przepływy, bo nie chodzi o to, żeby pojawiły się kobiety, które próbują pisać jak ci faceci.

–          Zakładając, że istnieje dialog polsko-niemiecki na polu literatury, chciałabym się odnieść do Klausa Bachmanna, dziennikarza niemieckiego, który ukuł pojęcie „kiczu pojednania”.

–         Wszystko ma kicz, wszystkie rzeczy mają w sobie kicz.

–          Czy ten kicz jest potrzebny?

–         Nie, to jest inaczej. To znowu jest pewien proces, to jest proces społeczny. Jak pewne pomysły wychodzą od pojedynczych zapaleńców, chociażby jak grupy Niemców, którzy w roku ’46 postanowili pojechać do Oświęcimia i tam pomagać w przygotowywaniu ekspozycji muzealnej. Tak się każdy pomysł zaczyna, potem trzeba mu nadać pewnego rodzaju strukturę i pewnego rodzaju nazwę, chociażby dlatego, że takie są wymogi formalne, kiedy chce się uzyskać pieniądze na daną rzecz. Potem ta struktura zaczyna się rozrastać. Żeby ją sfinansować, trzeba gdzieś składać uzasadnienia, co teraz nazywa się podaniem. Wtedy następuje taki etap, kiedy pewne słowa, czy pewne kalki językowe są bardzo potrzebne. Bo każdy decydent, który nie był osobiście zainteresowany jeżdżeniem do Oświęcimia i grabieniem alejek wokół krematorium, musi jednak zrozumieć, o co chodzi. I to dla niego tworzy się te sformułowania. One nie powstają dla ludzi naprawdę zaangażowanych, tylko na potrzeby urzędników decydujących o pieniądzach, o lokalach i na potrzeby prasy. Tam dociera się do ludzi, którzy muszą dostać łatwo strawne, przyswajalne rzeczy. Te sformułowania zaczynają się usamodzielniać, obrastają pewną retoryką, i w pewnym momencie zarówno ci ludzie, którzy pojechali po raz pierwszy do Oświęcimia, jak ci, którzy nie chcą już jeździć do Oświęcimia, bo już nie mogą wytrzymać tego natłoku pewnych sformułowań, zaczynają szukać nowych wyrazów, i tak się dzieje z każdą ideą. Czy to jest jedno słowo, czy cała koncepcja intelektualna, to jest wszystko jedno. Zaczyna się od bardzo dobrej intencji, potem to rośnie, staje się powszechne, traci siłę, traci na znaczeniu i można to wyśmiać. I dlatego żaden Klaus Bachmann nie odważyłby się nazwać w ’47 roku akcji „Sühnezeichen” kiczem. Natomiast w roku ’70, wszystko, co się tworzyło wokół pojednania, było już nie do wytrzymania. Właściwie dlatego że się zdeprecjonowało, rozmyło, weszło na usta tych wszystkich, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią. Straciło siłę, straciło nośność. To tak, jak z „multikulturelle Gesellschaft” – kiedy to wymyślono, to to nie był kicz. Integracja też się stanie kiczem. Na razie wszyscy się tak przerazili tym, co się może zdarzyć, po Madrycie i po Londynie, bo nawet nie po 11 września, że jeżeli pozwolimy tym, którzy tu mieszkają, popaść w getta, to oni zabiją wszystkich, nawet się nie obejrzymy. Póki problemem integracji interesują się politycy ze strachu, to jeszcze nikt nie powie, że to jest kicz, ale za chwilę tak się stanie.

–          Innym z często używanych ostatnio terminów są tak zwane miejsca pamięci. Wszyscy szukają miejsc pamięci, czy to w Niemczech, czy we Francji. Szuka się również wspólnych polsko-niemieckich miejsc pamięci. Czy możliwe jest, żeby w jakimś umownym miejscu pamięć dwóch narodów była symetryczna?

–         Myślę, że w Gnieźnie – Otto III i Bolesław Chrobry. Wtedy było to możliwe, tylko, że Otton III niedługo po tym umarł. Myślę, że po pierwsze jest to bardzo rzadkie, ale nie należy ustawać w poszukiwaniach. Jeśli jest to możliwe, to proszę bardzo. Jeśli znajdziemy takie postaci lub miejsca, to dbajmy o nie. Ja również nie mam nic przeciw temu, żeby dbać o te niesymetryczne miejsca pamięci. Chociaż jako Ewa Maria Slaska powiedziałabym, że mnie to mniej interesuje, bardziej interesuje mnie dialog polsko-niemiecki, na przykład nad grobami czy popiołami. Ale te rzeczy są nierówne, prawdopodobnie dopóki Niemcy są silne, a Polska słaba, to nigdy nie będą równo rozłożone.

–          Czy w takim razie zainteresowanie drugim narodem i kulturą ma podłoże ekonomiczne?

–         Wszystko ma podłoże ekonomiczne. Wydaje mi się, że oprócz tych rzeczy, o których cały czas mówię, gdzie jest albo jednostka, którą coś pociągnęło, zapaliło, poruszyło, albo pojawiła się miłość, lub chociażby wielka przyjaźń, wszystko inne, powiedziałabym, że nie jest nasze, indywidualne, nie jest z serca. Wszystko inne musi mieć podłoże ekonomiczne. Nawet jak na początku nie ma, to potem musi. My jako ludzie zajmujący się kulturą możemy zadawać pytania, czy to sobie, czy innym. Na przykład Niemcy, nie jestem w stanie ocenić ile, ale na pewno dają pieniądze na utrzymanie Oświęcimia, jako muzeum. Czy dają pośrednio, czy bezpośrednio, czy sami, czy na podstawie umów i traktatów, trudno mi powiedzieć, nie mam pojęcia. Ja jestem ostatnią osobą, która by powiedziała, że nie należy dawać na to pieniędzy. Ale z drugiej strony jestem zainteresowana głównie dwoma sprawami – kulturą i sprawami społecznymi. Jeśli jest za mało tych pieniędzy, to powiedziałabym: może przestańcie dawać na Oświęcim, a dajcie na slawistykę w Berlinie.

–          Jest Pani zdania, że bardziej należy obrać kurs na przyszłość?

–         Tak, zdecydowanie. Co nie znaczy, że chcę powiedzieć, że należy zapomnieć o przeszłości. Oczywiście, jeśli nie będziemy tych miejsc pamięci z przeszłości ożywiać stałym dopływem idei a zatem pieniędzy, to zastygną w coś takiego, co już niczemu nie będzie służyło. Prawdopodobnie należy też temu przeciwdziałać. Tym niemniej ja osobiście, przerażona tym, że jak pani to opublikuje, to zostanę skrytykowana ze wszystkich możliwych stron, powiem szczerze i uczciwie: jeżeli jest to kwestią wyboru, to należy dawać pieniądze na to, co gwarantuje porozumienie w przyszłości. Na germanistykę w Polsce i na slawistykę czy polonistykę w Niemczech.

–          Uprzedziła Pani w pewien sposób moje następne pytanie, bo chciałam się spytać, czy przeszłość jako taka, szczególnie w kontekście polsko-niemieckim, także ta nasza wspólna bolesna przeszłość, może być mimo wszystko szansą na nawiązanie dialogu.

–         Kiedyś myślę, że tak. Kiedyś to było tak, że na pewno ta świeża przeszłość odgrywała tak wielką rolę, w tym, że ludzie, większe lub mniejsze grupy, czasem pojedyncze osoby, a czasem Episkopat Polski, podejmowali decyzję, że wyciągniemy rękę. I wtedy ból tej przeszłości, tragedia, niewyobrażalna tragedia tej przeszłości, która nad nami ciążyła, była niezwykle ważnym, intensywnym motorem działań pojednawczych, a zatem działań, które dziś mogłyby prowadzić czy doprowadziły do tego, że możemy mówić o integracji europejskiej, czy to polsko-niemieckiej, czy europejskiej. Przeszłość na pewno uczy i nie można jej pominąć. Widzimy, jak wygląda bez niej płytkie dziennikarstwo, polityka i szkolnictwo, które nie opiera się na ciągłości tradycji. I to na rzeczywistej ciągłości, a nie, że musimy to i to odhaczyć. Bez przeszłości staje się to wszystko martwe i płytkie i nie ma się do czego odwoływać. Ja czasem patrzę na dziennikarzy niemieckich, którzy nie znają własnej niemieckiej tradycji, nie mówiąc już o europejskiej, albo wschodnioeuropejskiej. I myślę sobie, że to niemożliwe, żebyś ty dziennikarzu miał 35 lat i nie wiedział, że Walter Benjamin był waszym filozofem i lingwistą przed wojną i zginął śmiercią samobójczą po ucieczce z Niemiec. Jest niemożliwe, żebyś ty publicznie mówił, że ten facet umarł w latach 70, bo wtedy jego książki odkryto na nowo. Tradycja jest moim zdaniem niezwykle ważna, bo inaczej sprowadzimy całą kulturę do poziomu call-center i supermarketu. Mówię to po studiach archeologicznych i historia jest jedną z rzeczy, która mnie wybitnie interesuje, może najbardziej obok tradycji społeczno-kulturowej Europy. Niemniej jednak nie możemy oglądać się tylko do tyłu, tylko na to, co było. Ważne elementy, to kształcenie i praca. Jeżeli damy młodym ludziom odpowiednią motywację i obietnicę, że będą potem mogli pracować, a zatem normalnie żyć, czyli, motywacja się opłaca, to możemy im spokojnie zafundować również sporą porcję tradycji i historii i nic im od tego nie będzie, nie będą się przed tym bronili. Natomiast, jak im nic nie dajemy na przyszłość, to przeszłość ich też nie interesuje.

–          Jeśli chodzi o literaturę, to biorąc pod uwagę prozę polską i niemiecką wydaną po ’89 roku, bo ta najbardziej mnie interesuje, jeśli młodzi niemieccy pisarze podejmują wątki polskie, to mimo wieku jako odnośnik głównie wybierają II wojnę światową i losy swoich rodzin pochodzących czy to z Prus Wschodnich, czy ze Śląska. Wydaje mi się to jednostronne: mianowicie, że wspomniani pisarze szukają w Polsce siebie, a nie Polaków. Czy Pani również ma takie wrażenie?

–         Na pewno. Oprócz takiego trendu literackiego, który jest oczywiście najsilniejszy, istnieje jeszcze trend literacko-publicystyczny, polegający na tym, że ja – Niemiec nie mający nic wspólnego z Polską jadę do Polski, żeby ją odkryć. Dla siebie, ale również dla moich czytelników i dla mojego narodu, bo tak to trzeba odbierać. Bardzo często są to teksty takie jak…

–          Może Michael Zeller?

–         Tak, Michael Zeller na przykład. Przy czym Zeller jest bardzo otwartym pisarzem. Widoczny jest u niego pewien protekcjonizm, ale jest on czytelny dla takich osób jak my, które wiedzą, że taki protekcjonizm istnieje. Natomiast myślę, że normalny czytelnik tak tego nie odbiera, ani polski, ani niemiecki. Natomiast czasami są to rzeczy wręcz dramatyczne. Najbardziej typowym przykładem takiej literatury byłby, to jest akurat Austriak, a nie Niemiec, Retho Henny. On napisał książkę (tytuł brzmiał chyba Chodzenie po dnie mojej czaszki), w której jedzie do Polski i zabiera ze sobą jedynie zachodnioeuropejskie problemy. Czyli albo oni tam jadą i traktują nas jak Zulusów, i im to pisarstwo jest lepsze, a autorzy inteligentniejsi, tym bardziej jest to ukryte, oczywiście. Jak mówię, Zeller jest najlepszym przykładem na to, że to można tak ukryć, że tego już prawie nie ma. Może on też nie ma takiej cechy, tylko wyrósł z takiego nurtu. W drugim przypadku pisarze zabierają swoje problemy ze sobą.

–          Może jest to typowe dla fali pisarzy-stypendystów. Zeller też dostaje jedno stypendium za drugim. Tanja Dückers tak samo.

–         Ale u Tanji Dückers i u Zellera – akurat ja ich oboje znam trochę lepiej – wiem, że u nich obojga, a na pewno u Tanji Dückers, to zainteresowanie było wcześniej. Również jej matka się tym interesuje. Teraz interesuje się tym również Tanja. O ile pamiętam z pierwszych rozmów z Zellerem, a znam go już tak długo, że nie pamiętam, jak to wszystko narastało, ale też mam wrażenie, że najpierw było to zainteresowanie, a potem zaczął dostawać stypendia. Tym niemniej są to stypendyści. Podobnie, jak wydania dwujęzyczne. To jest osobny problem. Wydania dwujęzyczne, czy to mieszanej literatury, czy Zielona Góra, Saksonia, Turyngia, zrobiły się modne. Niestety również przez takie wydawnictwa, jak „WIR”. Myśmy mieli ambicje, myśmy chcieli skonfrontować ludzi, którzy coś potrafią, mają coś do powiedzenia. Ale potem zaczęło się robić tak, że pieniądze na takie dwujęzyczne wydania w ramach różnych układów, podpisanych umów, czy też pewnych kalkulacji, zaczęły wchodzić w gestię urzędników. Urzędnicy województwa zielonogórskiego dają na dwujęzyczne propagowanie literatury zielonogórskiej. To jest skrót myślowy, ale to coś mówi. To mówi mianowicie, że w pewnym momencie przestaje chodzić o wartości i chodzi o miejsce: do głosu dochodzą różni ludzie, którzy może nie musieliby dojść do głosu. Obniża się wartość. Mało tego – wydania dwujęzyczne spowodowały coś, czego nikt z nas nie przewidział – co oznacza, że byliśmy idiotami. Spowodowały one to, że jeżeli po lewej stronie jest wiersz po polsku, a po prawej po niemiecku, to bierze się jakby taką maszynkę do kręcenia głową, jakby do oglądania meczu tenisowego czy ping-ponga i sprawdza się: aha – tu jest taki wyraz, a tu jest inny – to jest źle przetłumaczone. I naprawdę bardzo często myśmy nie byli w stanie wytłumaczyć, że coś ma prawo przejść do innej linijki, albo w ogóle ma się prawo użyć innego obrazu. To spowodowało potworne tłumaczenia, które się ukazały drukiem – mam tego całą kolekcję. Nikomu tego nie pokazuję, bo nikogo nie chcę obrażać. Mam całą kolekcję tłumaczeń, gdzie „Ferngespräch” został przetłumaczony jako „daleka rozmowa”, tłumaczenia słowo w słowo. To nawet w tłumaczeniach biurokratycznych i przemówieniach politycznych nie może funkcjonować, nie ma prawa funkcjonować w literaturze prozą, a na poziomie poezji to jest po prostu morderstwo, morderstwo z premedytacją na żywym ciele i to takie: odkroimy po kawałku, niech cię to boli przy każdej linijce. Tak że, jak twierdzę, dialog jest możliwy, natomiast upowszechnienie pewnych zjawisk stało się bardzo potrzebne, może było i jest nadal potrzebne. Ale moment, w którym straciliśmy czujność i przestaliśmy uważać, na to, co się robi, bo publikacje literackie, dbałość o tradycję, czy o kontakty literackie polsko-niemieckie przeszły w gestię urzędników, spowodował sporo krzywd i problemy z dialogiem. Ja się pokłóciłam z całą masą ludzi między innymi o takie rzeczy. Powiedziałam, że nie będę wydawała takich książek. Jak ja mam na takie rzeczy dostawać pieniądze, to „do widzenia”, to nic nie będę wydawała.

–          Jeżeli miałaby dokonać Pani przeglądu: co uważa Pani za największy sukces, za największe osiągnięcia „WIR-u” i innych organizacji i ugrupowań propagujących kulturę, a w szczególności literaturę polską na terenie Niemiec w ostatnich latach, a z drugiej strony, jakie zadania lub działania należałoby podjąć, żeby zmienić obraz Polski?

–         Na temat tej reszty nie będę się wypowiadała, bo nie mam pojęcia, a jeżeli chodzi o osiągnięcia „WIR-u”, to to, że dokonała się zmiana pokoleniowa. W momencie jak mój syn przyszedł do mnie ze swoimi kolegami-poetami i zapytał, czy nie zrobilibyśmy pierwszych warsztatów literackich, to było w cztery lata po założeniu „WIR-u“, czyli w 1998 roku, to poprowadziliśmy pierwsze warsztaty literackie i potem oni to zaczęli przejmować. Zaczęli przejmować warsztaty, zaczęli przejmować redakcję, zaczęli przejmować dobór tekstów – to była pierwsza faza. Druga faza zaczęła się wtedy, kiedy kilka lat temu Jacek Slaski i Ania Krenz przyszli i powiedzieli, że będą zakładali galerię, co przesunęło oczywiście ciężar z literatury na kulturę ogólnie, bo oni robią masę koncertów, performance i tak dalej, ale również wieczorów autorskich. Powiedziałabym, że trzeba to zmieniać: jeżeli założyliśmy nawet najbardziej świetną instytucję, mieliśmy super pomysł i pozwolimy mu trwać 20 lat bez zmiany, a co gorsza z tymi samymi ludźmi, to umarliśmy i nasza instytucja też umarła. Dlatego jestem bardzo zadowolona. Ludzie patrzą i mówią: wykopali cię, a ja mówię: nie, ja czekałam na to. Ja chciałam tego i ich sobie w pewien sposób wychowałam, żeby mnie „wykopali”. Trzeba tego pilnować, bo inaczej wszystkie instytucje się zestarzeją, i następne pokolenie jak przyjdzie, to opluje nas, bo język brutalnieje z pokolenia na pokolenie, i usłyszymy coś powiedzianego językiem Witkowskiego i Masłowskiej, jak: a co wy tu, starzy nieudacznicy, wy nie jesteście nieudacznikami, wy jesteście stabilizacją. Teraz tak to nie funkcjonuje, ale za parę lat może zacząć tak funkcjonować. Nie możemy tworzyć rzeczy dla siebie; nawet jak było to nasze ukochane dziecko, to ono musi dorosnąć i musi mieć swoje dzieci – musi się rozwijać. Powiedziałabym, że „WIR-owi” to się udało, nie oceniam natomiast innych instytucji.

Wywiad z marca 2013  z EMS.

Blog

Ewa Maria Slaska

Nowy blog

Jednak nie było wczoraj końca świata. Zaczynam zatem. Z niepokojem, bo mam już za sobą cztery blogi. A nawet pięć, choć ten piąty nie do końca spełnia wymagania blogu – nie jest bowiem zapisem na bieżąco.

Pierwszy był po niemiecku, nazywał się “Chinesen” i miał się stać zaczątkiem nowej książki. Z pomysłu nic nie wyszło, nawet nie wiem, dlaczego. Pewnie za dużo chciałam. Często mi się to zdarza.

Drugi był po polsku, dotyczył starzenia się i chyba też miał być zaczątkiem nowej książki. Z jakiegoś względu, którego dziś nie potrafię nawet odtworzyć, kiedyś w przypływie nagłej niechęci do siebie samej i swojego marudzenia, skasowałam ten blog, jak się okazało – bezpowrotnie. W zakamarkach komputera pozostały dwa lub trzy teksty, wyrwane z kontekstu i gołe.

Oba blogi ulokowane były na niemieckiej platformie “Blogspot”. “Starość” zniknęła, ale “Chińczycy” nawet trzymają się mocno i można sobie poczytać, że tak naprawdę o nic mi nie chodziło.

W roku 2011 przeniosłam się na polską platformę blox.pl, stworzyłam nowego bloga i ten był naprawdę ukochany. Nazywał się “Jak udusić kurę czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) nie wie”. Słowa “dziwnym trafem” są w nawiasie, bo tytuł był za długi i musiałam je usunąć, ale ten traf powinien tam być.

“Kurę” prowadziłam przez rok, zapraszając do współpracy różne osoby. Był to blog bardzo ambitny – miał być zarazem lekki, łatwy i przyjemny, interesujący i różnorodny, ale zarazem uczciwy, z głębszym sensem, pięknie pisany, a przede wszystkim miało w nim o coś chodzić. Jak się próbuję nad tym zastanowić, o co?, to nawet nie umiem tego nazwać. Czyli nie wiem, o co miało chodzić, ale gotowa byłam dać się pokrajać, żeby to coś uzyskać. I chyba się udało, bo blog “Jak udusić kurę…” nie istnieje już od ponad pół roku, a nadal ma kilkanaście tysięcy czytelników tygodniowo.

Na “Kurze…” dużo się działo. Były zagadki literackie czy szerzej kulturalne z nagrodami, były przepisy i porady dla (młodych) panien po trzydziestce, które nagle chciały się nauczyć, jak zrobić lasagne i dowiedzieć się, że Niepokalane Poczęcie nie dotyczy faktu, że Matka Boska była dziewicą. Było sporo poczucia humoru i zdrowej postmodernistycznej autoironii.

To mi się podobało, ale skoro już było tak, że był to blog, gdzie wiele osób miało coś do powiedzenia, to po roku działalności “Kury” zamknęłam ją w kurniku, a powołałam do życia platformę społecznościową “QRA czyli Nowa Kura, Kuchnia i Kultura”.

Uzgodniłam z moimi dotychczasowymi współautor(k)ami, kto się będzie zajmował redakcją i ze zdumieniem zauważyłam, że niby nic się nie zmieniło, a mimo to blog coraz bardziej oddala się od pierwotnego wzoru. Myślałam, że jak nas na stałe będzie więcej i poczujemy wspólną odpowiedzialność, to będzie nam łatwiej zachować to “coś”, coś nie wiadomo co, ale ważne. Tymczasem…

Tymczasem w międzyczasie powstał jeszcze, jak to się czasem zdarza, króciutki i stabilny, nie rosnący blog “Camino Costa Portuges”, ale był to tylko przerywnik…

… bo tymczasem na blogu głównym doszło do buntu załogi. Poszło o tekst o jedzeniu muchomorów z cytatem z Olgi Tokarczuk, a może o Tokarczuk samą, a może o coś jeszcze, czego nikt nie powiedział wyraźnie, a co przecież wyraźnie było – o to coś, co z dnia na dzień zmieniało jakość, a co, jak nagle poczułam, było mną. Najpierw więc usunęłam inkryminowany tekst, a potem sama się usunęłam.

Dowiedziałam się (od specjalisty), że zawsze było moją cechą niszczenie tego, co sama stworzyłam.

Nie umiem z tym polemizować, bo może z zewnątrz widać to coś, czego ja nie widzę… Cały czas coś.