Pączki a sprawa polska

Ewa Maria Slaska

Wprawki opozycyjne

Wyrastałam w Gdańsku w rodzinie, która za czasów mojego dzieciństwa i czasów szkolnych była bardzo powściągliwa w wypowiedziach na temat polityki. Pamiętam czołgi na ulicy w roku 1956, choć zupełnie nie wiedziałam, dlaczego tam były. Poszłam właśnie do szkoły i czołgi były zaraz potem. Pamiętam nazwę “Zatoka Świń” i strach, że zaraz wybuchnie wojna, choć też nie wiedziałam dlaczego. Pamiętam jak moja cioteczna babka Karusia podczas spaceru z koleżanką przyciszonym głosem rozmawiały o “październiku”. W roku 1963 poszłam do liceum, umarła Karusia i zastrzelono Kennedy’ego. Te trzy fakty przeniosły mnie z kraju dzieciństwa, w którym wojska przemieszczały się tylko w tle – historycznym, geograficznym i rodzinnym – do kraju dorosłych, gdzie każdy wiedział, co to jest Katyń i musiał być gotowy, żeby z butelkami benzyny, torbą sanitariuszki i ulotkami za pazuchą pójść na czołgi, które z pozycji w tle przeniosły się na pozycję “taka będzie twoja przyszłość”.
Gdy skończyłam szkołę i poszłam na studia, zdarzył się Marzec. Przyjechałam do Poznania i trafiłam do świata eleganckich pań poznańskich (to parafraza ze Stefana Chwina. W “Hanemannie” napisał o “tych paniach z Dolnej Saksonii”). W niedzielę szło się do kościoła i do kawiarni. Dystyngowane kobiety w czarnych sukniach z broszką pod szyją wspierały się na mahoniowych laskach, zakończonych srebrną głową orła. W mieszkaniach stały meble z okresu Regencji, biedermajerowskie kanapy, na ścianach wisiały szable, ryngrafy, kilimy i portrety. Były ciasteczka na podwieczorek, porcelana, srebra, ale też kolacje, że do picia była tylko wódka, a do jedzenia wędliny. I te rozmowy, zawsze o polityce. Zawsze.

Jeden ze znajomych rodzinnych, dobrze starszy już pan, miał na imię Restytut.  Nazwano go tak w nadziei na to, a urodził się w roku 1911, że Polska odzyska niepodległość i to imię naznaczyło go na całe życie.

Restytut stał się później słynnym działaczem podziemia, Solidarności, znowu podziemia. Ale w latach 70 jego aktywność, przynajmniej my to tak odbieraliśmy, była jeszcze dość skromna.  Czy dobrze pamiętam, że mówiło się o nim Tuńcio? Bo jak nie Tuńcio to jakoś tak podobnie. Mężowie owych poznańskich pań mieli piękne imiona, ale mówiło się o nich Ciś, Siaś, Taś lub Kocio. Tuńcio, przyjmijmy dla uproszczenia, że jednak Tuńcio, organizował w domach u tych poznańskich pań spotkania polityczne. Do pań nie było się łatwo dostać, ale kiedyś zaprosiły i nas, następne pokolenie. A to dlatego że do Poznania miał przyjechać Leszek Moczulski, a to była postać, z którą musieliśmy się spotkać.
Był rok 1974 lub 1975. Nie pamiętam, ale w 1976 roku byłam już z powrotem w Gdańsku, a gdy karmiłam dziecko piersią, Wolna Europa donosiła o Radomiu.
Na razie jednak wciąż jestem w Poznaniu i przyjeżdża Moczulski. W mieście aż huczy. Spotkanie odbędzie się u tej z pań, która ma największe mieszkanie. Trzeba się elegancko ubrać, wkładam czarną spódnicę i bluzkę z resztki materiału, który kupiłam w Londynie na przecenie, a którym w Polsce od kilku lat “zadaję szyku”. Idziemy, a jest to dobrze znana z konspiracji procedura – wyznaczono różne trasy i sposoby dojścia, a i datę wybrano tak, by większe zgromadzenie nie wzbudziło podejrzenia.
Jest Tłusty Czwartek. Wchodzimy, przyciszone głosy, przyciemnione światło, przypudrowane policzki pań i bluzeczki z koronkowymi kołnierzykami. Siadamy. Na stole biała kiełbasa, wódka, kawa zalewajka i pączki. Wszystko razem. Tak jest w Poznaniu. Mięsne i słodkie na jednym stole. Jestem z Gdańska. U nas nigdy nie postawiłoby się mięsnego i słodkiego razem. Ale za to u nas goście palili i popielniczki stały obok bigosu, a w Poznaniu u pań się nie paliło. Zawsze jedna z nich miała astmę.
Tłum ludzi. Czekamy. Przyciszone rozmowy. Wreszcie pojawia się Tuńcio. Szepce coś z panią domu, po czym wychodzą oboje z pokoju.
Jemy pączki. Zresztą co ja mam jeść, skoro w ogóle nie lubię mięsa, a już białej kiełbasy szczególnie – z przyczyn estetycznych. Jest taka szara i blada, jakby było jej słabo, ale to mnie jest słabo.
Tuńcio wraca zaaferowany, niesie magnetofon kasetowy, długo ustawia go na stoliku obok kanapy, trzy razy sprawdza…
Wreszcie jakby zauważa, że jesteśmy, chrząka, wita i mówi, że Moczulskiego zatrzymały sprawy nie cierpiące zwłoki, może to zresztą była po prostu milicja, ale nie trzeba się martwić, mamy bowiem kasetę z nagraniem wystąpienia pana Leszka, a to jest tak samo, jakby i osobiście był z nami.
I Tuńcio z namaszczeniem puszcza kaseciaka. Głos prelegenta lekko chrypi, magnetofon lekko skrzypi. W pokoju nabożna cisza. Czekają nas dwie godziny czczenia magnetofonu. Głos mówi na przemian Polska i Związek Sowiecki.
Jemy pączki.

A to Polska właśnie.
Oczywiście Wyspiański

Krowy

Ewa Maria Slaska

Ja. Stare, a nic się nie zmieniło.

Piszę te zdania w Berlinie 18 kwietnia 1999 roku. Miesiąc temu zaczęła się wojna o Kosowo. Dziś napisałam podanie do Niemieckiego Czerwonego Krzyża o wysłanie mnie do pracy z uciekinierami z Kosowa w Albanii lub Macedonii. Boję się, ale wydaje mi się, że nie mogę postąpić inaczej. Wysyłam to podanie sama dla siebie. Nie wiem, czy mnie przyjmą (nie przyjęli). Mam 50 lat. Ale w chwili gdy je wysyłam muszę być gotowa na to, co w nim napisałam: jeśli dostanę tę pracę, mogę jechać natychmiast. Natychmiast to znaczy jutro. Natychmiast to znaczy zostawić ciekawą pracę, w której spotykam się z inteligentnymi ludźmi i tworzę „kulturę”. Zostawić ślicznego wypielęgnowanego kota, jasny pokój z białymi zasłonami, kwiaty na balkonie. Syna i towarzysza życia (przestał być towarzyszem). Garnki w kuchni, komputer, książki, złote pierścionki z perłami, których nie noszę, ale które mam (już nie mam, oddałam). Wypełnioną wodą szklaną kulę pełną muszli z dalekich mórz, które kiedyś widziałam i być może nigdy więcej nie zobaczę (zobaczę). Bo może nic… Zamykam oczy. (Nie dostałam tej pracy.)

Ta decyzja dotyczy zresztą pewnego, niezgłębionego przeze mnie do końca, aspektu mojego życia. Owa bliskość grozy i ładu, chaosu i kosmosu, przybiera w moim życiu formy niekiedy groteskowe, którym na swój własny użytek nadałam nazwę „krowy”. „Krowy” przydarzyły mi się, a raczej, ściśle biorąc, sprawiłam, że mi się przydarzyły, przed kilku laty, podczas pobytu w Husum, małym miasteczku niemieckim nad Morzem Północnym. W opisie sytuacji zwanej „krowy” najważniejsze są dwa elementy: namacalne sąsiedztwo ładu i grozy oraz samodzielność, ba, niezawisłość podjętej decyzji, by wejść na nieznaną drogę, która, przez sam fakt, że nieznana, może się okazać niebezpieczna. Groteskowość polega na tym, że Niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony Nieznanego to nie jakieś odległe od cywilizacji odludzia jak interior południowoamerykański, szczyty Andów, krainy polarne czy pustynie Afryki. Ktoś, kto się decyduje na prawdziwą podróż w takie miejsca, a nie na wycieczkę turystyczną, a priori zakłada, że będzie to wyprawa niebezpieczna. Im dalej od cywilizacji, tym groźniej. Tymczasem „krowy” mieszczą się w ramach małego, oswojonego świata, w którym bezpieczeństwo jest, zda się, wszechogarniające i zewsząd widać wyraźnie jego znaki. „Krowy” to uparta walka na śmierć i życie w biały dzień, w ogródku przed domem.

Nie jestem człowiekiem wielkiej przygody, nie pływam, jak mój ojciec, jachtem po morzach polarnych, nie wędruję na piechotę przez Pireneje jak mój syn. Moje potrzeby są skromne i są to zawsze potrzeby człowieka w sposób być może przesadny cywilizowanego. A przecież coś we mnie każe mi wciąż wchodzić w „krowy”, w coś nieznanego, groźnego, co jednak może się przytrafić na oczach normalnego świata. A gdy się przytrafia, normalny świat nawet nie rejestruje mojej subiektywnej walki o przeżycie. Ikar wpada do morza, oracz obciera pot z czoła.

Przedzieram się przez chaszcze pokrzyw i ostów, pokonuję pastwiska otoczone zamulonymi rowami, wpadam na płoty pod napięciem elektrycznym, szukam chybotliwych kładek przez rowy, których nie potrafię przeskoczyć, atakują mnie gzy, a na każdym pastwisku pasą się stada krów lub samotny, pojedynczy byk. Przed kwadransem stałam jeszcze na zwykłej wiejskiej drodze, wiodącej do miasteczka, od którego dzieliły mnie ze dwa kilometry. W miasteczku mogłam skręcić w prawo i po następnym kilometrze znowu w prawo, aby przejść przez wał przeciwpowodziowy i dojść do campingu. Szeroka bita droga ogrodzona była z obu stron wysokimi bezpiecznymi płotami. Miałam przed sobą godzinę nie męczącego marszu i spokojną pewność, że wiem, gdzie jestem.

File:Aufmdeich.JPG

Wikipedia Commons, autor: Southpark, 2005

W obrębie tego czworoboku, zamkniętego z trzech stron drogami, a z czwartej wałem, za którym odpływało właśnie morze, mieściły się pastwiska. Zobaczyłam je jak na mapie i wydało mi się, że ułożone są prosto i logicznie.

Od drogi, na której stałam, do campingu za wałem był co najwyżej kilometr. I potem z każdego miejsca owej mapy widziałam oba te elementy – drogę i wał. Były cały czas tak niewiarygodnie blisko. Weszłam na ten zwykły kilometr, była tam nawet jakaś namiastka traktu, prosty matematyczny skrót, nawet nie przekątna, zwykły podział czworokąta na dwie części linią pionową, równoległą do jednego z boków. Matematyka ma to do siebie, że nie szarżują w niej byki, a tu ruszył ku mnie byk wspaniały niczym z grot Altamiry. Nie wiem, może był łagodny jak Fernando i chciał się tylko pobawić. Wolałam nie sprawdzać, bo naprawdę szarżował. Dobiegłam do jakiegoś płotu z gościnnie otwartą bramą i w ostatniej chwili zatrzasnęłam ją za sobą. Byk dopędził mnie, zatrzymał się przed bramą, sapiąc i pochylając łeb. Stał na mojej prostej od drogi do wału i wcale mi się nie podobał. Ruszyłam przed siebie mniej więcej równolegle do drogi, którą mi odebrał. Pokonałam pierwsze chaszcze, pierwszy płot pod napięciem, pierwszy kanał i wtedy pojawiły się następne zwierzęta, nie występujące w geometrii. „Krowy”. To właśnie w tym momencie znalazłam się w małej, nieznanej nikomu enklawie grozy. Moja mała groza, w gruncie rzeczy groteskowa – upał, krowa, giez, pokrzywa to nie jaguar, sęp i przepaść – trzymała mnie w uchwycie, czyhając, by wciągnąć w niebyt z dwoma niewiadomymi równie bezpośrednio jak sztorm i góra lodowa. Śmieszna groza. „Krowy”.

Ile razy wychodzę dobrowolnie z kręgu bezpieczeństwa, wiem, że idę w „krowy”. Nauczyłam się już wyczuwać je zawczasu. Znam je, bo istniały już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak się nazywają. Teraz już wiem. A mimo to idę. Wchodzę w bagna, idę wieczorem ulicami, po których kobieta sama nie powinna chodzić, odbywam podróże i podejmuję decyzje, wrzucające mnie w sam środek gniazda os, jakim jest życie społeczne, zbudowane przez małych sfrustrowanych gnojków. Zawsze wiem, że to „krowy”. Wiem i mimo wszystko idę.

Może nie powinnam pisać tego wszystkiego, bo Kosowo te nie pastwisko w niemieckiej wiosce. Ale Kosowo to moje następne „krowy”. Wiem i piszę podanie.

Niekiedy śni mi się, że wypędzają nas z domu. We śnie nie ma mowy o tym, dokąd mamy iść, ale ja wiem to przez cały czas. Powtarza się wtedy wciąż ta sama scena, w której biorą udział tylko kobiety z naszej rodziny. Moja matka zostanie odtransportowana. Moja siostra zabiera córkę i odchodzi, ja dobrowolnie idę razem z matką. Też mogłabym uciec, lecz idę. Pewnej nocy w jednym z tych snów coś się zmienia. Uciekam i natychmiast potem wracam. Lecz Mamy już nie ma.

A może tu nie ma się nad czym zastanawiać, nie warto psychoanalizować, szukać ukrytych motywów. Mój ojciec wywodzi się ze spolonizowanej rodziny tatarskiej. Może to wszystko po prostu geny wędrowania.

Tekst Doroty Cygan o kurach, napisany na pożegnanie blogu QRA. Niestety nie było okazji, żeby się pożegnać. Tu fragment niepotrzebnego  pożegnania:
Gdybym miała czas, na pożegnanie napisałabym pochwałę literatury, bo jej, w przeciwieństwie do nas, wszystko wolno, a niektóre rzeczy nawet musi. Wolno jej mówić prawdę i nazywać rzeczy po imieniu, a musi zrezygnować z mizdrzenia się, udawania, że jesteśmy lepsi od nas samych, kręcenia, przezornego zastrzegania się i kunktatorskiego poddawania się drobnomieszczańskim snobizmom. Bo literatura to nie political correctness. Na szczęście.
Ale tyle czasu nie mam. Gdybym jednak miała choć trochę tego czasu, którego nie mam, to dostalibyście tu ode mnie przynajmniej wpis o zalataniu współczesnego człowieka i o tym, że połyka fastfoody. Bo jednak gotowanie kury wymaga czasu i jest sztuką. Napisałabym też, że nie sztuka zjeść kurę, to nawet ja potrafię, sztuka poświęcić się jej dłużej niż przez 10 minut dziennie.
Chciałabym chyba też napisać, że kura bez soli i innych przypraw, czyli subtekstu, kontekstu i podtekstu, jest zupełnie banalnym białym mięsem bez smaku czyli tym, co połykamy codziennie, włączając telewizor, słuchając idiotycznych smalltalków w radiu i dialogów w tramwaju.
A zakończyłabym manifestem. Nie dajmy z siebie zrobić ersatzu i produktu zastępczego, mielonki wieprzowej ubitej w formę szynki! Już lepiej być kurą tłustą niż bezpłciowym kwadratowym kawałkiem czegoś paskudnego. A zatem: Wkurzajmy się!

Każdy umiera, jak żył

Ewa Maria Slaska
Jedyny zachowany fragment ze zniszczonego blogu Starość

Każdy umiera, jak żył. Moja Mama, z dużej litery, bo będzie to jej imię na zawsze, a pojawi się tu jeszcze tysiące razy, była osobą, która nie lubiła się ruszać, z domu, z krzesła, jeśli pracowała, z fotela, jeśli nie pracowała. Gdy pracowała, pisała, rysowała, cięła grafikę, siedziała skupiona, wyprostowana, na krześle przy biurku, plecami do drzwi. Mało ją znaliśmy w tej sytuacji, bo owe drzwi były zawsze zamknięte i tak naprawdę nie powinniśmy byli tam wchodzić, ani Ojciec, ani moja siostra, ani ja. Mama twierdziła zresztą, że zamknięte drzwi, oddzielające jej świat od świata Ojca, były najlepszą gwarancją trwałości ich małżeństwa. Gdy wychodziła ze swojej pracowni jej trasa po naszym dość dużym mieszkaniu kończyła się prawdę mówiąc zaraz w następnym pokoju, tak zwanym Centralnym, bo położonym pośrodku między jej pracownią czyli Czarną, w której były czarne meble i na wielkim starym maglu odbijało się czarne grafiki, a gabinetem ojca, nazwanym z kolei Białą Pracownią, bo było tam po pierwsze czyściej, po drugie zaś z tego właśnie pokoju Ojciec wyruszał na wielkie polarne (a więc białe) wyprawy żeglarskie. Mama wychodziła z Czarnej i opadała na fotel w Centralnym, gdzie były gazety, książki i z czasem również telewizor. I tam trwała, w starym fotelu, w pozycji niemal półleżącej, czytając, rozmawiając z ludźmi, oglądając telewizję, rozwiązując jolki w „Wyborczej”. Gdy jechali gdzieś z Ojcem samochodem, Mama, w tej samej pozycji spoczywała na miejscu obok kierowcy, półleżąc. I tak ją zastała śmierć. Przyjechała mercedesem obok samochodu rodziców, wymuszając pierwszeństwo i zepchnęła ich z szosy na drzewo. Ojciec, jak zawsze wyprostowany, mocno przypięty pasem, ochroniony airbagiem, wyszedł z tej kolizji ze złamaną nogą i popękanymi żebrami. Po tygodniu był już na nogach, nawet jeżli jedna z nich jeszcze przez dwa miesiące pozostawała w gipsie. Mama podczas kraksy zsunęła się półleżąc pod pasem i poduszką powietrzną. Jazda samochodem nie była pracą, a tylko przy pracy Mama przyjmowała pozycję wyprostowaną, taką, która w momencie wypadku przyniosłaby jej zabezpieczenie. Przyjęła więc na siebie bez jakiejkolwiek ochrony całą siłę zderzenia i odniosła cały szereg poważnych obrażeń wewnętrznych. Po dziesięciu dniach zmarła w szpitalu, nie odzyskując przytomności.
Półleżąc.
Ojciec zmarł w siedem lat później. Był już od pięciu lat ponownie żonaty, przeprowadził się z Gdańska do Bydgoszczy do swojej nowej żony. Przez te lata sporo chorował, mało już udzielał się, czy to w żeglarstwie, czy w pracy zawodowej i pisał ostatnią książkę, autobiografię „Śladami życia”. Ostatniej zimy dał ją nam do przeczytania, latem spotkaliśmy się wszyscy na dwa tygodnie w wiejskim domu mojej siostry i szwagra, omówiliśmy konieczne zmiany. Od powrotu z wakacji ojciec „czesał” tekst w komputerze, zmieniał, poprawiał, skracał, dopisywał. Pracował zawsze rano, gdy Marianna, jego nowa żona jeszcze spała. Czasem wychodził na spacer na łąki lub do pobliskiego lasu, przynosił jej polne kwiaty, kupował bułki, robił kawę i podawał do łóżka. Była niedziela. Wszedł do pokoju żony, powiedział „No, skończyłem. Nic już nie trzeba zmieniać.” Po czym dodał, że jakoś mu trochę zimno, położy się więc na chwilę. Położył się, przytulił do zaspanej żony i… umarł.
Postawił kropkę pod ostatnim zdaniem ostatniej książki.
Ciekawe, że Mama, która nie znosiła się ruszać z domu, a wyjątek stanowiły tylko zagraniczne podróże, które były odrębnym światem, wyjętym ze świata, Mama zatem umarła poza domem. Ojciec natomiast, człowiek, którego przez całe życie rwało do innych światów, do męskiej przygody, odwagi i próby sił w zmaganiu z nieubłaganą naturą polarnego żywiołu, umarł we własnym łóżku, a przed śmiercią poczuł, że zrobiło mu się trochę zimno.
A mimo to twierdzę, że oboje umarli tak, jak żyli. Ona, bo nic poza pracą nie było w stanie zmusić jej do zdyscyplinowanej postawy, on, bo zawsze doprowadzał każdą sprawę do jej ostatecznego końca.

Podobnie jak to było w przypadku pytania o nieśmiertelność, tak i teraz zaczynam pytać siebie i innych o to, czy znają takie historie. Historie ludzi, którzy umarli jak żyli, albo których dopadła choroba odzwierciedlająca ich sposób życia. Przypomina mi się młody chłopak, przystojny, zarozumiały polski macho. Miał śliczną dziewczynę, ledwie po dwudziestce, której dokuczał, że ją zostawi, bo jest dla niego za stara. Cytował przy tym zdanie, o którym, bo już od tylu lat mieszkam w Berlinie, nawet chyba zapomniałam: „Dziewczyna musi mieć lat osiemnaście, potem zaczyna się starzeć”. W Berlinie rzecz jasna też pojawia się to zdanie, ale jednak, jednak… Bo w Berlinie kobieta jest kobietą do czterdziestki, potem, jeśli los ją ukrzywdził, już jej po prostu nie ma. Jeśli był łaskawy – jest człowiekiem. Ale na razie nie to jest moim tematem, na razie jest to młody człowiek, ma 25 lat i właśnie zachorował na… raka prostaty. Seksistowska postawa życiowa i – w tak młodym wieku – choroba, nie znam się na tym, ale chyba jednak utrudniająca życie seksualne. A w każdym razie nieprzyjemnie wiążąca groźną chorobę ze sferą życia seksualnego. Ujmując rzecz najprościej, i niech doktorzy mi wybaczą, prostata wydziela spermę. Związek jest więc ewidentny. A więc symboliczne znaczenie choroby, nawet jeśli nowoczesna sztuka lekarska wyciągnie chłopaka z opresji. Ale… zaglądam do internetu i dowiaduję się, że ponoć medycyna dopiero po 15 latach obserwacji osoby chorej jest w stanie uznać ją za wyleczoną.
Wyleczona prostata wymaga 15 lat obserwacji. Niewyleczona…
Rozmyślam dalej. Jasne, pijacy potrafią umrzeć z przepicia, a narkomani z przedawkowania narkotyku. Kiedyś obżartuchy marły z przeżarcia, teraz nikt już tak naprawdę się nie obżera, ale rzecz jasna, wszyscy wiemy, że prawidłowe odżywianie stanowi o zdrowiu. Mnie jednak nie chodzi o proste przekładnie jak śmierć pewnego ucznia w Berlinie, który wypił 52 tequile i zmarł po czterech tygodniach komy. Mnie interesuje symbolizm naszego życia i śmierci. Symboliczne zdania, jakie wypowiadamy. Ja na przykład twierdzę, że umrę w biegu. Może tak jak ci, którzy biegną w maratonie. Był taki maraton w roku 2000 w Berlinie. Pierwszy dobiegł do mety trzydziestoletni Simon Biwott z Kenii. Biegł 2 godziny, 7 minut i 42 sekundy, a więc poniżej 3 minut na kilometr i wygrał 80 tysiecy marek.
W kategorii kobiet wygrała Japonka, Kazumi Matsuo. Jest o cztery lata młodsza od Simona, biegła o 19 minut dłużej, a jej nagroda wyniosła 55 tysięcy. Ciekawe dlaczego zarobiła mniej, skoro liczy się zwycięzców odrębnie w kategorii kobiet i mężczyzn? W tym maratonie brał również udział ówczesny niemiecki minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer i zajął miejsce numer 8919. W kategorii mężczyzn po pięćdziesiątce pan minister zajął miejsce 687, wygrywajac jednocześnie “pojedynek sław” z popularnym piosenkarzem Joeyem Kelly z Kelly Family.
Szwajcar Heinz Frei, inwalida na wózku, wygrał już po raz 13.
Skater Chad Hedrick z USA po raz 41.
42 kilometry 195 metrów.
Milion widzów.
40 000 uczestników z 85 krajów.
Budżet: 3,4 miliona marek.
Dwie osoby, sześćdziesięcioletni Duńczyk i trzydziestoośmioletni Panamczyk nie wytrzymali morderczego wysilku. Panamczyk zmarł w sposób niezwykle spektakularny, przebiegł metę i padł tuż potem. Śmierć należy do historii wszystkich biegów maratońskich, poczynając od tego w roku 490 p.n.e. Goniec, który przyniósł do Aten wieść o zwycięstwie nad Persami, zmarł z wyczerpania. W dziejach maratonu w Berlinie śmierć w biegu zdarzyła się po raz trzeci, a podobno w każdym mieście, urządzającym wielkie biegi zawodnicy umierają.
Jednak gdy mówię, że umrę w biegu mam na myśli raczej symbol niż przeczucie, że stanę do biegu i nie podołam, bo że nie podołam, to jasne. Niby dlaczego w ogóle miałabym podołać, skoro jestem typem wybitnie niesportowym i dostaję zadyszki goniąc uciekające metro. Ale gonię, choć większość osób w moim wieku już dawno tego nie robi. Bo ja w ogóle gonię, pędzę, robię dwieście rzeczy na raz, wykonuję przez miesiąc normę pracy i zadań, która komuś innemu starczyłaby na rok. Dlatego myślę, że umrę w biegu, wpadnę biegiem pod samochód, przelecę w pośpiechu przez szklane drzwi, które nie zdążą się otworzyć, bo będę dla nich za szybka. Podczas wichury dobiegnę do drzewa w chwili, gdy złamie się wielki konar. Chociaż aż tak to może nie, tak umierali nieśmiertelni* i nie mnie mierzyć się z nimi.


* Paryż, 1 czerwca 1938 roku, pisarz austriacki Ödön von Horwath (1901-1938) zmarł przygnieciony konarem drzewa, pod którym schronił się, by przeczekać burzę.

Berlin, 16 stycznia 1912 roku, ekspresjonistyczny poeta niemiecki Georg Heym (1887-1912) tonie w Haweli podczas jazdy na łyżwach, próbując ratować życie swego przyjaciela Ernsta Balcke (1887-1912), także pisarza.

Grenze / Granica

2010 hat Dorota Cygan diesen Text in beiden Sprachversionen zugleich geschrieben. Er wurde auf Deutsch und Polnisch in der Bibliothekenzeitschrift “Pro libris” in Zielona Góra veröffentlicht. Den Text gibt es in beiden Sprachen im Internet, daher hier nur zwei Fragmente, damit man auf den Geschmack kommt.
Achtung: Die Fragmente ergänzen sich.

Dorota Cygan napisała ten tekst w roku 2010. Został on po polsku i po niemiecku opublikowany w czasopiśmie biblioteki w Zielonej Górze “Pro libris”. Ponieważ można go przeczytać w obu językach w internecie, przedrukuję tu tylko dwa fragmenty, zachęcając gości tego blogu do przeczytania całego artykułu w sieci.
Uwaga – fragmenty się uzupełniają.

Dorota Cygan

(…)

Eine Region – zwei Heimat(-)

Der Weg zurück nach Berlin vom Dolmetscheinsatz führt durch ein Dorf im Kreis Lubań/Lauban. Für diesen Beitrag müssen dramatis personae der längst vergessenen Kriegszeit nicht anonymisiert werden – die noch leben, würden vielleicht gern selbst Zeugnis ablegen und ihre Befindlichkeit über all die Jahre schildern. Der Zeitgeist will es aber, dass alle Akte der dramatischen Handlung hinter sich gelassen werden, denn der vollständige szenische Dialog wäre eh nicht mehr zu rekonstruieren – durch den Exitus der ältesten Figur.

Mit 14 Jahren kommt sie als Landarbeiterin aus Südpolen hierher. Zwangsarbeit wäre ausgerechnet in diesem Fall nicht das richtige Wort, denn sie meldet sich – der nationalsozialistischen Werbepropaganda folgend – freiwillig, um dem Hunger zu entkommen, und gibt dazu ein falsches Geburtsdatum an, um als älter eingestuft zu werden. Kurz vor Kriegsende bringt sie ein Kind zur Welt und wird niemandem je verraten, wer der Vater ist. Mit gutem Grund. Denn nach Kriegsende geht sie zu ihren Verwandten zurück, wird zur Heirat gezwungen, lässt für ihre Tochter eine neue Geburtsurkunde ausstellen und muss zu allen Umständen ihres 18-jährigen Lebens einen gehörigen Abstand gewinnen. Es geht niemanden etwas an, das private Drama. Im Mai 1945 muss sie keine Grenze mehr passieren, da ist jetzt Polen.

Es gibt aber auch noch die andere Geschichte. Auf der deutschen Seite hat der Ausgang des Zweiten Weltkrieges und der Epilog der beschriebenen Geschichte eine andere Dramatik und einen anderen Kommentar – die Verdrängung der Vertreibung. Im Falle der in tiefen Westen ziehenden Flüchtlinge wird er gar manchmal politisch instrumentalisiert. Aber hier ist die DDR, und die duldet keine Ressentiments. Notfalls werden sie einem aberzogen. Man thematisiert den Verlust und den erzwungenen Grenzgang allenfalls in Familienkreisen. All das geht die politischen Instanzen nicht viel an. Immerhin können die Umsiedler das Zielort ihres Umzugs wählen – und so erfolgt die Umsiedlung dieser Bauernfamilie um nur 30 km weiter westlich. Ihr neuer Wohnort liegt auf derselben Autobahnstrecke, die jetzt die Dolmetscherin auf dem Weg nach Berlin ansteuert. Der Blick von oben würde den neuen Wohnort derselben Region zuordnen, und das ist geografisch zweifellos korrekt.

Der Epilog des privaten Dramas von deutschen Bauersleuten und der polnischen Landarbeiterin enthält keine spektakulären Momente: Man arrangiert sich mit der Vergangenheit, hält Kontakt zueinander, schickt Weihnachtsgrüße und Päckchen, kann sich beim Besuch selbst nach vielen Jahren noch einigermaßen verständigen, wohnt relativ nahe voneinander, im schlesischen Raum. Bei der Befragung ist von keinem der Akteure zu hören, dass sie bei diesen Treffen ein besonderes Unbehagen empfanden. Sie haben das Wissen um diese Zeiten – eines, das keiner historischen Korrektur und auch keiner Ergänzung bedarf.

Jeden region – dwie małe ojczyzny

Stan duchowy mieszkańców obszaru, na którym po 1945 roku osiedliło się przypuszczalnie wiele niemieckich rodzin – tak blisko, że z nowego domostwa prawie można by dotknąć swojej starej stodoły – jest jako model tożsamościowy trudny do uchwycenia. Zbiorowa tożsamość Wschodnich Niemców nałożyła się na tę indywidualną lub ją wyparła. Kiedy po zjednoczeniu chcieli nawiązać do dyskursu wypędzenia, toczącego się przed laty w społeczeństwie zachodnioniemieckim, reagowano na to uśmiechem zmęczenia – jak na „wiecznie wczorajszych”. Z problemem tym zostali sami. Przystąpienie Polski do Unii po raz pierwszy dało realną szansę zaangażowania się na rzecz regionu i regionalizacji – ze świadomością, że poza dyskursem historycznym chodzi tu o realne współdziałanie, z którego obie strony mogą czerpać korzyści, nie tylko tzw. interkulturowe, ale i realne.

Krajobrazowa jednorodność regionu ma swój odpowiednik w słabości strukturalnej. Nierówności jednak bardziej rzucają się w oczy niż elementy wspólne, i to one określają strategię przy realizacji unijnych programów kooperacji. Już same różnice w rozwoju infrastruktury drogowej sprawiają, że Polacy są bardziej zainteresowani projektami budowlanymi niż wymianą idei i doświadczeń. Nieubłagana statystyka usprawiedliwia rozmijanie się w dyskusji. Polacy zgodni są co do tego, że najpierw trzeba pokonać nierówność w rozwoju gospodarczo-technicznym. Dopiero potem równie chętnie przyjmą projekty na rzecz innowacji technicznych, budujące społeczeństwo informacyjne, jak i studia wykonalności czy regionalne prognozy rozwoju. Te atrakcyjne są dla Niemiec, których zapotrzebowanie na obiekty i projekty infrastrukturalne zostały już, można uznać, zaspokojone, gdyż główna fala modernizacji po zjednoczeniu przyniosła wyrównanie różnic strukturalnych do poziomu standardów zachodnich. O sukcesie będzie więc można mówić wówczas, gdy niemiecka gotowość do dialogu i wspólnej realizacji projektów napotka u Polaków na pełną gotowość do kooperacji, bez automatycznych roszczeń, by trwałość oznaczała to, iż po projekcie pozostaną konkretne obiekty budowlane lub sprzęt techniczny. To deficytami natury materialnej tłumaczyć trzeba fakt, że gotowość do współpracy jest częściowo asymetryczna. Z jednej strony niepokój, że projekty unijne służą sąsiadowi wyłącznie do usunięcia zacofania cywilizacyjnego, a niemiecki partner jest jedynie pretekstem. Po drugiej stronie zaś zachodzą obawy, że występuje się w roli biednego krewnego, który musi się wstydzić za deficyty materialne i dać się zawsze pouczać. Zachodniego sąsiada zdaje się nie obchodzić ta cywilizacyjna nierównoczesność. Jest ona powszechnie znana. Pragmatycznie myślący Niemiec dziwi się raczej temu, jak różne są w obu krajach kultury dyskusji, jak nikły poziom zaufania między konkurującymi regionami Polski – podczas gdy w powiatach i gminach niemieckich regionalizm, struktury federalne i dążenie do konsensusu wręcz tworzą tożsamość zbiorową. Budowanie transgranicznych struktur regionalnych okazuje się więc większym wyzwaniem niż zakładano. Po żmudnych rozmowach nawet polscy uczestnicy pertraktacji sami zastanawiają się, czy my Polacy potrafimy ze sobą kooperować. Praca nad integracją regionu jest pracą u podstaw i nie bez powodu rodzi pytanie, jak to jest ze zdolnością regionów Polski do współtworzenia Europy. Odpowiedź brzmi tak: Tam, gdzie po stronie niemieckiej nie ma konkurenta, a jest – z definicji – partner, polskie regiony konkurują ze sobą niekiedy do tego stopnia, że nawzajem niweczą swoje szanse rozwojowe. Nawet w obrębie Śląska podział interesów jest niekiedy taki, że Wrocław jako stolica Dolnego Śląska mniej zainteresowany jest wspieraniem okolicznych miejscowości – choćby przez wspieranie turystyki wiejskiej – niż administracja komunalna graniczących tu z Polską obszarów Saksonii. Decyzja o tym, czy popierać turystykę w ogóle czy turystykę wiejską w szczególności, zapada w tym wypadku nie w kontekście narodowym, lecz zależy od cech strukturalnych kooperujących regionów. Siła przebicia większej jednostki, np. większego miasta, może w pewnych okolicznościach prowadzić do nowych aliansów, niezależnie od przynależności narodowej. I dobrze, że tak jest. Konkurencja wewnątrz Unii ma właśnie rozluźniać istniejące zależności, by tworzyć efekt synergii. Nowe osie kooperacji mogą równie dobrze nazywać się Wroclaw-Drezno-Berlin-Praga jak i Lubań-Löbau-Jablonec. Obojętnie, czy są to warsztaty, wspólne akcje policyjne czy działania na rzecz poprawy wizerunku regionu – tzw. „miękkie“ kontakty w sferze gospodarczej i społecznej umacniają się dzięki temu, że ludzie zwiększają zasięg swej działalności, bez konieczności szczególnych uzasadnień. Proces orientowania się w tych oczywistych realiach jest niekiedy najtrudniejszym etapem przedsięwzięcia, którego przebieg mamy przywilej obserwować. Największym przywilejem jest przy tym szansa redefinicji pewnych struktur. Fakt, że aktywność obywateli jest pożądana, stanowi zasadę unijną, a jednak tam, gdzie ich mobilność wymyka się spod kontroli państw narodowych, brak nagle ponadgranicznego związku z Europą. Czy zatem trzeba z powodu zwiększonej mobilności redefiniować zbiorową tożsamość? Nazwać ją ogólnoeuropejską osobowością transgraniczną“, która funkcjonuje w zintegrowanym europejskim życiu publicznym?


O komunikacji międzyludzkiej.
Wiele lat temu pracowałam w schronisku dla uciekinierów politycznych jako opiekunka. Schronisko było wielkie, na stanowiskach opiekunów pracowało kilkanaście osób. Mieliśmy na co dzień do czynienia z tysiącami ludzi i wieloma narodowościami. Naszym zadaniem było pomaganie tym ludziom w kontaktach z instytucjami, co oczywiście oznaczało, że najpierw trzeba było zrozumieć, czego potrzebują. Aby temu sprostać, uczyliśmy się podstawowych słów i zdań w każdym języku, ale trzeba przyznać, że i nasi podopieczni starali się przedstawić swój problem jak najbardziej zrozumiale.
Ale nie zawsze naprawdę rozumieliśmy, o co chodzi. Przez dłuższy czas lekkim niepokojem napawał nas fakt, że Arabowie i Arabki po wejściu do biura kilkakrotnie uderzali kantem lewej dłoni w nadgarstek prawej. W opisie brzmi to może niegroźnie, ale naprawdę miało się poczucie, że jakby co, to odrąbią ci dłoń, a może nawet obie. Kiedyś zrozumieliśmy wreszcie, że mamy im coś napisać. Ulżyło nam, ale nie do końca, bo napisać, OK, ale to odrąbywanie rąk?
Dopiero po wielu latach zobaczyłam na filmie, jak uliczny pisarz w Marrakeszu strzepuje z pióra, takiego staroświeckiego, obsadka ze stalówką, a więc – jak strzepuje z pióra nadmiar atramentu, postukując lekko obsadką w nadgarstek.

Dżdżownice

kaschnitzZnalazłam tę książkę, jak wiele innych w ostatnim czasie, na stole z książkami do rozdawania za darmo. W Berlinie taką akcję prowadzi kilka instytucji, w ratuszu, gdzie pracuję, książki na stół wykłada Büchertisch czyli… stół z książkami. Gdy się przed kilku laty przeprowadzałam, oddałam im pół ciężarówki książek, teraz więc bez wyrzutów sumienia coś sobie od czasu do czasu biorę.
Marie Luise Kaschnitz, Das Haus der Kindheit / Dom Dzieciństwa.
Erstausgabe 1956
(c) Claassen Verlag in der Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Niewielka powieść z roku 1956 – autorka miała wtedy 55 lat.
Niewiele o niej wiem, niewiele czytałam, wstyd się przyznać, bo to Wielka Dama niemieckiej literatury, dorównująca pewnie w naszym kosmosie literackim Marii Dąbrowskiej. Jest w Polsce mało znana, choć oczwiście germaniści na pewno wiedzą o niej wszystko i więcej. „Dom Dzieciństwa“ nie został przetłumaczony na polski. Z pozwoleniem wydawnictwa Ullstein tłumaczę więc kilka fragmentów.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
1
Zaczęło się od tego, że jakiś nieznajomy zatrzymał mnie na ulicy i coś do mnie powiedział. Zapytał mianowicie, czy znam miasto i czy mogłabym mu powiedzieć, jak dojść do Domu Dzieciństwa. A co by to miało być, zapytałam zaskoczona, muzeum? Nie sądzę, odpowiedział mężczyzna. To może szkoła, drążyłam, albo przedszkole. Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiem, odpowiedział. Miał siwe włosy i wyglądał z lekka prowincjonalnie. Włożyłam okulary i zaczęłam odczytywać szyldy na pobliskich budynkach. Konserwatorium, kino, ubezpieczalnia. Domu Dzieciństwa nie było. Dlaczego szuka Pan tego domu, spytałam, żeby zyskać jakiś punkt orientacyjny. Mam tam coś do załatwienia, powiedział mężczyzna, jestem stary. Grzecznie uchylił kapelusza. Poszłam dalej, myśląc o jego ostatnich słowach, nieco zagadkowych. Zamyślona skręciłam nie w tę ulicę co trzeba. Przeszłam kilkaset metrów i zobaczyłam ten dom.

2
Oczywiście od razu pobiegłam z powrotem, aby powiadomić tego człowieka, ale już go nie znalazłam. Nic dziwnego, przecież to duże miasto, a w porze obiadowej na ulicach jest mnóstwo ludzi. A jeszcze na dodatek po wojnie wiele ulic odbudowano tak, że człowiek nie wszystkie miejsca rozpoznaje i czasem nawet nie wie, gdzie się właściwie znajduje. Zbudowano wiele budynków publicznych, również takie, jakich przedtem w ogóle nie było, wychodząc naprzeciw potrzebom chwili obecnej. Zakładam, że Dom Dzieciństwa też ma odpowiadać wymaganiom lat powojennych. Jeżeli w pośpiechu cokolwiek zdołałam zauważyć, to jest to duży szary dom bez żadnych ozdób, oprócz jakiegoś secesyjnego ornamentu nad wejściem i nazwą.
(…)

7
Dom Dzieciństwa leży znacznie bliżej mojego domu, niż to mi się początkowo wydawało. Znalazłam się dziś tuż obok zupełnie niespodziewanie i postanowiłam, korzystając z okazji, dokładnie go obejrzeć. W prawo od wielkich drzwi wejściowych znajdował się przycisk dużego białego dzwonka, płyta z mlecznego szkła i wgłębienie, do którego należy mówić. Kiedyś widziałam już taki aparat w jednym z nowych urzędów w mieście. Po naciśnięciu dzwonka zgłaszał się tam nader uprzejmy głos męski i mówił; „proszę się zameldować, podając imię, nazwisko i datę urodzenia”. Byłam przekonana, że to co widzę, to taki właśnie nowoczesny domofon, zapewne z aparatem fotograficznym, ukrytym za matową szybą, który zrobił mi zdjęcie i przesłał je do wnętrza budynku. Nienawidzę takich urządzeń, kojarzą mi się z tajną policją. Dlatego, oczywiście, oddaliłam się, nawet nie próbując nacisnąć dzwonka.
(…)

23
Dziś po raz pierwszy miałam okazję rzucenia okiem do wnętrza tego dziwacznego muzeum. Wcale nie było to takie trudne. Brama w murze, którą zauważyłam już uprzednio, a która była wówczas zamknięta, dziś była lekko uchylona. Powiększyłam nieznacznie tę szczelinę, tak by można było zerknąć do wnętrza. Trudno mi opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie muru. Niewątpliwie potwierdziło się moje wcześniejsze poczucie, że wszystko tu przypomina dekoracje, również dom, który jest samą tylko fasadą. Za tą fasadą znajduje się całe mnóstwo jakichś niewielkich budowli, trochę jak na terenie studia filmowego, są nawet ogrody i  zagajniki, ale nie wiem, czy prawdziwe, czy wykonano je z papieru, tkaniny lub drewna. Najbardziej mnie zdumiało, że obiekty te były w różny sposób oświetlone przez jakieś niewidoczne dla mnie reflektory, a niektóre z nich były nawet pogrążone w mroku. Wszystko sprawiało wrażenie nieporządku, może nawet chaosu, ale nie było to wcale straszne, odchodząc śmiałam się więc sama z siebie, że tak długo odsuwałam od siebie moment przyjścia tutaj, bo się bałam.
(…)

53
Znowu coś pięknego, choć już nawet podczas „lekcji” czuję, że wszystko zostało sztucznie zrobione, a mianowicie przez dorosłych, którym przydaje to czarodziejskich cech. Ciemne pomieszczenie, szepty, wiele dzieci siedzących na dywanie, zapach siarki, na maleńkiej scenie w głębi pomieszczenia wąwóz w lesie, rozświetlany blaskiem błyskawic i dziwnie zniekształcony głos mojej matki, przywołujący ducha, aż się pojawi zły duch Samuel. I zaraz potem, w tym samym pomieszczeniu, na prześcieradle zawieszonym jak ekran coś zupełnie innego – obraz gwiazdy, złożonej z barwnych elementów, które się przemieszczają, tworząc coraz to nowe wzory. I jeszcze później kolejny dowód magicznych mocy, jakimi dysponują dorośli, a mianowicie palec mojego ojca, zanurzony w szklance z wodą. Ojciec wyciąga palec ze szklanki i przeciąga nim po krawędzi do połowy napełnionych wodą kieliszków, wydobywając z nich melodię, raz delikatniejszą, to znowu mocniejszą, ale zawsze ulotną.
(…)

83
Nowy przerażający pomysł, przed jakim, nawet wbrew własnej woli, postawiony został człowiek, próbujący zgłębić tajemnice tego muzeum – tym razem mogę zobaczyć sama siebie, ale nie w lustrze, tylko z zewnątrz. Zmiana dokonuje się bez zapowiedzi i już chociażby dlatego jest straszna. Ale dziś było to dla mnie podwójnie nieprzyjemne, bo to co zobaczyłam, w żadnym stopniu nie przypominało niczego, co dotychczas o sobie wiedziałam. Gdy weszłam do budynku, kustosz znowu kazał mi nałożyć szynę na nogę, a potem wyprowadził na podwórko szkolne, gdzie wchodziłam jeszcze z niejakim zaciekawieniem. Ale zaraz potem zobaczyłam sama siebie, grubą, dziesięcioletnią dziewczynkę z dużymi okrągłymi oczami, jak stoi, całkiem sama, na boisku, pośrodku sterty papierów. Inne dzieci stoją wokół tej góry pogniecionego pergaminu, w jaki pakowało się kiedyś śniadania do szkoły, w grupkach lub parami, niektóre obejmują się, żartują lub rzucają kolorowe piłki. Dziewczynka-ja porusza się, choć szyna jej ewidentnie przeszkadza, próbuje wykonać parę nieporadnych kroków, woła coś, nikt jej nie odpowiada, rozgląda się we wszystkich kierunkach, wyciąga ręce do innych dzieci, ale na próżno. Ta sama scena po wielokroć, aż do przesytu, oczywiście napawa mnie smutkiem. Zobaczyć siebie samą w zawstydzającej sytuacji, to zarazem żenujące i irytujące, tym bardziej, że z czasów szkolnych wcale sobie nie przypominam takiego momentu.

Można by powiedzieć, że jest to jedna z wielu książek o dzieciństwie. To prawda. Czytałam ich mnóstwo, sama też coś w tym duchu napisałam, na przykład to: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/01/05/die-ewige-judin/
Co mnie jednak zachwyciło w mini powieści Kaschnitz to jeden z ostatnich akapitów tej książeczki. Autorka musi opuścić muzeum, które nazwała „Dom Dzieciństwa”, bo dzieciństwo się skończyło. Dziewczynka się zakochała, a zatem przestała być dzieckiem i jest młodą, bardzo młodą, ale jednak już dorosłą panienką. Jakąż wspaniałą pisarką była Kaschnitz, skoro potrafiła stworzyć taki opis pierwszej miłości:
(…)

murattiklein122
Tak jak wczoraj, tylko znacznie mniej romantycznie, bo znowu jestem na łące, ale moim zadaniem jest tym razem wykopanie dziury w trawie i przesiewanie palcami ziemi zamkniętej w czarnym oplocie korzeni trawy. To polowanie, a zwierzyną są dżdżownice. Łowię szaroróżowe ciała, wzbudzające w mnie odrazę, i wkładam je do blaszanego pudełka z naderwaną etykietką (Muratti), całe albo w kawałkach, bo często rozrywają mi się w palcach i mimo to nadal poruszają się kręto. Jestem niecierpliwa, wyczekuję, nasłuchuję, wypatruję, ale kogo, gdzie, za żywopłotem, to tam słychać krok, stamtąd dobiega śmiech, głos, ale czyj, chłopca, mężczyzny, głos który wykrzyknie moje imię. Dam mu dżdżownice w pudełku, on nabije jedną na haczyk, zarzuci wędkę, która zaplącze się w zielsko na stromym stoku strumienia, ja ją wyplączę, a potem będę stała i patrzyła, jak szybko obraca się kołowrotek. Woda w cieniu będzie ciemnozielona, spokojna, a w słońcu rozigrana i błyskotliwa, będę wypatrywała pstrągów, tych młodych lekkomyślnych i tych starych, które przezornie trzymają się bliżej dna głębokiego wykrotu i wszystko widzą. A przecież tak naprawdę będę patrzyła tylko na niego, wiem, że tak będzie, tak jak wiedziałam, jak to się rozwinie, choć nic się jeszcze nie zdarzyło, czyli nie mogło jeszcze stać się tematem dzisiejszej lekcji, w której najwyraźniej chodziło tylko o dżdżownice, i czekanie, i dobiegający z dali okrzyk.

Das Alter ist für mich kein Kerker, sondern ein Balkon, von dem man zugleich weiter und genauer sieht.
Marie Luise Kaschnitz, Orte

Tysiąc lat

Stosunki polsko-niemieckie według Ewy Marii Slaskiej czyli
interpretacja własna wystawy „Obok. Polska – Niemcy 1000 lat historii w sztuce”. Wystawa trwała od września roku 2011 do stycznia 2012, tekst napisałam późno, za późno, i, powiedzmy, że dlatego nie został nigdzie opublikowany. Ale tak naprawdę to jest to klasyczny salon odrzuconych.

Ewa Maria Slaska
Polska – Niemcy 1000 lat

Zacznijmy od faktów najprostszych – wystawa, ogromna, 1000 lat, 800 eksponatów, 200 instytucji wypożyczających, 10 rozdziałów – ma inny tytuł po polsku i po niemiecku (a także po angielsku).

Po polsku jest mowa o tysiącleciu historii w sztuce, po niemiecku o historii i sztuce.

Piszę to nie z typową dla osób dwujęzycznych satysfakcją, że „przyłapałam” innego dwujęzycznego na błędzie. Odmienność tytułów nie jest bowiem lapsusem, jest na pewno świadoma i zamierzona. Po niemiecku tytuł głosi to, co chcieliby zobaczyć (i zrozumieć) Niemcy, po polsku – to, co interesuje kuratorkę, a nawet – powiedzmy to uczciwie: kreatorkę wystawy.

Od ponad miesiąca przedzieram się przez jednakowy bełkot prasowo-internetowy na temat wystawy. Każdy chwali, używając niemal tych samych słów, bo mimo iż każdy szanujący się dziennikarz wprowadza jakiś własny komentarzyk, jakiś mini-smaczek, ale tak naprawdę nie ma prawdziwych recenzji tej wielkiej wystawy, jest tylko powielanie porządnych, wyczerpujących i banalnych tekstów przygotowanych przez biuro prasowe wystawy. Nie ma tak właściwie żadnej porządnej recenzji, a nie ma, bo być nie może, bo cierpimy na chorobę, która się zwie polskie zadufanie, a jej symptomami są patriotyczne puszenie się połączone z czołobitnością wobec wielkich i uznanych. Przypomnijmy czołobitność wobec wielkich to w świecie odrębna jednostka chorobowa, zwana idolem teatru, w świecie polskim jest lewą stroną patriotycznej prawej rękawiczki.

Tysiąc lat kontra ostatnie sto lat. Los Żydowski.

Andę Rottenberg, kuratorkę wystawy, interesuje przede wszystkim, nade wszystko, a zapewne nawet ponad wszystko tylko sztuka. Historia jest dla Rottenberg tylko ramą dla sztuki, zręcznie podsuwaną jako komplet w celach marketingowych. Marketing dotyczył niewątpliwie Wystawy Andy Rottenberg jako Dzieła! A zabiegi, prowadzone od wielu lat, miały sprawić, by Dzieło stało się flagowym projektem Polskiej Prezydencji. Tak oto w ramach Polskiej Prezydencji (co, umówmy się, już samo w sobie jest z lekka śmieszne) chwalimy Andę Rottenberg, a ponieważ ona chwali przede wszystkim Mirosława Balkę, chwalimy zatem Balkę, bijąc czołem w ziemię.

Pójdźmy jednak jeszcze o krok dalej. Tak naprawdę to nie sztuka interesuje Rottenberg, i nie sztuka polska, ale sztuka obrazoburcza, antykatolicka, modernistyczna, najlepiej jeśli na dodatek żydowska, a właściwie z naciskiem na sztukę żydowską, antyniemiecka, odwołująca się do bólu i okrucieństwa. Temat ten zdominował ostatnie sto lat historii i wystawy, i ją zakłamał, bo tu właśnie kuratorka, wkraczając na teren, najlepiej sobie znany i ten, który rzeczywiście chciała zaprezentować, porzuciła już wszelkie próby udawania, że chodzi o historię. W odcinku wystawy dotyczącym szeroko rozumianej współczesności nie chodzi o Historię. Chodzi tylko o historię sztuki współczesnej i Los Żydowski.

To spójny obraz i artystka (bo osoba układająca wystawę jest niewątpliwie artystą) ma do niego niezaprzeczalne prawo. Tyle że jest to obraz nad wyraz indywidualny. Taki obraz sztuki modernistycznej przedstawiła Rottenberg w wykładzie, towarzyszącym wystawie, zapomniała tylko powiedzieć, że jest to interpretacja indywidualna i osobista Andy Rottenberg. Stała tam przed nami Kuratorka i mówiła nam, że taka jest Sztuka Polska. Modernizm polski w tym ujęciu to sztuka ostatnich stu lat, która zaczęła się w Związku Radzieckim, a nie skończyła nigdy. Jedynymi polskimi jej przedstawicielami są Strzemiński i Kobro, pozostali są Żydami, co Rottenberg podkreśla tak dalece, że zapomina dodać, że to również, a niekiedy przede wszystkim Polacy. Cierpienie żydowskie w sztuce przechodzi bez cezury w okrucieństwo wojny, wojna czyli zagłada, śmierć, obóz, ból, płynnie łączy się z chorobą, ta z kolei z bólem żydowskim w obliczu globalizacji i komercji. Jasna czysta linia, jak ktoś nie wie, jest w stanie uwierzyć, że taka oto była historia sztuki polskiej od roku 1912 do 2012, i zdziwi się, a i nie uwierzy, jak mu się powie, że nie, że nie jest to ani historia sztuki polskiej, ani nawet polskiej sztuki modernistycznej, a już na pewno nie – polskiej sztuki współczesnej, lecz indywidualny wybór Andy Rottenberg, która przeciągnęła straszną czarną nić przez nasze dzieje i wyciągnęła na niej tylko to jedno – Cierpienie jako definicję Losu Żydowskiego. Przejmujący obraz. Szkoda, że Rottenberg nie zrobiła takiej wystawy. Wtedy byłaby prawdziwa.

W dzisiejszych czasach potwornie trudno zaprotestować przeciw takiej wizji, bo praktycznie od razu zarabia się etykietkę antysemity. Jeśli więc nawet znalazł się jakiś umysł wolny od choroby idola teatru, nie zaćmiony polskim zadufaństwem połączonym z kultem panienki przenajświętszej Andy Rottenberg, to i tak zgroza go pewnie ogarnia na myśl o tym, że jak napisze, to co chce napisać, to redaktorzy odrzucą, a jak nie odrzucą, to czytelnicy zeżrą z kościami.

Nawet jeśli autor niniejszego sam jest Żydem albo Żydówką. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Tysiąc lat kontra ćwierć tysiąclecia. Odwieczna wrogość.

Ustaliliśmy już zatem, że Rottenberg zrobiła tę wystawę, żeby pokazać ostatnie sto lat historii sztuki. Pozostałe 900 lat to wehikuł, który wywiózł wystawę Andy Rottenberg na szczyt, ale też po prostu sztafaż, zaprezentowany bez ładu i składu zbiór obiektów, Wunderkammer stosunków polsko-niemieckich. Polakom niepotrzebny, bo wiedzą, dla Niemców niezrozumiały, bo nie wiedzą. A bez wiedzy nie da się go pojąć ani zrozumieć. Widz błąka się od sali do sali, nie rozumiejąc ani logiki ani chronologii, aby posuwając się od zewnętrznych kręgów piekła do samego jego środka dotrzeć do serca wystawy czyli… Krzyżaków.

I nagle stajemy oko w oko z czymś, co jest nam znane aż za dobrze. Nagle czujemy, że i tu osobowość kuratorki odcisnęła swoje piętno. To wystawa o odwiecznej wrogości. Prezentacja komunistycznego mitu odwiecznej wrogości. Mitu z czasów, gdy MY (a więc i Anda) byliśmy w podstawówce. Bo już nawet w liceach można było ewentualnie trafić na nauczyciela historii, który w ten obraz potrafił chyłkiem wprowadzić nieco odmiennych akcentów. Jako licealiści czytaliśmy też różne książki Jasienicy i choć on też był dziecięciem owych czasów, to jednak można było uważnie czytając zobaczyć, że owa odwieczna wrogość nie istniała ani w Polsce Piastów, ani Jagiellonów ani w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A już na pewno jeśli studiowało się nauki humanistyczne, mógł się człowiek dowiedzieć, że odwieczny oznacza ostatnie 250 lat, a nie 1000. Te ćwierć tysiąclecia to wystarczająco złowrogi ciężar i właściwie nie wiadomo, dlaczego Komunie tak bardzo zależało na tym, żeby nam udowodnić, że to lat tysiąc?

Komuna wystylizowała ten obraz ze zręcznością prestidigitatora, który wyciągnął z kapelusza szczerzącego krwawe zęby odwiecznego wroga. Gdy w grudniu 1982 roku w dzień przed Wigilią czekałam na przesłuchanie w poczekalni aresztu na Kurkowej w Gdańsku, patrzył na mnie sześciooki czarno-biały plakat – Krzyżak, Hitler, Adenauer. Ale to właściwie z mało, bo wprawdzie rzeczywiście Krzyżak, wsparty niestety Sienkiewiczem, stanowił centrum owego obrazu odwiecznego wroga, ale zaczynało się to znacznie wcześniej.

Wykład o odwiecznej wrogości

  1. Formowanie nowoczesnej Europy

Walki przygraniczne państw z luźnymi formacjami plemiennymi są jedną z charakterystycznych cech formowania się Europy. Imperium Rzymskie borykało się z tym przez cały okres swego istnienia, a słynny rzymski limes nie był niczym innym, jak próbą osłony cywilizacji przed dzikością ludów spoza tej granicy. Gdy Rzym upadł pod naporem kolejnych dzikich plemion, zaczęła się rodzić dzisiejsza wizja Europy, zaciekle atakowana na wszystkich granicach. Z Południa napływały flotylle saraceńskie, z Północy nadciągali Wikingowie, na Wschodzie kłębiły się masy germańskie i słowiańskie, które jednako nie chciały się dać ujarzmić, ale chciały bogactw tworzonych tam, gdzie ludy dawały się wziąć w karby państw.

  1. Słowianie po obu stronach Odry

”Odwieczna wrogość polsko-niemiecka” zaczęła się od pierwszych Piastów, a symbolem wroga był Albrecht Niedźwiedź, margrabia brandenburski. Nikogo w tej mitotwórczej pasji nie interesowało, że naprawdę Marchia i Polska walczyły z tym samym wrogiem, z dzikimi i nieujarzmionymi plemionami słowiańskimi znad Odry. Obodrzyci, Wenedowie, Wieletowie, Serbowie, Łużyczanie, którzy nie dawali się na stałe włączyć ani do Niemiec ani do Polski, stanowili ustawiczne przygraniczne zagrożenie obu bardziej trwałych formacji państwowych. Jeżeli przypadkiem ludy te zawierały jakiś doraźny sojusz z Polską, Komuna stylizowała ich na Słowian-niemalże-Polaków, jeśli z kolei Polska walczyła ze związkiem plemion słowiańskich, ewentualnie sprzymierzonych z władcami Marchii, patronowały temu skryte knowania Niemca.

  1. Konflikty graniczne

Czy chcemy czy nie chcemy, od czasu gdy Polska i Marchia Brandenburska uporały się ze Słowianami Zachodnimi, granica między Polską a Niemcami na dobre się ustabilizowała, nie tyle w miejscu (bo tu przez tysiąc lat będzie sobie wędrować ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód), ile jako trwała granica językowa, kulturalna i państwowa. Cokolwiek by się nie działo w Rzeszy i w Polsce, zawsze już miały mieć wspólną granicę. To banał. Ale często o nim nie pamiętamy. I mylimy to, co zawsze dzieje się na granicach, z odwieczną wrogością.
Banałem jest też przypominanie, że średniowieczne rozdrobnienie państwowe nie było jakimś złowrogim zdarzeniem, które przydarzyło się Polsce niesprawiedliwie i nie wiadomo czemu, tylko była to typowa faza rozwoju państwowości feudalnej. W całej Europie zwierzchnik rycerstwa czyli suweren czyli aktualnie najsilniejszy władca w całej okolicy oczekiwał hołdów lennych od władców słabszych, a sam składał je władcy silniejszemu. W górę sięgało to poziomu Papież -Cesarz, w dół mogło sięgać do hołdów trzech rycerzy składanych czwartemu.

I ostatnim banałem dotyczącym czasów rozdrobnienia rycerskiej Europy jest to, że każdy mógł zawrzeć z każdym przymierze przeciw każdemu innemu i wezwać na pomoc kogo tylko chciał, żeby poradzić sobie z tym, kto mu w danym momencie nie pasował. Gromady pozbawionych ziemi rycerzy, skupionych w zakonach rycerskich tylko czekały na takie okazje.
Wszystkie średniowieczne konflikty polsko-niemieckie miały dokładnie taki wymiar i nie były niczym wyjątkowym, złowrogim i odwiecznym.

  1. Konflikty przygraniczne – Litwa i Żmudź

W takim kontekście książę Konrad Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Bo od Zachodu boryka się z klasycznymi problemami walk granicznych, a od Wschodu – przygranicznych, takich jak 200 lat wcześniej toczyły się nad Odrą. Od Wschodu, pomiędzy carską Rusią a księstwami polskimi w tzw. Dziczy czyli nietkniętych puszczach czają się dzicy Litwini, Żmudzini i Jadźwingowie. Przypomnijmy sobie trzech mickiewiczowskich budrysów. Zabawny wierszyk. Budrysi. Są groźni i nie ochrzczeni, można ich więc nawracać.

Wszędzie w Europie przez kilkaset lat zakony rycerskie rozrosną się w potężne i bogate organizacje. I wszędzie prędzej czy później władcy w porozumieniu z papieżem dojdą do wniosku, że ich potęgę trzeba zlikwidować. Zwłaszcza, że już w miastach tworzą się pierwsze zalążki uprzemysłowienia. Feudalizm się kończy. Kończy się czas rycerzy. Pierwsi upadną Templariusze, Krzyżacy przetrwają jeszcze ponad 200 lat. Będą się bronić, nie będą chcieli oddać tego, co dostali, zagrabili lub kupili. „Normalka”.

Nic w tym, co się działo między księstwami Polskim, zjednoczoną z powrotem Polską Łokietka i Kazimierza Wielkiego i wreszcie unią mocarstwową Polski i Litwy nie jest dowodem odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej. Jesteśmy widownią procesów historycznych. W tym kontekście w Polsce zdarzyła się bitwa. Wielka bitwa rycerstwa zachodniego z nie ochrzczonymi rycerzami Witolda. Ostatnia bitwa średniowiecznej Europy. Dlatego myślimy, że jest słynna. A to po prostu bitwa. Spójrzmy na obraz Matejki. Mistrz wiedział, co maluje. Gdzie są tam Polacy? Gdzie Niemcy? Dwie główne postaci to Witold i Ulrich von Jungingen. I tak dokładnie było.

W 40 lat po bitwie pod Grunwaldem Turcy podbili Konstantynopol. Zatrzasnął się ostatni przesmyk pozwalający przywozić złoto, perły i jedwab z Azji. Synowie szlacheccy bez ziemi już nie chcą się bawić w rycerzy. Część z nich zajmie się produkcją i finansami, tak urośnie siła miast, część będzie nadal szukała przygód. Don Kichot, prawda? To on, rycerz bez pola walki i przeciwnika. Ale inni już wiedzą. Tam gdzie mogą, ruszą na podbój świata. To ci sami chłopcy, już nie rycerze, konkwistadorzy.
W tym kontekście rozwiązał się Zakon Krzyżacki.
To prawda, kiedyś, za następnych dwieście lat, na podwalinach tego, co zbudował Zakon Krzyżacki, urośnie nowa potęga polityczna, Księstwo, potem Królestwo, a potem Cesarstwo Pruskie. I to już stanie się zalążkiem „odwiecznej wrogości”, tej liczonej w stuleciach a nie tysiącletniej. Do tego jeszcze wrócimy.

  1. Granica kwietystyczna

Polska Jagiellonów i Rzesza Niemiecka ustabilizowały swoją potęgę i na długi czas granica państwowa pomiędzy oboma mocarstwami nie ulegała zmianie. Nic się też na niej nie działo. Przyjęło się wręcz uważać ją za najspokojniejszą granicę Europy, chętnie przydając jej przymiotnik „kwietystyczna” – spokojna, ale też piękna. Niemcy szarpane były reformacją, co zresztą nie ominęło też i Polski, Rzesza przeżyła też najbardziej dramatyczną wojnę w swej historii – wojnę stuletnią, zakończoną pokojem westfalskim i swego rodzaju tolerancją religijną. W Polsce walka protestantyzmu z katolicyzmem była znacznie mniej dramatyczna, z kolei zamiast wojny stuletniej przeżyliśmy szereg konfliktów zbrojnych z Turcja i najazd szwedzki. Tym niemniej na zachodniej granicy Polski rzeczywiście nic się nie działo. Działo się za to gospodarczo. Otóż protestantyzm, który w XVI i XVII wieku ugruntował sobie pozycję w zachodniej Europie, był religią rodzącej się właśnie burżuazji, żądnej władzy i możliwości bogacenia się. Przez fakt, że w Polsce wygrał katolicyzm, przegapiliśmy gdzieś zarazem i kapitalizm. Byliśmy nadal państwem feudalnym, podstawą polskiego dobrobytu były dobra natury i płody rolne, a pozyskiwaliśmy je przy pomocy chłopa pańszczyźnianego. To co w XV i XVI wieku zapewniło nam potęgę i bogactwo, w XVII wieku wystarczało by trwać, a w XVIII wieku sprawiło, że upadliśmy. Nie dało się już wyżyć ze zboża, wosku, drewna i futer. Europa Zachodnia zmieniła system rolny i przestała potrzebować żywności, a luksus przypływał na statkach z Meksyku i Brazylii, a nie szkutami po Wiśle. Warcholstwo, sarmatyzm i niechlujstwo nie były przyczyną naszego upadku, tylko skutkiem załamania gospodarczego. Upadliśmy, ponieważ system feudalny w całej Europie musiał upaść. Można mu było pozwolić upaść, zastępując go uprzemysłowieniem. Gdy jednak tego nie zrobiliśmy, upadliśmy razem z nim, przygnieceni gruzami niewydolnej gospodarki.

  1. Rozbiory i odwieczna wrogość

Formalnie to właśnie w roku 1772 rozpoczął się odwieczny konflikt polsko-niemiecki. Rozpoczął się, bo się nie potrafiliśmy unowocześnić. Zajęły nas Rosja, Austria i Prusy, ale tak naprawdę, to zajął (czy rozebrał nas) kapitalizm. Był to jeszcze kapitalizm ekstensywny, potrzebujący wciąż nowych ziem i nowych ludzi. Państwa rozbierające Polskę nie miały znaczących kolonii zamorskich, ich koloniami były słabsze sąsiednie państwa europejskie. Francja, Anglia, Hiszpania, Portugalia i Holandia skierowały swój ekspansywny kapitalizm na podboje zamorskie, Austria, Rosja, Prusy a także na terenach nas nie dotyczących, bo w Skandynawii – Dania, podbiły Europę, a Rosja również dużą część Azji.

Po raz pierwszy w historii staliśmy się rzeczywiście ofiarą pruskiej zachłanności. Nawet to nie był jednak wyraz złowrogiej niechęci Niemca do Polaka, nawet to był proces. Ale trudno oczekiwać, żeby nam jako Polakom to w czymś specjalnie pomagało. Nawet gdybyśmy potrafili spojrzeć na rozbiory i obie wojny światowe jak na nieuniknione procesy gospodarczo-polityczne. Nie potrafiliśmy i nie można nas o to winić. Od roku 1772 Prusy były naszym wrogiem. Bez przerwy. Zawsze. Odwiecznie. Od roku 1772 do roku … którego. 1971? 1980? 1989? 1991? 2005? Wszystko jedno. Któraś z tych dat zakończyła odwieczną wieczność.

Konkluzja
Rozumiem, że nie można wymagać, by pani Anda Rottenberg znała najnowszą wykładnię historii Europy. Ale no cóż… Miała radę konsultacyjną, miała doradców i pracowników. Gdyby zechciała ich słuchać (słyszeć i słuchać!) to może potrafiłaby ułożyć tę wystawę inaczej. Może potrafiłaby się oderwać od wizji Historii, jaką wpojono mądrej dziewczynce w piątej klasie szkoły podstawowej. A może tym bardziej potrafiłaby powiedzieć, nie, to nie jest MÓJ temat, nie będę się zajmowała ani tysiącem lat historii i sztuki, ani tysiącem lat historii w sztuce, bo żadnemu z nich nie sprostam. Moim tematem jest Los Żydowski we współczesnej sztuce polskiej i tym się będę odtąd zajmowała.

Über den Film “Hannah Arendt” von Margarethe von Trotta. Ein guter Film, obwohl es fürchterlich irritiert, dass Hannah Arendt alle 30 Sekunden eine neue Zigarette anzündet. So war es damals, in den 50. und 60., klar, aber diese ewige Zigarette mutiert zum Hauptmerkmal von Hannah, gewinnt Oberhand über ihr Denken und Tun.
Ich muss gestehen, dass ich überhaupt nicht wusste, worüber Arendt geschrieben hat. Banalität des Bösen, ja, das wissen wir doch alle, aber im Film kommt für mich etwas Neues zutage – die Beschuldigung Hannahs Arendt, die jüdischen Räte haben den Holocaust mitgemacht und sind mitschuldig.
Wieso habe ich es nie gehört? http://www.hannaharendt-derfilm.de/

Zettelwirtschaft…

Dorota Cygan

Zettelwirtschaft, Arno Schmidt i moja prababka. Czyli Ty także.

Trzeba przyznać, że tak daleko jak Arno Schmidt nie zaszła. Dokładnie rzecz biorąc, nawet jej do tego trochę brakowało – oprócz skłonności do autokreacji i pomysłu na Selbstvermarktung pewnie paru innych rzeczy, np. talentu.  Zajść mogla zaledwie do kiosku z gazetami w małej mieścinie i do biblioteki miejskiej, gdzie czytała po kolei wszystko z braku lepszego zajęcia (bo klientów przychodziło pewnie kilku na tydzień). Pozostało więc po mojej prababce – oprócz zapisu głosu na przypadkowej taśmie magnetofonowej – trochę zettelków i wycinków z gazet.

Za to miała szczęście. Bo Arno Schmidt na trwale podniósł tę manię zapisywania, wycinania i segregowania, tę nieszkodliwą nerwicę wprawiającą potomnych w niemałe zakłopotanie, do rangi surówki literackiej, z której może powstać tekst dający pole do popisu germanistom, oczywiście pod warunkiem, że surówkę tę weźmie  w ręce pisarz. Kto kiedyś widział malunki na sklepieniu w kościele w Bargfeld oraz tropił inne ślady życiorysu Arno Schmidta w jego dziele, musiał poczuć, jak wielka jest potęga wyobraźni, oraz że nie tak wielki w gruncie rzeczy jest dystans między  otoczeniem życiowym Arno Schmidta i  naszych prababek. Nie rozstrzygając arbitralnie kwestii, czy w małej polskiej mieścinie mógłby teoretycznie powstać jakiś równoległy Zettels Traum II, i ile by ważył, zauważmy bezsporną paralelę, że moja prababka i Arno Schmidt byli niemal równolatkami urodzonymi około 1910 r. Zostawiając również nierozstrzygniętą kwestię różnic interkulturowych, czy dzieło o takim charakterze i takiej objętości mogło powstać tylko w kraju takim jak Niemcy, zdecydowanie mniej doceniającym biesiadę, żywy kontakt między ludźmi  i – powiedzmy łagodnie – poetykę pogłoski i plotki (cenione u nas), a za to dowartościowującym pracę archiwisty, pastora i uczonego, popatrzmy na to, co zostaje po nas. I w jakiej formie. Czyli na kwestię spuścizny.

Niemiecki rozróżnia tutaj terminy Nachlass i Vorlass – czyli to, co po nas zostaje po oraz jeszcze przed zejściem śmiertelnym. I ta akurat kwestia jakoś tam powoli może nam być bliska. Wzruszenie, jakie nas ogarnia na widok fragmentu wiersza zanotowanego na rachunku z restauracji (którego to pisarza?), jest może bardziej podniosłe niż pozdrowienia wysmarowane starą ręką babki na pocztówce miesiąc przed śmiercią. To jednak, że takie rzeczy zostały po ludziach starego rocznika, a nie po nas, świadczy o ostatecznym końcu epoki mieszczańskich i inteligenckich starań o uratowanie od zapomnienia. Czy jakieś nasze wnuki będą miały po nas w szufladzie stare maile z okazji swoich 10 urodzin?

Gdy pomysleć, że w Archiwum Literatury w Marbach jest 11 tysięcy spuścizn po pisarzach, ileś tam kompletnych bibliotek, w których zachowano nawet rozkład książek na półkach, ustawiając je w archiwum w identycznej konstelacji jak w domu, tak aby nie wpuszczać badaczy w ślepą uliczkę i nie zmieniać niechcący rozwoju myśli naukowej, to nie można nie zadać sobie jednego banalnego pytania: A co może zostać po nas dzisiaj, w epoce komputerowej? Dodajmy też: w epoce tanich przedmiotów, które nie tylko nie przeżyją nas, ale nawet  i następnej mody lansowanej przez IKEA.

Już Nachlässe, które napływają po pisarzach nam współczesnych, sprowadzają się do mniej lub bardziej czystych rękopisów, najwyżej w kilku wersjach, częstokroć w formie wydruku. Wzruszajace skądinąd ślady potknięć, skreśleń, kompromitujących notatek z Wikipedii, bazgrołów na brzegu kartki powstałych w fazie koncentrowania się,  ba nawet błędów ortograficznych już nie uświadczysz ani na lekarstwo, nie mówiąc o wspaniałych rymach częstochowskich składanych naprędce z okazji imienin cioci.  Cała przyjemność kontaktu z materiałem, haptyczna radość, a nawet krytyczne rejestrowanie pomyłek, wygnieceń, plam, wymazań gumką ustępuje sterylnej doskonałości produktu finalnego. A pytanie standardowo zadawane na wieczorach autorskich, „czy pisze pan/pani swoje teksty odręcznie czy na komputerze?” już w zasadzie nie pada nigdy, bo wiadomo, że pisarz nie czerpie wody ze studni i nie jeździ na osiołku, więc i ma komputer, nawet jeśli pisze na nim dwoma palcami.

Nie będę może oczekiwać od nikogo, żeby z pietyzmem traktował moją karteczkę na zakupy w Aldim. Raczej nikt za nią nie zapłaci tyle, ile kosztowały kilkulinijkowe paski zawierające rozprawy historyczne Schillera, sprzedawane pojedynczo przez sprytną wdowę. Chyba że stanę się sławna jako najbardziej niepisząca osoba na świecie. Ale żeby tak nic nie zostało? Tak zupełnie nic? Zero – przecinek – zero? Może by zaproponować światu wynalazców rozwiązanie poroblemu, co zrobić, żeby Nachlass naszej generacji (a i Vorlass także)  otrzymał jakąś godną formę, która będzie odpowiadać duchowi naszych czasów i nie będzie iść na siłę pod prąd wygodnej digitalizacji? A jednak miałby jakąś formę materialną? Bo inaczej dojdzie do pięknego paradoksu, że młodzi ludzie będą mieli pamiątki po prababkach (np. szafki, stoliki itp.), ale kompletnie nic im nie zostanie po rodzicach. (He, he, w sumie to by było najradykalniejsze rozwiązanie konfliktu pokoleń – bezkrwawe wymazanie pośredniego pokolenia;)

Wiec co, godzimy się, że nic po nas  nie zostanie? To może chociaż jakieś karteczki?

Wygląda na to, że nie będzie lekko. Że pozostaje nam tylko spuścizna twórcza, czy tego chcemy czy nie. Tylko myśl upięta w słowo nas uratuje, wszystko inne zniknie. A o to, co się stanie z tą myślą, niech już głowa boli Ewę, w końcu to ona wymyśliła ten blog. I bierze tę surówkę paraliteracką w swoje ręce. Czy zarchiwizuje to potem u siebie w szufladzie, czy każe wyryć nasze teksty na płytce miedzianej, wyprodukuje wklęsłodruki i je następnie ozłoci, to już jej biznes. Ale nasza sprawa to dostarczenie jej tekstów. Inaczej – powiedzmy brutalnie za Herbertem – „to co po nas zostanie / będzie jak płacz kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”.  Do roboty koledzy i koleżanki blogowcy. Bo inaczej po cichu osobiście zarchiwizuje Wasze zettelki z Aldi i podaruje kiedyś Waszym wnukom.

Interessierte lesen bitte: Robert Gernhardt: Wörtersee, 1981
http://de.wikipedia.org/wiki/Robert_Gernhardt

Kotka Schrödingera

Ewa Maria Slaska

Kot czy kotka?

Kotka Schrödingera przeciągnęła się, rozejrzała bacznie po pudełku i walnęła po mordzie psa Pawłowa. Zdanie to brzmiało mniej więcej tak i mam wrażenie, że przeczytałam je w książce Wilsona i Schea „Illuminatus”*, a książkę tę czytałam po niemiecku, stąd utrwaliło mi się w pamięci, że chodzi o kotkę. Niemiecki ma bowiem to do siebie, że gramatyczna płeć kota, die Katze to kocica i dopiero jeśli się powie der Kater, można się dowiedzieć, że chodzi o kocura. Podobnie zresztą jak po angielsku, gdzie niemal wszystkie rzeczy i zwierzęta są rodzaju nijakiego, a kot i statek mają płeć i to żeńską. Czyli odwrotnie niż po polsku, bo gramatyczne kocisko polskie jest męskie i trzeba użyć słowa „kotka”, żeby podkreślić, iż chodzi o stworzenie żeńskie. Wszystko to zresztą są tylko tak zwane uwagi na marginesie, a zatem poemat dygresyjny jak, nie przymierzając, Beniowski, bo naprawdę to w zdaniu o kotce Schrödingera i psie Pawłowa spodobało mi się przede wszystkim zestawienie obu tych zwierząt i ich cech charakterystycznych, co nie ma nic wspólnego z treścią eksperymentów myślowych Schrödingera ani zachowaniami badanych przez Pawłowa psów. Bo nieważne, że Schrödinger tylko sobie pomyślał tego swojego kota, zamkniętego w pudełku i czekającego na nieuchronny wyrok śmierci, a Pawłow rzeczywiście trzymał psy w klatkach i najpierw dawał im jedzenie i zapalał światło, a potem tylko zapalał światło, a psy już się śliniły na myśl o jedzeniu, ale wciąż były głodne. Chodzi o to, że, jak sądzę, ani Schrödinger ani Pawłow nie zastanawiali się specjalnie nad charakterem tych swoich zwierząt. Ot zwierzęta. Dość zapewne przypadkowo wybrane. Choć jest do tego anegdotka, przytaczana przez Marka Abramowicza w artykule o innym kocie, a mianowicie o kocie Hawkinga.** Kot Hawkinga, podobnie zresztą jak kot Schrödingera, jest zwierzęciem wirtualnym, ale przydarza mu się rzecz jeszcze bardziej paradoksalna niż kotce Schrödingera. Kotka Schrödingera, zamknięta w pudełku na godzinę, może być mianowicie albo martwa albo żywa. Natomiast kot Hawkinga żyje, choć nie żyje. Ale o tym za chwilę, na razie wróćmy jeszcze do kotki. Otóż, dopóki nie otworzymy pudełka, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy przemyślnie wymyślona pułapka myślowa Schrödingera spowodowała, iż w czasie tej godziny rozpadł się atom promieniotwórczy umieszczony wraz z kotką w pudełku czy nie. Jeśli się rozpadł, to energia rozpadu rozbiła ampułkę z trującym gazem i kotka Schrödingera zdechła. Jeśli natomiast się nie rozpadł, to gdy po godzinie otworzymy pudełko, kotka będzie żywa. Abramowicz podaje to w sposób wyszukanie naukowy: „Zanim nie otworzymy pudełka, rozwiązanie równania Schrödingera jest superpozycją dwóch możliwych stanów własnych:
|atom się nie rozpadł, kot jest żywy >
+
|atom się rozpadł, kot jest martwy >.
Nie ma sposobu odseparowania tych stanów, gdy pudełko jest zamknięte. Więc jeśli się zgodzimy, że równanie Schrödingera opisuje wszystkie istotne elementy rzeczywistości w zaistniałej sytuacji, to musimy się zgodzić również z tym, że kot w pudełku żyje, a jednocześnie jest martwy!“ Ot co. Taka sobie męska zabawa. I tak o tym pisze Abramowicz w tej części artykułu, którą poświęcił naszkicowaniu historii mechaniki kwantowej: „Bohr, de Broglie, Dirac, Heisenberg i Pauli, gdy dokonywali swych najważniejszych dla fizyki kwantowej odkryć, byli ludźmi zdecydowanie młodymi, powiedzmy sobie – chłopcami – w wieku dwudziestu kilku lat. Mechanika kwantowa była ich wspaniałą zabawą, a o chłopcach wiadomo, że uwielbiają bawić się i eksperymentować z kotami. Schrödinger, który jako jedyny przekroczył wtedy trzydzieści lat, wyobraził sobie kota zamkniętego w pudełku.” Dalej już wiemy. W pudełku jest atom, gaz i kot. Kot albo żyje albo nie. Na dwoje babka wróżyła, patrząc w szklaną kulę, kiedy obok siedział nastroszony czarny kot i ze złością tłukł ogonem po stole. Złościło go, a właściwie to nie jego tylko mnie, że zabawa Schrödingera, właśnie dlatego, że była eksperymentem intelektualnym, nie podlegała żadnym ograniczeniom fizycznym, mogła więc trwać nie godzinę tylko nie wiadomo jak długo, a jak wsadzimy kota na nie wiadomo jak długo do pudełka, w którym jest ten jakiś teoretyczny atom i jakaś teoretyczna ampułka z trucizną, to kiedyś ten cholerny atom się przecież rozpadnie, rozbije ampułkę, a ta wydzieli z siebie dokładnie tyle gazu, ile potrzeba, żeby uśmiercić kota, ale nie więcej, bo i o ten szczegół zadbał autor eksperymentu, po to, żeby – mimo iż jest to tylko teoria – jakieś resztki nie zatruły teoretycznego obserwatora, który wreszcie otworzy to śmiercionośne pudełko i stwierdzi, że kot jest martwy.
Kiedyś więc kot Schrödingera tak czy owak zostanie zabity. Czysto teoretycznie, czyli nie ma się tak naprawdę o co złościć, a mimo to cała ta historia mnie złości, bo okazuje się, że nawet jak dorośli i bardzo inteligentni chłopcy bawią się w fizykę teoretyczną, to wymyślają sobie jakiś taki cholerny przykład, w którym chodzi o uśmiercenie kota. Teoretycznie można przecież było wymyślić coś innego, chociażby takie samo pudełko, z czystego, przejrzystego szkła, które zachlapie się od środka farbą, jeśli atom się rozpadnie i rozbije umieszczoną w nim ampułkę z czarnym barwnikiem. Teoretyczny wynik teoretycznego eksperymentu byłby identyczny:
|atom się nie rozpadł, pudełko jest czyste >
+
|atom się rozpadł, pudełko jest pochlapane czarną farbą >.
I nawet nie trzeba otwierać tego wstrętnego pudełka, żeby zobaczyć z jakim z dwóch możliwych stanów, jakich istnienie dopuszcza fizyka kwantowa, mamy aktualnie do czynienia. A jest to taka część nauki, która pretenduje do miana starożytnej filozofii czyli „opisania wszystkiego” i podobno, tak twierdzi Abramowicz, opisuje też wszystko oprócz grawitacji. Grawitacja jest wciąż jeszcze poza pudełkiem i stawia opór. Tak jak ja stawiam opór przed próbą uzyskania stanu idealnego czyli opisania wszystkiego za pomocą historyjki o uśmiercaniu kota. Podobnie reaguje zresztą Stephen Hawking, ten od „Krótkiej historii czasu“, choć jak sądzę, z innych powodów. Hawking miał ponoć powiedzieć: “Gdy słyszę o kocie Schrödingera, odbezpieczam rewolwer”.
Abramowicz idzie zresztą jeszcze dalej, choć wciąż tropem kota i jego teoretycznej śmierci. Opisuje mianowicie czarne dziury i pewien kolejny eksperyment teoretyczny, przeprowadzany przez jakiegoś teoretycznego Hawkinga, ponoć nie tego od „Historii czasu” i badania zjawiska promieniowania czarnych dziur, które to zjawisko nazywa się w fizyce promieniowaniem Hawkinga. „Wyobraźmy sobie“, pisze Abramowicz „dra Hawkinga  (jest to osoba fikcyjna, nie mająca nic wspólnego z kimkolwiek), który patrzy, jak jego kot skacze do czarnej dziury. Koty są niezwykle dociekliwe i często robią rzeczy tego typu. Z punktu widzenia dra Hawkinga kot jest stale widoczny na zewnątrz czarnej dziury. (…) A więc według dra Hawkinga kot żyje, według zaś samego kota – nie. Wypada zatem spytać, jak jest naprawdę: kot żyje, czy też nie?“

Otóż to, tak to się właśnie toczy, jeden teoretyk zabawił się myślowo z kotem i teraz wszyscy teoretycy uważają za stosowne teoretycznie uśmiercać teoretyczne koty. Kotka Schrödingera kiedyś zostanie zabita, kot Hawkinga żyje, choć tak naprawdę nie żyje, a psy Pawłowa wciąż są głodne. Dlaczego więc tak spodobało mi się zdanie Wilsona i Schea, o tym, że kotka Schrödingera trzepnęła po pysku psa Pawłowa? Bo zanim jeszcze oddałam się rozważaniom o okrutnych zabawach małych i dużych chłopców z muchami, żabami i kotami, zdanie to skojarzyło mi się przede wszystkim z godnością kota, któremu podsuwa się jedzenie. Kot, a mówię to z wieloletniej obserwacji, nawet jak jest głodny i nawet jak się dopomina o małe conieco (po prostu łyk słodkiej śmietanki, jakaś krewetka czy odrobina posiekanej surowej polędwicy), nigdy nie rzuca się łapczywie do miseczki, podczas gdy pies… no cóż, pies jak widzi żarcie, to musi je natychmiast zjeść. Dlatego wyobraziłam sobie, że kotka Schrödingera karci psa Pawłowa za zachłanną łapczywość. I to mnie w tym zdaniu rozbawiło. Najkrótsza charakterystyka zachowań kota i psa w stosunku do spraw egzystencjalnych czyli pożywienia. Mój syn twierdzi z kolei, że przeczytał gdzieś zdanie, iż psy nie rozumieją ludzi, ale ich ubóstwiają, natomiast koty rozumieją nas aż za dobrze i dlatego nami gardzą.

Jakoś się tak rozfilozofowałam, na zakończenie więc jeszcze zwykła, zgoła niefilozoficzna historyjka o czarnym kocie, chociaż może trochę magiczną. Czarny kot przynosi ponoć pecha, zwłaszcza jak przejdzie człowiekowi tuż przed nosem w poprzek drogi. I oto pewnej dość zimnej sobotniej nocy wracałam sobie w Berlinie do mego wspaniałego berlińskiego mieszkania we wspaniałej berlińskiej kamienicy. A stare, secesyjne kamienice berlińskie mają to do siebie, że wciąż jeszcze wiele z nich zamyka się na noc na klucz. Czasem nawet na taki wielki, bardzo skompliko­wany klucz z dwoma piórami, który trzeba umiejętnie przesuwać w zamku, żeby otworzyć drzwi, wejść, przeciągnąć klucz na drugą stronę, zamknąć drzwi i dopiero go wyjąć (proszę mnie nie pytać, jak to działa, bo po 20 latach mieszkania w Berlinie nie wiem, jak to się dzieje, że udaje mi się tym paskudztwem otworzyć i zamknąć bramę). W każdym razie była trzecia nad ranem, było zimno, a goście, którzy u mnie mieszkali zabrali ze sobą jedyny klucz do bramy. Umówiliśmy się, że zadzwonię, jedno z nich się obudzi, ubierze i wyjdzie, żeby mnie wpuścić. Bardzo piękna teoria. Właśnie rozmyślałam o tym, jak sprawdzi się w praktyce, gdy przed nosem przeszedł mi piękny czarny kot. Nie podoba mi się twierdzenie, że kot przynosi pecha. To jakieś męskie porachunki z czarownicami i moim zdaniem to ewentualnie facetom czarny kot przynosił pecha, a kobietom nie powinien. Nie powinien i już. „No”, powiedziałam w myślach do kota, „pokaż, że z tym pechem to nieprawda, załatw, żebym się dostała do domu, bo zimno.” Doszłam do domu, zadzwoniłam do moich gości, odczekałam ze trzydzieści dzwonków. Rycerzy spod Giewontu by obudziło, a ich nie. Zaczęłam się zastanawiać, co teraz, iść do knajpy i przeczekać, iść do hotelu, pojechać do przyjaciółki, iść do pracy… ale zanim domyśliłam te myśli do końca, brama się otworzyła i radośnie nastrojony sąsiad, wychodzący do pracy na jakąś niesamowitą poranną zmianę (w niedzielę!), powitał mnie uprzejmym „dzień dobry pani”.

Lubię czarne koty.


* Robert Shea, Robert Anton Wilson, The Illuminatus! Trilogy : The Eye in the Pyramid, The Golden Apple, Leviathan

** Delta 06/1998 Marek A. ABRAMOWICZ, Marcus J. PERCIVAL, KOT HAWKINGA: ŻYWY CZY MARTWY? Skrócona wersja tego artykułu ukazała się w szwedzkim miesięczniku “Forskning och framsteg” w numerze 12/1997.

Am Mittwoch, 02.04.2008 las man in der Presse: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Also: Sie haben Minotaurus geschafft!

Was nicht im Lebenslauf steht

Dorota Cygan stellte uns wieder einen ihrer Texte zur Verfügung, der zwar auch, wie die anderen, schon im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB), diesmal 2002, veröffentlicht wurde, den man aber auch im Netz nirgendwo findet.

Dorota Cygan

Was nicht im Lebenslauf steht
Eine Glosse zum Fragebogen-Unwesen im Dritten Reich

In vielem war das Dritte Reich kaum zu überbieten, doch die Maßnahmen zur Disziplinierung und Gewissensprüfung des Subjekts bildeten hinsichtlich ihrer Zahl  sicherlich den absoluten Gipfel. Von den „harten“ Maßnahmen ganz abgesehen, waren die „weichen” Mittel, Einzelne für das Regime zu gewinnen, recht vielfältig und raffiniert. Unter vielen sei hier eine genannt, die die gesamte Nation umfasste: der Fragebogen. In Tausenden von Varianten entworfen, umspannte er wie ein engmaschiges Netz auf vielfache Weise die ganze Nation, weil die erwünschten Informationen von unterschiedlichen (miteinander aber eng verflochtenen) Stellen erhoben wurden. Doch was für widerspenstige Geister zur Qual oder sogar Falle werden konnte, hat bei manchen linientreuen Schriftstellern einen gewissen Selbstbestätigungseffekt erzeugt: Der eigene literarische Erfolg, vielfach in den Fragebogen (etwa der Reichsschrifttumskammer)* zu Protokoll gegeben, hat manchen bestätigt, wenn nicht sogar beflügelt. Und er hat manch einen dazu angeregt, den eigenen Werdegang und Schaffensweg nicht in langweiligen Lebensdaten und Auflagenzahlen auszudrücken, sondern zumindest in Form einer literarisierten Autobiografie dem Volke zu schenken. So haben in vielen Fällen die nach dem damaligen Verständnis „politisch korrekten” Schriftsteller ihren Leistungen einen vergoldeten Rahmen gegeben und ganze Ketten hochtrabender Sinnsprüche mit den schillernden Diamanten ihrer schriftstellerischen Erfolge besetzt. In diesen unzähligen Lebensgeschichten und Lebensbildern fanden sich Angaben über Auszeichnungen, Ehrungen, Abzeichen, Preise, Filmprojekte und Rundfunksendungen, vor allem aber Lebensweisheiten, die zu einer Devise für die Leser werden konnten. Diese erfüllten vorzüglich ihre Vorbildfunktion und dienten unterschwellig der Selbstbeweihräucherung – freilich mit der fatalen Folge für das Bewusstsein, dass der auf den Sockel gestellte Schriftsteller tatsächlich begann, sich selbst für ein Monument zu halten. Es ist aus heutiger sicht nicht sehr schade darum, dass etwa in den biografischen Zeugnissen des führenden Schriftstellers und Dramaturgen des Dritten Reiches Gerhard Schumann beispielsweise irgendeine gewöhnliche Lohnabrechnung nicht erwähnt oder eine 1941 erlittene Verwundung nicht präzisiert wird als Granatsplitter im Gesäß. Schade nur für den Betroffenen, dass in all den selbst verfassten und selbstbezogenen Lobhudeleien sein Sinn für das Normale verloren ging. So zeigt es sich manchmal, dass ihm sein Ruhm schwer zu schaffen machte: “Dichtertöchter” habe er laut seinen eigenen Worten gezeugt und nicht gewöhnliche Töchter.
schumann-dokumenty

Auf das Überzeitliche und Ewige bedacht, versetzte Schumann in seinem Schaffen das politische Drama mit sittlichem Pathos und war bemüht, dem Ganzen eine gleichnishafte Deutung und klare Botschaft zu verleihen. Dieser Kunstgriff wäre ihm wohl so wie vielen seinen regimetreuen Zeitgenossen auch in Bezug auf die eigene Biografie beinahe geglückt, und wir hätten heute nichts als makellose, glatte Konstrukte aus beschönigten Fakten und Wunschbildern, wenn nicht (Ironie der Geschichte?) ausgerechnet die um den Ruhm ihrer Dichter bemühten nationalsozialistischen Kulturbeamten selbst alle Dokumente und ihren ganzen Schriftverkehr aufs penibelste archiviert hätten. Und wenn dieses Material, von allen Kriegswirren verschont, nicht in den Beständen des Bundesarchivs gelandet wäre, sehr zum Leidwesen der einstigen Größen. Über den hoch gefeierten Schriftsteiler Gerhard Schumann, Gauleiter der NSDAP Württemberg, Chefdramaturg des Württembergischen Staatstheaters und schließlich SS-Untersturmführer, haben sich dank der Pedanterie der Beamten u.a. Fragmente eines interessanten Schriftwechsels erhalten, der an dieser Stelle herangezogen sei. Im Februar 1939 wandte sich nämlich Schumann, nachdem er, wohl ein wenig verdutzt, seinen Namen unter einem unbekannten Gedicht abgedruckt vorfand, an den Hauptschriftleiter der Zeitschrift ,,Der Sturm” mit der Bitte um Aufklärung, wer der Autor des Gedichts sein möge, denn es handle sich sichtbar um ein Plagiat: Diese Verse stammten mit Sicherheit nicht von ihm, Schumann. Den Ernst der Lage   eingeschätzt, wandte sich daraufhin die Schriftleitung dieser Zeitschrift ihrerseits gleichzeitig an den Autor und an die Reichsschrifttumskammer. Diese, da sie Chaos und Willkür nicht duldete, forderte umgehend den ominösen Autor des Gedichts mit größtem Nachdruck auf, unverzüglich der Reichsschrifttumskammer beizutreten und überdies zu dem Vorfall Stellung zu nehmen. Dessen Antwort kam prompt und versetzte alle Beteiligten in Staunen. Der Aufgeforderte schrieb nämlich folgendes:

„An die Reichsschrifttumskammer!

Ich erhielt lhr Schreiben vom 25. Februar 1939 und möchte Ihnen mitteilen, dass ich erst 16 Jahre alt bin. Als eifriger Leser des ,,Sturms” kam ich auf den Gedanken, das Gedicht „Regeln für Theaterbesucher” an die Redaktion desselben zu senden. Ich fand das Gedicht in einem alten Notizbuch meines Vaters, wo er auch selbst seine selbstverfassten Gedichte hinein schrieb, und war fest überzeugt, dass er das selber verfasste. Hatte ja auch keine Ahnung, dass es mir vom ,,Sturm” honoriert würde und habe das Honorar umgehend zurückgesandt. – Da ich wirklich nicht wusste, dass das Einsenden von Schriftsachen zum Eintritt in die Schrifttumskammer verpflichtet, bitte ich Sie herzlich, es mir nicht anrechnen zu wollen. Ich bin noch Schüler und so vollständig meinen Eltern abhängig. Es wäre mir daher schrecklich, wenn sie durch mich in Unannehmlichkeiten gerieten. – lch werde bestimmt nie wieder nicht von mir verfasste Artikel einsenden und bitte nochmals um gütiges Nachsehen. Heil Hitler! Gerhard Schumann”.

Im Post Scriptum desselben Briefes deutete aber der junge Schumann vorsichtig die nächste Publikationsabsicht an:

lch habe einen Artikel über die moderne Magie verfasst, den ich gern drucken lassen möchte. Da ich mich schon jahrelang damit befasse, ist er bestimmt fachmännisch. Bitte teilen Sie mir mit, ob dies zum Eintritt in die Reichsschrifttumskammer verpflichtet oder wie hoch die Befreiungsgebühr sein müsste. Muss man in der Reichsschrifttumskammer Beitrag zahlen und wie hoch ist dieser?

schumannDie Plagiatangelegenheit hätte sich leicht aufklären lassen, aber die „moderne Magie” wurde für die Reichsschrifttumskammer schon ein wenig zu heikel, schließlich stand der gute Ruf des führenden NS-Schriftstellers Gerhard Schumann auf dem Spiel. Kein geringerer als der Landesleiter der Reichsschrifttumskammer höchstpersönlich sollte folglich für die Belehrung des Jungen zuständig sein, und in der Begründung hieß es: „Es wäre ein unerträglicher Gedanke, etwa den Staatspreisträger Gerhard Schumann mit einem Artikel über die moderne Magie belastet zu sehen. Gez. Dr. Buhl“. Andere Stellen fanden den Vorfall ebenfalls bedauerlich, es hätte ja zur Verwechslung kommen können, und sie griffen zu dem weitaus bewährtesten Mittel: Sie ließen den etwas problematischen jungen Autor – was denn sonst – den Fragebogen der Reichsschrifttumskammer ausfüllen. Von nun an solle er nicht nur datentechnisch erfasst werden, sondern zur leichteren Unterscheidung auch den Zusatznamen ,,Riesa” tragen.

Die Angelegenheit hat also dank dem Einsatz mehrerer Ermittler und Abteilungen der gefürchteten Institution innerhalb eines Monats geklärt werden können, ohne dass einer der Sachbearbeiter  darüber einfach lieber beiläufig die Achseln gezuckt hätte oder die Akten in der Ablage hätte verschwinden lassen.

Was also in keiner der zahlreichen autobiografischen Aufzeichnungen Schumanns je gestanden hatte, ist nun heute zum allgemein zugänglichen Bestand des Bundesarchivs geworden und stellt den umworbenen und gefeierten Autor mit seinen kleinlichen Ängsten um Imageschädigung bloß: Der Nationaldichter Schumann bangt um seinen Ruf und mobilisiert einen ganzen Stab von Beamten, um nicht der Autorschaft eines Aufsatzes über die Magie bezichtigt zu werden. Dabei erscheint er so authentisch, wie ihn die Hochstilisierung zur Dichtergröße durch die Nationalsozialisten niemals zu zeigen vermochte.

Diese unscheinbare Anekdote vermag aber mehr auszusagen als nur den akkuraten Lebenslauf eines vorbildlichen Nationalsozialisten zu korrigieren. Sie sagt nämlich etwas über die Tätigkeit einer Institution aus, die als wichtiges Instrument der nationalsozialistischen Lenkung im Kulturbereich von den Akteuren des Kulturlebens gemeinhin gefürchtet wurde. Sie zeigt vielleicht, dass unter vielen weltanschaulich motivierten und für die einzelnen Betroffenen oft folgenschweren Entscheidungen der Reichsschrifttumskammer – etwa bei Publikationsgenehmigungen oder Berufsverboten – nicht nur unendlich viel verwaltungsnotwendiger Kleinkram stecke, sondern auch – im Kontrast zu dem institutionellen Ernst – manch ein Jux sich verbarg, wie etwa die Geschichte über einen 16-jährigen Plagiator. Bei der Durchsicht derartiger Dokumente fokussieren wir heute, nach über 60 Jahren, unseren Blick auf eher unscheinbare Momente und Angelegenheiten und können über manch einen Fund rätseln oder uns mit schmunzeln an ihm erfreuen. Die nicht hoch genug einzuschätzenden Fragebögen des Dritten Reiches sind ein gutes Gegengift gegen den hochdosierten Ernst der gelackten Schriftstellerbiografien aus dem Dritten Reich. Solche und ähnliche Schriftzeugnisse der Verwaltungspoesie sind eine Quelle für Erforscher der Alltagsgeschichte, die der üblichen groß angelegten Ideengeschichte misstrauen und verschmitzt hinter die offizielle Fassade bzw. in den Keller gucken wollen. Was ist denn authentischer als Menschen mit ihren Rivalitäten, Eifersüchteleien, Scharmützelkriegen um Anerkennung, Einflussbereiche und finanzielle Vorteile?  Umso mehr, als sie in der am stärksten dämonisierten und ideologisierten Epoche der deutschen Geschichte, im Dritten Reich, gelebt hatten. Wir gewinnen – freilich in einem ganz schmalen Spektrum – Einblicke in die Welt der mitwissenden Zeitgenossen und rekonstruieren aus den Fragmenten das Ganze. Auf diese Weise geben wir unserer indiskreten Schnüffelarbeit eine plausible Rechtfertigung… und profilieren uns als Forscher.

Ist das nicht schön?


* Reichsschrifttumskammer (kurz RSK) war ein obligatorischer Berufsverband fur diejenigen Schreibenden, die vom schreiben lebten bzw. viel publizierten. Alle anderen waren vor jeder beabsichtigten Publikation gezwungen, eine Befreiung von der Mitgliedschaft zu beantragen – diese wrde in der Regel auch erteilt. Die RSK verpflitete alle ihre Mitglieder, jedes Jahr einen Fragebogen über schrifistellerische Tätigkeit, Einnahmen. Zugehörigkeit zu den Berufsorganisationen und Parteizugehörigkeit auszufüllen.


Die Autorin ist sich natürlich sicher, dass jeder Sterbliche weiß, wer Gerhard Schumann war. Für diejenige, die es jedoch vielleicht nicht so ganz genau wissen, hier ein Link.

Zu sehen ist “…nur noch Niedertracht und Undank rings”, schrieb Gerhard Schumann über die Zeit seit dem Ende des Dritten Reiches.
Mehr

Gumka do majtek

Mirosław Chojecki nie nadesłał tekstu na konkurs o pomocy dla Polski i Polaków po wprowadzeniu stanu wojennego, bo był, wraz z niemiecką pisarką Tanją Dückers, jurorem tegoż konkursu. Dostarczył natomiast tekst na temat. Wczoraj, udzielając mi mailowej zgody na jego publikację, napisał, że był on już wprawdzie tu i ówdzie prezentowany, ale nie był jeszcze publikowany. 

Dziwne. Ale dla mnie lepiej.

Mirosław Chojecki
Jak przy pomocy gumki od majtek obaliliśmy komunizm

Polska ma ogromnie długie tradycje walki o wolne słowo. Zaczęło się wszystko w czasie rozbiorów. Najwybitniejsi polscy poeci wydawali poza Polską. Józef Piłsudski, późniejszy naczelnik państwa 100 lat temu redagował i wydawał w podziemiu periodyk „Robotnik”.
W czasie okupacji hitlerowskiej wychodziły w podziemiu w 1944 roku aż 603 tytuły podziemnej prasy – mimo iż groziła za to kara śmierci. Niezależny ruch wydawniczy w okresie komunizmu został całkowicie zlikwidowany. Jeszcze w 1947 roku ukazywały się 22 czasopisma i wydano 9 książek, ale już w 1952 roku były tylko 3 czasopisma, a od roku 1954 zniknęły one zupełnie.

Stan ten trwał do roku 68, kiedy pojawiły się pierwsze ulotki związane z protestami młodzieży akademickiej, wykorzystanymi przez komunistyczne władze do antysemickiej nagonki.

Ale prawdziwy ruch wydawniczy narodził się w 1976 roku po utworzeniu Komitetu Obrony Robotników. Powstała wówczas Niezależna Oficyna Wydawnicza, której miałem zaszczyt być współorganizatorem.

Dlaczego powstały niezależne, podziemne wydawnictwa. Ano dlatego, że szalała cenzura. Przykładów ingerencji są tysiące. Dotyczą zarówno zakazów podejmowania pewnych tematów (np. rakotwórczego azbestu w polskich szkołach, eksportu mięsa, wypadków w górnictwie, spożycia alkoholu itd.), zakazów publikacji tekstów konkretnych autorów (listy nazwisk zmieniały się i raczej wydłużały aniżeli skracały), a także szczegółowych zaleceń (np., że o pracach Leszka Kołakowskiego można publikować teksty tylko w publikacjach specjalistycznych, ale wyłącznie krytyczne).

O tym wszystkim wiemy dlatego, że jeden z młodych cenzorów – Tomasz Strzyżewski – wywiózł za granicę notatki jakie zrobił podczas kilkumiesięcznej pracy w krakowskim oddziale cenzury.

W końcu lat 70 wychodziło w podziemiu już kilkanaście czasopism i do powstania Solidarności wydaliśmy w podziemiu ponad 100 tytułów książek. NOWA może poszczycić się tym, że opublikowała tomy kilku laureatów nagrody Nobla zanim oni te nagrody dostali np.: rosyjski poeta Josif Brodski, czeski poeta Jaroslav Seifert, żydowski pisarz w języku jidysz Izaak Bashewis Singer, polscy poeci Wisława Szymborska i Czesław Miłosz, niemiecki pisarz Günter Grass.

Z Grassem, laureatem Nobla w 2000 roku miałem specjalną przygodę. Jego „Blaszany bębenek leżał przez blisko 10 lat w wydawnictwie oficjalnym. Co jakiś czas okazywało się, że powinien on coś zmienić. Np. trzeba wykreślić akapit o tym, że Armia Czerwona całkowicie zniszczyła gdańskie Stare Miasto, że przecież niemożliwe jest aby żołnierz sowiecki zgwałcił kobietę. Grass na wszystko się godził, a czas płynął. I raz po raz okazywało się, że jest jeszcze coś, co trzeba zmienić albo wykreślić. Przez 2 lata negocjowałem przez pośredników z Grassem sprawę publikacji w podziemiu. Ale on stale miał nadzieję na wydanie oficjalne: większy nakład, promocja w wysokonakładowej prasie itp. Jednak gdy Volker Schlöndorff kręcił w Gdańsku film na podstawie „Blaszanego bębenka” Grass przyjechał do Polski. Spotkaliśmy się. Odbyliśmy długi spacer po odbudowanej gdańskiej starówce. Powiedział mi wówczas, że cenzura ma nowe propozycje. W jednej ze scen jest opisany sowiecki żołnierz, który ma wesz na kołnierzu. Cenzura zaproponowała skreślenie owej wszy. Günter – mówię wówczas do niego – przecież nie o tę wesz chodzi. Nie znam w literaturze piękniejszego opisu obrony polskiej poczty w Gdańsku w 1939 roku niż ta w „Blaszanym bębenku”. Jest to książka, która próbuje budować nowe stosunki między Polakami i Niemcami, powieść poszukująca porozumienia między naszymi narodami. I dlatego nie może ukazać się w Polsce. Jedynym wytłumaczeniem dla sowieckiej obecności w Polsce jest niemieckie zagrożenie. To przecież Rosjanie, według propagandy, bronią nas przed niemieckimi rewanżystami. W oficjalnej propagandzie nie ma dobrych Niemców i dlatego Twoja powieść nie może się ukazać w Polsce. I przekonałem go.

Poza Grassem wydaliśmy w podziemiu prace niemieckich autorów: Horsta Bienka, Bertolda Brechta, Jurgena Fuchsa, Karla Jaspersa, Reinera Kunze, Hansa Mayera, Maxa Webera, Austriaka Karla Poppera.

Jak to było możliwe aby w totalitarnym państwie, które starało się kontrolować wszystko i wszystkich funkcjonowało wydawnictwo, które publikowało średnio co 2 tygodnie nową książkę w nakładach początkowo kilkuset a później kilku tysięcy egzemplarzy i drukowało kilka czasopism.

a)    Do miejsca, które miało być drukarnią przywoziliśmy papier w ilości potrzebnej na wydrukowanie danej publikacji. Np. na „Blaszany bębenek” Güntera Grassa o objętości 300 stron w nakładzie 3.000 egzemplarzy potrzeba 450 ryz papieru tzn. blisko 1.200 kg.

b)   Skąd braliśmy ten papier? Wówczas w Polsce było reglamentowane prawie wszystko. Na kartki kupowało się mąkę, cukier, papierosy, wódkę, buty. Ale organizacje wspierające reżim nie miały większym problemów z zaopatrzeniem. Wystarczyło więc sprokurować pieczątkę np. oficjalnego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, podjechać do hurtowni z odpowiednim pismem i kupić kilka ton papieru.

c)    Papier ten „leżakował” przez kilka tygodni.

d)   Przywoziliśmy maszynę drukarską. Skąd mieliśmy maszyny drukarskie? Pomagała nam emigracja. Emigracyjny rząd w Londynie, redaktor Jerzy Giedroyc i paryska „Kultura”, Kongres Polonii Amerykańskiej wykładali pieniądze, a dobrzy ludzie szmuglowali sprzęt do Polski.

e)    Potem przyjeżdżali drukarze z gotowymi matrycami.

f)     Drukarze pracowali na 3 zmiany: dwóch pracowało, jeden odpoczywał (po prostu spał). Drukarze nie opuszczali miejsca pracy do czasu zakończenia druku.

g)   Po zakończeniu wywoziło się maszynę do innego miejsca, gdzie już czekał papier.

h)   Wydrukowane luźne strony wywoziło się o tzw. punktów introligatorskich. Jeden punkt otrzymywał po 500 egz. luźnych karteczek do złożenia. Czyli w tym konkretnym przypadku nakład był już podzielony na 6 części.

i)    Przeciętnym punktem introligatorskim było małe mieszkanie w dużym bloku, gdzie młode małżeństwo po położeniu dzieci do snu ręcznie składało książki z luźnych karteczek.

j)    Złożone książki rozwoziło się do magazynów, z których odbierali je kolporterzy. W jednym magazynie, którym zwykle była piwnica (my mieliśmy do niej jeden klucz, zaś kolporter drugi), zostawiało się z reguły nie więcej niż 100 egzemplarzy. Oznacza to, że cały nakład np. tomiku Brodskiego zanim dotarł do odbiorców był już podzielony na około 30 części.

Oczywiście policja polityczna też nie próżnowała. Starała się nas rozpracować. Mieliśmy kilka wpadek.

W czasie stanu wojennego w Polsce, po delegalizacji Solidarności i internowaniu blisko 10 tysięcy osób ukazywało się co najmniej 2.700 czasopism (tyle posiada Biblioteka Narodowa), w tym niektóre przez wiele lat: w Krakowie „Hutnik” – 8 lat, lubelski „Informator NSZZ S” – 9 lat, szczecińska „Jedność” – 8 lat, „Krytyka” – 13 lat, poznański „Obserwator Wielkopolski” – 9 lat, krakowskie pismo młodzieży akademickiej „Promieniści” – 8 lat, „Solidarność” Białystok 10 lat, „Solidarność” w Gdańsku (229 numerów), „Solidarność Walcząca” – 9 lat (237 numerów), Informator Toruński” – 8 lat (242 numery), „Tygodnik Mazowsze” – 8 lat (290 numerów), krakowska „Mała Polska” – 6 lat (291 numerów), ”Z dnia na dzień” – 10 lat (524 numery).

W podziemiu wydano ponad 6.000 tytułów druków zwartych – tyle ma w swoich zbiorach Biblioteka Narodowa.

A co to tego wszystkiego ma gumka do majtek? Ano ma i to dużo.

To, iż w Polsce drukować mógł praktycznie każdy, że drukarnię można było założyć w każdym mieszkaniu zawdzięczamy właśnie gumce od majtek i Witoldowi Łuczywo. Zbudował on nowy typ powielacza. Wystarczyła rama od obrazu z naciągniętą tkaniną. Na nią należało założyć matrycę-szablon, przeciągnąć wałkiem z farbą i odbitka gotowa. Do druku potrzebne były co najmniej 3 osoby: jedna przeciągająca wałek z farbą, druga podnosząca ramkę i trzecia wyciągająca zadrukowaną kartkę. Kiedyś jedna z osób z niewiadomych powodów nie pojawiła się w drukarni. Geniusz nakazał mu po pierwsze przekonać drugiego drukarza, Basię Felicką, aby… zdjęła majtki. Wyciągnął z nich gumkę. Następnie przyczepił do ramki gumkę od majtek a drugi koniec gumki do żyrandola dyndającego nad stołem. Dzięki temu ramka sama odskakiwała. Jeśli więc do podstawy, na której przymocowana jest ramka z matrycą, przykręcić listwę z gumką, wówczas powstaje „automatyczny” powielacz, który może obsługiwać jedna osoba. Najlepsi drukarze drukowali ok. 1.500 odbitek na godzinę.

Hasła: „powielacz w każdym domu”, „każdy może pisać, drukować i kolportować, co chce” musiały obalić totalitarne państwo, którego jednym z podstawowych celów jest pełna kontrola nas i naszych myśli oraz dążenie, aby tych naszych myśli – jeśli już są nieprawomyślne – nikt nie mógł poznać.

Mirosław Chojecki, Jak...

Polska droga do wolności – obalenie komunizmu (filmik – 5 minut)