Dżdżownice

kaschnitzZnalazłam tę książkę, jak wiele innych w ostatnim czasie, na stole z książkami do rozdawania za darmo. W Berlinie taką akcję prowadzi kilka instytucji, w ratuszu, gdzie pracuję, książki na stół wykłada Büchertisch czyli… stół z książkami. Gdy się przed kilku laty przeprowadzałam, oddałam im pół ciężarówki książek, teraz więc bez wyrzutów sumienia coś sobie od czasu do czasu biorę.
Marie Luise Kaschnitz, Das Haus der Kindheit / Dom Dzieciństwa.
Erstausgabe 1956
(c) Claassen Verlag in der Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Niewielka powieść z roku 1956 – autorka miała wtedy 55 lat.
Niewiele o niej wiem, niewiele czytałam, wstyd się przyznać, bo to Wielka Dama niemieckiej literatury, dorównująca pewnie w naszym kosmosie literackim Marii Dąbrowskiej. Jest w Polsce mało znana, choć oczwiście germaniści na pewno wiedzą o niej wszystko i więcej. „Dom Dzieciństwa“ nie został przetłumaczony na polski. Z pozwoleniem wydawnictwa Ullstein tłumaczę więc kilka fragmentów.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
1
Zaczęło się od tego, że jakiś nieznajomy zatrzymał mnie na ulicy i coś do mnie powiedział. Zapytał mianowicie, czy znam miasto i czy mogłabym mu powiedzieć, jak dojść do Domu Dzieciństwa. A co by to miało być, zapytałam zaskoczona, muzeum? Nie sądzę, odpowiedział mężczyzna. To może szkoła, drążyłam, albo przedszkole. Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiem, odpowiedział. Miał siwe włosy i wyglądał z lekka prowincjonalnie. Włożyłam okulary i zaczęłam odczytywać szyldy na pobliskich budynkach. Konserwatorium, kino, ubezpieczalnia. Domu Dzieciństwa nie było. Dlaczego szuka Pan tego domu, spytałam, żeby zyskać jakiś punkt orientacyjny. Mam tam coś do załatwienia, powiedział mężczyzna, jestem stary. Grzecznie uchylił kapelusza. Poszłam dalej, myśląc o jego ostatnich słowach, nieco zagadkowych. Zamyślona skręciłam nie w tę ulicę co trzeba. Przeszłam kilkaset metrów i zobaczyłam ten dom.

2
Oczywiście od razu pobiegłam z powrotem, aby powiadomić tego człowieka, ale już go nie znalazłam. Nic dziwnego, przecież to duże miasto, a w porze obiadowej na ulicach jest mnóstwo ludzi. A jeszcze na dodatek po wojnie wiele ulic odbudowano tak, że człowiek nie wszystkie miejsca rozpoznaje i czasem nawet nie wie, gdzie się właściwie znajduje. Zbudowano wiele budynków publicznych, również takie, jakich przedtem w ogóle nie było, wychodząc naprzeciw potrzebom chwili obecnej. Zakładam, że Dom Dzieciństwa też ma odpowiadać wymaganiom lat powojennych. Jeżeli w pośpiechu cokolwiek zdołałam zauważyć, to jest to duży szary dom bez żadnych ozdób, oprócz jakiegoś secesyjnego ornamentu nad wejściem i nazwą.
(…)

7
Dom Dzieciństwa leży znacznie bliżej mojego domu, niż to mi się początkowo wydawało. Znalazłam się dziś tuż obok zupełnie niespodziewanie i postanowiłam, korzystając z okazji, dokładnie go obejrzeć. W prawo od wielkich drzwi wejściowych znajdował się przycisk dużego białego dzwonka, płyta z mlecznego szkła i wgłębienie, do którego należy mówić. Kiedyś widziałam już taki aparat w jednym z nowych urzędów w mieście. Po naciśnięciu dzwonka zgłaszał się tam nader uprzejmy głos męski i mówił; „proszę się zameldować, podając imię, nazwisko i datę urodzenia”. Byłam przekonana, że to co widzę, to taki właśnie nowoczesny domofon, zapewne z aparatem fotograficznym, ukrytym za matową szybą, który zrobił mi zdjęcie i przesłał je do wnętrza budynku. Nienawidzę takich urządzeń, kojarzą mi się z tajną policją. Dlatego, oczywiście, oddaliłam się, nawet nie próbując nacisnąć dzwonka.
(…)

23
Dziś po raz pierwszy miałam okazję rzucenia okiem do wnętrza tego dziwacznego muzeum. Wcale nie było to takie trudne. Brama w murze, którą zauważyłam już uprzednio, a która była wówczas zamknięta, dziś była lekko uchylona. Powiększyłam nieznacznie tę szczelinę, tak by można było zerknąć do wnętrza. Trudno mi opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie muru. Niewątpliwie potwierdziło się moje wcześniejsze poczucie, że wszystko tu przypomina dekoracje, również dom, który jest samą tylko fasadą. Za tą fasadą znajduje się całe mnóstwo jakichś niewielkich budowli, trochę jak na terenie studia filmowego, są nawet ogrody i  zagajniki, ale nie wiem, czy prawdziwe, czy wykonano je z papieru, tkaniny lub drewna. Najbardziej mnie zdumiało, że obiekty te były w różny sposób oświetlone przez jakieś niewidoczne dla mnie reflektory, a niektóre z nich były nawet pogrążone w mroku. Wszystko sprawiało wrażenie nieporządku, może nawet chaosu, ale nie było to wcale straszne, odchodząc śmiałam się więc sama z siebie, że tak długo odsuwałam od siebie moment przyjścia tutaj, bo się bałam.
(…)

53
Znowu coś pięknego, choć już nawet podczas „lekcji” czuję, że wszystko zostało sztucznie zrobione, a mianowicie przez dorosłych, którym przydaje to czarodziejskich cech. Ciemne pomieszczenie, szepty, wiele dzieci siedzących na dywanie, zapach siarki, na maleńkiej scenie w głębi pomieszczenia wąwóz w lesie, rozświetlany blaskiem błyskawic i dziwnie zniekształcony głos mojej matki, przywołujący ducha, aż się pojawi zły duch Samuel. I zaraz potem, w tym samym pomieszczeniu, na prześcieradle zawieszonym jak ekran coś zupełnie innego – obraz gwiazdy, złożonej z barwnych elementów, które się przemieszczają, tworząc coraz to nowe wzory. I jeszcze później kolejny dowód magicznych mocy, jakimi dysponują dorośli, a mianowicie palec mojego ojca, zanurzony w szklance z wodą. Ojciec wyciąga palec ze szklanki i przeciąga nim po krawędzi do połowy napełnionych wodą kieliszków, wydobywając z nich melodię, raz delikatniejszą, to znowu mocniejszą, ale zawsze ulotną.
(…)

83
Nowy przerażający pomysł, przed jakim, nawet wbrew własnej woli, postawiony został człowiek, próbujący zgłębić tajemnice tego muzeum – tym razem mogę zobaczyć sama siebie, ale nie w lustrze, tylko z zewnątrz. Zmiana dokonuje się bez zapowiedzi i już chociażby dlatego jest straszna. Ale dziś było to dla mnie podwójnie nieprzyjemne, bo to co zobaczyłam, w żadnym stopniu nie przypominało niczego, co dotychczas o sobie wiedziałam. Gdy weszłam do budynku, kustosz znowu kazał mi nałożyć szynę na nogę, a potem wyprowadził na podwórko szkolne, gdzie wchodziłam jeszcze z niejakim zaciekawieniem. Ale zaraz potem zobaczyłam sama siebie, grubą, dziesięcioletnią dziewczynkę z dużymi okrągłymi oczami, jak stoi, całkiem sama, na boisku, pośrodku sterty papierów. Inne dzieci stoją wokół tej góry pogniecionego pergaminu, w jaki pakowało się kiedyś śniadania do szkoły, w grupkach lub parami, niektóre obejmują się, żartują lub rzucają kolorowe piłki. Dziewczynka-ja porusza się, choć szyna jej ewidentnie przeszkadza, próbuje wykonać parę nieporadnych kroków, woła coś, nikt jej nie odpowiada, rozgląda się we wszystkich kierunkach, wyciąga ręce do innych dzieci, ale na próżno. Ta sama scena po wielokroć, aż do przesytu, oczywiście napawa mnie smutkiem. Zobaczyć siebie samą w zawstydzającej sytuacji, to zarazem żenujące i irytujące, tym bardziej, że z czasów szkolnych wcale sobie nie przypominam takiego momentu.

Można by powiedzieć, że jest to jedna z wielu książek o dzieciństwie. To prawda. Czytałam ich mnóstwo, sama też coś w tym duchu napisałam, na przykład to: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/01/05/die-ewige-judin/
Co mnie jednak zachwyciło w mini powieści Kaschnitz to jeden z ostatnich akapitów tej książeczki. Autorka musi opuścić muzeum, które nazwała „Dom Dzieciństwa”, bo dzieciństwo się skończyło. Dziewczynka się zakochała, a zatem przestała być dzieckiem i jest młodą, bardzo młodą, ale jednak już dorosłą panienką. Jakąż wspaniałą pisarką była Kaschnitz, skoro potrafiła stworzyć taki opis pierwszej miłości:
(…)

murattiklein122
Tak jak wczoraj, tylko znacznie mniej romantycznie, bo znowu jestem na łące, ale moim zadaniem jest tym razem wykopanie dziury w trawie i przesiewanie palcami ziemi zamkniętej w czarnym oplocie korzeni trawy. To polowanie, a zwierzyną są dżdżownice. Łowię szaroróżowe ciała, wzbudzające w mnie odrazę, i wkładam je do blaszanego pudełka z naderwaną etykietką (Muratti), całe albo w kawałkach, bo często rozrywają mi się w palcach i mimo to nadal poruszają się kręto. Jestem niecierpliwa, wyczekuję, nasłuchuję, wypatruję, ale kogo, gdzie, za żywopłotem, to tam słychać krok, stamtąd dobiega śmiech, głos, ale czyj, chłopca, mężczyzny, głos który wykrzyknie moje imię. Dam mu dżdżownice w pudełku, on nabije jedną na haczyk, zarzuci wędkę, która zaplącze się w zielsko na stromym stoku strumienia, ja ją wyplączę, a potem będę stała i patrzyła, jak szybko obraca się kołowrotek. Woda w cieniu będzie ciemnozielona, spokojna, a w słońcu rozigrana i błyskotliwa, będę wypatrywała pstrągów, tych młodych lekkomyślnych i tych starych, które przezornie trzymają się bliżej dna głębokiego wykrotu i wszystko widzą. A przecież tak naprawdę będę patrzyła tylko na niego, wiem, że tak będzie, tak jak wiedziałam, jak to się rozwinie, choć nic się jeszcze nie zdarzyło, czyli nie mogło jeszcze stać się tematem dzisiejszej lekcji, w której najwyraźniej chodziło tylko o dżdżownice, i czekanie, i dobiegający z dali okrzyk.

Das Alter ist für mich kein Kerker, sondern ein Balkon, von dem man zugleich weiter und genauer sieht.
Marie Luise Kaschnitz, Orte

Tysiąc lat

Stosunki polsko-niemieckie według Ewy Marii Slaskiej czyli
interpretacja własna wystawy „Obok. Polska – Niemcy 1000 lat historii w sztuce”. Wystawa trwała od września roku 2011 do stycznia 2012, tekst napisałam późno, za późno, i, powiedzmy, że dlatego nie został nigdzie opublikowany. Ale tak naprawdę to jest to klasyczny salon odrzuconych.

Ewa Maria Slaska
Polska – Niemcy 1000 lat

Zacznijmy od faktów najprostszych – wystawa, ogromna, 1000 lat, 800 eksponatów, 200 instytucji wypożyczających, 10 rozdziałów – ma inny tytuł po polsku i po niemiecku (a także po angielsku).

Po polsku jest mowa o tysiącleciu historii w sztuce, po niemiecku o historii i sztuce.

Piszę to nie z typową dla osób dwujęzycznych satysfakcją, że „przyłapałam” innego dwujęzycznego na błędzie. Odmienność tytułów nie jest bowiem lapsusem, jest na pewno świadoma i zamierzona. Po niemiecku tytuł głosi to, co chcieliby zobaczyć (i zrozumieć) Niemcy, po polsku – to, co interesuje kuratorkę, a nawet – powiedzmy to uczciwie: kreatorkę wystawy.

Od ponad miesiąca przedzieram się przez jednakowy bełkot prasowo-internetowy na temat wystawy. Każdy chwali, używając niemal tych samych słów, bo mimo iż każdy szanujący się dziennikarz wprowadza jakiś własny komentarzyk, jakiś mini-smaczek, ale tak naprawdę nie ma prawdziwych recenzji tej wielkiej wystawy, jest tylko powielanie porządnych, wyczerpujących i banalnych tekstów przygotowanych przez biuro prasowe wystawy. Nie ma tak właściwie żadnej porządnej recenzji, a nie ma, bo być nie może, bo cierpimy na chorobę, która się zwie polskie zadufanie, a jej symptomami są patriotyczne puszenie się połączone z czołobitnością wobec wielkich i uznanych. Przypomnijmy czołobitność wobec wielkich to w świecie odrębna jednostka chorobowa, zwana idolem teatru, w świecie polskim jest lewą stroną patriotycznej prawej rękawiczki.

Tysiąc lat kontra ostatnie sto lat. Los Żydowski.

Andę Rottenberg, kuratorkę wystawy, interesuje przede wszystkim, nade wszystko, a zapewne nawet ponad wszystko tylko sztuka. Historia jest dla Rottenberg tylko ramą dla sztuki, zręcznie podsuwaną jako komplet w celach marketingowych. Marketing dotyczył niewątpliwie Wystawy Andy Rottenberg jako Dzieła! A zabiegi, prowadzone od wielu lat, miały sprawić, by Dzieło stało się flagowym projektem Polskiej Prezydencji. Tak oto w ramach Polskiej Prezydencji (co, umówmy się, już samo w sobie jest z lekka śmieszne) chwalimy Andę Rottenberg, a ponieważ ona chwali przede wszystkim Mirosława Balkę, chwalimy zatem Balkę, bijąc czołem w ziemię.

Pójdźmy jednak jeszcze o krok dalej. Tak naprawdę to nie sztuka interesuje Rottenberg, i nie sztuka polska, ale sztuka obrazoburcza, antykatolicka, modernistyczna, najlepiej jeśli na dodatek żydowska, a właściwie z naciskiem na sztukę żydowską, antyniemiecka, odwołująca się do bólu i okrucieństwa. Temat ten zdominował ostatnie sto lat historii i wystawy, i ją zakłamał, bo tu właśnie kuratorka, wkraczając na teren, najlepiej sobie znany i ten, który rzeczywiście chciała zaprezentować, porzuciła już wszelkie próby udawania, że chodzi o historię. W odcinku wystawy dotyczącym szeroko rozumianej współczesności nie chodzi o Historię. Chodzi tylko o historię sztuki współczesnej i Los Żydowski.

To spójny obraz i artystka (bo osoba układająca wystawę jest niewątpliwie artystą) ma do niego niezaprzeczalne prawo. Tyle że jest to obraz nad wyraz indywidualny. Taki obraz sztuki modernistycznej przedstawiła Rottenberg w wykładzie, towarzyszącym wystawie, zapomniała tylko powiedzieć, że jest to interpretacja indywidualna i osobista Andy Rottenberg. Stała tam przed nami Kuratorka i mówiła nam, że taka jest Sztuka Polska. Modernizm polski w tym ujęciu to sztuka ostatnich stu lat, która zaczęła się w Związku Radzieckim, a nie skończyła nigdy. Jedynymi polskimi jej przedstawicielami są Strzemiński i Kobro, pozostali są Żydami, co Rottenberg podkreśla tak dalece, że zapomina dodać, że to również, a niekiedy przede wszystkim Polacy. Cierpienie żydowskie w sztuce przechodzi bez cezury w okrucieństwo wojny, wojna czyli zagłada, śmierć, obóz, ból, płynnie łączy się z chorobą, ta z kolei z bólem żydowskim w obliczu globalizacji i komercji. Jasna czysta linia, jak ktoś nie wie, jest w stanie uwierzyć, że taka oto była historia sztuki polskiej od roku 1912 do 2012, i zdziwi się, a i nie uwierzy, jak mu się powie, że nie, że nie jest to ani historia sztuki polskiej, ani nawet polskiej sztuki modernistycznej, a już na pewno nie – polskiej sztuki współczesnej, lecz indywidualny wybór Andy Rottenberg, która przeciągnęła straszną czarną nić przez nasze dzieje i wyciągnęła na niej tylko to jedno – Cierpienie jako definicję Losu Żydowskiego. Przejmujący obraz. Szkoda, że Rottenberg nie zrobiła takiej wystawy. Wtedy byłaby prawdziwa.

W dzisiejszych czasach potwornie trudno zaprotestować przeciw takiej wizji, bo praktycznie od razu zarabia się etykietkę antysemity. Jeśli więc nawet znalazł się jakiś umysł wolny od choroby idola teatru, nie zaćmiony polskim zadufaństwem połączonym z kultem panienki przenajświętszej Andy Rottenberg, to i tak zgroza go pewnie ogarnia na myśl o tym, że jak napisze, to co chce napisać, to redaktorzy odrzucą, a jak nie odrzucą, to czytelnicy zeżrą z kościami.

Nawet jeśli autor niniejszego sam jest Żydem albo Żydówką. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Tysiąc lat kontra ćwierć tysiąclecia. Odwieczna wrogość.

Ustaliliśmy już zatem, że Rottenberg zrobiła tę wystawę, żeby pokazać ostatnie sto lat historii sztuki. Pozostałe 900 lat to wehikuł, który wywiózł wystawę Andy Rottenberg na szczyt, ale też po prostu sztafaż, zaprezentowany bez ładu i składu zbiór obiektów, Wunderkammer stosunków polsko-niemieckich. Polakom niepotrzebny, bo wiedzą, dla Niemców niezrozumiały, bo nie wiedzą. A bez wiedzy nie da się go pojąć ani zrozumieć. Widz błąka się od sali do sali, nie rozumiejąc ani logiki ani chronologii, aby posuwając się od zewnętrznych kręgów piekła do samego jego środka dotrzeć do serca wystawy czyli… Krzyżaków.

I nagle stajemy oko w oko z czymś, co jest nam znane aż za dobrze. Nagle czujemy, że i tu osobowość kuratorki odcisnęła swoje piętno. To wystawa o odwiecznej wrogości. Prezentacja komunistycznego mitu odwiecznej wrogości. Mitu z czasów, gdy MY (a więc i Anda) byliśmy w podstawówce. Bo już nawet w liceach można było ewentualnie trafić na nauczyciela historii, który w ten obraz potrafił chyłkiem wprowadzić nieco odmiennych akcentów. Jako licealiści czytaliśmy też różne książki Jasienicy i choć on też był dziecięciem owych czasów, to jednak można było uważnie czytając zobaczyć, że owa odwieczna wrogość nie istniała ani w Polsce Piastów, ani Jagiellonów ani w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A już na pewno jeśli studiowało się nauki humanistyczne, mógł się człowiek dowiedzieć, że odwieczny oznacza ostatnie 250 lat, a nie 1000. Te ćwierć tysiąclecia to wystarczająco złowrogi ciężar i właściwie nie wiadomo, dlaczego Komunie tak bardzo zależało na tym, żeby nam udowodnić, że to lat tysiąc?

Komuna wystylizowała ten obraz ze zręcznością prestidigitatora, który wyciągnął z kapelusza szczerzącego krwawe zęby odwiecznego wroga. Gdy w grudniu 1982 roku w dzień przed Wigilią czekałam na przesłuchanie w poczekalni aresztu na Kurkowej w Gdańsku, patrzył na mnie sześciooki czarno-biały plakat – Krzyżak, Hitler, Adenauer. Ale to właściwie z mało, bo wprawdzie rzeczywiście Krzyżak, wsparty niestety Sienkiewiczem, stanowił centrum owego obrazu odwiecznego wroga, ale zaczynało się to znacznie wcześniej.

Wykład o odwiecznej wrogości

  1. Formowanie nowoczesnej Europy

Walki przygraniczne państw z luźnymi formacjami plemiennymi są jedną z charakterystycznych cech formowania się Europy. Imperium Rzymskie borykało się z tym przez cały okres swego istnienia, a słynny rzymski limes nie był niczym innym, jak próbą osłony cywilizacji przed dzikością ludów spoza tej granicy. Gdy Rzym upadł pod naporem kolejnych dzikich plemion, zaczęła się rodzić dzisiejsza wizja Europy, zaciekle atakowana na wszystkich granicach. Z Południa napływały flotylle saraceńskie, z Północy nadciągali Wikingowie, na Wschodzie kłębiły się masy germańskie i słowiańskie, które jednako nie chciały się dać ujarzmić, ale chciały bogactw tworzonych tam, gdzie ludy dawały się wziąć w karby państw.

  1. Słowianie po obu stronach Odry

”Odwieczna wrogość polsko-niemiecka” zaczęła się od pierwszych Piastów, a symbolem wroga był Albrecht Niedźwiedź, margrabia brandenburski. Nikogo w tej mitotwórczej pasji nie interesowało, że naprawdę Marchia i Polska walczyły z tym samym wrogiem, z dzikimi i nieujarzmionymi plemionami słowiańskimi znad Odry. Obodrzyci, Wenedowie, Wieletowie, Serbowie, Łużyczanie, którzy nie dawali się na stałe włączyć ani do Niemiec ani do Polski, stanowili ustawiczne przygraniczne zagrożenie obu bardziej trwałych formacji państwowych. Jeżeli przypadkiem ludy te zawierały jakiś doraźny sojusz z Polską, Komuna stylizowała ich na Słowian-niemalże-Polaków, jeśli z kolei Polska walczyła ze związkiem plemion słowiańskich, ewentualnie sprzymierzonych z władcami Marchii, patronowały temu skryte knowania Niemca.

  1. Konflikty graniczne

Czy chcemy czy nie chcemy, od czasu gdy Polska i Marchia Brandenburska uporały się ze Słowianami Zachodnimi, granica między Polską a Niemcami na dobre się ustabilizowała, nie tyle w miejscu (bo tu przez tysiąc lat będzie sobie wędrować ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód), ile jako trwała granica językowa, kulturalna i państwowa. Cokolwiek by się nie działo w Rzeszy i w Polsce, zawsze już miały mieć wspólną granicę. To banał. Ale często o nim nie pamiętamy. I mylimy to, co zawsze dzieje się na granicach, z odwieczną wrogością.
Banałem jest też przypominanie, że średniowieczne rozdrobnienie państwowe nie było jakimś złowrogim zdarzeniem, które przydarzyło się Polsce niesprawiedliwie i nie wiadomo czemu, tylko była to typowa faza rozwoju państwowości feudalnej. W całej Europie zwierzchnik rycerstwa czyli suweren czyli aktualnie najsilniejszy władca w całej okolicy oczekiwał hołdów lennych od władców słabszych, a sam składał je władcy silniejszemu. W górę sięgało to poziomu Papież -Cesarz, w dół mogło sięgać do hołdów trzech rycerzy składanych czwartemu.

I ostatnim banałem dotyczącym czasów rozdrobnienia rycerskiej Europy jest to, że każdy mógł zawrzeć z każdym przymierze przeciw każdemu innemu i wezwać na pomoc kogo tylko chciał, żeby poradzić sobie z tym, kto mu w danym momencie nie pasował. Gromady pozbawionych ziemi rycerzy, skupionych w zakonach rycerskich tylko czekały na takie okazje.
Wszystkie średniowieczne konflikty polsko-niemieckie miały dokładnie taki wymiar i nie były niczym wyjątkowym, złowrogim i odwiecznym.

  1. Konflikty przygraniczne – Litwa i Żmudź

W takim kontekście książę Konrad Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Bo od Zachodu boryka się z klasycznymi problemami walk granicznych, a od Wschodu – przygranicznych, takich jak 200 lat wcześniej toczyły się nad Odrą. Od Wschodu, pomiędzy carską Rusią a księstwami polskimi w tzw. Dziczy czyli nietkniętych puszczach czają się dzicy Litwini, Żmudzini i Jadźwingowie. Przypomnijmy sobie trzech mickiewiczowskich budrysów. Zabawny wierszyk. Budrysi. Są groźni i nie ochrzczeni, można ich więc nawracać.

Wszędzie w Europie przez kilkaset lat zakony rycerskie rozrosną się w potężne i bogate organizacje. I wszędzie prędzej czy później władcy w porozumieniu z papieżem dojdą do wniosku, że ich potęgę trzeba zlikwidować. Zwłaszcza, że już w miastach tworzą się pierwsze zalążki uprzemysłowienia. Feudalizm się kończy. Kończy się czas rycerzy. Pierwsi upadną Templariusze, Krzyżacy przetrwają jeszcze ponad 200 lat. Będą się bronić, nie będą chcieli oddać tego, co dostali, zagrabili lub kupili. „Normalka”.

Nic w tym, co się działo między księstwami Polskim, zjednoczoną z powrotem Polską Łokietka i Kazimierza Wielkiego i wreszcie unią mocarstwową Polski i Litwy nie jest dowodem odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej. Jesteśmy widownią procesów historycznych. W tym kontekście w Polsce zdarzyła się bitwa. Wielka bitwa rycerstwa zachodniego z nie ochrzczonymi rycerzami Witolda. Ostatnia bitwa średniowiecznej Europy. Dlatego myślimy, że jest słynna. A to po prostu bitwa. Spójrzmy na obraz Matejki. Mistrz wiedział, co maluje. Gdzie są tam Polacy? Gdzie Niemcy? Dwie główne postaci to Witold i Ulrich von Jungingen. I tak dokładnie było.

W 40 lat po bitwie pod Grunwaldem Turcy podbili Konstantynopol. Zatrzasnął się ostatni przesmyk pozwalający przywozić złoto, perły i jedwab z Azji. Synowie szlacheccy bez ziemi już nie chcą się bawić w rycerzy. Część z nich zajmie się produkcją i finansami, tak urośnie siła miast, część będzie nadal szukała przygód. Don Kichot, prawda? To on, rycerz bez pola walki i przeciwnika. Ale inni już wiedzą. Tam gdzie mogą, ruszą na podbój świata. To ci sami chłopcy, już nie rycerze, konkwistadorzy.
W tym kontekście rozwiązał się Zakon Krzyżacki.
To prawda, kiedyś, za następnych dwieście lat, na podwalinach tego, co zbudował Zakon Krzyżacki, urośnie nowa potęga polityczna, Księstwo, potem Królestwo, a potem Cesarstwo Pruskie. I to już stanie się zalążkiem „odwiecznej wrogości”, tej liczonej w stuleciach a nie tysiącletniej. Do tego jeszcze wrócimy.

  1. Granica kwietystyczna

Polska Jagiellonów i Rzesza Niemiecka ustabilizowały swoją potęgę i na długi czas granica państwowa pomiędzy oboma mocarstwami nie ulegała zmianie. Nic się też na niej nie działo. Przyjęło się wręcz uważać ją za najspokojniejszą granicę Europy, chętnie przydając jej przymiotnik „kwietystyczna” – spokojna, ale też piękna. Niemcy szarpane były reformacją, co zresztą nie ominęło też i Polski, Rzesza przeżyła też najbardziej dramatyczną wojnę w swej historii – wojnę stuletnią, zakończoną pokojem westfalskim i swego rodzaju tolerancją religijną. W Polsce walka protestantyzmu z katolicyzmem była znacznie mniej dramatyczna, z kolei zamiast wojny stuletniej przeżyliśmy szereg konfliktów zbrojnych z Turcja i najazd szwedzki. Tym niemniej na zachodniej granicy Polski rzeczywiście nic się nie działo. Działo się za to gospodarczo. Otóż protestantyzm, który w XVI i XVII wieku ugruntował sobie pozycję w zachodniej Europie, był religią rodzącej się właśnie burżuazji, żądnej władzy i możliwości bogacenia się. Przez fakt, że w Polsce wygrał katolicyzm, przegapiliśmy gdzieś zarazem i kapitalizm. Byliśmy nadal państwem feudalnym, podstawą polskiego dobrobytu były dobra natury i płody rolne, a pozyskiwaliśmy je przy pomocy chłopa pańszczyźnianego. To co w XV i XVI wieku zapewniło nam potęgę i bogactwo, w XVII wieku wystarczało by trwać, a w XVIII wieku sprawiło, że upadliśmy. Nie dało się już wyżyć ze zboża, wosku, drewna i futer. Europa Zachodnia zmieniła system rolny i przestała potrzebować żywności, a luksus przypływał na statkach z Meksyku i Brazylii, a nie szkutami po Wiśle. Warcholstwo, sarmatyzm i niechlujstwo nie były przyczyną naszego upadku, tylko skutkiem załamania gospodarczego. Upadliśmy, ponieważ system feudalny w całej Europie musiał upaść. Można mu było pozwolić upaść, zastępując go uprzemysłowieniem. Gdy jednak tego nie zrobiliśmy, upadliśmy razem z nim, przygnieceni gruzami niewydolnej gospodarki.

  1. Rozbiory i odwieczna wrogość

Formalnie to właśnie w roku 1772 rozpoczął się odwieczny konflikt polsko-niemiecki. Rozpoczął się, bo się nie potrafiliśmy unowocześnić. Zajęły nas Rosja, Austria i Prusy, ale tak naprawdę, to zajął (czy rozebrał nas) kapitalizm. Był to jeszcze kapitalizm ekstensywny, potrzebujący wciąż nowych ziem i nowych ludzi. Państwa rozbierające Polskę nie miały znaczących kolonii zamorskich, ich koloniami były słabsze sąsiednie państwa europejskie. Francja, Anglia, Hiszpania, Portugalia i Holandia skierowały swój ekspansywny kapitalizm na podboje zamorskie, Austria, Rosja, Prusy a także na terenach nas nie dotyczących, bo w Skandynawii – Dania, podbiły Europę, a Rosja również dużą część Azji.

Po raz pierwszy w historii staliśmy się rzeczywiście ofiarą pruskiej zachłanności. Nawet to nie był jednak wyraz złowrogiej niechęci Niemca do Polaka, nawet to był proces. Ale trudno oczekiwać, żeby nam jako Polakom to w czymś specjalnie pomagało. Nawet gdybyśmy potrafili spojrzeć na rozbiory i obie wojny światowe jak na nieuniknione procesy gospodarczo-polityczne. Nie potrafiliśmy i nie można nas o to winić. Od roku 1772 Prusy były naszym wrogiem. Bez przerwy. Zawsze. Odwiecznie. Od roku 1772 do roku … którego. 1971? 1980? 1989? 1991? 2005? Wszystko jedno. Któraś z tych dat zakończyła odwieczną wieczność.

Konkluzja
Rozumiem, że nie można wymagać, by pani Anda Rottenberg znała najnowszą wykładnię historii Europy. Ale no cóż… Miała radę konsultacyjną, miała doradców i pracowników. Gdyby zechciała ich słuchać (słyszeć i słuchać!) to może potrafiłaby ułożyć tę wystawę inaczej. Może potrafiłaby się oderwać od wizji Historii, jaką wpojono mądrej dziewczynce w piątej klasie szkoły podstawowej. A może tym bardziej potrafiłaby powiedzieć, nie, to nie jest MÓJ temat, nie będę się zajmowała ani tysiącem lat historii i sztuki, ani tysiącem lat historii w sztuce, bo żadnemu z nich nie sprostam. Moim tematem jest Los Żydowski we współczesnej sztuce polskiej i tym się będę odtąd zajmowała.

Über den Film “Hannah Arendt” von Margarethe von Trotta. Ein guter Film, obwohl es fürchterlich irritiert, dass Hannah Arendt alle 30 Sekunden eine neue Zigarette anzündet. So war es damals, in den 50. und 60., klar, aber diese ewige Zigarette mutiert zum Hauptmerkmal von Hannah, gewinnt Oberhand über ihr Denken und Tun.
Ich muss gestehen, dass ich überhaupt nicht wusste, worüber Arendt geschrieben hat. Banalität des Bösen, ja, das wissen wir doch alle, aber im Film kommt für mich etwas Neues zutage – die Beschuldigung Hannahs Arendt, die jüdischen Räte haben den Holocaust mitgemacht und sind mitschuldig.
Wieso habe ich es nie gehört? http://www.hannaharendt-derfilm.de/

Zettelwirtschaft…

Dorota Cygan

Zettelwirtschaft, Arno Schmidt i moja prababka. Czyli Ty także.

Trzeba przyznać, że tak daleko jak Arno Schmidt nie zaszła. Dokładnie rzecz biorąc, nawet jej do tego trochę brakowało – oprócz skłonności do autokreacji i pomysłu na Selbstvermarktung pewnie paru innych rzeczy, np. talentu.  Zajść mogla zaledwie do kiosku z gazetami w małej mieścinie i do biblioteki miejskiej, gdzie czytała po kolei wszystko z braku lepszego zajęcia (bo klientów przychodziło pewnie kilku na tydzień). Pozostało więc po mojej prababce – oprócz zapisu głosu na przypadkowej taśmie magnetofonowej – trochę zettelków i wycinków z gazet.

Za to miała szczęście. Bo Arno Schmidt na trwale podniósł tę manię zapisywania, wycinania i segregowania, tę nieszkodliwą nerwicę wprawiającą potomnych w niemałe zakłopotanie, do rangi surówki literackiej, z której może powstać tekst dający pole do popisu germanistom, oczywiście pod warunkiem, że surówkę tę weźmie  w ręce pisarz. Kto kiedyś widział malunki na sklepieniu w kościele w Bargfeld oraz tropił inne ślady życiorysu Arno Schmidta w jego dziele, musiał poczuć, jak wielka jest potęga wyobraźni, oraz że nie tak wielki w gruncie rzeczy jest dystans między  otoczeniem życiowym Arno Schmidta i  naszych prababek. Nie rozstrzygając arbitralnie kwestii, czy w małej polskiej mieścinie mógłby teoretycznie powstać jakiś równoległy Zettels Traum II, i ile by ważył, zauważmy bezsporną paralelę, że moja prababka i Arno Schmidt byli niemal równolatkami urodzonymi około 1910 r. Zostawiając również nierozstrzygniętą kwestię różnic interkulturowych, czy dzieło o takim charakterze i takiej objętości mogło powstać tylko w kraju takim jak Niemcy, zdecydowanie mniej doceniającym biesiadę, żywy kontakt między ludźmi  i – powiedzmy łagodnie – poetykę pogłoski i plotki (cenione u nas), a za to dowartościowującym pracę archiwisty, pastora i uczonego, popatrzmy na to, co zostaje po nas. I w jakiej formie. Czyli na kwestię spuścizny.

Niemiecki rozróżnia tutaj terminy Nachlass i Vorlass – czyli to, co po nas zostaje po oraz jeszcze przed zejściem śmiertelnym. I ta akurat kwestia jakoś tam powoli może nam być bliska. Wzruszenie, jakie nas ogarnia na widok fragmentu wiersza zanotowanego na rachunku z restauracji (którego to pisarza?), jest może bardziej podniosłe niż pozdrowienia wysmarowane starą ręką babki na pocztówce miesiąc przed śmiercią. To jednak, że takie rzeczy zostały po ludziach starego rocznika, a nie po nas, świadczy o ostatecznym końcu epoki mieszczańskich i inteligenckich starań o uratowanie od zapomnienia. Czy jakieś nasze wnuki będą miały po nas w szufladzie stare maile z okazji swoich 10 urodzin?

Gdy pomysleć, że w Archiwum Literatury w Marbach jest 11 tysięcy spuścizn po pisarzach, ileś tam kompletnych bibliotek, w których zachowano nawet rozkład książek na półkach, ustawiając je w archiwum w identycznej konstelacji jak w domu, tak aby nie wpuszczać badaczy w ślepą uliczkę i nie zmieniać niechcący rozwoju myśli naukowej, to nie można nie zadać sobie jednego banalnego pytania: A co może zostać po nas dzisiaj, w epoce komputerowej? Dodajmy też: w epoce tanich przedmiotów, które nie tylko nie przeżyją nas, ale nawet  i następnej mody lansowanej przez IKEA.

Już Nachlässe, które napływają po pisarzach nam współczesnych, sprowadzają się do mniej lub bardziej czystych rękopisów, najwyżej w kilku wersjach, częstokroć w formie wydruku. Wzruszajace skądinąd ślady potknięć, skreśleń, kompromitujących notatek z Wikipedii, bazgrołów na brzegu kartki powstałych w fazie koncentrowania się,  ba nawet błędów ortograficznych już nie uświadczysz ani na lekarstwo, nie mówiąc o wspaniałych rymach częstochowskich składanych naprędce z okazji imienin cioci.  Cała przyjemność kontaktu z materiałem, haptyczna radość, a nawet krytyczne rejestrowanie pomyłek, wygnieceń, plam, wymazań gumką ustępuje sterylnej doskonałości produktu finalnego. A pytanie standardowo zadawane na wieczorach autorskich, „czy pisze pan/pani swoje teksty odręcznie czy na komputerze?” już w zasadzie nie pada nigdy, bo wiadomo, że pisarz nie czerpie wody ze studni i nie jeździ na osiołku, więc i ma komputer, nawet jeśli pisze na nim dwoma palcami.

Nie będę może oczekiwać od nikogo, żeby z pietyzmem traktował moją karteczkę na zakupy w Aldim. Raczej nikt za nią nie zapłaci tyle, ile kosztowały kilkulinijkowe paski zawierające rozprawy historyczne Schillera, sprzedawane pojedynczo przez sprytną wdowę. Chyba że stanę się sławna jako najbardziej niepisząca osoba na świecie. Ale żeby tak nic nie zostało? Tak zupełnie nic? Zero – przecinek – zero? Może by zaproponować światu wynalazców rozwiązanie poroblemu, co zrobić, żeby Nachlass naszej generacji (a i Vorlass także)  otrzymał jakąś godną formę, która będzie odpowiadać duchowi naszych czasów i nie będzie iść na siłę pod prąd wygodnej digitalizacji? A jednak miałby jakąś formę materialną? Bo inaczej dojdzie do pięknego paradoksu, że młodzi ludzie będą mieli pamiątki po prababkach (np. szafki, stoliki itp.), ale kompletnie nic im nie zostanie po rodzicach. (He, he, w sumie to by było najradykalniejsze rozwiązanie konfliktu pokoleń – bezkrwawe wymazanie pośredniego pokolenia;)

Wiec co, godzimy się, że nic po nas  nie zostanie? To może chociaż jakieś karteczki?

Wygląda na to, że nie będzie lekko. Że pozostaje nam tylko spuścizna twórcza, czy tego chcemy czy nie. Tylko myśl upięta w słowo nas uratuje, wszystko inne zniknie. A o to, co się stanie z tą myślą, niech już głowa boli Ewę, w końcu to ona wymyśliła ten blog. I bierze tę surówkę paraliteracką w swoje ręce. Czy zarchiwizuje to potem u siebie w szufladzie, czy każe wyryć nasze teksty na płytce miedzianej, wyprodukuje wklęsłodruki i je następnie ozłoci, to już jej biznes. Ale nasza sprawa to dostarczenie jej tekstów. Inaczej – powiedzmy brutalnie za Herbertem – „to co po nas zostanie / będzie jak płacz kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”.  Do roboty koledzy i koleżanki blogowcy. Bo inaczej po cichu osobiście zarchiwizuje Wasze zettelki z Aldi i podaruje kiedyś Waszym wnukom.

Interessierte lesen bitte: Robert Gernhardt: Wörtersee, 1981
http://de.wikipedia.org/wiki/Robert_Gernhardt

Kotka Schrödingera

Ewa Maria Slaska

Kot czy kotka?

Kotka Schrödingera przeciągnęła się, rozejrzała bacznie po pudełku i walnęła po mordzie psa Pawłowa. Zdanie to brzmiało mniej więcej tak i mam wrażenie, że przeczytałam je w książce Wilsona i Schea „Illuminatus”*, a książkę tę czytałam po niemiecku, stąd utrwaliło mi się w pamięci, że chodzi o kotkę. Niemiecki ma bowiem to do siebie, że gramatyczna płeć kota, die Katze to kocica i dopiero jeśli się powie der Kater, można się dowiedzieć, że chodzi o kocura. Podobnie zresztą jak po angielsku, gdzie niemal wszystkie rzeczy i zwierzęta są rodzaju nijakiego, a kot i statek mają płeć i to żeńską. Czyli odwrotnie niż po polsku, bo gramatyczne kocisko polskie jest męskie i trzeba użyć słowa „kotka”, żeby podkreślić, iż chodzi o stworzenie żeńskie. Wszystko to zresztą są tylko tak zwane uwagi na marginesie, a zatem poemat dygresyjny jak, nie przymierzając, Beniowski, bo naprawdę to w zdaniu o kotce Schrödingera i psie Pawłowa spodobało mi się przede wszystkim zestawienie obu tych zwierząt i ich cech charakterystycznych, co nie ma nic wspólnego z treścią eksperymentów myślowych Schrödingera ani zachowaniami badanych przez Pawłowa psów. Bo nieważne, że Schrödinger tylko sobie pomyślał tego swojego kota, zamkniętego w pudełku i czekającego na nieuchronny wyrok śmierci, a Pawłow rzeczywiście trzymał psy w klatkach i najpierw dawał im jedzenie i zapalał światło, a potem tylko zapalał światło, a psy już się śliniły na myśl o jedzeniu, ale wciąż były głodne. Chodzi o to, że, jak sądzę, ani Schrödinger ani Pawłow nie zastanawiali się specjalnie nad charakterem tych swoich zwierząt. Ot zwierzęta. Dość zapewne przypadkowo wybrane. Choć jest do tego anegdotka, przytaczana przez Marka Abramowicza w artykule o innym kocie, a mianowicie o kocie Hawkinga.** Kot Hawkinga, podobnie zresztą jak kot Schrödingera, jest zwierzęciem wirtualnym, ale przydarza mu się rzecz jeszcze bardziej paradoksalna niż kotce Schrödingera. Kotka Schrödingera, zamknięta w pudełku na godzinę, może być mianowicie albo martwa albo żywa. Natomiast kot Hawkinga żyje, choć nie żyje. Ale o tym za chwilę, na razie wróćmy jeszcze do kotki. Otóż, dopóki nie otworzymy pudełka, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy przemyślnie wymyślona pułapka myślowa Schrödingera spowodowała, iż w czasie tej godziny rozpadł się atom promieniotwórczy umieszczony wraz z kotką w pudełku czy nie. Jeśli się rozpadł, to energia rozpadu rozbiła ampułkę z trującym gazem i kotka Schrödingera zdechła. Jeśli natomiast się nie rozpadł, to gdy po godzinie otworzymy pudełko, kotka będzie żywa. Abramowicz podaje to w sposób wyszukanie naukowy: „Zanim nie otworzymy pudełka, rozwiązanie równania Schrödingera jest superpozycją dwóch możliwych stanów własnych:
|atom się nie rozpadł, kot jest żywy >
+
|atom się rozpadł, kot jest martwy >.
Nie ma sposobu odseparowania tych stanów, gdy pudełko jest zamknięte. Więc jeśli się zgodzimy, że równanie Schrödingera opisuje wszystkie istotne elementy rzeczywistości w zaistniałej sytuacji, to musimy się zgodzić również z tym, że kot w pudełku żyje, a jednocześnie jest martwy!“ Ot co. Taka sobie męska zabawa. I tak o tym pisze Abramowicz w tej części artykułu, którą poświęcił naszkicowaniu historii mechaniki kwantowej: „Bohr, de Broglie, Dirac, Heisenberg i Pauli, gdy dokonywali swych najważniejszych dla fizyki kwantowej odkryć, byli ludźmi zdecydowanie młodymi, powiedzmy sobie – chłopcami – w wieku dwudziestu kilku lat. Mechanika kwantowa była ich wspaniałą zabawą, a o chłopcach wiadomo, że uwielbiają bawić się i eksperymentować z kotami. Schrödinger, który jako jedyny przekroczył wtedy trzydzieści lat, wyobraził sobie kota zamkniętego w pudełku.” Dalej już wiemy. W pudełku jest atom, gaz i kot. Kot albo żyje albo nie. Na dwoje babka wróżyła, patrząc w szklaną kulę, kiedy obok siedział nastroszony czarny kot i ze złością tłukł ogonem po stole. Złościło go, a właściwie to nie jego tylko mnie, że zabawa Schrödingera, właśnie dlatego, że była eksperymentem intelektualnym, nie podlegała żadnym ograniczeniom fizycznym, mogła więc trwać nie godzinę tylko nie wiadomo jak długo, a jak wsadzimy kota na nie wiadomo jak długo do pudełka, w którym jest ten jakiś teoretyczny atom i jakaś teoretyczna ampułka z trucizną, to kiedyś ten cholerny atom się przecież rozpadnie, rozbije ampułkę, a ta wydzieli z siebie dokładnie tyle gazu, ile potrzeba, żeby uśmiercić kota, ale nie więcej, bo i o ten szczegół zadbał autor eksperymentu, po to, żeby – mimo iż jest to tylko teoria – jakieś resztki nie zatruły teoretycznego obserwatora, który wreszcie otworzy to śmiercionośne pudełko i stwierdzi, że kot jest martwy.
Kiedyś więc kot Schrödingera tak czy owak zostanie zabity. Czysto teoretycznie, czyli nie ma się tak naprawdę o co złościć, a mimo to cała ta historia mnie złości, bo okazuje się, że nawet jak dorośli i bardzo inteligentni chłopcy bawią się w fizykę teoretyczną, to wymyślają sobie jakiś taki cholerny przykład, w którym chodzi o uśmiercenie kota. Teoretycznie można przecież było wymyślić coś innego, chociażby takie samo pudełko, z czystego, przejrzystego szkła, które zachlapie się od środka farbą, jeśli atom się rozpadnie i rozbije umieszczoną w nim ampułkę z czarnym barwnikiem. Teoretyczny wynik teoretycznego eksperymentu byłby identyczny:
|atom się nie rozpadł, pudełko jest czyste >
+
|atom się rozpadł, pudełko jest pochlapane czarną farbą >.
I nawet nie trzeba otwierać tego wstrętnego pudełka, żeby zobaczyć z jakim z dwóch możliwych stanów, jakich istnienie dopuszcza fizyka kwantowa, mamy aktualnie do czynienia. A jest to taka część nauki, która pretenduje do miana starożytnej filozofii czyli „opisania wszystkiego” i podobno, tak twierdzi Abramowicz, opisuje też wszystko oprócz grawitacji. Grawitacja jest wciąż jeszcze poza pudełkiem i stawia opór. Tak jak ja stawiam opór przed próbą uzyskania stanu idealnego czyli opisania wszystkiego za pomocą historyjki o uśmiercaniu kota. Podobnie reaguje zresztą Stephen Hawking, ten od „Krótkiej historii czasu“, choć jak sądzę, z innych powodów. Hawking miał ponoć powiedzieć: “Gdy słyszę o kocie Schrödingera, odbezpieczam rewolwer”.
Abramowicz idzie zresztą jeszcze dalej, choć wciąż tropem kota i jego teoretycznej śmierci. Opisuje mianowicie czarne dziury i pewien kolejny eksperyment teoretyczny, przeprowadzany przez jakiegoś teoretycznego Hawkinga, ponoć nie tego od „Historii czasu” i badania zjawiska promieniowania czarnych dziur, które to zjawisko nazywa się w fizyce promieniowaniem Hawkinga. „Wyobraźmy sobie“, pisze Abramowicz „dra Hawkinga  (jest to osoba fikcyjna, nie mająca nic wspólnego z kimkolwiek), który patrzy, jak jego kot skacze do czarnej dziury. Koty są niezwykle dociekliwe i często robią rzeczy tego typu. Z punktu widzenia dra Hawkinga kot jest stale widoczny na zewnątrz czarnej dziury. (…) A więc według dra Hawkinga kot żyje, według zaś samego kota – nie. Wypada zatem spytać, jak jest naprawdę: kot żyje, czy też nie?“

Otóż to, tak to się właśnie toczy, jeden teoretyk zabawił się myślowo z kotem i teraz wszyscy teoretycy uważają za stosowne teoretycznie uśmiercać teoretyczne koty. Kotka Schrödingera kiedyś zostanie zabita, kot Hawkinga żyje, choć tak naprawdę nie żyje, a psy Pawłowa wciąż są głodne. Dlaczego więc tak spodobało mi się zdanie Wilsona i Schea, o tym, że kotka Schrödingera trzepnęła po pysku psa Pawłowa? Bo zanim jeszcze oddałam się rozważaniom o okrutnych zabawach małych i dużych chłopców z muchami, żabami i kotami, zdanie to skojarzyło mi się przede wszystkim z godnością kota, któremu podsuwa się jedzenie. Kot, a mówię to z wieloletniej obserwacji, nawet jak jest głodny i nawet jak się dopomina o małe conieco (po prostu łyk słodkiej śmietanki, jakaś krewetka czy odrobina posiekanej surowej polędwicy), nigdy nie rzuca się łapczywie do miseczki, podczas gdy pies… no cóż, pies jak widzi żarcie, to musi je natychmiast zjeść. Dlatego wyobraziłam sobie, że kotka Schrödingera karci psa Pawłowa za zachłanną łapczywość. I to mnie w tym zdaniu rozbawiło. Najkrótsza charakterystyka zachowań kota i psa w stosunku do spraw egzystencjalnych czyli pożywienia. Mój syn twierdzi z kolei, że przeczytał gdzieś zdanie, iż psy nie rozumieją ludzi, ale ich ubóstwiają, natomiast koty rozumieją nas aż za dobrze i dlatego nami gardzą.

Jakoś się tak rozfilozofowałam, na zakończenie więc jeszcze zwykła, zgoła niefilozoficzna historyjka o czarnym kocie, chociaż może trochę magiczną. Czarny kot przynosi ponoć pecha, zwłaszcza jak przejdzie człowiekowi tuż przed nosem w poprzek drogi. I oto pewnej dość zimnej sobotniej nocy wracałam sobie w Berlinie do mego wspaniałego berlińskiego mieszkania we wspaniałej berlińskiej kamienicy. A stare, secesyjne kamienice berlińskie mają to do siebie, że wciąż jeszcze wiele z nich zamyka się na noc na klucz. Czasem nawet na taki wielki, bardzo skompliko­wany klucz z dwoma piórami, który trzeba umiejętnie przesuwać w zamku, żeby otworzyć drzwi, wejść, przeciągnąć klucz na drugą stronę, zamknąć drzwi i dopiero go wyjąć (proszę mnie nie pytać, jak to działa, bo po 20 latach mieszkania w Berlinie nie wiem, jak to się dzieje, że udaje mi się tym paskudztwem otworzyć i zamknąć bramę). W każdym razie była trzecia nad ranem, było zimno, a goście, którzy u mnie mieszkali zabrali ze sobą jedyny klucz do bramy. Umówiliśmy się, że zadzwonię, jedno z nich się obudzi, ubierze i wyjdzie, żeby mnie wpuścić. Bardzo piękna teoria. Właśnie rozmyślałam o tym, jak sprawdzi się w praktyce, gdy przed nosem przeszedł mi piękny czarny kot. Nie podoba mi się twierdzenie, że kot przynosi pecha. To jakieś męskie porachunki z czarownicami i moim zdaniem to ewentualnie facetom czarny kot przynosił pecha, a kobietom nie powinien. Nie powinien i już. „No”, powiedziałam w myślach do kota, „pokaż, że z tym pechem to nieprawda, załatw, żebym się dostała do domu, bo zimno.” Doszłam do domu, zadzwoniłam do moich gości, odczekałam ze trzydzieści dzwonków. Rycerzy spod Giewontu by obudziło, a ich nie. Zaczęłam się zastanawiać, co teraz, iść do knajpy i przeczekać, iść do hotelu, pojechać do przyjaciółki, iść do pracy… ale zanim domyśliłam te myśli do końca, brama się otworzyła i radośnie nastrojony sąsiad, wychodzący do pracy na jakąś niesamowitą poranną zmianę (w niedzielę!), powitał mnie uprzejmym „dzień dobry pani”.

Lubię czarne koty.


* Robert Shea, Robert Anton Wilson, The Illuminatus! Trilogy : The Eye in the Pyramid, The Golden Apple, Leviathan

** Delta 06/1998 Marek A. ABRAMOWICZ, Marcus J. PERCIVAL, KOT HAWKINGA: ŻYWY CZY MARTWY? Skrócona wersja tego artykułu ukazała się w szwedzkim miesięczniku “Forskning och framsteg” w numerze 12/1997.

Am Mittwoch, 02.04.2008 las man in der Presse: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Also: Sie haben Minotaurus geschafft!

Was nicht im Lebenslauf steht

Dorota Cygan stellte uns wieder einen ihrer Texte zur Verfügung, der zwar auch, wie die anderen, schon im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB), diesmal 2002, veröffentlicht wurde, den man aber auch im Netz nirgendwo findet.

Dorota Cygan

Was nicht im Lebenslauf steht
Eine Glosse zum Fragebogen-Unwesen im Dritten Reich

In vielem war das Dritte Reich kaum zu überbieten, doch die Maßnahmen zur Disziplinierung und Gewissensprüfung des Subjekts bildeten hinsichtlich ihrer Zahl  sicherlich den absoluten Gipfel. Von den „harten“ Maßnahmen ganz abgesehen, waren die „weichen” Mittel, Einzelne für das Regime zu gewinnen, recht vielfältig und raffiniert. Unter vielen sei hier eine genannt, die die gesamte Nation umfasste: der Fragebogen. In Tausenden von Varianten entworfen, umspannte er wie ein engmaschiges Netz auf vielfache Weise die ganze Nation, weil die erwünschten Informationen von unterschiedlichen (miteinander aber eng verflochtenen) Stellen erhoben wurden. Doch was für widerspenstige Geister zur Qual oder sogar Falle werden konnte, hat bei manchen linientreuen Schriftstellern einen gewissen Selbstbestätigungseffekt erzeugt: Der eigene literarische Erfolg, vielfach in den Fragebogen (etwa der Reichsschrifttumskammer)* zu Protokoll gegeben, hat manchen bestätigt, wenn nicht sogar beflügelt. Und er hat manch einen dazu angeregt, den eigenen Werdegang und Schaffensweg nicht in langweiligen Lebensdaten und Auflagenzahlen auszudrücken, sondern zumindest in Form einer literarisierten Autobiografie dem Volke zu schenken. So haben in vielen Fällen die nach dem damaligen Verständnis „politisch korrekten” Schriftsteller ihren Leistungen einen vergoldeten Rahmen gegeben und ganze Ketten hochtrabender Sinnsprüche mit den schillernden Diamanten ihrer schriftstellerischen Erfolge besetzt. In diesen unzähligen Lebensgeschichten und Lebensbildern fanden sich Angaben über Auszeichnungen, Ehrungen, Abzeichen, Preise, Filmprojekte und Rundfunksendungen, vor allem aber Lebensweisheiten, die zu einer Devise für die Leser werden konnten. Diese erfüllten vorzüglich ihre Vorbildfunktion und dienten unterschwellig der Selbstbeweihräucherung – freilich mit der fatalen Folge für das Bewusstsein, dass der auf den Sockel gestellte Schriftsteller tatsächlich begann, sich selbst für ein Monument zu halten. Es ist aus heutiger sicht nicht sehr schade darum, dass etwa in den biografischen Zeugnissen des führenden Schriftstellers und Dramaturgen des Dritten Reiches Gerhard Schumann beispielsweise irgendeine gewöhnliche Lohnabrechnung nicht erwähnt oder eine 1941 erlittene Verwundung nicht präzisiert wird als Granatsplitter im Gesäß. Schade nur für den Betroffenen, dass in all den selbst verfassten und selbstbezogenen Lobhudeleien sein Sinn für das Normale verloren ging. So zeigt es sich manchmal, dass ihm sein Ruhm schwer zu schaffen machte: “Dichtertöchter” habe er laut seinen eigenen Worten gezeugt und nicht gewöhnliche Töchter.
schumann-dokumenty

Auf das Überzeitliche und Ewige bedacht, versetzte Schumann in seinem Schaffen das politische Drama mit sittlichem Pathos und war bemüht, dem Ganzen eine gleichnishafte Deutung und klare Botschaft zu verleihen. Dieser Kunstgriff wäre ihm wohl so wie vielen seinen regimetreuen Zeitgenossen auch in Bezug auf die eigene Biografie beinahe geglückt, und wir hätten heute nichts als makellose, glatte Konstrukte aus beschönigten Fakten und Wunschbildern, wenn nicht (Ironie der Geschichte?) ausgerechnet die um den Ruhm ihrer Dichter bemühten nationalsozialistischen Kulturbeamten selbst alle Dokumente und ihren ganzen Schriftverkehr aufs penibelste archiviert hätten. Und wenn dieses Material, von allen Kriegswirren verschont, nicht in den Beständen des Bundesarchivs gelandet wäre, sehr zum Leidwesen der einstigen Größen. Über den hoch gefeierten Schriftsteiler Gerhard Schumann, Gauleiter der NSDAP Württemberg, Chefdramaturg des Württembergischen Staatstheaters und schließlich SS-Untersturmführer, haben sich dank der Pedanterie der Beamten u.a. Fragmente eines interessanten Schriftwechsels erhalten, der an dieser Stelle herangezogen sei. Im Februar 1939 wandte sich nämlich Schumann, nachdem er, wohl ein wenig verdutzt, seinen Namen unter einem unbekannten Gedicht abgedruckt vorfand, an den Hauptschriftleiter der Zeitschrift ,,Der Sturm” mit der Bitte um Aufklärung, wer der Autor des Gedichts sein möge, denn es handle sich sichtbar um ein Plagiat: Diese Verse stammten mit Sicherheit nicht von ihm, Schumann. Den Ernst der Lage   eingeschätzt, wandte sich daraufhin die Schriftleitung dieser Zeitschrift ihrerseits gleichzeitig an den Autor und an die Reichsschrifttumskammer. Diese, da sie Chaos und Willkür nicht duldete, forderte umgehend den ominösen Autor des Gedichts mit größtem Nachdruck auf, unverzüglich der Reichsschrifttumskammer beizutreten und überdies zu dem Vorfall Stellung zu nehmen. Dessen Antwort kam prompt und versetzte alle Beteiligten in Staunen. Der Aufgeforderte schrieb nämlich folgendes:

„An die Reichsschrifttumskammer!

Ich erhielt lhr Schreiben vom 25. Februar 1939 und möchte Ihnen mitteilen, dass ich erst 16 Jahre alt bin. Als eifriger Leser des ,,Sturms” kam ich auf den Gedanken, das Gedicht „Regeln für Theaterbesucher” an die Redaktion desselben zu senden. Ich fand das Gedicht in einem alten Notizbuch meines Vaters, wo er auch selbst seine selbstverfassten Gedichte hinein schrieb, und war fest überzeugt, dass er das selber verfasste. Hatte ja auch keine Ahnung, dass es mir vom ,,Sturm” honoriert würde und habe das Honorar umgehend zurückgesandt. – Da ich wirklich nicht wusste, dass das Einsenden von Schriftsachen zum Eintritt in die Schrifttumskammer verpflichtet, bitte ich Sie herzlich, es mir nicht anrechnen zu wollen. Ich bin noch Schüler und so vollständig meinen Eltern abhängig. Es wäre mir daher schrecklich, wenn sie durch mich in Unannehmlichkeiten gerieten. – lch werde bestimmt nie wieder nicht von mir verfasste Artikel einsenden und bitte nochmals um gütiges Nachsehen. Heil Hitler! Gerhard Schumann”.

Im Post Scriptum desselben Briefes deutete aber der junge Schumann vorsichtig die nächste Publikationsabsicht an:

lch habe einen Artikel über die moderne Magie verfasst, den ich gern drucken lassen möchte. Da ich mich schon jahrelang damit befasse, ist er bestimmt fachmännisch. Bitte teilen Sie mir mit, ob dies zum Eintritt in die Reichsschrifttumskammer verpflichtet oder wie hoch die Befreiungsgebühr sein müsste. Muss man in der Reichsschrifttumskammer Beitrag zahlen und wie hoch ist dieser?

schumannDie Plagiatangelegenheit hätte sich leicht aufklären lassen, aber die „moderne Magie” wurde für die Reichsschrifttumskammer schon ein wenig zu heikel, schließlich stand der gute Ruf des führenden NS-Schriftstellers Gerhard Schumann auf dem Spiel. Kein geringerer als der Landesleiter der Reichsschrifttumskammer höchstpersönlich sollte folglich für die Belehrung des Jungen zuständig sein, und in der Begründung hieß es: „Es wäre ein unerträglicher Gedanke, etwa den Staatspreisträger Gerhard Schumann mit einem Artikel über die moderne Magie belastet zu sehen. Gez. Dr. Buhl“. Andere Stellen fanden den Vorfall ebenfalls bedauerlich, es hätte ja zur Verwechslung kommen können, und sie griffen zu dem weitaus bewährtesten Mittel: Sie ließen den etwas problematischen jungen Autor – was denn sonst – den Fragebogen der Reichsschrifttumskammer ausfüllen. Von nun an solle er nicht nur datentechnisch erfasst werden, sondern zur leichteren Unterscheidung auch den Zusatznamen ,,Riesa” tragen.

Die Angelegenheit hat also dank dem Einsatz mehrerer Ermittler und Abteilungen der gefürchteten Institution innerhalb eines Monats geklärt werden können, ohne dass einer der Sachbearbeiter  darüber einfach lieber beiläufig die Achseln gezuckt hätte oder die Akten in der Ablage hätte verschwinden lassen.

Was also in keiner der zahlreichen autobiografischen Aufzeichnungen Schumanns je gestanden hatte, ist nun heute zum allgemein zugänglichen Bestand des Bundesarchivs geworden und stellt den umworbenen und gefeierten Autor mit seinen kleinlichen Ängsten um Imageschädigung bloß: Der Nationaldichter Schumann bangt um seinen Ruf und mobilisiert einen ganzen Stab von Beamten, um nicht der Autorschaft eines Aufsatzes über die Magie bezichtigt zu werden. Dabei erscheint er so authentisch, wie ihn die Hochstilisierung zur Dichtergröße durch die Nationalsozialisten niemals zu zeigen vermochte.

Diese unscheinbare Anekdote vermag aber mehr auszusagen als nur den akkuraten Lebenslauf eines vorbildlichen Nationalsozialisten zu korrigieren. Sie sagt nämlich etwas über die Tätigkeit einer Institution aus, die als wichtiges Instrument der nationalsozialistischen Lenkung im Kulturbereich von den Akteuren des Kulturlebens gemeinhin gefürchtet wurde. Sie zeigt vielleicht, dass unter vielen weltanschaulich motivierten und für die einzelnen Betroffenen oft folgenschweren Entscheidungen der Reichsschrifttumskammer – etwa bei Publikationsgenehmigungen oder Berufsverboten – nicht nur unendlich viel verwaltungsnotwendiger Kleinkram stecke, sondern auch – im Kontrast zu dem institutionellen Ernst – manch ein Jux sich verbarg, wie etwa die Geschichte über einen 16-jährigen Plagiator. Bei der Durchsicht derartiger Dokumente fokussieren wir heute, nach über 60 Jahren, unseren Blick auf eher unscheinbare Momente und Angelegenheiten und können über manch einen Fund rätseln oder uns mit schmunzeln an ihm erfreuen. Die nicht hoch genug einzuschätzenden Fragebögen des Dritten Reiches sind ein gutes Gegengift gegen den hochdosierten Ernst der gelackten Schriftstellerbiografien aus dem Dritten Reich. Solche und ähnliche Schriftzeugnisse der Verwaltungspoesie sind eine Quelle für Erforscher der Alltagsgeschichte, die der üblichen groß angelegten Ideengeschichte misstrauen und verschmitzt hinter die offizielle Fassade bzw. in den Keller gucken wollen. Was ist denn authentischer als Menschen mit ihren Rivalitäten, Eifersüchteleien, Scharmützelkriegen um Anerkennung, Einflussbereiche und finanzielle Vorteile?  Umso mehr, als sie in der am stärksten dämonisierten und ideologisierten Epoche der deutschen Geschichte, im Dritten Reich, gelebt hatten. Wir gewinnen – freilich in einem ganz schmalen Spektrum – Einblicke in die Welt der mitwissenden Zeitgenossen und rekonstruieren aus den Fragmenten das Ganze. Auf diese Weise geben wir unserer indiskreten Schnüffelarbeit eine plausible Rechtfertigung… und profilieren uns als Forscher.

Ist das nicht schön?


* Reichsschrifttumskammer (kurz RSK) war ein obligatorischer Berufsverband fur diejenigen Schreibenden, die vom schreiben lebten bzw. viel publizierten. Alle anderen waren vor jeder beabsichtigten Publikation gezwungen, eine Befreiung von der Mitgliedschaft zu beantragen – diese wrde in der Regel auch erteilt. Die RSK verpflitete alle ihre Mitglieder, jedes Jahr einen Fragebogen über schrifistellerische Tätigkeit, Einnahmen. Zugehörigkeit zu den Berufsorganisationen und Parteizugehörigkeit auszufüllen.


Die Autorin ist sich natürlich sicher, dass jeder Sterbliche weiß, wer Gerhard Schumann war. Für diejenige, die es jedoch vielleicht nicht so ganz genau wissen, hier ein Link.

Zu sehen ist “…nur noch Niedertracht und Undank rings”, schrieb Gerhard Schumann über die Zeit seit dem Ende des Dritten Reiches.
Mehr

Gumka do majtek

Mirosław Chojecki nie nadesłał tekstu na konkurs o pomocy dla Polski i Polaków po wprowadzeniu stanu wojennego, bo był, wraz z niemiecką pisarką Tanją Dückers, jurorem tegoż konkursu. Dostarczył natomiast tekst na temat. Wczoraj, udzielając mi mailowej zgody na jego publikację, napisał, że był on już wprawdzie tu i ówdzie prezentowany, ale nie był jeszcze publikowany. 

Dziwne. Ale dla mnie lepiej.

Mirosław Chojecki
Jak przy pomocy gumki od majtek obaliliśmy komunizm

Polska ma ogromnie długie tradycje walki o wolne słowo. Zaczęło się wszystko w czasie rozbiorów. Najwybitniejsi polscy poeci wydawali poza Polską. Józef Piłsudski, późniejszy naczelnik państwa 100 lat temu redagował i wydawał w podziemiu periodyk „Robotnik”.
W czasie okupacji hitlerowskiej wychodziły w podziemiu w 1944 roku aż 603 tytuły podziemnej prasy – mimo iż groziła za to kara śmierci. Niezależny ruch wydawniczy w okresie komunizmu został całkowicie zlikwidowany. Jeszcze w 1947 roku ukazywały się 22 czasopisma i wydano 9 książek, ale już w 1952 roku były tylko 3 czasopisma, a od roku 1954 zniknęły one zupełnie.

Stan ten trwał do roku 68, kiedy pojawiły się pierwsze ulotki związane z protestami młodzieży akademickiej, wykorzystanymi przez komunistyczne władze do antysemickiej nagonki.

Ale prawdziwy ruch wydawniczy narodził się w 1976 roku po utworzeniu Komitetu Obrony Robotników. Powstała wówczas Niezależna Oficyna Wydawnicza, której miałem zaszczyt być współorganizatorem.

Dlaczego powstały niezależne, podziemne wydawnictwa. Ano dlatego, że szalała cenzura. Przykładów ingerencji są tysiące. Dotyczą zarówno zakazów podejmowania pewnych tematów (np. rakotwórczego azbestu w polskich szkołach, eksportu mięsa, wypadków w górnictwie, spożycia alkoholu itd.), zakazów publikacji tekstów konkretnych autorów (listy nazwisk zmieniały się i raczej wydłużały aniżeli skracały), a także szczegółowych zaleceń (np., że o pracach Leszka Kołakowskiego można publikować teksty tylko w publikacjach specjalistycznych, ale wyłącznie krytyczne).

O tym wszystkim wiemy dlatego, że jeden z młodych cenzorów – Tomasz Strzyżewski – wywiózł za granicę notatki jakie zrobił podczas kilkumiesięcznej pracy w krakowskim oddziale cenzury.

W końcu lat 70 wychodziło w podziemiu już kilkanaście czasopism i do powstania Solidarności wydaliśmy w podziemiu ponad 100 tytułów książek. NOWA może poszczycić się tym, że opublikowała tomy kilku laureatów nagrody Nobla zanim oni te nagrody dostali np.: rosyjski poeta Josif Brodski, czeski poeta Jaroslav Seifert, żydowski pisarz w języku jidysz Izaak Bashewis Singer, polscy poeci Wisława Szymborska i Czesław Miłosz, niemiecki pisarz Günter Grass.

Z Grassem, laureatem Nobla w 2000 roku miałem specjalną przygodę. Jego „Blaszany bębenek leżał przez blisko 10 lat w wydawnictwie oficjalnym. Co jakiś czas okazywało się, że powinien on coś zmienić. Np. trzeba wykreślić akapit o tym, że Armia Czerwona całkowicie zniszczyła gdańskie Stare Miasto, że przecież niemożliwe jest aby żołnierz sowiecki zgwałcił kobietę. Grass na wszystko się godził, a czas płynął. I raz po raz okazywało się, że jest jeszcze coś, co trzeba zmienić albo wykreślić. Przez 2 lata negocjowałem przez pośredników z Grassem sprawę publikacji w podziemiu. Ale on stale miał nadzieję na wydanie oficjalne: większy nakład, promocja w wysokonakładowej prasie itp. Jednak gdy Volker Schlöndorff kręcił w Gdańsku film na podstawie „Blaszanego bębenka” Grass przyjechał do Polski. Spotkaliśmy się. Odbyliśmy długi spacer po odbudowanej gdańskiej starówce. Powiedział mi wówczas, że cenzura ma nowe propozycje. W jednej ze scen jest opisany sowiecki żołnierz, który ma wesz na kołnierzu. Cenzura zaproponowała skreślenie owej wszy. Günter – mówię wówczas do niego – przecież nie o tę wesz chodzi. Nie znam w literaturze piękniejszego opisu obrony polskiej poczty w Gdańsku w 1939 roku niż ta w „Blaszanym bębenku”. Jest to książka, która próbuje budować nowe stosunki między Polakami i Niemcami, powieść poszukująca porozumienia między naszymi narodami. I dlatego nie może ukazać się w Polsce. Jedynym wytłumaczeniem dla sowieckiej obecności w Polsce jest niemieckie zagrożenie. To przecież Rosjanie, według propagandy, bronią nas przed niemieckimi rewanżystami. W oficjalnej propagandzie nie ma dobrych Niemców i dlatego Twoja powieść nie może się ukazać w Polsce. I przekonałem go.

Poza Grassem wydaliśmy w podziemiu prace niemieckich autorów: Horsta Bienka, Bertolda Brechta, Jurgena Fuchsa, Karla Jaspersa, Reinera Kunze, Hansa Mayera, Maxa Webera, Austriaka Karla Poppera.

Jak to było możliwe aby w totalitarnym państwie, które starało się kontrolować wszystko i wszystkich funkcjonowało wydawnictwo, które publikowało średnio co 2 tygodnie nową książkę w nakładach początkowo kilkuset a później kilku tysięcy egzemplarzy i drukowało kilka czasopism.

a)    Do miejsca, które miało być drukarnią przywoziliśmy papier w ilości potrzebnej na wydrukowanie danej publikacji. Np. na „Blaszany bębenek” Güntera Grassa o objętości 300 stron w nakładzie 3.000 egzemplarzy potrzeba 450 ryz papieru tzn. blisko 1.200 kg.

b)   Skąd braliśmy ten papier? Wówczas w Polsce było reglamentowane prawie wszystko. Na kartki kupowało się mąkę, cukier, papierosy, wódkę, buty. Ale organizacje wspierające reżim nie miały większym problemów z zaopatrzeniem. Wystarczyło więc sprokurować pieczątkę np. oficjalnego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, podjechać do hurtowni z odpowiednim pismem i kupić kilka ton papieru.

c)    Papier ten „leżakował” przez kilka tygodni.

d)   Przywoziliśmy maszynę drukarską. Skąd mieliśmy maszyny drukarskie? Pomagała nam emigracja. Emigracyjny rząd w Londynie, redaktor Jerzy Giedroyc i paryska „Kultura”, Kongres Polonii Amerykańskiej wykładali pieniądze, a dobrzy ludzie szmuglowali sprzęt do Polski.

e)    Potem przyjeżdżali drukarze z gotowymi matrycami.

f)     Drukarze pracowali na 3 zmiany: dwóch pracowało, jeden odpoczywał (po prostu spał). Drukarze nie opuszczali miejsca pracy do czasu zakończenia druku.

g)   Po zakończeniu wywoziło się maszynę do innego miejsca, gdzie już czekał papier.

h)   Wydrukowane luźne strony wywoziło się o tzw. punktów introligatorskich. Jeden punkt otrzymywał po 500 egz. luźnych karteczek do złożenia. Czyli w tym konkretnym przypadku nakład był już podzielony na 6 części.

i)    Przeciętnym punktem introligatorskim było małe mieszkanie w dużym bloku, gdzie młode małżeństwo po położeniu dzieci do snu ręcznie składało książki z luźnych karteczek.

j)    Złożone książki rozwoziło się do magazynów, z których odbierali je kolporterzy. W jednym magazynie, którym zwykle była piwnica (my mieliśmy do niej jeden klucz, zaś kolporter drugi), zostawiało się z reguły nie więcej niż 100 egzemplarzy. Oznacza to, że cały nakład np. tomiku Brodskiego zanim dotarł do odbiorców był już podzielony na około 30 części.

Oczywiście policja polityczna też nie próżnowała. Starała się nas rozpracować. Mieliśmy kilka wpadek.

W czasie stanu wojennego w Polsce, po delegalizacji Solidarności i internowaniu blisko 10 tysięcy osób ukazywało się co najmniej 2.700 czasopism (tyle posiada Biblioteka Narodowa), w tym niektóre przez wiele lat: w Krakowie „Hutnik” – 8 lat, lubelski „Informator NSZZ S” – 9 lat, szczecińska „Jedność” – 8 lat, „Krytyka” – 13 lat, poznański „Obserwator Wielkopolski” – 9 lat, krakowskie pismo młodzieży akademickiej „Promieniści” – 8 lat, „Solidarność” Białystok 10 lat, „Solidarność” w Gdańsku (229 numerów), „Solidarność Walcząca” – 9 lat (237 numerów), Informator Toruński” – 8 lat (242 numery), „Tygodnik Mazowsze” – 8 lat (290 numerów), krakowska „Mała Polska” – 6 lat (291 numerów), ”Z dnia na dzień” – 10 lat (524 numery).

W podziemiu wydano ponad 6.000 tytułów druków zwartych – tyle ma w swoich zbiorach Biblioteka Narodowa.

A co to tego wszystkiego ma gumka do majtek? Ano ma i to dużo.

To, iż w Polsce drukować mógł praktycznie każdy, że drukarnię można było założyć w każdym mieszkaniu zawdzięczamy właśnie gumce od majtek i Witoldowi Łuczywo. Zbudował on nowy typ powielacza. Wystarczyła rama od obrazu z naciągniętą tkaniną. Na nią należało założyć matrycę-szablon, przeciągnąć wałkiem z farbą i odbitka gotowa. Do druku potrzebne były co najmniej 3 osoby: jedna przeciągająca wałek z farbą, druga podnosząca ramkę i trzecia wyciągająca zadrukowaną kartkę. Kiedyś jedna z osób z niewiadomych powodów nie pojawiła się w drukarni. Geniusz nakazał mu po pierwsze przekonać drugiego drukarza, Basię Felicką, aby… zdjęła majtki. Wyciągnął z nich gumkę. Następnie przyczepił do ramki gumkę od majtek a drugi koniec gumki do żyrandola dyndającego nad stołem. Dzięki temu ramka sama odskakiwała. Jeśli więc do podstawy, na której przymocowana jest ramka z matrycą, przykręcić listwę z gumką, wówczas powstaje „automatyczny” powielacz, który może obsługiwać jedna osoba. Najlepsi drukarze drukowali ok. 1.500 odbitek na godzinę.

Hasła: „powielacz w każdym domu”, „każdy może pisać, drukować i kolportować, co chce” musiały obalić totalitarne państwo, którego jednym z podstawowych celów jest pełna kontrola nas i naszych myśli oraz dążenie, aby tych naszych myśli – jeśli już są nieprawomyślne – nikt nie mógł poznać.

Mirosław Chojecki, Jak...

Polska droga do wolności – obalenie komunizmu (filmik – 5 minut)

Transsyb

Zbigniew Milewicz, którego tekst o stanie wojennym publikowałam tu przed paroma dniami przysłał reportaż z podróży koleją transsyberyjską, nie wiedząc, bo skąd mógłby wiedzieć, że ta najdłuższa trasa kolejowa na świecie zawsze mnie fascynowała, a teraz fascynuje mnie jeszcze bardziej, bo to tu właśnie dzieje się Lód Jacka Dukaja, wspaniała powieść, być może najlepsza, jaką zdarzyło mi się czytać w ostatnich latach…

Trasa jest długa, a zatem i tekst jest długi. Tu więc tylko fragment, a link umieszczony na dole odeśle Czytelnika do całego reportażu.

Zbigniew Milewicz

Droga na kościach

Na dworcu ma działać biuro pośrednictwa w wynajmowaniu prywatnych kwater i jest. Wcześnie rano, żadnych interesantów, stajemy więc przy kontuarze i czekamy, aż urzędniczka skończy czytać i zajmie się nami. Minę ma bardzo zaaferowaną, nie widać – czym, kontuar jest dosyć szeroki, a nie wypada zapuszczać żurawia. Od czasu do czasu łypie na nas spoza okularów i dalej czyta. Czekamy cierpliwie może już pół godziny, aż dworcowy sprzątacz, który już jakąś chwile nas obserwuje, tłumaczy szeptem, że sami powinniśmy powiedzieć jej, o co chodzi, bo tak to możemy stać i do sądnego dnia. Skutkuje, bez większych ceregieli i formalności, raz – dwa kwaterujemy się w blokowisku z wielkiej płyty, oddalonym od dworca o parę kroków. Klatka schodowa potwornie brudna i zdewastowana, windą na siódme piętro, mieszkanie jest wyłącznie do naszej dyspozycji. Niewielka, prosta kawalerka za 800 rubli na dobę. Standard radziecki, ale jest się gdzie wyspać, odświeżyć i coś upitrasić. Losujemy miejsca do spania. Dostaje mi się tapczan, Edmund będzie musiał zadowolić się rozkładanym fotelem, w sumie jest sprawiedliwie, trafił na chudszego.

Bez transsybu nie byłoby Nowosybirska, ale po kolei.

Kiedy w górach Ałtaju na początku XIX wieku położono pierwsze w Rosji tory kolejowe, o długości około 2 kilometrów, po których konne zaprzęgi transportowały urobek srebra z kopalni, w Anglii powstawały już pierwsze prototypy parowozów. Prawie kolejnych trzydziestu lat potrzebowała Rosja, żeby na linii Petersburg – Carskie Sioło – Pawłowsk otwarta została pierwsza pasażerska linia kolejowa, obsługiwana przez parowóz. W 1860 roku długość linii kolejowych na świecie wynosiła już 108 tys. km: w Stanach Zjednoczonych – 49 tys., Wielkiej Brytanii – 17 tys., Niemczech – 11 tys., a w ogromnej Rosji ledwie 1590 km. Światłe głowy w państwie rozumiały, że opóźnienia te hamują jego rozwój, ale w budżecie brakowało środków na postęp techniczny. Z pomocy prywatnego i zagranicznego kapitału cesarz nie chciał skorzystać, monopol na kolej miał być niepodzielnie państwowy.

Dopiero przegrana w Wojnie Krymskiej w latach 1853-1856 uświadomiła władzy konieczność pewnych kompromisów. Mogło nie dojść do poddania Sewastopola wojskom sprzymierzonym z imperium osmańskim, gdyby Moskwa miała połączenie kolejowe z Morzem Czarnym, umożliwiające szybki transport wojskowego wsparcia. W czasie wojny zmarł Mikołaj I Romanow. Następca tronu, Aleksander II był politykiem bardziej elastycznym i przewidującym, ale dopiero za panowania następnego z Romanowów koleje w Rosji otrzymały zielone światło. Aleksander III, znany ze skrajnego, politycznego konserwatyzmu, antysemityzmu, tudzież z wielkiej podejrzliwości wobec otoczenia (za jego panowania powstała słynna, carska Ochrana, protoplastka późniejszej Czeka i kolejnych służb bezpieczeństwa w tym kraju), był jednak dobrym gospodarzem. Poszerzył granice państwa o nowe zdobycze terytorialne i stworzył możliwości dla rozwoju technicznego.

Jedno bez drugiego nie mogło się obejść. Na Wielkim Trakcie Syberyjskim, zwanym potocznie moskiewskim, albo irkuckim (w zależności od tego, kto dokąd zmierzał ) ruch był coraz intensywniejszy. Z centralnej części kraju na Wschód docierały towary przemysłowe i poczta, w odwrotnym kierunku – futra, złoto, srebro i herbata z Chin. Trakt kontynuował tradycje Wielkiego Szlaku Herbacianego, sięgające XVII wieku. Towarami najczęściej wysyłanymi do Chin były futra, skóry oraz arkusze żelaza, a najchętniej sprowadzanymi do Rosji, poza herbatą – jedwab, aksamit, cukier, laka. Autorzy dwutomowej pracy p.t. „Transport kolejowy Wschodniej Syberii od XIX do XX wieku“, opublikowanej na stulecie Transsyberyjskiej Magistrali* podają, że w latach 1887 – 1891 przewóz towarów wzrósł na owym trakcie pięciokrotnie. Z Tomska w stronę Irkucka szło co roku do 70 tysięcy wozów, z ładunkami towarów o łącznym ciężarze 1,6-1,7 miliona pudów. Zajęcie przy tym miało 16 tysięcy woźniców. Transport trwał jednak miesiącami, droga była trudna, niebezpieczna, w porze deszczów i roztopów w ogóle nieprzejezdna. Był to także szlak tysięcy zesłańcow, którzy na katorgę wędrowali pieszo, przeważnie zimą i latem, kiedy drogi się do tego nadawały. Ich też przybywało, carska Ochrana dwoiła się i troiła. Kolej miała te ograniczenia wyeliminować.

Pomysłodawcą budowy Wielkiej Syberyjskiej Drogi (tak pierwotnie ją nazywano, ale ostatecznie przyjął się termin pochodzący z angielskiego „Trans – Siberian Railway”) był generał-gubernator Wschodniej Syberii N.N. Murawiow-Amurskij. W roku 1886 został wydany stosowny carski ukaz i w teren ruszyły trzy ekspedycje, aby wytyczyć trasy środkowosyberyjskiej, zabajkalskiej i południowo-ussuryjskiej linii kolejowej. Dzieło miało być sfinansowane przez państwo, bez pomocy zachodniego kapitału, aby ograniczyć obce wpływy na Syberii i Dalekim Wschodzie. Budowę wytyczono jednocześnie z dwóch stron: od Czelabińska, trasą linii Zachodniosyberyjskiej, biegnącej do rzeki Ob i od Władywostoku , linią Ussuryjską aż do Chabarowska. Uroczystość położenia kamienia węgielnego odbyła się 12 maja 1891 roku we Władywostoku, ceremonii dokonał młody następca tronu, przyszły car Mikolaj II.

Zwiedzanie półtoramilionowej stolicy Syberii rozpoczynamy od głównej atrakcji turystycznej miasta – Państwowego Teatru Opery i Baletu, przy pl. Lenina. Pod względem poziomu, repertuaru i wykonawców ma podobno wszelkie dane ku temu, aby konkurować z moskiewskim Teatrem „Bolszoj”. Niestety kanikuła, więc nie sprawdzimy, ale można podziwiać kopułę, która ma rozpiętość 60 m i wisi na wysokości 35 m. Budowę tego największego w Rosji teatru rozpoczęto w 1930 roku, jednak pierwsza premiera odbyła się dopiero w 1945 roku. W czasie wojny przechowywano tutaj dzieła sztuki, pochodzące z ewakuowanych rosyjskich muzeów, w tym ze słynnej Galerii Trietjakowskiej. Potężne są podziemia teatru. Opancerzone dodatkowymi wzmocnieniami z betonu i stali miały służyć za bunkier Stalinowi i ludziom z jego otoczenia, gdyby przyszło im uciekać przed Hitlerem na Syberię. Podziemnymi tunelami dojechać można spod teatru aż do dworca kolejowego.

Pomnik wodza rewolucji, usytuowany nieopodal, zdaje się przewyższać teatr, choć tak nie jest. Stoi tylko bardziej centralnie i stąd to złudzenie. Wznosi się nad pobliskim skrzyżowaniem ulic, w pozie, jakby kierował ruchem. Przypomina mi się bliźniaczy, choć oczywiście dużo skromniejszy, pomnik w Wesołej, koło Mysłowic na Śląsku, który jeszcze w latach 90 pokazywał, jak dojść do sklepu monopolowego. Ten tutaj miał stanąć pierwotnie w Berlinie Wschodnim, towarzysze niemieccy uznali jednak, że nie znajdą dostatecznie godnego miejsca dla jego gabarytów, więc został wśród swoich, wiecznie żywy.

Nowosybirsk po Moskwie i Sankt Petersburgu jest trzecim co do wielkości miastem Federacji i stolicą obwodu. Ma filharmonię, sceny teatrów dramatycznych, trzy uniwersytety, instytuty naukowe, kilkanaście wyższych szkół, muzea i galerie sztuki. Jest wielkim ośrodkiem przemysłowym, m.in. maszynowym, elektronicznym, chemicznym, wodnoenergetycznym i hutniczym oraz ważnym węzłem drogowym i kolejowym. Łączy szlaki turksyberyjskiej kolei (Azja Środkowa – Syberia) z główną, transsyberyjską linią. Miasto dysponuje metrem, portem rzecznym na Obie i międzynarodowym portem lotniczym.

W miejscowym Muzeum Krajoznawczym znajdują się bogate zbiory, poświęcone historii powstania kolei transsyberyjskiej i miasta. Naczelnikiem budowy zachodniej linii był K.J. Michajłowskij, Polak z pochodzenia. Uchodził za jednego z najlepszych budowniczych carskich kolei i mostów. Pod jego nadzorem pracował inny nasz rodak, Wincenty – Ignacy Rojecki, odpowiedzialny za wytyczenie trasy linii, w tym m.in. przeprawy przez rzekę Ob. On więc zdecydował o lokalizacji Nowonikołajewska, późniejszego Nowosybirska. Teren był technicznie bardzo skomplikowany, a odpowiedzialność duża; inżynier wywiązał się ze swoich obowiązków, otrzymał za to znaczący awans, ale zapłacił zdrowiem. Zmarł w drodze do Warszawy, w której czekało na niego miejsce w jednej z klinik. Wśród budowniczych transsybu było wielu polskich inżynierów i urzędników, ich nazwiska widać na listach nagród: Zdziarski, Muchliński, Raciborski, Maliński, Poźniak, Olszewski, Grzybowski… Nazwisk robotników nie ma, wśród nich było naszych pewnie jeszcze więcej, są natomiast liczby.

W najintensywniejszym okresie, w latach 1895-96, przy budowie pracowało około 100 tysięcy chłopów, więźniów, zesłańców, żołnierzy. Najwięcej trudności sprawiały surowe warunki klimatyczne. Trasa przebiegała przez tereny najczęściej bezludne, porośnięte ciężką do przebycia tajgą, przecinały ją potężne rzeki, liczne bagna, jeziora, ziemię skuwał wieczny mróz. Nie było dróg dla dostaw materiałów budowlanych, a transportować trzeba było wszystko, za wyjątkiem drewna. Większość prac wykonywano ręcznie, przy pomocy najprymitywniejszych narzędzi – topora, piły, łopaty, kilofa i taczek. Pomimo tych utrudnień w ciągu niespełna 14 lat powstał odcinek trasy kolejowej od Czelabińska do Władywostoku i chińskiego Port-Artur na wybrzeżu Pacyfiku, będącego w owym czasie główną, ufortyfikowaną bazą morską rosyjskiej floty wojennej Oceanu Spokojnego. Średnia prędkość budowy linii wynosiła 740 kilometrów rocznie. Przekopano 100 milionów m3 ziemi, przygotowano i położono ponad 12 milionów podkładów kolejowych, około 1 miliona ton szyn i złączy, wybudowano około 100 kilometrów mostów i tuneli. Zakończenie prac, łącznie z trasą przez Chiny oraz szczególnie trudnym odcinkiem wokół Bajkału, ze względu na górzyste ukształtowanie terenu i wpadające do jeziora rzeki, nastąpiło w październiku 1904 roku. Ten tranzytowy, chiński wariant nie był pomyślany zbyt szczęśliwie, za Bajkałem zaczynała się Mandżuria, która po przegranej wojnie z Japonią dostała się w ręce przeciwników. W 1905 roku Japończycy zajęli nowo oddaną linię kolejową i twierdze w Port-Artur, więc Rosja musiała zdecydować o budowie obwodowej linii Amurskiej, liczącej 2 tysiące kilometrów, aby zapewnić sobie całkowicie niezależne połączenie z Władywostokiem. Budowa trwała aż do roku 1916.

Narzędzia pracy znajdują się w muzealnych zbiorach, obok nich stroje z tamtej epoki – chłopskie, pańskie, uniformy sołdatów i łachmany więźniów. Ciężkie dyby do zakuwania niepokornych i bizuny, którymi chłostano ich grzbiety, sąsiadują z kołokołami gumieńców, różnej wielkości i przeznaczenia oraz dźwięków. Jeden do ślubu, drugi na pogrzeb dzwonił, innego znowu kupcy używali, swój mieli żandarmi. Ołówkiem jakiegoś rysownika przedstawiony jest szkic łagru, w którym trzymano katorżników. Baraki, pomieszczenia nadzoru, wieżyczki strażnicze, wszystko otoczone wysoką, drewnianą palisadą. Drutu kolczastego jeszcze brak, ten amerykański wynalazek upodoba sobie dopiero następna władza.

W 1895 roku w samym tylko Przyamurskim Kraju, przy budowie transsybu trudziło się ponad 11 tysięcy zesłanych na ciężkie, przymusowe roboty. Dzień roboczy u robotników kontraktowych wynosił od 12 do 14 godzin, więźniowie, podobnie, jak żołnierze, pracowali dłużej, praktycznie aż do kresu sił. Nędznie odziani, zimą temperatury dochodziły do -50 stopni, wytrzymywali tylko nieliczni. Spali w ciasnych, prowizorycznie skleconych barakach, bez podłóg. „Na przestrzeni szerokości trzech sążni i siedmiu długości mieściło się trzydziestu skazanych – odnotowywał reporter jednej z ówczesnych, liberalnych gazet. – Prycze stały w jednym rzędzie, pół arszyna nad ziemią. Brud panował na nich straszny, siedzący na pryczach ludzie co chwile drapali się po bokach, piersi i głowie, najwidoczniej insekty nie dawały im spokoju”. Racje żywnościowe były głodowe, prowiant często zepsuty i brakowało opieki lekarskiej. Szerzyły się więc epidemie, śmiertelność wśród zk-ów była duża. Danych na ten temat nie udało mi się niestety znaleźć, podobnie jak liczb mówiących o łącznych stratach ludzkich, poniesionych w czasie budowy transsybu. Potocznie bywa ona jednak nazywana drogą na kościach.

CAŁY TEKST: transsyb_milewicz

Dzieci rodzą się i wiedzą

Tekst tego opowiadania ukazał się w roku 2011 w dodatku literackim “Kuriera Szczecińskiego”. Bardzo lubię tę gazetę i jej redaktorów, mam więc nadzieję, że nie wezmą mi za złe, jeśli powiem, że być może nie wszyscy moi potencjalni czytelnicy mieli szansę przeczytać ten tekst wtedy, gdy się ukazał. No bo skoro ja nie miałam…

Ewa Maria Slaska

Dzieci rodzą się i wiedzą

Dzieci rodzą się i wiedzą. Nie wiadomo skąd, ale wiedzą. Są tacy, co twierdzą, że to pamięć poprzednich wcieleń. Albo duszy nieśmiertelnej, która póki w momencie porodu nie została przywiązana na stałe do ciała, krążyła swobodnie po świecie. Może jest to zresztą po prostu pamięć genetyczna. Mój syn zapytał mnie kiedyś, co to za wojsko wychodzi zza pieca. Miał cztery lata, mieszkaliśmy w mieszkaniu z kaloryferami i nie jestem pewna, czy on w ogóle kiedykolwiek widział piec. Gdy próbowałam go namówić, żeby mi opowiedział, co to było za wojsko, opisał żołnierzy w granatowych obcisłych kurtkach i białych spodniach z kwadratowymi pudełkami na głowie. Takiego użył słowa – pudełka. Myślę, że musiały to być czaka, czyli za tym jakimś piecem chowali się ułani, których nigdy nie widzieliśmy, ani on, ani my, ani pewnie nawet nasi rodzice, ale nasi dziadkowie, pradziadkowie naszego syna – tak. Jeden z nich sam był ułanem.

Stąd może ja bałam się płonących miast. Gdy byłam dzieckiem, nocami straszył mnie pożar Warszawy. Urodziłam się po wojnie, nie widziałam jak płonie Warszawa, byłam też za mała, żebym mogła znać takie obrazy z filmów o wojnie. Moi rodzice w sprawie wojny milczeli jak zaklęci. A jednak nocami śniły mi się płonące ulice i walące się domy.

Patrzę na tę właśnie urodzoną dziewczynkę i zastanawiam się, co widziały i co wiedzą te smutne oczy. Ma oczy jak smutny lemur. Najsmutniejszy lemur na świecie. Nie widzi mnie, widzi coś.

Jeśli to, co widzi, to pamięć duszy do wczoraj swobodnie poruszającej się po świecie, to nie jest wykluczone, że widziała, jak Muhammad Al-Bibi, sympatycznie wyglądający osiemnastolatek, zabił Kadafiego jego własnym złotym pistoletem. Widziała wielkiego władcę, jak ukrywa się w rurach betonowych. I widziała jego głowę. I to, że ranny Kadafi został sponiewierany, że ktoś go przewracał, bił, szturchał. Widziała, jak krzyczy, jak żebrze o pomoc. Zabito go jak psa. Tak w XXI wieku umierają orientalni tyrani, Sadam Hussain, Osama bin Laden, Kadafi. Wyciągnięci jak wściekłe lisy z ponurych schowków. Nie przynosi to chluby naszym czasom, że pozwalamy na to, ba, wydajemy rozkazy, by tak umierali tyrani.

Tyrani XX wieku mieli lepiej. Hitler popełnił samobójstwo, to wcale jeszcze nienajgorszy koniec. Stalin i Tenno umarli we własnych łóżkach.

Co widziała Ivana, córka Bakiry, zanim się wczoraj urodziła w szpitalu świętego Józefa w Berlinie? Wojnę w Bośni i Hercegowinie z Serbami. Najbardziej krwawy konflikt w Europie od końca II wojny światowej. Bombardowanie Sarajewa i aleję snajperów. Masakrę w Srebrenicy, osiem tysięcy ciał w zbiorowych grobach. Masowe gwałty kobiet w Górach Dynarskich.

W tej rodzinie kobiety wcześnie wychodzą za mąż i wcześnie mają dzieci. Znałam więc nie tylko Bakirę, matkę Ivany, ale także jej babkę, a nawet prababkę. Poznałyśmy się prawie 20 lat temu, kiedy Bakira miała kilka latek i mieszkała z matką i babką w schronisku dla uchodźców. Uciekły z wioski pod Srebrenicą. Same kobiety. Babka, matka i córka.

Był początek wojny w Bośni, wiadomości z frontu były wstrząsające, a to zawsze wzmaga berlińską potrzebę czynienia dobra. W Berlinie czyni się dobro na zawołanie. Do schroniska przynoszono sterty odzieży. Była bardzo potrzebna. Standardowa pomoc dla uciekiniera wojennego obejmowała wprawdzie również komplet ubrań, ale ci ludzie pojawiali się u nas dosłownie bez niczego i jeden komplet odzieży w środku zimy nie załatwiał problemu.

Bakira, jej matka i babka właśnie zostały przyjęte do schroniska, gdy przed wejściem zatrzymała się wypasiona bryczka, z której wysiadł masywny, ubrany na czarno facet z byczym karkiem. W ręku trzymał dwa wielkie niebieskie worki plastikowe, wypchane po brzegi. Portier wysłał go do nas do biura i tak właśnie nastąpiło zrządzenie losu. Facet był Polakiem i pracował „u Państwa”, którzy kazali mu zapakować do worków rzeczy po zmarłej właśnie mamie i zawieźć do nas.

One wychodziły z biura, on wchodził. Zatrzymaliśmy je i poprosiliśmy Henryka, by zaniósł im te worki do pokoju. Miały sobie wybrać, co chcą, a resztę, ewentualnie, oddać. Tak to babka Bakiry została właścicielką czarnego futra z karakułów. Było takie małe, że pasowało tylko na nią. Bo babka była maleńka. Trzeba było zorganizować skrzynki plastikowe, na których musiała stanąć, jeśli chciała gotować, bo nie sięgała pieca. W wolnych chwilach chodziła po okolicy, ubrana w czarne karakuły, i zaglądała do śmietników. Tak ją kiedyś sfotografował jakiś dziennikarz. Zdjęcie babci w karakułach siedzącej na szczycie kontenera śmieci obiegło cały Berlin. Ja sem w nowinach, ogłaszała babka Bakiry wszem i wobec. Jestem w gazecie.

Ale to nie karakuły były zrządzeniem losu, tylko Henryk, barczysty Polak, który je przyniósł. Popatrzył na Amrę, matkę Bakiry, która była prześliczna jak orientalny Anioł (a Anioły muszą być orientalne, pochodzą przecież od biblijnych cherubinów), a z Bakirą na ręce wyglądała jak Madonna i … zakochał się.

Tu trzeba wyjaśnić, że… Ach nie, za dużo by wyjaśniać. Czytelnik musi uwierzyć. Bośnia jest w dużej mierze muzułmańska. Z wojny bośniackiej uciekały początkowo tylko kobiety. Przyjeżdżały do obcego zimnego kraju, w którym nie było bomb, ruin i szczurów, ale nie było też słońca, śpiewu, muzyki, jedzenia czerwonego od papryki, tańców na świeżym powietrzu, zalotnych uśmiechów. To jednak tylko sprawy powierzchowne. Bo jednocześnie w Berlinie nie było patriarchalnych strażników tradycyjnego porządku, surowych ojców, wszechobecnych braci, zazdrosnych mężów. Za to była swoboda wyboru stylu życia i emancypacja kobiet. Kobieta miała prawo być wyemancypowana, a jednocześnie musiała, bo inaczej nie dałaby sobie rady. Musiała nauczyć się języka i nauczyć się, jak sobie radzić w tym świecie, który był tak inny od wszystkiego, co kiedykolwiek znała. Uciekające przed wojną Bośniaczki emancypowały się na naszych oczach. Emancypowały się i rozkwitały. Były piękne i samodzielne. Amrze towarzyszył w tym Henryk. Jak na warunki europejskie polski kochanek to przeraźliwie zacofany maczo, ale dla Amry Henryk był pionierem feminizmu. Nie dlatego, żeby uważał, że tak trzeba, albo że coś się kobiecie należy, po dwóch tysiącach lat patriarchalnego ucisku, nie, Henryk przyznawał Amrze mnóstwo praw, bo był istotą bezrefleksyjną i postępował tak, jak postępowali wszyscy w jego środowisku. Przy Henryku Amra miała więc tyle wolności, ile miewały dziewczyny jego kolegów, a to w pewnych okolicznościach wcale nie było mało. A do tego Henryk był zakochany, a zatem, jak każdy polski kochanek, sentymentalny i romantyczny. Nosił torebkę Amry, otwierał drzwi, pomagał wkładać płaszcz, przynosił kwiaty i czekoladki.

Ale potem, kiedyś, jeśli nie zginęli na wojnie, w Berlinie pojawiali się mężczyźni. Przyjeżdżali, instalowali się w świecie, który zorganizowały im kobiety, szli po ścieżkach, legalnych i nie, które wydeptały dla nich kobiety, korzystali z tego, co osiągnęły i uzyskały kobiety i … odbierali im prawo do jakiejkolwiek decyzji.

Mąż Amry przyjechał w rok po niej, też zimą. Był to dziki wojownik o ponuro przystojnej twarzy, inwalida wojenny, któremu snajper odstrzelił lewe ramię. Miał na imię Zdrawko, co dla polskiego ucha brzmiało lekko i radośnie, ale oczywiście Zdrawko nie był radosny, a jego wejrzenie zapowiadało, że lekko też nie będzie. Mniej więcej po miesiącu Zdrawko dowiedział się, że Amra ma, czy też miała, kochanka. Raczej miała, bo gdy Zdrawko się pojawił, Amra nie miała najmniejszej szansy, żeby spotykać się z Henrykiem. Zdradziły ją dzieci. Jakaś dziewczynka w piaskownicy odebrała Bakirze piłkę. Bakira zaczęła płakać. Amra rzuciła się jej na pomoc. Chwyciła dziewczynkę za włosy, matka dziewczynki doskoczyła do Amry, rozorała jej twarz paznokciami, z pokoi na podwórko wybiegli mężczyźni, już szły w ruch śrubokręty, broń każdego twardziela w kraju, gdzie noszenie przy sobie noża jest karalne. W ciągu kilku minut spokojna zabawa dzieci pod opieką matek zamieniła się w preludium wojny. Portier dzwonił już po policję, my próbowaliśmy okiełznać burzę. I wtedy pokrzywdzona rzekomo dziewczynka krzyknęła do Amry, że jest dziwką. Bludnica, bludnica, kurva… Zdrawko zatrzymał dłoń ze śrubokrętem już już mającym uderzyć w ramię ojca dziewczynki… Zapadła przeraźliwa cisza, a Zdrawko obrócił się i zadał cios Amrze. Jeden, drugi, trzeci… Kochałem cię, kochałem cię ty dziwko, krzyczał, wbijając śrubokręt na oślep.

W każdej społeczności jest zwierzę alfa i jego harem, jest mądrala, jest donosiciel, błazen i wyrzutek. Zdrawko był prymatem alfa. Amra umarła z upływu krwi, Zdrawko poszedł do więzienia, a jak wyszedł nigdy nie pomyślał o tym, że mógłby poszukać córki. Bakirę oddano do domu dziecka. Prababka umarła ze starości. Karakuły ktoś wyrzucił do śmieci.

Minęło 20 lat. Bakira wyrosła, poszła do szkoły, a potem do nauki zawodu. Została fryzjerką. Jest piękna jak Amra. Spotykam się z nią czasami, teraz już rzadziej, ale dawniej bardzo często. Bo to my dwoje, ja, opiekunka jej rodziny z czasów, gdy pojawili się w Berlinie i Henryk, kochanek jej matki, zajmowaliśmy się nią, gdy była samotną sierotą w domu dziecka, gdy wyrastała, wychodziła w świat, brała ślub. A teraz jesteśmy tu, żeby po raz pierwszy popatrzyć na Ivankę. Najsmutniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałam.

Co pamięta Ivanka z czasów zanim się urodziła?

Wojnę i pożary? Pożary i mord? Mord i mordercę? Człowieka, który był jej ojcem i zabił jej matkę?

 Październik 2011

Uwaga od Autorki: Społeczność uciekinierów w schronisku, zwłaszcza w dużym schronisku dla uchodźców, jest jak każda inna społeczność. Są w niej zwierzęta alfa i błazny, są geniusze i cwaniacy, jest miłość, mord i przemoc. Schronisko to cały świat. Pracowałam w schroniskach wystarczająco długo, żeby zetknąć się z morderstwem, samobójstwem, porwaniem dzieci i sprzedażą kobiet. Widziałam szczęście i nieszczęście ludzkie. Nieszczęścia było więcej. Często zaczynało się od prostych prawd. On ją kocha, ona jego nie. Albo: ona go kocha, a on jej nie. Często nie była to naprawdę miłość tylko prawo własności lub projekcja. Ale podstawowe słowo, jakiego wszyscy używali brzmiało – miłość.

BWPWAP

Jacek Slaski

Wstecz ku przyszłości

Wykłady, warsztaty, performanse, nagrania filmowe i trzyczęściowa wystawa wchodzą w skład tegorocznego festiwalu sztuki medialnej transmediale, który jest zaproszeniem skierowanym do artystów, zaangażowanych uczestników i naukowców, aby wzięli udział w dyskursie o zmianach kulturalnych i społecznych wywołanych przez nowe technologie, co z kolei cofnie ich do czasów, gdy Pluton wciąż jeszcze był planetą.

Nieograniczony dostęp do praktycznie nieograniczonej ilości informacji, możliwość komunikacji z całym światem oraz zanik porządku chronologiczno-przestrzennego na rzecz nieustannej obecności online – to może nie wszystkie, ale na pewno niektóre z najważniejszych cech współczesnego nasycania codzienności techniką cyfrową. Cechy te ogłaszają koniec świata, który znaliśmy  – wszystko dzieje się coraz szybciej i wszędzie jednocześnie. A jeszcze trzeba dodać do tego strach przed kryzysem gospodarczym, ekstremizmem religijnym i katastrofą klimatyczną. To z tej materii rodzi się kulturalna świadomość początków XXI wieku i to ją właśnie podda analizie transmediale, festiwal, który już dawno awansował do roli think tanku, gdzie artyści, naukowcy i informatycy, teoretycy i hackerzy, projektanci, nerdy i aktywiści mogą wymieniać opinie i doświadczenia. Tu spotykają się poglądy polityczne, najnowsze technologie, trendy artystyczne i wywrotowe strategie, wpływają na siebie nawzajem, przenikają się, aby uzyskać konsens o tym, jaka jest ta współczesność, tak naznaczona technologią medialną.

Kristoffer Gansing, młody Szwed, od ubiegłego roku kurator festiwalu, postanowił dokonać oceny współczesności sięgając w przeszłość, cofając się do czasów, gdy Pluton wciąż jeszcze był planetą. BWPWAP – tak brzmi tytuł festiwalu – to literowiec ułożony ze zdania „Back When Pluto Was a Planet“. Nazwa została zaczerpnięta ze slangu internautów i oznacza to wszystko, co się w ostatnim czasie zmieniło w przyspieszonym tempie, kierując uwagę do czasów minionych i lepszych, chociażby dlatego, że prostszych. Wyjaśnijmy: Pluton, najpóźniej odkryta, najmniejsza, dziewiąta planeta naszego układu słonecznego, straciła status planety w roku 2006 podczas konferencji International Astronomical Union. Od tego czasu, ku niezadowoleniu wielu astronomów hobbystów, uważany jest za planetę karłowatą, co oznacza, że układ słoneczny znowu składa się z 8 planet, tak jak to było do odkrycia Plutona w roku 1930.

Spojrzenie w przeszłość jest bez wątpienia również pełne nostalgii, co zresztą w dzisiejszych czasach wcale nie dziwi, nawet w odniesieniu do imprezy tak zorientowanej ku przyszłości jak transmediale – nostalgia to jeden z motorów globalnej produkcji kulturalnej. Teoretyk kultury pop, Simon Reynolds, analizuje ten fenomen w swej słynnej książce „Retromania“ i dochodzi do wniosku, że fetyszyzacja przeszłości w muzyce, filmie czy telewizji, widoczna w  revivalach i modach retro, w ogóle wszystko, co można sklasyfikować jako tęsknotę za rzekomymi „złotymi czasami“, ma niezwykły wręcz wpływ na teraźniejszość. Oto pożywka ideologiczna, nawet jeśli przesunięta w dziedziny sztuki i teorii medialnej, w jakiej porusza się intelektualnie program BWPWAP.

Ale bywa przecież i tak, że trzeba się niekiedy cofnąć, aby lepiej zobaczyć to, co dopiero nadejdzie. Wstecz ku przyszłości! Oto motto przyświecające retrofuturystycznym performansom Felixa Kubina, Vanessy Ramos-Velasquez czy A Guy Called Gerald, ale też spotkaniu z legendarnym reżyserem Alejandro Jodorovskym, autorem projektu Science Fiction, wykreowanym w roku 1970 wspólnie z autorem komiksów Moebiusem.

BWPWAP to tymczasowy Hyde Park, gdzie można jeszcze raz pomyśleć o tym, co jest i skonfrontować się z nową interpretacją tego, co było. Całość została ułożona wzdłuż czterech osi – „Users“, „Networks“, „Paper“ i „Desire“, a kurator ma nadzieję, iż podczas festiwalu to, co było, połączy się z tym, co jest i będzie.

W konferencjach biorą między innymi udział rosyjska artystka internetowa Olia Lialina oraz szwedzki performer i poeta awangardowy Pär Thörn, analizujący pozycję jednostki i jej organizację w Sieci. W segmentach „User“ i „Network“ pojawi się jako motyw przewodni koncepcja ery po-cyfrowej, po- czy postdigitalnej. To pojęcie, które początkowo odnosiło się tylko do muzyki elektronicznej, oznacza obecnie moment historyczny, który nastąpi już po rewolucji komputerowej, kiedy to technologia komputerowa stanie się praktycznie rzecz biorąc niewidzialna poprzez swą wszechobecność we wszystkich aspektach życia i właściwie tylko wtedy będzie zwracała uwagę, gdy jej nie będzie. A więc stanie się czynnikiem o tak elementarnym znaczeniu jak woda czy powietrze.

W segmencie „Paper“ transmediale zajmie się przede wszystkim – tak w workshopach jak prezentacjach – materiałem, który kiedyś był podstawową materią przekazu, a dziś coraz bardziej traci na znaczeniu, co widać choćby w obecnym „kryzysie druku“ – gazety znikają, wydawnictwa drżą o swą przyszłość. Książki artystyczne, Mail Art w NRD, poezja konkretna, publikacje DIY, ale też nowe techniki druku – wciąż jeszcze możliwości zastosowania papieru są przeogromne, ale jego rola nieuchronnie bądzie się zmieniać w epoce postdigitalnej.

Trzyczęściowa wystawa „The Miseducation of Anya Major“ zwraca uwagę na nie do końca określoną rolę sztuki medialnej, która dla szerokiej publiczność jest z reguły zbyt hermetyczna lub zbyt skomplikowana. Wystawa zadaje pytanie o jej potencjał w kontekście nauki, uczenia się i edukacji. Jedna z jej części została nazwana „Tools Of Distorted Creativity“ – 13 artystów próbuje rewolucyjnie podejść do Hard&Software, używając ich niezgodnie z przeznaczeniem. Z kolei wystawa indywidualna „Imaging with Machine Process“ to niezwykłe spotkanie z artystką z USA, Sonią Landy Sheridan, której sztuka dosłownie powala. Sheridan już od roku 1970 propaguje kreatywny i opierający się na grze stosunek do nowatorskich technologii. Ta Grande Dame sztuki medialnej ma dziś 87 lat. Kiedyś eksperymentowała z faksem i kopiarką, dziś robi użytek z błędów w oprogramowaniu, uzyskując za pomocą techniki niespodziewane wymiary, demontujące aurę nieomylności, która otacza nowoczesne maszyny.

Strategią tegorocznego transmediale jest przywołanie takich koncepcji jak nadzieja czy wiara w przyszłość, które mogłyby może być obecne i w epoce postdigitalnej, niezależnie od tego czy jakaś odległa bryła kosmiczna jest wciąż jeszcze planetą, czy już nią nie jest.

transmediale 2013 BWPWAP – Back When Pluto Was a Planet
Haus der Kulturen der Welt, John-Foster-Dulles-Allee 10, 10557 Berlin Tiergarten
29.1.-3.2.2013
www.transmediale.de
Artykuł został opublikowany po niemiecku w berlińskiej gazecie „Tip“

http://www.tip-berlin.de/kultur-und-freizeit-kunst-und-museen/transmediale-2013-im-haus-der-kulturen-der-welt

haters gonna hate
Poster Transmediale 2013

Alles ist eine Reise

Der nächste Text, der 2011 zu dem Wettbewerb “Danke Berlin” zugesandt wurde.

Zbigniew Milewicz
Alles ist eine Reise

Es gibt Menschen, die mehr als andere reisen. Wenn man nur in Gedanken reist, weiß man natürlich nicht, ob ein Ziel, das man sich vorstellt, erreichbar ist. Dafür lassen sich die Ziele ohne Probleme und so wie man möchte, ändern. Im wahren Leben allerdings geht das nicht so einfach.

Als Journalist in den 70er Jahren in Oberschlesien habe ich mich vorwiegend in einem klapprigen Bus oder einer Straßenbahn fortbewegt. Für weitere Reisen nahm man den Zug zweiter Klasse und für ganz besondere Anlässe diente der “Wolga“ der Redaktion, der von dem käseblassen Herrn Twarog gesteuert wurde oder man fuhr mit dem „Fiat 125 P“, den der junge Waclawek bewegte, zu dessen Hauptaufgaben eigentlich die Belieferung des Chefredakteurs mit Weißwein zählte. Zu besonderen Anlässen zählten vorwiegend die regionalen Parteikonferenzen, Wirtschaftstreffen und Besuche „wichtiger“ Partei-Genossen aus Warschau, aber zu Letzterem wurde ich nur sehr selten delegiert. Die Themen um die Politik wurden nur den vertrautesten Personen des Bosses übertragen und zu diesen gehörte ich keinesfalls.

Ich lieferte vorwiegend Informationen für die zweitrangige Stadtkolonne der Zeitung und Krimigeschichten aus dem Untergrund unseres wunderlichen Lebens. Es gab aber auch sogenannte SOS-Reportagen, mit denen versucht wurde, bedürftigen Menschen zu helfen. In der Kattowitzer Tageszeitung „Dziennik Zachodni“, kurz „DZ“, (dt.) „Westliche Tageszeitung“ – („WT“ klingt jedoch fast wie WC, deshalb bleiben wir deshalb lieber beim Original-Namen), bei der meine journalistische Karriere 1971 begann und neun Jahre lang ausübte, kamen  viele Notrufsignale an. Viele Leser schrieben oder riefen an und baten in verschiedenen, meistens jedoch sozialen Dingen, um Hilfe. Ich gehörte zu den Reportern, die sich bemühten, mit ihren Reportagen den Geschädigten zu helfen.

Eine der sozialen Plagen Oberschlesiens in den 70er Jahren war die massive Umweltverschmutzung, die jedoch ein Tabu-Thema für Journalisten war. Die offizielle Aussage der Regierung war, dass die Wirtschaft blühe und die Leute glücklich und gesund leben. Die Wahrheit sah jedoch anders aus. Die Förderung von Kohle, die Produktion von Eisen, Stahl und Chemikalien liefen zwar auf vollen Touren, jedoch waren die Technologien sehr veraltet und um die Ökologie kümmerte sich niemand im Betrieb.

Eines Tages, als ich Themen für die Stadtkolonne suchte, fragte ich beim Veterinäramt an, welche Krankheiten aktuell am häufigsten bei Haustieren festgestellt und behandelt werden. Beantwortet wurde die Frage mit Hundestaupe, Augenleiden und Bleivergiftung. Vorwiegend traten diese Leiden bei Patienten aus Szopienice auf. Fleißig habe ich diese Informationen notiert. Ich wusste, dass es sich um den Kattowitzer Bezirk handelt, in dem die Sonne auch beim schönstem Wetter nie zu sehen war und in dem die Industrie am stärksten die Umwelt verschmutzte. Die zulässigen Werte wurden dort um mehrere tausend Male überschritten.

Das Thema ist ohne Probleme durch die verschiedenen Stellen der Redaktionsleitung gerutscht und mit einem Haufen anderer Themen auf dem Schreibtisch des Zensors in der Druckerei in der Liebknechtstrasse gelandet. Dieser genehmigte die Veröffentlichung des journalistischen Materials mit einem Stempel oder wies die Veröffentlichung ab. Entscheidend war, ob das Material politisch korrekt war und frei von Zynismus und Spott dem System gegenüber. Natürlich las der Beamte die Texte vor seiner Entscheidung. Jedoch konnte er nicht alle Texte gründlich lesen, sonst hätte er den Drucktermin nicht einhalten können. Eine harmlose und kurze Information über Haustierleiden in Kattowitz las er intuitiv frei. Das Mädchen, das als Botin in dieser Nacht in der Druckerei für die Zeitung arbeitete und dem Zensor Staszek Zarod die Druckfahnen brachte, sagte dem technischen Redakteur Kazio Skotnicki –  und er erzählte es mir später -, dass der Beamte schon eine kräftige Fahne gehabt hatte, als er den Text las. Die Zensoren, ich selbst habe den Job fast ein Jahr lang von 1969 bis 1970 ausgeübt, tranken Unmengen Alkohol, die Journalisten zwar auch nicht weniger, aber in diesem Fall stand die Flasche auf dem Schreibtisch des „Entscheidungsrichters“ und hat der oberschlessischen Ökologie geholfen, die Tür zu öffnen.

Die intelligenten Leser lasen unsere „DZ“, und am nächsten Morgen bekam ich in der Redaktion für meinen bösen Scherz auch den entsprechenden Lohn. Gleich wurde ich auf den roten Teppich des Hephaistoses vorgeladen. Der Chefredakteur der „DZ“, Bronislaw Schmidt–Kowalski, trug den Spitznamen wegen seines Namens, weil er hinkte und, wie der griechische Gott, groß und streng war. Sehr dick und bekannt als ungezähmter Choleriker saß er mir in seinem Sessel gegenüber, mit der Miene eines Menschen, der gerade an akuten Magenschmerzen leidet.

„Sie wollten wohl“, sagte er zu mir, „dass ich mein Job verliere. Selbst der Propagandasekretär aus dem Woiwodschafts-Parteikomitee rief mich an und rüffelte mich wegen Ihrer Hundescheißgeschichte. Mehrere Mütter aus Szopienice, die das gelesen haben, meldeten sich telefonisch beim Komitee und fragten, ob ihre Babys auch in Gefahr sind und an Bleivergiftung erkranken werden. Die Babys werden in Kinderwagen auf der Straße, auf  der gleichen Höhe wie die Hunde gefahren. Die Mütter haben natürlich ein gutes Recht zu solchen Bemerkungen, aber von einem Journalist mit gewisser Berufserfahrung darf und muss sogar eine politische Verantwortung verlangt werden, für das, was er schreibt. Sie sind also schuldig, dass ich jetzt im Dreck stecke und vor den Genossen aus dem Komitee wie ein Scheißkerl kriechen muss. Sie bekommen also für diesen unverantwortlichen Text einen Verweis der in Ihrer Personalakte vermerkt wird!“

Die Rede – bunt geschmückt mit kräftigen Schimpfwörtern, die ich an dieser Stelle nicht weiter ausführen werde – war damit beendet. Außer den üblichen Entschuldigungen, habe ich nichts gesagt. Beide wussten wir mehr als gesagt wurde, aber die Regeln des falschen Spiels, der kommunistischen Scheinheiligkeit, mussten beachtet werden. Schweigend ging ich dann zum Ausgang. In der Tür stoppte er mich mit den für seine Art typisch lässig ausgesprochenen Worten:

– Und nachmittags gehst du zur Kasse, dort bekommst du eine Prämie von 300 Zloty…

Leicht geschockt habe ich mich umgedreht und schaute ihn an. Er grinste und sagte:

„Das war eine gute journalistische Leistung!“

„Danke Chef“, murmelte ich froh und vergas zugleich alle Schimpfwörter, die gefallen sind.

Ich kann nicht sagen, dass ich mich nicht bemüht hatte, das Vertrauen der Redaktionsleitung zu gewinnen. Ich meldete mich manchmal zu Themen aus den so genannten höheren Etagen und sogar auf die Liste der Parteikandidaten ließ ich mich eines Tages einschreiben. Kurze Zeit später aber wurde ich wegen antisowjetischer Witze aus dieser Liste gestrichen. Komisch, alle in unseren Redaktion haben solche Anekdoten öffentlich erzählt, aber die Strafe dafür bekam nur ich. Einen entsprechenden Strafantrag stellte Genosse Ryszard Maleczek, der die schärfsten Politwitze kannte. Über ihn wurde erzählt, dass er Mitarbeiter des Geheimdienstes SB war. Vielleicht war es die Wahrheit, vielleicht auch nicht. Möglicherweise wurde so geredet, weil er mit einer Staatsanwältin verheiratet war – übrigens eine sehr anständige Frau, die enge Kontakte zu höheren Kreisen der Miliz pflegte. Aus diesen Kreisen brachte er manchmal verschiedene Kriminalgeschichten, so wie ich auch. Es konnte also sein, dass er mich aus reinen Konkurrenzgründen erledigen wollte. Der Hephaistos nahm den Antrag an, aber aus der Redaktion feuerte er mich nicht.

Das passierte erst ein etwas später, im Herbst 1979, als ich nicht rechtzeitig aus einem Frankreichurlaub zurückkam. Mein Urlaub habe ich während der Weinlese in der Provence verbracht und wurde danach von meinem Cousin nach Baden-Württemberg zu einem kurzen Besuch eingeladen. Dieser verlängerte sich ein bisschen und so passierte es… Vor der Reise nach Frankreich bevollmächtigte ich schriftlich meine gute Mama, dass sie in einem solchen Fall versuchen sollte, meinen Urlaub in der Redaktion zu verlängern, was normalerweise unproblematisch war. Schmidt–Kowalski war aber noch vorsichtiger als ich und hat den Urlaubsverlängerungsantrag abgelehnt. Es hätte ja sein können, dass ich trotz alledem im Westen bleibe und er dadurch wegen mir schon wieder „im Dreck stehen würde“.

Im Westen war ich zum ersten Mal, die Welt schaute dort ganz anders als im Osten, bunt, reich und schön. Doch dort zu bleiben, kam für mich damals überhaupt nicht in Frage. Durch die Erziehung zu Hause und die patriotischen Traditionen in der Pfadfinderbewegung ZHP, der ich als junger Mann zugehörte, war ich sehr heimatverbunden.

Der liebe Gott belohnte meine Rückkehr in die Heimat und half mir sehr schnell, eine Arbeitsstelle im Schlesischen Rundfunk in Kattowitz zu finden. Das Team der Abteilung Publizistik, wo ich landete, es wurde vom  einmaligen Wacek Horoszkiewicz geleitet, empfing mich sehr kollegial. Es wurde mir eine große Hilfsbereitschaft gezeigt, so dass ich das für mich neue Handwerkszeug schnell beherrschen lernte und einigermaßen hat es dann auch funktioniert. Meine Feuilletons und Reportagen wurden, zwar nicht so oft, aber doch übertragen. Fragen Sie mich bitte nicht, wieso ich so dumm war und nach drei Monaten zurück zur Kattowitzer Presse zurückkehrte. Der Teufel, der mir zu diesem  Schritt riet, obwohl in dieser Zeit viele unserer Journalisten von einer Redaktion zur anderen wanderten, und das fast unbürokratisch, nahm die Gestalt vom Karol Szarowski an, dem Direktor des Schlesischen Presseverlages in Kattowitz. Von ihm wollte ich nur ein Arbeitszeugnis über meinen Dienst im „Dziennik Zachodni“. Es kam aber zu folgendem Gespräch :

„Na, wie geht es Ihnen im Rundfunk?“
„Eigentlich ganz gut, die Arbeit macht mir viel Spaß, ich kann was Neues, Interessantes lernen, die Kollegen sind sehr nett…“
„Aber Sie sind doch ein geborener Pressejournalist!“

Der kleine, grauhaarige Jude war sehr höflich. Es tat ihm sehr leid, dass ich meinen Job in der „DZ“ verloren hatte, angeblich vermissten mich viele Leute im Hause und ganz besonders die Leser. Ich könnte mir überlegen, ob ich nicht zurückkehren möchte zu diesem Verlag.  Er hätte gerade einen freien publizistischen Posten in der „Abendzeitung“…

Die „ Abendzeitung“, auf polnisch „Wieczór“, befand sich nicht im Haupthaus, wo ich so „vermisst wurde“, sondern nebenan, wo immer am 1. Mai und am 7. November, am Tag der „Großen Sozialistischen Oktoberrevolution“, der gleichzeitig mein Geburtstag war, ein überdimensionales Porträt von W.I. Lenin hängte. Ich hätte also stolz sein müssen auf dieses Angebot.  Verdienen könnte ich im „Wieczór“ auch etwas besser als am Anfang im Rundfunk. Die Schmeichelei des Gesprächs hat wohl am stärksten auf mich gewirkt. So eitel oder nur leichtgläubig, naiv, kommen sich die Leute vor…

Als die  „Solidarność“ mit ihren revolutionären Parolen in die Öffentlichkeit kam, vertraute ich ihr, wie früher an der Uni der verbotenen „zionistischen“ Ideologie des Märzes 1968. Neben der Redakteurin Marysia Jarochowska, die sich schon in Rente befand,  aber noch Texte schrieb, war ich der Einzige in „Wieczór“, der in die „Solidarność“ eintrat. Ich verdarb damit der Redaktionsleitung die Statistik, mit der sie der Obrigkeit zeigen wollte, dass sie die einzige Zeitung in Kattowitz sei, die frei von Solidarnośćmitgliedern ist. Privat wurde mir mitunter geraten, dass ich mir die Mitgliedschaft vielleicht noch mal überlegen sollte. Beruflich diskriminiert wurde ich jedoch deshalb nicht, ganz im Gegenteil: Ich konnte über die Anomalien des Soziallebens in unserer Region und über die lokalen Prominenten, die schuldig des Machtmissbrauchs waren, scharfe, kritische Texte schreiben. Ich bediente auch die Konferenzen von „Solidarność“. Später fragten mich meine Vorgesetzten halbprivat, wie viele Leute an so einer Konferenz teilnahmen und ich nannte immer eine höhere Zahl, als die tatsächliche. Die hohen Zahlen wurden ohne Enthusiasmus quittiert. Diese Zeit war für mich sehr schön, erlebt mit voller Power und dem Gefühl, das man etwas Gutes tut.

„Sie glauben wirklich daran, was „Solidarność“ sagt und verspricht?“, fragte mich einmal Janusz Durmala, der Chefredakteur von der „Abendzeitung“.

Ich bejahte und er lächelte.

„Es gibt keine Demokratie, vergessen Sie das!“

Heute weiß ich nicht mehr, ob er auch etwas über die Gerechtigkeit gesagt hat, aber wahrscheinlich nicht. Für meine Arbeitsleistungen im „Wieczór“ bekam ich das Silberne Abzeichen für Verdienste für die Kattowitzer Wojewodschaft. Einige Monate später kam meine Entlassung, sowohl aus dieser Redaktion als auch des Verlags. Das Arbeitsgericht bestätigte diese Entscheidung.

Meinen Sommerurlaub 1981 wollte ich wieder in Frankreich verbringen. Mit dem Rest des Alturlaubs konnte ich sieben Wochen lang Ferien machen. Meine Vorgesetzten im „Wieczór“ haben das formell akzeptiert, und Mitte September fuhr ich los. Diesmal reiste meine zweite Frau Mira mit; die Urlaubsreise war wunderschön und führte wieder in die Provence zur Weinlese. Auf der Rückfahrt per Anhalter, irgendwo in der Umgebung von Toulouse, erfuhren wir, dass die Situation in Polen sehr gespannt sei. Es war ungefähr Mitte Oktober. Das französische Fernsehen hat Panzer und Soldaten der so genannten befreundeten Truppen des Warschauer Pakts gezeigt, die zum Einmarsch nach Polen vorbereitet waren.

Aus der nächsten Telefonzelle habe ich meine Mama angerufen. Die Verbindung war schlecht und wurde immer wieder unterbrochen.

„Was ist in Polen los?“ schrie ich in die Kopfhörer.
„Es ist einfach schlecht und wird immer schlechter“, sagte Mama ruhig, aber ich spürte, dass sie sehr gestresst ist.
„Wirtschaftlich oder politisch?“
„Beides“.
„Würdest du uns denn raten, zurückzukehren oder hier zu bleiben?“
„Das müsst ihr beide, Zbysiu, selbst entscheiden…“

Wir wussten nicht, was wir tun sollten. Ein Gendarm auf dem Fahrrad stoppte neben der Telefonzelle.

„Kommen Sie aus Polen?“
„Ja.“
„Wenn Sie wollen, können Sie hier ein Asyl bekommen, weil in Ihrem Land ein Bürgerkrieg droht und Sie, er schaute auf Mira, wohl ein Baby erwarten…“

Die Schwangerschaft meiner Frau war wirklich schon sichtbar. Ich wusste aber bereits, was ich will.

„Nein Monsieur, vielen Dank, wenn dem Schiff der Untergang droht, dann muss man es retten und nicht weglaufen, antwortete ich mit meinem gebrochenen Französisch.

„Und was meinst du?“, fragte ich Mira.

Sie antwortete nichts, nickte nur bejahend mit dem Kopf. Bis heute ich weiß nicht, was sie damals wirklich gedacht hat. Den Satz über das Schiff habe ich den Franzosen noch mehrmals stolz wiederholt, aber sie alle zeigten kein großes Verständnis dafür. Ich dachte damals, sie verstehen meine Sprache schlecht und heute weiß ich, dass für die pragmatische Nation meine Denkweise fremd war.

Anfang November meldete ich mich wieder bei der Zeitung, es gab einiges den Kollegen zu erzählen und auch einiges zu hören. Die westlichen Medien machten keine falsche Propaganda. Am 7. November unter dem Porträt des Revolutionsführers am Kattowitzer Marktplatz habe ich viel Miliz gesehen und ihre Gesichter waren düster.

„Euch habe ich zu meinem Geburtstag nicht eingeladen!“, lachte ich lautlos, so mutig war ich in meinen Gedanken.

Am 13. Dezember, als General Jaruzelski den Kriegszustand erklärte, waren die Eingangstüren zum „Wieczór“, und auch zu anderen Redaktionen geschlossen. Ein Zettel informierte, dass bis auf Widerruf die Zeitung geschlossen bleibt und alle Mitarbeiter beurlaubt sind. Der Verlauf des Kriegszustands in Polen wurde schon so oft und ausführlich und von allen möglichen Seiten beschrieben, dass ich hier nichts mehr von Bedeutung zu sagen habe. Er hat bei jedem Betroffenen eine individuelle Wunde hinterlassen und es waren Millionen Opfer. Es gab einige,  die durch diese Wunden seelisch oder sogar körperlich starben. Es gab in jenem Jahr  nicht viele Familien in Polen, die am Heiligen Abend 1981 fröhlich und entspannt das neugeborene Christkind begrüßten.

Die Ladung zur meiner Verifikation in der „Abendzeitung“ kam schriftlich nach Hause. Jeder von der Redaktion musste sich vor eine spezielle Kommission, deren Aufgabe es war, zu entscheiden, ob der Mensch hier weiterhin arbeiten wird oder entlassen wird, stellen. Die Kommission bestand aus dem stellvertretenden Chefredakteur Antoni Faron und einem unbekannten Geheimdienstler, der offiziell Betreuer der Redaktion war.

„Sie lieben unser System nicht, die Führungsorgane haben schon einige Probleme mit Ihnen gehabt“, sagte der SB-Ek zu mir.
„Wann denn?“ staunte ich falsch.
„Im März 1968, denken Sie an die Bewegung von miesen Intellektuellen und Studenten gegen die Volksmacht. Saßen Sie damals nicht im Knast, im Krakauer Montelupich, wegen Volksverhetzung?“
„Das stimmt, aber das Gericht hat mich später freigesprochen“, berichtigte ich.
„Wir wissen mehr, als Sie denken“, merkte der Betreuer an.
„Außerdem sind Sie ein schwacher Journalist und die Redaktion braucht Sie nicht mehr.
„Und das Abzeichen für Verdienste, das ich kürzlich bekommen habe?“
„Das wurde kiloweise verteilt!“, lachte mich Faron aus.

Mira nahm tapfer die Nachricht zur Kenntnis, dass der Mann, der sein Schiff retten wollte, über Bord geschmissen wurde. Sie hat auch nicht gesagt, dass wir doch in Frankreich hätten bleiben können…

„Wovon haben wir denn damals gelebt?“ fragte mich schon in München mein älterer Sohn Jordan.
„Mama hat im Büro gearbeitet, ihre Eltern haben uns geholfen, meine Mama Nina auch, so viel, wie sie von ihrer Rente abzweigen konnte. Ab und zu kamen Pakete von Verwandten und völlig fremden Leuten aus Deutschland und ich… Ich habe am Anfang zusammen mit meinem Freund Bogdan Szewczenko, der aus dem Fernsehsender entlassen wurde, Schaukeln für Kinder hergestellt. Die haben wir im Keller in Bogdans Haus, in der Nacht, gebaut und am nächsten Tag auf dem Basar verkauft.“
„Habt ihr viel verkauft?“
„Na ja, vielleicht drei Stück…“

Jordan wurde im Mai 1982 geboren, der jüngere Mikołaj kam anderthalb Jahre später auf die Welt, gerade am Nikolaustag. Damals verdiente ich schon mein Brot in der Wochenzeitschrift „Katolik“ in Kattowitz, die speziell für entlassene Journalisten vom katholischen Verein PAX gegründet wurde. Das war eine sehr barmherzige Geste. Dieser Verein diente jedoch sehr loyal dem Staat und erlaubte uns nur brave, zweitrangige Themen. Das Brot war dünn geschmiert, aber fürs Überleben reichte es.

„Und wenn du damals im Radio geblieben wärst?“, fragte Jordan
„Dort war eine feinere Gesellschaft als in der Presse, aber nach dem 13. Dezember flogen auch dort einige. Man weiß natürlich nicht, was dort mit mir geschehen wäre.“

An einem späten sommerlichen Sonntagnachmittag saß ich mit meinen Söhnen im Wohnzimmer unserer alten Wohnung im Münchener Hasenberg. Vor uns auf dem Tisch lag ein Fotoalbum aus alten Zeiten.

„Wieso trugst du einen weißen Helm?“, interessierte sich Miki, bei seinen deutschen Freunden bekannt als Nico.
„Mamas Vater, dein Opa Marian, arbeitete als Abteilungsleiter in der Grube und hat mich überredet, meine Schreiberei aufzugeben und so ging ich zur Kohle. Durch seine Beziehungen wurde ich Steiger, und die Kerle trugen eben diese weißen Helme. Bald gab es mehr Kohle zu Hause, aber das war nicht meine Welt und nach einem Jahr habe ich den Job aufgegeben. Ich versuchte wieder in  meinen alten Beruf zurückzukehren und eine Zeitschrift mit anderen Leuten zu gründen, aber das hat nicht funktioniert.

Das Fotoalbum war chronologisch geführt. Auf den nächsten Bildern fährt Mira mit mir mit der Fähre nach Kopenhagen. Bereits beim ersten Halt in Hamburg hat ein Dreiviertel unserer Ausflugsgruppe die „große Freiheit“ gewählt. Wir wollten eigentlich das gleiche, nur die Aussicht,  Weihnachten zwischen Fremden zu verbringen, ja, es war schon wieder Dezember, hat uns erschreckt.

Nach dem Winter kommt aber immer ein Frühling und mit ihm eine neue Hoffnung. Im Mai 1988 kam ich nach München und seitdem lebe ich hier. Mira folgte mir mit  den Kindern, die damals 6 und 4,5 waren, im nächsten August. Auf dem nächsten Foto hält ein schlanker, dunkelhaariger Mann im langen Staubmantel zwei Buben, Jordan und Mikolaj, am Kragen in die Luft. Das Foto wurde an der Kirche Santa Monika in Neuperlach, wo einmal  die Polnische Katholische Mission II war, geschossen.

„Den Mantel hast du noch irgendwo im Schrank“, sagte Jordan.
„Stimmt, aber wo sind die dunkle Haare… und ihr könnt mich heute mit den kleinen Fingern in die Luft heben“, jammere ich.
„Bei deinem Gewicht nicht so leicht“, meinte Miki, und wir lachten zusammen.

Die Polnische Katholische Mission II (Nummer I befand sich in München-Maxvorstadt) wurde vom charismatischen Pater Czesław Nowak geleitet. Unter seiner Leitung entwickelte sich das Kulturleben der polnischen Gemeinde in München.

Es folgen Fotos von der Folklorgruppe „Polonez“, wo ich auch mit meinen Jungs getanzt und gesungen habe. Schöne Krakauer Trachten und aus dem Bergland Zakopane. Im Vordergrund der unermüdliche Zbyszek Sadlak, der die Truppe gründete und leitete. Viele schöne Konzerte haben wir gehabt – in München, im bayerischen Lande, sogar nach Dortmund wurde gereist. Am schönsten und erfolgreichsten waren wir aber vor einigen Jahren auf dem Stadtfest im polnischen Cieszyn in Oberschlesien, am Fluss Olza, hinter dem gleich die Tschechei beginnt. Dort konzertierten wir mit der Teschiner Suite, die sehr professionell und mit großer Liebe von Helenka und Leszek Lehmann, geborene Teschinauer, vorbereitet wurde.

„Polonez“ schmückte alle größeren kirchlichen Feierlichkeiten in der Santa Monika. Es kommt ein Foto, auf dem ich zusammen mit Adam Dyrko in der Prozession am 3. Mai, dem polnischen Nationalfeiertag, das Bild von der Schwarze Madonna aus Czestochowa, trage. Mit Adam arbeiteten wir vor Jahren zusammen im „Dziennik Zachodni„. Als ich nach München kam, wohnte er längst schon hier. Ohne seine Hilfe wäre es mir schwergefallen, mich durch die Münchener Ämter ohne Sprachkenntnisse durchzukämpfen.

Marysia Mayerhoffer in Krakauer Tracht, auch in der Prozession. Wie viel hat sie mir und meiner Familie am Anfang geholfen, dass vergesse ich nie.  Die Kommunionsfeiern von Jordan und Mikołaj, die Bilder aus der Schule, von den gemeinsamen Ausflügen nach Spitzingsee, Oberammergau, Bad Tölz… Beim Skilaufen mit  den Herrschaften Dziakonski und beim Lagerfeuer mit dem gutem Freund und Seemann Waldek Nowakowski, dem Gründer der polnischen Pfadfinderschaft ZHP in München, wo Jordan und Miki fleißig mitmachten.

Ich liebe meine Kids. Der ältere arbeitet als Immobilienkaufmann in München und studiert gleichzeitig. Mikołaj, der begeisterte Boxer, Läufer und Fitnessfreak erlernte die Geheimnisse des Schmuckhandels und führt heute eine kleine Firma in der Branche. Beide sind befreundet mit polnischen Mädels.

„Papa, was sind wir eigentlich, Deutsche oder Polen?“, hat einmal Mikołaj oder Jordan gefragt, irgendwann am Anfang, als wir noch in einer städtischen Unterkunft wohnten.

„Wir sind Deutsche in Polen“, antwortete ich, aber damals war ich nicht ganz nüchtern.
Ich glaube,  es ist umgekehrt“, meinte Mikolaj oder Jordan

In Frankreich habe ich als Pole ein Asyl abgelehnt. In Deutschland, aufgrund der Vorfahren mütterlicherseits, wurde ich als Deutscher anerkannt, meine Frau und Kinder auch. Für meine deutsche Nachbarn und Freunde bin ich aber ein Pole, so wie in Polen beim Besuch, ein Deutscher. Es wird manchmal harmlos gemeint, dass ich doch schon ein Deutscher sei und so ist es richtig. In meiner Tasche trage ich zwei Pässe, einen polnischen und einen deutschen, einen deutschen und  einen polnischen. In Polen habe ich einige Berufe ausgeübt, aber hauptsächlich war ich Journalist; in München arbeitete ich beim Trockenbau, an Spülmaschinen in Kneipen, im Zug als Minibarverkäufer, als Nachtpförtner im Hotel, als Treppen- und Kloputzer und letztlich als staatlicher Angestellter im Deutschen Patent- und Markenamt. Die Bundeskasse hat mir mein Lohn ausbezahlt. Heute ein Rentner, der aus purer Abenteuerlust jetzt in Berlin wohnt  und ab und zu die Max-Schmeling-Halle mit anderen Fitnessfreaks reinigt, um sich dann einen harmlosen Gogoclub-Besuch, stattliches Essen, oder sogar beides zu gönnen.

Schauen Sie, wie viele Möglichkeiten sich einem Mensch auf Reisen eröffnen. Besonders, wenn man immer Hin-und-Zurück reist, nach Deutschland und Polen, nach Polen und Deutschland, immer dieselbe Strecke. Es kann dann sein, dass man dadurch seine Identität und Zugehörigkeit verliert. Deshalb, seit ein paar Jahren, wenn ich irgendwo eine neue Reise unternehme, dann immer öfters in das alte Großrussland. Es zieht mich dort einfach hin, außerdem möchte ich meine Wurzeln väterlicherseits erforschen. Man fährt dorthin,  um das seelische Gleichgewicht zu spüren und  auch zum West-Ost Brückenbauen. Es lohnt sich, sie zu bauen, auch dann, wenn sie immer wieder zerstört werden, doch immer seltener und das allein stimmt schon optimistisch.

Alles ist eine Reise. Das, was man sieht, und das, was sich versteckt, das, was man berührt, und das, was man erahnt, das Tosen des Wasserfalls und diese leichte Schläfrigkeit, die die Berge umhüllt.
José Saramago: Die portugiesische Reise