Nowoczesna kobieta

Ewa Maria Slaska

nowoczesneJATen obraz powinien być zagadką, ale gdyby był zagadką, to nie mogłabym o nim dziś napisać.

Ale może popatrzmy przez chwilę na tę kobietę, tak jakby jej portret był jednak  zagadką. Co to za obraz? Kiedy został namalowany? Kto go namalował?

Zobaczyłam go na wystawie w Inselgalerie, gdzie poszłam obejrzeć nigdzie nie wystawiane obrazy Julie Wolfthorn. O Julii pisałyśmy na blogu w zeszłym tygodniu:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/15/wilczyca-z-torunia/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/16/julia-ii-glosy-z-umarlego-miasta/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/17/julia-iii-madonna-muncha-i-dagny-juel/

w-galeriiZastanowiła mnie ta wystawa, bo zrazu wydała mi się zupełnie niepotrzebna. To wystawa miałkich i nieważnych prac, jakichś resztek, odrzutów…  Nawet obejrzenie obrazów Julie nie pomogło. Też były w większości pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Choć oczywiście dwustronny portret kobiecy powieszony w oknie robił wrażenie.

podwojnaJuliePrzepraszam, marna ze mnie fotografka – jakość tych zdjęć pozostawia dużo do życzenia, ale, hmmm, oświetlenie było słabe…

Obrazy były nieważne i marginalne, oświetlenie słabe, a ludzie patetycznie smutni… Oczywiście nie mogło być inaczej, skoro na wystawie pokazano prace ośmiu znanych przed wojną, a potem niemal całkowicie zapomnianych malarek – niektóre z nich były Żydówkami, większość objął nazistowski zakaz pracy twórczej, Julie Wolfthorn nie przeżyła wojny. Nie złamały pędzli, malowały uparcie dalej, ale zapomnienie i tak otuliło je, jak chusta utkana z nocy i mgły. Można by to interpretować złowrogo, jako przejaw siły ideologii nazistowskiej, która nie była przecież dziełem Hitlera, lecz własnością narodu, a on ją tylko wypolerował i umocnił. Ale można też spojrzeć na to prościej, lżej, mniej ponuro. Nieobecni nie mają racji. Ktoś, kto zniknął ze sceny, z trudem na nią wraca, a często nie wraca już nigdy. Na to, by wrócił trzeba cudu.

obrazyJulie                                                          Obrazy Julie Wolfthorn.

Fakt zapominania o kobietach (ale bez wgłębiania się w materię żydowską i nazistowską) został już sklasyfikowany naukowo – mamy tu do czynienia z efektem Matyldy. Jak pisze Wikipedia: “jest to zjawisko systematycznego pomijania udziału kobiet naukowców w pracy badawczo-naukowej i przypisywania ich osiągnięć naukowcom-mężczyznom. (…) Nazwa pochodzi od imienia amerykańskiej działaczki na rzecz praw kobiet Mathildy Gage, która jako pierwsza w końcu XIX wieku zwróciła uwagę na zjawisko dyskryminacji osiągnięć naukowych kobiet.”

Zapewne w sztuce musi się to odbywać tak samo.

Ale smutek i nabożne skupienie publiczności wernisażowej nie wynika z tak abstrakcyjnych przemyśleń. To raczej automatycznie przybierany stan ducha. Przeszłość, jeśli już trzeba o niej pamiętać, to w Niemczech rzecz poważna, ale sprawa  żydowska jest po prostu śmiertelnym zadaniem, o którym myśleć wolno tylko na klęczkach, a mówić głosem przyciszonym i nasyconym uczuciem głębokiej melancholii. Gdy rzecz tyczy Żydówek natężenie smutku wzrasta wielokrotnie. Mnie też to przejmuje, ale jak moja siostra pisze niezwykły wpis o śmierci Julie Wolfthorn w Terezinie, wierzę jej bez zastanowienia, gdy jednak tłum zamożnie przyodzianych kobiet w towarzystwie kilku intelektualnych mężczyzn w Berlinie oddaje się czci zabitych, bez reszty i bez myśli, mam ochotę na nie nawrzeszczeć.

Oczywiście, czepiam się. Oczywiście, powinniśmy być szczęśliwi, że pojawiło się pokolenie ludzi (kobiet), zdolne do żałoby. Oczywiście, wiemy, że nawet najgłębsze i najbardziej autentyczne poczucie winy zbiorowej za śmierć tych ludzi (kobiet) nie może się skupić na milionach. Zera matematyczne są bezwzględne – odbierają żałobie jakikolwiek sens. Trzeba więc wybrać przystępny i dający się przełknąć fragment śmierci.

Artystka żydowska jest najłatwiej w Berlinie przełykanym fragmentem żałoby.

mamaA poza tym wszystko co tu powyżej napisałam jest nieważne i w ogóle zapomnijcie, że to przeczytaliście. Idźcie koniecznie na tę wystawę, to będziecie mogli na żywo obejrzeć portret, od którego rozpoczynam dzisiejszy wpis. Został namalowany w roku 1933  przez Kate Diehn-Bitt, niemiecką malarkę, urodzoną w roku 1900 w Berlinie. A więc ta nowoczesna kobieta w wąskiej spódnicy przed kolana, kozakach i z geometryczną fryzurą nie jest moją ani Waszą rówieśnicą, tylko jest równolatką MOJEJ babki. A przecież głowę bym dała, że to nasza młoda współczesna autorka, Ola Puciłowska.
Kate na obrazie jest już od 14 lat żoną i od 13 – matką, jest też doświadczoną malarką, która, po latach terminowania u mistrzów, przygotowuje się do pierwszej wystawy. Będzie to też na długi czas jej ostatnia wystawa.
Kate nie była Żydówką, ale jej ojczymem był żydowski aptekarz i to wystarczyło, by w roku 1935 władze zastosowały wobec niej zakaz pracy twórczej. A to oznaczało niemożność kupienia w sklepie farb, kredek, ołówków, nawet papieru. Gdy to piszę, nie mogę nie pamiętać o Klempererze, naukowcu, który nie miał prawa posiadać ołówka, żeby zapisać jakąkolwiek myśl, ba, listę spraw do załatwienia. Bo jakie Żyd miał sprawy do załatwienia?

Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (na wystawie jej nie ma!)

kobietazgolabkiemMalowała, bo koledzy przynosili jej ukradkiem farby, zeszyty, kredki…
Po wojnie mieszkała w NRD i to umożliwiło jej powrót do pracy twórczej, i uchroniło od zapomnienia. Na zdjęciu obok jej obraz “Portret kobiety walczącej o pokój” z roku 1952. To socrealizm, zapewne, ale jaki… Gdy patrzę na jej prace (oglądam je w dawno wydanym katalogu, na wystawie chyba nic nie ma poza tym Autoportretem, ale może nie zauważyłam), myślę o grafikach mojej matki. Jest w nich ta sama precyzyjna czystość linii. Ani jednej zbędnej kreski.
Chciałoby się tak pisać.

źródło: http://www.deutschefotothek.de/obj30121608.html

Dagny Juel. Ducha. Madonna?

Edvard_Munch_-_Madonna_-_Google_Art_ProjectLidia Głuchowska
Tekst po polsku:

Dagny Juel Madonna

Dagny Juel – Madonna von Munch?

… Auch wenn Munch diese schon zu seiner Lebenszeit verbreitete Deutung geleugnet hat, gestand er trotzdem: “Es hat eine gewisse Ähnlichkeit mit Dagny (…), es gibt eine definitive Ähnlichkeit (…)” und war bereit, auf Wunsch von ihr und ihres Vaters, dieses wie auch andere ihr gewidmeten Bilder aus der Ausstellung in Christiania zu entfernen. Später schrieb er auch: “Ich habe einige Bilder von diesen Leuten gemalt, unter anderen eines, das ich ‘Eifersucht’ nannte (…). Diese Frauenzimmergeschichte hat mir vieles verdorben.” Zahlreiche Metamorphosen von Dagny und Stachu füllen Munchs Bilderwelt als Einkörperungen des psychischen Dramas, welches sich in Folge von Dreieck-Beziehungen ergibt. Munch und Dagny kannten dieses noch aus der Zeit der Christiania-Boheme. Mit seinem Holzschnitt Im Gehirn des Mannes (1897), welcher die Qual der Leidenschaft veranschaulicht, reimt sich ein Fragment Przybyszewskis Romans Über Bord (1896): “War dies Liebe? Er empfand Angst. Wie war es möglich, daß eine Frau im Laufe einer Stunde wie ein Fremdkörper in sein Gehirn glitt?”

Munch, Dagny und Stachu gehörten zu den bekanntesten Figuren des Berliner Kreises um den Schwarzen Ferkel, welcher teils mit der Friedrichshagener Bohème identisch war. Stachu galt dort als “vielleicht der legitimste König der Bohème”, “der letzten Bohème des großen Stils”. Julius Meier-Graefe erinnerte sich an seinen “Kopf eines slawischen Christus, den man sich am Kreuz vorstellen konnte” und meinte : “Stachu machte uns eine Tür auf. (…). [Seine] Lebensweise deckte sich nicht mit dem üblichen Begriff der Boheme. Dafür tändelte er zu wenig. Seine Verluderung übertraf Pariser und Berliner Maß. Wir anderen taten, was wir konnten, aber unsere wildesten Exzesse blieben knabenhaft”.  Er, der “vampyrblasser Stachu” war der “dekadenteste der Dekadenten” unter den deutschsprachigen Schriftstellern der Jahrhundertwende. Munch selbst hebt seine Rolle als “die Seele der breit angelegten aber leider gar zu früh hinschlafenden Zeitschrift Pan” hervor. Dieser markante, polnisch-griechische Titel, geht auf Dagny zurück : “Pan sollte das neue Unternehmen heißen, weil die geheimnisvolle dämonische Urkraft des alten Heidengottes Natur und Kunst miteinander zu verbinden schien. Eine schlaue Norwegerin hatte das Wort gefunden, und sie dachte dabei an ihren polnischen Gatten und daß ‘Pan’ im polnischen Herr bedeutet. Zugleich aber war das Wort eine geschickte Huldigung an Bierbaum, in dessen Gedichten der alte Pan eine so große Rolle spielte (…).”

In seinem berühmter Nachruf an den alten Freund beschrieb Munch noch Stachus Chopinspiel:  “So konnte er (…) auf einmal in Ekstase aufspringen und zum Klavier hinlaufen und in solcher Eile als ob er inneren Stimmen folgte, die ihn riefen. Und während der Totenstille, die nach dem ersten Akkord folgte, die unsterbliche Musik Chopins durch den engen Raum und verwandelte ihn plötzlich zu einem strahlenden Festsaale, zu einer Festhalle der Kunst. Und so tief war seine eigene Benommenheit und mit solcher Meisterschaft gab er die wunderschönen Malereien seines großen Landsmannes wieder, daß er uns im atemlosen Lauschen, fasziniert, Zeit und Stelle vergessend hielt, bis der letzte Ton hinstarb.” Andere Teilnehmer der Ferkeleien waren von seinem charismatischen Seil nicht weniger begeistert, so auch Max Dauthendey: “Das sonst öde Klavier wurde dann zu einer Hölle, die er mit wild tastenden Händen öffnete. Und die Töne fraßen Ordnung und Gesetze aus den Hirnen aller Zuhörer fort, und Töne, Menschen und Zeiten wurden zum Chaos. Kein Leben behielt mehr seine Form und seinen Sinn. Nur der Einsturz alles Lebens und die Vernichtungsfreude schien in den Tönen zu funkeln. Stachu selbst sah Musik – und nicht Literatur – als seine eigentliche Leidenschaft. Dies war wohl der Grund seiner Seelenverwandtschaft mit Ducha (Polnisch: die Seele, ein Kosename, den er Dagny gab). Sie war ja, als sie Munch am 9. März 1893 in den Ferkel-Kreis eingeführt hat, Absolventin des Klavierkonservatoriums, leidenschaftliche Beethoveninterpretin. Sein satanischer Spiel und ihr Salome-Tanz gehörten zu Legenden dieser Zeit. “Das Zusammensein Stachus und Duchas […] war Improvisation von ersichtlicher Willkür”. Als “Zwei-Einheit” galten sie als Verwirklichung des von Przybyszewski gepredigten androgynischen Liebesmythos. Vereinigt im Walztanz hat sie der norwegische Bildhauer Gustav Vigeland dargestellt. Er gestaltete auch eine Büste Stachus und zwei andere, von Dagny und Munch, die er im Eifersuchtsanfall vernichtet haben sollte – so die Geschichte, die ihm zu vielen zählt, die Przybyszewskis Frau verfallen waren. Das berühmte Paar haben auch Julia Wolfthorn, Fidus, Anna Costenoble sowie zahlreiche polnische Künstler verewigt. Ducha und er, “als Außenseiter unter den Außenseitern”, inspirierten auch unzählige Erinnerungen, Gedichte, Romane und Dramen, um nur auf Inferno Strindbergs, wohl das markanteste davon, hinzuweisen.

Der ganze Text mit Fußnoten veröffentlicht:
Lidia Głuchowska, Totenmesse, Lebensfries und Die Hölle. Przybyszewski, Munch, Vigeland und die protoexpressionistische Kunsttheorie. Deshima 1 (2009), S. 93-130.

23.04.2013 – Welttag des Buches / Światowy Dzień Książki

znak dany nam z nieba

Przyjechała z miasta spalonej czarownicy. Miała 14 lat. Trzeba ją było odprowadzać do domu, gdy inni poeci debatowali, palili papierosy i pili piwo w Berlinie. Niektórzy twierdzili, że nie mogłaby napisać takich wierszy, jak pisze.
A jednak mogła…

To jej nowe wiersze.

Agnieszka Wesołowska

***
Mam taką werandę na którą często wychodzę
żeby popatrzeć na wszechobecną drogę
ludzi zwierząt i kamieni
na drogę o której słyszałam od zawsze

mówili o niej że jest taka owaka
że można wejść na zejść z
ale ja widzę kurz jaszczurkę
słońce w październiku drzewa
to typowe dla poetów

zwłaszcza dla poetek
one nie rozróżniają
dobra i zła
noszą kapelusze w fabryce codzienności
dziesięć poniedziałków obiadokolacje
zestaw do manicure zestaw sztućców

i jeszcze obowiązkowa mityczna histeria
poza tym cały ten cyrk nienawiści
wmyślanie kotom
wymyślanie mężom
wymyślanie wierszy

więc widzisz muszę być silna
żeby zasłabnąć wtedy
gdy jest najprościej
rozumiesz muszę być głucha
żeby wreszcie usłyszeć
jak śmieje się koń

na tej werandzie o której ci mówiłam
są sznurki rozwieszam na nich
wszystkie welony moich najczystszych miłości

dam ci jeden
jak krzyżyk na drogę
na tą drogę z jaszczurką

***

Van Gogh i jego ucho
przysporzyli historii sztuki
nie lada kłopotów

Jeszcze długi czas potem
po czystych kartach malarstwa
które uczyło się przedstawiać
jako imię kwiatu i miejsce przeznaczenia
krążyły głosy o artystach
głuchych na wołanie
matek żon i opuszczonych dzieci

Ale zbyli milczeniem
de profundis clamavi
zapomnieli tak jakby
łacina nie istniała

Gdyby po prostu
wydrapał sobie oczy
poodcinał palce
zmasakrował ciało
które piękno pozwala
czuć przez skórę

Wtedy byłby męczennikiem sztuki
zdolnym do przetrwania
i do przemilczenia
ściętym słonecznikiem

***

I

Obracam lekko cień kuli
moimi ziemskimi palcami.
Przyturlał się sam, odszedł
od wazonu na wystawie za rogiem –
z miejsca w którym nigdy
się nie pojawiłeś.

Po latach napisałeś list
wielkimi dziecinnymi literami,
bez wiary bez polotu.

Tak zostałeś moim aniołem
jak zostaje się notariuszem lub sprzedawcą,
z udawaną radością że wreszcie
można robić coś prawdziwego.

II

Świat przebrał miarę.
Z ludzkich rzeczy
została tylko piłka o zbyt wielkich oczach
chłopca, którego też może już nie ma.
A przecież zgaduję ciągle to dziwne istnienie,
jego cień chowa się w świetle
zlęknionego ciała.

Skąd się biorą kaniony wodospady
gołębie i antylopy

i dlaczego
chciałabym zgrzeszyć tak mocno
żeby zbawić świat
dać mu świerszcze źródła
mannę i opał na zimę.

III

Traktaty mistrza Eckharta
Psalm czterdziesty drugi
i Cztery pory roku
są o tym, że w naszej sypialni
pod oknem jest szafka z bielizną,
w kredensie kilka filiżanek,
w biurku zszywacze, notesy,
słowniki języków obcych.

Całe nasze życie jest podręczne
galilejsko-oświęcimskie
niezrozumiałe do końca
więc i nieprzekładalne
na inne żywota.

Język to najpewniejszy znak
dany nam z nieba.

Całą resztę opowiem ci
kiedy już odejdziesz.

Nasze tajemnice są niewysłowione
dlatego musimy umierać –
to przywraca nam wiarę
że nie ma słów żadnych
nie tylko właściwych.

Mimo to moja powieść o Marii Magdalenie
(której nie zdążyłam napisać)
istnieje tak samo jak powieść o Jeszui Ha-Nocri
Mistrza który nie istnieje.

Ta historia składa się ze świata
jak świat z tej historii
dlatego jesteśmy sobie
przeznaczeni i sobie wydarci.

Nie możemy milczeć
xxxxxxxxxxxwszystkim naraz
nie możemy nie istnieć
xxxxxxxxxxxtylko jakąś cząstką.

Niech nasze rękopisy
przeprowadzą nas
przez dzieło stworzenia.

Ein Ausflug in den Iran I – Teheran

Mało do czytania, dużo zdjęć. Ciąg dalszy za tydzień.

Persische Gattin

Ein Ausflug in den Iran – die architektonischen Schätze und das Leben der Straße

TEHERAN

Strasse Teheran 2Teheran sieht auf den ersten Blick nicht sehr einladend aus. Die Häuser, sogar die an den Hauptstraßen, sehen aus, wie irgendwie zusammengeflickt, mit Spuke oder Kaugummi zusammen geklebt.

Strasse 1

Außerdem es ist eine Metropole, etwa 18 Millionen Einwohner, die Umwelt ist so verschmutzt, dass an manchen Tagen man kaum atmen kann, und die Kinder werden von der Schule befreit. So sieht eine typische Teheraner Straße aus. Die historischen Teile der Stadt, vor allem, die früher bewohnten Wohnhäuser sind jetzt verlassen und niemand kümmert sich um sie, obwohl sie zentral gelegen und mit ihren Holzgalerien, Balkons, verspielten Treppen wunderschön sind. Ein Haus in der Nähe von dem großen Bazar.

Strasse Teheran 1Wir, diejenigen, die in Polen kurz nach der Wende gelebt haben, wo man eigentlich von dem Gehweg Fleisch und andere Lebensmittel verkauft hat, werden etwas vertrautes in diesem Bild finden. Man handelt in Teheran, direkt auf der Straße, manchmal werden die Tiere auch direkt am Straßenrand geschlachtet.

Zu den schönsten Gebäuden in Teheran gehört: Kahe Golestan – der Blumenpalast wurde Ende 18. und Anfang 19. Jahrhunderts gebaut, und war bis 1979 der offizielle Sitz der persischen Schahs. Der letzte Schah, Mohammad Reza Pahlavi wurde da auch zum König gekrönt.

Kahe Golestan 4

In Kahe Golestan befinden sich unzählige Portraits und Andenken an den Schah: Nasser al-Din Schah, der mit 25 Frauen verheiratet war, mit ihnen 18 Söhne und eine unbekannte Anzahl Töchter hatte. Einfach faszinierend. Das schönste in Kahe Golestan ist ein Saal, der komplett aus Silber, Spiegel und Kristallglas errichtet wurde.

Kahe Golestan 2Mir persönlich hat das kleine Detail gefallen, eine Steinkatze, der niedliche, lebendige Kater hatte auch nichts dagegen in dem Schatten des großen Bruders aus Stein zu ruhen.

Kahe Golestan 3

Niavaran Palast – als Schah Reza Pahlavi sich von der unfruchtbaren deutsch-iranischen Schönheit Soraya scheiden ließ und die Farah Diba heiratete, wollte sie in dem für sie altmodischen Kahe Golestan nicht leben, und so ist die ganze Familie in das moderne Palast Niavaran im Norden Teherans umgezogen.

Palast Farah Diba

Der Reichtum des Kaiserpaars ist legender. Die Iraner können noch heute die Kleider Farah Dibas bewundern, und die unzähligen Wohn- und Repräsentationsräume.

Palast Farah Diba 1In einem kleinen, unansehnlichen Gebäude nahe des Palasts befindet sich Fahrah Dibas Kunstsammlung. Fast alle Bilder wurden ihr von den Künstler geschenkt (darunter ein Dali und ein Picasso). Mir am meisten gefallen hat dieser kleine Chagall.

Palast Farah Diba 3-dublet

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”?

Chciałam, żebyśmy miały na blogu co jakiś czas sugestie, co czytać, co obejrzeć, dokąd pójść? Ale to trudno się tak regularnie mobilizować do regularnych zadań doradczych, a tu tymczasem Dorota Cygan już nas wysłała do teatru na Castorfa, a teraz poleca nam pójście do kina. Niniejszym mianuję ją więc naszym doradcą kulturalnym, choć oczywiście to Lidia wysyła nas na wystawy, a ja się staram od czasu do czasu polecić dobrą książkę lub film.

Dorota Cygan

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”? Refleksje po wyjściu z „Searching for Sugar Man”

Po co opowiadać prawdę?

Pozyskać widza, zawładnąć jego emocjami i przykuć do fotela kinowego coraz trudniej. Wszystko już było. Niejeden fikcyjny chwyt scenarzystów i kamerzystów na tyle się zużył, że jest w obrębie schematu fabularnego doskonale rozpoznawalny, czyli przewidywalny, zwłaszcza od kiedy karierę robią fabryki kreatywnego pisania, czyli szkoły kreatywnego istnienia (na rynku pracy). Furorę robi wiec ostatnio chwyt bardziej wyrafinowany: dokument – lub fikcja stylizowana na dokument.

Gatunek to trudny – przykładamy bowiem do prawdy miarę absolutną: Prawda musi być czysta, niebanalna – i w dodatku …  prawdziwa. Już z każda z tych cech osobno jest problemem, ale wszystkie razem to już nie lada wyzwanie dla twórcy.

Po co ją ubierać w narracje? By dać ludziom szczyptę konkretnej treści  w miałkiej papce produkowanej na tony w wytwórniach rozrywki. A widz się popsuł –  potrzebuje silnego bodźcowania zamiast subtelnego światłocienia i wyważonych racji. Bodźcowania na przemian ostrym światłem i najczarniejsza ciemnością. Wszak na koniec mają go unieść emocje – najlepiej pozytywne. „Bo ludzie potrzebują pozytywnych historii”  – taka jest konkluzja jednej z narratorek filmu, komentujących życie jej ojca – bohatera „Searching for Sugar Man”.  Udany, jak najbardziej udany. Powiedzmy więcej: Tak udany, że ma swoje (rosnące!) grono fanów. Tak udany, że aż budzi niepokój w sceptykach.

Jak opowiadać  prawdę?

Film rekonstruuje detektywistyczne poszukiwania śladów muzyka rockowo-bluesowego, który jakby zapadł się pod ziemię. W zasadzie przestał istnieć w jednym miejscu, by stać się legendą w innym. Nie wiedząc o niczym, rzecz jasna. Elementy legendy są doskonale synkretyczne: Są tu cechy niepokornego rockmana popełniającego rzekomo śmierć samobójczą na scenie, rysy jednostki wykluczonej, latynoski background, przedmieścia Detroit, mit zapoznanego geniusza w muzycznym świecie  twardych reguł  konsumpcyjnych, męski Kopciuszek przed i po balu, nawet Jezus rozdający honorarium rodzinie i przyjaciołom. Sporo tych elementów mitu jak na jednego bohatera – ale jakże dyskretnie opowiedziane! Jak zgrabnie poprowadzony wielogłos narracji! Na tyle przekonująco, ze widz na wszelkie padające na ekranie porównania z Hendrixem, Dylanem i duetem Simon&Garfunkel tylko wzrusza ramionami. Bo jednak mimo że życzyłby mu medialnego sukcesu na miarę tu wymienionych, głównie emocjonuje go coś odwrotnego niż sukces – właśnie antysystemowość bohatera, jego pogarda dla establishmentu, wreszcie  bluesowy Lebensgefühl pełen dystansu i stoickiej zgody na to, co jest – i jak jest. A także sugestia, że to człowiek wolny, wyzwolony dzięki sobie – potrafiący mimo zewnętrznego zniewolenia ciężką harówką „być ponad”.

Jak opowiedzieć taką prawdę? Sięgając obficie po sprawdzone Stimmungsmacher – dymy nad Detroit, czarny romantyzm upadłych siedlisk ludzkich w epoce postindustrialnej, zdjęcia na przemian czarno-białe i kolorowe, miasto o świcie, miasto w czasie burzy, miasto-trup, aura tajemnicy (i dymu) wokół bohatera na scenach piwnicznych klubów, no i teksty, no i ten magiczny głos…  Wszystko razem wzięte daje kompletny wzorzec identyfikacyjny dla wykluczonych, którzy w filmie dostrzegą „soundtrack do swojego życia”, jak mówi jedna z bohaterek, albo też „symbol tego, do czego jest zdolny ludzki umysł”, jak komentuje ten spóźniony o 20 lat i krótkotrwały sukces inna z postaci. Lub stanowi też marzenie każdego z nas, by za połową życia  jednak nadal „pozostać sobą”, być mądrym, mieć bogate wnętrze, nie dać się życiu stłamsić lub wyhamować. Porywające to wszystko: understatement, tajemniczość,  zgoda na świat „mimo wszystko”,  a na koniec misterium, które się dokonuje w czasie tych kilku koncertów po latach artystycznego niebytu – misterium, od którego widzowi przechodzą ciarki po plecach. Bajka? A miał być przecież dokument? Dwa gatunki, wobec których mamy wszak  inne oczekiwania estetyczne – czyż nie?

Jak wykreować prawdę?

Ale może te dwa gatunki się zbliżają? Może rekonstrukcja detektywistycznych poszukiwań dzisiaj musi nabierać cech bajki, żeby nie serwować mdłej strawy znanej każdemu z własnej codzienności,  niespektakularnego wycinka zdarzeń podobnych do siebie i pozbawionych puenty? Baśnie to w końcu szczyt dyscypliny konstrukcyjnej – mają początek i koniec, pośrodku jakieś perypetie, a na zakończenie morał. Czy podobałaby się nam historia całkiem niezmanipulowana? Bez podkręconych puent pośrednich, polityki odkrywania i zarzucania fałszywych śladów, bez dozowania napięcia, bez całej  tej subtelnej poetyki przypadku? Z pewnością na rozum tak, ale emocjonalnie to już mniej – idę o zakład, że wyszlibyśmy z kina bardziej przygarbieni – a wychodzicie, wychodzimy uniesieni pozytywnymi emocjami. Czemu wiec produkt jest taki świetny – mimo tego całego „ no tak, ale…”?

Bo tło społeczne się zgadza. Pokrywa się z tym, co tworzy nasze uniwersalne i pokoleniowe doświadczenia. Pokoleniowe zwłaszcza w Polsce, gdzie wiemy, jaką siłę może mieć muzyka obecna w kanałach nieoficjalnych. Doskonale potrafimy sobie wyobrazić duszną atmosferę RPA z czasów apartheidu – autokontrola, zachowawczość, potulny konformizm życia artystycznego, tzw. emigracja wewnętrzna sporej części społeczeństwa, estradowość oficjalnej kultury – a zatem jej miałkość. A na tle tego subwersywny potencjał dźwięków pojedynczej gitary. Dźwięków tym donośniejszych, im bardziej odbijały się od estradowej kakofonii nurtu oficjalnego. Znamy to – i to nas potrafi unieść. To film dla nas.

Czyli działa zarazem dlatego, że jest trochę konstrukcją i trochę autentykiem. Bajką i dokumentem. Czymś jednostkowym i uniwersalnym. Prawdą i fikcją.

Jak uznać to za prawdę?

Pierwsze wątpliwości mamy już wychodząc z kina – zbyt dobre, żeby było prawdą, no nie? A potem życzliwi sceptycy sączą  nam dalej do ucha truciznę podsuwając drobne dowody na nierzetelność dziennikarską. Wyczytali w internecie. Zgoda, popsuje mi to odbiór, jeśli uznam, że dokument jest zawsze czysty, tylko w tym przypadku nie. Ale czy właściwie chcę wiedzieć, ile retuszu jest choćby w reportażach Kapuścińskiego, Mularczyka, Jagielskiego? Może taka kontaminacja gatunków, czyli  dokument spaprany fikcją, jest bardziej prawdziwą informacją o naszych czasach niż absolutna, nieprzefiltrowana, dokumentalna prawda? A czy ja w ogóle jeszcze jestem w stanie poczuć jakość takiej prawdy – po latach obróbki mentalnej przez media? Chyba nie. Dlatego mogę pójść na film jeszcze raz, znowu obejrzeć go naiwnie i na wszelkie zaczepki sceptyków odpowiedzieć słowami bodajże Goethego (poeta pytany, czy nie widzi, ze pewien pan na jego oczach dopuszcza się czynów niegodnych, miał odpowiedzieć: „ależ widzę, oczywiście – ale nie wierzę”). Nie wierzcie i mnie, blogowcy. Ktoś, kto ma taki stosunek do prawdy, sprzedał Wam właśnie fikcję. Czyli bujdę. Ale na film i tak  idźcie.

A ja dodam od siebie – o tak, idźcie na ten film, nawet jeśli jest przesłodzony i podrasowany. Co w nim przerasowano i dosłodzono zostało opisane po niemiecku i angielsku (choć po angielsku zaledwie w dwóch linijkach):
http://de.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
http://en.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
a tu już na przykład – nic o tym nie napisano, no ale przyznajmy, że w ogóle napisano skromnie i niewiele:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sugar_Man

Meine sozrealistische Kindheit

Viktoria Korb

Meine sozrealistische Kindheit: Sex-Missbrauch

Der Vater

Ich wurde seit meiner frühesten soz-realistischen Kindheit missbraucht. Mein Vater badete mich nackt schon als Säugling, einmal bin ich ihm eingeseift aus der Hand gerutscht und bin fast in der Schüssel ertrunken. Darüberhinaus setzte er mich oft auf seinen Schoß, und küsste ab und zu. Mehr noch, er legte mich oft auf seine Handfläche, meine Schwester auf die andere, hob uns in die Luft und sagte: “Meine Kruppen”. Oder er trug mich auf seinem Rücken, wobei ich ihn mit meinen Beinen umarmen musste, um nicht zu fallen.  Manchmal schliefen wir sogar zusammen  in seinem Bett, vor allem wenn ich krank war, oder  im Urlaub, beziehungsweise im Schlafwagen im Zug.

Im Kindergarten

Andere Missbrauchspartner folgten auch bald. Im Kindergarten mussten wir den “Krakowiak” tanzen und ein Junge in meinem Alter wählte mich hartnäckig als Partnerin. Jacek  war äußerst attraktiv mit seinen blonden Locken und seiner Volkstracht – der bestickten Jacke, gestreiften Hosen und dem roten, quadratischen Hut mit einer Pfaufeder. Eigentlich waren wir schon ein festes Tanzpaar, und so ermutigt wagte er sich einmal zu versuchen, mich im Tanz an die Wange zu küssen! Die Erzieherin hat es jedoch leider mitgekriegt und stoppte mit Empörung seine Belästigungsversuche.

In den Ferien

Nach dem Kindergarten kam bald der nächste Versuch. Im Urlaub auf den Masuren hat sich meine Mutter mit einer anderen Mutter angefreundet, die einen Sohn hatte. Mit diesem Muttersöhnchen sollte ich spielen, damit unsere Mütter in Ruhe den grünen Curacao- Liquer trinken könnten (etwas anderes gab es im Getränkekiosk auf den Masuren nicht).  Wir spielten gerne im Gebüsch, am liebsten stellten  wir einen Zelt aus einer Militärpelerine auf, den Antoni von zu Hause mitgebracht hatte. Bis der Tag kam, an dem er versuchte, mich auf den Mund zu küssen. Wütend riss ich einen langen Distelzweig  aus dem Boden und verprügelte ihn so stark, dass die Blumen fast fotografisch genaue, dunkelblaue Flecken auf seinen nackten Oberkörper bildeten. Dann lief ich erschrocken zu unseren Mammis.

Antoni rannte mir rachsüchtig nach. Unsere Mütter verstanden sofort, dass es zwischen uns Krach gegeben hat, wollten aber die Details nicht wissen. Sie lächelten verständnisvoll, meinten dass ein kleiner Streit jedem passieren kann und verlangten, dass wir uns zu Versöhnung küssen …

Und so wurde ich trotz meines Widerstandes gezwungen, von Antoni geküsst zu werden.

3zdjecia-wpisVikiKorb

Quelle: Fotopolska.eu (mit bestem Dank) – © Copyright 2012 Neo & Siloy – Fotos  Piotr Żochowski

Der Nachbar

In unserem Mietshaus in Warschau, im neuen Wola-Viertel, der sich mitten in den Nachkriegsruinen und unbebauter, von Bomben zerstörten Ghetto-Landschaft in Warschau erstreckte, ging es mir auch nicht besser.

Ich spielte oft mit dem Sohn unserer Nachbarn Zygmunt in seiner oder meiner Wohnung, bis er mir eines Tages beim Spiel “Kleiner Ingenieur” eine Liebeserklärung machte. Ich kannte ihn aber recht gut und konnte ihn nicht einfach verprügeln, wie den Antoni. Außerdem hatte ich keine Distel oder andere Waffen zur Hand. Oder vielleicht war ich schon schlauer geworden und ahnte, dass man von dem Verliebten etwas verlangen und ihn auf Probe stellen kann?  Aber wie? Ich schaute herum  und sah die Schienen und Schrauben vom “Kleinen Ingenieur” herumliegen, an denen wir gerade zusammen bastelten.

Ich fragte also: “Liebst du mich sehr?”

“Ja, sehr” bestätigte Zygmunt”

“Kannst Du es mir beweisen? Was würdest du für mich tun?”

“‘Alles was du willst!” brüllte Zygmunt mit Begeisterung.

“Dann schlucke die Schrauben vom ‘Kleinen Ingenieur’!”

Zygmunt hat mich nicht enttäuscht und schluckte die erste Schraube. Ich war jedoch noch nicht ganz  von der Tiefe seiner Gefühle überzeugt und verlangte weiteres Schlucken. Zygmunt setzte es also mit einer etwas sauren Miene fort, bis sich auf einmal die Tür zu seinem Zimmer öffnete und seine Mutter  vor uns stand.

“Was macht ihr denn? Es herrscht bei euch eine so merkwürdige Stille, dass ich schon beunruhigt wurde”.

“Wir, hm…. das heißt Zygmunt, verschluckt einige Schrauben aus ‘kleinem Ingenieur’“, stotterte ich.

Seine Mama holte sofort den Vater zur Beratung. Der rief sobald einen befreundeten Arzt, um ihn nach seinem Rat zu fragen. Der Arzt empfahl ihm, Zygmunt ein Abführmittel zu geben, in der Hoffnung, dass er die Schrauben mit dem Stuhl loswird. Gott sein Dank, waren sie nicht allzu scharf.  Ich wurde nach Hause rausgeschmissen, bekam jedoch kein Hausverbot, schließlich waren unsere Eltern gute Freunde.

Am nächsten Tag besuchten wir alle die Nachbarn und erfuhren mit Erleichterung, dass das Abführmittel das seine getan hat und das Problem  erledigt war.

Auf dem Lande

Bald tauchte ein neuer Missbraucher auf. Stefan war der Sohn von früheren Arbeitgebern unserer Hausangestellten Genowefa, einem Kunstmaler und seiner Frau. Sie lebten in Wilanow, einem kleinen Dorf neben dem könliglichen Sommerschloss in der Nähe von Warschau. Genowefa stammte auch aus diesem Dörflein und hatte dort ein Häuschen mit Garten, wo sie oft einen Teil des Sommers mit mir und meiner Schwester als Gästen verbrachte. Zwischen der Herrschaft und Dienerschaft herrschten nämlich familiär-patriarchalische Verhältnisse, die sich beide Seiten des sonst üblichen  Klassenkampfes hochlobten. Wir besuchten auch oft die Familie von Stefan in ihrer schönen Villa und schauten uns die Bilder seines Vaters an, vor allem die obligatorischen Porträt von Stalin, den damals jeder Maler demonstrativ in seinem Atelierzimmer aufstellen musste.

Aber eines Tages, als ich dabei war, das Hauses von Genowefa zu verlassen, um im naheliegenden kleinen See zu schwimmen, bemerkte ich auf dem Gehweg vor unserem Gartenzaun eine auf der Erde gekritzelte Anschrift: “Stefan liebt Viki”.

Ich begann gerade die Schule und lernte erst zu lesen, aber Stefan konnte ganz gut schreiben, denn er war schon ganze zehn Jahre alt.

Als ich den Satz bestaunte, tauchte er auf und versuchte mich zu küssen. Ich wimmelte aber diesen alten, geilen Bock empört ab. Er hat sich trotzdem von mir nicht für immer abgewandt – er besuchte  öfters Genowefa und mich in Warschau. Er war nicht nur charmant, sondern  machte sich auch bei der Pflege meines Rollerscaters verdient, vor allem konnte er ihn immer vom Springseil befreien, das  sich oft zwischen seine Räder verwickelte. Trotzdem verlangte er nicht nach erotischen  Äquivalenten, vielleicht, weil meine Eltern auch zu Hause waren.

Doch nach einigen Jahren, als ich gerade elf wurde, erschien er mal bei uns mittags, als meine Eltern in der Arbeit verweilten. Er erklärte stolz, dass er zum benachbarten Kino ging, mich aber nicht einladen konnte, weil der Film erst ab dem Alter von zwölf Jahren erlaubt war. Ich schaute ihn wegen dieser arroganten Bemerkung hassvoll an, er warf aber auf mich geile Blicke (ich trug ein sehr ausgefallenes amerikanisches Kleid vom Second-Hand!) Dann drängte er mich in eine Ecke, die er mit der Tür dicht machte und küsste mich leidenschaftlich auf den Kopf. Ich war ratlos. Bald verschwand er zu seiner Kinoseance, denn er war dort mit einem Freund verabredet. Und noch als ich schon studierte, rief er mich gelegentlich an. Rührende Treue.

Dziś 70 rocznica powstania w Gettcie Warszawskim.
Nie umiem o tym pisać. Proszę Czytelników, żeby przeczytali “Campo di Fiori” Miłosza.
http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=6&u=101

Bruno Schulz reloaded

PRAPREMIERA!

18 kwietnia 2013 o godz. 17.00
w Dolnośląskim Centrum Fotografii ‘Domek Romański’
odbędzie się wernisaż wystawy „Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”.

02uniesienie

Jest to prezentacja eksperymentalnego projektu fotograficznego Mariusza Kubielasa i Jakuba Grzywaka, dla których inspiracją była twórczość literacka i plastyczna Brunona Schulza.

Z tej okazji publikujemy skróconą wersję eseju zamieszczonego w katalogu tej ekspozycji. Redaktorem publikacji i kuratorem wystawy jest Lidia Głuchowska.

Wystawa ukazuje unikalny eksperyment twórczy zapoczątkowany przez Mariusza Kubielasa, a kontynuowany wspólnie z założoną przez niego grupą Klisza Werk, do której, prócz Jakuba Grzywaka, zalicza się często także liczny zespół modeli-aktorów. Od 2009 r. inscenizują i utrwalają oni na kliszy fotograficznej parateatralne działania inspirowane twórczością Brunona Schulza.

08murplci

(…) Analizując dokładniej parateatralność cyklu U Schulza, za najadekwatniejsze dla niego porównanie uznać należy [jednak] nie teatr, lecz raczej zatrzymane kadry filmu niemego, a może utrwaloną na zdjęciu pantomimę. Prezentowane sceny nie rozwijają się bowiem w czasie i nie ukazują poszczególnych stadiów ruchu czy słynnych Schulzowskich metamorfoz, lecz stany momentalne, które oglądane w wertowanym pospiesznie katalogu czy na wystawie, zmieniają się raczej jak w kalejdoskopie czy izolującym od codzienności magicznym fotoplastikonie.

Tekst po polsku: Gluchowska-Schulz-KliszaPol

Cały tekst (wraz z przypisami) właśnie ukazał się jako:

Lidia Głuchowska, W magicznym fotoplastikonie. Transgresje, transformacje, reintegracje. Bruno Schulz, Klisza Werk i multimedia, w: Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, red./ed. Lidia Głuchowska, Wrocław:  Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu / Miesięcznik  „Odra”, 2013, s. 5-13. ISBN: 978-83-62290-41-3

***

03wojna

OPENING NIGHT!

April 18, 2013 at 5 pm
Roman House/Domek Romański, the Lower Silesian Photography Centre, is opening the exhibition called “Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

The show features a photographic experiment by Mariusz Kubielas and Jakub Grzywak inspired by the work of Bruno Schulz, a Polish-Jewish writer, graphic artist and painter.

On this occasion, we are publishing an abbreviated version of the essay published in the exhibition catalogue. The catalogue was edited by Lidia Głuchowska, who is also a curator of this exhibition.

The exhibition shows a unique artistic experiment initiated by Mariusz Kubielas, continued by him along with his group Klisza Werk. The group, apart from Jakub Grzywak, often includes a large amount of actors-models. Starting in 2009, to date they have staged and recorded on photographic film quasi-theatrical activities inspired by Bruno Schulz’s work.

09magia markownika

(…) analyzing the quasi-theatrical character of the At Schulz’s cycle more precisely one can conclude that the most adequate comparison for this art is not theater but rather frozen frames of a silent film or a pantomime registered by a photograph. The scenes presented in these photographs do not develop in time and do not present particular stages of movement or famous metamorphoses described by Schulz but instantaneous states which, when watched in the catalogue by turning the pages quickly or at the exhibition one after another, step by step appear to us consecutively like in the kaleidoscope or in the magical Kaiser Panorama which isolates them from daily life.

Full English text: Gluchowska-Schulz-KliszaAng

The full version of this essay (with footnotes) has been just published as:

Lidia Głuchowska, In the Magical Kaiser Panorama. Transgressions, Transformations, Re-integrations. Bruno Schulz, Klisza Werk and Multimedia, in: Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, red. / ed. Lidia Głuchowska, Wrocław:  Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu / Miesięcznik  „Odra”, 2013, pp. 13-20.  ISBN: 978-83-62290-41-3

***

Mieliśmy już na blogu informacje o tym projekcie – we had here already informations about this project:

OKIS & DOMEK ROMAŃSKI

05smiercnaraty

Julie III – Julie & Dagny

Dagny

Aleksandra Sawicka

Rozdział drugi – Wizerunki plastyczne Dagny

Miano muzy artystów, które przylgnęło do Dagny Przybyszewskiej, wzięło się prawdopodobnie stąd, że powstało dosyć dużo jej portretów nie tylko słowem malowanych. Autorami ich byli malarze i rzeźbiarze, których spotykała, obracając się w środowisku ludzi sztuki. To właśnie tym codziennym kontaktom w wąskim  gronie artystów można chyba przypisać mnogość plastycznych przedstawień tej atrakcyjnej kobiety. Wydaje się bowiem, że młodzi członkowie stosunkowo niewielkiego kręgu berlińskiej czy krakowskiej cyganerii artystycznej, świadczyli sobie wzajemnie „usługi portretowe”. Stąd tak wiele mniej lub bardziej udanych wizerunków autorstwa uznanych później w świecie sztuki malarzy czy rzeźbiarzy.

Dagny Juel Przybyszewska była niewątpliwie atrakcyjną modelką. Ze wspomnień jej współczesnych wyłania się obraz kobiety pełnej fizycznego i duchowego uroku. Bardzo plastycznie przedstawił ją w swoim opisie m.in. Adolf Paul: „Klasycznie czysty profil – gęsta masa jasnych loków, opadających aż po brwi, pozostawiała fantazji widza ocenę wysokości czoła. Uśmiech, który kusił do pocałunków, a do tego spoza wąskich warg dwa rzędy ostrych, perłowych zębów, które czekały tylko na sposobność, by znienacka ukąsić. A do tego wężowe ruchy znużenia i niedbałości, gotowe jednakże do błyskawicznie szybkiego ataku”.

Anonimowy autor nekrologu Dagny, opublikowanego po jej śmierci w prasie skandynawskiej, pisał: „Wysoka, szczupła, gibka i zwinna, z czarnymi brwiami i jasnymi oczami pod przymkniętymi, zmrużonymi powiekami. Duże, trochę za duże usta, z nieco zbyt wąskimi wargami, wargami purpurowo czerwonymi, lśniącymi nad śnieżnobiałymi nordyckimi zębami tak, iż każdy, kto jej  nie znał, przysiągłby, że były malowane, choć rzecz miała się przeciwnie.”

We wspomnieniach wiele miejsca poświęcono lekkiej jak obłok fryzurze Dagny Przybyszewskiej. Alfred Wysocki tak opisywał pierwsze spotkanie z żoną pisarza. „Zwróciły od razu moją uwagę jej włosy puszyste, okalające jej szczupłą twarzyczkę (…), tworzyły jakby złotą ramę, spoza której wysuwały się delikatne pasemka, wijące się wokół głowy niby zwiewny puch.” Nic zatem dziwnego, że wielu malarzy proponowały Dagny Przybyszewskiej pozowanie do portretu. Warto zatem przypomnieć jej plastyczne wizerunki i naszkicować sylwetki tych artystów (…), (które omówię) chronologicznie.

Za pierwszy portret Dagny Juel należy uznać powstały latem w roku 1892 w Åsgårdstrand obraz  Muncha, Muzykujące siostry. Osobliwy to portret, na którym nie widać twarzy jednej z modelek. Była to właśnie D przedstawiona jako pianistka, akompaniująca swej siostrze śpiewaczce Ragnhild Juel. Półtora roku później, na przełomie grudnia 1893 i stycznia 1894, powstał najsłynniejszy portret Dagny pędzla Muncha, znany jako Portret Dagny Przybyszewskiej. Jest on utrzymany w ciemnych barwach granatu i fioletu, a jedyną jasną plamę stanowi twarz modelki.  Portret ten do dziś zachwyca i intryguje publiczność (…) – znajduje się w zbiorach Munch-Museet w Oslo.

W styczniu 1994, prawdopodobnie podczas jednego ze spotkań bohemy, powstał ulotny szkic ołówkowy Hugona Höppenera. Höppener, który przyszedł na świat w Lipsku w 1868 roku,  znany był bardziej jako Fidus. Zanim w roku 1892 przeniósł się do Berlina, studiował w Monachium. W Berlinie przyłączył się do grona młodych artystów. Zafascynowany pięknem ludzkiego ciała i mitologią germańską, bardzo często w swoich pracach wykorzystywał motyw nagości. Żywo współuczestniczył w ruchu Secesji Berlińskiej. Rysunki rozpowszechniał w postaci tak cenionych dziś przez kolekcjonerów kart pocztowych. Narysowany przez Höppenera delikatny portret ołówkiem Dagny Przybyszewska (…) został opublikowany po raz pierwszy w książce Erika Vendelfelta, Den unge Bengt Lingforss. Nie udało mi się ustalić, czy oryginał przetrwał do czasów współczesnych.

Na przełomie lutego i marca 1895 powstało popiersie Dagny dłuta Gustava Vigelanda. Niestety, z nieznanych powodów rzeźbiarz zniszczył je, tak jak i popiersie Edwarda Muncha. Wbrew obiegowej opinii była to jedyna podobizna Dagny stworzona przez Vigelanda. Dopatrywanie się rysów obojga Przybyszewskich w rzeźbie Walc nie znajduje potwierdzenia w materiałach archiwalnych.

Tej samej zimy powstał w Berlinie kolejny portret Dagny. Państwo Przybyszewscy mieli wtedy okazję poznać niemiecką malarkę Annę Costenoble. Anna Costenoble, która dziś jest artystką całkowicie zapomnianą, urodziła się w Gdańsku w roku 1866. W roku 1894 rozpoczęła prace nad cyklem Tragedia kobiety,  mającym jej przynieść wkrótce wielki rozgłos. Malując portrety, pejzaże, kompozycje włączyła się w nurt Secesji Berlińskiej. Stanisław wyrażał się o malarce w superlatywach, pisząc do Franza Servaesa: „Nie znam chyba człowieka, który byłby tak absolutnie, tak zupełnie artystą, silnym, produktywnym artystą jak ona. I przy tym to silne dążenie do całości,  do nadzwyczajności, ta odwaga, z jaką odrzuca ona wszystko, co przypadkowe. A to jest – według mnie – kryterium wielkiego artysty.”

Zimą 1895 Costenoble stworzyła kilka portretów Stanisława Przybyszewskiego – wiadomo nam o dwóch miedziorytach, obrazie olejnym i sztychu, ale chyba było ich więcej – oraz portret Dagny Przybyszewskiej. Portret Przybyszewskiego podarowała artystka Marcie i Franzowi Servaesom.  Pozostałe grafiki i portret Dagny znalazły się w styczniu 1903 roku w Salonie Krywulta w czasie wystawy obrazów Anny Costenoble. Tam prawdopodobnie kupili je prywatni kolekcjonerzy.  Do roku 1939 znajdowały się w zbiorach Wandy Skoczyńskiej w Poznaniu. Nieznane są późniejsze losy tych obrazów – najprawdopodobniej zaginionych w zawierusze wojennej. Portret Dagny przetrwał zatem jedynie w postaci reprodukcji publikowanej w opracowaniu listów SP. Alfred Wysocki, który widział ten portret w naturze, twierdził, że był on malowany z pewną kobiecą złośliwością, a modelka ma na nim złe i wulgarne oczy. (…)

Najprawdopodobniej zimą 1897/1898 powstały dwa następne wizerunki Dagny Przybyszewska.  Kolejną malarką, która zdecydowała się sportretować Dagny, była Julie Wolfthorn. W jednym z niedatowanych listów z tamtego okresu artystka informowała Idę Auerbach, że Ducha teraz właśnie jej pozuje. (…) Swoimi wrażeniami po obejrzeniu portretu dzieliła się z modelką Margarethe Ansorge: „W końcu zobaczyłam u panny Wolf Twój portret.  Jest bardzo podobny, ale Ducho, Ciebie nie należy malować, Ciebie można tylko (podziwiać w naturze)”. Portret został wystawiony w roku 1899 w salonie Kellera i Reinera i tam sprzedany za pół ceny. Nie wiadomo, kto został jego właścicielem, ale kilka lat później reprodukcję portretu opublikowała redakcja pisma „Ost und West” w artykule poświęconym twórczości Julie Wolfthorn. Powstałe w ostatnich latach Koło Miłośników Julie Wolfthorn (Julie Wolfthorn Freundeskreis) ustaliło, że około roku 1998 portret nabył w Berlinie od handlarza dzieł sztuki prywatny kolekcjoner, którego tożsamości nie udało się ustalić, tak jak i miejsca przechowywania. Przy okazji sprzedaży zrobiono zdjęcie obrazu, będące dziś jedyną jego kolorową reprodukcją. (…)

ksiazka-julia-dagny

Rozdział piąty – W kręgu kobiet

Przyjęło się uważać Dagny za inspiratorkę geniuszów, otoczoną wianuszkiem artystów z kręgu bohemy, kristiańskiej, berlińskiej czy krakowskiej. Zwłaszcza jej życie w Berlinie kojarzy się głównie z nazwiskami towarzyszących jej wielkich Skandynawów – Muncha i Strindberga. Alfred Wysocki wspominał kameraderię, z jaką Dagny Przybyszewska i jej podobne bywalczynie berlińskich winiarni odnosiły się do mężczyzn. „Dagny P. i Sigrid L. była dla mnie niezwykle interesującymi, a nieznanymi dotąd typami nowej kobiety.  Wychowane w szkołach razem z chłopcami, uważały mężczyzn za towarzyszy. Opierały się poufale na ich ramieniu, opowiadały im dość swobodne historyjki, zmieniały przy nich pończochy, gdy przemokły, piły z nimi >>bruderschaft<<, ale to wszystko razem wzięte nie miało żadnego znaczenia.”

Znamy więc portret Dagny wśród mężczyzn i malowany przez mężczyzn, większość wspomnień jej dotyczących wyszło właśnie spod ich pióra. Wydawać by się mogło, że Dagny Przybyszewska obracała się wyłącznie w męskim gronie. Okazuje się jednak, że wokół niej było wiele interesujących pań, które również uległy urokowi egzotycznej Norweżki i które ona sama darzyła przyjaźnią. Zauważyć jednak można w opiniach tych kobiet pewną nutę dystansu do Dagny. Ich oczarowanie nie było tak bezkrytyczne jak w wypadku mężczyzn. Panie zdawały się oceniać ją bardziej surowo, choć miały dla niej wciąż wiele sympatii.

Jedną z najbardziej interesujących kobiet, które los zetknął z Dagny Przybyszewska była dzisiaj niemal zapomniana Hedwig Lachmann-Landauer. Ta pochodząca z rodziny niemieckich Żydów poetka i tłumaczka stała się na długi czas najlepszą przyjaciółką i powiernicą Richarda Dehmla. Urodziła się w Słupsku w roku 1865, była więc starsza od Dagny o zaledwie dwa lata. Osiedliwszy się w roku 1899 w Berlinie, w trzy lata później spotkała Richarda Dehmla. W tym czasie mogła się już poszczycić pierwszymi przekładami utworów Edgara Allana Poe. W późniejszym czasie tłumaczyła jeszcze wiele innych dzieł autorów anglojęzycznych, między innymi sztuki Oskara Wilde’a. W roku 1901 związała się z Gustavem Landauerem, a w dwa lata później oficjalnie została jego żoną.

Dagny i Stanisława Przybyszewskich Hedwig Lachmann najprawdopodobniej poznała przez Richarda Dehmla. Nie bywała pod „Czarnym Prosiakiem”, ale często gościła w domu Dehmlów w Pankow. Niewiele wiadomo na temat jej znajomości z Dagny. Zachował się tylko jeden list, w którym sformułowała – dość surowy zresztą – sąd na temat duchowości pani Przybyszewskiej. W roku 1896 – odpisując Idzie Auerbach – kwestionowała w nim opinię o Dagny wyrażoną przez Idę.

„Ta opinia o Dusze jest pozornie słuszna. Jako typ jest ona istotą zupełnie prerafaelicką, ale jako osobowość – nie za bardzo. Nie jest to wyłącznie moje zdanie o niej. Ma ona jedynie pewną cudowną zwinność i grację, pewnego rodzaju swobodę członków, która wydaje się duchowym przywiązaniem. Poza tym nie wiedziałabym, jak w jej wypadku potraktować tę aureolę. W każdym razie jako kobieta jest ona zupełną inkarnacją tego, czym Stachu jest jako mężczyzna. Ja również uważam ją za czarującą i nawet bardzo ją lubię, na tyle, na ile ją znam.”

Zachowała się również niedatowana kartka przesłana Dagny Przybyszewska przez Hedwig Lachmann. Lakoniczna treść niewiele mówi o rodzaju znajomości łączącej obie panie. „Szanowna Pani Ducho! Załączone ogłoszenie wycięłam dla Pani w Vossische Zeitung. Może się przyda. Jeśli tylko będę mogła, przyjdę jutro po południu.  Serdeczne pozdrowienia.”

Być może poza znajomością czysto towarzyskiej natury obie panie łączyły sprawy zawodowe. Zimą 1894 roku Dagny przygotowywała niemieckie tłumaczenie utworu Sigbjørna Obstfeldera Liv. Ponieważ jest ono napisane bardzo piękną niemczyzną, należy przypuszczać, że przy pracy translatorskiej służyć pomocą mógł ktoś, dla kogo niemiecki był językiem ojczystym. O ile wzajemna niechęć Richarda Dehmla i Dagny Przybyszewska wyklucza raczej poetę jako współpracownika tłumaczki, o tyle dość prawdopodobna wydaje się pomoc  posiadającej translatorskie szlify Hedwig Lachmann.

Przyjaciółką Hedwig Lachmann była urodzona w 1864 roku, pochodząca również z żydowskiej rodziny malarka  rodem z Torunia Julie Wolff, która ze względu na miejsce pochodzenia używała później nazwiska Wolfthorn. Hedwig Lachmann  i Julie Wolfthorn poznały się u Dehmlów, gdyż Julie była koleżanką ze szkolnej ławy Pauli Oppenheimer, pierwszej żony poety. Nie wiadomo, czy Dagny spotkała po raz pierwszy malarkę w Pankow czy późniejszym okresie, w salonie Idy Auerbach.  Panna Wolfthorn była świetną portrecistką, namalowała między innymi portret Idy Auerbach, Richarda Dehmla, Hedwig Lachmann i jej męża Gustava Landauera. Julie Wolfthorn wykonała też portret Dagny Przybyszewska.  Siostrą Julie była starsza o cztery lata Luise Wolf (podpisująca się także Louise Wolff). Siostry były bardzo ze sobą zżyte, przez wiele lat mieszkały razem.  Razem też zginęły w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Terezinie. Luise Wolf podobnie jak Hedwig Lachmann również była tłumaczką. Tłumaczyła autorów angielskich, francuskich i skandynawskich. Spod jej pióra wyszły niemieckie wersje dwóch książek Sigbjørna Obstfeldera – En præsts dagbog (Tagebuch eines Priesters) i Pilgerfahrten. Zatem prawdopodobne jest, że to Luise Wolf pomagała Dagny w pracy nad jej tłumaczeniem Liv Obstfeldera. (…)

Julie II – Głosy z umarłego miasta

Katarzyna Krenz, Głosy z umarłego miasta

Głos I: Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

*
Terezin (czes. Terezín, niem. Theresienstadt) – miasto i twierdza w Czechach, w kraju Ujskim, nad rzeką Ochrza, na południowy wschód od Litomierzyc. W 1939 roku miasto znalazło się na terenach okupowanego przez III Rzeszę Protektoratu Czech i Moraw. W 1941 roku w tamtejszej twierdzy założono obóz koncentracyjny Theresienstadt, nazywany „modelowym ghettem”. Przeznaczony było głównie dla ludności żydowskiej z terenów niemieckich, czeskich, austriackich i holenderskich oraz dla więźniów politycznych. W obozie przebywało ok. 140 tysięcy osób, z czego zginęło ok. 60 tysięcy; wiele tysięcy wywieziono do innych obozów.

Głos II: Julie

wolfthorn_gNiemiecka malarka, pochodzenia żydowskiego, znakomita portrecistka, graficzka. Studiowała malarstwo w Berlinie, dokąd z czasem przeprowadziła się na stałe. Współzałożycielka (w 1898 r.) „Berlińskiej Secesji” i „Verein der Künstlerinnen und Kunstfreunde Berlin“, w 1905 roku, wraz z 200 innymi artystkami podpisała petycję, żądającą prawa wstępowania do „Preußisch-Königliche Kunstakademie“, która została jednak odrzucona. Wraz z Käthe Kollwitz założyła kooperatywę wystawienniczą „Verbindung Bildender Künstlerinnen“. W 1912 roku powołana (wraz Kollwitz) na dyrektorkę „Secesji“, w 1933 roku przymusowo usunięta. Pozostała jednak w Berlinie, współpracując z „Kulturbund Deutscher Juden“, mimo nacisków ze strony nazistów, którzy ostatecznie  zdelegalizowali tę organizację w 1941 roku, przejmując jej stan posiadania i aresztując członków. W październiku 1942 roku razem z siostrą Louise została deportowana do obozu Theresienstadt, gdzie zmarła dwa lata później, 29 grudnia 1944 roku, w wieku 80 lat.

HedwigLachmann

Portret Hedwig Lachmann namalowany przez Julie Wolfthorn – Hedwig była niemiecką pisarką, poetką i tłumaczką z żydowskiej rodziny (1865 – 1918)

Za zasłoną

Pod cienką warstwą werniksu
ukrywałam nową jakość,
scalając obrazy ponad i poza mną
aby tworzyły osobne światy.

Odgrodzone od siebie –
ja od nich, kobiety z portretów
ode mnie – żegnałyśmy się,
by nigdy więcej się nie spotkać.

A może to tylko ja odeszłam,
a one pozostały w świecie
przedstawionym? Naturalnie,
jeśli nie strawiły ich żywioły –

ognia, wody i nienawiści.

Niebo ginęło za zasłoną dymu i mgły,
gdy stanęłam u wrót miasta-twierdzy.
Spojrzałam na słońce, jakże było
obojętne, płynne jak stal –

I takie już pozostało do końca.

Słońce – martwe. Nieme niebo, nieme
oczy i niemi świadkowie z moich obrazów.
Nikt nie okazał lęku, gdy odchodziłam –
przyjęto spokojnie moją śmierć

ze starości.

Głos III: Friedl

Frederika „Friedl” Dicker-Brandeis urodziła się 30 lipca 1898 roku. Austriacka malarka, projektantka, absolwentka i wykładowczyni w szkole Bauhaus w Weimarze. W grudniu 1942 deportowana wraz z mężem do Terezina, gdzie potajemnie uczyła dzieci rysunku, wierząc, że dzięki sztuce łatwiej im będzie zrozumieć własne uczucia i otaczający świat. We wrześniu 1944 roku jej męża wysłano do Oświęcimia; aby się z nim nie rozłączać, Friedl zgłosiła się na ochotnika do następnego transportu. Przed odjazdem przekazała przełożonej z Domu dla Dziewcząt L 410, Rai Engländerovej, dwie walizki zawierające 4500 rysunków swoich uczniów. Zginęła w obozie 9 października 1944 roku; jej mąż, Pavel Brandeis, przeżył wojnę.

Dotyk koloru

Na przekór czynom i słowom okrutnym
do końca widziała świat w kolorach –
by zgodzić się na rzeczywistość,
by nie godzić się na rzeczywistość

Z małego okna na poddaszu w T.
rozciągał się widok na obce choć piękne
pole z jednym drzewem pośrodku,
które samo w sobie stanowiło
rzeczywistość wbrew rzeczywistości.

Któregoś dnia meteor wojny uderzył
w zieleń trawy na polu i w białą chmurę
nieba i jabłoni. To był znak, meteory i komety
zazwyczaj odczytujemy jako znaki. Wtedy
Friedl zaczęła malować swój ostatni obraz:
ziemię rozdartą, spaloną. I drzewo całe we krwi.

Do obozu w A., oprócz walizki z podręcznymi
rzeczami i pudełka kredek zabrała tamten widok z okna
kolorowy, zapamiętany. Tylko obrazki dzieci,
ukryte na strychu – tylko one przetrwały.

Głos IV: Post Scriptum

(Szeptem)

W czasach pokoju może wystarczyłoby powiedzieć: jestem.

Starą kobietą. Malarką. Osobą. Wojnie to nie wystarczyło. Dopatrzyła się słabości waszego prawa do wolności sztuki, do ucieczki w obraz daleki i wyzwolony, dokąd tylko wybrańcy mogą wejść i zanurzyć się w tęczy. Wojnie niewiele trzeba, by złamać prawo i zabić starą kobietę, która mówi szeptem albo nie mówi już nic. I nawet już nie maluje, tylko szkicuje cienkim grafitem na skrawku nieba.

Bracia Snu

I powiedzieliśmy: bracia, nastał świt,
porzućmy tarczę naszej zemsty, oto
zakopany gniewny miecz Odyna –

tylko cmentarze będą pamiętać.

Siostry, zaśpiewajcie protest-song!
Odtąd wonne przetwory z pigwy
niech warzą się w jasnym ogniu spokoju –

bo nasze wiosło z kości słoniowej*,
a sztandar nie z krwi, lecz z jedwabiu
i w sadach owoc dojrzewa.

Bracia i siostry! I trwać będziemy
w porządku sumienia, poddani
dyktaturze nowego dnia i czystych

sformułowań rozumu.

Trwajmy.

* Parafraza z poematu Théophile Gautier, z cyklu L’Île Inconnue, do którego Hector Berlioz skomponował muzykę w 1841 roku. Dokładnie 100 lat później, w 1941 roku, powstał obóz koncentracyjny Theresienstadt.

Julie I – Wilczyca z Torunia

Julie_WolfthornNie gehört, nicht wahr?

Julie Wolfthorn

Nigdy o niej nie słyszeliście, prawda?

Rozpoczynamy dziś na blogu krótki cykl wpisów o Julie Wolfthorn – dziś, jutro i pojutrze zamieścimy posty o tej malarce, o której nikt  nigdy nie słyszał, a i nie każdy historyk sztuki się z nią zetknął. Pomysł napisania o Julie wyszedł od Lidii Głuchowskiej.

Heute, morgen und übermorgen schreiben wir über Julie.

Urodziła się 8 stycznia 1864 w Thorn czyli Toruniu jako Julie Wolff, zmarła 29 grudnia 1944 roku w Theresienstadt. Pochodziła z rodziny żydowskiej, była niemiecką malarką i graficzką. Gdy zaczęła malować odjęła od nazwiska Wolff jedno f, co zmieniło je w Wilka, a dodała nazwę miasta, z którego pochodziła – Julie Wolfthorn. Piękne – Wilczyca z Torunia. Umarła w Teresinie, pokazowym niemieckim obozie koncentracyjnym. Do końca życia malowała.

Okazją do przypomnienia Julie jest wystawa przygotowywana właśnie w Galerie Die Insel w Berlinie – galerii należącej do Berliner Fraueninitiative Xanthippe e.V. – Inicjatywy Kobiecej Ksantypa. Kuratorinnen / Kuratorki: Ilse-Maria Dorfstecher, Gabriela Ivan, Sabine Krusen.

19.04.2013, Freitag / piątek, 19:00 Uhr, Vernissage
»Wieder im Licht – geehrt ausgegrenzt wiederentdeckt«

Kate Diehn-Bitt | Oda Hardt-Rösler | Käthe Loewenthal
Käthe Münzer-Neumann | Lene Schneider-Kainer | Hedwig Woermann | Julie Wolfthorn | Augusta von Zitzewitz
(bis / do 25.05.2013)
Insel-Galerie – Torstraße 207, 10115 Berlin

Tytuł wystawy trudno tak dobrze przetłumaczyć na polski, jak brzmi po niemiecku. Wieder im Licht – Znowu w świetle. Wystawa o malarkach: geehrt ausgegrentzt wiederentdeckt – cenione – wyrzucone poza nawias społeczeństwa – ponownie odkryte. Po polsku byśmy ten tytuł pewnie inaczej sformułowali – może tak: słynne zapomniane ponownie odkryte.

Dziś o  Julie tekst po niemiecku.

Dr. Irene Knoll

„Meine Freundin Julie Wolff träumt davon, Sie malen zu dürfen“, schrieb Hedwig Lachmann am 4.4. 1896 an Ida Auerbach, die spätere Frau Richard Dehmels. Sie benutzt den Geburtsnamen Julie Wolfthorns, ein Zeichen dafür, dass die beiden Frauen einander schon lange kannten. Zu dieser Zeit dürfte Julie Wolfthorn aber ihre Arbeiten schon mit ihrem Künstlernamen gezeichnet haben, den sie sich in Anlehnung an ihre Geburtsstadt Thorn an der Weichsel, das heutige Toruń, gab.

Mit dem Bildnis von Ida Auerbach, das im Dezember desselben Jahres entstand, ein Porträt in Lebensgröße, gelang Julie Wolfthorn auf der Großen Berliner Kunstausstellung 1897 der Durchbruch in der Berliner Kunstwelt. In den folgenden Jahren profilierte sie sich als excellente Porträtistin, deren Können und Malkultur weder von den Künstlerkollegen noch von der Kunstkritik mehr bestritten wurde.

Julie Wolfthorn ist 1944 im KZ Theresienstadt umgekommen. In den nachfolgenden Jahrzehnten, bis in unsere Tage hinein, waren Werk und Lebensdaten der großen Künstlerin vergessen, ja, schienen verloren. Erst in den neunziger Jahren kam allmählich ein suchendes Interesse auf, nachdem einige Bilder von ihr auf Ausstellungen erschienen waren. Inzwischen konnte durch weitreichende Recherchen und Kontakte, durch sorgfältige Kleinarbeit, besonders vom Berliner Freundeskreis Julie Wolfthorn intensiv betrieben, Leben und Werk Julie Wolfthorns wieder erschlossen werden.

Julie Wolfthorn war das fünfte Kind des jüdischen Kaufmanns Julius Wolff und seiner Frau Mathilde, geb. Neumann. Sie kam 1883, nach dem Tode beider Eltern, nach Berlin. In den achtziger und neunziger Jahren des 19. Jahrhunderts hat sie sich das Handwerkliche der Malerei durch privat betriebene Studien in Berlin und anschließend an der privaten Kunstakademie Colarossi in Paris angeeignet. In Berlin hat sie in der Kurfürstenstr. 50, ihrer Wohnung, selbst Frauen Malunterricht erteilt.

Von der männlichen Kunstkritik ist der Eintritt der Frauen in die Malerei zunächst mit Desinteresse, dann mit beiläufiger Gönnerhaftigkeit bedacht worden, “denn die Kunst ist vom Mann für den Mann gemacht“, wie der Kritiker Karl Scheffler schrieb. Er befand sich damit ganz auf der Fährte des Vorsitzenden der Preußischen Akademie der Künste, Anton von Werner, der Petitionen von Künstlerinnen für die Zulassung von Frauen zum Studium an der Kunstakademie wiederholt und bis zu seinem Tode ablehnte. Solche Petitionen wurden auch von Julie Wolfthorn gezeichnet.

Um 1900 gehörte sie zu den wenigen namhaften Künstlerinnen Deutschlands. Sie war eine von vier Frauen, die der 1898 unter Vorsitz Max Liebermanns gegründeten „Berliner Secession“ als Gründungsmitglieder angehörten. Die biografischen Daten, die nach und nach gewonnen wurden, offenbaren ihre intensive Mitarbeit an vielfältigen Initiativen, das Kunstschaffen der Frauen anzuregen und zu fördern und ihren Werken eine Öffentlichkeit zu verschaffen. Auf den Secessionsausstellungen bildeten die Arbeiten von Frauen nur einen verschwindend geringen Anteil. 1906 rief Julie Wolfthorn gemeinsam mit anderen Secessionistinnen und einigen Künstlerinnen aus München die „Verbindung bildender Künstlerinnen“ ins Leben, die fortan eigene Ausstellungen organisierten und weitaus mehr Beachtung fanden. Auf der Secessionsausstellung 1908 war dann schon jedes siebente Bild das einer Künstlerin.

Julie Wolfthorn gehörte dem „Verein der Berliner Künstlerinnen“ an, war Mitglied des „Frauenkunstverbandes“ und des „Deutschen Lyceum Clubs“, die eigene Ausstellungen veranstalteten. Die Themen solcher Ausstellungen sind inspiriert von Ideen und Zielen der bürgerlichen Frauenbewegung: Die schaffende Frau, Das Gesicht der selbständigen Frau, Die Frau von heute, Die gestaltende Frau, Das Kind.

Mit sehr viel Anerkennung werden in den Kritiken die Porträts Julie Wolfthorns erwähnt, aber auch ihre Landschaften finden zunehmend Aufmerksamkeit. Ein Foto aus dem Jahre 1914 zeigt sie, beladen mit Sonnenschirm und Malutensilien, in einer Gruppe anderer Malerinnen auf dem Wege zu einem landschaftlichen Malmotiv. Sie hat am Berliner Wannsee, in Ferch, in der Mark Brandenburg, auf Hiddensee, in Italien im Freien gearbeitet. „ Julie Wolfthorn ist modern im allerbesten Sinne des Wortes. Sie weiß sowohl dem heimlichen Stimmungszauber einer Landschaft Ausdruck zu geben, wie sie auch dem Menschen auf den Grund seiner Seele schaut und in ihren Porträts jede Individualität so scharf heraushebt, dass dem Beschauer der ganze Mensch sofort deutlich wird.,“ schrieb die Publizistin Luise Schulze-Brück.

Julie Wolfthorn galt als die „Seelenkennerin“ unter den Malern.1929 hat sie sich in einem Aufsatz für „Westermanns Monatshefte“ dazu geäußert: „ Ich habe es immer als meine Hauptaufgabe betrachtet, neben dem künstlerischen das psychologische Moment in meinen Bildnissen besonders zu betonen. Dazu gelange ich mehr auf dem Wege der Intuition als durch bewusste Gedankenarbeit. Oft habe ich das Gefühl, als malte nicht ich, sondern ein andrer in mir, so dass ich mitunter überrascht vor meiner eignen Arbeit stehe. Das sind die glücklichsten Momente des Schaffens.“ Zu den heute noch oder wieder bekannten Porträts von Julie Wolfthorn sind neben dem Porträt Ida Dehmels vor allem ein Bildnis von Richard Dehmel, ein Porträt von Gustav Landauer, das Porträt Hedwig Lachmanns, das Doppelportrtät Gerhart Hauptmanns und seiner Frau zu nennen. Sie war eine besessene Arbeiterin von überraschender Vielseitigkeit. Für die Zeitschrift „Jugend“ hat sie mehrere Titelblätter geschaffen; Aktzeichnungen, Buchillustrationen, Blumenstücke und Stilleben entstanden, und zu den bemerkenswerten Leistungen der aufkommenden Plakatkunst gehört ein Plakat, das sie für den soziademokratischen „Vorwärts“ schuf.

Nach der Machtübernahme durch die Nationalsozialisten wurde Julie Wolfthorn aus den Vereinen ausgeschlossen, Veröffentlichungen und die Ausübung ihres Berufs wurden ihr verboten. Nur in den Räumen des Jüdischen Kulturbundes wurden noch Arbeiten von ihr ausgestellt. Sie organisierte mehrere Atelierausstellungen und sprach mit den Besuchern über ihre Arbeit. In einem Bericht über einen solchen Besuch wird Ende 1934 im Gemeindeblatt der Jüdischen Gemeinde Berlin eine Fülle von Werken unterschiedlicher Schaffenszeiten und Genres erwähnt. „Ein Zug von ungewöhnlicher Frische, verbunden mit Reife des Könnens und einer gewissen unverwüstlichen Tüchtigkeit, macht die Erscheinung dieser Künstlerin besonders sympathisch“, schrieb der Verfasser Dr. M. Rieß.

Julie Wolfthorn wurde im Oktober 1942, in hohem Alter, nach Theresienstadt, deportiert. Wo all jene Werke, die zu diesem Zeitpunkt in ihrem Atelier standen, geblieben sind, konnte bisher nicht ermittelt werden. Sie starb am 21. Dezember 1944, wenige Tage vor ihrem 81. Geburtstag. Sie hat auch im Lager noch gemalt – Porträts von Leidensgefährten. Unter diesen letzten Arbeiten, die erst vor wenigen Jahren bekannt wurden, ist das Bildnis einer alten Frau, mit Bleistift skizziert und in schwachen Farben aquarelliert, auf schlechtem Papier festgehalten – ein kleines Kunstwerk und ein Dokument. Es trägt das Datum vom 6.Sept. 1943. Sie hat es „Rekonvaleszentin“ benannt.

Am 4. Juli 1947 erschien in „Der Weg“, einer Publikation der Jüdischen Gemeinde Berlins, unter der Überschrift „Der Leidensweg einer jüdischen Künstlerin” ein Bericht von Peter Edel. Der Schriftsteller Peter Edel, dessen eigentlicher Familienname Hirschweh ist und der in der Kurfürstenstraße 50 wohnte und bei Julie Wolfthorn Malunterricht hatte, hat darin seine letzte Begegnung mit ihr beschrieben; er selbst wurde nur wenige Wochen nach Julie Wolfthorn deportiert. „Auf die weite Reise im Viehwaggon nahm sie zwei Aquarellkästen, einige Pinsel und viele Bogen Papier mit. Sie versteckte diese Utensilien behutsam zwischen ihren Kleidern und den Büchern, die ihre alte Schwester mitnehmen wollte, und sorgte sich mehr um die Bleistifte und die Temperafarben als um das eigne Leben. ‘Man kann überall malen. Überall! Wohin man auch kommt‘, sagte sie mir, als sie sich verabschiedete.“

Stolperstein_JuliaWolfthornStolperstein / stumbling block / (kamień, o który się potykamy) kamień pamięci – Julia Wolfthorn, Kurfürstenstr. 50, Berlin-Tiergarten – Wikipedia Commons, Autor OTFW Berlin 2013

Autorka o tym nie wspomina, ale istniały też namalowane przez Julie portrety Dagny Juel i Stanisława Przybszewskiego. Zaginęły, jak wiele innych dzieł Julie, ale coś o nich wiadomo i podzielimy się z Czytelnikami tym, co wiadomo.

Następne teksty o Julie Wolfthorn:

Katarzyna Krenz: Głosy z umarłego miasta
Aleksandra Sawicka: Julie i Dagny