Rozmyślania co dziesięć lat

Roman Brodowski

Elegia (pieśń)

Kiedy odejdę starym kalendarzem
Zapięty klamrą niespełnienia
Zamilkną usta spraw codziennych
Czekając swego przebudzenia

W szufladzie usną żółte kartki.
Pokryte kurzem i… tęsknotą,
Nie przeczytane jeszcze wiersze.
I to pytanie – komu, po co?

A na pianinie, od lat już niemym
Chopina zagra ktoś nokturny.
Lecz tej melodii nie usłyszą
Prochy mej szklisto-czarnej urny.

I tylko pamięć gdzieś zapuka
W sercu przypadkiem się obudzi
Chwile zostanie w tym niebycie
Pośród bytowych jeszcze ludzi.

Tyle zostaje nas dla innych
Ile nas w myślach swoich noszą,
Jakaś elegia, krzyż lub kamień
I to pytanie – komu, po co?

Kiedy odejdę starym kalendarzem
Odziany w zgrzebny strój przeszłości
To pozostawię w pustym miejscu…,
Tak! te pytania dla potomności.

Berlin 01.10.2011

Jestem

Usiadłem zwyczajem wędrowca
Na chłodnej kamiennej skale.
Jak Sokrates oparty troską,
Pogrążony ciałem w zadumie.

Czyżby to kamień prawdy?
Filozoficzna zagadka niebytu.
Jeśli tak, to i ja niemędrzec
Nie odkryję w nim dalszej drogi,

Czyżby konflikt mojego wnętrza,
Był bezbarwiem banalnej prozy,
Elementem dysharmonii świata.
Pytaniem o to – kim jestem?

Ja jestem przyjacielem i wrogiem,
Syntezą ludzkiej siły i słabości,
Ofiarą wężowego uścisku temidy
I panem własnego Logosu.

Jestem historią spisaną na piasku,
Wietrzno-porannej pustyni,
Tajemnicą Bożego zamierzenia
Wyrwaną z ram kreacjonizmu.

Jestem marnym aktorem bytu
Niewolnikiem własnej filozofii.
Embrionem w łonie ponadczasu
Dla innych po prostu – Jestem –

Berlin 21.02. 2001

Pomagam

Czy będzie pociechą dla Autorki, że ja też miałam takie doświadczenia, a zapewne wszyscy je mieliśmy…?

Krystyna Koziewicz, Z obserwatorium zwykłej baby

Intruz w moim łóżku

Gotowość niesienia pomocy ludziom w potrzebie to dla większości z nas odruch bezwarunkowy. Pomagać trzeba, nie zważając niekiedy na niezręczną sytuację, niewygodę czy koszty, nie oczekując w zamian wdzięczności, rewanżu. Często wystarczy zwyczajne słowo „dziękuję” i już się człowiek czuje usatysfakcjonowany. Kiedy w trudnej sytuacji życiowej udaje się faktycznie komuś pomóc, zawsze myślę sobie, że Opatrzność rejestruje dobre uczynki i zapewne odda z nawiązką w innej formie. Na przykład zdrowie! Moim jedynym życzeniem i marzeniem jest żyć w zdrowiu, z resztą problemów potrafię sobie sama poradzić.

Zadzwoniła do mnie znajoma z alarmującą prośbą, by serdecznemu koledze wynająć pilnie pokój na tydzień, odpłatnie oczywiście, ponieważ oddał mieszkanie, a nowe nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Z naszej rozmowy wynikało, że wielokrotne próby znalezienia noclegu zakończyły się fiaskiem. Facet jest bez dachu nad głową, a na hotel go nie stać. „Może chcesz zarobić parę groszy,  zawsze to coś, przyda ci się, jesteś rencistką, okazja do podreperowania budżetu” – przekonywała. Rozumiejąc dramaturgię sytuacji po namyśle zaproponowałam pokój do dyspozycji z używalnością kuchni i łazienki. Jak trzeba to trzeba, znajomym się nie odmawia!

W niecałą godzinę pojawia się delikwent z walizami. Czuję się nieco  zaskoczona, bo nie miałam nawet czasu, by psychicznie przygotować się na lokatora. Szybko uporałam się z problemem, przygotowałam sypialnię, opróżniłam część szafy, zmieniłam pościel, przygotowałam szafki na kosmetyki  itp., itd., itp., itd… Jak w piosence. Udostępniłam moje łoże, bo innego rozwiązania nie było. Dla siebie postarałam się o łóżko polowe od sąsiadki. Nie byłam zachwycona nową sytuacją, ale skoro obiecałam, to na tydzień trzeba było zrezygnować z własnych wygód. W końcu tydzień wyrzeczeń to nie wieczność, no i nie za darmo, parę euro wpadnie to zaszaleć można w TK Maxx.

Lokator okazał się sympatyczny, dbający o higienę, codzienna kąpiel, gotowanie, telefonowanie, korzystanie z Internetu i godzinne przesiadywanie. W kuchni pojawiły się garnki, kubki, szkliwo, czajnik, patelnia oraz żywność – cała lodówka. Niewygodę i skrępowanie czułam od pierwszego momentu, ale co tam, trzeba było zmienić rytm życia i zacisnąć paszczę. Wszak na krótko, dam radę przecież! Mija tydzień, a tu ani widu ani słychu o wyprowadzce. Jeszcze jeden tydzień… usłyszałam  od lokatora prośbę. No cóż, trzeba być wyrozumiałym, remont się przedłuża, a właściwie się wcale nie zaczął, bo brak prądu, wody i czort wie co. No, ale i tym razem da się wytrzymać! Naturalnie było mi źle żyć pod jednym dachem z obcym mężczyzną. Owszem, znałam go z widzenia. Chłopisko na dwa metry, rzekomo „figura”? Znał Marka – powiadał. Jakiego Marka? – zapytałam. No wiesz, ambasadora… Hm, to ty takich masz kolegów i nie pomogli? – pomyślałam. Z zawodu radca, w Polsce był ponoć prokuratorem, prawo powinien mieć w paluszku. Taki to musi być porządny, najwyższa instancja moralności: nie oszuka, nie wykorzysta, nie kłamie. Wiarygodniś! Okazało się, że pobyt przedłużył się o jeszcze jeden tydzień, w międzyczasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, trzeba było brać antybiotyki i leżeć w łóżku. W moim łóżku leżał wygodnie kto inny, a ja na kozetce w ciągu dnia, nocą na skrzeczącym łóżku polowym. Po trzech tygodniach, kiedy musiałam wziąć druga serię antybiotyków, powiedziałam, że musi sobie poszukać innego lokum. Byłam nadal chora, potrzebowałam własnego łóżka i spokoju. Nie spodobała mu się moja decyzja, ale wtedy byłam już znużoną tą sytuacją i było mi wszystko jedno, co ten człowiek sobie o mnie pomyśli. Miałam głęboko gdzieś, zwłaszcza że intruz czuł się zbyt pewnie i za swobodnie. Odchodząc zabrał tylko część maneli, pojawiał się od czasu do czasu pod pretekstem, bo nadal nie miał gdzie mieszkać, ale byłam już nieubłagalna. Nie i nie! Miał być na tydzień, skończyło się na trzech i w dodatku bez żadnej rekompensaty poniesionych kosztów, bo już zorientowałam się, że za często użala się na brak pieniędzy. Kiedy wspomniałam o pieniądzach, usłyszałam, że jest zaskoczony. ”A to coś nowego” – powiedział zdziwionym głosem.

Jak to coś nowego, a jak myślałeś, że mam ponosić koszty użytkowania prądu, telefonu, wody?

No cóż, nie wiedziałam, że prawnikowi takie sprawy trzeba wyjaśniać, chłop najwyraźniej nie kapował, o co mi chodzi? Cwaniaczek myślał, że pomagam bezinteresownie. No szkoda, że jeszcze nie karmiłam, no i  kieszonkowe mogłam przecież dawać. Do tej pory się nie rozliczył, a minęły już dwa lata, pewnie się więc i nie rozliczy. Przełknęłam tę gorzką lekcję, ale nic bardziej mnie nie złości, niż myśl, że zgodziłam się na to, by w moim łóżku spał intruz. Cwany intruz.

Die Vertriebenen Europas

VertriebeneJohann Jankowsky

Die Vertriebenen Europas

Um als Deutscher über Vertriebene in Europa zu schreiben, ist es sicher notwendig, einen Blick auf das letzte Jahrhundert zu werfen. Das soll nicht mit der Absicht geschehen, irgendwelche Realitäten zu relativieren.

Ich will mich bemühen, das Thema – trotz aller Brisanz – zu erörtern und dabei ein Höchstmaß an Fairness und Objektivität zu bewahren.

Objektivität, als unverzichtbares Element leitet sich bestimmt nicht nur aus eigenen Erfahrungen ab, es verlangt einen nüchternen Blick auf die Geschichte.

Insbesondere die beiden Weltkriege waren Menschheitstragödien von unvorstellbaren Ausmaßen. Es waren Ereignisse, die mit äußerster Brutalität und Skrupellosigkeit – ohne Rücksicht auf alle Prinzipien des Humanismus – geführt wurden. Diese Erfahrungen haben dazu geführt, dass sich die Völker Europas jahrzehntelang unversöhnlich gegenüberstanden.

Es stellt sich immer wieder die Frage nach der Schuld. Darin ist sich die Welt einschließlich der Deutschen im klaren. Im Bewusstsein der Menschen und in den Geschichtsbüchern sind die Deutschen als Verursacher von Leid und Elend eindeutig identifiziert und tragen deshalb auch die Schuld für das Unentschuldbare.

Deutschland hat versucht in den Jahren nach Ende des 2. Weltkrieges die  Problematik mit den Betroffenen aufzuarbeiten. Natürlich traten bei diesem Prozess die begangenen Verbrechen und die damit verbundenen Verletzungen, Tötungen und Vernichtungen zutage und machten und machen bis zum heutigen Tage  Differenzierungen in Fragen der Vertriebenen fast unmöglich.

Aus Sicht der Deutschen soll es auch keine Relativierungen über Schuld und Verantwortung geben.

Wie kann und sollte jetzt aber mit dem Vertriebenenproblem insgesamt umgegangen werden?  Ist das einzige Resultat, dass der Verursacher von Leid und Elend für immer zu schweigen hat, weil er Täter war?

Auch dieser Auffassung sollte unser uneingeschränkter Respekt gelten.

In Teilen der insbesondere von der Vertreibung betroffenen deutschen Bevölkerung regt sich jedoch der Wunsch nach Anerkennung des eigenen Leids  mit der Begründung den Krieg nie gewollt zu haben und mit dem Nationalsozialismus nichts zu tun gehabt zu haben.

Flüchtlinge waren nach dem 2. Weltkrieg Millionen von Deutschen allemal. Die Frage stellt sich: Haben sie es durch die Verbrechen der Nationalsozialismus verwirkt, Anspruch auf Anerkennung als Vertriebene zu erheben.

Von Opfern und ehemaligen Tätern, die über diese Frage zu befinden haben, ist  eine Entscheidung mit Ängsten, Aggressionen, Hoffnungen und Schmerzen verbunden.

Eine eindeutige Antwort wird es nicht geben, aber lässt sich vielleicht die Sprachlosigkeit ein Stück überwinden? In einem vereinten Europa sollte die Frage unter Berücksichtigung aller Aspekte beantwortet werden.

Vielleicht sind es ja auch zwei Antworten.

centrumwypedzonych

Foto: Krystyna Koziewicz

Puppendienstag: Olga

Gertraud Pohl, eine Photographin und Dichterin, gastierte hier vor einer Woche mit der Puppe namens Bukfenz, heute – Olga.

Über Olga schrieb die Autorin:

Olga begleitet mich seit fast 50 Jahren, sie hat alle Stürme meines Lebens miterlebt, und die “Geschichte, die sie zu erzählen hat”, ist auch meine eigene Geschichte.

Olga4.webWen hab´ ich gestört?

Der Folter der Worte
Für immer entfliehn
Zur himmlischen Pforte
Von geistvollem Sinn.
Gefängnis aus Fragen
Und keiner, der schützt,
mein Weinen und Klagen,
es hat nichts genützt,
mein Schweigen verklungen,
von keinem gehört.
Die „Mörder“ gedungen –
Wen hab´ ich gestört?

Olga3.webOlga1-2
Puppen sind magisch. Puppen sind unheimlich. Puppen sind symbolisch. Weil… Puppen sind wir,  von unbekannten Gewalten am Draht gezogen, sagt Danton in “Dantons Tod” von Georg Büchner. Und Heinrich von Kleist verstärkt es noch mit seinem berühmten Zitat aus dem Text “Über das Marionettentheater” (1810):

Die Puppen brauchen den Boden nur, wie die Elfen, um ihn zu streifen, und den Schwung der Glieder, durch die augenblickliche Hemmung neu zu beleben, wir brauchen ihn, um darauf zu ruhen, und uns von der Anstrengung des Tanzes zu erholen.

Olga & Sara.web
Dieses Foto kam mit der Unterschrift: Olga und Sara. Vielleicht kommt Sara auch Mal zu uns.

Poezja – Poetry – Poesie / Tuwim

2013 to rok Tuwima. Niezależnie od tego, czy Sejm tak chciał (a w końcu jednak chciał), albo czy Młodzieszy Wrzehpolskiej się to podoba czy nie (się nie podoba).  Poeta urodził się w roku 1894, zmarł w 1953. Ale jest inny powód, dla którego obchodzimy rok tuwimowski. Przed stu laty – 6 stycznia 2013 roku – Kurier Warszawski opublikował wiersz Prośba. Autor miał wtedy 18 lat i była to jego pierwsza publikacja. Wiersz, który dziś publikuję – Berlin 1913 – powstał dopiero kilkanaście lat później, ale chyba jasne jest, dlaczego z całego bogactwa wierszy Tuwima wybrałam właśnie ten.

Julian Tuwim, Berlin 1913, śpiewa Leszek Długosz, muzyka Leszek Długosz albo Zygmunt Konieczny, źródła plączą się w zeznaniach.

O, smętne, śnieżne, nevermore!
Dni utracone, ukochane!
Widzę cię znów w Cafe du Nord
W mroźny, mglisty poranek.

Strach, słodki strach od stóp do głów,
Dygot błękitnych, czułych nerwów,
I sen był znów, i list był znów:
Mgła legendarnych perfum.

Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
I nigdy w życiu mnie nie będzie.
Zostanę w liście, zostanę w śnie,
W tkliwej, śnieżnej legendzie.

Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
Dzień sennie sypie się i szepce.
Ach, serce moje i młodość mą
W srebrnej nosisz torebce.

Wczoraj? A co to było? Tak:
Carmen, kareta, wino, walce…
Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
Wyszyty na woalce.

Pusto i ciepło w tym Cafe.
Zima się w oknie szronem perli.
Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
… Wielki, Wielki jest Berlin.

Wiersz powstał w roku 1926. Podobno poeta nie znał Berlina, ani w roku 1913 ani 1926. Podobno było to miasto symbol wolności twórczej i mit pięknej epoki.

Oh klägliches verschneites nevermore!
Verlorene geliebte Tage!
Ich seh´dich erneut im Café du Nord
An einem frostigen Morgen im Nebel.

Angst, süßer Angst, vom Scheitel bis zur Sohle.
Ein Zittern der blauen, empfindsamen Nerven.
Und der Traum war wieder da, und der Brief war wieder da:
Der Nebel der legänderem Pärfume.

Doch ich bin nicht da und bin nicht da,
und nie im Leben werde ich da sein.
Ich bleibe im Brief, ich bleibe im Traum,
in der zärtlichen, verschneiten Legende.

Nichts weißt du darüber. Du wartest zitternd.
Der Tag plätschert schlaftrunken dahin und flüstert.
Ach, mein Herz und meine Jugend
trägst du in einer silbernen Handtasche.

Gestern? Und was war das? Ja:
Carmen, Kutsche, Wein, Walzer…
Es blinkte in den Augen. Nein – es war ein Vogel,
Gestickt an einem Hutschleier.

Leer und warm ist´s in diesem Café.
Der Winter perlt am Fenster mit Rauhreif.
Ich komme nicht. Du triffst mich nicht.
… Groß, groß ist Berlin.

Übersetzt RL Andreas, wobei RL “Reiseleiter” bedeutet. Er ist nämlich einer.

Oh, dismal, snowy nevermore!
Days lost and adored!
I see you again in the Café du Nord
On a frosty, foggy morn.

Fear, sweet fear from head to toe,
The quiver of blue and tender nerves,
A dream came so, and a letter came so:
Fog of legendary perfumes.

Though I am not and I am not,
And I will never be.
In a letter caught; in a dream, caught
In a gentle, snowy mythology.

You know not of this. Only wait, trembling.
As the day sleepily spills and whispers.
Oh, this heart of mine, this youth,
You carry with you in your silver purse.

Yesterday? But what was that?
Carmen, coaches, wine, and waltzes…
Flash before my eyes. No – a bird,
Sewn onto the veil around your hat.

It’s empty and warm in this Café.
Winter frosts the glass like skin,
I won’t come. You won’t see me. Go away.
…Great, great is the city of Berlin.

Translation Pacze Moj

Eine alte Dame und das Boxen

RIMG0077Gestern habe ich beim Boxen gelesen, heute kann man es selber lesen und, falls gewünscht, selber boxen…
Ich danke Werner Kastor für seine wunderbare Idee, das Boxen und das Lesen zu verbinden
🙂

Photo: Krzysztof Pukański 28. Juni 2013 Ufer Studios

Ewa Maria Slaska, Eine alte Dame und das Boxen

Ich habe eingeheiratet in die Geschichte Polens. In vielerlei Hinsicht. Nehmen wir zum Beispiel Palatinen oder gar „comes palatinen“, das heißt Pfalzgrafen – also die „im Palast bzw. bei Hofe“. Die Familie meines Mannes gehörte seit dem 12. Jh. zu den polnischen Pfalzgrafen, dh. wäre der König krank oder tot, oder außer Landes, würde ein Pfalzgraf seine Funktion ausüben. Es wurde mir so nebenbei beim ersten Besuch bei der Geschlechtsältesten mitgeteilt. Nicht etwa, um damit zu protzen, um Gottes Willen! Einfach so. Allerdings war das verlorene Liebesmüh, weil ich zwar das Wort  kannte, aus dem Lateinischen, aber nicht wusste, was es wirklich bedeutet. Irgendwelche alte Römer…

Und das war so.

Vor dem ersten Besuch bei der Pfalzgräfin musste ich ernsthaft überlegen, ob ich tatsächlich nur eine Viertelstunde bleiben soll, da es immer hieß: „der erster Besuch darf nicht länger als 15 Minuten dauern, die Frau behält ihren Hut an und zieht nur die Handschuhe aus“.

Es war im kommunistischen Polen. Hut und Handschuhe wirkten – so wie sie waren – total altmodisch. Oder provinziell, wenn man`s will. Erst später, als ich schon zur Familie gehörte, wurde ich – wohlgemerkt von einer Familienschneiderin! –  belehrt, dass ab Mitte August ein Filzhut zu tragen wäre und Lederhandschuhe. Kein Organzakleid, sondern Tweed und dünne Wolle.

Phi, Organzakleid. Handschuhe glaceé. Filzhut. Ich saß an einem Biedermayer-Tisch, nippte den Tee aus breiten Porzellantassen und schaute die Frau, die mir gegenüber saß, im Geiste mit breitgeöffnetem Mund an. Solche Frauen gab es einfach nicht. Ihre Adlernase, die hohe Stirn, grüne Augen, weißer Spitzenkragen am schwarzen Seidenkleid, eine Kamee…

Ich habe meinen Mann an der Uni kennengelernt. So wie es sich gehört. Er war Bruder meiner Studienkommilitonin gewesen. Mädchen aus einem Adelshause lernten so ihre zukünftigen Ehemänner kennen. In der Bibliothek und nicht in der Diskothek.

Es ist mehr als 40 Jahre her. Ich weiß nicht mehr, weshalb ich bei diesem ersten Besuch total allein war. Aber ich war allein. Und unvorbereitet. Weder auf die Schwiegermutter meiner Schwiegermutter, noch auf das Abendbrot, und am wenigsten auf Boxen und Geschichte Polens.

Mindestens eine Sache hat sich an dem Abend sofort geklärt: Mir wurde gleich gesagt, dass ich zum Abendessen bleibe. Die Sache mit den 15 Minuten. Dies hätte auch geholfen, was ich mit dem Hut und den Handschuhen hatte machen sollen. Vorausgesetzt, ich  hätte welche angehabt… Nun, ich blieb also zum Abendbrot.

Schon um das Abendbrot zu beschreiben, muss ich weit ausholen. Und danach wieder einmal, noch weiter. Zum Essen gab es Brot und Butter, und Wurst, und Schinken, und Sülze, und Kessler…  Fleisch und Wurstware. Und Fleisch und Wurstware. Und Fleisch… Über dem Tisch ein Kelim, drauf die Säbel und Ahnen-Porträts, deren Augen mich vorwurfsvoll anschauten. Zu recht. Ich gehörte nicht hierhin. Ich war fremd. Jüdisch. Blasphemisch. Anarchistisch. Linksorientiert. Frech. Das alles wusste ich noch nicht, nicht desto trotz  warf es einen langen Schatten auf die Gegenwart und Zukunft.

Nach dem Essen schaltete die Großmutter das Radio an. Wir sollten versuchen, etwas über Boxen zu erfahren!

Boxen? Boxen? Eine total verpönte Sache. Eine brutale Männerangelegenheit für die Unterschicht, Schweiß, Blut, Sand. So waren die Zeiten. Sogar den Rocky gab es noch nicht. Der Film war erst 1976 Kassenschlager und gewann im Folgejahr drei Oscars.  Es war aber erst der 1. Oktober 1975. Muhammad Ali kämpfte gegen Joe Frazier.

„It’s gonna be a thrilla // and a chilla // and a killa // when I get the gorilla // in Manila“  – das war gerade dieser Kampf.

Bist du für Clay oder für Frazier? – fragt die elegante alte Dame, indem sie mir den Tee aus der Porzellankanne „Maria weiß” eingoss. Rosenthal, sagte sie. Offensichtlich hatte sie die Tatsache nicht wahrnehmen wollen, dass Cassius Clay  Mohammedaner wurde und jetzt Muhammad Ali hieß. Die weiße Maria war ein Hochzeitgeschenk… Irgendwann sollen wir es besitzen. Be-sitzen ist jedoch ein weites Feld. Jetzt sitze ich nur, ohne Be-, auf einem Biedermeier-Sofa, mir ist nach Pipi, habe aber keine Mut, danach zu fragen. Wie fragt man so was?

– Clay, antwortete ich.
Ja nie jestem Filip Clay, ja nie jestem Doris Day, ja nie jestem także Frank Sinatra – sang polnischer Liedermacher Bohdan Łazuka vor über zehn Jahren. 1967 als ich noch in der Schule war. Ich bin kein Philip Clay, ich bin keine Doris Day, ich bin gar kein Frank Sinatra…  Damals dachte ich, dass Łazuka über den Boxer Clay, also zukünftigen Muhammad Ali singt. Erst viel später wurde mir klar, dass Filip Clay ein französischer Sänger war.  Irrungen, Wirrungen …
Eine Stunde lang versuchen wir in BBC Berichte aus Araneta Coliseum zu erhaschen. Heute lese ich, dass in die ganze Welt gesendet wurde. Aber ob es in Polen zulässig war? Ich bezweifle es. Natürlich hätte Muhammad Ali in der VR Polen beliebt sein müssen – als derjenige, der gegen den Vietnamkrieg protestierte. War er es aber? Ich habe keine Ahnung und das  Internet hilft nicht dabei. Erst ein Boxen-Journalist hat mich darüber informiert, dass er tatsächlich der Regime-Liebling war. Nicht aber so Liebling, dass man seinen Kampf zeigte. Der Radioempfang war erbärmlich, es knirschte und rasselte. Der Kampf selbst entsprach all dem, was ich vom Boxen dachte. Blut, Schweiß, Ekel. Am Ende sagte der Reporter über Fraiziers Auge, „Jesus! Dieser Ali, ein richtiger gorilla in Manila“.

Ich glaube, ich hätte selber nicht gewagt, zu fragen, wie es möglich war, dass die feinste und vornehmste Dame, die ich je in meinem Leben traf – bis heute! – sich fürs Boxen interessierte. Aber gemeinsames Boxenzuhören hat uns näher gebracht. Nach dem Kampf, der… – übrigens, wer hat eigentlich damals gewonnen? Weiß es jemand? Ja klar, Muhammad Ali. Nein, nicht Frazier. Es gab 14 Runden!  Während des Berichts ging die Dame mal Pippi, d.h. ich konnte es auch. Und nach dem Kampf machte sie das Fenster auf und sagte, ich darf RAUCHEN!  Danach redeten wir miteinander. Stundenlang. Im Laufe dieses Abends, der allmählich Nacht wurde, erfuhr ich das ganze Ausmaß der Geschichte, in die ich einheiraten mochte, wollte, sollte, Angst hatte …

Sie hat ihren Mann schon vor dem Krieg geheiratet. Er war ein polnischer Offizier, sie ein Mädchen aus einem vornehmen adeligen Haus, Schwester seines Militärkameraden. Sie haben sich bei einer Hochzeit kennengelernt und als er um sie warb, haben sie bei einem Sommerspaziergang gemeinsam die Sternschuppen fallen sehen. Er dachte sich dabei, dass er sie gern heiraten würde. Und so kam es.  Sie haben ein Gut gekauft oder er hat es bereits gehabt, das weiß ich nicht mehr, und dort gewirtschaftet.  Nach dem Krieg mussten sie vor den Sowjets fliehen. Das Gut war sowieso hin wegen der sog. Boden-Reform. Sie landeten 400 Kilometer weiter, in Großpolen, wo er seit Januar 1946 Direktor der Staatlichen Landsgüter (Państwowe Nieruchomości Ziemskie) in Posen wurde. Nach zwei Jahren wurde er inhaftiert.  1949 begann ein Schauprozess gegen die ehemaligen adligen Guts- und Landbesitzer.  1951 wurde er zu 10 Jahren Freiheitsentzug verurteilt. Saß in Gefängnissen in Posen und Warschau und danach  in Wronki, wo einst auch Rosa Luxemburg gesessen hatte. Danach arbeitete er im Bergbau Andaluzja in Schlesien. Entlassen 1956, wurde er kurz danach rehabilitiert. Vom Entschädigungsgeld hat die Familie einen Fernseher gekauft. Einen der ersten, die man in der Volksrepublik Polen erwerben konnte. Das erste Mal in der VRP gab es ein TV-Programm am 25. Oktober 1952 um 19 Uhr – eine halbe Stunde Musik und Ballett. Aber es hat gedauert, bis sich das Volk einen Fernseher kaufen konnte.

1975 stand der Fernseher immer noch da.

Aber Boxen, frag ich die Gräfin, weshalb Boxen? Am längsten saß er in Wronki. Der Zug kam um 12:27 Uhr in Wronki an, die Besuchszeit begann um 17 Uhr. Sie musste fast fünf Stunden totschlagen. Besonders an Wintertagen könnte man sich nicht in einen Park hinsetzen und lesen. Es gab kein Café, nur ein Restaurant, in dem Wodka trinkende Männer saßen. Keine Frau wagte sich allein in den 50ern in ein Restaurant, in der Provinz schon gar nicht. Manchmal gab es im Kino eine Filmvorführung am Vormittag –  für Schulen, das aber sehr selten. Sie hat zig Mal einen Film gesehen, den ich ja auch kannte – September 1939. So war es. Und auch einen über Jungs, die in den Ruinen mit den Blindgängern spielten.

Und da war dort eine Boxhalle! Es war Amateurboxen, drei Runden. Es boxten Buchhalter und Schullehrer. So ein Fight Club in der Provinz vor einem halben Jahrhundert. Die Eintrittskarten waren billig, es war warm, die Leute, offensichtlich gewohnt, dass da Fremde rein kommen, um Zeit tot zu schlagen, friedlich. Irgendwann sickerte es durch, weshalb ihr Mann im Knast saß. Diese Menschen hätten selbst für Diebstahl schon Verständnis, und erst recht für politische Gefangene. Kein Mensch hatte was gesagt, aber es war klar, er war wer, sie war wer, er war ein Held, man hat ihr dünnen süßen Tee angeboten, manchmal sogar belegtes Brot mit Mettwurst und Zwiebel. Sie lernte es zu genießen. Sie mochte es, dort unter diesen einfachen netten Leuten zu sein.

Zu Hause in Posen war das Leben so unerträglich schwer. Die alte Mutter war da, eine kleine Tochter, noch in der Schule, und der Sohn, der jung geheiratet hatte und dann in einem Flugzeugunfall, dem ersten in Polen, ums Leben kam. Übrig geblieben ist die Witwe mit zwei Kindern. Alle wohnten sie zusammen in einer 2-Zimmer Wohnung.  Eine Zeitlang war sie die alleinige Ernährerin in diesem Haushalt, der voller allzu alter, zu kranker oder zu junger Menschen war. Sie war Ehefrau eines politischen Gefangenen, sie hatte keine Arbeit, verdiente das Geld in Heimarbeit, indem sie Pullover und Socken aus Nesselgarn strickte. Und dann irgendwann starb Stalin, irgendwann konnte man hoffen, dass die Gefangenen entlassen werden. Dann, als sie irgendwann beim Boxen zuschaute, kam jemand in die Halle, den sie bereits kannte: Ein  Boxer, der als Kesselarbeiter im Gefängnis arbeitete. Er kam auf sie zu und flüsterte, ihr Mann werde gleich entlassen, und er, der Boxer, werde sie dorthin begleiten. Und so gingen sie zusammen, der Boxer und die Dame…

Sie liebt Boxen. So einfach ist es.

Kunst und Kampf

Heute… Heute lese ich. Es ist diesmal eine merkwürdige Sache. Der Text, den ich heute lese, wird man morgen hier auf dem Blog finden.  Sonst…

boks-plakatKUNST UND KAMPF IM STUDIO 14

Fightnight Events und Boxring Promotions Ltd. – 28. Juni 2013
Ufer Studios Berlin

ROCKEN, LESEN, SCHAUEN & BOXEN

Die Kapelle Weyerer ist anders. Die Musik ist zwar eingängig, aber doch mit Anspruch. Die Texte sind mal lustig, mal sentimental, aber stets überlegt. Die Arrangements klingen irreführend einfach. Der „Professor“ am Schlagzeug gibt alles – und zwar mit Gefühl. Nick Flade am Keyboard  ist einfach phänomenal. Er hat virtuose Phasen, da sitzt man auf der Stuhlkante oder lehnt sich zurück und macht die Augen zu. Der Chef, Stefan Weyerer, ist eine ganz besondere Nummer. Er macht mit seiner Stimme, was man weder ihm noch ihr zugetraut hätte.Die Süddeutsche hat es in einem Satz zusammengefasst, was ihn ausmacht: “Da steht einer, der die Ungereimtheiten des Lebens besser in Worte fassen kann als alle Söhne Mannheims zusammen…”

Bilder sind jedermanns Sache, nur wenn es auf den Geschmack ankommt, wird es kritisch. Renate Herda hat sehr verschiedene Ansätze. Sie arbeitet heute vorwiegend in ihrem molekularen Stil, zeigt im Uferstudio 14 im Wedding aber Bilder aus mehreren ihrer Schaffensperioden, also unterschiedliche Stile. Meist haben ihre Bilder Witz, es gibt auch oft einen Clou, aber keine Programmbilder. Leider nicht dabei hat sie diesmal ihre Ikonen. Das sind sehr kunstvolle, wertvolle Arbeiten. Wer Spaß an Farben, Formen und Witz hat, der kann sich mit ihren gezeigten Bildern gut eine Weile beschäftigen. Wenn die Zeit nicht reicht, kann man sie auch kaufen.

Ewa Maria Slaska hat was, was vielen deutschen Autoren fehlt. Sie kann ernste Dinge mit Humor behandeln. Sie hat zum Beispiel einen sehr unterhaltsamen Aufsatz zum 60. Todestag Josef Stalins geschrieben. Ewa hat noch eine attraktive Eigenschaft als Autorin. Sie glaubt nicht, dass Unverständliches intellektuell wäre und hält Länge nicht unbedingt für Qualität. Freuen Sie sich auf polnischen Charme im Wedding.

Das Boxen ist exemplarisch im Studio. Wir unterscheiden – Kickboxen und englisches Boxen. Technik, Stile, Stärken, was setzt sich durch? Die Profis zeigen es uns unter lokaler Beteiligung. Kraft ist nicht alles, aber Mut braucht man in jedem Fall. Und Disziplin. Wir werden sehen.

Wiersze babci

Sigil of Scream, którego poznaliśmy już tu jako tajemniczego poetę i pełnego fantazji prozaika, tym razem w roli archeologa wartości kulturalnych.

Wiersze babci

Poniższe wiersze to swego rodzaju białe kruki. Są zapomnianymi perłami polszczyzny – ich szczególne piękno i liryzm nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. Postanowiłem opublikować je tutaj, aby uchronić je od zaginięcia, albowiem sądzę, iż znane są aktualnie bardzo niewielu osobom. Wszystkie przedstawione tu wiersze zostały przeze mnie spisane z pamięci, tak jak przedstawiła je mi moja babka, Halina. Pochodzą one z czasów przedwojennych, przynajmniej część z nich znajdowała się wtedy w podręcznikach szkolnych. Dokładne datowanie, czy nazwiska autorów nie są mi jednak, niestety, znane – choć ostatni utwór, jak wierzę, jest autorstwa mojej babci. Sam staram się od kilku lat odnaleźć źródła tych tekstów, lub jakiekolwiek informacje związane z ich genezą – dotychczas jednak nie było mi to dane. W związku z powyższym, prosiłbym każdego z czytelników, który mógłby pomóc w ustaleniu tych informacji, o kontakt.

Przystępując do lektury, warto mieć na uwadze, iż wiele elementów tworzących formę tych utworów, mogło zaniknąć lub ulec przekształceniu w przekazie ustnym. Z tego powodu cała interpunkcja i wersyfikacja zostały przeze mnie powtórnie stworzone, dla potrzeb tego zapisu. Tytuły utworów mają także często charakter roboczy, ponieważ nie wiem, jak brzmiały w rzeczywistości. Miejscami teksty zostały zrekonstruowane, co zostało zaznaczone w nich przy pomocy nawiasów kwadratowych. Utwór Głód nastręczał w tej mierze największych trudności, z uwagi na swą nieharmonijną budowę – możliwe więc, iż nie udało mi się w nim zachować oryginalnego układu wersyfikacji. Moje wątpliwości dotyczą tutaj głównie budowy i położenia szóstej zwrotki. Przy wprowadzaniu własnych poprawek kierowała mną chęć podtrzymania unikalnego charakteru każdego z wierszy. Mam nadzieje, iż udało mi się to osiągnąć, właściwa ocena mych wysiłków należy jednak do czytelnika.

[Wiosna]

Ukołysałaś mnie, wiosno cicha,
Ukołysałaś…
Jestem jak lilia, co w polu wzdycha,
W zadumie cała.
W blaskach się słońca kąpię co rano,
W rosie przejrzystej.
I patrzę w przestrzeń
Łzami zalaną,
Lub w błękit czysty.

Z dala dochodzi cicha muzyka
Brzóz i topoli.
I cichy spokój duszę przenika,
Serce mniej boli.
Nad wodą zwiesza srebrzyste puchy
Wierzba płacząca
I senne brzozy – stoją jak duchy
W blaskach miesiąca.

A nad [głębiami], na ciemnym stawie
Łódź się kołysze.
Sen to, czy jawa?
Nie wiem już prawie
Idąc w tę ciszę…

Opale

Na wyświetlone poświatą dale
Kładą się złudnych blasków opale.
Przed ścichłym sercem kraina czarów
Urokiem błyska z nocnych oparów,

Ach, iść tak ciągle przed siebie nocą,
Kiedy na niebie gwiazdy się złocą!
W duszy nie zgasić swojej tęsknoty
I ukraść gwiazdom ich uśmiech złoty.

Marzenia swoje w blaskach zanurzyć
I nie dać szczęścia swojego zburzyć!
Uściskiem objąć ziemię ojczystą,
W błękitach przetrwać modlitwą czystą.

Rozmawiać nocą mową bez słowa,
Gdy księżyc swoją tarczę już schowa.
I oczy wysłać na senne dale
Gdzie świecą złudnych blasków opale.

 
Głód

Przyszedł…
Na progu chaty przywarował,
Ostatnie kęsy z ust wyjmował,
Przyszedł do naszej chaty głód.

I z każdym dniem,
I z każdą chwilką
Niedola w sercu jak płomień wzrasta.
Nie czas rozpaczać,
Trudno!
Trzeba iść do miasta…

Raz jeszcze wierzbę przytulić przed chatą
Jak za dawnych dni…
Jak za dawnych, minionych
I słonecznych dni…

 A potem? Cóż potem
W świat…
Przestańcież płynąć z oczu
[Natrętne], nieznośne łzy!

 Coraz dalej i dalej,
I sad czerniejący,
I ostre kolce przydrożnego głogu,
I dach słomiany, złotogłowy,
I matka stojąca jak posąg na progu…

Coraz dalej i dalej…
A w sercu ostał się jeno ten zagon ojcowy.
Nie moje ręce będą go orały,
W świat mnie wygnano,
Mnie, tej ziemi syna…
Więc nie bądź [mi gniewny] zagonie ojcowy,
Że ja, choć cię tak kocham, jednak odejść muszę.

Hej, przylecą z wiosną marcową bociany,
Radośnie w gnieździe swoim z rana zaklekocą!
Sroczka płochliwie na płocie zakracze,
Rozkołysze się sad [upojną] wonią wśród nocy!

Tylko ja tego nie będę już widział,
Tylko ja tego już nigdy nie zobaczę…

 O ziemio, która byłaś dla duszy mej chłopskiej
Jedyną prawdziwą i bliską kołyską!
Zostawiam tobie serce,
Proste i uczciwe,
Zostawiam tobie, ziemio moja, wszystko!
I może kiedyś ciężar z ramion moich zrzucę,
Na złoto się zmieni ma dola i praca –
A wtedy, jak bóg na niebie, do ciebie powrócę,
Ziemio matko, do której się zawsze powraca.

Artur-Grottger-GlodArtur Grottger, Głód (rysunek z cyklu Wojna, 1866-1867)

Halina Solska

Zima

Teraz, kiedy już pola bieleją,
Jak dobrze jest marzyć o wiośnie!
O łąkach zalanych słońcem,
O kwiatach pachnących radośnie.

I o tym wszystkim dalekim,
Co gdzieś za nami zostało.

Teraz, kiedy na ziemi
Tak cicho,
Tak pusto,
Tak biało…

PS.
Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył babcię.
Autor nieznany

Julka auf dem FlowMarkt Neukölln

Jeden zweiten Sonntag / co drugą niedzielę
Textilienmarkt / pchli targ z tkaninami i ciuchami

Berlin Maybachufer

FlowMarkt

Julka (Julia Sokolnicka) ist dabei, vielleicht nicht immer, aber immer öfter und bietet Vintage Fashion an – na targu sprzedaje też Julia Sokolnicka. … to są za każdym razem inne sukienki, mówi, bo one są Vintage – używane, wyszukiwane.

Vintage3 Vintage1 Vintage2Ich gehe am Sonntag dorthin / wybieram się tam w niedzielę i Wam też radzę.