Poezja – Poetry – Poesie – Poesía / Lorca

IGANCIO SANCHEZ MEJIAS – a las cinco de la tarde

Federico García Lorca „LAMENT NA ŚMIERĆ IGNACIA SANCHEZ MEJIAS” (Llanto por Ignacio Sánchez Mejías, 1934, wyd. 1936). Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Czteroczęściowa, pełna przejmującego bólu, elegia poświęcona sławnemu toreadorowi, a jednocześnie przyjacielowi poety, który zginął podczas walki. Irena Kuran-Bogucka, moja matka, tłumaczka Lorki, tak napisała w komentarzach do poezji poety (Wydawnictwo Morskie 1982): Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli, rówieśnik grupy poetów pokolenie 27, ich mecenas i serdeczny przyjaciel. Zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

“Cios i śmierć” – refren “O piątej po południu” powtarza się tu 30 razy, jak bicie dzwonu, stanowiąc i litanijny odzew, i afisz corridy, i godzinę rozpoczęcia akcji i preludium tragicznego finału. Kolejne metafory stanowią zapowiedź śmierci, opis ran, agonię najpierw widzianą z zewnątrz, potem odczuwaną przez konającego torera, żałobę tłumu.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

grobISM-SewillaSewilla – Grób/ Grab / Grave – Ignacio Sanchez Meijas

1. Cogida and death

At five in the afternoon.
It was exactly five in the afternoon.
A boy brought the white sheet
at five in the afternoon.
A frail of lime ready prepared
at five in the afternoon.
The rest was death, and death alone.
at five in the afternoon.

The wind carried away the cottonwool
at five in the afternoon.
And the oxide scattered crystal and nickel
at five in the afternoon.
Now the dove and the leopard wrestle
at five in the afternoon.
And a thigh with a desolated horn
at five in the afternoon.
The bass-string struck up
at five in the afternoon.
Arsenic bells and smoke
at five in the afternoon.
Groups of silence in the corners
at five in the afternoon.
And the bull alone with a high heart!
at five in the afternoon.
When the sweat of snow was coming
at five in the afternoon.
when the bull ring was covered with iodine
at five in the afternoon.
Death laid eggs in the wound
at five in the afternoon.
At five in the afternoon.
At five o’clock in the afternoon.

A coffin on wheels is his bed
at five in the afternoon.
Bones and flutes resound in his ears
at five in the afternoon.
Now the bull was bellowing through his forehead
at five in the afternoon.
The room was iridiscent with agony
at five in the afternoon.
In the distance the gangrene now comes
at five in the afternoon.
Horn of the lily through green groins
at five in the afternoon.
The wounds were burning like suns
at five in the afternoon.
and the crowd was breaking the windows
at five in the afternoon.
Ah, that fatal five in the afternoon!
It was five by all the clocks!
It was five in the shade of the afternoon!

Translated by Alan S. Trueblood

1. Hornstoß und Tod

Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittag war es um fünf Uhr genau:
Ein Knabe brachte das weiße Leintuch
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ein Korb mit Kalk stand längst bereit
am Nachmittage um fünf Uhr.
Alles andre war Tod und nur Tod
am Nachmittage um fünf Uhr.

Der Wind trug die Watte hinweg
am Nachmittage um fünf Uhr.
Der Sauerstoff säte Kristall und Nickel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Schon kämpfen Taube und Pardel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und ein Schenkel mit trostlosem Horn
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die tiefsten der Saiten erbrummten
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Glocken des Dunsts, des Arsens
am Nachmittage um fünf Uhr.
An den Ecken Gruppen aus Schweigen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und der Stier nur erhobenen Herzens!
am Nachmittage um fünf Uhr.
Als dann der Schneeschweiß hervorbrach
am Nachmittage um fünf Uhr,
als mit Jod sich bezog die Arena
am Nachmittage um fünf Uhr,
legte Eier der Tod in die Wunde
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr genau.

Ein Sarg ist, mit Rädern, das Bett
am Nachmittage um fünf Uhr.
Knochen und Flöten tönen im Ohr ihm
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ihm brüllte der Stier in der Stirn schon
am Nachmittage um fünf Uhr.
Das Zimmer erschillert vor Todkampf
am Nachmittage um fünf Uhr.
Von weither kriecht schon der Wundbrand
am Nachmittage um fünf Uhr.
Lilienjagdhorn um grüne Weichen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Wunden brannten wie Sonnen
am Nachmittage um fünf Uhr,
und die Leute zerbrachen die Fenster
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Ach welch gräßliche fünf Uhr nach Mittag!
Auf allen Uhren wars fünf Uhr.
In des Nachmittags Schatten wars fünf Uhr!

Übersetzung von Enrique Beck

 
Dziś była najpiękniejsza i najjaśniejsza pełnia księżyca w roku 2013, już druga zresztą – zdjęcie Kamila Dobosz. Dziękuję!

ksiezyc-kamiladobosz

Ein Maler, ein Grab, ein Rätsel

Das Rätsel wurde schon heute früh von Dariusz Kacprzak vom Stettiner Nationalmuseum gelöst.

Waldsee_im_Winter_(1892)Walter Leistikow, ein deutscher Maler und Graphiker, geboren 1865  in Bromberg, heute Bydgoszcz, gestorben1908 in Berlin, wo er sich erschossen hat. Dadurch hatte die Familie Schwierigkeiten, ihn begraben zu lassen, bis  endlich Friedhof Steglitz beschloß, seine Beerdigung zu gestatten. Bei diesem Anlass sprachen unter anderen Max Liebermann und Gerhard Hauptmann.

See_bei_Sonnenuntergang_(1895)

Er wurde von der Königlichen Kunstakademie unter Anton von Werner wegen „Talentlosigkeit“ entlassen.

haus-in-Daenemark 1898Wie hieß er?

leistikow-grabFotos: Wikipedia Commons & Slaska Commons

Und…
Auf dem Friedhof, wo Leistikow begraben liegt, befindet sich auch ein Tor mit zwei Sprüchen, die schon alte Römer kannten: “Vos qui transitis, nostri memores rogo sitis: quod sumus hoc eritis, fuimus quandoque quod estis.”
Ein römischer Epitaph B 799.
Auf Deutsch sieht es so aus:

wasihrward

1913. Święto wiosny. Frühlingsweihe.

Na całym świecie lato, u nas na blogu też, a tymczasem w Szczecinie wciąż jeszcze wiosna. Ale za to – jaka!

swietowiosny-pracawreWystawa jubileuszowa w stulecie otwarcia Gmachu Głównego Muzeum Narodowego / Ausstellung zum hundertjährigen Eröffnungsjubiläum des Hauptgebäudes des Nationalmuseums
Szczecin / Stettin    http://www.muzeum.szczecin.pl

Wernisaż / Vernissage:                  21.06.2013, 18.00

do / bis:                                                         08.09.2013

Podczas trwania ekspozycji wstęp do wszystkich oddziałów Muzeum Narodowego w Szczecinie jest wolny / Während der Ausstellung ist der Eintritt zu allen Abteilungen des Nationalmuseums Stettin frei.

Text auf Deutsch: 1913-Fruehlingsweihe

swietowiosny21czerwca-8wrzesnia Celem wystawy jest zarysowanie obrazu kultury sprzed stu lat w odniesieniu do problemu dziedzictwa. Rok 1913 okazał się wyjątkową datą. Nie tylko graniczną z punktu widzenia historii politycznej, jako ostatni moment pokoju przed wybuchem Wielkiej Wojny, ale także obfitującą w przełomowe dla XX wieku wydarzenia artystyczne. Na lata 1910–1913 przypadły prace nad merytorycznym i architektonicznym kształtem prezentacji zbiorów Muzeum Miejskiego w Szczecinie, przygotowywanej pod okiem doktora Waltera Riezlera. Temu cenionemu w Niemczech reformatorowi kulturalnemu, łączącemu pasje archeologa klasycznego, krytyka sztuki nowoczesnej i muzykologa, udało się zbudować galeryjną narrację w oparciu o zabytki starożytności, kultur pozaeuropejskich oraz malarskie, rzeźbiarskie i graficzne prace mistrzów zachodnioeuropejskiej awangardy. 1913. Święto wiosny to projekt wystawienniczy, który upamiętniając otwarcie gmachu przy ówczesnym Tarasie Hakena (dziś: Wały Chrobrego), przywołuje interdyscyplinarną metodę pierwszego dyrektora tamtej instytucji – zestawia arcydzieła sztuki pierwszych dekad XX wieku z ich archaicznymi, klasycznymi i prymitywnymi źródłami inspiracji.

Wyjątkowa, reprezentacyjna forma gmachu muzealnego, ukształtowana przez miejskiego architekta Wilhelma Meyera, nadała panoramie pomorskiej metropolii nowy akcent urbanistyczny, zmieniając zarazem sposób postrzegania polityki kulturalnej magistratu. Podtytuł szczecińskiej wystawy jubileuszowej nawiązuje do innego wydarzenia artystycznego tego samego czasu, czyli wiosny 1913 roku, tym razem o skali międzynarodowej – inauguracji paryskiego Théâtre des Champs-Élysées. Otworzył on swoje podwoje głośną premierą spektaklu Igora Strawińskiego Święto wiosny, wykonanego przez Balety Rosyjskie w choreografii Wacława Niżyńskiego i scenografii Nikołaja Roericha. Zarówno oskarżany o „germańskość” budynek teatru, projektowany przez Henry’ego van de Veldego i zrealizowany ostatecznie przez Auguste’a Perreta, jego dekoracje i wyposażenie (między innymi dłuta Antoine’a Bourdelle’a), jak i estetyka wystawianych na jego deskach dzieł scenicznych stanowiły przełom w dziejach sztuki, symbolicznie otwierając nowe stulecie. Do rangi podobnego symbolu urosła również wystawa Armory Show, zorganizowana dwa miesiące wcześniej w koszarach nowojorskiego regimentu – reprezentatywny przegląd współczesnej sztuki europejskiej większości kierunków awangardowych.

Ekspozycję 1913. Święto wiosny pomyślano jako przegląd kluczowych problemów „dzieła totalnego” około 1913 roku, który okazał się także dla szczecińskiego muzealnictwa swoistym „świętem wiosny”. Motywem przewodnim wystawy uczyniono taniec – metaforę witalności i wolności. Odwołanie do trzech wydarzeń – w Szczecinie, Paryżu i Nowym Jorku – pozwala na połączenie perspektywy globalnej, europejskiej i lokalnej. Prezentowane dzieła malarstwa, rzeźby, rysunku, grafiki i rzemiosła artystycznego pochodzą z kolekcji własnej oraz Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu, Georg-Kolbe-Museum w Berlinie, Akademie der Künste w Berlinie, Städtische Galerie w Dreźnie, Kunstsammlungen w Zwickau, Ernst Barlach Stiftung w Güstrow oraz zbiorów prywatnych. Obiekty te tworzą zazębiające się narracje, a opowieść o źródłach odnowy sztuki została podzielona na cztery części:
1. Baśń słowiańska. Rodzima egzotyka
2. Popołudnie fauna. Nowa Arkadia
3. Wiosna w Paryżu. Artystyczna stolica świata
4. Czarna muzyka. Awangarda i kultury prymitywne

Osią koncepcyjną wystawy jest zestawienie zabytków etnograficznych i archeologicznych z dziełami takich artystów  jak: Abram Jefimowicz Archipow, Ernst Barlach, Émile-Antoine Bourdelle, Béla Czóbel, Kees van Dongen, Xawery Dunikowski, Lyonel Feininger, Marcel Gromaire, Aristide Maillol, Tadeusz Makowski, Georg Kolbe, Max Pechstein, Toma Rosandić, Karl Schmidt-Rottluff, Paul Sérusier, Franz von Stuck, Maurice de Vlaminck, Wojciech Weiss, Eugeniusz Zak i wielu innych.

Kuratorzy / Kuratoren: Szymon Piotr Kubiak & Dariusz Kacprzak

swietowiosny-pracawre2

Kupało, Kupało!

Zbigniew Milewicz

Noc Kupały

Nie znam bardziej pogańskiego święta, które zyskało ciche błogosławieństwo Matki Naszej Kościoła. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości było tak mocno zakorzenione w obyczajowości ludów słowiańskich, że rezygnując z rozwiązań siłowych w X – XI w. podjęto próbę zasymilowania go z obrzędowością chrześcijańską. Patronem święta został olbrzym znad Jordanu, św. Jan Chrzciciel, który stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli w rzece, zatem wiernym, zwłaszcza obrządku wschodniego, którzy ów rytuał kultywują, pozostawało uwierzyć, że słowo Kupała od wspomnianej kąpieli pochodzi.

Iwan-Kupala-wrozby-z-wiankami-deska-olej-2008-wikipedia-commonsIlustracje: Iwan Kupała, Wróżby z wiankami, 2008; poniżej: Joshua Reynolds, Puk, 1789 i Wojciech Gerson, Kupała 1897 – wszystkie ilustracje z zasobów Wikipedia Common.

Informacje o męskim bóstwie płodności o  imieniu Kupała, sprawującym opiekę nad zalotami i miłosnymi igraszkami, pojawiają się w ludowych podaniach dużo później, bo w wieku XVII. Są  one przypuszczalnie  tylko sentymentalną próbą powrotu do miłych, hedonistycznych korzeni i próbą odebrania kościołowi tego, co sobie przywłaszczył, bo czy takie bóstwo rzeczywiście wcześniej „istniało”, nie wiadomo. Wojciech Gerson zobaczył je jako bóstwo żeńskie i bardzo ładnie mu to wyszło. Kup w języku praindoeuropejskim znaczy jednak pożądać, więc coś na rzeczy jest. Noc Kupały związana jest tradycyjnie z letnim przesileniem Słońca i obchodzona w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej z 21 na 22, albo z 23 na 24 czerwca. W zależności od regionu Polski, bywa też zwana palinocką, albo sobótką, bo w tę noc wszędzie płoną ognie i podobno czarownice zlatują się  na mały sabat. Inna, stara legenda mówi, że sobótka jest uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Mieszkała w pewnej wiosce, a kiedy jej narzeczony Sieciech powrócił z wojny i miał swoją wybrankę pojąć za żonę, na mieścinę napadła horda wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to zdarzyć właśnie w noc letniego przesilenia.

Świętowano ten czas w wielu kręgach etnicznych, nie tylko na Słowiańszczyźnie, podobnie. W obrzędowości nocy letniego przesilenia dwa symbole miały szczególne znaczenie – ognia i wody. Dwa oczyszczające żywioły. Obrządek rozpoczynało rytualne skrzesanie ognia z drewna jesionu i brzozy, a czasem tylko dębu, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk we wsi. W ziemię wbijano brzozowy kołek, na który zakładano jesionową piastę, koło ze szprychami, owiniętymi smolną słomą. Następnie wprawiano koło w ruch, tak szybko, że w wyniku tarcia zaczynało się palić. Wtedy koło zdejmowano i płonące toczono do wcześniej przygotowanych stosów. Te układano  zwykle na wzgórzach i owej nocy płonęły one niemal w całej Europie. Na ogniskach składano ofiary z drobnej zwierzyny, ptactwa i magicznych ziół, które miały zapewnić urodzaj oraz płodność ludzi i zwierząt. Skakanie przez ogniska i tańce wokół nich pozwalały ustrzec się od zła, chorób i nieszczęścia. Serbowie od ognisk, które nad ranem dogasały, zapalali pochodnie i obchodzili z nimi swoje zagrody, żeby odegnać złe duchy. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach, albo nad brzegami jezior, a woda, w której trzeba było się zanurzyć miała ponoć właściwości lecznicze. W Finlandii święto letniego przesilenia jest do dziś jednym z najważniejszych w kalendarzu, na Łotwie Ligo i Jani to nawet  daty państwowe, a 23 i 24 czerwca są dniami wolnymi od pracy. Podobnie na Litwie, gdzie 24 czerwca oficjalnie świętuje się Przesilenie. Było to święto znane i w Anglii, skoro szekspirowski Sen Nocy Letniej to też nic innego jak opowieść o tym, co się wyrabia w noc Kupały.

Jako święto miłości, płodności, słońca i księżyca pokazuje nieskończoność ludzkiej fantazji  i zapobiegliwości. Na Litwie śpiewa się pieśń o tym, jak to pierwszej wiosny po stworzeniu świata Księżyc wziął ślub ze Słońcem. Kiedy jednak po nieprzespanej nocy poślubnej wstało ono i wzniosło nad horyzontem, Księżyc je opuścił i zdradził z Jutrzenką. Od tamtej pory obydwa ciała niebieskie są wrogami, którzy wiecznie ze sobą walczą i konkurują – najbardziej podczas letniego przesilenia, kiedy noc jest najkrótsza, a dzień najdłuższy. W Rosji pary skakały przez ogień z figurką Kupały, albo św. Jana na ramionach, kiedy spadała im w palenisko, była to zła wróżba dla ich miłości. W Grecji, przy okazji skoków przez ogień najpierw dziewczęta, a potem chłopcy ogłaszali, że zostawiają za sobą wszystkie swoje grzechy. W kojarzeniu par najlepiej pomagała jednak woda. Zasadniczo zajmowały się tym dawniej głowy rodów, albo zawodowi swatowie, ale w noc świętojańską wszystko było wyjątkowe. Młode dziewczyny plotły wianki z kwiatów i magicznych ziół, wpinały w nie łuczywo i w zbiorowej ceremonii, ze śpiewem i tańcem powierzały je falom rzeki, albo strumienia. Poniżej czekali chłopcy, próbowali je wyłowić i każdy, któremu się to udało wracał i odszukiwał właścicielkę. W ten sposób dobrani młodzi ludzie mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, wspólnie pójść do lasu na samotny spacer, albo na mokradła, w poszukiwaniu kwiatu paproci, który wróżył szczęście. O świcie wracali do dogasających ognisk, by trzymając się za dłonie, przeskoczyć przez płomienie. Skok ów kończył obrządek przechodzenia przez wodę i ogień i w tym jednym dniu w roku mógł być honorowany, jako rytuał zawarcia małżeństwa.

Jakże to wszystko było romantyczne… O zwyczajach i wróżbach Nocy Kupały, albo Świętojańskiej można pisać w nieskończoność. Kogo ów temat interesuje, odsyłam do bogatej literatury, z której trochę sam ściągałem informacje do dzisiejszego wpisu: m.in. Jerzy Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Rodzimy Kościół Polski,Noc Kupały.

szekspir-joshua-reynolds-puk-wikipedia-commonsNa finał dwie rymowanki, własnej produkcji:

Kto w wigilię Jana
dziewkę dobrze zmłóci
i se ciut wypije
tego najbliższe tsunami
ani nawet Belka
nie zabije

Monachium, 23 czerwca 2002

344px-Gerson-Kupala

Wiosna

Gdy nie mam nic do roboty
a wokół świat kwitnie
to mnie nachodzą różne głupoty
czasami nawet bezwstydne
Myślę sobie, wielki Boże
wiosna w pełni, lato idzie
chłop i baba
zając, żaba
ptaszek, mrówka
koń i krówka
wszystko gzi się w swym bezwstydzie
kto tym rządzi,
Ty o Panie?
czy Wisłocka?
pochutliwe grzyby kanie?
czy sex sekta spod Serocka?
mniejsza o to zresztą przecie
przyjdzie jesień
za nią zima
śniegiem cały kraj zamiecie
ptaszka wstrzyma,
skurczy, zmrozi
póki więc tak ślicznie w świecie
chędożmy się więc na zapas
ku uciesze Bozi

Monachium, 05 kwietnia 2009

Porady kulturalne
Dobrze Wam radzę, przeczytajcie książkę Zdzisława Skroka “Wymowność rzeczy”. Kiedyś Polska była pełna takich książek i takich autorów. Autorów już nie ma, a książek takich jak ta, już nikt nie pisze.
http://histmag.org/Zdzislaw-Skrok-Wymownosc-rzeczy-7564

Wrota do Grodna

faraRoman Brodowski, nie zapominając o pierwszych piątkach miesiąca, w międzyczasie wraca na Kresy.

Wrota do Grodna

Pociąg wjechał na stację graniczną  w Kuźnicy Białostockiej z dwudziestominutowym opóźnieniem. Na zasypanym świeżym śniegiem peronie stało kilkunastu żołnierzy straży granicznej.

Za każdym razem, gdy przekraczałem tę granicę poziom adrealiny podnosił się we mnie aż do granicy bólu i czułem się  jak ktoś, kto ryzykuje wszystko dla tej jednej wymarzonej chwili, nie będąc pewien czy uda mu się ją przeżyć. Typowa rosyjska ruletka.

Zaprosiłem do udziału w podróży sympatycznego kolegę z Berlina (znanego w  środowisku polonijnym fotografika Stefana Dybowskiego – i to jego zdjęcia ilustrują dzisiejszy wpis), który od dłuższego już czasu nosi się z zamiarem wydania albumu o Kresach, a więc także o Grodnie, z całą moją kochaną Grodzieńszczyzną włącznie. Wiedziałem jednak, że dla Stefana decyzja wyjazdu na teren Białorusi oznaczała jeden wielki  stres, połączony ze strachem, strachem przed wschodnim, brutalnym reżimem. Wiadomości jakie stamtąd napływają a dostępne w polskiej prasie i telewizji nie napawają niestety optymizmem.

(…) Do Grodna dotarliśmy bez przeszkód i gdyby nie fakt że Stefan przez całą drogę, (od samej granicy w milczeniu), przeżywał nazbyt emocjonalnie swój zbliżający się pobyt w państwie, o którym tak wiele złego ostatnimi czasy informowała polska telewizja, można by było powiedzieć, że podróż była bardzo udana.

grodno5(…) Spotkanie literackie wywarło dobre wrażenie. Uczestniczyło w nim kilkunastu pisarzy z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Polski oraz reprezentant niemieckiej Polonii, czyli ja. Polonia zgromadzona na sali miała możliwość wysłuchania naszych najnowszych tekstów i wierszy oraz obejrzenia programu artystycznego przygotowanego przez dzieci miejscowej szkoły muzycznej. Wszystko pilnie fotografowane przez Stefana. Najważniejszym momentem spotkania było jednak łamanie się opłatkiem oraz wspólne kolędowanie, rozpoczęte o dziwo przez litewskiego księdza, mówiącego po polsku, a pełniącego kapłańską posługę w białoruskiej katolickiej Farze.

Po zakończeniu oficjalnej części resztę wieczoru spędziliśmy w gronie przyjaciół w przytulnej kawiarence.

Następnego dnia o świcie przyjechał po nas Kazimierz, gospodarz i organizator naszego pobytu, by zawieźć nas, zgodnie z planem, na umówione spotkanie z przedstawicielami grodzieńskiej telewizji w domu Elizy Orzeszkowej.

grodno4– Dzień dobry panom – przywitała nas z melodyjnym, typowo wschodnim akcentem, młoda niewysoka kobieta. – Jestem Anna, a to moi współpracownicy, dodała,  wskazując pana z kamerą i pana z notatnikiem. – Czy ja rozmawiam z panem Romanem?
– Witam panią, tak, to ja.
– Bardzo mi miło pan Roman – rzekła, podając dłoń, którą, jak przystało na zanikający już gatunek dżentelmena, delikatnie musnąłem kącikiem ust. – Czy pozwoli pan, abym dla celów naszej telewizji przeprowadziła w saloniku u Elizy Orzeszkowej wywiad z panem, a potem nagrała w plenerze film o panu?

grodno3Stefan czuł się jak u siebie, fotografując wszystko i wszystkich z pasją, jak przystało na zawodowego fotoreportera, a Kazimierz z Leszkiem stojąc w muzealnej sieni namiętnie o czymś dyskutowali, pokazując palcami w naszym kierunku, jakby wiedzieli o propozycji nagrania filmu.
– Jestem zaskoczony – odpowiedziałem, faktycznie zaskoczony. Co prawda na udzielenie wywiadu jestem przygotowany, ale film na mój temat? O tym nie było mowy w scenariuszu. Jednak po namyśle i przy duchowym wsparciu Stefana oraz jego obietnicy uczestnictwa w tym przedsięwzięciu, wyraziłem zgodę.

Wyszliśmy ze Stefanem z muzeum i zgodnie ze scenariuszem przygotowanym przez panią Annę, mieliśmy się po niej przechadzać, gestykulując i wyraziście ujawniając zafascynowanie architekturą. Na szczęście Grodno jest naprawdę bardzo ładne, czyniliśmy to więc z przyjemnością. Gorzej było ze znalezieniem tematu do rozmowy, który dobitnie ukazywałby nasze głębokie zaangażowanie w sprawy miasta.

grodno1Na szczęście w sukurs przyszły nam dwie młode jasnowłose dziewczyny, które idąc przed nami stały się obiektem naszych rozważań jako przykłady bardzo udanego boskiego dzieła.

Po zakończeniu zdjęć udaliśmy się wszyscy pieszo do kościoła farnego, by obejrzeć nowo odrestaurowany ołtarz. Po drodze rozmawialiśmy o życiu i problemach naszych rodaków mieszkających nad brzegami Niemna.

Okazało się, że bez względu na sympatie polityczne, o jakich mówią nasze rodzime media, i bez względu na to co się dzieje wokół podzielonego Związku Polaków na Białorusi, polska społeczność lokalna nie dzieli się na pro i przeciw, lecz na tych którzy czują swój związek z Polską i tych dla których związek z Polską ogranicza się do posiadanej (często bezprawnie) Karty Polaka. Pierwsi, a jest ich ogromna większość, bo aż 90%, kultywują tradycje przodków, posługują się mową swych ojców, przekazują dzieciom wartości kulturalne i religijne, a jednocześnie, szanując przy tym wartości i prawo narodu i kraju, w którym przyszło im żyć. Nie oznacza to jednak, że popierają to, co się w tym kraju złego dzieje. Tak jak każdy obywatel Białorusi mają prawo do protestu, do walki o sprawiedliwość, o godność, o poszanowanie i to (jeżeli zachodzi taka potrzeba) czynią.

Pani Anna opowiedziała mi o ludziach, którzy walczyli na terenie Grodzieńszczyzny o to, o czym wcześniej mówiłem, a co można zamknąć w jednym słowie – „Polska“. O ludziach organizujących pierwsze po upadku komunizmu szkoły z językiem polskim, pierwsze Domy Polskie miejsca spotkań dla naszych rodaków nad Niemnem, zespoły folklorystyczne propagujące polski śpiew i taniec – i tak dalej, i tak dalej.
Ja niestety wiem, że niektórzy z tych bohaterów za swój patriotyzm, za swoją  charyzmę, za wkład pracy dla dobra polskiej mniejszości, zamiast zwykłego słowa dziękuję ze strony naszych władz, otrzymały policzek – i to za to – że nie stali po „słusznej“ stronie, a byli tylko Polakami. Z problemem  tym spotkałem się osobiście dwukrotnie. Między innymi w Lidzie.

grodno2

Mam nadzieję, że kiedyś społeczeństwo znad Wisły pozna całą prawdę o naszych rodakach  mieszkających na Białorusi, bo dzisiaj zna tylko półprawdy tworzone na potrzeby naszej polityki.

Berlin, czerwiec 2013

PS I:
“Polskojęzyczna regionalna służba informacyjna w Grodnie rozpoczęła nadawanie swoich programów w lutym 2012 roku. Codziennie o 8 rano i 21-ej wieczór nasi słuchacze mogą zapoznać się z informacją z życia naszego regionu, kraju, naszych najbliższych sąsiadów w języku polskim. Słuchać naszego radia można w obwodzie Grodzieńskim. Redakcja RSI jest wdzięczna za uwagę do naszej skromnej pracy panu Romanowi Brodowskiemu, który dał zgodę na to, aby jego dorobek literacki moglibyśmy wykorzystywać w naszych audycjach. Poeta dosyła nam swoje wiersze , a redakcja ma możliwość podarować swoim słuchaczom miłe chwile spotkania ze słowem artystycznym. Dziękujemy za uwagę do naszej skromnej pracy i dziękujemy za pomoc i wsparcie.” Anna Waszkiewicz

PS 2: “Radio finansowane jest przez Urząd woj. Grodna – wydział do spraw religii i mniejszosci narodowych.” Roman Brodowski

PS  3: “Polonia na Białorusi – oficjalnie 396 tysięcy (3,9% ludności); jednak wg szacunków pozarządowych – nawet do 900 tysięcy. W samym obwodzie grodzieńskim mieszka
294 000 Polaków (24,8% ludności).” Wikipedia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Polonia)

Kraj miotły i szczotki. Reblog.

krajszczotki

ramka

ZOFIA ZALESKA: Rembrandt i tulipany, wiatraki i kanały – nasz obraz Holandii sprowadza się zwykle do garści klisz i stereotypów. W swojej książce pisze pan o znikomej wiedzy na temat Holandii w Polsce i o powszechnym myleniu pojęć i terminów. Co nam się myli?

PIOTR OCZKO: Ignorancja na temat Kraju Nizin jest w Polsce wszechobecna, choć Warszawę i Amsterdam – to on jest stolicą Holandii, a nie Haga, jak można często przeczytać w wysokonakładowej prasie – dzieli jedynie 1096 kilometrów w linii prostej. Istnieją też rzekomo dwa odrębne języki, „holenderski” i „flamandzki”; ten rażący błąd powtarzają niemal wszyscy publicyści, a nawet niektórzy naukowcy i redaktorzy słowników języka polskiego. Język, którym mówi się w Holandii i w belgijskiej Flandrii to niderlandzki, mający dwie równoprawne odmiany lokalne. Nie ma języka „holenderskiego”, tak samo jak nie ma języka „austriackiego” czy nie było niegdyś „jugosłowiańskiego”. Mylne jest też myślenie o Holandii jako kraju wyłącznie protestanckim. Ewangelicyzm reformowany wpłynął znacząco na kulturę północno-zachodnich prowincji, ale większość ludności była i jest dalej katolicka. Kolejny obiegowy mit dotyczy równości i zamożności holenderskiego społeczeństwa w XVII wieku, Wieku Złotym. W rzeczywistości rozwarstwienie społeczne było wówczas ogromne i większość mieszkańców kraju żyła na granicy nędzy. Przekonanie o owym dobrobycie utrwala też holenderskie malarstwo, to z jego perspektywy postrzegamy często ten kraj.

Odbieramy je zbyt dosłownie?

Tak, tymczasem – wbrew temu, co wielu się wydaje – XVII-wieczne malarstwo holenderskie nie jest realistyczne. Pamiętam, jak się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na własne oczy zamek w Bentheim, który znałem z obrazu Jacoba van Ruisdaela. Namalował go na stromej, niedostępnej górze, z wieżami tonącymi w chmurach. W rzeczywistości zbudowano go na niewielkim wzniesieniu – artysta po prostu chciał dodać scenie dramatyzmu i uwznioślić temat, dosłownie i w przenośni. Z malarstwem holenderskim wiąże się także inny powszechny stereotyp – o tamtejszej sztuce często myślimy w elitarnych kategoriach wielkich mistrzów. Ostrożnie szacuje się, że w latach 1580-1720 powstało w Holandii co najmniej pięć milionów obrazów, ale większość z nich to dzieła, których raczej nie chcielibyśmy mieć na ścianach.

Skąd pomysł, aby kulturę holenderską badać poprzez obsesję porządku?

W dawnej holenderskiej literaturze i sztuce ciągle natrafiałem na wzmianki o porządku i sprzątaniu, których nie byłem w stanie zrozumieć, tym bardziej że obecnie w Holandii wcale nie jest aż tak czysto. Dziwiły mnie też miotły, nieustannie pojawiające się na obrazach, w grafice, a nawet na słynnych holenderskich flizach. Zacząłem szukać informacji, a gdy okazało się, że niewiele uwagi poświęcono temu zjawisku, sam zacząłem badania. Materiał, który zgromadziłem, zupełnie mnie przytłoczył, nie sądziłem, że będzie tego aż tyle! Ponad dwa tysiące mioteł w holenderskiej sztuce, a i tak to zapewne tylko ułamek. I dziesiątki tysięcy nawiązań do porządku w piśmiennictwie (komedie o sprzątaniu, XVII-wieczne poradniki dbania o schludność, niemal modlitwy o dobre sprzątanie, nawet piosenki o czystości). Dawni Holendrzy nie tylko potrafili kilka razy dziennie szorować mydlinami chodnik przed domem, ale łączyli sprzątanie z kwestiami moralności, patriotyzmu, tożsamości narodowej i religii. Opozycja pomiędzy brudem a czystością wpisała się też w ich kulturę i pojawiała się nieustannie, tak jak rozróżnienie pomiędzy złym a dobrym, ładnym i brzydkim czy dniem i nocą.

szczotka2
Czytaj dalej na stronie dwutygodnika: http://www.dwutygodnik.com/artykul/4531-kraj-miotly-i-szczotki.html

I dla kontrastu…
Janwillem van de Wetering “Siła wyższa” / „Het lijk in Haarlemmer Houttuinem“ / „Outsider in Amsterdam“:
“Jesteś jeszcze młody”, powiedział Grijpstra, “pewnie więc nie wiesz, ale to brud trzyma świat do kupy.”
“Du bist noch jung”, sagte Grijpstra, “und weißt das nicht, aber die Welt wird durch Dreck zusammengehalten.”

Die Trans und die Skins

Renata Borowczak-Nasseri

Die Trans und die Skins

Autobahn… Motorgeräusch eines alten Mercedes Cabrio, der über eine Autobahn rast. Der Trans-Mann, Claudio, lächelt, sein kurzes Haar flattert im Wind. Er schaut auf die platte branderburgische Landschaft.

CLAUDIO

Wie schön das ist.

TOBIAS (ebenfalls ein Trans-Mann)

Schön und öde gleichzeitig!

Tobias rutsch hin und her neben Claudio auf dem Hintersitz mit lächelnd strahlendem Gesicht, und singt mit zu “Sunny” von Boney M., der im Autoradio läuft. Tobias trägt ein Heavy Metall T-Shirt und weite im Schritt hängende Hip Hop Hose.

TOBIAS

(schreit glücklich) Wie ich diese Musik hasse!

Tobias schubst Claudio.

TOBIAS

Sing mit!

CLAUDIO

(mit krätzenden Stimme) Kann nicht!

Claudio beugt sich nach vorne zu Helga, einer Trans-Frau Mitte 50, die riesig, wie ein Holzfäller ist, und eine blonde Mähne trägt.

CLAUDIO

Hey Helga, alles Fit im Schritt!

HELGA

Was?!

Der Wind macht ein starkes Geräusch, man hört kaum was.

JASMIN, (eine Trans-Frau, Mitte 30-ig, stark geschminkt uns sehr schlank)

Bei dir vielleicht? Ich hab ja da nichts mehr!

Alle lachen in die Runde. Claudio klopft Helga auf die Schultern.

CLAUDIO

Lass mich die Karre fahren! Habe heut´ Geburtstag!

TOBIAS

Heute, echt?

Helga lacht auf.

HELGA

Du hast Geburtstag, so wie ich ne Jungfrau bin.

Helga hält an der Straßenseite. Steigt aus.

HELGA

(zu Claudio) Mach schon, du bist wieder geboren, zum neuen Leben.

Claudio springt aus dem Wagen, läuft zu dem Fahrersitz, setzt sich ans Steuer. Claudio startet abrupt los, fährt schnell, viel schneller als erlaubt. Jasmin veranstaltet vorne eine Art Bauchtanz.

TOBIAS

Das ist ja bescheuert!

Helga legt ihre Hand auf Tobias Oberschenkel, nimmt sie aber sofort weg.

HELGA

Die ist wieder 16! Mach die Pubertät Revue passieren! Weißte was ich da gemacht habe? Vor sechs Jahren? Als ich mit den Hormonen angefangen habe?

Claudio dreht sich im Fahren nach hinten, schreit:

CLAUDIO

Was denn?!

HELGA

Blaue Schrippen habe ich vom Bäcker geholt, so war das Leben bunt!

***

Wiese vor einem Schloss.

Wiesen_bei_Gramkow

Der Schloss wirkt geheimnisvoll in der Abenddämmerung: die Rissen auf den Wänden, das große Wappen, Rotlicht im unterstem Etage und Kellerfenster. Claudio schaut ins Feuer. Über dem Feuer werden Würstchen gebraten, der Speck fließt zischend in die Flammen.

Die Tür des Schlosses geht auf, eine DOMINA (30) in voller Montur geht raus, an dem Arm eines Mannes, KLAUS (55), gelehnt.

CHRISTIAN, ein magerer Mann (50) mit lockigem blondem Haar, der Besitzer des Schlosses, blickt in ihre Richtung.

CHRISTIAN

Nicht´s gegen Kunden, aber dieser ist echt eine versaute Sau.

DOMINA

(aus Entfernung) Feierabend! Klaus bringt mich nach Hause.

CHRISTIAN

(murmelt leise) War schon Zeit.

Christian steht auf und winkt zum Abschied. Er trägt eine weiße eng anliegende Bluse, ein Ballerina Kleidchen und weiße Strümpfe.

CHRISTIAN

Die Leute wissen nicht, was ihnen entgeht, wenn sie so rumficken. Jedem ist ein Mensch bestimmt, und man spürt das, wenn man auf ihn trifft.

Claudio starrt Christian an.

CLAUDIO

Das denke ich auch.

Christian streichelt den Rock glatt.

CHRISTIAN

Ich habe darüber das erste Mal auf einem Workshop über Prädestination in Indien gehört. Und ich glaube das. Niemand geht an den eigenen Schicksaal vorbei.

Helga, Jasmin, Tobias und Claudio sitzen still, lauschen dem Knistern des Feuers.

Plötzlich hört man Zweige knacken, Geräusche aus dem Wald, Rufe. An dem Waldrand erscheint in dem Licht des Feuers ein SKIN: glatzköpfig, mit Bombenjacke, Springerstiefel, in der Hand hält er einen dicken Zweig. Mit festen Schritten kommen hinter ihm her noch zwei andere Skins. Claudio unterdrückt einen Schrei, er versteckt sich hinter der riesigen Helga.

CLAUDIO

(flüstert)  Scheiße, Zähne sind teuer.

Er hört ein Lachen. Alle lachen um die Runde, die Skins auch. Der SKIN mit dem Zweig – JENS (23) schmeißt den Zweig ins Feuer. Er klopft Christian stark auf die Schulter.

JENS

Na, hat er euch schon mit seiner Prädistinationsgehirnwichserei zugelabbert?

Christian schaut seinen Sohn tadelnd an, er wendet sich an Claudio.

CHRISTIAN

Der mit der großen Klappe – das ist Jens, mein Sohn, und das sind seine Kumpels Günther und Vale.

Jens küsst Jasmin auf beide Wangen, dann geht er zu Helga, flüstert ihr etwas ins Ohr, Helga lächelt. Jens beugt sich  zu Claudio.

JENS

Oh Pardon, du bist andersrum. Männer küsse ich nicht.

Günter und Vale schmeißen die Zweige ins Feuer.

VALE

(zu Christian) Ist eine Wurst für uns übrig und ein Bierchen?

Christian holt zwei Flaschen aus einem Wassereimer, schmeißt eine nach der anderen zu Vale und Günther.

GÜNTHER

(zu Claudio) Hast du gedacht, wir hauen hier alles kurz und klein?

Jens nimmt einen ordentlichen Schluck aus seiner Bierflasche.

JENS

Das ist nicht unser Kampf.

Er beugt sich und kitzelt Jasmin, sie lacht laut auf.

GÜNTHER

Wir mögen die Mädchen hier!

Jens setzt sich zu Tobias. Schaut ihn von Kopf bis Fuß unverhohlen an.

JENS

Bist du auch andersrum?

TOBIAS

(zwinkert ihm zu) Rate mal…

Vale streckt seinen Finger, Claudio merkt auf der Handoberfläche einen tätowierten Hackenkreuz.

VALE

(herausfordernd zu Claudio) Alles was wir wollen ist Gerechtigkeit und Arbeit. Und hier gibt´s keine Arbeit, und keine Chancen, gegen keine Chancen kämpfen wir.

CLAUDIO

Schon gut, ich verstehe…

Jasmin sitzt am Feuer hält den Kopf von Günther auf ihrem Schoß, die Musik von Rammstein “ Mein Herz brennt” erklingt. Claudio schaut traurig ins Feuer, er hat gerötete Wangen, danebenliegen viele leere Bierflaschen. Claudio zieht an seiner Zigarette.

Jens und Tobias gehen leise an ihm vorbei. Er dreht nach ihnen den Kopf, sie verschwinden  im Schloss. Er nimmt hastig paar Züge, inhaliert den Rauch. Helga rutsch zu ihm. Claudio verschränkt die Arme von seiner Brust. Helga beugt sich zu ihm und flüstert.

HELGA

Du bist mein Beuteschema.

Claudio schaut erschrocken Helga ins Gesicht. Dann ins Feuer. Er richtet sich um aufzustehen. Helgas Hand zieht ihn runter. Claudio klappt auf den Po, verschränkt noch mal die Arme. Schaut zu Helga rüber. Helgas Kopf hängt traurig.

HELGA

(ohne Claudio anzuschauen) Schon gut, ich wollte dir keine Angst machen… Aber versuchen kann doch jeder, ok?

Claudio sitzt eine Weile starr da, dann nickt er. Sie sitzen beide still und schauen ins Feuer.

CLAUDIO

(seine Stimme zittert) Ich weiß nicht, wie ich das Ganze machen soll.

Helga nimmt einen Zweig, schmeißt ins Feuer. Der Zweig fängt schnell Flammen.

HELGA

Wir alle wissen es am Anfang nicht…. Wir helfen dir, du bist hier bei uns gut aufgehoben. Zuerst die Hormone, dann Antrag auf die Vornamensänderung, die Richterin kenne ich… dann die OP.

Claudio rutsch näher zu Helga.

CLAUDIO

Ich will nicht, dass mein…, meine Familie davon weiß.

HELGA

Wir werden es niemandem sagen. Es ist ein Tabu für uns. Jeder regelt das, wie er will.

CLAUDIO

Danke.

HELGA

Wofür?

Claudio steht auf.

CLAUDIO

(verlegen) Ich gehe mal, wegen Tobi, nachschauen.

Helga schaut zu Claudio hoch, sagt ernst:

HELGA

Danach gibt es keinen Weg zurück. Du wirst gehänselt, verprügelt, findest keinen Job, vielleicht keinen Partner, aber… es lohnt sich.

Claudio dreht sich von ihr weg, zuerst geht er langsam, dann rennt er die letzten Meter zum Schloss die Anhöhe hoch.

***
Aus Wikipedia – weißt jemand Besseres darüber, soll uns wissen lassen – Bitte!

Transmann (kurz „TM“) ist eine Bezeichnung für Transsexuelle und Transgender der Richtung Frau-zu-Mann
Transfrau (oder Kathoey) ist eine Bezeichnung für Transgender der Richtung Mann-zu-Frau.

Heute/Dziś
17 czerwca 1953 – pierwsze powstanie robotnicze w Bloku Wschodnim
Istniejąca niespełna cztery lata Niemiecka Republika Demokratyczna (NRD) przeżyła w czerwcu 1953 swój pierwszy wstrząs polityczny. Strajki, demonstracje i rozruchy w ponad 700 miejscowościach stłumiła Grupa Wojsk Radzieckich. Dzięki temu u władzy utrzymał się komunistyczny rząd Otto Grotewohla. Jednak Niemiecka Socjalistyczna Partia Jedności (SED) (…) poniosła ciężką porażkę polityczną. (Wikipedia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Czerwiec_1953_-_powstanie_robotnicze)

Poezja – Poesie – Poetry / Eliot

Kolejny wpis na niedzielę, przypominający wiersze, o których nie sposób zapomnieć, a których przecież nie pamiętamy. W poprzednią  niedzielę był tu utwór niemieckiego poety Hölderlina, dziś przypomnę niezwykły wiersz T.S. Eliota o spacerze J. Alfreda  Prufrocka. Pod tekstem wiersza jego recytacja – najlepiej słuchać i czytać jednocześnie. Główną część wpisu stanowi zawsze utwór w języku oryginału i jego recytacja. Tym razem jest to więc wpis po angielsku.
Tekst po polsku                                                                             Text auf Deutsch

T.S. Eliot

The Love Song of  J. Alfred Prufrock

S’io credesse che mia risposta fosse
A persona che mai tornasse al mondo,
Questa fiamma staria senza piu scosse.
Ma perciocche giammai di questo fondo
Non torno vivo alcun, s’i’odo il vero,
Senza tema d’infamia ti rispondo.

Dante Inferno (XXVII, 61-66)

LET us go then, you and I,
When the evening is spread out against the sky
Like a patient etherized upon a table;
Let us go, through certain half-deserted streets,
The muttering retreats
Of restless nights in one-night cheap hotels
And sawdust restaurants with oyster-shells:
Streets that follow like a tedious argument
Of insidious intent
To lead you to an overwhelming question….
Oh, do not ask, “What is it?”
Let us go and make our visit.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

The yellow fog that rubs its back upon the window-panes,
The yellow smoke that rubs its muzzle on the window-panes
Licked its tongue into the corners of the evening,
Lingered upon the pools that stand in drains,
Let fall upon its back the soot that falls from chimneys,
Slipped by the terrace, made a sudden leap,
And seeing that it was a soft October night,
Curled once about the house, and fell asleep.

And indeed there will be time
For the yellow smoke that slides along the street,
Rubbing its back upon the window panes;
There will be time, there will be time
To prepare a face to meet the faces that you meet;
There will be time to murder and create,
And time for all the works and days of hands
That lift and drop a question on your plate;
Time for you and time for me,
And time yet for a hundred indecisions,
And for a hundred visions and revisions,
Before the taking of a toast and tea.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

And indeed there will be time
To wonder, “Do I dare?” and, “Do I dare?”
Time to turn back and descend the stair,
With a bald spot in the middle of my hair—
(They will say: “How his hair is growing thin!”)
My morning coat, my collar mounting firmly to the chin,
My necktie rich and modest, but asserted by a simple pin—
(They will say: “But how his arms and legs are thin!”)
Do I dare
Disturb the universe?
In a minute there is time
For decisions and revisions which a minute will reverse.

For I have known them all already, known them all:
Have known the evenings, mornings, afternoons,
I have measured out my life with coffee spoons;
I know the voices dying with a dying fall
Beneath the music from a farther room.
So how should I presume?

And I have known the eyes already, known them all—
The eyes that fix you in a formulated phrase,
And when I am formulated, sprawling on a pin,
When I am pinned and wriggling on the wall,
Then how should I begin
To spit out all the butt-ends of my days and ways?
And how should I presume?

And I have known the arms already, known them all—
Arms that are braceleted and white and bare
(But in the lamplight, downed with light brown hair!)
Is it perfume from a dress
That makes me so digress?
Arms that lie along a table, or wrap about a shawl.
And should I then presume?
And how should I begin?

.      .      .      .      .      .      .      .

Shall I say, I have gone at dusk through narrow streets
And watched the smoke that rises from the pipes
Of lonely men in shirt-sleeves, leaning out of windows?…
I should have been a pair of ragged claws
Scuttling across the floors of silent seas.

.      .      .      .      .      .      .      .

And the afternoon, the evening, sleeps so peacefully!
Smoothed by long fingers,
Asleep … tired … or it malingers,
Stretched on the floor, here beside you and me.
Should I, after tea and cakes and ices,
Have the strength to force the moment to its crisis?
But though I have wept and fasted, wept and prayed,
Though I have seen my head (grown slightly bald) brought in upon a platter,
I am no prophet — and here’s no great matter;
I have seen the moment of my greatness flicker,
And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker,
And in short, I was afraid.

And would it have been worth it, after all,
After the cups, the marmalade, the tea,
Among the porcelain, among some talk of you and me,
Would it have been worth while,
To have bitten off the matter with a smile,
To have squeezed the universe into a ball
To roll it toward some overwhelming question,
To say: “I am Lazarus, come from the dead,
Come back to tell you all, I shall tell you all”—
If one, settling a pillow by her head,
Should say: “That is not what I meant at all;
That is not it, at all.”

And would it have been worth it, after all,
Would it have been worth while,
After the sunsets and the dooryards and the sprinkled streets,
After the novels, after the teacups, after the skirts that trail along the floor—
And this, and so much more?—
It is impossible to say just what I mean!
But as if a magic lantern threw the nerves in patterns on a screen:
Would it have been worth while
If one, settling a pillow or throwing off a shawl,
And turning toward the window, should say:
“That is not it at all,
That is not what I meant, at all.”

.      .      .      .      .      .      .      .

No! I am not Prince Hamlet, nor was meant to be;
Am an attendant lord, one that will do
To swell a progress, start a scene or two,
Advise the prince; no doubt, an easy tool,
Deferential, glad to be of use,
Politic, cautious, and meticulous;
Full of high sentence, but a bit obtuse;
At times, indeed, almost ridiculous—
Almost, at times, the Fool.

I grow old … I grow old …
I shall wear the bottoms of my trousers rolled.

Shall I part my hair behind? Do I dare to eat a peach?
I shall wear white flannel trousers, and walk upon the beach.
I have heard the mermaids singing, each to each.
I do not think that they will sing to me.

I have seen them riding seaward on the waves
Combing the white hair of the waves blown back
When the wind blows the water white and black.

We have lingered in the chambers of the sea
By sea-girls wreathed with seaweed red and brown
Till human voices wake us, and we drown.

The Love Song of J. Alfred Prufrock (in: Prufrock and other Observations 1917)
T.S. Eliot (September 26, 1888–January 4, 1965), was a major Modernist Anglo-American poet, dramatist, and literary critic.  Here the record of poet speaking his poem himself.

Translation of Dante’s verses:

“If I but thought that my response were made
to one perhaps returning to the world,
this tongue of flame would cease to flicker.
But since, up from these depths, no one has yet
returned alive, if what I hear is true,
I answer without fear of being shamed.”

Berlin – Amsterdam. Ein Rätsel.

Ewa Maria Slaska

Gestern ging ich einkaufen. Neben dem Laden auf der Straße habe ich eine vergilbte Buchseite gefunden. Ein ziemlich kleines Buch musste es gewesen sein. Seite 15 /16. Nummer 15 nach oben. Ich hebe es auf und lese: “Ja, ja” entgegnet er. “Wißt ihr noch, ich habe doch vorhin gesagt, dass ich hier in Berlin nur zu Besuch bin. Ich lebe heute in Amsterdam. Aufgewachsen bin ich in Polen.”

Im Stehen lese ich weiter. Zuerst, was vorher war. Zwei junge Menschen kommen aus dem Praxiszimmer in den Warteraum. Sie sehen wie nach einer Schlägerei aus und so ist es auch. Man hat sie behandelt und bandagiert. Eine Ärztin sagt, sie sollen eine Anzeige machen. Zeugen habt ihr, behauptet sie und zeigt die drei, die im Raum sitzen. Einen alten Mann und zwei jüngere. Das sind die, die der Alte anspricht, wenn er es sagt, das über Amsterdam und Polen.

Auf Seite 16 sollen sie ihn besuchen. Inzwischen weißt man, dass alle vier, ausser vielleicht dem alten Mann, Homosexuelle sind. Irgendwie hat es der Autor schnell hinbekommen. Und somit ist es auch möglich, dass der Alte auch ein Homosexueller ist.  So ist die Logik des Schreibens. Da macht auch Amsterdam Sinn, obwohl wozu, wenn Berlin jetzt das neue Amsterdam ist. Aber vielleicht ist es eine Geschichte aus alten Zeiten.

kartkiStefanKZwei Monate später, aber immert noch auf Seite 16 sind die beiden schon in Amsterdam und der Alte holt sie vom Bahnhof ab.

Ich drehe mich um und sehe noch eine Seite liegen. 9. Das heißt auch 10. Ach iwo?! Es ist eine doppelte Seite! Jubilation. Einführung. “Berlin – Amsterdam” lautet der Titel. Ich lese: “Berlin Dezember 1989. Zur Vorweihnachtszeit am Haupteingang des KaDeWe, größtes Kaufhaus am Platze.” Also doch die alte Geschichte, und sofort zwei Gedanken dazu: Ich war schon da und es war schon nach dem Mauerfall, was dem Autor auch nicht entgangen ist. “Vor gut fünf Wochen entstand das erste Loch in der Mauer zwischen den beiden Deutschlands.” Der Ich-Erzähler steht vor dem Eingang und wartet auf ihn, der hier in der Sport-Abteilung arbeitet. Sie haben sich in einer Disco kennengelernt.

Ich lebte damals zusammen, obwohl doch nie richtig zusammen, mit einem Homosexuellen. Ich weiß sogar nicht ob er sich schon erzwungenermaßen sozusagen schon geoutet hat oder nicht. Dies passierte zu Ostern, aber ob es vor dem Fall der Muer war oder erst danach, weiß ich nicht mehr. Ich vermute, dass es erst kommen wird.

Aber es kann sein, dass wir beide, die Ich-Erzählerin und ihr Freund, beide aus Polen, wie der Alte, uns auch an diesem Abend vor dem KaDeWe treffen. Dies taten wir ziemlich of. Ich war damals eine Kreuzberger-Schlampe, wie er meinte, und kleidete mich in den Second-Hand-Läden in der Bergmannstraße, er war ein eleganter Dandy und wollte einen Anzug im KaDeWe kaufen. Eben. Er hätte auch die beiden aus derselben Disco kennen können, was ich noch nicht wissen konnte. Oder doch schon.

Sie sind also in der Disco. Es ist spät. “Ich muß morgen früh raus!”, hat er noch gerufen. Und: “Habe um halb sieben Feierabend. Wollen wir uns dann treffen?”

Nein, es war der Wintermantel. Der Winter war immer noch sehr warm. “Wie letztes Jahr ist es viel zu warm für die Jahreszeit”. Wir sollen uns die Wintermäntel für ihn anschauen. Ich stehe und warte, er verspätet sich. Bald ist es aus mit dem Einkauf heute.  “Jetzt ist es bereits halb sieben durch. Nur noch vereinzelte Kunden werden von blassen Verkäuferinnen wie Schafe aus dem Stall herausgetrieben. Dann dreht ein uniformierter Wachmann seinen Schlüssel in der verdeckten Alarmvorrichtung – schwere Glastüren schließen sich, ein eisernes Gitter schwebt herunter. Das war es dann wohl…”

Ende der Seite 10. Ich bin durchgefroren. Durch und durch. Mein Freund ist nicht angekommen. “Suchend schaue ich mich um.” Man hatte noch keine Handys, unglaublich, aber wahr. Seite 11: “In diesem Moment drückt mir jemand von hinten einen warmen Kuß auf den Hals – ich fliege herum und werfe dabei um ein Haar meine Brille zu Boden: Er ist es!”

Ja, der da, der seine, der ist schon gekommen. Meiner nicht. Zuhause lege ich mich ins Bett hin. Mich fröstelt es. Wenn er endlich kommt, zische ich nur durch die Zähne, dass wir ihm keinen Mantel gekauft haben, und ab morgen soll es sehr kalt werden, der Winter halt. Und wenn er sich erkältet, weil er nicht warm genug angezogen ist, werde ich ihm keinen Tee reichen. Er soll in seiner blöden Krankheit krepieren. Schluss.

Sie gehen essen und geraten in eine Schlägerei. Ende der Seite 11. Auf Seite 12 ganz oben schreit jemand: “<<Schwule hat bestimmt AIDS. Paß auf, daß du kein Blut von dem abbekommst!!>> Wir erschrecken gleichzeitig.”  Es ist dunkel. “Etwa sechs oder sieben junge Männer, keineswegs als Skins oder Nazis erkennbar, schlagen auf zwei Jungen ein…”

Die beiden wollen Polizei verständigen (kein Handy! Man muß eine Telephonzelle finden und passende Münzen parat haben!),  da erscheint doch doch der Alte… “… bestimmt eine Ecke über sechzig, drängelt sich energisch nach vorne und fährt die Schläger… ” Und so weiter. Das wissen wir schon. Wir waren schon auf der Seite 15. Mal. Alle gehen. Die Geschlagenen gehen zur Polizei, die beiden aus der Disco gehen essen, der Alte geht weg. Ich bin krank. Habe Fieber. Mein Freund bringt mir eine Tasse heissen Tees und Aspirin. Er lächelt ganz böshaft. Man darf nicht mit bösen Zauberworten gedankenlos um sich werfen. Es kann immer passieren, dass sie abbiegen, von der Wand abspringen, sich unerwartet drehen und plötzlich den treffen, der sie geworfen hatte.

Zum Beispiel mich.
stefanKIch habe im Internet gesucht und das Buch gefunden. Links: ein Foto daraus. Der Stefan K. ist der Alte, der später in Berlin den jungen Schwulen hilft und in Amsterdam wohnt. Als ich die gefundenen Seiten las, dachte ich, ach, noch so ein Roman für Jugendliche mit toleranter Botschaft. Notwendig, klar, aber nicht aufregend. Dagegen fand ich eine stark beletrisierte wahre Geschichte, wo das Deutsch-Polnische eine wichtige Rolle spielt.

Wenn mich die Logik des Schreibens nicht irreführt, ist es kein Buch über junge Homosexuelle aus Berlin oder Amsterdam, sondern über den Alten, der während des Krieges die Pubertät durchmacht. Es wird also die Geschichte einer homosexuellen Liebe in Polen während des Krieges sein. Eine Story über jemanden, der Alles und Alle gegen sich hatte, die eigene Familie, sich selbst, die Kirche, Tabus, Hormonen und die Deutschen obendrauf.

Ich habe mir das Buch bestellt, ich werde es lesen und nachprüfen, ob meine schriftstellerische Intuition etwas ist, worauf ich mich verlassen kann. Danach gebe ich den Roman als Preis für die Rätselösung weiter.

Rätsel: Was ist das für ein Buch? Antwort von Anne Schmidt: Lutz van Dijk, Verdammt starke Liebe.

PS.

Dorota Cygan w rozmowie telefonicznej po lekturze tego wpisu: Niektórzy idą do sklepu i nawet pietruszki nie uda im się kupić, a inni znajdą pod sklepem pomysł literacki.

Naklejka

Naklejka to po hiszpańsku La Pegatina, a to…

…ulubiony zespół moich przyjaciół. Jest ich zresztą kilka – La Vela Puerca, Che Sudaka… No means No. Są też soliści. Na przykład Fermin Muguruza. Czyli różnie, ale generalnie chyba SKA. Muzyka do poSKAkania. Kinga i Włodek jeżdżą po Europie w pogoni za koncertami swoich ulubieńców, od chyba 10 lat. Od kilku lat nagrywają też filmy na koncertach, które to filmy umieszczają na Youtubie i nie wiem, może coś pokręciłam, ale chyba zaliczyli ostatnio milionowe wejście. Czyli coś jak kasiazosiagosia tylko, że w muzyce.

kwikiPodobno w Urugwaju w Sylwestra 2012 ludzie bawili się tylko przy muzyce z KWIK TV.

http://www.youtube.com/user/kwiktv &  http://www.2nt.eu/

A w Berlinie od dziś przez trzy dni festiwal dla tych, którzy lubią dokładnie takie klimaty – czyli porady kulturalne. Festiwal klimatów hiszpańsko-latynoskich. Trzeciego dnia wystąpi La Pegatina.

BeLaSound Festival
14-16.06.2013
Yaam Berlin
Stralauer Platz 35, 10243 Berlin

52866event

Dopisane po koncercie przez Kingę z KWIK TV:


La Pegatina to bardzo energetyczny zespół z Barcelony grający rumbę katalońską, rock i ska. Wprawdzie wywodzą się z kręgu Manu Chao, lecz atmosfera na ich koncertach jest zdecydowanie weselsza, ponieważ przyświeca im zawsze jedna zasada – koncert to okazja do wspólnego świętowania i zabawy z CAŁĄ publicznością. Nie inaczej było podczas ich występu w Berlinie 16 czerwca na festiwalu BeLaSound w klubie Yaam.

Skakali, tańczyli i śpiewali wszyscy. Z resztą ich muzyka to kwintesencja słonecznej, szalonej imprezy i nikogo nie pozostawia obojętnym. Być blisko a nawet wśród ludzi – oto sposób na odlotowy koncert, a przy okazji skuteczny chwyt marketingowy i pozyskanie wiernych fanów.

Zespół obchodzi w tym roku swoje dziesiąte urodziny, a w Berlinie zagrał swój 701 koncert. Szczególnie popularni są w Holandii, gdzie na ich występy przychodzą tysiące osób, ale zjeździli już całą Europę, koncertowali również w Chinach, Ekwadorze i Kanadzie.

Wszystkie płyty La Pegatiny można pobrać za darmo z ich strony: http://www.lapegatina.com/

PS od Redakcji: KWIK TV zorganizowała pierwszy (i jak dotąd jedyny) koncert zespołu La Pegatina w Polsce (Szczecin jesień 2010)