Kapitan, piraci i Andy Wollf

Lech Milewski pisze dla nas z Australii:

4 kwietnia 2009 somalijscy piraci opanowali niemiecki statek “Hansa Stavanger”, dowodzony przez polskiego kapitana Krzysztofa Kotiuka i zażądali od niemieckiego armatora okupu 2.5 miliona dolarów USA.

Przez następne 4 miesiące trwała wojna nerwów. Piraci z jednej strony terroryzowali załogę z drugiej strony szantażowali armatora wywożąc 5 Niemców znajdujących się na pokładzie na ląd i grożąc odstąpieniem ich Al Kaidzie lub grupie Al Shabaab. Strona niemiecka pozostawała na pryncypialnych pozycjach.

Porwania statków przez piratów u wybrzeży Somalii to znana sprawa. Podczas tych czterech miesięcy okupacji “Hansy Stavanger” różne grupy piratów somalijskich, bo jest ich kilka, porwały, otrzymały okup, i uwolniły pół tuzina innych statków.
Ilość i częstotliwość porwań statków spowodowała, że obie strony – piraci i armatorzy – wypracowali pewną procedurę negocjacji. Jak to w takich przypadkach bywa, zakładnicy stają się kartą przetargową, ich życie i prawa przestają się liczyć. Nie tylko dla piratów.

W tym tygodniu na ekrany niemieckich kin wchodzi film The Captain and his Pirate, który relacjonuje wydarzenia na pokładzie statku “Hansa Stavanger”. Terminarz projekcji w powyższym linku.

Jak widać z tytułu centralną postacią filmu jest kapitan statku. On znajduje się między młotem i kowadłem. A może nawet dwoma młotami i kowadłem. Piraci wymagają od niego posłuszeństwa, wywierania nacisku na armatora i trzymania załogi w ryzach. Armator oczekuje lojalności i wypełniania obowiązków dowódcy statku – troski o załogę i mienie. Załoga oczekuje ochrony przed brutalnością piratów i przede wszystkim doprowadzenie do szybkiego uwolnienia, W miarę upływu czasu, a w przypadku Hansy Stavanger było to wyjątkowo długo, kapitan staje się coraz bardziej pionkiem, z którym zainteresowane strony przestają się liczyć.
Szczególnie  skomplikowana jest właśnie relacja kapitana z załogą. Kapitan nadal wydaje rozkazy i egekwuje ich wykonanie a na porwanym statku jest wiele do zrobienia i nie są to rzeczy typowe. Zaś załoga uznaje te niewdzięczne prace za katorgę a przedłużającą się niewolę za dowód nieudolności dowódcy. Jak więc się zachować? Co robić?

kapitan

Źródło zdjęcia – abc.net,au.

Reżyser filmu – Andy Wollf  – stara się odpowiedzieć właśnie na to pytanie i dochodzi do zaskakującego wniosku – kapitanowi potrzebne jest wsparcie pirata – stąd tytuł filmu.

Ogromnym atutem filmu są sceny nakręcone w Somalii i rozmowa z tytułowym Piratem.

– Nie boisz się? – to pytanie powtarza się w filmie kilkakrotnie.
– Czy się boję? – dziwi się Ahado – w Somalii najbardziej niebezpieczne miejsce to stolica kraju Mogadishu. Tam każdy ma broń i każdy strzela. A tutaj..
– Niemiecka armia próbowała odbić zakładników – nalega filmowiec. Ahado uśmiecha się lekceważąco – atak helikopterów – my mamy już doświadczenie w tej dziedzinie (chodzi o słynny Black Hawk Crash – na marginesie wspomnę, że polski operator Sławomir Idziak był nominowany do tytułu The Cinematographer of the year za zdjęcia do filmu Black Hawk Down – patrz TUTAJ).
– Jak to właściwie było z kapitanem?
Ahado uśmiecha się żując bez przerwy narkotyzujące liście khat – klik.
– Kapitan był jak ojciec. Mam dla niego największy szacunek. On jest nawet starszy od mojego ojca. Tak – to był prawdziwy ojciec, który cały czas troszczył się o swoje dzieci.
– A załoga?
– Załoga to były dzieci. Dzieci tracą szacunek do rodziców kiedy widzą, że ci są bezradni. Tak właśnie było tutaj. Najpierw dołączyło do nas dwóch marynarzy pochodzacych z Tuvalu. Bałaganili, rozkradali wraz z nami kontenery, nie słuchali poleceń kapitana. To jest zresztą nasza taktyka – skłócić ze sobą załogę. Wkrótce dołączyli inni.

Pisząc o piracie nie sposób pominąć jego poglądów religijnych.
– Nie bałeś się ataku? –  pyta kolejny raz Andy Woolf.
– Jeśłi znajdowałem się w tamtym miejscu to oczywiste było, że może być atak. Ale powiem ci jedno – moje życie nie będzie o minutę dłuższe czy krótsze od tego co przeznaczył mi Bóg. Więc czego sie bać?
I jeszcze jedno zdanie na temat kapitana: on nie jest muzułmaninem, nie modli się wraz ze mną nie mogę więc go bezstronnie ocenić. Ale poza tym – to jest człowiek godzien najwyższego szacunku.

Podczas krótkiego spotkania po prelekcji filmu w Melbourne kapitan Kotiuk wspomniał, że któregoś dnia zaskoczył go telefon.  Dzwonił twórca filmu – Andy Wollf.
– Czy możesz zamienić kilka słów z Ahado? Jestem tutaj trochę w tarapatach i Ahado chce się upewnić, że naprawdę robię film na temat twojej przygody.
Jak widać Andy Woolf wrócił zdrowy i cały, kilka słów pomogło.  Poniżej zwiastun filmu…

Końcowa scena powyższego video to kapitan Kotiuk na balkonie swojego mieszkania z dłońmi zwiniętymi na kształt lornetki. To teraz mój mostek kapitański – mówi z goryczą.

Armator nie pozostawił cienia wątpliwości co do swojej oceny tej sprawy. W porcie macierzystym czekało już na kapitana wypowiedzenie pracy. Również drugi oficer statku – Frederick – udzielił wywiadu, w którym oskarżył kapitana o współpracę z piratami.

Film kończy się dramatycznym pytaniem kapitana: mnie przecież chodziło cały czas wyłącznie o życie załogi, ponad 20 osób. Jak to możliwe, że jedyną osobą, która mnie rozumiała był ten prosty człowiek?

PS. Miałem okazję oglądać ten film kilka miesięcy temu podczas festiwalu kulturalnego w Melbourne. Przy tej okazji uczetniczyłem w spotkaniu z kapitanem K. Kotiukiem. Na dodatek przeczytałem książkę autorstwa kapitana, w której relacjonuje on, dzień po dniu, wydarzenia na statku. Za dwa tygodnie przedstawię na tym blogu swoje refleksje wywodzące się z tych trzech źródeł informacji. Na początek jednak polecam obejrzenie filmu.

Expressionistische Märchen? (2)

Inge_Zuhaus7_8-kleinLidia Głuchowska

Inge Denker über das Heim und mütterliche Träume

Gewoben aus Traum, Wirklichkeit und Erinnerung erscheinen die großformatigen Federzeichnungen Inge Denkers, die sie den weiblichen Visionen von Zuhause, Familie und Mutterschaft gewidmet hat, minutiös angefertigt, doch sehr surreal. Ihre Grundlage waren Erzählungen zahlreicher Frauen, die der Künstlerin ihre intimsten Gedanken und Bekenntnisse anvertraut und ihr Schicksal erzählt haben.

Inge Denker hat zwei ganz unterschiedliche künstlerische Medien zu den ihren gemacht: das Aquarell [dem der vorige Beitrag über die Künstlerin gewidmet war – L.G.] und die Federzeichnung. Beiden ist gemeinsam die Zartheit und – verglichen mit den Dimensionen des Tafelbildes – das eher intime Format (wobei die Zeichnungen mit annähernd Folioformat sogar vergleichsweise groß sind). Sehr unterschiedlich ist dagegen der Entstehungsprozess: während die Federzeichnung in langwieriger Feinarbeit über Wochen, gar Monate hinweg entsteht, muss das Aquarell rasch und in einem Guss geschaffen werden. Dementsprechend sind die graphischen Arbeiten äußerst detailreich und erfordern ein konzentriertes, fast hingebungsvolles Betrachten – wohingegen die Aquarelle unmittelbar und emotional wirken.

Verena Krieger, Zur Kunst von Inge Denker. In: Inge Denker. Aquarelle. Federzeichnungen. Lübeck 2004. ISBN: 3-00-014400-5

Die besprochenen Federzeichnungsreihe ähnelt einer komplexen, mehrstimmigen Erzählung zum gleichen Thema: „Zuhause, Familie und Mutterschaft“, wobei sie auch in mehreren parallelen Varianten davon Zeugnis gibt.

Zuhaus3-4-kleinCharakteristisch dafür sind die Metaphern eines Heims, das einer auf einer sicheren Insel aufgebauten Burg gleicht (Auferstehung der Bäume, 1982). Diese, umkreist vom Meer mit großen Booten, die ebenfalls andere Häuser in sich beheimaten, ist durch weitere kleine Boote mit der Außenwelt und weiteren Inseln vernetzt, die teilweise bereits verlassen und verwüstet sind. Die Burg selbst, durch eine Reihe von Bäumen geschützt, scheint jedoch frei von Gefahr und nur vom Glück erfüllt zu sein. Zumindest für den Augenblick.
Positiv wirkt auch das Bild des Hauses auf einem Riesenkrug über die Welt erhoben (Bildnis einer Mutter, 1982) einerseits mit einem Blick nur auf den fast wolkenfreien Himmel, andererseits durch eine beschützende Wolke von der übrigen Welt abgesondert. Es ist kaum zu sehen, dass in der der Ferne ein ähnliches krugartiges Gebilde schimmert. Im Dialog mit diesem Bild schrieb Vera Hesse ein in seiner Aussage düsteres Gedicht:
Zuhaus1-kleinWolkenortsprache
Heimesfluchtenwind schüttelt
lautleises Wahren

aus seiner Ganzheit
spricht der zerbrochene Krug
trauneinsther randweit

raumweites Ahnen
einer Mutterbildbrücke
hortet noch Fragen

Zuhaus2-kleinaus: Federspurweisen. Federzeichnungen: Inge Denker,
Haikurtios: Vera Hesse. Edition Hentrich, Berlin 2012, S. 1-13.

Optimistisch-konstruktiv scheinen auch die dieser Federzeichnungsserie zugehörigen Darstellungen von Wohnstrukturen zu sein, deren Hauptbestandteil Bäume bilden. Eines davon – ein Riesenbaum auf einem Hügel, umrahmt von Unzahl seiner verkleinerten Kopien, heißt die Baummutter (1981). Ein anderer großer Baum, der in zwischen seinen Ästen eine Mehrzahl von Räumlichkeiten und in seinem Stamm einen beäugten, personifizierten Eingang hütet, wurde sogar Selbstbildnis (1982) genannt. Und in der Tat, nach einer genaueren Betrachtung entdeckt man, dass es versteckt in einem dichten Gewebe anderer palimpsestartig aufgebauter Details auch das Gesicht der Künstlerin in sich birgt.

Weitere zwei Häuser schwimmen auf den Meeresschiffen, wie bebäumte, bewegliche Inseln, denen jeweils ein entwurzelter und wohl hinter das Heck herausgeschmissener Baum angehängt wird. (Frauenarche, Die letzten Vier, beide 1981).

Inge_Zuhaus09kleinDie andere Gruppe von Darstellungen dieser Reihe wirkt etwas weniger ausgeglichen. Eine davon stellt eine Mühle auf einem Hügel dar, der sich über mehreren kleineren Hügeln erhebt, auf denen kleine Häuschen zu sehen sind. Die zierliche dekorierte Mühle gleicht somit etwa einer Dorfkirche, während im Hintergrund auf dem Himmel voller kleiner Wolken auf zweien davon wie andere solche Mühlen in die Ferne schweben (lieber Mühlen bauen, 1981).

Einer Mühle ähnelt auch ein verwüsteter Baum, der auf einem gestrandeten Boot wächst und in seinen Riesenästen ganz hoch ein kleines Palais und unten ein großes Haus beherbergt. Doch der Korpus des Hauses fällt gerade ins Wasser um die Insel herum, auf der sich das Boot samt seines Inhalts befindet. Vernachlässigung (1981) heißt das Bild, welches das Ende eines mühsam aufgebauten Glücks zu veranschaulichen scheint.

Inge_Zuhaus10kleinUnd schließlich trägt ein Engel mit dem gebrochenen Hals und den zum Gebet zusammengelegten Händen ein Boot, während er auf seinen Flügeln zahlreiche Bäume, mit den Wurzeln in den Himmel gerichtet stützt, während ein sich aus seinem Körper befreiender Turm ebenfalls Richtung Himmel erhebt. Dazu schrieb wiederum Vera Hesse:

Weltenchaosturm
entankerter Wohnstätten
reißt Behaustsein ein

waldsturzgeflügelt
kniet die Kopfgeburt Engel
Halturmenfügen

einsther kaumweit zeiht
erhandet her Notständen
jetztet Nahortspur (S. 74,75).

Zur Entstehungsgeschichte dieser Werke berichtet Verena Krieger:

Die Federzeichnungen entstanden hauptsächlich in den siebziger und frühen achtziger Jahren. Der Grund war zunächst sehr schlicht: es mangelte am Geld für teures Papier und Aquarellfarben. Zugleich ermöglichte die Technik ein langfristiges Arbeiten immer dann, wenn gerade einmal Zeit war in dieser Lebensphase, die von vielen Verpflichtungen neben der Kunst geprägt war. Doch neben solchen praktischen Aspekten eröffnete die Federzeichnung spezifische Gestaltungsmöglichkeiten, die Inge Denker in ihrem Sinne zu nutzen wusste. Ihre Zeichnungen haben eine Doppelstruktur: einerseits handelt es sich um ein „Gewimmel“ einer Vielzahl von Einzelmotiven, die sich nur bei längerer und genauerer Betrachtung erschließend ins Surreale tendieren. (…) Andererseits sind diese Motive in eine Metastruktur eingebunden, die, meist, symmetrisch aufgebaut, eher den Eindruck einer klaren Ordnung erzeugt. Reale Größenverhältnisse werden dabei spielend außer Kraft gesetzt. (s. 6-7)

Inge_Zuhaus11kleinDiese Visionen vom Zuhause sind nicht einfach zu deuten, bleiben oft unklar, geheimnisvoll, obwohl dem Betrachter immer durch symbolische Zeichen einen gewissen Zugang zu deren Inhalt gewährt wird. Die bildliche Erzählung von Familie und Mutterschaft wird hier – wie ein menschlicher Weg – mehrfach verzweigt und immer wieder vom Neuen begonnen. Zusammen scheinen die Bilder Inge Denkers im Dialog mit den Gedichten von Vera Hesse zur Konklusion der Unmöglichkeit eines stabilen Zuhauses zu führen, egal mit welch extremer Mühe frau dieses Gewebe von Traum und Wirklichkeit schafft. Ist es aber wirklich so? In den noch viel zahlreicheren Zeichnungen, die hier nur beispielhaft aufgeführt wurden,  gibt es nur einige wenige Analogien und Wiederholungen. Die  polyphone Vielfalt dieser berichteten und dann bildlich rekonstruierten oder eher neustrukturierten Erinnerungen ergibt keine eindeutige Aussage.

Und während der pessimistische Ton der Gedichte beinahe eindeutig bleibt, bringt die surreale Welt der Federzeichnungsreihe weit Ambivalenteres zum Ausdruck. Sie läßt durchaus etwas Hoffnung auf das Glück, das die Frau – mindestens zeitweilig – von der Welt schützen und wie ein Baum wachsen lassen kann.Und eine Auseinandersetzung mt diesen visuellen Rätseln ist einen nicht nur intellektuelle, sondern auch geistige Übung.

Siehe auch: http://www.ingedenker-aquarelle.de

Fortsetzung folgt in einer Woche

Z archiwum Exodusu 2

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

nakrycie
Zbigniew Milewicz

Nakrycie dla wędrowca

Staszek przekręca klucz w stacyjce i spogląda na zegarek, dochodzi druga po południu. W nocy, jak dobrze pójdzie, powinni dotrzeć na miejsce. Oni, to znaczy: kierowca, jego żona, córka, syn i wiktuały z Aldiego, które wiozą dla niedojadającej rodziny w Polsce. Siedzący w samochodzie są dobrze odżywionymi Niemcami, którzy myślą po polsku, czy też Polakami z niemieckim obywatelstwem, co fordowi zresztą spływa po błotnikach. Zapłacili w firmie za jego wypożyczenie, więc niech sobie będą, kim chcą i jadą dokąd chcą.

W przededniu Wigilii ruch na ulicach Monachium jest wyraźnie ograniczony. Ci, którzy zaplanowali sobie świąteczne wczasy gdzieś W Alpach, Paryżu, czy na Karaibach, wyjechali wcześniej. Inni już po trochu ucztują w swoich domach, choć Dzieciątko jeszcze się nie urodziło, ale jest Wochenende. Na 20 kilometrów przed niemiecko-czechosłowacką granicą Staszek myli drogę. Stuka więc do drzwi jakiegoś przydrożnego, zamkniętego na cztery spusty zajazdu. Stara kobieta uchyla okno, taksuje badawczo przybysza, po czym przywołuje wnuka i mówi mu po bawarsku, że jakiś Prusak zabłądził. Dla Bawarczyka każdy obcy, czyli nie bawarczyk, to Prusak i Staszek, aczkolwiek niechętnie, musi się z tym pogodzić. Konformizm przychodzi z wiekiem. Przed dwudziestu paru laty w Krakowie, gdzie studiował prawo, dał w zęby pewnemu Krakusowi za to, że tamten nazwał go Hanysem. Jestem Ślązakiem, mawiał z przekonaniem, ale nie Niemcem.

Ojciec Staszka pochodził z Wilna, mama z Chorzowa, dawniej Królewskiej Huty. Pasją ojca było zakładanie rodziny, więc w rok po ożenku doprowadził do rozwodu, wyjechał na Pomorze i po pewnym czasie powtórnie się ożenił. Staszek wychował się przy boku mamy i jej rodziców, w typowej rodzinie z pogranicza, gdzie mówiło się trzema językami – po polsku, po Śląsku i po niemiecku. Niemieckiego używano wówczas, kiedy w grę wchodziły Ważne Sprawy dorosłych, o których Staś nie powinien wiedzieć. Gwarą porozumiewali się z niektórymi krewniakami i znajomymi, ale językiem głównym był polski. Obowiązywał z urzędu i serca.

Pradziad Staszka po kądzieli był prostym górnikiem, człowiekiem poczciwej natury i czuł się Niemcem. O prababce wiadomo niewiele, zaledwie tyle, że pacierze wolała odmawiać po polsku oraz że zmarła wkrótce po urodzeniu dwunastego, albo trzynastego dziecka. W związku z tym smutnym wydarzeniem, częścią dzieci zaopiekowali się krewni. Erwin, dziadek Staszka trafił mając 16 lat do domu kuzyna ś.p. mamy, w którym hołubiono polską kulturę i tradycje. Podobnie, jak jego ojciec i większość braci, Erwin poszedł pracować do kopalni. Dla chleba, bo jego pasją był cyrk, zwłaszcza popisy zręczności, i śpiew. Nowy dom pomógł mu te młodzieńcze upodobania częściowo spełnić. Stryjeczni bracia wciągnęli Erwina do sekcji gimnastycznej „Sokoła”, polskiej organizacji, która działała na Śląsku i poza ćwiczeniem tężyzny fizycznej i celnego oka u młodzieży na wypadek konieczności militarnej samoobrony, zajmowała się jej edukacją patriotyczną. Później wstąpił do „Lutni”, polskiego towarzystwa śpiewaczego, gdzie poznał Annę, swoją wielką miłość i przyszłą żonę. Tym sposobem dołączył do ludu, który kiedy nadszedł czas powstań śląskich, nie rzucił ziemi, skąd jego ród. Podobnymi, choć przecież nie takimi samymi, oryginalnymi w swych liniach osobistych wyborów, a może i przeznaczeń, drogami poszli jeszcze dwaj bracia Erwina. Reszta, albo wyznawała swą przynależność do rasy germańskiej, albo też uważała, że Ślązak to ani Niemiec, ani Polak, tylko Ślązak i basta. Charakterystyczne jednak, że na tle tych podziałów nie dochodziło do żadnych istotnych konfliktów w rodzinie, nie naruszały one wzajemnej życzliwości i przywiązania.

Kiedy dziadek Staszka szedł na trzecie powstanie, spotkał w sieni rodzinnego domu starszego brata Jerzego, który mieszkał wspólnie z ojcem. Jerzy ubrany w mundur Grenzschutzu, wracał właśnie ze służby.
– Kaj to idziesz, Erwin? – zapytał.
– Na powstanie, pysk wom utrzeć – lekko odparł młodszy brat.
– A mosz jako giewera? – zainteresował się tamten.
Erwin przytaknął i pokazał Jorgowi jakiś mały pistolet, bodaj czy nie Browning.
– Tym psinco zrobisz – mruknął starszy, po czym sięgnął do kabury i dał bratu sporych rozmiarów służbowego gnata wraz z zapasową amunicją.
– Z Panem Bogiem – pożegnał się Erwin.
– Wracaj szczęśliwie do domu – odrzekł po niemiecku Jorg.
Uścisnęli się i rozeszli, każdy w swoją stronę.

Kobiety w rodzinie reagowały bardziej nerwowo w różnych dramatycznych momentach. Rankiem 1 września 1939 roku Hela, starsza córka Erwina, spotkała na ulicy swoją kuzynkę Gretę. Nawiasem mówiąc nie przepadały za sobą wzajemnie.
– Heil Hitler – przywitała Greta Helę.
– Dzień dobry – odparła Hela i wymierzyła kuzynce mocny policzek.
W południe w oknach niemal wszystkich domów przy ulicy, przy której mieszkali dziadkowie i przyszła mama Staszka wraz ze swoją młodszą siostrą, wisiały już hitlerowskie flagi. Wyjątek stanowiły okna mieszkania Erwina, który w domu miał tylko flagę biało-czerwoną. Pięknie odprasowana przez Annę, leżała w szufladzie komody, jak zwykle przygotowana już na święto 3 Maja. Kiedy do drzwi zastukał sąsiad, pełniący jakąś ważną funkcję w NSDAP i już zza zamkniętych drzwi, z pretensją w głosie wytknął domownikom karygodny brak, w progu stanęła 18-letnia panienka w polskim stroju harcerskim. W ręku trzymała kuchenny nóż, a dla przybysza miała następującą propozycję: albo zostawi ich rodzinę w spokoju, albo będzie miał do czynienia z tym oto narzędziem, bo dobrowolnie żadne z nich takiej szmaty w oknie nie wywiesi. Ważniaka z wrażenia zamurowało. Na szczęście w tym samym momencie przyszli z miasta rodzice wraz z młodszą córką i sumitując się za zachowanie starszej latorośli, za które mogły im wszystkim grozić poważne kłopoty, obiecali niezwłocznie wywiesić właściwe barwy.
– Hela ostatnio trochę choruje na nerwy – załgali się przed sąsiadem. Oczywiście musieli skądś lub z czegoś tę flagę wytrzasnąć. Anna uszyła ją naprędce z jakichś starych wsyp na pierzyny.

Konformizm przychodzi z wiekiem i w strachu.

Staszek przerywa rozmyślania, bo zbliża się kontrola paszportowa. Na granicy z Czechosłowacją, jak wymiótł, przed nami stoi tylko jakaś „Skoda” z przyczepą, załadowana używanymi oponami. Wszystko w porządku, można jechać dalej. Czeski celnik, na dźwięk polskiej mowy, wychodzi z roli uroczego bywalca europejskich salonów, który tylko mocą jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności przebrany został w mundur granicznego kontrolera. Z zawodową rutyną sprawdza, co za towary Staszek wiezie, ale zbytnio nie chce mu się pracować, więc po chwili wraca do postawy wytwornego światowca i życzy podróżnym szczęśliwej drogi.

Smutną szarość czeskich miast w nocy barwią plakaty: ,,Havel na Hradl”, porozklejane szczodrze w wyborczej kampanii na murach kamienic i w sklepowych witrynach. Z więzienia, z pozycji opozycyjnej zakały, na prezydencki fotel. Nieźle. Miło patrzeć, jak wszędzie kruszeją betony systemu, który tak, jak nazizm, pogardzał człowiekiem i jego prawami.

W 45 roku, kiedy wojska marszałka Koniewa wkroczyły do Chorzowa, Erwina postawiono pod murem. Nie miał czasu, a także komu wytłumaczyć się, że walczył w powstaniu przeciw Niemcom, a czas wojennego poboru do Wehrmachtu przesiedział w piwnicy, za kopcem kartofli. Ten, kto tak jak on posiadał Volkslistę z numerem 3, uznawany był przez Wyzwolicieli za faszystę, a więc podlegał wysiedleniu w głąb Rosji lub likwidacji.Erwina niemal w ostatniej chwili uratował polski oficer. Zaręczył, zgodnie z prawdą, że znają się od lat i to z jednej strony barykady.

Wojna przetrzebiła zarówno rodzinę Anny, jak i Erwina. Jeden z jej braci, wcielony do Wehrmachtu, poległ zaraz na początku, w 39 roku; drugi uznany został za zaginionego na froncie. Dwaj bracia Erwina – Maks i Paulek zginęli pod Stalingradem, także w mundurach żołnierzy Wehrmachtu. Jorg przeżył, wzięty do niewoli amerykańskiej, osiedlił się po wojnie w Niemczech. Hanek, młodszy brat Erwina, działający w czasie okupacji w szeregach Armii Krajowej zmarł na początku lat 50, na krótko po wyjściu z aresztu katowickiego UB, w którym przebywał pół roku w związku z podejrzaniem o wrogą działalność na szkodę państwa.

Taki sam zarzut spotkał Staszka w marcu 1968 roku w Krakowie. Na krótko przed obroną pracy magisterskiej wylądował w celi na Montelupich i choć odsiedział w niej tylko miesiąc, ta sprawa długo się za nim wlokła. Na początku groził mu wilczy bilet z uczelni. Dzięki przedsiębiorczości mamy, czyli owej Heli, córki Erwina, no i jej łapówkom, przez które zadłużyła się po uszy, udało się jednak tego uniknąć. Ale potem przez lata odmawiano Staszkowi paszportu, zawsze z tych samych ,,innych względów wagi państwowej”.

W latach 70, w okresie świetlanego panowania Edwarda Gierka, syna ziemi zagłębiowskiej, łatwiej było wielbłądowi przejść przez ucho igielne, aniżeli przeciętnemu Ślązakowi na Śląsku wspiąć się po szczeblach kariery społecznej i zawodowej. Staszek wiódł więc marny żywot radcy prawnego w pewnym przedsiębiorstwie handlowym w Katowicach, choć marzyła mu się przecież lepiej płatna i ciekawsza praca, a przede wszystkim podróże po świecie. Kiedy ożenił się i na świat przyszli w rocznych odstępach córka i syn, znalazł sobie jeszcze trzy radcowskie ćwierćetaty, ale i to ledwie wystarczało im na życie i opłacenie spółdzielczych dwóch pokoi z kuchnią. Z nastaniem ,,Solidarności” włączył się w działalność. Później wypadki potoczyły się szybko: stan wojenny, weryfikacja, bezrobocie. Żeby wraz z rodziną przetrwać trudny czas, wziął się wspólnie z kolegą, którego wywalili z pracy w telewizji, za wyrób huśtawek dla dzieci. Kolega namówił Staszka do wyjazdu na stałe do RFN.

Wybrali się tu we dwie rodziny, natychmiast, kiedy tylko otwarto znowu polskie granice. O dziwo, tym razem Staszek i jego żona bez przeszkód otrzymali paszporty.
W formularzu paszportowym, w rubryce ,,cel wyjazdu”, napisali: „turystyczny”, ale wszyscy tak przecież robili. Na miejscu nie chciał złożyć podania o azyl, wybrał starania o uzyskanie dokumentów stwierdzających niemieckie pochodzenie narodowościowe. Kiedy urzędnik w Ausgleichsamcie zadawał Staszkowi pytania w stylu, jakie książki niemieckie czytali jego dziadkowie i mama i jakich kompozytorów lubili, gładko recytował nazwiska Goethego, Schillera, Nietschego, Wagnera i Schumanna. Nie mógł przecież powiedzieć, że przede wszystkim rozczytywali się w dziełach Sienkiewicza i Kraszewskiego, że znali na pamięć całe strofy z „Pana Tadeusza”, że mama w wolnych chwilach grywała na pianinie Chopina. Brzydził się sobą, za to strojenie się w germańskie piórka, wyobrażał sobie, że w tej chwili jego dziadkowie i mama przewracają się z oburzenia w grobach, ale brnął w uprzejmym dialogu z urzędnikiem.
Słodkie owoce konformizmu.
Teraz, po raz pierwszy po sześciu latach jadą na święta do Polski. Pamięć podsuwa obrazy Wigilii z dzieciństwa i lat młodości. Stół w jadalni nakryty śnieżnobiałym obrusem, krucyfiks, dwie świece w lichtarzach, opłatek, dodatkowe nakrycie dla wędrowca. Zawsze zastanawiał się, czy ktoś kiedyś zasiądzie na tym miejscu i kim ów Wędrowiec mógłby być.
Najczęściej wyobrażał go sobie, jako strudzonego starca z kijem podróżnym w ręku i z węzełkiem na plecach. Innym razem widział jeźdźca na spienionym koniu, w rozwianej burce. Obrazy z literatury romantyczne, którymi zarażono go w domu i w szkole. Teraz sam jest tym wędrowcem.
– Gdzie spędzimy Wigilię? – pyta Staszek żonę.
– Może u mojego brata – zastanawia się Barbara.
Mieszkanie przed wyjazdem wynajęli znajomym; nie chcieliby im przeszkadzać przynajmniej dzisiaj. Najważniejsze, że już widać polską granicę, a za nią dom. Jest w nim jeszcze bardzo biednie i niektóre meble stoją do góry nogami, a ludzie chodzą w nim zmęczeni z kąta w kąt, za bardzo nie wiedząc, co z sobą robić, ale miejsca w nim dla swoich starczy. Jest to dom ciepły, serdeczny i otwarty dla każdego, o progach, które nie są dla nikogo za wysokie. Staszek i jego najbliżsi wierzą, że znajdą w nim miejsce także dla siebie. Na razie tylko na krótką chwilę. Później może na stałe.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Poezja / Czesław Niemen / Stare Wasiliszki

Nasz Autor, Zbigniew Milewicz, odwiedził w 2012 roku Stare Wasiliszki czyli – Старыя Васілі́шкі – wieś na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie szczuczyńskim, do 1945 w Polsce, w województwie nowogródzkim, powiecie lidzkim. Jest to osada z XV wieku, część miasteczka Wasiliszki, ale odrębna parafia kościoła rzymskokatolickiego. Miejsce urodzin Czesława Niemena, który chodził też do szkoły w Wasiliszkach. Od śmierci artysty – 17 stycznia 2004 roku – toczyły się dyskusje na temat utworzenia jego Muzeum w domu rodzinnym Wydrzyckich. W czerwcu 2009 roku, w czasie spotkania Polsko-Białoruskiej Komisji Konsultacyjnej ds. Dziedzictwa Kulturalnego, ze strony polskiej wyszła inicjatywa, by muzeum powstało w ramach współpracy polsko-białoruskiej, a polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nad powstaniem muzeum objęło patronat. Otwarcie muzeum i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku odbyło się 20 lutego 2011 roku. Wszystkie mądrości zaczerpnięte z Wikipedii – autor napisał o tym miejscu znacznie serdeczniej:

Zbigniew Milewicz

W Starych Wasiliszkach

17 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci Czesława Niemena – Wydrzyckiego, 16 lutego wybitny muzyk ukończyłby 75 lat. Z tej okazji pragnę podzielić się kilkoma zdjęciami, zrobionymi w Starych Wasiliszkach na ziemi grodzieńskiej, gdzie artysta się urodził i mieszkał w młodości. Odwiedziłem tę miejscowość w trakcie kolejnej wyprawy berlińskiej „Oświaty“ na dawne, polskie Kresy Wschodnie, w 2012 roku.

Nieduża, uboga wieś białoruska, zamieszkała niemal w całości przez ludzi z polskimi korzeniami, na ogół już w podeszłym wieku, szczyciła się od roku posiadaniem muzeum ich znanego ziomka, którym był dom rodzinny Wydrzyckich. W nim proste sprzęty gospodarskie, parę osobistych rzeczy młodego Czesia, rodzinne zdjęcia i największy niegdyś rodzinny skarb – lampowe radio z magicznym okiem. Rozmawialiśmy z mieszkańcami wsi o Czesławie, jego rodzicach i siostrze Jadwidze, wspominali ich serdecznie, byli jednymi z nich. Mama Anna była z domu Markiewicz, ojciec Antoni uchodził za świetnego rzemieślnika, zajmował się między innymi strojeniem fortepianów i naprawą zegarów. Czesław śpiewał w szkolnym zespole, udzielał się jako organista w kościele św. Piotra i Pawła, w rodzinnej miejscowości, później zdał egzamin do szkoły muzycznej w Grodnie. Na szkolnych występach grał na bajanie, guzikowym, rosyjskim akordeonie, ale za wagarowanie na zajęciach, po roku edukacja się skończyła. W 1958 r., w ramach ostatniej fali masowych wysiedleń Polaków z Kresów Wschodnich, rodzina Wydrzyckich wyjechała do PRL. W Starych Wasiliszkach został ich dom.

Urodziny Zosi 227  Urodziny Zosi 239Urodziny Zosi 228Urodziny Zosi 231 Urodziny Zosi 233 Urodziny Zosi 234 Urodziny Zosi 235 Urodziny Zosi 236 Urodziny Zosi 237 Urodziny Zosi 238Urodziny Zosi 244  Urodziny Zosi 240 Urodziny Zosi 241 Urodziny Zosi 242 Urodziny Zosi 243***
A ja, żeby niedzielnej tradycji stało się zadość, dodam tu jedną z rosyjskojęzycznych piosenek Niemena, najbardziej chyba znaną – czyli Bradiagę (Бродяга). Na teksty w różnych językach tym razem nie starczyło miejsca.

Zeszyty i teczki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Tym razem będą to niewątpliwie stare papiery, tak jak tytułowałam tu pierwsze wpisy o Mamie – nie były one zresztą naprawdę pierwsze, ale jednak przedtem były one dorywcze, pisząc o Mamie kierowałam się różnymi spontanicznymi skojarzeniami, natomiast od wielu tygodni wszyscy już wiedzą, że w sobotę pojawi się wpis o Mamie, oparty na tym, co znalazłam w kilku kartonach, w których ktoś kiedyś zgromadził to, co było w szafach i biurku, ale też w moich własnych szafach i szufladach. Na pewno już za życia Mamy dostałam od niej dwa zeszyty nazwane przez nią “Varia” – mam wrażenie, że w sumie było ich cztery, możliwe więc, że dwa pozostałe znajdują się u Kasi.

Varia-podwojne“Varia” to zwykłe zeszyty w kratkę, szczelnie przez Mamę wypełnione wklejonymi opowiadaniami wyciętymi z różnych gazet. Są grube, napęczniałe od kleju, ale też od powtykanych w nie luźnych kartek i dodatkowych wycinków. Na pewno są tu opowiadania wycięte z “Przekroju”, ale wydaje mi się, że rozpoznaję również wspaniały wielkoformatowy “Świat”. Być może była też gazeta “Twój świat”, ale nie jestem tego pewna. Za to na pewno był “Poznaj świat”, a potem również “Kontynenty”. Z tych dwóch czasopism Mama też wycinała strony, artykuły i zdjęcia, ale były to zasoby gromadzone przez nią w jakichś innych zeszytach. Na razie ich jeszcze nie znalazłam, ale dobrze je pamiętam. W tych geograficznych wycinkach ważne było wszystko, co dotyczyło Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, a poza tym miejsca dalekie i tajemnicze oraz po prostu pełne urody zdjęcia, zwłaszcza głowy pięknych egzotycznych kobiet, góry i świątynie.
Zeszyty “Varia” czytałam w młodości wielokrotnie, były wspaniałą antologią literatury współczesnej, nie nielegalnej, ale też nie do końca legalnej, bo czasopismo jako druk przemijający mogło sobie pozwolić na odrobinę więcej wolności, niż wydawnictwo wydające książki, tak więc to, co znalazło się w “Variach” mogło się nigdy nie pojawić inaczej.

Varia-III-strona1-f-sagan-mala “Varia” to była – i nadal jest, skoro je mam – literatura. Proza polska i tyle prozy światowej, ile się jej dało w skąpych socjalistycznych czasach wyszukać. Włoska, hiszpańska, francuska (na stronie powyżej jest na przykład ukochana Mamy Saganka), tej było chyba za komuny więcej niż prozy ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Niemiec chyba nie było wcale, w każdym razie w “Variach” ich nie ma, ale pojawiał się nawet Związek Radziecki, zwłaszcza ukochany pisarz Mamy – Konstanty (Konstantin) Paustowski, autor “Kolchidy”, którą, jeśli jej nie czytaliście, przeczytajcie koniecznie.

Varia-I-strona1-maleVaria-I-strona3tycjan-male“Varia” miały też lekki posmak erotyczny, czego w normalnej literaturze, wydawanej w wydawnictwie, drukowanej w drukarni i przynoszonej w postaci książki z księgarni, na pewno nie było. Była taka sztuka Swinarskiego, “Achilles i panny”, oj, jeszcze dziś, gdy to piszę, palą mnie policzki. Była opowieść Flukowskiego o pięknej rudowłosej żonie Tycjana, prawdziwej Wenus, do której zalecali się królowie Francji, Hiszpanii i Polski, zamawiający u mistrza-męża poważne portrety typu “władca na koniu”. Tymczasem znudzona pani domu, no, mówię wam, a jeszcze służąca, fertyczna, na pewno, i umizgujący się do niej giermkowie panów-władców, zawsze o imieniu Jan. Jan, Juan, Jean…

Wspaniałe wycinki z gazet!

Varia-I-strona2-maleTe wycinki zresztą, to wcale nie była prosta sprawa. Gazet, podobnie jak wszystkich innych dóbr, w czasach PRL nigdy nie było dość dla wszystkich. Nawet nie wiem czy istniało coś takiego jak abonament, wiem natomiast, że Mama nie wierzyła w abonamenty, podobnie jak nie wierzyła w biblioteki. Książkę trzeba było mieć, gazetę kupić w kiosku. A to, to była już wyższa szkoła jazdy. Mama zawierała tak zwane “dozgonne przyjaźnie” z tak zwanymi kioskarkami (tak się mówiło na “panie z kiosku”), które w tak zwanej “teczce” odkładały dla niej wszystkie gazety, a więc “Przekrój”, “Politykę”, “Tygodnik Powszechny”, ów wspomniany już, wspaniały “Świat”, owe “Poznaj światy” i “Kontynenty”, “Morze” dla Ojca, “Filipinkę”, a potem “Radar” dla nas (Radar pojawi się jeszcze we wpisie o Mamie za tydzień). Aby kioskarka “coś z tego miała”, kupowało się u niej wszystko co się dało, książki, pocztówki, znaczki, proszki od bólu głowy, zapałki, kredki, a poza tym u każdej takiej pani Mama konsekwentnie zamawiała “Kraj Rad”, co kioskarce pomagało wyrobić plan, a Mamie przynosiło dodatek nadzwyczajny w postaci… o tak! “Ameryki”!

Mama nie przepadała za wychodzeniem z domu, po okresie naszego dzieciństwa  lekceważyła wszelkie spacery, po zwykłe zakupy chodziliśmy raczej my – Ojciec, ja, potem również Kasia, ale do księgarni i do kiosku Mama wychodziła nadzwyczaj ochoczo. I to jest jak najbardziej odpowiedni wyraz, bo ochota to jest nie tylko chęć, to również rosyjskie polowanie. Mama nie chodziła na spacery, chodziła na łowy. O wyprawach do księgarni mawiała, że idzie tam jak pijak do knajpy, ale mogło się zdarzyć, że z wyprawy do knajpy, to znaczy księgarni nie przyniosło się żadnych zdobyczy, natomiast wyjście raz na tydzień do kiosku dawało pewność przytargania do domu obfitych łupów.

teczka-akwarele-maleByły więc zeszyty, były teczki w kiosku, ale teczki były poza tym w tak zwanym “w ogóle”. Były w ogóle i wszędzie. Czasem paskudne, peerelowskie szarobure, czasem zrobione z kolorowych stron gazet lub obklejone wycinkami czy pocztówkami. Teczki, podobnie jak pudełka po czekoladkach, pozwalały w sposób łatwy i przyjemny porządkować świat. Tu rachunki, tu listy, tu Lorka, tu szkice i notatki. Czasem się zawartość mieszała, czasem porządnie założona teczka przekształcała się w zbiorowisko wszystkiego, co wpadło w rękę i co trzeba było usunąć, z oczu, z oczu dzieci, z oczu gości.

W moich zbiorach znajduje się wiele takich teczek, jedna nadzwyczaj wzruszająca. Mama opisała ją słowem AKWARELE. I pod spodem: chyba moje.

akwarele-chyba-moje1-poziom2-male

akwarele-chyba-moje1-poziom1-maleZa tydzień – audycja o tym, jak grafik staje się tłumaczem; pojawi się gazeta “Radar”

Bestiarium mojej siostry

Po wpisie o kotach Kasia przysłała mi co dzień inną ilustrację, zawsze jednak opatrzoną linijką – “towarzystwo dla kotów”. W pewnym momencie obrazki te, zebrane razem, stworzyły już wpis. Dodałam do niego, jakżeżby inaczej, koty, w prezencie dla Kasi, która ma dziś urodziny. Najlepszego Siostro, Tobie i Twoim zwierzakom.

1 Sunday - Rabbits lighting the altar candles (BL, Add 49622, 14th c.)
Niedziela, króliki zapalają świece na ołtarzu (British Library, XIV wiek)

a Bestiary, England 13th century (British Library, Royal 12 F XIII, fol. 45r) hibernating hedgehogs
Jeże, Anglia (British Library, XIII wiek)

a Rats rowing (Ste-Geneviève, MS 143, 14th c.)

Wiosłujące szczury, S-te Genevive, XIII wiek

koty

Malujące koty, Bodhead Library, Oxford, Anglia XIII wiek

Luttrell Psalter, England ca. 1325-1340 (British Library, Add 42130, fol. 150r)

Luttrell Psalter, Anglia, 1325-1340 (British Library)

Squirrel4

Wiewiórki w: Thomas of Cantimpré, De natura rerum, Flandria, ok. roku 1350
Koninklijke Bibliotheek, The Hague

myszy

Mysz, Museum Meermanno

Wikipedia:

Bestiariusz (średniow.-łac. bestiarium) – średniowieczny gatunek literacki, należący do tzw. literatury dydaktycznej, pisany wierszem lub prozą. Egzemplarze tekstu bestiaruszy były prawie zawsze iluminowane. Pierwowzorem gatunku był pochodzący z V w. łaciński przekład greckiego dzieła nieznanego aleksandryjskiego poety z II w. – Physiologus. Zasadniczą częścią bestiariuszy był opis zwierząt – realnych i baśniowych – do których komentarz objaśniał podstawowe dogmaty wiary i zasady etyki chrześcijańskiej.
Twórcy bestiariuszy mieli ambicje naukowe, opisywali zarówno zwierzęta faktycznie istniejące, jak i takie, których realne istnienie przyjmowano za pewnik, np. na podstawie literatury antycznej. Jako egzotyczne lub rzadkie, ale jak najbardziej realne zwierzęta powszechnie uważano w średniowiecznej Europie wiwerny, smoki, gryfy, bazyliszki czy jednorożce. Wiele rzeczywistych zwierząt obdarzono fantastycznymi cechami, lub niezwykłym wyglądem. Np. pantera przestawiana była z końską głową, rogami i ziejąca ogniem.

Kaczysław Mrrbrrkrrski

Ewa Maria Slaska o wolności słowa

Felietony_i_humoreski,126808,800,600,0,0,0Napisała o nim Stefania Grodzieńska. Tekst został zapewne opublikowany najpierw w jakiejś gazecie, ale jeśli możemy go znaleźć, to tylko w książce “Felietony i humoreski” z roku 1955. Powstał, bo, nie wątpię w to, pisarka naprawdę miała dość tego, że wszyscy naokoło czepiają się tego, co pisze. I nie chodziło jej, podobnie jak i mi nie chodzi, o konstruktywną krytykę, a nawet krytykę krytyczną czyli złą ocenę. Pisarz pisze, czytelnik ocenia. I tak jest dobrze. Nawet jak ocenia źle. Ale pisarz nie może oddzielić tego, co myśli od tego, że niektóre z tych myśli dotyczą ludzi, których zna. I że ludzie ci, dla nikogo prócz siebie nierozpoznawalni, krytykują go za to, szczypią po łydkach lub z pogardą opluwają.

Ale tak jest. Nie mamy innej materii, z której wytwarzamy swoje teksty, niż my i nasze życie. Nasze myśli, wrażenia, sny, refleksje, doświadczenia, przemyślenia i oceny. To jest cała nasza wiedza, reszta to encyklopedia i fotografia. Nie można od nas oczekiwać albo żądać, że podzielimy to co wiemy, myślimy i czujemy, co nam się marzy i śni, co nas boli i czego się boimy, na to, co nam wolno a czego nie wolno. A jeśli to z oportunizmu lub lęku czynimy, to historia literatury jeszcze nas kiedyś za to rozliczy.

Czasem autor przekłada swą wiedzę w relacji jeden do jednego. To jest człowiek, którego znam i tak go tu opisuję. Poczytajmy na przykład “Alfabet wspomnień” Antoniego Słonimskiego. W haśle Belweder znalazł się taki oto cytat: “Poprzedniego wieczoru byłem na przyjęciu u Nałkowskiej. Belle femme i precieuse wszystkich regime’ów, finezyjna Nałka wydała, nie pamiętam już z jakiej okazji, wielkie przyjęcie. W trzech mieszczańskich pokoikach zebrała się elita rządu i literatury.” Tu akurat chodziło o czasy Piłsudskiego, ale mogły by być inne, opis też by pasował.

Czasem pisarz zmienia swoim postaciom imiona, nazwiska, kolor oczu czy zawód – nie ma adwokata, jest notariusz. Gdy Thomas Mann napisał Buddenbrocków (Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny) po Lubece krążyły zapiski, ba całe listy nazwisk z deszyfracją, pozwalające czytelnikowi zidentyfikować te z lekka tylko zakamuflowane osoby. Z czasem powstały z nich całe książki i/lub strony internetowe. Podobnie dzieje się z osobami opisanymi w najsłynniejszym dziele XX wieku – “Poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Z odsłanianiem tajemnic Prousta ma do czynienia nie tylko ten, kogo interesuje literatura francuska, ale również ci, którzy wysoko cenią portugalskie Fado. Misia, po zmarłej Amalii Rodrigues dzierżąca tytuł “Królowej Fado”, piosenkarka, której zawdzięczamy kobiecą odnowę tej muzyki, nazywa się naprawdę Susana Maria Alfonso de Aguiar, a jako pseudonim sceniczny wybrała imię swej ulubionej postaci z paryskiej bohemy przełomu wieków (poprzedniego, rzecz jasna) – Misi Godebskiej-Natanson-Edwards-Sert. Z kolei tu czytelnik natychmiast się dowie, że Misia, portretowana przez najsłynniejszych malarzy swego czasu, stała się wzorem nie jednej lecz nawet kilku kobiet w powieści Prousta, przede wszystkim Madame Verdurin. Nie darmo powieści takie nazywają się roman à clef.

misiasertZazwyczaj jednak dzieje się tak, że na jedną postać składają się dwie lub trzy osoby, a autor dodaje im jeszcze cechy a to cioci, a to kioskarza, a to Hitlera. Ale nie da się inaczej, piszemy o ludziach i żeby byli oni żywi, muszą się wzorować na żywych prawdziwych istotach.

Historia literatury zna setki przykładów, że ktoś opisany w książce wytacza autorowi proces. Biegli sądowie zastanawiają się z kolei, czy utwór literacki można w ogóle oceniać w kategorii prawda-fałsz i czy pisarz może kogokolwiek obrazić, nawet jeśli jego tworzywem są jakieś osoby z realnego życia.

Wróćmy jeszcze raz do Słonimskiego. Hasło ASKENAZY SZYMON. “Zwany Askemasonem, Szymonazym oraz Rebe. Na jakimś bankiecie siedziałem między nim a Boyem. „Przyjmijcie mnie do masonów — powiedział Boy przymilnie. — Przysięgam, że was nie opiszę.” Rebe skrzywił się. Nie lubił żartów na ten temat.”

A więc pisarz może spróbować obiecać, że nie będzie pisał. Zazwyczaj zresztą nie dotrzyma słowa. A bywa, nierzadko, że sama osoba opisana przez pisarza lub jej potomkowie będą, niekiedy od razu, niekiedy dopiero po czasie, wcale dumni z faktu, że tata lub dziadek pojawią się u Prusa czy Konwickiego. 214px-Stanisław_słonimski_(1853-1916)Nieoceniony Słonimski, z którego tu dziś czerpię pełnymi garściami, napisał w haśle BALIŃSKI IGNACY. “Ojciec Stanisława Balińskiego, znakomitego poety, b. prezes rady miejskiej Warszawy, we wspomnieniach ogłoszonych w Anglii pisze o moim ojcu: ‘Gdy ukazała się Lalka Prusa, w postaci doktora Szumana rozpoznano słynnego z dowcipu doktora Słonimskiego.’ Parę razy już o tym pisałem i mówiłem w radio. Jest to oczywisty dowód snobizmu. Przepraszam.”

Tata Słonimski to ten pan na zdjęciu powyżej.

Ale oczywiście bywa, że ludzie nie chcą być opisani. Nie chcą, by pisać o jakichś zdarzeniach, które ich dotyczą. O niemodnym płaszczu, który mieli na sobie pięć lat temu. O tym, że samochód był brudny, a mama miała oberwany obrąbek spódnicy.

Nie ma miejsca dla symbolu, nie ma miejsca dla metafory. Samochód był czysty, płaszcz szykowny, obrąbek starannie podszyty, a zdarzenie nie miało miejsca. Nie, bohater nie może się nazywać Zieliński, bo to zbyt przypomina moje nazwisko – Siankowski, albo, co gorsza, Ziółkowski. Nie może być kobietą, bo ja jestem kobietą. Nie może mieć piegów na nosie, bo ma je na czole moja córka. Nie może być gruby, ani chudy, młody ani stary, nie tyje, ale za to się myje, bo jeżeli nie myje się Gabriela Pigwa, to ktoś to skojarzy ze mną i pomyśli, że to ja, Rafał Kabaczek, się nie myję.

W humoresce Grodzieńskiej wskutek takich przepychanek z czytelnikami i, co gorsza, znajomymi, bohater jej kolejnej opowiastki nazywa się Kaczysław Mrrbrrkrrski i ma długi, cienki zielony nos.

Na reakcję czytelników nie trzeba długo czekać. Krytykują kompletny brak realizmu a właściwie wręcz głupotę pisarki.

PS. W okresie, gdy wszyscy wreszcie możemy się ze sobą komunikować prosto i przyjemnie, stężenie nieufności czytelnika do znajomego pisarza mogłoby lekko wyluzować. Barak Obama wie o nas wszystko, NSA, bezpieka, bank, sklep, lekarz i administrator naszych maili. A koleżanka pisarka napisała tylko trzy zdania ogólnej refleksji, nie napisała ani o kogo chodzi, ani kiedy to coś, co zostało opisane, się zdarzyło, ani gdzie. Ale cóż, może nie zauważylibyśmy nożyc, jednak, jak to mają w zwyczaju, odezwały się.

Roger Loewig

loewkubcoverVor langem Zeit gaben wir im WIR e.V. mit Lidia Głuchowska zusammen zwei ihre Bücher über Stanisław Kubicki aus, den deutsch-polnischen Maler und Dichter, von dem hier, in diesem Blog, schon zig Mal die Rede war. Das dritte ihre Buch fasste die Schaffung erweiterte das Thema; es hieß: “Roger Loewig und Stanisław Kubicki. Zwei Maler-Dichter in der Verteidigung der Inseln der Menschlichkeit “

Damals arbeiteten wir eng mit der Roger Loewig Gesellschaft zusammen und mit ihrer Mitarbeiterin – Felice Fey. Irgendwann danach gab Felice selber ein Buch über Roger Loewig heraus. Heute hat sie uns / mir ein Fragment dieser Biographie zur Verfügung gestellt.

liebendeRoger Loewig: Eine Biographie, von Felice Fey
Berlin: Lukas Verlag, 2011

Auszug aus dem Kapitel „Späte Ernte“, S. 216-217

Die Reisen brachten eine gewisse Verschiebung der Bildinhalte mit sich. Noch immer schuf er Landschaften des Untergangs. Noch immer war die deutsche Teilung das Motiv, um das sein Schaffen kreiste. Aber er löste sich langsam von Fixierungen. Die Entwicklung hin zu einer subtileren Formulierung im Bild wird deutlich in einem Text, den er im Katalog der Regensburger Ausstellung zur abgebildeten Kugelschreiber-Zeichnung „Landschaft mit zwei untergehenden Sonnen“ aus dem Jahr 1976 veröffentlichte:

Die Weite eines Feldes, eines Ackers, die Tiefe eines Weges, einer ins Endlose entschwindenden einsamen Straße – ob damals zu Hause, ob in Nordböhmen,  in Masuren oder woanders – haben mich immer fasziniert und gelockt und in sich hineingesogen. […] An ihren Rändern, durch ihre Mitte, über die ganze Breite des Himmels, Zweigestirne bildend, klafft oft ein Graben, ein Riß, trennt sie eine gebrochene Naht, eine lange Wunde, eine schlecht verwachsene Narbe: Gleichnisse für böse Grenzmarkierungen. Die Absperrungen, die schrecklichen Palisaden, den unbewohnten, unbegehbaren Streifen Niemandsland, die träumte ich in meine Felder nicht hinein. Das ist deutliche, unverwischbare Wirklichkeit. Und wo finden sie sich nicht? Sie sind eingraviert in alle Himmelsrichtungen, sie zerschneiden Länder und Völker, Ströme, Straßen, Städte und uns selbst. Und sie lassen schließlich – zu dauerhaft und bis heut noch unverrottbar – manches und manchen, die, von ihnen verwundet, sich ihnen nicht mehr entziehen konnten, ausbluten.

flugfeldzeichenNicht nur in der Kunst, sondern auch im Leben blickten Roger Loewig und mit ihm seine Gefährtin Creszentia Troike bereits aus einer weiten Distanz zurück. Wesentliche Auseinandersetzungen lagen hinter ihnen. Beide hatten sie, er als Künstler, sie als unermüdliche Vertreterin seiner Kunst und seiner Geschichte, gemeinsam ein abenteuerliches Leben geführt: in der DDR die Verhaftung und die ersten professionellen Jahre mit ihren Schwierigkeiten und Lichtblicken, Verhinderungen, Förderungen und Freundschaften, später die Erfahrungen der Übersiedlung mit nachfolgendem Einreiseverbot. Sie lebten an der Peripherie West-Berlins und hatten ihre Rolle als Vermittler zwischen Ost und West angenommen. Besonders die mehr nach außen gewandte Creszentia Troike war unermüdlich damit beschäftigt, den Bundesbürgern ihre Erfahrungswelt und Perspektive zu vermitteln. Sie wollte die DDR erklären, lebte in Gesprächen und Briefen. 1978 ergab sich eine noch bessere Gelegenheit, die historische Erfahrung ihrer mit Roger Loewig geteilten Lebensgeschichte mitzuteilen. Hans Harmsen, der langjährige Wegbegleiter, hatte sie an die Akademie Sankelmark empfohlen, bei deren Leiter Dietmar Albrecht sie Verständnis fand. So erschien 1978 in der Schriftenreihe der Akademie das Bändchen „Licht und Schatten. Erfahrungen eines Künstlers in Ost und West, herausgegeben von einem Freund.“ Der Freund war Creszentia Troike. Sie hatte biographische Dokumente – Akten, Briefe, Rezensionen – gesammelt und kommentiert: Nicht ohne Polarisierung, nicht ohne Bitternis. Die Erfahrung der Zeitgenossenschaft verwandelte sich langsam in eine Geschichte, die den Zugang zu seinem Werk und seiner Person ermöglichte – oder auch verschloss.

haende

Auszug aus dem Kapitel: „Abgrenzungen“, S. 264-266

Er wollte anerkannt werden, in seiner Arbeit wie auch in seiner Ethik. Zusammen mit Creszentia Troike sehnte er sich nach Ehrung – leidenschaftlich, unerfüllt, unverstanden, oft mit Zorn. Er litt unter seiner Isolation. Nichtsdestoweniger leistete er sich eine Haltung, die dazu führen musste. 1995 schrieb er noch einmal an die Freie Akademie der Künste Mannheim. Diesmal war er, in Vorbereitung einer Anthologie, um Auskünfte zum Thema „Kunst und Künstler in unserer Zeit“ gebeten worden:

In der Gegend, aus der ich herkomme – das war die Deutsche Demokratische Republik – wurde die Kunst zur Farce. Der Staat, die Partei – besser Genossen und Funktionäre – droschen pausenlos die haarsträubendsten Phrasen über Kunst und Kultur, daß einem speiübel wurde; und sie reglementierten. Die braven Künstler gestalteten fromm was sie hörten, wohl kaum was sie sahen, und sie lebten wie die Maden im Speck. Zuletzt, nach der Wende natürlich, avancierten sie zu wahren Helden, zu Partisanen, zu Vorturnern. Die Nicht-braven, es gab nicht viele, zogen Straßen in die Versunkenheit, oft sehr schlimme.
Ich bin inzwischen 65 Jahre alt geworden, ich habe dieses Leben rückhaltlos und ohne je einer Partei, einer Ideologie, einem Marschblock, einer Gruppe zu folgen, meiner Schreib-, Zeichen- und Malarbeit geopfert, die ich für sehr notwendig halte und die ich nach eigenen Maßstäben ausrichte. Dabei geriet ich mit Staat und Parteien und anderen in Konflikte, in gefährliche wie ungefährliche, und auf schwierigen Weg.
Ich hasse die unendlichen Redereien über Kunst, das langweilige, unerfreuliche, für mich völlig uninteressante Theoretisieren. Da muss ich absagen, das kann ich nicht.

sinkender1996 geschah es, dass er sogar eine Auszeichnung, die er spontan angenommen hatte, nach einiger Überlegung doch wieder ablehnte. Auf Vorschlag des bekannten Polnisch-Übersetzers Henryk Bereska, der selbst aus Oberschlesien stammte, war ihm ein „Schlesier-Preis“ zuerkannt worden. Am Telefon überrascht, hatte er zugestimmt; dann siegten die Bedenken:

Ich bin für Preise wenig geeignet, doch völlig ungeeignet für einen „Schlesierpreis“, denn ich stamme aus Schlesien und alle meine Vorfahren; wie ließen alles in Schlesien, tiefe Verwurzlungen, Bindungen, Häuser und Güter. Dann habe ich Sehnsucht und Liebe nicht auf die hier noch (wie ich) herumstrudelnden Schlesier übertragen, sondern auf polnische Menschen, die mir längt unentbehrliche Freunde wurden; bei ihnen weiß ich „mein Schlesiertum“ gut aufgehoben.

ohne_fluegelNein, er war nicht verankert: nicht im Kulturbetrieb der Bundesrepublik, nicht beteiligt an politisch motivierten Gruppierungen. Unter dem Diktat des Sozialistischen Realismus war er ein Anhänger der verpönten Moderne gewesen. In der liberalen Umgebung des Westens bestand er auf den Qualitäten der Aussage und der Darstellung in der Kunst und nahm damit Positionen ein, die der konservativen Kulturkritik entsprachen. Unter Kommunisten war er Sozialist gewesen – „im Sinne des Prager Frühlings“. Unter den Sozialisten des Westens war  er dennoch nicht heimisch geworden. Er hätte, was seine Haltung zur Diktatur der DDR betraf, als ein verspäteter „Kalter Krieger“ gelten können. Aber das traf es nicht. Er war im Vergangenen verwurzelt, dem alten Preußen verbunden. Das Ressentiment der Landsmannschaften lehnte er dagegen ab. Im Gegensatz zu vielen Westdeutschen kannte er das Leben im östlichen Europa sehr gut.
kahlgefegteIn den nun etwa zwanzig Jahren nach seiner Übersiedlung von Ost nach West hatte er sich verändert. Neue Themen und Formen der Arbeit hatten sich entwickelt, und er hatte neben der Geschichte auch wiederum, wie bereits in seinen Anfängen, auch die Natur in den Blick genommen. Im Grunde aber blieb er, als Zeitgenosse wie auch als Künstler, der Haltung treu, die er in seinen Anfängen eingenommen hatte, in den 60er Jahren – gefördert von Marga Böhmer, anerkannt von den wenigen, die sich verdeckt und unter Schwierigkeiten für die Moderne in der DDR einsetzten, gefeiert in Warschau als ein Deutscher, der in seiner Arbeit für seine Nation, für das Grauen der Vergangenheit einstand. Diese Erfahrungen waren es, auf die er unter wechselnden Zeitumständen immer wieder zurückkam. Seine Treue war unverbrüchlich, oft auch mit einer Anstrengung des Willens verbunden.

Expressionistische Märchen? (1)

Lidia Głuchowska

Berlin und andere Welten. Das hier und das ausserhalb davon… – Aquarelle von Inge Denker

Inge Denkers Werk ist poetisch und zart, von sensibler Einfindungskraft und liebevoller Hinwendung zur Natur und zur menschlichen Lebenswelt, zugleich aber hartnäckig insistierend auf die hinter der Idylle sich verbergenden Leiden. Zwischen leuchtender Strahlkraft und melancholischer Stimmung changierend, sind ihre Bilder auf keinen einfachen Nenner zu bringen. Auf den ersten Blick nehmen sie den Betrachter ihrer Schönheit wegen ein, dem zweiten Blick offenbaren sie untergründige Ambivalenz. Keine heile Welt wird gezeigt, aber eine Welt, die geliebt zu werden verdient, die des sorgenden Schutzes, ja der Rettung bedarf.

Verena Krieger, Zur Kunst von Inge Denker. In: Inge Denker. Aquarelle. Federzeichnungen. Lübeck 2004. ISBN:  3-00-014400-5.

Siehe auch: www.ingedenker-aquarelle.de

IngeAbb1Kleine Straße im Mondlicht, 1987

Verschwommene Farben, voll Licht, füllen Inge Denkers Bilder mit poetischen Gefühlen und einem Hauch von Nostalgie. Es sind Stadt- und Straßenansichten, flüchtige Erinnerungen aus unzähligen Spaziergängen – zumeist durch Berlin, manchmal durch Lübeck, seltener durch andere Orte. Gesehen, erlebt, festgehalten schaffen sie einen Gedankenraum für den Betrachter, der sie mit einem Blick erfassen und mit eigenen Gefühlen nacherleben kann.

IngeAbb3-4Erwachende Stadt, 1988 /Stadt unter der Nacht, 1987

Ein fester Bestandteil vieler Bilder ist Wasser – schon in der Textur vom Aquarell so sinnlich erlebbar, doch auch – mal als Regen, häufiger als Fluß oder die See – als das Element, das das Bild des Urbanen und der Landschaft belebt, das Natürliche, das die Festigkeit der Mauern durchbricht, das die Bewegung der Gedanken, der Schritte, des Winds in vielen Stadtecken spüren läßt.
In mehreren Ausführungen präsentiert die Malerin das Porträt einer Stadt (z.b. 1991), mit ihrem Großstadtfieber und ihrem Großstadtvulkan (1991, 1993), mit ihrem Tango-Boulevard (1996), ihrem Hohelied (1991) und ihren Engeln sogar – das facettenreiche Berlin – Berlin- grenzenlos (1993)…

Das gesamte Werk erweckt das Gefühl des Vertrauten, Bekannten und bleibt doch geheimnisvoll – fern von jedem journalistischen Dokument, gefiltert durch Fantasie und  subjektives Erleben.  Zum topographisch Konkreten tragen sprechende Titel bei, die die Routen der Malerin markieren, eine Stadt- und Landkarte mit Bildern und Schildern, ja Rufnamen, bestücken: die Rote Stadt (1987) und Stadt mit zwei Sonnen (1993). Doch es gibt hier auch den Kietz, den sie aus der Nahsicht betrachtet, wenn sie durch seine Straßen zieht und dort nicht selten anhält (z.B. Eckkneipe in Kreuzberg, 1995).

IngeAbb2-5Eckkneipe in Kreuzberg, 1995 / Müll im Hinterhof, 1995

Auf den ersten Blick scheint das Humane aus all den leeren Straßenzügen verschwunden zu sein, doch lüften diese Bilder den Atem der Malerin und des Betrachters, glühen mit deren Wärme und Sehnsucht, verzeichnen das Nachdenken, manchmal unbestimmte Hoffnung, ein anderes Mal wohl auch die Drohung des Beengtseins, und dann auch wieder einen hellen Traum. Wie eine Metapher menschlicher Gefühle wirken diese Häuser, offene Perspektiven weisen der Menschen Weg (Erwachende Stadt, 1988; Stadt in Erwartung, 1989; Trunkene Stadt; Toteninsel I und II, 1987).

IngeAbb6-7

Kleine Stadt am Wasser, 1996 / Nachtfassaden, 1996

Dem Expressionismus und der Neuen Sachlichkeit verpflichtet, bleiben diese Werke doch sehr eigen und trotz des allgemein Zugänglichen darin – intim. Vorbilder Inge Denkers waren Ludwig Meidner und Werner Heldt, doch anders als in den Bilder des ersteren von ihnen – wie es Verena Krüger zurecht bemerkt – spiegeln ihre Aquarelle nicht die Apokalypse der Gegenwart, sondern das alltägliche Dasein.  Zuzugeben ist hier jedoch, dass der Alltag der Apokalypse doch manchmal bedrohlich nahe steht. Daher äußert auch ein Teil dieser Bilder Protest gegen die Armut, die Schichtarbeit, die Naturvernichtung, existentielle Unsicherheit. Mit dem nächtlichen Anblick von Schornsteinen, dem Tor der alten Fabrik, dem Menschenzug vor der Frühschicht (1987) oder Müll im Hinterhof (1995) verzeichnen die Aquarelle Inge Denkers ungeschönt und wachsam neben der Geburt der Ökologiebewegung auch noch vor kurzem zahlreiche Friedensdemonstationen, Hausbesetzungen und – Streik (1992).

Kontrapunkt dafür ist die Landschaft – offen, breitatmig, gnädig – eine Spur des Paradieses, eine Zuflucht, ein Ruhepol. Als subjektiv erlebtes Refugium – In der Bucht, Im Norden, Winterlandschaft oder Frühling in Rußland (1988-89), gleich wie die Wolken am Watt (2008) der Abend am Leuchtturm (2002) oder – schließlich – ein Blaues Boot (1995) – locken  sie den durch ihren Anblick leicht verträumten Betrachter auf eine Reise hinter den Horizont, hinter die Stadtgrenze – weg aus der Zeit.

 inge8inge9

Winterlandschaft, 1988 / Boote am Ufer, 1988

Die neueren Aquarelle bringen Fassbareres mit herein – die in der Tinte getauchten Pastellstifte markieren unverwechselbar die Energiewege der Großstadtrhythmen, den genius loci unterschiedlicher Viertel, ihr Unverkennbares, ihre Anziehungskraft (so Berlin-Baustelle I, II, 1987; Altstadt am Wasser; Stadt der Männer, 1998, Stadt der Architekten, 2004 oder auch Klein Manhattan, 1994).

Geboren vor dem Kriege, in Düsseldorf (1936), von der Last des Nationalsozialismus geprägt, bis 1944 in Danzig-Langfuhr und Hilden, studierte Inge Denker Kunst in Düsseldorf und in Wiesbaden, dann reiste sie nach Paris, lebte in Lübeck. Jahrelang, im Berliner Kreuzberg, galt später ihre Zeit auch der Sozialarbeit, dem Großziehen der Kinder und daher dem Broterwerb. Empfindlich, empathisch, diskret veranschaulicht sie in ihrer Bilderwelt unermüdlich aufmerksam den Großstadtalltag in Geschichte und in Gegenwart. Selbst unsichtbar, Fassaden betrachtend, läßt sie in ihren Bildern auch andere sprechen und gleichzeitig – nachdenklich und vertrauensvoll – teilt sie dem Betrachter die eigene Erfahrung mit.

Fortsetzung folgt in einer Woche

Z archiwum Exodusu 1

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

urodziny
Zbigniew Milewicz

Urodziny

Gospodarzem imprezy jest „Indyk”. Ma wśród mieszkańców obozu taki pseudonim, bo po pierwsze lubi się chwalić. Po drugie, kiedy wypije, robi się czerwony, jak indor i kiedy

„Inżynier” przestrzega go, że szlag trafia tylko raz, zwykle śmieje się i odpowiada, że zna lepsze szlagiery. Na przykład ,,w gorącym słońcu Casablanki…” Jedno mamy miejsce, tu jest twój ciasny, ale własny kąt… Ą zawodzi ochrypłym barytonem i zaraz dodaje, że to jego miejsce jest i będzie w Bundes, bo jego dziadek wprawdzie służył w legionach Piłsudskiego i dochrapał się tam stanowiska starszego rotmistrza, ale pochodził z Mysłowic, więc był poddanym pruskim. Toteż on „Indyk” śmiało może startować na pochodzenie i ma gdzieś wątpliwości ,,Inżyniera”. Na miejscu kumpla zastanowiłby się raczej nad tym, czy jego matka, z którą „Inżynier”nie widział się od chwili wyjazdu z kraju, a więc od ośmiu lat, jeszcze żyje. Wtedy miała 68 lat i od tamtej chwili nie wysłał jej nawet pocztówki. Pewnie starsza pani zamartwiła się na amen brakiem wiadomości od synusia. „Inżynier” obrusza się: bzdura, raz wysłał, zaraz na samym początku, ale później dali mu kopa z pensjonu, w którym mieszkał i musiał sobie szukać innego kąta. Na pewno więc mama odpisała mu na stary adres, a obecnego nie zna, bo skąd. Fakt, że wypadałoby odezwać się, ale jak wytłumaczy jej tyle lat milczenia? Co napisze o sobie? Ona ma intuicję, nie uwierzy w jakiś jego wyimaginowany sukces. Kiedy zaś przyzna się, że praktycznie niczego dobrego – poza sławą dobrego pijaka i złodzieja w ciągu tych ośmiu lat życia na Zachodzie nie osiągnął, to ją załamie. Starsza pani ma chore serce i beznadziejnie wierzy w uczciwość swoich dzieci. Kiedy jeszcze mieszkał w Poznaniu, mało się nie przejechała na numerze, który wykręcił jego młodszy brat. Jednego dnia do domu wpadła milicja i bez słowa zgarnęli synusia. Jak się później okazało, za włamania do Pewexów. Starszy syn miał matce zrekompensować ten cios. Ukończył Politechnikę i jako dobrze zapowiadający się absolwent wydziału budownictwa lądowego znalazł się w biurze, gdzie za trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie kazali mu segregować jakieś bezsensowne papierki. Marzył mu się raczej zagraniczny kontrakt gdzieś w Iraku albo w Egipcie i twardowalutowe apanaże, za które mógłby sobie zafundować upragnione BMW i dalsze podróże po świecie. Na łapówkę kontraktową niestety nie miał środków, matka z nauczycielskiej renty też nie mogła dołożyć, ale słyszał, że na Zachodzie Polacy na własną rękę i to w szybkim tempie dorabiają się fortuny, postanowił więc sam spróbować dorobić jeszcze jedną, własną. Do Niemiec było najbliżej, poza tym miał w Bremie stryja, który czasami przysyłał listy – pisał, że tęskni za rodziną. W Niemczech też mieli najlepiej płacić za prace budowlane… Wizę dostał na miesiąc. Przez ten czas spodziewał się „odkuć”, przynajmniej na używane, jakieś pięcioletnie BMW. Stryj owszem, ugościł bratanka, ale po trzech dniach grzecznie wyprosił go z mieszkania pod pretekstem wyjazdu z rodziną na wczasy do Hiszpanii. Nie poczytał mu tego za złe, po trzech dniach i tak brakowało im tematów do rozmowy, a stryj roboty żadnej też nie potrafił załatwić. Za to dał stówkę na drobne wydatki, a od stryjenki wałówkę na drogę.

„Indyk” rozlewa’ następną kolejkę i każe kumplowi po raz nie wiadomo który relacjonować, jak dziewczyny we Frankfurcie obrobiły go z forsy. „Inżynier” nie ma ochoty odgrzewać tego wspomnienia, ale ponieważ jestem nowy w towarzystwie, to mi powie. Dwie Niemki zdjęły go ze stopu na rogatkach Bremy i zawiozły autem do Frankfurtu. I tak nie wiedział, dokąd ma jechać. Na miejscu okazało się, że panienki pracują w wesołym interesie i w jakimś barze, do którego go zaciągnęły i gdzie urwał mu się film. Musieli mu w tym barze czegoś dodać do sekta, bo przecież miał wtedy jeszcze mocny łeb. Świadomość odzyskał dopiero nocą, na jakimś skwerze, torba turystyczna leżała obok, ale z czterystu marek, które stanowiły jego cały majątek, nie znalazł ani feniga. Policjantom z patrolu, którzy chwilę później zainteresowali się jego osobą, próbował łamaną angielszczyzną wytłumaczyć, co się stało, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwy baru, ani miejsca, gdzie się znajdował.

Tak się zaczęła jego zachodnia przygoda, która trwa do dziś. O melinach z bezdomnymi, w których mieszkał i o zwyczajach panujących w lagrach dla azylantów i przesiedleńców i tych co jadą dalej na emigrację, zarówno tych we Frankfurcie, jak i monachijskich, mógłby „Inżynier” napisać książkę. Ale kto by ją czytał? Takim starym emigrantom, jak on niepotrzebna, bo to wszystko przeżyli na własnej skórze, a w kraju i tak większość ludzi patrzy na Zachód, jak na raj. Dlatego tym nowym, co przyjeżdżają nikt nie wytłumaczy, że mają na nosie różowe okulary.
– Pożyjesz tutaj „Indyk” trochę, to je zdejmiesz – mówi ,,Inżynier”.
Ma za sobą dwa wyroki za kradzieże. Zaczął od wynoszenia wódki z Aldiego, póżniej wyspecjalizował się w skórach z eleganckich domów handlowych. Za pół ceny bez problemu znajdowały zbyt w obozach. Wpadł na głupim tytoniu na skręty, a następnym razem – na flaszce whisky, ale przecież i tak prawie wszystko z tego, co miał z kradzieży, to przepuszczał na alkohol. Po odwykówce, na którą namówiła go ostatnia narzeczona, Czeszka, nie pił prawie rok. Kiedy dziewczyna wyjechała do Kanady, znowu zaczął, ale już nie tak, jak kiedyś.
– Pracowałeś? – pytam.
– Jasne. Najpierw na „czarno”, na różnych budowach, za siedem, albo osiem marek na godzinę. Później na „biało”, za dwanaście, trzynaście. Za każdym razem były to podrzędne funkcje pomocnika budowlanego, po których wysiadły „Inżynierowi” dyski i musiał pójść do zmywania naczyń w knajpach. Innej pracy jako auslender, nie potrafił sobie załatwić i to mimo iż nie miał żadnych trudności językowych. Już po dwóch latach nieźle mówił po niemiecku. Mógł jeszcze załapać się na dworcowego sprzątacza, ale te cholerne dyski mu nie pozwalały. Kiedy więc stwierdził, że żadnej kariery zawodowej tutaj nie zrobi, wrócił pod pretekstem złego stanu zdrowia na socjal – trzysta parę marek miesięcznie to też w końcu pieniądz – a na kielicha zaczął… naciągać „Hertiego” albo ,,Kaufhof”. Ale teraz i z tym przystopował. Nie uśmiecha mu się przymusowy wyjazd do Polski. Powiedzieli mu na policji: jeszcze jedna kradzież i musi opuścić Bundes. I tak są nad podziw tolerancyjni. Dostał dwie odsiadki po pół roku i do zapłacenia w sumie kilkaset marek grzywny, w ratach, ale mógł pozostać w Niemczech, dalej na tym samym pobycie tolerowanym.

Czy chciał kiedyś sam wrócić do kraju? Owszem, zaraz na początku, ale wprowadzono stan wojenny i został. Jakoś tych osiem lat zleciało, a teraz…? Wróciłby, ale z czym, jak dziad z czarno-białym telewizorem z wystawki i ciuchami z Caritasu?

,,Indyk” jest przeciwieństwem ,,Inżyniera”. Postawnej postury i niezłomnej wiary, że podbije Niemcy, jako wykwalifikowany stroiciel organów i fortepianów. O jego zatrudnienie ubiegała się już telewizja bawarska oraz filharmonia, ale nie mógł przyjąć żadnej oferty, bo jeszcze nie ma niemieckich papierów. Siedzący przy stole wybuchają spontanicznym zdrowym śmiechem. Skrzydła boksu, w którym mieszka „Indyk”, wykonane tak jak wszystkie – z prześcieradeł, uchylają się. Wzrok Wernera, który dzisiaj ma nocny dyżur w biurze, omiata zastawiony flaszkami stół i dwa łóżka, na których siedzi towarzystwo.
– Mąż ma dzisiaj urodziny – wyjaśnia żona „Indyka”, też zaczerwieniona na twarzy, ale z tego powodu, że kłamie.
– Ach tak, to wszystkiego najlepszego – uśmiecha się sztucznie Werner. – Ale o dziesiątej proszę zgasić światło, inni chcą spać.
W obozie, zwyczajowo można tylko wtedy się napić, kiedy ktoś ma urodziny. Szczęśliwie na sali mieszka około 70 osób – Polaków, Jugosłowian, Węgrów i innych, więc prawie co dzień można zrobić imprezę. Pojutrze zdaje się moja kolej.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień