Z cyklu: moja ulica – Dorota

Następną osobą, która się zgłosiła w sprawie “mojej ulicy” jest Dorota Cygan. Napisała w mailu krótko, a treściwie:

Tak tak, Ewuś, ale Wissmann był zdaje się nazistą, ach nie, no w każdym razie nacjonalistą, hehe, jakimś niemieckim generałem w Afryce. Ale może to powinien byłby być tekst o późnej karze pośmiertnej: dostał ulicę, na której kłębią się obcokrajowcy i nie uświadczysz ducha niemieckiego, tylko dilerkę, hehe. Wyjdzie mi  Moralitet Ironiczny. Czyli gatunek paradoksalny. Jak chcesz, to proszę.
papa
Cygan

wissmannstrHermann von Wissmann (1853-1905) był badaczem Afryki – w latach 80 XIX wieku kilkakrotnie przeszedł Afrykę w poprzek, głównie wzdłuż rzeki Kongo, ale był też pruskim oficerem, który w roku 1889 dostał za zadanie sformowanie korpusu ekspedycyjnego, który zlikwiduje powstanie w Tanzanii. Zadanie wykonał znakomicie, korzystając z zaciężnych żołnierzy z plemienia Zulu oraz Somalijczyków i Sudańczyków. W roku 1895 został mianowany gubernatorem Afryki Wschodniej. Był zwolennikiem pruskiego kolonializmu, ale na jego chwałę trzeba powiedzieć, że angażował się też w działalność Towarzystwa Zwalczania Niewolnictwa.

Dorota ma oczywiście rację. Współczesna Historia ironicznie nieźle dokuczyła Wissmannowi. Ulica jego imienia przylega do wielkiego parku Hasenheide, w którym dosłownie co pięć kroków człowiek natyka się na “czarnoskórych mieszkańców Afryki” (to poprawna politycznie nazwa, która pozwala odróżnić Araba od Mu…, nie, no właśnie, czarnoskórego mie…), szepczących słowo haszysz, ale sprzedających marihuanę. W parku tym powstaje świątynia Ganesha, a choć świątyni jeszcze nie ma, codziennie obywa się tu puja czyli nabożeństwo ku czci tego przemiłego boskiego słonia, symbolu szczęścia i inteligencji.

Przy ulicy Wissmanna na granicy z parkiem, w starym pięknym budynku browaru, mieści się Werkstatt der Kulturen (warsztat kultur), jedyny w Berlinie ośrodek kulturalny nastawiony wyłącznie na wspieranie kultur 190 narodów i ludów, zamieszkujących wspólnie i właściwie przyjaźnie stolicę Niemiec. To tu mieści się między innymi biuro Karnawału Kultur, który od prawie 20 lat znakomitą rozrywką i dla nas, berlińczyków, i dla turystów. Karnawał odbywa się zawsze w Zielone Świątki, a jego główna atrakcja, przejazd wspaniale udekorowanych wozów i parada grup muzycznych i tanecznych, ma miejsce w niedzielę – w roku 2015 są to dni 22 do 25 maja. Zapraszamy!

640px-Kar_Kult_2006_1http://volksfeste.kleiner-kalender.de/event/karneval-der-kulturen/41942.html

Z cyklu: moja ulica – Łucja

Zaproponowałam, byśmy pisali coś o ulicy, na której mieszkamy i o domu, w którym mieszkamy. To przecież ważne miejsca, czasem ładne, czasem paskudne, ale zawsze ważne. Na wezwanie jako pierwsza odpowiedziała Łucja Fice, znana już Czytelnikom tego bloga poprzez wiersze i prozę o pracy opiekunki ludzi starych, chorych, samotnych i smutnych. Dzisiejszym wpisem Łucja rozpoczyna nieregularny cykl, a ja zapraszam wszystkich do pisania o swoim domu i swojej ulicy. Dom Łucji taki smutny.

ULICA W GORZOWIE

Przy niej mój dom
ma skórę zdartą do kości
Strupieszały tynk opada na chodnik
Powieki okien szeroko otwarte
Brak makijażu odsłania smutną twarz
Na głowie mojego domu siwe włosy anten
Niezbyt równo przyczesane
Na dłoniach parapetów przysiadają gołębie
Klatka domu po zabiegu ujmuje świeżym oddechem emalii
Wieczorem dom szykuje się do snu
Wewnętrznym blaskiem tętni jego serce
Tam krzątają się ludzie. Tam toczy się życie
Od stycznia poprzez maj do grudnia
I znowu od nowa

Egon-Schiele-Haeuser-und-Waescheleinen-oder-Vorstadt_600
Egon Schiele, Domy i sznurki do bielizny

Jutro Dorota Cygan

Reblogs: Drei Jahre danach / Trzy lata później

11.03.2011 / 11.03.2014

Katastrofa nuklearna w Fukushimie nastąpiła 11 marca 2011 roku, gdy tsunami uderzyło w położoną na północ od Tokio siłownię Fukushima, powodując stopienie się prętów paliwowych w trzech reaktorach oraz promieniotwórcze skażenie okolicznych terenów, z których ewakuowano 160 tys. ludzi. Awarii w Fukushimie przypisano najwyższy, siódmy stopień w skali INES (mierzącej od 0 do 7 stopni), który był przypisany katastrofie w Czarnobylu z 1986 r. Po awarii powstały setki stalowych zbiorników na skażoną wodę. W kilku z nich odnotowano nieszczelność, w sierpniu 2013 r. wyciekło 300 ton skażonej wody, w lutym tego roku – 100 ton. Japońskie władze zaklasyfikowały incydent sierpniowy jako trzeci stopień na skali INES. Rzecznik TEPCO, firmy zarządzającej elektrownią, Masayuki Ono, zapewnił, że podejmuje się „różnego rodzaju działania” w związku z wyciekiem, ale że jest mało prawdopodobne, żeby skażona woda dotarła do oceanu.

Trzy lata temu, po katastrofie w Fukushimie, Żywia Karasińska-Fluks opublikowała na blogu “Jak udusić kurę” opowiadanie zatytułowane “Gdzie jest Kazuko?” Sięgnijmy po nie w trzecią rocznicę katastrofy.

Fukushima-530x298

Sind es weiterhin Obdachlosen, die dort arbeiten? Czy w Fukushimie nadal pracują bezdomni?

Nuklearkatastrophe von Fukushima begann am 11. März 2011 mit dem Töhoku-Erdbeben und lief gleichzeitig in vier Reaktorblöcken ab, wo es zu Kernschmelzen kam. Große Mengen an radioaktivem Material wurden freigesetzt und kontaminierten Luft, Böden, Wasser und Nahrungsmittel in der land- und meerseitigen Umgebung.

Kurz vor dem dritten Jahrestag der Reaktorkatastrophe warnte die internationale Ärzteorganisation IPPNW (International Physicians for the Prevention of Nuclear War) vor der Vertuschung gesundheitlicher Folgen. Laut der Bielefelder Ärztin Angelika Claußen werden Ärzte in Japan von der Regierung unter Druck gesetzt, wenn sie nach medizinischen Folgen der Katastrophe suchen. Die Journalistin Oshidori Mako berichtet von immer neuen Lecks am Reaktor und von Schulen, die Lebensmittel aus der Region verwenden müssen, um deren Unbedenklichkeit zu demonstrieren.

Am 3. Jahrestag der Katastrophe sehen wir uns einen kleinen Film von der
Aktuelle Stunde, gesendet am 08.03.2014 unter dem Titel: Fukushima – die verschwiegene Gefahr

Napisy

Ewa Maria Slaska o Łowcach Inskrypcji

Nie pamiętam już, jak i dlaczego, zgłosiłam na Facebooku akces do grupy nazwanej Łowcy Inskrypcji. Jej założycielem jest Krzysztof Górski, który też ustalił cele i reguły grupy. Poszukujmy napisów! Inskrypcji. Warszawskich. Ale nie tylko! Ostatecznie globalizacja hula a my z nią. Inskrypcji po polsku, po łacinie. Po niemiecku, angielsku etc. Wszelkich. Podniosłych i przyziemnych. Dawnych i dzisiejszych. W spiżu, ale i na ścianie toalety. Pomniki, klepsydry, tablice pamiątkowe, szyldy, reklamy, graffiti etc. I mixy różnych napisów, choćby “wandalskie” dopiski do czcigodnych inskrypcjach. Albo nakładanie się reklam na inne warstwy sfery komunikacyjnej miasta etc. Wszystkich zakochanych w naszej Wawie, zwłaszcza chodzących po niej z aparatem, zachęcam do współpracy.

nie-po-polskuNo dobrze, z reguły nie chodzę z aparatem, a jak chodzę, to w najważnejszych miejscach i momentach nawala, albo nawalam ja, czyli zapominam na przykład, że go mam i mogłabym użyć. Nie jestem z Warszawy. Ale za to lubię napisy. Nadzwyczaj wręcz lubię napisy niby to po polsku, choć naprawdę są to słowa w innym języku, tylko brzmią po polsku. Dla tych, którzy się do tego wpisu zaplątali przypadkiem dodam informację znaczącą – jestem z Gdańska a mieszkam w Berlinie. Palto, burka, serio, targi i krok, to tylko kilka z moich berlińskich zdobyczy. Bo bywają jeszcze rubin, barak, burak, rogal, baran…

Poza tym oczywiście bardzo mnie bawią napisy po polsku. To na Kreuzbergu. Najpierw ktoś zadał pytanie:

pytanieW kilka dni potem ktoś dopisał odpowiedź:

odpowKilka dni temu, też na Kreuzbergu, znalazłam przedziwny napis (przepraszam za jakość – moja komórka w nocy nie jest najlepsza, a aparatu, jak zwykle, nie miałam):

widzew-w-berlinie-23-2-14Widzew mogę jeszcze zrozumieć, ale co z tym katarem? Czy to obelga rozczarowanego kibola czy informacja obiektywna, dostarczana przez lokalnego reportera?

Ale lubię też oczywiście napisy po niemiecku i angielsku. Reprodukowana poniżej pocztówka jest niestety nędzną imitacją tego, co zobaczyłam kiedyś na murze, ale oczywiście nie miałam aparatu. Nie tylko przy sobie, w ogóle nie miałam aparatu.

walrechtSlogan powstał w okresie zaciętej walki o prawa wyborcze dla wszystkich – Wahlrecht für Alle. Jakiś dowcipniś przerobił go na prawa wielorybów dla węgorzy. Jest to bardzo inteligentna przeróbka, bo wieloryb różni się od wyborów tylko brakiem “h”, czego w potocznym języku w ogóle nie słychać, a w węgorzach są dwa “aa” i jedno “l”, podczas gdy w słowie wszyscy – alle – jest jedno “a” i dwa “l”. A do tego naprawdę chodziło o małe chude węgorze, np. cudzoziemców i o to, żeby im przyznać takie same prawa jak mają grube wieloryby czyli “tuziemcy”.

allesPodobną zabawę językową zastosował berliński zespół Ohrbooten, grający mieszaninę Reggae, Ragga, Alternative i HipHop, który sam określa swoją muzykę jako Gyp-Hop. Wszystko dla wszystkich aż wszystkiego zabraknie. Tyle, że po niemiecku to śmieszniejsze, bo zabraknie w potocznym berlińskim brzmi… ist alle, jest wszystko czyli nie ma nic. Tytuł zszedł pod strzechy i wszedł na miejskie ściany.

godisblackRównież tego napisu nie sfotografowałam – tu jest nowojorski, ale widziałam podobny i w Berlinie, i do dziś bardzo tego żałuję. Bo nie wiem, czy zależy mi na tym, żeby świat uznał, iż Bóg jest czarną kobietą, ale nie zależy mi też na tym, żeby był fanatycznym mężczyzną o płomiennym spojrzeniu rzucanym spod czarnej arafatki, a i równie niechętnie akceptuję dziadka z siwą brodą.

Na zakończenie kilka zdjęć z moich zbiorów, niektóre przesłane też do grupy Łowcy Inskrypcji:

brocolliCzekolada jest odpowiedzią Boga na brokuły. Napis na oknie czekoladziarni. Na Kreuzbergu oczywiście.

Berlin makelove  havelessdomore Tu tekst osobisty  – proszę przebacz mi.

przebacz
Nikt nie jest wolny, dopóki wszyscy nie są wolni.

wolnosc
Trzy poniższe zdjęcia są ze Szczecina:

antifa sienieklocimy kawa-nudaIddźcie na kawę!

A to Powsinoga znalazła w Madrycie i w Pradze

:Hemingway w Madrycie Koukali jsme.Praha

A tu znowu moje z Berlina, oba coś znaczą, ale nie to, co się nam wydaje:

kotku Kurde

Kocie sprawy łóżkowe

Wpis Ewy Marii Slaskiej dedykowany, po raz kolejny, Marynie Over

Trzeba poświęcić cały wpis sprawom łóżkowym, bo to ważny rozdział w koegzystencji kota i człowieka. Zacznijmy może od sytuacji dramatycznej, a potem już tylko będziemy stopniować napięcie.

Panie i Panowie… Tatatata! Kot Simona:

Każdy z właścicieli kotów to zna, właściwie bez zmian. Poranny koci miauk, przeraźliwy i konsekwentny. Też znam. Schyzia dodaje jednak do naszych spraw łóżkowych pewną atrakcję, z którą w opowieściach innych nigdy się nie spotkałam. Otóż jak wściekła bestia atakuje moje stopy, jeśli przez sen nieopatrznie wytknę je spod kołdry. Schyzia oczywiście, nawet mimo wieku, jest kotem bojowym i potrafi nieźle dokuczyć, ale mnie z zasady niemal nigdy nie tyka. Tymczasem moje stopy, gdy ukazują się oddzielone ode mnie kołdrą, to w jej pojęciu jakiś potworny wróg i nie jest wykluczone, że kot w ogóle nie kojarzy ich ze mną, lecz przeciwnie, uważa, że to dzikie zwierzęta, atakujące jej panią i trzeba je natychmiast unieszkodliwić.
Imterpretację można uznać za wzruszający objaw mego przywiązania do kota, ale nie zmienia to faktu, że nasze wspólne noce bywają nadzwyczaj dramatyczne.

A tymczasem istoty nieświadome, bo nie posiadające kotów, wyobrażają sobie, że pani z kotem w łóżku wygląda tak:

Fritz Erler (1868 – 1940)Pięknie prawda? Ileż godności i spokoju! Fritz Erler (1868 – 1940). Erler był słynnym niemieckim malarzem wojennym, który tworzył obrazy o I wojnie światowej. Nie przepadałam więc za nim, choć było takie lato, że, przez kicię zresztą, często musiałam o nim myśleć. Kotek mianowicie ciężko zachorował, a zdarzyło się to, jak zawsze przecież, w niedzielę. Czyli trzeba jechać do kliniki, albo szukać dyżurnego weterynarz. Ten, którego znalazłam mieszkał potwornie daleko, ale był (jest) Polakiem i okazał się, okazali się zresztą oboje, i on, i żona, wspaniałymi lekarzami. Opiekowali się Schyzią z ogromnym poświęceniem, wyprowadzili ją z terminalnej choroby i zapewnili do dziś spokojne, zdrowe życie. Nie mam auta, codziennie, a przez pierwsze dni – dwa razy dziennie – pakowałam Schyzię do  grubej płóciennej torby (Schyzia nie znosi koszyków), przytulałam do piersi i 45 minut jechałam metrem, potem przez 15 minut szłam, przez godzinę towarzyszyłam kotu, któremu trzeba było aplikować kroplówki, po czym wracałyśmy do domu. Szłam zawsze przez Aleję Fritza Erlera i zawsze z pewnym niepokojem myślałam o tym, że to ulica człowieka, który służył wojennej propagandzie. W Berlinie takie myśli są nieuniknione, nawet jak się nie żywi wrogich uczuć. Plakat z reprodukcją obrazu Erlera zachęcający do zbierania pieniędzy na wojnę (I wojnę) przyniósł Bankowi Cesarstwa 13 milionów marek, więcej niż jakakolwiek inna akcja propagandowa. Po wojnie i dojściu Hitlera do władzy Erler malował portrety Führera i innych osobistości NSDAP. W roku 1940 szczęśliwie umarł.

A tu kotek.

Poniżej też kotek, i też w łóżku, ale tym razem z panem. Giovanni Lamfranco. 1582-1647. Włoch, późnorenesansowy czy też jak chcą krytycy protobarokowy, a człowiek głowę by dał, że manierystyczny w stylu prerafaelitów, a może nawet całkiem współczesny i tylko z lekka stylizowany na manieryzm. Myli zwłaszcza szelmowskie spojrzenie młodego pana i tematyka, zupełnie niepodobna do tego, jak artysta malował oficjalnie – słynął bowiem z monumentalnych fresków, malowideł na plafonach, sufitach i kopułach oraz ołtarzy o tematyce nadzwyczaj religijnej. I tu nagle młody nagi pan w łóżku. Z kotem. 1620 rok. Dziś w Londynie, w zbiorach Walpole Gallery. Obraz, który skłania krytykę do wysuwania niedwuznacznych domniemywań. Ale w dziele artysty nie ma innych obrazów, które potwierdzałyby te przypuszczenia, nic też nie zachowało się w dokumentach.

Giovanni Lamfranco -kot

A tu znowu Pablo Picasso – namalował tyle kotów, że naprawdę bez niego żaden wpis się nie obędzie. Wierzyć się nie chce, że to on, taki ten obraz normalny, taki, w którym widać, że malarz nie będzie tu robił żadnych eksperymentów z nosem, ręką czy udem, i że z sympatią traktuje swoją modelkę. “Młody był”, napisała Maryna Over w jednym z komentarzy na Facebooku. No tak, rok był zaledwie 1900, malarz miał dopiero 19 lat.

PicassoDonna con gatto1900Tak się powinno leżeć z kotem w łóżku, miły przytulny kotek. Niestety życie znacznie częściej szykuje nam niespodzianki, na przykład w postaci kota, który przez cały czas, gdy przygotowuję ten wpis, łazi po klawiaturze, a teraz ułożył się dokładnie tak, żebym nie widziała na ekranie, co piszę. Zaraz pójdziemy spać, co mi przypomniało pewną łóżkową historię z kotem w roli głównej. Miałam kiedyś osobistego narzeczonego, który był osobą nader trudną. Pewnie, każdy osobisty narzeczony jest trudny, podobnie zresztą jak mąż, syn i ojciec, a i, gwoli sprawiedliwości, matka, żona, narzeczona, córka i siostra. Wszyscy jesteśmy trudni, ale ten był wybitny. Kiedyś pokłócił się ze mną o coś zaraz po powrocie z pracy, a wracał w porze, kiedy ja właśnie wstawałam, a za oknem gwizdały kosy. Pokłócił się, po czym zadowolony z siebie postanowił pójść spać (do mojej sypialni, bo to było moje mieszkanie, nie jego), zostawiając mnie w kuchni z gwiżdżącymi za oknem kosami. Poszedł do sypialni, gdzie na łóżku siedziała Schyzia. Spojrzała na niego wrogo i nafuczała, a gdy chciał ją odsunąć – udrapała. Narzeczony wrócił do kuchni jak niepyszny, poprosił o plaster i zapytał, czy mogłabym zabrać kota. Niestety nie mogłam.
La Calata Culta2Wkrótce potem narzeczony przestał pełnić tę funkcję.

Tyle na temat kotów w łóżku. A na zakończenie obrazek, o którym nic nie wiem. Ma kilka podpisów i napisów, życie paryskie, kotki Ninotki, towarzysze w łóżku.  Maryna wytrzasnęła ten obrazek ze strony La Calata Culta. To strona pisarki Leslie Guevara o erotyce i przewrotnych erotycznych okrucieństwach, zwłaszcza takich, które wykonują małe dziewczynki. Ta Calata Culta może oznaczać Kultową Inwazję, a inwazja w erotyce może oznaczać wiadomo co. A La Calata to taniec starowłoski z XVI wieku grany na lutni.  Nic nie rozumiem, ale to chyba nie szkodzi.

Dzień kobiet Mamy

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

maybe-Alfonsina

Fragment tłumaczenia wiersza Alfonsiny Storni

Kobiety. Było ich w sztuce Mamy dużo, w szkicach, grafikach, linorytach, w tłumaczeniach już znacznie mniej, ale oczywiście była Alfonsina Storni oraz Mascha Kaléko, której wiersze Mama przetłumaczyła na moje zamówienie do jednej z pierwszych publikacji WIR-u, a mianowicie do tomu zatytułowanego Poetki z ciemności.

Jak zwykle, ale Czytelnicy już się chyba przyzwyczaili, nie jestem w stanie zaprezentować tu ani pełnego przekroju prac Mamy, w których pojawiły się kobiety, ani pokusić się o syntetyczną analizę tematu “Kobieta w twórczości Ireny Kuran-Boguckiej”. Jednak z okazji Dnia Kobiet chciałam tu przypomnieć niektóre wykonane przez Mamę wizerunki kobiet. Rzadko były to portrety, choć niekiedy rozpoznać można znajome twarze. Była wprawdzie grafika zatytułowana Ewa, o której chętnie bym głosiła, że to ja, ale niestety – nie byłam to ja. Była to jakaś młoda szczupła dziewczyna w swetrze z golfem i blond fryzurą na chłopczycę. Najpiękniejszą grafikę zbliżoną do portretu Mama zatytułowała chyba Tulipany – na pierwszym planie znajdował się szklany kulisty wazon z kwiatami, za nim, chyba w lustrze, twarz kobiety, którą wtedy rozpoznawałam jako Marynę, choć chyba nie było to jej rzeczywiste imię. Była to przez stosunkowo krótki czas dziewczyna jednego z młodych znajomych rodziców – duża kobieta, z prostymi włosami à la Marina Vlady, stąd chyba jej imię, która nosiła się bardzo jak na owe czase modnie i ekstawagancko. Byłam nieznośnym zakompleksionym brzydkim kaczątkiem i Mama podawała mi Marynę za przykład, jak trzeba się umieć “zrobić”, co Maryna umiała fantastycznie.

Piszę tu o Ewie i Marynie tak szeroko, bo… nie mam ani obu tych grafik, ani jak dotąd nie znalazłam żadnej ich reprodukcji.

kobieta kobieta-siedzaca

szkic-glowy-kobietZ reguły jednak kobiety Mamy nie były portretami, lecz stanowiły syntezę pewnego określonego typu ludzkiego.  Widać to już w szkicach. Mama chętnie szkicowała podczas podróży, zapewne były to więc twarze napotkanych ludzi. Ale już w szkicu pojawia się to, co najważniejsze – linia przyszłego zsyntetyzowanego portretu.

Najpierw były portrety historyczne i egzotyczne – które w latach 50 Mama wykonała jako ilustracje do książek – katalogów Naszej Księgarni – Z książką przez stulecia i Z książką przez świat. Niestety nie mam tych książek i nikt z rodziny też ich chyba nie ma.

Już po opublikowaniu tego wpisu nieznany ofiarodawca przysłał mi mailem skany obu publikacji!

X

taniecbona

W obu tych książkach były zarówno przerywniki, jak i duże czarno-białe grafiki z jednym kolorem, w tych o historii był to niebieski, o kontynentach – kolor terrakoty.

Wystawa Ireny 022

mezatkaPortretem syntetycznym były też kobiety z cyklu Okupacja i z obu cyklów pomyślanych jako ilustracje do Lorki.

przerywnik-kobieta-patrzy

okupacja

Niewątpliwie najbardziej uproszczone są postaci z cyklu Metopy barbarzyńskie. Na marginesie dodam, że był to tytuł bardzo chętnie przerabiany przez dziennikarzy i prasę na Metody barbarzyńskie. No ale skąd dziennikarz miał wiedzieć, że fryz dorycki składał się z tryglifów czyli fragmentów kamienia we wzór geometryczny i metop – czyli płaskorzeźb. A zresztą – czy dzisiejszy dziennikarz będzie to wiedział? Wątpię. Mniejsza… Metopy barbarzyńskie były kondensacją rozmyślań Mamy o kulturach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Nie wiem, czy myślała o Azji, może o Tybecie, ale chyba nie o Chinach, Indiach i Indochinach.

kuran-metopy4 kuran-metopy3

MadonnaNomadow-uBabaciaPostaci z Metop to nie byli prawdziwi ludzie, to były tylko symboliczne sylwetki. Ale też wtedy Mama stworzyła najpiękniejszą swoją kobietę – Madonnę Nomadów. Sfotografowałam ją tu w mieszkaniu mojej Teściowej.

Gdy skończył się okres drzeworytów i Mama zaczęła pracować techniką linorytową, ludzie powrócili, ale jednocześnie wzmógł się stopień ich typizacji. W linorytach nie ma już podobieństwa do żadnego znanego czy nieznanego modela, tu już są tylko symboliczne figury miłości, tęsknoty, opuszczenia, śmierci.

nauzykaa-mama

In Sarmatien

Tak się nazywa ten film. W Sarmacji. Pokazano go w ubiegłym roku na festiwalu filmów dokumentalnych w Dreźnie. Od dziś wchodzi do kin niemieckich.
So hieß der Film: In Sarmatien. Wurde auf dem Dokumentar Film Festival in Dresden im letzten Jahr gezeigt. Ab heute kommt er in Kinos.

***

Der Titel des Filmes vebindet ihn mit dem Gedichtband von Johannes Bobrowski – Sarmatische Zeit aus dem Jahre 1961.
Das Motto des Filmes ist ein Zitat aus Novalis: Alle Erinnerung ist Gegenwart.
Motto filmu zostało zaczerpnięte z Novalisa: Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością.

***
Originaltitel / Tytuł oryginalny: In Sarmatien Foto1199
Land / Kraj: Deutschland
Jahr / Rok: 2013
Sprache / Język: deutsch, rumänisch, russisch, ukrainisch (niemiecki, rumuński, rosyjski, ukraiński)
Untertitel / Podpisy: deutsche, englische (niemieckie, angielskie)
Laufzeit / Czas: 120 Minuten
Regisseur / Reżyser: Volker Koepp
Musik / Muzyka: Rainer Böhm
Kamera / Operator: Thomas Plenert

***

Foto1200Dla Polaków Sarmaci to przedstawiciele kultury sarmackiej czyli szlacheckiej kultury polskiej w okresie między Renesansem a upadkiem Rzeczpospolitej. Dlatego pozwoliłam sobie przypomnieć tu zaczerpnięty z Wikipedii opis geograficznej Sarmacji, bo o nią w tym filmie chodzi.

Sarmacja to pojęcie geograficzne pierwszy raz użyte w starożytności przez geografa aleksandryjskiego Klaudiusza Ptolemeusza. Kraj na krawędzi Europy, od Morza Czarnego i Kaspijskiego ku północy do Zatoki Wenedzkiej (Wenedyjskiej) nad Oceanem Sarmackim, dokąd wpadała rzeka Vistula, Chron, Rudon, Turunt i Chesin. Zachodnią granicą Sarmcji była Wisła, wschodnią – Don.
Informacje te powtórzył i poprawił Maciej Miechowita w swym Traktacie o dwóch Sarmacjach z 1517 r.

Foto1201Film Koeppa to spotkania z ludźmi zamieszkującymi Sarmację, które zostały nakręcone, gdy Sarmacja, pozornie, była jeszcze szczęśliwą krainą zamieszkaną przez szczęśliwych ludzi. Gdy jeszcze nikt nie musiał wiedzieć, kto to jest Janukowicz, ani co to znaczy majdan. Dziś, niespełna rok później, po odrzuceniu przez Janukowicza opcji europejskiej, po trzech miesiącach pokojowych protestów na Majdanie w Kijowie, po krwawych walkach, rozejmie i wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę, nikt nie wie, jak się rozwinie sytuacja i jak tu będzie w przyszłości wyglądalo. Możliwe, że Koepp nakręcił ostatni “przedwojenny” film o Ukrainie.

***

Foto1202Auf der Festiwalseite schreibt Ralph Eue über den Film:

Es gibt zwei gegensätzliche Arten, Sarmatien zu beschreiben: als eine Gegend am Rande der bekannten Welt – so sahen es die alten Griechen –, oder als jenen Teil Europas, wo sich das einst sorgfältig vermessene geografische Zentrum des Kontinents befindet. Im Register des aktuellen „Diercke Weltatlas“ wird man Sarmatien indes vergeblich suchen, als Verwaltungseinheit ist es inexistent, und auch Google Maps vermag kein Stück weiterzuhelfen. Dennoch ist Sarmatien kein Hirngespinst.
Für seinen neuen Film ist Volker Koepp dorthin aufgebrochen und lässt uns mit großzügiger Geste teilhaben an seinen Eindrücken und Begegnungen in einer ebenso unbekannten wie eigentlich nahegelegenen Region zwischen Litauen und Weißrussland, zwischen der Ukraine und Polen, welche im Norden an die Ostsee grenzt und im Süden ans Schwarze Meer. Seit langem, mindestens seit 1972, als er „Grüße aus Sarmatien für den Dichter Johannes Bobrowski“ drehte, ist die historische Landschaft in seinem Werk immer wieder präsent. Ähnlich wie Bobrowski sieht auch Volker Koepp hier „jenes Traumland, in dem sämtliche Völker und Religionen ihren Platz fänden, wenn nicht die Geschichte alles eins ums andere Mal umgepflügt hätte“. Die Verwerfungen, die das hinterlassen hat, auch und gerade in den Menschen, die dort leben, und wie diese Menschen trotz allem von innen heraus strahlen, das ist hier aufs Schönste zu erfahren.

***

Z filmu zapisałam kilka zdań i sytuacji, które zwróciły moją uwagę. Aus dem Film habe ich ein paar Sätze und Situationen notiert, die meine Aufmerksamkeit weckten.

Ukraina

Ukraina wird sich (an die EU) angliedern, da lernen alle Deutsch.
Ukraina włączy się (do EU), wszyscy uczą się więc niemieckiego.

Wir haben immer die Hoffnung, dass wir näher an Europa kommen.
Wszyscy mamy nadzieję, że zbliżymy się do Europy.

65 % der Jugend möchte Ukraina verlassen.
65% młodzieży chce wyjechać z Ukrainy.

Wir sollen nach Europa, aber es wird nichts daraus werden.
Mamy wejść do Europy, ale z tego nic nie będzie.

Der Druck seitens Russland ist zu groß, man kann nicht atmen.
Presja Rosji jest zbyt mocna, nie można oddychać.

Moldavien / Mołdawia

Moderne Zeit vernichtet schlimmer als Türken und Russen.
Współczesne czasy niszczą gorzej niż Turcy i Rosjanie.

Eigentlich hat sich Europa von uns getrennt.
Europa się od nas właściwie odwróciła.

Königsberg / Królewiec

Schwere Zeiten bringen Menschen dazu, über das Leben nachzudenken.
Ciężkie czasy sprawiają, że ludzie zaczynają się zastanawiać nad życiem.

Es muss besser werden, sonst muss man das Land verlassen, und das möchte ich nicht.
Musi być lepiej, inaczej musielibyśmy wyjechać, a tego nie chcę.

Und am Ende des Filmes, schon nach dem Abspann, sagt Herr Zwilling – der Pessimist aus dem Film “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” desselben Regisseurs Volker Koepp: Es wird alles gut werden.
Na zakończenie, już po końcowych napisach, pan Zwilling, pesymista z filmu tegoż reżysera “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” mówi: Wszystko będzie dobrze.

Dass es so sein wird.
Oby.

O pewnym wyjeździe do Goslar

Posypaliście głowy popiołem?

Ewa Maria Slaska

Napomknęłam o tym wyjeździe we wprowadzeniu do wpisu Krysi Koziewicz, co wywołało komentarze Lecha Milewskiego, które zaowocowały najpierw jego wpisem, a teraz moim. Kto by pomyślał, że tyle można napisać o Goslar, maleńkim miasteczku w Niemczech. Zastanawiam się, że może jest ono, na podobieństwo Wrzeszcza, dzielnicy Gdańska, jak u Grassa, symbolicznym światem całym, a może nawet Wszechświatem. Było sobie kiedyś miasto, które obok przedmieść Orunia, Siedlce, Oliwa, Emaus, Pruszcz, Święty Wojciech, Młyńska i Nowy Port miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu.

Wydarzyło się więc w Goslar, że:

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Był rok 1986.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała Krysia Koziewicz.

Pojechaliśmy, bo na ulotce reklamowej była mowa o obiedzie za darmo i prezentach, ale było też piękne zdjęcie domków zbudowanych, jak to w Polsce mawiamy – z pruskiego muru. Mur nie jest pruski, a oficjalnie budownictwo takie nazywa się w Polsce “ryglówka”, ale bogdajże!, każdy wie, że to pruski mur. W Gdańsku za komuny mieliśmy jeden taki domek.

Radunia_25

Winiarnia Vinifera w Gdańsku, na drugim planie kościół św. Katarzyny.

W Goslar są ich całe masy. Myślałam wtedy, że to coś nadzwyczaj specjalnego, jakieś takie niemieckie Carcassone, tyle że z ryglówką i dopiero wiele lat potem dowiedziałam się, że takich miasteczek w Niemczech są setki… Ale o tym potem, na razie po raz pierwszy wyjeżdżamy z Berlina i jedziemy do Goslar.

quer_tourismus2

Przyjechaliśmy do Berlina przed rokiem, ale przez ten rok widzieliśmy tylko Berlin. Czekaliśmy na azyl i nie mieliśmy prawa opuścić miejsca zamieszkania. Ci którzy mieszkali w Niemczech też podlegali takim restrykcjom, ale w końcu nikt nie musiał się dowiedzieć, że wyjechali na dwa dni z Bamberga do Bayreuth. Natomiast azylant z Berlina nie mógł pojechać do Bamberga (podobnie zresztą jak do Bromberga), bo po drodze było NRD i kontrola dokumentów przeprowadzana przez oba państwa niemieckie. A to, co posiadał azylant, nie przeszłoby ani przez kontrolę zachodnią, ani wschodnią.

Gdy więc ruszyliśmy o świcie na miejsce zbiórki, byłam dosłownie w euforii. Zdziwiło mnie wprawdzie, że czekają na nas aż dwa wielkie, piętrowe autobusy i że wszyscy pasażerowie są starzy. Mąż i syn strasznie wydziwiali, ale mnie to nie ruszało. Była ładna pogoda, późna wiosna, wszędzie kwitły maki i rzepaki, na końcu drogi czekało czarodziejskie miasto Goslar, jechaliśmy!

Dojechaliśmy i wepchnięto nas natychmiast do jakiejś wielkiej mrocznej jadłodajni. Nie dałabym głowy, czy długie stoły ustawione w trzy wielkie litery U, nie były przykryte papierem pakowym, ale może był to i biały obrus. Zaserwowano nam obiad, a kelnerka zebrała zamówienie na picie. Wokół nas wszyscy pili piwo, też szok kulturowy, bo dla Polaka z dobrego domu, Polki zresztą też, piwo to napój plebejski, a już na pewno nie pije się go w południe. Zamówiliśmy soczek, herbatę i kawę i to okazało się naszą klęską. Piwo też byłoby klęską, bo naprawdę nie wolno było zamówić nic i to pod karą obowiązkowego uczestnictwa w imprezie, która trwała w sumie pięć godzin. Zjedliśmy, a tymczasem na scenie dorodna seksowna blondyna koło pięćdziesiątki, taka pani bywająca w solariach i siłowniach, ubrana w obcisłe spodnie “w lamparta” oraz dwaj młodzi panowie krzątali się zaaferowani po scenie. Przynosili, odnosili, ustawiali, przesuwali. Było jasne, że będzie jakiś program. Nie mieliśmy ochoty na żaden program, wstaliśmy więc od stołu, żeby pójść pozwiedzać Goslar.

I… O nie! Nie wolno było wyjść bez zapłacenia za napoje, bo tylko obiad był za darmo. Tak zresztą było napisane na ulotce, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że darmowy obiad oznacza jadło bez napoju. Za napoje nie wolno było zapłacić przed końcem imprezy! Nie wolno było wyjść! Zwiedzania Goslar w programie nie było.

Wróciliśmy jak niepyszni do stolika i zaczęło się panopticum sprzedaży elektrycznych kocy i poduszek oraz brodzików z elektrycznie napędzanym masowaniem stóp.  Pani i dwaj panowie, jak się okazało, synowie, uwijali się po scenie, opowiadali, kręcili się jak frygi, dorzucali tu jasiek, a tu ręcznik, budowali jakieś piramidy z pudełek, dodawali coś, ujmowali… Gdy zakończyła się część ogólna, sceniczna, kobieta i synowie jak psy gończe ruszyli na indywidualny połów. Dosiadali się do ludzi i namawiali, grzecznie, ale, rzekłabym, nadzwyczaj agresywnie.

O nie, powiedział mąż, wychodzimy! Zły Slaski jest jak głodny niedźwiedź polarny, nie należy mu wchodzić w drogę. Duży zły Slaski zabrał małego złego Slaskiego i wyszli nie bacząc na protesty obsługi i cerberów, zostawiając mnie jako zakładniczkę, która pod koniec imprezy zapłaci za soczek, herbatę i kawę. Po dwóch godzinach duży zmiłował się nade mną, i wymienił siebie jako żywą tarczę za mnie. Wyszłam do syna, który czekał przed wejściem i powiedział radośnie, że jest tu bardzo miło, jest rynsztok, a w każdym razie strumień wody płynący wzdłuż ulicy, zrobili z tatą łódki z kory i urządzili regaty. Dwadzieścia siedem razy. Z tego tata wygrał dwadzieścia razy. Ale ze mną będzie znacznie łatwiej, jestem w końcu Bogucka a nie Slaska, i rzeczywiście też urządziliśmy regaty dwadzieścia siedem razy, ale tym razem syn wygrał dwadzieścia razy.

Było już ciemno, jak nas wreszcie wszystkich skasowali i wypuścili do autobusów. Pani, panowie i kelnerki pchali naładowane po brzegi wózki, pełne kocy, brodzików i nocników, które przez godzinę upychali w czeluściach bagażników, a w międzyczasie każdy z nas dostał prezent – po sześć kieliszków do białego wina z lanego pseudokryształu, wartość, jak sądzę, 2 marki za komplet.

Poza rynsztokiem i jadłodajnią w pięknym mieście Goslar nie obejrzeliśmy nic. Ale i tak, dzięki duchowi bojowemu Slaskich, byliśmy lepsi niż reszta uczestników wycieczki, bo oni, biedacy, nawet rynsztoku nie obejrzeli.

W kilka lat później, gdy pisaliśmy z Martinem Ryzinskim książkę Jak podróżować po Niemczech, ponownie dotarłam do Goslar. To rzeczywiście piękne stare miasto, o pięknej i chlubnej historii, owianej mitem cesarstwa i srebra. Bardzo mi się podobało, ale nie aż tak, jak wtedy spodobało mi się czarodziejskie zdjęcie czarodziejskiego miasta Goslar na zaczarowanej ulotce. Martin był miłośnikiem małych niemieckich miasteczek i w międzyczasie widziałam ich już kilkaset. Wszystkie są takie same, odmalowane, kolorowe, ozdobione jak bombonierki, niektóre rzymskie, inne cesarskie, książęce i królewskie, inne biskupie, jeszcze inne uniwersyteckie, miasteczka dobrych niemieckich produktów, wspaniałych niemieckich piw i znakomitych średniowiecznych rzeźbiarzy. W Niemczech są 2062 miasta, z tego kilkanaście jest dużych i wielkich, a reszta to małe miasteczka. Proszę, lista jest TU. 320px-LohmuehleTU natomiast przeczytać można obszerny wpis z polskojęzycznej Wikipedii na temat Goslar. Tak obszerny, że nie warto nic dodawać. Wikipedia wymienia wszystkie warte obejrzenia obiekty w miasteczku, nawet jeden z miejskich rynsztoków – tzw. Lohmühle – choć akurat nie ten, nad którym mój syn spędził swój pierwszy dzień w Niemczech Zachodnich.

Reblog: Polak w Muzeum Hitlera

panKolejne odkrycia historyków sztuki. Reblgowałam już tu tekst o Madonnie pod sosnami Cranacha. Dziś portret namalowany przez znanego śląskiego malarza Tischbeina i interesująca detektywistyczna historia. Mariusz Pilus pisze w ISSUU – platformie umożliwiającej swobodną publikację i przepływ tekstów naukowych i publicystycznych (super rzecz – zresztą sami zobaczcie: http://issuu.com):

Click to Read