Samotny myśliwy 2

Katarzyna Krenz

KK-Gotland4xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

2. Milczenie morza

Od wielu dni Stary Poeta nasłuchiwał,
lecz wokół panowała cisza. Bezruch,
tylko cień ptaka przesuwał się po niebie.

Umilkły krzyki. Drapieżne torpedy sztormu
przestały zadawać śmierć, prując brzuchy kadłubów,
które zwodowano po to, by same pruły płynny szum.

Ucichła pieśń sieci i zgasły silniki trawlerów
przeczesujących kopalnie morza w poszukiwaniu
zatopionych miast i ławicy.

Morze usnęło zmęczone. Było wolne. Jedynie
cień martwej ryby unosił się na fali. Stary Poeta
czekał. Lecz wokół panowała cisza. Nic. Tylko ta cisza.

Świat po katastrofie milczał, oniemiały
i niebo spoglądało w inną stronę – odkąd został sam.
Tylko morze, tylko morze żyło. Śniło.

Pani, służąca i kot

Ewa Maria Slaska i Maryna Over

Pani i kot to obszerny temat i poniekąd poruszany w każdym wpisie, bo zawsze będzie tam jakaś kobieta. Dziś jednak rozpadnie się ona na dwie zupełnie różne osoby, bo pojawią się tu pani oraz kobieta (jeśli wiekowa) w młodości zwana dziewczyną, każda wyobrażona w przynależnej funkcji społecznej. My już, być może, nie mamy takich doświadczeń, ale ja jeszcze miałam nianie – wiejskie dziewczyny z kaszubskich wiosek, a moja Mama wspominała, że w jej dzieciństwie do jej Babci, czyli Pani, co rano przychodziła do pokoju kucharka (kobieta) i uzgadniały jadłospis na dany dzień. Prababcia, jak mi się wydaje, leżała jeszcze w łóżku. A prababcia była osobą czynną, również zawodowo, i bardzo aktywną. Tym niemniej rola społeczna i nad nią miała władzę. Przypomina to Prousta i poranne rozmowy Franciszki z Ciocią Leonią w Combray.

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą,wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie:„Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

szkola flamandzka1640Szkoła flamandzka,  rok, sądząc z podpisu, 1667, ale jedyny podpis jaki można znaleźć w sieci głosi: Давид Рейкарт III, Крестьянка с кошкой, начало 1640. Ten rok 1667 jest zresztą w ogóle niemożliwy, bo (dane podaje oczywiście Wikipedia) David Ryckaert III – flamandzki malarz barokowy, żył w latach 1612 -1661. Był najbardziej znanym przedstawicielem rodziny malarzy o tym nazwisku, często określany przydomkiem Młodszy. Był synem Dawida Ryckaerta II, wnukiem Dawida Ryckaerta I i siostrzeńcem Martina Ryckaerta.

To dla historyka sztuki, nie dla nas,  bo nas obchodzi ta kobieta. Byłabyż to Franciszka, tylko o dwieście lat wcześniejsza, taka sama jednak, dobroduszna wieśniaczka, która poszła na służbę i tu karmi kota. Swojego czy może swojej pani?

Maryna znalazła zresztą jeszcze kilka innych służących. Jedną pokazywałyśmy już, zamiata kuchnię na obrazie Gripsa Okazja czyni złodzieja.

Dunlop-CaraudDwie panny służące, ale jakże różne. Obraz po lewej, namalowany przez George’a Dunlop Leslie (malarz angielski 1835 – 1921), nazywa się Jej pierwsze miejsce i pokazuje zmęczoną dziewczynę, która przysiadła na chwilę przy kominku, żeby odpocząć. Po prawej Pokojówka, obraz Josepha Caraud (malarz francuski, 1825 – 1905), na którym w ogóle nie chodzi o pracę. Tu albo pani udaje dziewczynę, albo dziewczyna – panią. I nie mówmy sobie, że praca służącej była cięższa niż praca pokojówki, dlatego pokojówka może pozować jako filuterna kokietka, a służąca pada ze zmęczenia. Obie musiały harować od świtu do nocy. Pamiętacie film Gosford Park? Albo Dziewczynę z perłą? Praca kobiety to była niekończąca się rzeka obowiązków. Również w XX wieku. Wiedział o tym Salvador Dali, malując w roku 1914 tzw. Wnętrze holenderskie. Widzimy tu taką samą sytuację – spracowana kobieta, która zrobiła sobie krótką przerwę w pracy.

SALVADOR DALI 1914-INTERIEUR HOLLANDAISI wreszcie na zakończenie obraz, na którym nie ma służącej, ale który, moim zdaniem, zakłada jej istnienie. Gdy obejrzałam ten obraz, zobaczyłam dziewczynę, która jak matka Mojżesza, puszcza na wodę kołyskę z dzieckiem, bo nie jest go w stanie wychować. Teraz, pisząc ten wpis, myślę, że może to fala powodzi porwała łóżeczko pańskiego dziecka, a dziewczyna go nie dopilnowała.

John Everett Millais-kotJohn Everett Millais (1829-1896) − brytyjski malarz i ilustrator, czołowy przedstawiciel Prerafaelitów, autor słynnego obrazu Ofelia (dodajmy, że po śmierci czyli jako topielica otoczona kwiatami – Prerafaelici bardzo lubili kobiety wychodzące z wody, w niej mieszkające lub w niej zmarłe). Obraz mógłby być świetną ilustracją do pięknej powieści “Dziewczyna w niebieskiej sukni” (Susan Vreeland Girl in Hyacinth Blue, której tytuł także pochodzi od jednego z dzieł Vermeera; na jej podstawie powstał w roku 2003 film telewizyjny Brush with Fate), o losach wyimaginowanego obrazu Vermeera van Delft. Obraz opuszcza pracownię artysty w chwili, gdy matka dziecka ginie za czary w lochach inkwizycji. Ojciec puszcza na wodę kołyskę i obraz opatrzone karteczką: Sprzedajcie obraz, wykarmcie dziecko. Nie pamiętam, czy ojciec był malarzem, czy tylko posiadaczem obrazu, a historia obrazu ciągnie się aż do współczesności i kończy odkryciem zbiorów jako żywo przypominających zagrabione przez nazistów dzieła sztuki, znalezione w mieszkaniu Gurlitta.

Nota bene tylko na obrazie Ryckaerta kobieta zajmuje się kotem, na wszystkich pozostałych kot po prostu jest. Nie jest wykluczone, że jest nie tylko faktycznie, ale i symbolicznie. Tak służąca jak i kot mają w pańskim domu określone zadanie do wykonania, mają zapewnić czystość. Służąca usuwa brud, kot poluje na myszy i szczury.  Te koty to nie pieszczochy z jedwabnymi obróżkami, to pracownicy.

Reblog: Jetzt bin ich also Deutsch

Jetzt bin ich also deutsch

Beitrag ausgezeichnet mit dem Deutsch-Polnischen Journalistenpreis 2014

Warum entscheiden sich Menschen anderer Nationen für die deutsche Staatsbürgerschaft und wie fühlen sie sich mit der neuen Nationalität? Daniel Tkatch, 33, und Karolina Golimowska, 28, berichten von ihren Erfahrungen.

Daniel Tkatch

Ich hätte auf meinem Reisepass lieber einen Bären als den Bundesadler. Nicht den Bären von der Berliner Flagge – mit den roten Krallen, Zähnen und herausgestreckter Zunge –, sondern so einen patinagrünen, wie den kleinen bronzenen auf dem Mittelstreifen der A115 am ehemaligen Grenzkontrollpunkt Dreilinden. Wie angenehm lässt es sich ihn doch grüßen, wenn ich Berlin verlasse oder hier wieder ankomme. Was stört mich eigentlich an dem armen Bundesadler? Ich gucke ihn an und muss dabei an meine russische Großmutter denken. In unserer Familiengeschichte hat im Zweiten Weltkrieg keiner unter den Deutschen direkt gelitten. Sie aber, die 1931 in einem Dorf in Inguschetien geboren wurde, musste als Kind vor der sich nähernden Kaukasusfront evakuiert werden, und ihr Vater wich dem Krieg aus, indem er sich seine rechte Handfläche mit einem Gewehr durchschoss. In meiner Erinnerung hat der Urgroßvater immer ein Taschentuch um die rechte Hand gewickelt. Meine Großmutter bemühte sich, mich zu einem weltoffenen Menschen zu erziehen: „Feind ist mir jeder böse Mensch, jeder gute aber ist mir wie ein Bruder, und mag er auch ein Tschetschene oder gar ein Deutscher sein“, hat sie ihren eigenen Großvater immer zitiert. Auch deshalb würde ich mich über mein Deutschwerden sehr gerne mit meiner Großmutter unterhalten. Leider war sie neun Jahre vor dem Frühling gestorben, in dem ich mir ein Retourflugticket nach Deutschland kaufte und die Rückflugkarte verfallen ließ. So muss ich mich dem Thema Adler allein stellen, und ich für meine Person finde ihn zu heraldisch, zu patriotisch.

Deutschsein. Fast lieber wäre es mir, ein europäischer Staatsbürger zu werden. So wäre ich von Anbeginn von der Idee eines jeden Nationalstaats befreit. Die „europäische Idee“ ließe für mich eine Identifikation mindestens oberflächlich leichter zu. (…)

Witerlesen hier: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch/

Daniel Tkatch wurde 1979 in Kasachstan geboren und wuchs in Israel auf. Er studierte Physik am Technion in Haifa sowie Kunstgeschichte und Philosophie an der FU Berlin. Neben seinem Studium in politischer Philosophie und Ästhetik an der KU Leuven ist er als Author und Redakteur u.a. für cafébabel, The European tätig.

Karolina Golimowska

(…)

Deutschland ist für mich vor allem Berlin. Hier habe ich studiert, von hier aus habe ich ein Stipendium nach London bekommen, hierhin kam ich zurück. Hier arbeite ich an meiner Promotion, hier sind meine Freunde, hier ist mein Leben. Berlin bedeutet Stuck an den Decken, große Parks, Frauen mit unrasierten Waden. Berlin ist Straßendemos und Flohmärkte, Ost-West-Kontraste, Sonntagsbrunchs und Weißweinschorle. Berlin ist Fahrrad, mein erster Job, mein erstes Geld, meine erste Mietwohnung. Berlin bedeutet auch die ersten Diskriminierungserfahrungen und kritischen Blicke auf Polen von außen. Und Berlin ist tolle Bäckereien und riesige Joghurtauswahl in den Supermärkten.

Berlin und Warschau verbindet ein Zug – der Berlin-Warszawa-Express. Er fährt zwischen meiner Kindheit und dem Erwachsensein hin und her, drei Mal am Tag, sieben Tage die Woche. (…)

Weiterlesen: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch-teil-2/

nagroda-karol-daniel
Karolina Golimowska wuchs in Warschau auf, studierte u.a. Anglistik und Neuere deutsche Literatur in Berlin und London. Sie arbeitet als Autorin und Journalistin und ist Doktorandin und Lehrbeauftragte am Institut für Anglistik und Amerikanistik der Humboldt Universität zu Berlin.

Bomba emocji 1

krolochlani II poprawkaKatarzyna Kulikowska
Wiersze z tomiku ,,Bomba emocji”

Obok mnie wybuchła bomba emocji.
Kulę się jak dziecko.
Zamykam w schronie przeciwpancernym.
Na zewnątrz trwa wojna przekonań.
Padają strzały słów.
Schron jak roślina mięsożerna kurczy się nade mną.
Zwinięta w kłębek czekam na pożarcie.

skan okladki Bomba emocjiMój dom
Wódka na stole
Mama krzyczy
Ogień w kotłowni
Samotność i ja
Już nie umiemy rozpaczać
To mój zwykły dzień

Lęk

Mam na imię lęk
Z dna przepaści wysyłam
Mój głos w górę
Jestem domem ciemności
Przywołuję kruki
Zamykam spokój w bezruchu
Każę ludziom otwierać drogi
Wewnątrz siebie
Krzyczę – Jesteście wolni
Potem zniewalam ich w klatce złudzeń

krolochlani I poprawkaKwiat cierpienia
Johannesowi Deimlingowi

Pachnę krwią i potem
Mam płatki nasączone pieszczotą umęczonego ciała
Przyciągam ból jak magnez
Weź mnie do domu

Ukrzyżowanie
Agnieszce Graczew-Czarkowskiej

6 ciał Jezusa ukrzyżowanych na papierze
Przybitych gwoździem pędzla
Oblanych farbą
Patrzę
Farba zmienia się w krew
Słyszę jęk umęczonych ciał i wołanie:
Eli lama sabachtani
Jezus umiera po raz drugi sześciokrotnie

Gałęzie są moją drogą
Idę po niej do Ciebie Panie
Na końcu drogi świeci sakrament
Obmywam w nim moją duszę
Idę po kamieniach
Stopy mnie bolą od grzechu
Zmęczona klęczę przed tobą Panie i
Staję się pełnią

krolochlani III poprawkaGrafika: Katarzyna Kulikowska, ilustracje do Apokalipsy

Wykłady profesora Dąbrowskiego. VI. Medycyna ludowa 1

O medycynie alternatywnej pisała już u nas kiedyś Maria Korzeń Zielarka. Dziś (i za tydzień) na ten temat:

Ryszard Dąbrowski

To już dwie ostatnie prolegomeny do tekstu o babci szamance.

Lecznictwo ludowe w Polsce

Temat ten jest bardzo ciekawy i zróżnicowany, a dostępna literatura nie jest zbyt obszerna. Istniało wiele różnic regionalnych w medycynie ludowej na terenie Polski, ale również dużo podobieństw w stosowanych metodach terapeutycznych. Od początku XX wieku znachorstwo było w Polsce zwalczane, mniej lub bardziej intensywnie, metodami administracyjnymi. Medycyna akademicka traktowała znachorstwo jako zabobon ale też jako konkurenta. Tutaj trzeba jednak przyznać, że istniały całe chmary szarlatanów i oszustów, którzy usiłowali wzbogacić się na ludzkim nieszczęściu.

Obecnie, od dłuższego czasu, daje się zauważyć renesans „medycyny ludowej”. Nauka bada i analizuje praktyki znachorskie, nazywane obecnie alternatywnymi metodami leczniczymi. Medycyna akademicka studiuje metody znachorów, adaptując je i przejmując niektóre z nich do swych praktyk.

Farmacja bada skład chemiczny wielu roślin używanych przez zielarzy, i testuje skuteczność zawartych w nich substancji w leczeniu konkretnych schorzeń.

W medycynie ludowej w Polsce daje się zauważyć wpływy tysiącletnich tradycji oraz wiedzy zdobytej na obserwacji, doświadczeniu i praktyce. Lecznictwo to posiada dwa kierunki; magiczny, polegający na zamawianiu chorób zaklęciami oraz realny, opierający się na stosowaniu leków, głównie ziołowych.

ogorecznikKierunek magiczny wywodzi się z pozostałości magii słowiańskiej oraz średniowiecznej, reminiscencji z czasów rzymskich oraz napływowych np. tatarskich. Za przyczynę chorób uważano:

–          wpływ złych duchów, demonów, zmór, diabłów oraz zadanie przez czarowników i czarownice, (przy pomocy zaklęcia, spojrzenia, uczynkiem poprzez pokarm i napój oraz poprzez dotknięcie lub chuchnięcie), złe duchy mieszkające w drzewach i mszczące się za ich ścięcie
–          żywioły, (wiatr, burza, trąby powietrzne), „złe powietrze” z rozlewisk i bagien
–          zjawiska astronomiczne i ciała niebieskie (komety, „spadające gwiazdy” czyli meteoryty oraz zaćmienie słońca i księżyca)
–          karę bożą
–          czary, uroki i przekleństwa wrogich i nieprzychylnych osób oraz
–          zwierzęta takie jak np. nietoperze, żmije, żaby i robaki

Demona powodującego chorobę starano się wypędzić z chorego prośbą lub groźbą, do boga modlono się o zmiłowanie, a choroby rzucone przez urok starano się zdjąć poprzez odczynienie lub przeniesienie na inną osobę, zwierzę lub rzecz.

Czarownice potrafiły zadać chorobę lub ją uczynić, ale również ją zniszczyć lub odczynić.

Było wiele metod usunięcia lub przeniesienia choroby. Najbardziej znane i najczęściej stosowane to: zamówienie zaklęciem lub amuletem, zaklęcie, przygwożdżenie (gwóźdź, kołek albo klin, którym dotykało się chorego wbijano w pień drzewa lub w ziemię), związanie (wiązanie chorego, aby zmęczona tym choroba go opuściła), przeciąganie (chorego przeciągało się przez rozłupane drzewo), zawieszenie na drzewie (na drzewie zawieszało sie część ubrania chorego aż do rozpadu tkaniny), podłożenie pod kamień oraz zakopanie w ziemi lub mrowisku (najczęściej używano do tego obciętych włosów lub paznokci), odrzucenie precz (część ubrania rzucało się za siebie, kto je podniósł przejmował chorobę), zaszczepienie (przeniesienie choroby wenerycznej lub skórnej poprzez stosunek z młodą dziewczyną lub chłopcem), zdmuchnięcie, spluwanie na chorobę, zlizanie przez osobę lub psa, zwymiotowanie choroby, odpisanie (na chlebie lub na papierze wypisywano imię chorego lub specjane zaklęcia i dawano mu to do zjedzenia), odliczenie, sprzedanie, zlewanie, zmywanie (wodę po takim zabiegu wylewało się na rozstajne drogi, kto pierwszy przeszedł przez to miejsce przejmował na siebie chorobę), rzucenie na wodę (najlepiej koszuli chorego aby choroba z nią odpłynęła), okadzanie, spalenie (specjalnie sporządzonej symbolicznej lalki), przypieczenie (stosowano w stosunku do dzieci wkładając je do pieca do pieczenia chleba), przestraszenie choroby, zatańczenie (tańcem zamęczało się demona choroby i zmuszało do opuszczenia ciała), przeżegnanie znakiem krzyża, zamodlenie, odpokutowanie itp., itd. Podczas wykonywania wielu z tych czynności nie wolno było się za siebie oglądać.

Powyższe wyliczenie wskazuje jak bardzo zabobonni byli kiedyś ludzie, jak wierzyli w skuteczność tajemnych zaklęć, czarów i uroków. Wierzono w czary pożyteczne, przynoszące szkodę oraz czary miłosne. Nie prowokowano chorób i złego ducha poprzez nie wymienianie nazw ciężkich chorób lecz zastępowano je eufemizmami np. „złapał go (ją) przypadek”.

Realny kierunek medycyny ludowej polega na stosowaniu leków oraz zabiegów profilaktycznych, terapeutycznych i rekonwalescencyjnych. Stosowane leki da się podzielić na środki pochodzenia:

–          roślinnego
–          zwierzęcego
–          mineralnego

Ważnym elementem zaczęcia leczenia było postawienie odpowiedniej diagnozy. Robiono to poprzez ogólne oględziny chorego, jego języka i oczu oraz badanie temperatury ręką. Najtrudniejszą i wymagającą dużej wiedzy była diagnoza moczu poprzez badanie jego barwy, zmętnienia, osadu, przezroczystości, zapachu oraz smaku.

Przed laty przemysł farmaceutyczny nie był tak rozwinięty jak dziś, a i nie wszyscy mogli sobie pozwolić na odpłatne wizyty u lekarza i wykup lekarstw. Często stosowane było samolecznictwo. Praktycznie każdy, a szczególnie starsze kobiety, posiadały kiedyś sporą wiedzę dotyczącą właściwości leczniczych ziół, sposobu i czasu ich zbioru, form przechowywania i użycia. Dopiero wtedy gdy to nie pomagało, zwracano się do czarownic, owczarzy, znachorów i zielarzy. Ilość roślin stosowanych przez dobrego specjalistę przekraczała 100 i wynosiła niekiedy od 180 do 200 gatunków. Obecnie wiele z nich zniknęło bezpowrotnie z naszych pól i lasów.

porosie

Najczęściej stosowanymi ziołami były: babka (przy stanach zapalnych), biedrzeniec (przeciw zatruciom pokarmowym), bratki polne (przeciwko wypryskom na skórze), brzoza (przeciw astmie, reumatyzmowi i nowotworom), chaber (przy żółtaczce), czarny dzki bez (przy chorobach płuc), dziurawiec (dolegliwości przewodu pokarmowego, wątroby i dróg oddechowych), jałowiec (przy chorobach nerek i pęcherza), krwawnik (przy owrzodzeniach żołądka), macierzanka (stosowana zewnętrznie przy okładach i kąpielach przeciwko chorobom reumatycznym, skóry, narządów kobiecych i wzmacniająco dla niemowląt), mięta (przy przeziębieniach, przy dolegliwościach żołądkowych i zatruciach pokarmowych), podbiał (przy nieżytach dróg oddechowych i astmie), pokrzywa (przeciw kaszlowi), rumianek (używany zewnętrznie i wewnętrznie jako środek przeciwzapalny i uśmierzający), skrzyp polny (przy chorobach nerek i pęcherza), sosna (sok z młodych szyszek, przeciw kaszlowi), szałwia (do płukania przy stanach zapalnych i owrzodzeniu jamy ustnej oraz bólu zębów, wewnętrznie przy niedomaganiu płuc i nerek) i żywokost (zewnętrznie z tłuszczem jako maść przy złamaniach i zwichnięciach, wewnętrznie przy schorzeniach dróg oddechowych).

Często stosowano mieszanki z kilku lub kilkunastu ziół (najczęściej o nieparzystej liczbie) w myśl przekonania, że organizm sam zaczerpnie potrzebne mu składniki i substancje tam zawarte.

Ciąg dalszy nastąpi

Unia. Rozmyślania (prawie) rocznicowe

Polska w Unii Europejskiej

Wikipedia podchodzi do sprawy nader optymistycznie, co jest (zapewne) słuszne:

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 na mocy tzw. Traktatu akcesyjnego podpisanego 16 kwietnia 2003 r. w Atenach, będącego prawną podstawą przystąpienia (akcesji) Polski do Unii Europejskiej. Faktyczny proces integracji Polski rozpoczął się w Atenach 8 kwietnia 1994 r. z chwilą złożenia przez Polskę wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej i potwierdzenia go przez wszystkie państwa członkowskie podczas konferencji w Essen 9-10 grudnia 1994 r. Integracja jest procesem dynamicznym, nieustannie trwającym.

Ale oczywiście prywatnie można na sprawę patrzeć inaczej. Ja uważam, że akcesja była OK, a jej pozytywne skutki już teraz są widoczne, nasz autor
Zbigniew Milewicz
przysłał właśnie, w kilka dni po rocznicy (ale kogo by interesowały okrągłe rocznice!) wierszowane przemyślenia, a ich wymowa jest bardziej krytyczna.

6230383-drewniane-drzwi-pomalowane-w-kolorach-643-385
Zdjęcie: http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/457729,polska-bez-wspolnoty-co-by-bylo-gdybysmy-nie-wstapili-do-unii-europejskiej.html

Zamiast felietonu

Dziesięć lat za nami. Dyskusje między rodakami na temat pożytków i utrapień, wynikających z wstąpienia Polski do Unii Europejskiej trwają; zdania są podzielone, jak to w rodzinie na temat jakiegoś małżeństwa. Jedni wzdychają, że taka piękna para, innym para wali w dekiel. Zapewne każdy z oponentów ma trochę racji, bo nie ma związków idealnych, a jeżeli ciekawi was, jak widziałem Kowalskiego, Nowaka i oczywiście siebie w marszu przed ten ofiarny ołtarz na początku tego wieku, to zapraszam do lektury:

Grüss Gott, grüss Gott

nad brzegiem Isary
niejeden nasz rodak
już poległ za wiarę
grüss Gott, grüss Gott
uwierzył dokładnie,
że jest w kraju cudów,
że fortunę zdobyć
to jak beknąć z nudów
grüss Gott, grüss Gott

przyjeżdża miss Pcimia
z ambitnym zamiarem
wyjść za mąż za Niemca
lecz ten ma już harem
złożony z dziesiątka
różnistych panienek
co w bajzlu pracują
by on miał, jak w niebie
grüss Gott, grüss Gott

Jan z Krzysiem budują
za marek dwanaście
gmaszysko Hiltona
w którym Helmuth zaśnie
jak się nawpierdala ruskiego kawioru
szampitrem go spłucze
i żonę Krzysiowi za stówę wydupczy
grüss Gott, grüss Gott

tak idziem do Unii kochani rodacy
pierś dumnie do przodu wypięta
a jaja z harówy na pańskim – po pięty
grüss Gott, grüss Gott

lecz póki na Wawelu
Zygmunta bije dzwon
nikt, nigdzie i nigdy
nie powie ci
won chamie, won
bo gdyby tak tylko
spróbował pomyśleć
oj, dostałby wpierdol
solidny nad Wisłą
grüss Gott, grüss Gott

Dookoła końskie pyski
najuprzejmiej szczerzą zęby
ten o zdrówko cię zapyta
tamten drogę wskaże chętnie
o pogodzie porozmawia
do tramwaju zaprowadzi
lecz nie próbuj cudzoziemcze
– zwłaszcza ty zza Łaby –
wejść Helmutom do mieszkania
prędzej wielbłąd w uchu igły
siądzie se na otomanie
niż ty skumasz się z Ottonem
dom za marki mu posprzątać
to się tobie godzi zrobić
pomalować także wolno
lecz pół litra z Jorgiem wypić
się rozmarzyć, ponarzekać
Wołga, Wołga z nim zaśpiewać
ot tak sobie bez powodu
bo po wódce wszak Słowianin
brata z braćmi się od młodu
nie uchodzi, nie wypada
szczęka sztuczna, lub prawdziwa
ze zdziwienia mu opada
kto to widział
jaki Gescheft
żeby bratać się z Pollackiem
jego Wirtschaft pachnie różnie
różne o nim są opinie
dzisiaj soli mu pożyczysz
jutro bmw ci zwinie
tak więc lepiej panie bracie
ty Helmuta miej gdzie trzeba
módl się, pracuj, pij i chędoż
a w unijne wejdziesz nieba.

Metro, dentysta, serwetka

Ewa Maria Slaska

Ani z podziękowaniem za serwetkę

Musiałam wysiąść z autobusu przy stacji metra Oberkampf. Mieszkam w Niemczech, mój umysł przez dłuższą chwilę nie zarejestrował więc, że coś się tu nie zgadza. Oberkampf (czyli coś w rodzaju walki na górze) w każdym mieście niemieckim wpasuje się bez problemu jako nazwa ulicy czy stacji metra. Ale jestem w Paryżu. Mruczę pod nosem oberkampf, oberkampf i postanawiam przy okazji sprawdzić w internecie, skąd się wziął Oberkampf (oberkampf?) w Paryżu. I zapominam. Absorbuje mnie ruchome święto, wiosna, która w Paryżu jest już w lutym, kwiaty, wędrówka po cmentarzach…

W miesiąc później siedzę w poczekalni u dentysty w Szczecinie i czytam gazetkę. Gazetki u mojego dentysty są wszystkie mniej lub bardziej nowocześnie głupawe (jeśli rozumiesz, co mam na myśli, Prosiaczku?), ale podobnie jak nie jest wykluczone, że w sklepie z tandetą znajdziesz cacko, tak nie jest wykluczone, że głupawa gazetka… W gazetce króciutka notatka. Christophe-Phillippe Oberkampf – pochodzący z Niemiec żydowski fabrykant tkanin, który zasłynął jako wynalazca cienkich płócien i tkanin bawełnianych, zdobionych jednobarwnymi, czerwonymi lub niebieskimi, scenkami rodzajowymi z czasów napoleońskich, wciąż jednak jeszcze w stylu Marii Antoniny. Dziewczęta w krynolinach na huśtawce, elegenccy dandysi grający w serso, panie przytulające owieczki, tańce na trawie, fajerwerki, muzyka na wodzie, uczty, przyjęcia, zamiatanie salonu i gotowanie karczochów… Każdy temat i każda codzienna sytuacja mogły dać asumpt do stworzenia nowej scenki. Manufaktura Oberkampfa wypuściła w świat 150 a może 1500 wzorów takich tkanin (nie pamiętam) z obrazkami, które projektowali niekiedy słynni malarze jak Bouchet.

Postanawiam, że jak wrócę do domu, to uzupełnię wiedzę, poszeperam w internecie, ale zapominam. Mija kolejny miesiąc. Jest maj. Dostaję od mojej synowej Ani puszkę z obrazkiem kotów. W środku serwetka z niebieską scenką rodzajową. Zdobycze z niedzielnego spaceru na pchli targ. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to przecież Oberkampf. Nie oryginał, rzecz jasna, lecz naśladownictwo, ale bezwzględnie Oberkampf.

Nie mam wyjścia. Nie można zapomnieć o Oberkampfie, który pojawia się w tym roku dosłownie co miesiąc, najwyraźniej domagając się wpisu… zaglądam do Wikipedii – są artykuły tylko w czterech językach, po niemiecku,  angielsku, francusku i… polsku. We wszystkich jest to samo, Oberkampf (1738-1835), nowoczesny fabrykant tkanin drukowanych. Założył fabrykę w Jouy-en-Josas. W każdym wpisie są też dwa jego portrety, w żadnym nie ma reprodukcji jego tkanin. Podobnie jest zresztą, jeśli się wpisze w google’a hasło Oberkampf i poprosi o wyszukanie obrazów. Jak TU. Pojawi się metro, mapa, ulica, ale nie ma tkanin Oberkampfa. Jouy-en-JosasGłupia gazetka okazała się ciekawsza od zbiorów google’a, a są to wszak zasoby światowe,  i Wikipedii, tworzonej przez mądrali (jeśli rozumiesz, Prosiaczku, co mam na myśli?)

Dopiero we wpisie o Jouy-en-Josas pojawi się dodatkowa informacja o tkaninach Oberkampfa, ale nadal bez obrazków: Toile-de-Jouy (płócienko z Jouy) oznacza  tkaninę bawełnianą z nadrukami. Klikam na tego linka i dopiero tu znajduję to, co widziałam już przecież w gazetce, wiem więc czego szukam. Obok płócienko Oberkampfa. Poniżej moja serwetka od Ani, a pod spodem nadesłana dwa dni później fota “Oberkampfa” od Powsinogi.

serwetkapowsinogaoberkampf

Samotny myśliwy 1

Katarzyna Krenz

KK-Gotland6xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

1. Krajobraz po burzy

O świcie sztorm ustał.

Stary Poeta długo leżał na brzegu, omywany
przez fale, świadomy tego, co się stało.
Jego okręt zatonął, bezpowrotnie stracony,
a wraz z nim cały ładunek.

Katedry gotyckie i drapacze chmur
pierwsze poszły na dno jako najcięższe.
Po nich – fabryki, muzea i nowoczesne
miasta. Mosty i nitki autostrad unosiły się
jakiś czas na powierzchni, by w końcu
dołączyć do podwodnych stalaktytów z żelaza
i betonu niczym bolesne krople,
cząsteczki ciężkiej wody w wodnej masie.

Uwolnione śruby i gwoździe swobodnie
wypełniły szczeliny. Drewno całkiem pociemniało:
nie tylko dąb, również sosna, jesion i czarna olcha,
która w poprzednim życiu tak chętnie wybierała
jeziorny muł dla swych korzeni. Anielskie
polichromie i twarze Madonn przeglądały się
w lustrze wody, lecz nie trwało to długo –
jak deszcz w deszczu, tak płatki złota, smoczej
krwi szafiru i spłynęły ruchem spiralnym
i bezwolnym na paletę morza o zmierzchu,
zabarwiły nowym bólem zachód słońca.

Marmur okazał się odporniejszy na działanie
wody: posadzki agor, niegdyś splamione niezgodą
i zdradą, kariatydy i posągi bogów, a także
kolumny świątyń w oplotach akantu tkwiły samotne
pośród strzaskanych dworców i pasów startowych,
niczym kości porzucone na pustyni. Niebo
odbijało się w morzu, a morze odbijało się w niebie.
Kuli błękitu nie mąciła najmniejsza szrama bieli –
dzień przetopił nocną falę w płynne szkło. Morze
oddychało cicho i bez gniewu: sen po burzy ma
w sobie coś z leniwej sjesty i powolności trawienia.

Stary Poeta ocknął się i ukląkł na brzegu. Lecz zaraz
upadł na piasek zemdlony, tak wielkim bólem
przeszyło go przypomnienie: z całego dobytku
księgi były najlżejsze. Nasiąkając wodą,
nie osiadły na dnie jak mury bibliotek, które je
przechowywały. Napęczniały papier rozsadził
grzbiety tomów i rozpływając się w niebycie,
zabrał ze sobą wszystkie ważne słowa i myśli,
przesłania i dekrety, a nawet ludowe przysłowia.
W powietrzu drżał zielony szum dżungli, lecz
wyspa milczała. Nieznana. Nie nazwana. Niczyja.

Qui pro kot

Ewa Maria Slaska o kotach (dość niepewnie)

A-Room-atTwilight-KellieCastleJohnHenryLorimer1856-1936No bo doprawdy, na przykład tu – pies to czy kot? Maryna Over podesłała mi ten obraz, a ja, wiedząc, że Maryna podsyła mi koty, zapisałam go w rubryce koty, gdzie miał poczekać na specjalny wpis – kot samotny we wnętrzu. To oczywiście zawsze się nam będzie kojarzyć z Szymborską i z tym, że tego nie robi się kotu, ale w końcu wcale nie musi tak być. W moich zbiorach co-i-raz pojawia się kot samotny we wnętrzu, ale ten tu…

Namalował go John Henry Lorimer (1856–1936),  szkocki malarz, specjalizujący się malowaniu portretów i scen rodzajowych. Tu jest wnętrze w Kellie Castle o zmroku. Pod oknem śpi… pod oknem śpi kot… nie, chyba jednak pies, nie, no raczej kot… TU jest ten sam obraz w większych rozmiarach, przyjrzyjcie się. Już z Leonardem da Vinci i jego szkicami Madonny mam poważny problem, ale tam przynajmniej nauka wypowiedziała się jednoznacznie, a tu ja sama z problemem.

John Lorimer miał młodszego brata, Sir Roberta Stodart Lorimera (1864 –1929) i to we wpisie o Robercie znalazłam informację, że w roku 1878 rodzina Lorimerów wydzierżawiła Kellie Castle w Fife, które do dziś znane jest jako… Królestwo Fife. A zatem John namalował po prostu pokój w swym rodzinnym domu, a w tym pokoju…

Jules Pascin - The Turkish FamilyRównież na tym obrazie (podsuniętym przez Marynę Over) nie wiadomo, czy to zwierzątko niefrasobliwie trzymane pod pachą przez jedną z kobiet to pies czy kot. Jules Pascin, Rodzina turecka. Rok 1907. Wbrew pozorom ta rodzina wcale nie składa się z samych kobiet młodych, młodszych i najmłodszych, bo w głębi pod ścianą siedzi sobie mężczyzna w czerwonym fezie i pali fajkę, a może zresztą papierosa.

Jules Pascin (1885-1930) nazywał się po bułgarsku Жул Паскин, a tak naprawdę Julius Mordecai Pinkas, był żydowskim malarzem bułgarskim, przedstawicielem ekspresjonizmu. Przez wiele lat przymierał głodem i dopiero w latach 20 uzyskał sukces. Mieszkał w Paryżu, Brukseli, Londynie i różnych miastach w USA, aż osiadł na stałe w Paryżu. Przyjaźnił się z wieloma malarzami w tym z Klee i Kandinskym. Cierpiał na ciężką depresję. W wieku 45 lat popełnił w Paryżu samobójstwo. Pochowano go na cmentarzu Montparnasse.

Ta turecka rodzina, z kotem czy bez, nie jest zresztą typowa dla malarstwa Pascina, bo jego specjalnością były erotyczne akty kobiet.
***
Również inna moja warszawska przyjaciółka, Danusia Strzyńska-Rosiecka, wstawiła mi na Facebooka obrazek:

stMarcinPoitou-CharentesFrancja-polXIIwi opatrzyła go takim mniej więcej podpisem: koci (?) kapitel w St. Martin w Poitou-Charentes, połowa XII wieku.  Zaiste, trudno ocenić, czy te zwierzęta na kapitelu to psy (gończe na przykład), gryfy (te potwory ze skrzydłami na górze),  koty czy lemury, a może nawet gollumy? Nie wiem. Ale też nie wiem, czy  chodzi o jakiś kościół św. Marcina w departamencie w Poitou-Charentes czy o miasto San Martin de Re tamże? A jak kościół – to który? Bo mógłby to być kościół Fontaines d’Ozillac Saint Martin – datowanie się zgadza i dziwaczne zwierzęta w kapitelach też, ale tych kotów się nie doszukałam. Jeśli to jednak ten kościół to jest on swoistą ciekawostką. W XV wieku trzeba go było rozbudować, z boku doklejono mu więc dodatkową nawę z renesansowym portalem. W XIX wieku dobudowano jeszcze wieżę z drugiej strony.

stmartinZ kolei Kasia Wasilewska napisała, również na Facebooku, że kotek niech tu reprezentuje książkę. Kotek? Jaki kotek? Ja zobaczyłam dwa pieski:

kotekzamiastksiazkiAle to jednak kot, bo wpisałam do google’a słowa girl red dress cat dog i ten obraz pojawił się jako pierwszy. Za to Kasia była pewna, że to malarka, a ja znalazłam informacje, że to malarz. Kasia dodaje, że szkoda że nie malarka, z czym się jak najbardziej zgadzam, zwłaszcza, że każda malarka mogłaby być dumna, gdyby namalowała taką dziewczynkę, w takiej sukience,  z takimi zwierzątkami.

GIRL IN RED DRESS WITH CAT AND DOG
Ammi Phillips (1788–1865)
Vicinity of Amenia, New York
1830–1835
Oil on canvas
American Folk Art Museum, gift of the Siegman Trust, Ralph Esmerian, trustee, 2001.37.1

X
Same qui pro koty…

Reblog: Otylia

onetsportbannerNie po raz pierwszy sięgam po teksty napisane przez publicystów dla portali sportowych. Reblogowałam tu już teksty o boksie, dziś… dziś o pływaniu i innym sporcie.  A właściwie wcale nie o pływaniu czy piłce nożnej, tylko o nas, o Polsce, o naszej kondycji społecznej i naszej, pożal się Boże, polityce. Tekst jest świeży, z 7 maja, ale też i temat jest świeży. 

Tekst znalazłam TU i bardzo dziękuję portalowi eurosport.onet.pl, za to, że go opublikował.

Dariusz Tuzimek

Śmiejąc się z Otylii śmiejecie się z siebie

Od dawna nie było tak gło­śno o Oty­lii Ję­drzej­czak i Ma­cie­ju Żu­raw­skim. Choć za­pew­ne nie o taką po­pu­lar­ność im cho­dzi­ło. Zro­bie­nie dur­nia z dwój­ki spor­tow­ców przy­szło dzien­ni­kar­ce TVP bar­dzo łatwo.

otyliaObserwowałem to marne widowisko z zażenowaniem i wstydem, ale też było mi jakoś przykro. Ot tak, jakbym oglądał publiczne tortury na średniowiecznym jarmarku. Tępawa gawiedź się cieszy, choć przecież sama nie jest lepsza.

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Mi się jakoś z tego śmiać nie chce.

Pew­nie zaraz duża grupa za­kom­plek­sio­nych internetowych nie­na­wist­ni­ków „po­ci­śnie” że to ich (spor­tow­ców) wina, bo po cię pcha­ją do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, skoro nic nie wie­dzą. Zga­dzam się – to ich wina. Naj­więk­szą kom­pe­ten­cją jest znać gra­ni­ce wła­snej nie­kom­pe­ten­cji.

To spor­tow­ców wina, że sta­ra­ją się cho­dzić po kru­chym lo­dzie. Ale za­trud­nia­nie ce­le­bry­tów do wy­gry­wa­nia wy­bo­rów kom­pro­mi­tu­je w naj­więk­szym stop­niu li­de­rów par­tii, któ­rzy po tych­że ce­le­bry­tów się­ga­ją z całym cy­ni­zmem. To źle o nich świad­czy.

Jed­nak skoro już się­ga­ją, to zna­czy, że to dzia­ła, że to jest sku­tecz­ne. Czyli wy­star­czy wy­sta­wić na listę znane na­zwi­sko, a lu­dzie od­da­dzą na nie swoje głosy… I jak to o nas, czyli wy­bor­cach świad­czy? Śmie­jąc się z Oty­lii i „Żu­ra­wia” pa­mię­taj­my, że śmie­je­my się z sie­bie.

Ktoś wy­brał prze­cież np. se­na­to­ra Krzysz­to­fa Cu­gow­skie­go w Lu­bli­nie albo posła Jana To­ma­szew­skie­go w Łodzi, praw­da? Ten drugi za­mro­czo­ny wizją do­sta­nia się do par­la­men­tu z listy PiS skła­dał hołdy li­de­ro­wi swo­jej par­tii bez ob­cia­chu twier­dząc, że „Ja­ro­sław Ka­czyń­ski jest Ka­zi­mie­rzem Gór­skim pol­skiej po­li­ty­ki”. Nie wy­ma­ga ko­men­ta­rza.

O Otylii i Maćku Żurowskim można powiedzieć jedno: oboje, po zakończeniu kariery szukają swojego miejsca w życiu. Dokonują wyborów lepszych i gorszych. I nawet jeśli tych ostatnich jest więcej, mają prawo błądzić. Otylia próbowała bezskutecznie wrócić do pływania. Potem brała udział w „Tańcu z gwiazdami” i posmakowała życia celebrytki. Wikłała się w różne historie i widać było, że pomysłu na siebie nie ma. To samo Żurawski. Wszyscy byli nim zachwyceni gdy strzelał gole dla Wisły, reprezentacji czy dla „Celtów” w Glasgow. Później mało udany powrót do ligi, a jeszcze później Żurawski niby był skautem w Wiśle, ale jakby nim nie był. Zaangażował się w sklep z ubraniami i własną kolekcję ciuchów, ale i to okazało się niewypałem.

W przypadku sportowców pytanie: „co dalej?” jest często pytaniem bez odpowiedzi. Szczególnie jeśli jest zadane zbyt późno. Trudno w wieku trzydziestu lat przejść na emeryturę. U nas nawet największe gwiazdy nie mają menedżerów, którzy planują im karierę, inwestują pieniądze i mają na nich pomysł co robić, gdy już trzeba będzie zacząć dorosłe życie.  Agenci piłkarscy – nie wszyscy, ale w ogromnej większości – ograniczają się do handlu zawodnikami, gdy ci mają na rynku jeszcze wartość. Kasują prowizje, ale nie planują zawodnikom karier. A gdy nie da się już na nich zarabiać, wyrzucają ich jak stare zabawki i sięgają po nowe. Sportowcy zostają sami. Bez pokończonych szkół i często bez odłożonych pieniędzy. Dziwicie się, że przyjmują oferty od partii politycznych? Taki Tomasz Adamek ledwie otarł krew z rozbitej w ostatnim pojedynku twarzy a już ogłosił, że startuje do Parlamentu Europejskiego.  A jeszcze chyba miał siniaki pod oczami gdy publicznie wypowiedział się o kobiecości posłanki Grodzkiej…

Otytlia i Maciek Żurawski poszli do studia telewizyjnego nieprzygotowani. Myśleli, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Naiwne to bardzo. Media od dawna nie są przyjazne, a od momentu, gdy oboje zdecydowali się być politykami, powinni być przygotowani na to, że będą traktowani jak politycy. Czyli twardo, bo jest przyzwolenie społeczne żeby z politykami się nie cackać. To się pani dziennikarka z nimi nie cackała.

Efekt jest taki, że jak się wpisze w internetową wyszukiwarkę Google’a imię i nazwisko Otylii, to po notce biograficznej, jako drugi wynik (sic!), wyskakuje… „kompromitacja Otylii Jędrzejczak na antenie TVP”.  Z tego teraz jest najbardziej znana duma narodu sprzed kilku lat.

Żurawski i Otylia nie będą wielkimi politykami. Ale jeśli świętej pamięci Andrzej Lepper miał kompetencje żeby być wicepremierem w dwóch rządach wolnej Rzeczypospolitej, to jednak pewne rzeczy w naszym kraju są umowne.

Na pewno jednak jesteśmy mistrzami w niszczeniu autorytetów. Lech Wałęsa ma lepszą prasę na świecie niż w Polsce. I to nie jest przypadek. W Polsce nawet papieża Jana Pawła II atakowano niewybrednie tuż przed kanonizacją. Taki kraj…

Jak to dobrze, że Kazimierz Górski od lat spoczywa w spokoju i nikomu już nie zagraża, nikogo jego popularność nie będzie kłuła w oczy. Bo znaleźliby się tacy, którzy pogrzebaliby mu głębiej w biografii. I nawet jakby się niczego niedogrzebali, to twierdziliby, że się jednak dogrzebali i obrzuciliby błotem. Ciężko się później z tego obskrobać.

A zatem oplujmy wszystkich: Wałęsę, papieża, Tadeusza Mazowieckiego, Otylię, Żurawskiego. Na koniec nie zostanie nic. Jeden tylko autorytet.

Widać go, gdy się podejdzie blisko do lustra.