Droga do Santiago. Santo Domingo de la Calzada

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 13 września

Trasa do Santo Domingo de la Calzada przez dwie góry i dwa miasteczka. Do pierwszej kawy mamy za sobą już 6 kilometrów. Dobra droga, jeszcze chłodno, prawie po równym – super, oby tak zawsze, ale zawsze tak nie będzie.
Gdy wychodzę jest jeszcze ciemno, dwa razy gubię się w miasteczku i muszę czekać, aż ktoś mi pokaże, gdzie są strzałki.
Po drodze nie wolno myśleć o odległych celach, nawet o dzisiejszym noclegu, nawet o najbliższej przerwie na kawę. O Santiago nie wolno myśleć za żadne skarby świata. Droga to droga i jej się należy nasza uwaga, a myśl liczy się krokami. Krokiem, tym najbliższym. Jak go zrobisz, to może ci się uda zrobić i następny. Jak odwyk alkoholowy. I papierosowy, dodaję po latach, gdy już nie palę. Tylko małe kroki. To one doprowadzą cię do celu.
Dzień był świetny, trasa przeszła szybko, ale też było to zaledwie 21 kilometrów, a nie tak jak wczoraj 28.

sant3Po drodze jakaś kobieta zostawiła przy drodze ubranie – koszulka trykotowa, kolorowe majtki, białe skarpetki – wszystko ułożone w dziewczyńską figurkę.

Dowiedziałam się dziś, że nikt po drodze nie czyści butów, chyba że są oblepione błotem, ale kurz jest czymś normalnym i nie warto z nim walczyć. Wyobrażam sobie, jak się potem wygląda w takich butach na lotnisku w Madrycie.

Dziś jest to hospicjum w klasztorze cystersów z XIII wieku. W miasteczku wszystko jest jak trzeba, średniowiecze, renesans, barok, bar, kafejka internetowa i sklepik, gdzie jakaś kobieta wymienia mi kartę telefoniczną na hiszpańską. Rozmawiamy po hiszpańsku i dochodzę do wniosku, że sprzedawczyni jest geniuszem.
Dziś po raz pierwszy ugotowałam sobie obiad – tortellini z jajkiem i owoce. I kupiłam sobie herbatę w torebkach – trudno, będę nosić.

Nie jestem bardziej zmęczona niż niekiedy, po ciężkim dniu pracy w Berlinie.

sant1Zastanawiam się na duchowymi wartościami Camino i na razie nic nie mogę powiedzieć. Idzie się, idzie, myśli się tylko doraźnie, trochę rozmawiam z ludźmi, ale właściwie niewiele, pewnie dlatego, że świadomie unikam drogi w czyimś towarzystwie. Chcę być sama z moją drogą, moimi myślami i moim zmęczeniem. W moim własnym tempie. Na pewno nie jest najgorsze. Nie wychodzę jako pierwsza ani jako ostatnia, jakoś tak pośrodku. Jak dziś wychodziłam, to jeszcze tak na oko połowa butów stała na regale. A doszłam wczoraj jako 19 a dziś jako 21, co zważywszy, że jest nas na jednym odcinku na drodze około stu osób, nie jest złym osiągiem.

sant2Santo Domingo de la Calzada to miasteczko, gdzie przydarzył się tak zwany kurzy cud i dlatego do dziś w kościele mieszkają kury. Na trasie do Santiago zdarzyło się kilka cudów. Jeden bardzo krwawy. W porównaniu z nim kurzy cud jest piękną średniowieczną bajką.  Pewna niemiecka rodzina pielgrzymów przybyła tu aż z Xanten. Młody pielgrzym spodobał się pięknej córce oberżysty, ale ponieważ odrzucił jej zaloty, panna wymyśliła prostą ale skuteczną zemstę – schowała w jego tobołku srebrny puchar należący do taty. Młodego chłopaka złapano, a ponieważ jego wina była, zdawałoby się, bezsprzeczna, został osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Jego rodzice z ciężkim sercem poszli dalej, a gdy już wracali do domu, z miejsca kaźni zawołał do nich ich syn. Opowiedział im, że wcale nie umarł, bo święty Jakub go podtrzymywał i karmił. Mama i Tata popędzili do sędziego, a był to ten sam człowiek, który skazał ich syna. Pożywiał się był właśnie pieczonymi kurczakami. Na wniosek o uwolnienie chłopaka odpowiedział, że to bajki, a ich syn jest tak samo nieżywy jak te kury na jego talerzu. No i patrzcie państwo, kury ożyły. Chłopaka odcięto z szubienicy, dziewczynę powieszono. A kury do dziś mieszkają w kościele.

Miasteczko nazwano na cześć pobożnego mnicha, który w XII wieku zbudował tu most przez rzekę i szpital dla pielgrzymów.

Zdjęcia zrobił Mietek, pielgrzym spotkany na trasie. Ten który powiedział, że pielgrzymka to nie spacer po ukwieconych łąkach. Jeszcze o nim będzie mowa.

Reblog zum Frühstück

Dieser Beitrag ist meiner Freundin, Christine Ziegler, gewidmet, die mir diesen Text zugeschickt hat. Sie schrieb mir, dass es ihr Fundstück für mich ist. Ich habe es zuerst aber als… “Frühstück” gelesen. Deshalb eben: ein Reblog zum Frühstück.

TagesspiegelBanner
TagesspiegelYokoTawada

Ich möchte zuerst über eine spezifische Form der Kultur sprechen, nämlich die Joghurtkultur. Oder sollte ich besser mit dem Thema Milch anfangen, denn ohne Milch gäbe es keinen Joghurt. Die Mutter des Joghurts ist keine Muttermilch, sondern die Kuhmilch. Vor einigen Jahren las ich in einer deutschen Zeitung über ein Gebiet in Afrika, in dem eine Menschengruppe Epidemien überlebte, weil sie Kuhmilch als Nahrungsmittel akzeptiert hatte. Der Autor des Artikels schrieb, dass Milch an sich kein bekömmliches Nahrungsmittel für Erwachsene sei, denn die Natur schenke nur dem Säugling die Enzyme, die Laktose verarbeiten. Ein Kind, das weiter Muttermilch zu trinken versuche, müsse erbrechen.

Der europäische Magen hat im Laufe der Zivilisation die Fähigkeit entwickelt, ein Leben lang Milch zu verdauen. Mit einem Wort: Europa trinkt Milch und erbricht nicht. Das war meine Definition von Europa bis vor kurzem.

Als ich in den sechziger Jahren in Tokio zur Grundschule ging, gab es Klassenkameraden, denen sofort übel wurde, wenn sie Milch tranken. Wir bekamen jeden Tag eine kleine Flasche Milch, zusammen mit dem Mittagessen. Unsere Lehrerin sagte, jeder gewöhne sich an Milch, man müsse Geduld haben. Ich weiß nicht, ob sie recht hatte. Denn selbst in Europa gibt es Menschen, die keine Laktose vertragen.

Joghurt nach Athen

Die europäische Kultur wurde ausschließlich aus Bulgarien nach Japan importiert, ich meine die Joghurtkultur. 1905 gelang es dem bulgarischen Wissenschaftler Stamen Grigorow, ein Bakterium zu isolieren, das für die Entstehung des Joghurts verantwortlich ist. Als ich in Sofia war, sah ich in einem Supermarkt die Joghurtmarken, die ich aus Deutschland kannte, ein ganzes Regal besetzen. Warum importieren die Bulgaren die teuren Produkte aus dem Ausland, wenn sie selber das weltberühmte Joghurtvolk sind? Der Joghurt war nicht mehr Joghurt, sondern eine globale Industrieware. Ich war entsetzt.

Eine Bekannte in New York kauft ausschließlich Joghurt aus Griechenland. Viele amerikanische Joghurtprodukte sind ihrer Meinung nach nichts anderes als chemische Schleimsuppe. Die Griechen sind für sie das Joghurtvolk. Aber eine Griechin, die ich letztes Jahr kennenlernte, offenbarte mir, es gebe keinen griechischen Joghurt mehr, es gebe nur noch europäischen Joghurt. So trägt man nicht nur die Eulen, sondern auch noch den Joghurt nach Athen.
Wortmilch, Prosamilch, Haikuhmilch

Der Joghurt ist ein Sauermilchprodukt, eine Art Dickmilch. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ werden selten verwendet, denn man soll heutzutage weder sauer noch dick sein. Man soll immer gute Laune haben und so dünn sein wie die Menschen auf jedem Werbefoto für Joghurt. Ich dachte, dieses Erfolgsrezept sei amerikanisch und in Europa dürfe man sauer sein – sauer auf die Zustände, sauer auf die politische Situation, sauer auf die Ungerechtigkeit. Denn das Sauersein bringt Nachhaltigkeit. Das Sauerkraut hält länger als der Kohl. Wenn ich Wörter wie Sauerkraut oder Sauerbraten höre, fließt mir Speichel im Mund zusammen – nicht weil ich diese Gerichte essen will, sondern, weil das Wort „sauer“ in meinen Magen hineinklingt.

„Joghurt“ ist ein Lehnwort aus dem Türkischen, und vielen Europäern ist nicht bewusst, wie oft sie sich etwas Türkisches auf die Zunge legen. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ sind noch nicht vergessen, während das Wort „Setzmilch“ kaum noch verwendet wird. Ich habe es in einem Wörterbuch gefunden und las zuerst „Satzmilch“. Als Folge entstanden im Sprachzentrum meines Gehirns Wörter wie Wortmilch, Sprachmilch, Prosamilch, Haikuhmilch, Nachlassmilch, Übersetzungsmilch. Es gibt auch Wörter, die neu geboren werden.

Wenn ich sauer bin und mein Kopf von neuen Wörtern anschwillt, setze ich mich an den Schreibtisch. Nachdem eine Autorin oder ein Autor die Schrift gestellt hat, setzt der Setzer die entsprechenden Buchstaben. Dabei benutzt er kein Setzbrett mehr, sondern ein Computerprogramm. Das Wort „Setzbrett“ wird sicher bald vergessen. Die Autorinnen und die Autoren setzen die Sätze, es klingt etwas streng, aber es geht nicht um eine Festlegung der flüssigen Ideen. Sie setzen die Sätze wie ein wildes Tier in der Setzzeit seine Nachkommen in die Welt setzt. Aus den gesetzten Sätzen soll kein Gesetz werden. Sie sollen besser wie Setzmilch in einen Gärungsprozess geraten.

Gefühle, die ihn Vokalen zu Hause sind

Ist die übersetzte Literatur vergleichbar mit einer Ausländerin, die mit Akzent spricht? Der Akzent ist das Gesicht der gesprochenen Sprache. Seine Augen glänzen wie der Baikalsee oder wie das Schwarze Meer oder wie ein anderes Wasser, je nachdem, wer spricht. Die Augen meiner Sprache enthalten Wasser aus dem Pazifik, in dem Vokale wie Inseln schwimmen. Ohne sie würde ich ertrinken. Die deutsche Sprache bietet mir nicht genug Vokale. „Lufthansa“ spreche ich „Lufutohansa“ aus, damit fast jeder Konsonant mit einem Vokal versorgt ist. Wo soll ich sonst hin mit meinen Gefühlen, die nur in den Vokalen zu Hause sind?

Wie würde die Welt aussehen, wenn es nur Konsonanten gäbe? Sprechen Sie einfach „k“ oder „g“ aus, und achten Sie darauf, wie sie auf Ihren Körper wirken! Sie klingen für mich nach Ablehnung, Abgrenzung oder einer leise gesprochenen Ausrede. Auch die explosiven Konsonanten „p“ und „b“ bereiten mir Kopfschmerzen. Sie klingen verärgert, verachtend und abweisend. Ich ziehe es vor, beim Aussprechen dieser Konsonanten die Luft nach innen zu ziehen, damit sie nicht zu heftig explodieren.

Jede Abweichung als Chance für die Poesie

Es gibt auch sanftere Konsonanten. Das heißt aber nicht, dass ich sie ohne meinen Akzent aussprechen könnte. Die Konsonanten „r“ und „l“ zum Beispiel bringe ich durcheinander. Sie sind für mich eineiige Zwillingsschwestern. Hier einige Übungen für einen besseren Umgang mit ihrer Verwechselbarkeit: „Durch das lustvolle Wandern in der Natur wandelt Herr Müller seine Gesinnung.“ Oder: „Der Rücken eines Ponys ist niedrig und deshalb niedlich. Wäre er doppelt so hoch, wäre er halb so niedlich.“ Oder so: „Kein Bücherregal ist illegal, egal welche Bücher da stehen, genauso wie kein Mensch illegal ist, selbst wenn er mit einem Akzent spricht.“

Der Akzent bringt unerwartet zwei Wörter zusammen, die normalerweise nicht ähnlich klingen. In meinem Akzent hören sich „Zelle“ und „Seele“ ähnlich an. Es ist nicht meine Aufgabe, eine regionale Färbung, einen ausländischen Akzent, einen Soziolekt und einen Sprachfehler medizinischer Art voneinander zu unterscheiden. Stattdessen schlage ich vor, jede Abweichung als Chance für die Poesie wahrzunehmen. Es kommt mir komisch vor, dass ich von einer „Abweichung“ spreche, denn ich bin nicht sicher, ob es überhaupt den „Standard“ gibt. Im Sprachunterricht habe ich gelernt, dass das reinste Hochdeutsch in Hannover zu finden sei, und zwar auf einer Theaterbühne.

Der Akzent lädt zum Reisen ein

Aber es gibt keinen Menschen, der in einem Theater in Hannover geboren wurde und nie das Theatergebäude verlassen hat. Also gibt es keinen Menschen ohne Akzent, so wie es keinen Menschen ohne Falten im Gesicht gibt.

Der Akzent ist eine großzügige Einladung zu einer Reise in die geografische und kulturelle Ferne. In einer modernen Großstadt muss man stets darauf gefasst sein, mitten in der Mittagspause auf eine Weltreise geschickt zu werden. Eine Kellnerin öffnet ihren Mund, schon bin ich unterwegs nach Moskau, nach Paris oder nach Istanbul. Die Mundhöhle der Kellnerin ist der Nachthimmel, darunter liegt ihre Zunge, die den eurasischen Kontinent verkörpert. Ihr Atemzug ist der Orientexpress. Ich steige ein. Der Akzent gibt den Menschen auch Mut, denn er ist ein lebender Beweis dafür, dass auch ein Erwachsener noch eine exotische Sprache lernen kann. Hätte er sie schon als kleines Kind gelernt, hätte er keinen Akzent. Auch im hohen Alter können wir unseren Gaumen erweitern, uns neue fiktive Zähne wachsen lassen, die Muskeln des Mundwerks trainieren, mehr Speichel produzieren und unsere Gehirnzellen durchlüften.

Miszczkrika nad Żejmianą

o-autorceBronisława Raszkiewicz

Rozmowy

“Życie to raj, do którego klucze
są w naszych rękach.”
Fiodor Dostojewski

Rozmowa ze światłem

Ania nie miała świadomości, że nad nią, obok niej, niezależnie od niej, bez pytania o zgodę, toczy się walka. Nie słyszała głosów lekarzy, nie czuła nakłuwania żył. Doznawała przeniesienia w jakiś przedziwny świat, nie umiała go nazwać, ani określić. Było jej tam dobrze i nie miała ochoty o cokolwiek walczyć. Pamiętała, co się zdarzyło, i w tym dziwnym świecie miała tego pełną świadomość. Leżała na stole operacyjnym, a nad nią wisiały oślepiające lampy i ogrzewały nagie ciało. Przywiązano jej ręce i nogi szerokimi pasami, na twarz założono maskę z tlenem. Poczuła, że kręci jej się w głowie, przed oczami zrobiło się ciemno.
Lekarze przygotowywali narzędzia i coś do siebie mówili – to wszystko, co zapamiętała. Zapadając w ciemność, bardzo się bała, że umrze. Stanęły jej przed oczami różne niezałatwione sprawy, bliscy ludzie, zdarzenia z przeszłości. Ogarnął ją bunt – przecież miała dopiero trzydzieści lat! To był jednak tylko moment, za chwilę poczuła się dobrze i lekko. Płynęła w ciemnym tunelu, który stopniowo się rozszerzał i na końcu rozjaśniał. Z boku wyłaniały się przedziwne istoty, jak zbudowane ze światła. Płynęła w ich kierunku coraz dalej i dalej. Na granicy mroku pokazały się złociste koła. Za chwilę zniknęły. Widocznie były nieważnym etapem jej podróży do jasności, wielkiej świetlistej przestrzeni, tam gdzie bardzo chciała się znaleźć.
– Widzę cudowne światło, tam w górze, pod samym sufitem jasnej przestrzeni. Ta jasność jest bardziej świetlista niż słońce. I taka dobra, życzliwa, pełna ciepła – szeptała sama do siebie.

Zbliżają się do mnie świetliste postacie, milczą, idą bardzo wolno, patrzą na mnie. Nie boję się, wierzę, że idą po to, aby mi pomóc. Światło takie promienne, czuję się lekka, jest mi dobrze. Widzę moje ciało na stole operacyjnym. Patrzę na nie z góry. Jakie ono obrzydliwe, leży jak bryła galarety, pulsuje unosząc się lekko i opadając. Zbliżają się do mnie świetliste postacie, są coraz bliżej i bliżej, wyłaniają się z promienistej przestrzeni, jedna po drugiej, jest ich kilkanaście. Nigdy ich wcześniej nie widziałam, nie są podobne do nikogo znajomego. Wydaje mi się, że na mnie czekały, a teraz idą się przywitać. Wokół mnie pojawiają się obrazy we wspaniałych, czystych kolorach. Widzę różne zdarzenia z mojego życia. Poznaję piaskownicę na podwórku, ławeczkę stojącą pod płotem ogrodu przed domem w Miszczkrice, dalej widzę rozciągające się łąki nad rzeką Żejmianą i wreszcie moje dzieci siedzące przy stole w kuchni.
– To jest piaskownica – mówię do świetlistych istot – A tam rzeka Żejmiana. To są moje dzieci.
Czuję, że muszę rozpoznać jeszcze inne obrazy, zdarzenia. Nie słyszę żadnego głosu. Między mną a istotami ze światła istnieje jakaś inna forma porozumienia, coś w rodzaju telepatii. Po prostu odczuwam ich pytania i odpowiedzi.
– Jesteś w innym świecie.
– Tutaj musisz patrzeć inaczej.
– Zastanów się i powiedz – co to jest?
– To jest ławeczka – mówię do świetlistych istot. Pojawia się coraz więcej obrazów. Rozpoznaję je, a świetliste postacie oceniają mnie, analizują moje życie z wielką życzliwością. Podchodzą kolejno i kładą ręce na moją głowę. To nakładanie rąk czuję bardzo wyraźnie. Nagle słyszę:
– To dobra kobieta, choć ma w sobie pychę.
I po chwili:
– Wracaj na ziemię, do żywych. Masz małe dzieci. Jesteś im potrzebna.
Nie chcę wracać, ale z istotami światła nie mogę się spierać. Muszę wykonać ich polecenie. Żegnają mnie znów nakładając ręce na moją głowę. Wiem, co chcą mi powiedzieć na pożegnanie:
– Zapamiętaj, że wiedza, życiowa mądrość warte są, by je czerpać z życia ziemskiego. To jest jedyna wartość, o jaką warto zabiegać i walczyć. Tutaj wszystko inne nie jest potrzebne, nie ma sensu, może nawet stanowić przeszkodę na drodze do połączenia ze świetlistymi istotami.
Nie, to nie są aniołowie, nie mam też poczucia, że idę do Boga, do raju, czy zaczynam życie pozagrobowe. Czuję tylko wielką potrzebę stanąć blisko drugiego człowieka, szukać w życiu mądrości, pomagać i być użyteczną dla innych. Myślę o tym mocno zaciskając powieki. Powoli zaczyna wracać świadomość mojego ziemskiego istnienia. Z daleka dochodzą do mnie głosy ludzi, którzy stoją nade mną. Robią mi masaż serca. Wracam z dalekiej podróży, z przestrzeni oblanej jasnością, wracam do mojego ciała i zaciskam oczy. Boję się.
Pełna świadomość Ani wracała bardzo wolno. Kiedy otworzyła wreszcie oczy wiedziała, że jest w szpitalu, a koło niej stoją lekarze i pielęgniarki. Z niepokojem pytali:
– Jak się pani nazywa?
– Gdzie pani jest?
– Kogo pani widzi? – zapytał doktor Pieniężny, znany w Polsce chirurg. To właśnie on operował Anię tego dnia przez przeszło trzy godziny.

Odpływam z białą ścianą
W oparach eteru
Na trzy godziny snu
W rajskim ogrodzie
Trzy godziny spacerów
Po Elizejskich Polach
Skąpana w świetlistym błękicie
Wyłączona z życia
Rodzę się na nowo
Jestem ocalona

Po powrocie do żywych wiedziała, że jest bardzo wdzięczna losowi, iż mogła przeżyć i zrozumieć, że dane jej było stanąć na skraju Wieczności. Uwierzyła, że bez śmierci nie ma życia, i że dawniej ludzie wierzyli w to bardziej niż teraz.

Minęło czterdzieści lat, a Ania wciąż wracała do pytań postawionych jej przez świetliste istoty. I wciąż szukała w sobie i swoim życiu odpowiedzi. Miała poczucie, że dotknęła tajemnicy życia – właśnie życia, nie śmierci! Dzięki tym świetlistym istotom odkryła w sobie wiele tajemnic, zyskała spokój i szczęście.
Przez te wszystkie lata marzyła, aby podzielić się z innymi ludźmi tym, co się wtedy wydarzyło, czego doznała przebywając w innym świecie.

Autorka-z-bratemPo powrocie ze szpitala wybrała się do swojej mamy Antosi mieszkającej we wsi Chlebów, siedemdziesiąt kilometrów od Zielonej Góry. Od kiedy wyszła za mąż rzadko ją odwiedzała. Miała czwórkę dzieci i trudno jej było wybierać się w dalsze podróże. Wtedy jednak zdecydowała, że pojedzie do mamy i poprosi, aby opowiedziała o tym, jak Ania się urodziła.

Rozmowa z mamą

Był październik 1935 roku. Przyroda otrząsała się z letniego upału i przywdziewała kolorowe szaty jesieni. W małej chatynce stojącej na skraju wsi Miszczkrika nadszedł czas porodu. Leżałam w łóżku, zmęczona pierwszymi bólami, które nasilały się coraz bardziej i bardziej. Mój mąż Ludwik wezwał akuszerkę Salomeę Starakszyc, na którą we wsi mówiono Babka. Bóle wracały ze wzmożoną siłą. Krzyczałam tak głośno, że aż uszkodziłam sobie gardło – umilkła na chwilę i wzruszona własną opowieścią potarła ręką policzek. – Nie mogłam wręcz uwierzyć w siłę tego bólu. Pojawiły się obfite plamy krwi. Krwotok przybierał na sile, krew zalewała białe prześcieradło. Dziecko nie mogło wydostać się na świat, coś było nie w porządku i Babka Salomea nie mogła sobie poradzić. Nienarodzonemu dziecku i mnie śmierć zaglądała w oczy. Kiedy jednak po jakimś czasie między moimi nogami pojawiła się główka Babka krzyknęła z radości i kazała mi przeć z całej siły, a ja zapominając o dziecku, myślałam tylko o tym, aby ból ustał. Na chwilę straciłam przytomność. Nagle Salomea szybko i sprawnie wyszarpnęła ze mnie dziecko, co graniczyło niemalże z cudem.
– Jaka śliczna dziewczynka! – krzyknęła i sprawnie przecięła pępowinę, która owijała szyję dziecka. Później zakrwawioną ręką wyciągnęła łożysko i położyła dziewczynkę na moich piersiach.
Chociaż byłam bardzo zmęczona bólem i nasilającym się krwotokiem spojrzałam na córeczkę z czułością i zobaczyłam jej niebieskie oczka, czerwone, pomarszczone stópki, maleńkie rączki. Babka była bardzo milcząca i z troską spoglądała na mnie.
– Obiecuję ci córeńko, że będziesz żyła – szepnęłam i poczułam wtedy, jakby z góry nagle spłynął na mnie świetlisty promień i okrył moje piersi ciepłą pieluszką.
Babka wykąpała dziecko, otuliła lnianą pieluszką i położyła do kołyski. Kołyskę zrobił własnoręcznie Ludwik. Wisiała na czterech sznurach przymocowanych hakami do sufitu. Nad kołyską pochylali się kolejno mój mąż Ludwik i dzieci Joasia i Romek. Z czułością patrzyli na kruche i nieporadne ciałko.
I oto po trudnej i długiej podróży pojawiłaś się, córko, na tym świecie, witana przez najbliższych z radością – kontynuowała swoją opowieść Antosia. – Na twojej rączce połyskiwała czerwona wstążeczka zawiązana przez Babkę. Wstążeczka miała cię chronić przed złymi urokami i przynosić szczęście. Kiedy obudziłaś się z pierwszego snu byłaś bardzo głodna. Nadeszła pora karmienia. Przytulona do mojej nabrzmiałej piersi łapczywie piłaś mleko. Wtedy poczułam ulgę i już wiedziałam, że czeka nas wspólne życie. Z całą pewnością zawdzięczałam ten sukces Babce Salomei. To właśnie ona znalazła sposób na zatrzymanie krwotoku, który jak się zdawało był nie do opanowania. Pomogło jej w tym wieloletnie doświadczenie i znajomość różnych ziół. Jeszcze przez dłuższy czas piłam sok z czerwonych buraków i marchwi, aby uzupełnić niedobory czerwonych krwinek. Moje życie z dnia na dzień nabierało kolorów i siły. Miałam przecież dla kogo żyć – uśmiechnęła się przytulając Anię do siebie. – Po kilku dniach cała rodzina, zgodnie z tradycją, jednogłośnie orzekła, że będziesz nosiła imię po swojej babci – Anna.
Tak rozpoczęłaś swoje życie w bajecznej chatynce ulepionej z gliny i przykrytej strzechą. Ujrzałaś w niej swój pierwszy dzień i pierwszą noc.

Jesienią dom się zaniósł
Pierwszym krzykiem
Różowa dziewczynka
O niebieskich oczach
Napełniła serca miłością
Rosła beztrosko

Po wysłuchaniu opowiadania mamy Ania poczuła, że teraz już wie o sobie więcej, że jej pierwsze narodziny były także ku światłu.

Chata w ogrodzie
Ziarenka żółtego piasku
Znad rzeki Żejmiany
Matka przy kuchennym stole
Znakiem krzyża błogosławi
Swojski chleb
Za oknem gwizd lokomotywy
Na pagórku czarne skrzydło lasu
Pachnie grzybami

800px-ZheymyanaŻejmiana (z zasobów Wikipedia Commons) – rzeka na Litwie w dorzeczu Niemna, dopływ Wilii.

Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, rozciągająca się nad rzeką Żejmianą. Turystyczne walory Żejmiany sprawiały, że każdego roku, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, odbywały się tutaj spływy kajakowe, w których udział brali dorośli i młodzież. Turyści byli zauroczeni pięknem okolicy i wspaniałym mikroklimatem. Rzekę upiększały lilie – krążele wodne – a jej powolny nurt tworzył miejscami spadziste brzegi, skłaniał do refleksji i zadumy nad urokiem wciąż zmieniającego się krajobrazu.

Przez moje żyły płynie
Żejmiana
Słyszę jej szum
Kiedy wyrywa ze mnie
Fragmenty wspomnień
Kawałki spróchniałego drzewa
Rodzinną wieś
Przywołuje minione zdarzenia
I wciąż płynie przez moje żyły

Lubanice, Benzler i Dirlewanger

Tomasz Fetzki

Czas Wielkiej Burzy, czyli reportażu poetyzującego o Lubanicach część trzecia

Syty wrażeń artystycznych, a przy tym naładowany metafizycznie, wychodzi Viator ze świątyni lubanickiej. Dopiero teraz (w czcigodnym wnętrzu trochę nie wypadało) składa głęboki ukłon i śle podziękowania za dobre słowa, jakie wyczytał tydzień temu w komentarzach do swego tekstu. Nie tylko za to: wielkie dzięki kieruje do Armina Kity, który pomógł stworzyć tekst niniejszy. Armin, Niemiec z krwi i kości, zna język francuski, angielski, a nawet japoński, ale polskiego ni w ząb. Nic pewnie nie zrozumie, lecz, gdy zobaczy na blogu swoje nazwisko, chyba będzie mu miło – zasłużył na to.

Kilkakrotnie głęboko odetchnął Viator świeżym wiejskim powietrzem, lecz gorączka metafizyczna nie zelżała. Ruszył przeto na przechadzkę po cmentarzu otaczającym kościół, bo gdzie, jeśli nie tutaj, można się pogrążyć w odmętach smugi cienia!

Cmentarz, można by rzec, jak cmentarz. Taki sam, jak większość wiejskich cmentarzy na ziemiach, zwanych Odzyskanymi: równe rzędy mogił z wyłącznie polskimi napisami. Po przedwojennych mieszkańcach Lubanic pozostały zaledwie nieliczne tablice wmurowane w ogrodzenie nekropolii. Resztki dawnych rodzinnych grobowców. Napisy niemieckie. Dlaczego nie serbołużyckie? Przecież Jakubica, przecież Poczatku bilo to Slowo… Ano, jako się już rzekło przy witrażu Lutra i Melanchtona, Lubanice stopniowo stały się Laubnitz. Poza powolnym i skutecznym procesem germanizacji, który objął całe Łużyce, na Ziemi Żarskiej te przemiany w pewnych okresach następowały w trybie przyspieszonym. Szczególną rolę odegrała Wojna Trzydziestoletnia. Przemarsze wojsk, walki, epidemie i głód oraz grabieże i morderstwa dokonywane przez soldateskę gruntownie zdemoralizowaną wieloletnią wojaczką, spowodowały spustoszenie całej okolicy. O ile w roku 1618 Lubanice liczyły 92 zagrody, to trzydzieści lat później było ich już tylko 44. Gdy wojna skończyła się, właściciele tych ziem, von Promnitzowie, zaludnili pustki osadnikami przyciągniętymi z różnych stron. Niestety, nie byli to Serbołużyczanie.

Dlatego inskrypcje czytamy po niemiecku. O ile jeszcze dają się odczytać, albowiem większość z nich solidnie już nadkruszył, jak to mówią, ząb czasu. Nagle – niespodzianka. Nie trzeba nawet oczu szeroko otwartych, wystarczą zwyczajnie bystre. Oto jedna z tablic odcina się swą „świeżością” od reszty grobowca. Bez dwóch zdań – nie jest przedwojenna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAGrobowiec rodu Benzlerów: stary, ale nie całkiem.

Dzięki rozmowie z tutejszym kościelnym Viator wie, iż została wmurowana na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Człowiek, który to uczynił, twierdził, iż jest bratem zmarłego. Utrzymywał też, że Hans Benzler był oficerem i poniósł śmierć za spiskowanie przeciw władzom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAHans Benzler – ofiara przemocy państwowej.

Niemiec, oficer, a przy tym Opfer der Gewaltherrschaft? W roku 1944? Skojarzenie narzucało się samo: uczestnik spisku Clausa Schenka, Hrabiego von Stauffenberg! I tak też początkowo myślał Viator, póki nie dotarł do ściślejszych wiadomości. Nie, Hans Benzler nie miał nic wspólnego z Zamachem 20 lipca. Można go raczej nazwać „samotnym wilkiem”. Od 1935 roku oficer Luftwaffe (gdzie dosłużył się stopnia kapitana), przebywał w Berlinie, pełniąc różne funkcje w Ministerstwie Lotnictwa Rzeszy. A potem nad Europą rozpętała się (a raczej ktoś ją rozpętał, wiadomo kto – precz z eufemizmami!) Wielka Burza. Jej podmuchy wypchnęły Hauptmanna Benzlera w roku 1941 daleko, hen na Ukrainę, gdzie nadzorował pracę kołchoźników na rzecz niemieckiej armii. Po bitwie na Łuku Kurskim odesłany ponownie do Berlina, kierował usuwaniem skutków alianckich bombardowań. Jak się wydaje, nigdy nie był Benzler gorącym zwolennikiem nazizmu, rzutowało to na atmosferę panującą w domu. Jego córka Hiltrud spisała swe wspomnienia z Kristallnacht, którą jako dwunastoletnia dziewczynka widziała w Żarach, ówczesnym Sorau: Moja matka powiedziała o tym dniu, że uświadomił jej jak żaden inny, jak różne są jej dzieci. Córka, która wróciła do domu cała we łzach nad losem wyszydzonego Żyda i syn, również powracający ze służby młodzieżowej do domu, który powiedział: „Mamo, ściągam mundur, musimy przebrać się po cywilnemu, zamaskować i podpalić synagogę…” W mojej matce wzbudziło to zgrozę i nie wypuściła już brata z domu na ulicę. Niełatwo, oj niełatwo było w takich czasach nie ulec zaczadzeniu, zachować kręgosłup moralny! Więc nigdy nie popłynął Hans Benzler na fali entuzjazmu, a stopniowo stawał się zdecydowanie krytyczny: przeżycia z Ukrainy (ze zgrozą opowiadał o nich w kręgu rodzinnym), coraz częstsze naloty, których skutki usuwał… No i śmierć syna: Axel, ten piętnastolatek, co to chciał podpalać synagogę, poległ w wieku lat dziewiętnastu na Półwyspie Kerczeńskim. Dość powodów, aby z malkontenta stać się wrogiem. Zajadłym, lecz ukrytym: kapitan Benzler był ostrożny i nie wynosił swych poglądów poza rodzinny krąg. Co więc go podkusiło, jaka czara goryczy się przelała, że pozwolił sobie na wygłoszenie kilku gorzkich, krytycznych słów w dworcowej poczekalni, w obecności przypadkowego towarzysza podróży? Oczywiście trafił do więzienia (skąd my znamy takich „towarzyszy podróży”!), a wkrótce potem usłyszał wyrok śmierci.

Viator ma swoją teorię co do przyczyn nieuwagi kapitana. Uwięzienie nastąpiło na początku 1944 roku, zaś Axel zginął w listopadzie roku poprzedniego… Ale to tylko teoria.

Rodzina i przyjaciele interweniowali, rzecz jasna. Nawet dość wysoko. Lubanicki pastor, Heinrich Hüffmeier, poprzez swego brata Friedricha, kontradmirała skądinąd, dotarł ponoć aż do samego Göringa! Zdaje się jednak, że ta interwencja bardziej zaszkodziła, niż pomogła: pastor Hüffmeier jeszcze w roku 1934 pozwolił sobie być autorem broszurki Odpowiedź ewangeliczna na „Mit 20 wieku” Rosenberga. No i zaprzeczcie, że Lubanice miały szczęście do nietuzinkowych pastorów!

Zaś zamach Grafa von Stauffenberg ostatecznie przypieczętował los Hansa Benzlera. 11 listopada, rok po śmierci syna, został rozstrzelany w berlińskim więzieniu.

Może nie bohater, ale na pewno człowiek, który w czas Wielkiej Burzy zachował przyzwoitość. A to już bardzo dużo – nielicznych stać było choćby na to. Spiskowcy Stauffenberga? Viator po to stał się Viatorem, aby nie wierzyć zbyt łatwo! Przeczytał kiedyś, co pan hrabia pułkownik myślał o Polakach i Żydach jeszcze po podboju Polski w 1939 roku. Wie również, że taki na przykład generał Henning von Tresckow, człek niechętny Hitlerowi, który ponadto chwalebnie popełnił samobójstwo po nieudanym zamachu, wcześniej umaczał był paluszki w rabunku polskich dzieci. A snute przez spiskowców plany zawarcia separatystycznego pokoju z zachodnimi aliantami, co uniemożliwiłoby odzyskanie przez nasz kraj niepodległości? A okoliczność, że ten ich antyfaszyzm jakoś dziwnie się wzmógł dopiero po Stalingradzie i Kursku? Owszem, wielu pośród sprzysiężonych to lepsza cząstka tego narodu. Ale en bloc? Jest o czym myśleć, za kilka dni minie siedemdziesiąta rocznica Zamachu: czy naprawdę nadaje się on na ikonę sprawiedliwych Niemiec? Czy nie ma lepszego symbolu? Nie było w czasie Wielkiej Burzy prawdziwych bohaterów, takich, którzy pokazali coś więcej niż minimum przyzwoitości? Nie było wśród Niemców gigantów ducha?

Ależ byli! Pastor Bonhoeffer, który ani na chwilę nie uległ zamroczeniu, Sophie Scholl i Weiße Rose, kobiety protestujące w chłodne marcowe dni na berlińskiej Rosenstraße… (Wszędzie te róże! Przypadek?) To garstka sprawiedliwych, dzięki którym Pan nie zniszczył Sodomy, choć ukarał ją zaiste surowo. Nie minęły nawet trzy miesiące od egzekucji Hansa Benzlera, gdy nad Łużycami zaczęły wściekle bić pioruny Wielkiej Burzy. Walec Armii Czerwonej niepowstrzymanie toczył się na zachód. Między Bobrem i Nysą Łużycką zacięty, choć bezskuteczny opór stawiły mu różne niemieckie jednostki; tuż obok Laubnitz (niespełna trzy-cztery kilometry na północny wschód od wioski) walczyły oddziały 36 Dywizji Grenadierów SS Dirlewanger: banda zwyrodnialców, kryminalistów i sadystów pod dowództwem gwałciciela trzynastoletniej dziewczynki (jakimś cudem – również doktora politologii). Pół roku wcześniej ta swołocz „wsławiła się” udziałem w rzezi Woli podczas Powstania Warszawskiego. Oskar Dirlewanger i jego dzielni chłopcy nawet przez zasłużonych esesmanów nie byli określani inaczej niż jako „bydło”, „przestępcza hołota” czy „gromada świń”. Nooo, na takim tle to nawet Stauffenberg czy Benzler jawią się jako świetliste anioły!

Nie pomogło Waffen-SS, nie poradził Wehrmacht. Nie było siły, która mogłaby zatrzymać krasnoarmiejców. A prości mieszkańcy Lubanic i innych okolicznych wsi oraz miasteczek, ci, którzy ostatecznie najmniej byli winni rozpętania Wielkiej Burzy, ucierpieli najdotkliwiej: kto przeżył przejście frontu, a po nim rabunki i gwałty, musiał stąd wyjechać. Zakończyła się historia Laubnitz. Niemieccy mieszkańcy wsi na zawsze utracili ojcowiznę. Z pewnością wielu z nich znajdowało pocieszenie w Słowie Pańskim: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Po wielu latach właśnie te słowa, wzięte z Drugiej Księgi Królewskiej, umieścili dawni mieszkańcy na tablicy pamiątkowej Ku czci wszystkich Niemców, którzy w Lubanicach i Łukawach mieli swą małą ojczyznę. Tablica i pomnik pojednania, znajdujący się w południowej części cmentarza, są symbolem tego, iż zgoda jest możliwa – tak miedzy dawnymi i obecnymi mieszkańcami Lubanic, jak i w ogóle między Polakami a Niemcami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIch habe Dein Gebet gehört
und Deine Tränen gesehen…

Musiało oczywiście upłynąć sporo czasu, musiały ucichnąć echa Wielkiej Burzy, zanim to pojednanie nastąpiło. Ale już wcześniej pewne znaki wskazywały, że będzie ono realne. Fakt, że nowi, katoliccy gospodarze lubanickiego kościoła uszanowali wizerunki Lutra i Melanchtona, oznacza przecież, że byli gotowi uścisnąć wyciągniętą rękę, gdy przyjdzie na to czas.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPomnik Biblii Jakubicy.

A kiedy czas przyszedł, zebrali się tu wszyscy razem: Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy, katolicy i ewangelicy. Zebrali się w 450 rocznicę przekładu pastora Miklawša, by poświęcić pomnik Biblii Jakubicy: bo to on właśnie wznosi się przy ścianie świątyni. Ponoć byli tacy, co widzieli, jak tego dnia Filip Melanchton uśmiechnął się na witrażu…

SAMSUNG DIGITAL CAMERARoku Pańskiego 1998 zebrali się Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy.

Nieco podniesiony na duchu opuszcza Viator Lubanice. Jeszcze ostatnie spojrzenie kieruje na wioskę pogrążoną w popołudniowym, niedzielnym letargu. Spokój i cisza takie, że niemal rozczulają. Chciałby Viator wierzyć, że już nigdy nie nadciągnie tu żadna Burza. Chciałby, ale nie umie. Historia wskazuje jednoznacznie, że jakaś zawierucha kiedyś nadejdzie – prędzej czy później. Lepiej później. Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama! I nie dopuść, żebyśmy dożyli czasów, kiedy przyzwoitość wymaga bohaterstwa!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKiedy znowu nad tą sielską krainą rozpęta się piekło?

Tak sobie niewesoło duma wędrowiec. Warto by może pomyśleć wreszcie o czymś innym. Ale o czym?… Tak!!! Viator już wie, że za tydzień zaprosi tych, którzy zechcą mu towarzyszyć, nad Nysę, do Mużakowa. Tam opowie historię wielkiej miłości. Nieszczęśliwej, rzecz jasna. Bo czyż istnieją inne, Gałązko Jabłoni?

Samotny myśliwy 9

Katarzyna Krenz


poranne mgly 016
Foto: Katarzyna Krenz, Poranne mgły

9. Święty dzień

W niedzielę, jeśli była to niedziela,
a z jego wyliczeń wynikało, że była,
pogodna i bezwietrzna, Stary Poeta
w obecności stada mew wygłosił kazanie:

„Bracia, wspomnijcie dzień, gdy Słońce
przestało być bogiem i narodziło się królestwo
Słowa. Miało być silniejsze od życia. Wierne.
Przychodziliśmy i odchodziliśmy, a Ono
wciąż było. Jak Słońce. Pamiętacie?

Z początku u Boga było, aż samo stało się
Bogiem. Słowo. Przemienione w ciało,
napełniło się młodą krwią i oddechem.
Pewnego dnia umarło, a jednak nie umarło.
I bez Niego nic się dalej nie działo, ani miłość,
ani gniew, ani ziemia, ani niebo. Ani dzień.
Ani noc. Nic. Dlatego nazywaliśmy je
światłością i drogą, choć niejeden z nas
śnił potajemnie o innym życiu. Zdrajca!

Gdzie jest dziś Bóg, gdy Słowo milczy
niewypowiedziane? Kto pierwszy nazwał
Milczenie złotem – dlaczego nie Mowę?
Dlaczego nie okruch czułości, nie sen
bez jednej myśli i lot ku gwiazdom w mroku?
Tego nikt nie wie. A nawet jeśli wie i zna hasło –
nie powie. Milczenie jest skarbem, bywa i torturą.

Bracia, przestańmy się błąkać. Odrzućmy złoto.
Wydziedziczeni, zbierzmy siły i odwagę. Powstańmy.
Idźmy budować. Stwórzmy. Zacznijmy od początku.”

*

Poczuł na czole chłodny powiew. Otworzył oczy.
Niebo zachmurzyło się, morze poczerniało.
Ptaki z krzykiem zerwały się do lotu.

Nadciągał sztorm.

Lato

latoSophia ma 6 lat, jej babka – ponad 80. Obie spędzają lato na maleńkiej wyspie w Zatoce Fińskiej. Są tam z ojcem dziewczynki, ale ten nad czymś pracuje i praktycznie nie ma go z nimi, czasami przypływa ktoś w odwiedziny lub to one płyną do miasteczka po pocztę lub zakupy.
W książce Tove Jansson „Lato” nie ma wartkiej akcji, babcia i wnuczka rozmawiają, opowiadają sobie małe historyjki, śpią pod gałęziami drzew, budują zamki na wodzie i konstruują zwierzęta z kości i gałęzi w ponurym, pokręconym przez wichry lesie.
W tym roku przypada setna rocznica urodzin Tove Jansson, postanowiłam więc ją przypomnieć, ale nie Muminkami, które wszyscy świetnie znamy, ale jej piękną, melancholijną opowieścią o lecie na wyspie tak małej, że da się ją przejść w poprzek w 4 i pół minuty. Ta książka została przetłumaczona na polski, ale nie można jej nigdzie kupić, trzeba iść do biblioteki, co jest przecież jednym z najwspanialszych sposobów spędzania wolnego czasu.  Musi to być jednak biblioteka w Polsce.

summerbookJestem człowiekiem małej wiary. Na pewno tak jest, bo poprosiłam aż dwie osoby w Polsce, o skopiowanie i dostarczenie mi rozdziału z powieści Jansson. Dwie, bo pomyślałam, że jedna może nawalić, albo nie dostanie książki, a ja koniecznie chciałam w tę letnią niedzielę przypomnieć i Tove Jansonn, i to, że kiedyś w niedzielę na blogu Slaskiej były koty. Przepraszam moich wspomożycieli za brak ufności i dziękuję im obojgu: Pewnej Pannie, która znalazła tę książkę w bibliotece we Wrocławiu, oraz panu Januszowi, pracownikowi Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, za dostarczenie mi kopii rozdziału o kocie. Dziękuję też mojemu synowi za to, że dał mi tę książkę do przeczytania po niemiecku.

Tove Jansson, Lato

wyd. polskie Nasza Księgarnia, rok 1980
tłum. Zygmunt Łatkowski

Kotka

Kociak, kiedy się pojawił, był bardzo mały i mógł pić mleko tylko przez smoczek. Bogu dzięki, smoczek Sophii był jeszcze na strychu. Z początku kociak leżał w kapturze do przykrywania imbryka, żeby mu było ciepło, a kiedy już umiał sam chodzić, wolno mu było spać w przybudówce, w łóżku Sophii. Miał tam swoją własną małą poduszkę obok jej poduszki.
Była to szara kotka rybacka, która szybko rosła. Pewnego dnia opuściła przybudówkę i przeniosła się do domu, gdzie spędzała noce pod łóżkiem, w szafliku do zmywania, bo już wtedy miała całkiem własne pomysły. Sophia zanosiła kotkę z powrotem do przybudówki i robiła wszystko, żeby się jej przypodobać, ale im więcej ją kochała, tym szybciej kotka wracała znowu do szaflika. Gdy szaflik był pełny, kotka miauczała i ktoś musiał zmywać naczynia. Nazywała się Ma Petite, a wołano ją Mapi.
– Dziwna rzecz z ta miłością – mówiła Sophia. – Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
– Całkiem słusznie – nadmieniła babka – i co się wtedy robi?
– Kocha się dalej – odparła Sophia groźnie. – Kocha się coraz bardziej i bardziej.
Babka westchnęła – i nic nie powiedziała.
Mapi była noszona po wszystkich przyjemnych miejscach, które kot mógłby polubić, rozglądała się dokoła i odchodziła. Mocno obejmowana i ściskana wytrzymywała to grzecznie i właziła do szaflika.
Słuchała namiętnych zwierzeń i odwracała swoje żółte oczy. Zdawało się, że nic na świecie nie interesuje tej kotki poza spaniem i jedzeniem.
– Wiesz co – mówiła Sophia. – Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Tydzień po tygodniu Sophia chodziła za kotką. Przemawiała do niej łagodnie i darzyła ją czułością i zrozumieniem, i tylko jeden raz skończyła się jej cierpliwość, wrzasnęła i pociągnęła kota za ogon. Mapi prychnęła i schowała się pod domem, a potem miała jeszcze większy apetyt i spała jeszcze lepiej niż zwykle, zwinięta w kłębuszek o niewyobrażalnej miękkości, z łapką zgrabnie położoną na nosie.
Sophia przestała się bawić i zaczęła miewać zmory. Nie mogła myśleć o niczym innym niż o kotce, która nie chciała sie do niej przywiązać. Przez ten czas Mapi rosła i stała się chudą i dziką kotką, a pewnej pięknej czerwcowej nocy nie wróciła do swojego szaflika. Rano przyszła do domu í przeciągała się, prężąc ogon ku górze, najpierw przednie łapy, potem tylne. Zmrużyła oczy i zaczęła ostrzyć pazurki o fotel na biegunach. Następnie wskoczyła do łóżka, żeby spać, cała tchnąca spokojną wyższością.

wyspa
Zaczęła polować, pomyślała babka. Miała słuszność. Już nazajutrz rano kotka przyszła i położyła na progu małego szaro-żółtego ptaszka. Gardziołko było przegryzione całkiem sprawnie, a kilka czerwonych kropelek krwi zabarwiło pięknie lśniące upierzenie. Sophia zbladła, patrzyła, nie odwracając oczu, na zamordowanego ptaka. Przeszła obok Mapi-morderczyni drobnymi sztywnymi kroczkami, odwróciła się i wybiegła z domu.
Trochę później babka wspomniała o tym, jakie to jest dziwne u dzikich zwierząt, na przykład u kotów, że nie potrafią zrozumieć różnicy między szczurem i ptakiem.
– W takim razie są głupie – powiedziała krótko Sophia. – Szczur jest wstrętny, a ptak miły. Nie będę rozmawiać z Mapi przez trzy dni. – I już więcej nie rozmawiała ze swoją kotką.
– Co noc kotka wychodziła do lasu i nad ranem zabijała swój łup i przynosiła go do domku, żeby wzbudzić podziw, í za każdym razem wyrzucano ptaka do morza. Trochę później pod oknem stawała Sophia i krzyczała: – Można wejść? Czy zwłoki już sprzątnięte? – Karała Mapi i tą niszczącą bezwzględnością powiększała swój własny ból.
Czasem wołała:
– Usunęliściejuż ślady krwi? – albo: – Ilejest dziś zamordowanych? – I poranna kawa nie była już więcej tym, czym zwykła być przedtem.
Wielka była ulga, gdy Mapi nauczyła się w końcu ukrywać swoje zbrodnie. Inna to rzecz widzieć kałuże krwi, a całkiem inna tylko o tym wiedzieć.
Przypuszczalnie Mapi miała już dość całego tego krzyku i łajania, a może sądziła, że rodzina zjada jej ptaki. Pewnego ranka, gdy babka zapalała swego pierwszego papierosa na werandzie, zgubiła ustnik, który potoczył się do szpary w podłodze. Babka podniosła deskę i wtedy zobaczyła, co zrobiła Mapi. Znalazła tam cały rządek pięknie zagryzionych małych ptaszków. Wiedziała naturalnie, że kotka dalej poluje i nie może przestać, ale następnym razem, gdy kotka przechodziła obok i ocierała się o jej nogi, odsunęła się i szepnęła:
– Ty chytry draniu! – Kocia miseczka z płotkami stała przy schodach nietknięta, pełna much.
– Słuchaj! – powiedziała Sophia. – Chciałabym, żeby Mapi nigdy się nie urodziła. Albo żebym ja się nigdy nie urodziła. Byłoby o wiele lepiej.
– Więc nadal nie rozmawiacie ze sobą? – zapytała babka.
– Ani słowa – odparła Sophia. – Nie wiem, co mam robić. A jeśli jej przebaczę, to co to za przyjemność, skoro ona wcale oto nie dba?
I babka nie znalazła na to odpowiedzi.

mapi-obrazek
Mapi zdziczała i przychodziła do domku bardzo rzadko. Była tego samego koloru jak wyspa – jasna, szaro-żółta, w pręgi, jak góra albo plamy słońca na piaszczystym dnie. Gdy kotka skradała się po nadbrzeżnej łące, ruchy jej były jak powiew wiatru w trawie. Godzinami czatowała w zaroślach, nieruchoma sylwetka, dwoje spiczastych uszu na tle zachodu słońca, nagle nikły… i słychać było tylko jeden pisk. Przemykała się pod karłowatymi świerczkami, przemoknięta od deszczu i chuda jak kreseczka, i myła się z rozkoszą, gdy wychodziło słońce. Była to absolutnie szczęśliwą kotką, ale do szczęścia nie potrzebowała nikogo. Całymi dniami leżała zwinięta na gładkiej skale, a czasem zjadała trawę i wymiotowała własną sierścią, spokojnie, jak to robią koty. Ale co robiła poza tym, nie wiedział nikt.
Pewnego dnia przyjechali na kawę Övergårdowie. Sophia zeszła na brzeg, by obejrzeć ich łódź. Była duża i pełno w niej było torebek i termosów, i koszyków, a w jednym koszyku miauczał kot.
Sophia podniosła pokrywę i kot polizał jej rękę. Był duży i biały, i miał szeroki pyszczek. Nie przestawał mruczeć, gdy go wzięła i niosła na ląd.
– Aha, więc znalazłaś kota – powiedziała pani Övergård. – To miły kociak, ale myszy nie łapie, tak że chcemy go dać inżynierostwu.
Sophia usiadła na łóżku z ciężkim kotem w ramionach. Cały czas mruczał. Był miękki, ciepły i uległy. Załatwiono całą sprawę bardzo łatwo, na okres próbny, za pomocą butelki rumu jako rękojmi w tym handlu zamiennym. Złapano Mapi i ani się opamiętała, o co tu chodzi, jak już znalazła się w łodzi Övergårdów w drodze do wioski.
Nowy kot nazywał się Svante. Svante zajadał płotki i lubił pieszczoty. Przeniósł się do przybudówki i spał co noc w ramionach Sophii, a co rano zjawiał się przy porannej kawie, po czym znów zasypiał w łóżku przy kuchni. Kiedy było słońce, zwijał się na ciepłej skale.
– Nie tutaj! – wołała Sophia. – To jest miejsce Mapi – odnosiła kota nieco dalej, ten lizał ją w nos i zwijał się posłusznie na nowym miejscu.
Lato robiło się coraz ładniejsze, długi szereg spokojnych błękitnych letnich dni. Co noc Svante spał z nosem wetkniętym pod policzek Sophii.
AVT_Tove-Jansson_9218– Ze mną to jest dziwnie – stwierdziła Sophia. – Uważam, że robi się nudno z tą piękną po-
godą.
– Tak uważasz? – spytała babka. – Jesteś dokładnie taka jak twój dziadek, on też lubił sztorm. – Ale zanim zdążyła opowiedzieć więcej o dziadku, Sophia sobie poszła.
Stopniowo zaczęło wiać, najpierw którejś nocy ostrożnie, a rano zrobił się z tego porządny południowo-zachodni wiatr, który miotał pianą na całe wzgórza.
– Zbudź się – szeptała Sophia. – Zbudź się, kochanie, jest sztorm.
Svante mruczał i wyciągał rozgrzane w łóżku łapy na wszystkie strony, na prześcieradle pełno było kociej sierści.
– Wstawaj! – krzyknęła Sophia. – Jest sztorm!
– Ale kot tylko odwrócił się na miękki brzuszek
Wtedy Sophia, całkiem nieoczekiwanie, okropnie się rozzłościła, rozwarła drzwi i wyrzuciła kota na wiatr, a zobaczywszy, że kładzie uszy po sobie, krzyknęła: – Poluj! Rób coś! Bądź kotem! – a potem rozpłakała się, pobiegła do babki i zaczęła walić w drzwi.
– Co tam się znów stało? – zapytała babka.
– Ja chcę Mapi z powrotem! – krzyczała Sophia.
– Ale przecież wiesz, jak to będzie – powiedziała babka.
– Będzie okropnie – odparła Sophia poważnie.- Ale ja ją kocham.
I znowu zamienili koty.

Berlin Nollendorfplatz

Joanna Trümner

Jedna z wielu oaz w tym mieście, która wita na dworcu U-Bahnu tablicą pamiątkową dla pomordowanych w okresie nazizmu homoseksualistów. Kawiarnie i restauracje pełne trzymających się za ręce mężczyzn, morze flag w kolorze tęczy, sprawiające, że przypadkowi przechodnie o heteroseksualnej orientacji czują się tam trochę nieswojo. Ulubione miejsce gości z prowincji – jeden z wielu dowodów na to, że to miasto-moloch jest miejscem grzechu i rozpusty.

800px-Nollendorfplatz_Metropol_min

Dla Jana jest to miejsce szczególne, przypominające mu jak słuszna była decyzja przyjazdu do tego miasta przed trzydziestoma trzema laty. Decyzja, którą podjął z nieszczęśliwej miłości. Jego partner zdecydował się po rocznym związku wrócić do żony i dziecka i dalej udawać „normalne”, rodzinne życie. Nie wytrzymał psychicznie braku animowości w małym mieście, szeptów sąsiadów, pogardliwych spojrzeń kolegów z pracy, drżenia w głosie żony: „Po co się znowu z nim spotykasz! Pobaw się lepiej z dzieckiem”, księdza patrzącego na niego podczas mszy: „Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

Jan był w lepszej sytuacji, brat i matka żyli w innym mieście i nie pytali o jego prywatne życie. Czasami tylko matka powiedziała z uśmiechem na twarzy „Czas, żebyś znalazł sobie żonę”. Na szczęście w prawie każdym polskim domu rozmawiało się wtedy głównie o polityce, o pustych półkach w sklepach i o tym, kto dokąd wyjechał opuszczając na zawsze swój kraj.

W maju, kiedy parki i ulice zapełniły się trzymającymi się za ręce szczęśliwymi zakochanymi, a rozpacz Jana sięgnęła zenitu, zdecydował się skończyć te nieprzespane, przepłakane noce w towarzystwie muzyki i butelki wódki i wyjechać. Noce, podczas których powracał koszmarny sen: Jan stał przed drzwiami mieszkania swojego ukochanego i próbował otworzyć je kluczem, nie pasującym do zamka. Były też inne noce, podczas których myślał o skończeniu życia, którego ostatnie lata spędził na zabijaniu w sobie tego chorego, perwersyjnego pragnienia bycia z innym mężczyzną. W walce z tym demonem próbował zakochać się w kobiecie, stchórzył i odszedł podczas przygotowanej przez nią kolacji, która w innych okolicznościach skończyłaby się wspólnym śniadaniem i planami na wspólną przyszłość. Wychodząc bąknął: „Nie potrafię cię pożądać”, nie tłumacząc, że nie jest to jej wina, że to on nosi w sobie nienaprawialny defekt. Na pewno bardzo ją zranił, długo jeszcze myślał o tym koszmarnym wieczorze, wiedząc, że cokolwiek by wtedy powiedział byłoby raniące.

Na pięć miesięcy zaszył się w seminarium duchownym, modląc się nieustannie do Boga o zabicie w nim tego pragnienia. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo szuka bliskości jednego z kleryków, jak bardzo czeka na jego uśmiech i jakie demony budzą się w jego głowie podczas wspólnych zajęć zrozumiał, że Bóg nie pomoże mu wygrać tej walki z samym sobą, że nie usłyszał jego błagań, bo jego los jest mu obojętny. Odszedł z seminarium, oddalając się od Boga, dla którego tak mało znaczył. I po wielu samotnych, szarych i pozbawionych nadziei miesiącach poznał swoją pierwszą miłość…

A potem wyjechał do Berlina.

Na słowiańską nutę

Roman Brodowski

„Na zielonej Ukrainie…”

Niedawno wróciłem z Kresów. Na zaproszenie białoruskiego związku literatów razem z przyjaciółmi gościłem w przepięknym i, jak zwykłem mawiać, „moim” Grodnie. Okazja była szczególna – obchody dziesiątego „Międzynarodowego Festiwalu Kultur Narodów ”, który odbywa się tu od dwudziestu lat. Poproszono mnie, „przyjaciela pisarzy grodzieńskich”, zrzeszonych w tym związku, o udział w spotkaniu autorskim, co uczyniłem z radością. W spotkaniu uczestniczyło kilkunastu pisarzy z dziewiętnastu państw.
O moich, a właściwie naszych, wrażeniach z festiwalu nie będę pisał. Tym podzielę się następnym razem. Tu powiem tylko, że wspaniałym przeżyciem dla nas był udział w pochodzie festiwalowym. Wraz z kilkusetosobową grupą rodaków, na co dzień członków zespołów folklorystycznych, krzewiących naszą kulturę w diasporze polskiej żyjącej na Białorusi, jak i tych rodzimych z Podlasia i Kurpiowszczyzny, przemaszerowaliśmy ulicami miasta. Wzruszenia nie da się opisać słowami.
Wtopieni w kilkutysięczny wielobarwny, wielonarodowy pochód, ze śpiewem na ustach, witani przez zebrane na poboczach tłumy mieszkańców, którzy klaskali i wołali „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Niech żyje polska”, „Kochamy Was” czy „Dziękujemy, że jesteście”. I rzeczywiście, byliśmy dumni, że jesteśmy, kim jesteśmy. Niejeden z uczestników naszej grupy, ze mną włącznie, ocierał wilgotne oczy, chociaż deszcz w tym dniu nie padał.

ukrainaromana (4)
Przed nami szli Palestyńczycy, a za nami, zgodnie z porządkiem alfabetycznym Rosjanie, Turkmeni, Tadżycy i… spora grupa z Ukrainy.
Ukraińcy, nasi słowiańscy przyjaciele, cierpiący na własnej ziemi, uwikłani w bratobójcze walki, w których nie ma i nie będzie zwyciężców, będą tylko ofiary.
Spojrzałem na idących obok mnie członków zespołu ludowego, reprezentującego puszczańską ziemię kurpiowską i mrugnąwszy okiem porozumiewawczo zaintonowałem – …hen tam gdzieś spod czarnej wody…, a za mną z kilkuset gardeł wydobyły się dalsze słowa znanej pieśni o Ukrainie.

ukrainaromana (2)Rosjanie nie znając słów wspomogli nas improwizując na guzikówkach melodię.
Widzieliśmy wzruszenie, jakie zapanowało wśród Ukraińców. Niektórzy z nich także zaczęli śpiewać tę pieśń, tyle tylko, że w swoim narodowym języku.

Tak – właśnie na tym festiwalu poczuliśmy się wszyscy jak jedność, jak jedna wielka rodzina. Ukraińcy, Polacy, Rosjanie. Szliśmy obok siebie, pozdrawialiśmy się nawzajem, śpiewaliśmy, obdarowywaliśmy drobnymi upominkami i… czuliśmy to samo – smutek oraz współczucie dla tych, którzy tam na Ukrainie giną…

Po powrocie do domu, jak zawsze napełniony pozytywną energią, jaką mnie obdarowują ludzie żyjący na Kresach, zasiadłem do pisania. Postanowiłem napisać o tym, co się dzieje w kraju naszych sąsiadów, w kraju, który przez wieki tworzył z nami naszą wspólną historię, na Ukrainie. Postanowiłem przelać na papier to, co usłyszałem o tej strasznej bratobójczej wojnie nie z telewizji, radia czy prasy, ale od tych, którzy świadczą prawdę,widzianą własnymi oczyma, od ukraińskich uciekinierów, którzy schronili się przed niespodziewaną śmiercią na terenie Białorusi, u białoruskich rodzin.

ukrainaromana (3)
Postanowiłem oddać hołd tym, którzy przeżywają katusze, i to tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze, w centrum walki o ich tak zwaną lepszą przyszłość, o ich dobro i o wolność Ukrainy. Pragnę oddać hołd tym wszystkim, którzy stali się ofiarami tego, co ja nazywam brudną polityką możnych tego świata. Oddaję hołd wierszam, bezideowo, niepolitycznie, zwyczajnie i po ludzku. Niektóre z tych wierszy są nowe, inne powstały już jakiś czas temu, świadcząc o tym, że konflikty między nami Słowianami już od dawna leżały mi na sercu.

Na słowiańską nutę

Ciągle modlimy się do Pana
Prosimy Go by dał nadzieję,
Żyjemy duchem naszej wiary
A co się dzieje? co się dzieje?

Na niebie słońce już przygasa
Ziemia w ciemności się pogrąża
Wiatr zaś unosi strach, niepewność…,
Dokąd nasz stary świat podąża?

Dlaczego? – pytam czasem siebie
„Homo hominii lupus est”
Skoro dobrocią człek być winien,
Tak jak dobrocią Stwórca jest.

Rosjanin gnębi Ukraińca,
W nim zaś nienawiść do Polaka,
Polak Ruskiego ma za wroga…,
Ot taka to słowiańska draka.

A przecież można żyć inaczej.
W naszej słowiańskiej społeczności
Można wybaczyć winy przodków…,
Dla naszych dzieci, ich przyszłości.

Można zbudować lepsze jutro,
Żyć w nim jak nasi pra-przodkowie
Nas „Słowian” przecież wiele łączy…
I to nie tylko w tymże słowie.

Berlin 02.04.2012

ukrainaromana (1)Łzy jak kwiaty bzu

Kilka gałązek bzu na bruku
Pamięć w powietrzu się unosi
I zgliszcza dymiącego domu
Który o pomstę Boga prosi.

Wczoraj tętniło tutaj życie
Ludzie krzątali się po gmachu
Była nadzieja na normalność.
A dziś tu nie ma nawet strachu.

Tak, ludzie ludziom, niby bestie,
Jak w czas wojenny, w czas pożogi,
Piekło sprawili… Tylko za co?
– Za wybór nowej, innej drogi –

Ziarno Bandery daje plony
Jak feniks się odradza faszyzm
A z boku wielcy tego świata.
Dzielą na tamtych i na naszych.

Czynią to w imię ważnej sprawy.
W imię pokoju, bezpieczeństwa.
Tylko dlaczego kosztem słabych
Kosztem łez, życia i męczeństwa.

Biedny narodzie ukraiński,
Nie krwią buduje się dostatek
I nie dopływa się do władzy,
Morzami łez wdów, żon i matek.

Może i jestem nierozumny,
Własnym rozumem nie ogarniam,
Tego, co dzieje się na Wschodzie…
Na swoich poszła … swoja Armia

Berlin 05.05.2014

Co będzie jutro?

U nas zakwitły dziś kasztany
Słońce serwuje dzień bezstroski
Niedzielne dzwony słychać w dali
A tam? – tam płoną miasta, wioski.

Ludzie chowają się w piwnicach
Wtulone w kąty matki, dzieci…
W oddali słychać huk wystrzału
Kolejny pocisk świszcząc leci.

U nas wiosenny deszcz się zaczął,
Woda strumieniem bruk obmywa
Chmury po niebie płyną srebrne,
A tam? – krew ofiar lepka spływa.

Brat ruszył w drogę przeciw bratu
Poniósł ze sobą śmierć okrutną,
Otrzymał rozkaz, by zabijać.
Nie wie, co będzie później, jutro.

A jutro będzie jeszcze smutniej.
Czas ciężkie zacznie leczyć blizny
Powstanie wiele nowych grobów
Tych, co zginęli dla ojczyzny.

Nadejdzie pora zbioru plonów
Obfitych w nowych bohaterów.
Tylko dlaczego dla jednostek
Musi umierać aż tak wielu?

Pytanie niby bardzo proste
Każdy rozumny zna odpowiedź,
Lecz nikt nie mówi o tym głośno,
Bo po co komu szczera spowiedź

Berlin 03.06.2014

Apokryf XXVII

Obiecują lepszą wartość bytu
Przybywają na czarnym koniu
Niby panowie światłonocy,
Pijani krwią naiwnych dusz.

Rozdzierają utkaną życiem szatę
Rzucając jedność w otchłań.
Dla nierozumnej jeszcze idei,
Karmią maluczkich nienawiścą.

Oni zaś syci, odziani w służalczość,
Niosą brunatne sztandary śmierci.
Idą drogą bolesnej ciemności,
Ku chwale nieznanych im światów.

I tylko prawda wyrzucona z ich ust
Błąka się po przestrzeni absurdu
W poszukiwaniu sprawiedliwych.
A wiara? – Tylko gdzie ona jest?

Berlin 24.06.2014

Zdjęcia Stafen Dybowski, na ostatnim zdjęciu, wśród sióstr Słowianek, nasz autor, Roman Brodowski

Andreas Schlüter

Ewa Maria Slaska

Działał w Gdańsku, Warszawie i Berlinie, w Wiedniu i Sankt Petersburgu. Jako młoda panna na życzenie Mamy oprowadzałam po Gdańsku jej zagranicznych gości i zapamiętałam Schlütera jako twórcę Kaplicy Królewskiej w Gdańsku i ołtarza w Katedrze Oliwskiej. Teraz podobno te wszystkie tzw. atrybucje zostały podważone, co uczenie udowadnia pan Michał Wardzyński w eseju opublikowanym na stronie internetowej Pałacu w Wilanowie.

Andreas Schlüter młodszy (ur. 1659 lub 1660, zm. 1714)

Artysta urodził się najprawdopodobniej w 1659 lub 1660 r. w Gdańsku jako syn miejscowego stolarza i snycerza cechowego Andreasa Schlütera starszego i Catheriny; jego bratem był zapewne rzeźbiarz Ernst Schlüter (zm. 1700), działający w Berlinie. Żonaty z Anną Elisabethą Spangenberg Andreas młodszy doczekał się czworga dzieci, z których tylko najstarszy syn David (ur. 1693, zm. po 1717) wybrał zawód inżyniera i architekta. Jego niezwykły talent oraz wszechstronne rzeźbiarskie i architektoniczne zdolności zostały docenione kolejno na dworze warszawskim Jana III (1688/89–1694), berlińskim elektora (króla) Friedricha III (I) von Hohenzollerna (1694–1713)  i rosyjskim cara Piotra I Wielkiego (1713–1714). Zmarł w 1714 r. w Moskwie po opuszczeniu Sankt Petersburga, gdzie wcześniej skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji. Schlüter jest zgodnie uznawany za najwybitniejszego twórcę rzeźby doby dojrzałego baroku w Europie Środkowej, a jego tylko w części udokumentowana twórczość doczekała się od 1861 r. wielu wszechstronnych analiz (…)

Czas i okoliczności edukacji artysty pozostają właściwie nierozpoznane, przy czym we wcześniejszych badaniach ścierały się dwie generalne hipotezy wskazujące na Francję i Włochy jako dwa alternatywne miejsca praktyki zawodowej, dopiero ostatnio zaczęto rozważać dłuższy pobyt w Holandii i Niderlandach Hiszpańskich. Niewiele też wiadomo o początkach samodzielniej działalności Schlütera po powrocie do Gdańska, a przyjmowany dotąd katalog atrybuowanych prac w świetle najnowszych badań źródłowych i interpretacji materiału zabytkowego wymaga jeszcze weryfikacji.

Zapoznałam się z tym tekstem, bo w Bode Museum Berlinie trwa jeszcze do 13 lipca  wystawa o Schlüterze, zatytułowana Schloßbaumeister – Budowniczy Zamku.

Schlüter to jedna z takich wspaniałych europejskich postaci, jakie dziś chętnie mianujemy patronami i symbolami zjednoczonej Europy, międzynarodowych artystów, których sztuka jak pieśni śpiew, nie znała granic i kordonów.

Teaser_637x311pxUniwersytet Techniczny organizuje właśnie poświęconą Wielkiemu Budowniczemu konferencję. W niedzielę 6 lipca można w towarzystwie znawców zwiedzić wystawę i obejrzeć budowle  Schlütera, a 7 – wysłuchać na uniwersytecie  referatów. schlueterkolloquium

W konferencji weźmie udział cała paleta ważnych znawców sztuki barokowej, w tym również liczni Polacy, w tym również pan Wardziński. Będzie mowa o tym, co Schlüter zdziałał w Gdańsku, Warszawie, Wiedniu i Berlinie, ale, ciekawe, nie będzie mowy o tym, co tak mimochodem znaleźć można w każdej biografii artysty:

W Sankt Petersburgu skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji.

Afera jak w Brzuchu architekta Petera Greenawaya.

Schlueter_2To najsłynniejsze dzieło Schlütera – barokowa przebudowa średniowiecznego zamku w Berlinie. Mistrz przeżył jednak przy tym i porażkę, bo w roku 1702 trzeba było rozebrać grożącą zawaleniem Wieżę Menniczą. Nie była to jego wina. Berlin to miasto zbudowane na podmywanym wodą gruntową piasku i w owym czasie niełatwo było sobie z tym poradzić. Niestety w dwa lata później przydarzyła się Schlüterowi kolejna katastrofa budowlana – w królewskim pałacyku w Freienwalde pod Berlinem. Architekt został odsunięty od realizowania monarszych zleceń i przeżył załamanie nerwowe.Według propagandowego filmu hitlerowskiego z roku 1942 Schlüter został za karę uwięziony i ułaskawiony tylko dzięki interwencji wiernej i kochającej żony. Film został wyreżyserowany przez Herberta Maischa, a artystę zagrał ulubieniec publiczności – Heinrich George.

Czy tak było? Nie wiadomo. Na pewno jednak to berlińskie porażki były powodem, iż architekt przyjął zaproszenie cara Piotra I i pojechał budować Sankt Petersburg. Pracował tam nad rzeźbiarskim wystrojem dwóch budowli – Pałacu Letniego oraz zespołu rezydencjonalnego w Peterhofie.

Co jednak zdarzyło się tam z jego planami urbanizacyjnymi dla stolicy Rosji? Kto je wykradł i dlaczego? Czy po to, żeby ktoś inny mógł je zrealizować pod swoim nazwiskiem czy po to, żeby to Schlüter nie mógł ich zrealizować?

Niezwykłe życie, pełne dramatycznych zakrętów i tajemnic, życie godne niezwykłego twórcy.

schlueter_gr_1Niestety, szukałam informacji o tym, co przydarzyło się artyście w St. Petersburgu. Szukałam i nie znalazłam, może jednak znajdzie się ktoś, kto nam o tym opowie.

Ich bin zufrieden. Dank allen für alles.

Im Sommer 2012 starb Ursula Passier, geboren 1909. Sie hinterließ in ihrer Wohnung, in der sie 56 Jahre gelebt hat, unzählige Zettel und Notizen aus den letzten Jahren. In ihnen hält sie die Zeit fest, kommuniziert mit verstorbenen Liebenden und schwingt den Stift wehrhaft gegen Störer wie Nachbarn, Pflegepersonal und Anrufer. Sie berichtet von Einsamkeit, Schlaflosigkeit, Langeweile und das nahende Ende des Lebens. Dazu streift sie immer wieder in die Vergangenheit, ihren zweijährigen Aufenthalt in Afrika in den frühen dreißiger Jahren und in ihre Kindheit. Aus den letzten Gedanken ihrer Großmutter hat Melina von Gagern einen fragilen, ernsthaften und intimen Text gestaltet, von dem ich jetzt ein Paar Fragmente veröfentlichen dürfte.

NachtgedankenMelina von Gagern lebt als freie Schauspielerin in Berlin.

Melina von Gagern

Stellt den Sarg hochkant und tanzt! Tag- und Nachtgedanken einer Hundertjährigen

Schlafunterbrechung – wie jede Nacht! Mit Getränk und Schnittchen. Die S-Bahn rattert und erinnert mich daran, dass ich in Berlin bin.
Am: wieder einmal 11.00
Ich finde keinen Schlaf!! Nun sitze ich an der Bettkante mit einem guten Kaffee. Wieder wie so oft und immer wieder wandern die Gedanken rückwärts. Während meines Lebens fand ich an meinem Leben nichts Ungewöhnliches. Aber wenn ich es rückblickend bedenke, war vieles doch ungewöhnlich. Es war nicht absichtlich ungewöhnlich. Es ergab sich ohne Anstrengung und Absicht. Sozusagen ( wenn man müde ist und nicht schlafen kann) es lebte mich. Ich habe ein gutes Leben gehabt und habe mit Allen und allem einen heiteren Frieden geschlossen. Unebenes konnte ich Glätten. Selbst Enttäuschungen kann ich Heute einen Sinn geben. Wenn ich dieses Buch nicht hätte würde ich nichts aufschreiben. Und oder aber meine weitaus Erstbeste ist Armgard, unabhängig was ich für sie bin. Und weitaus Zweitbeste habe ich sehr, sehr viele. Und Zweitbester zu sein – ist doch auch viel!

Datum—- schreibe ich morgen
Manchmal erlebe ich Dinge, die bemerkenswert und zum aufschreiben geeignet sind. Es war schönes Wetter und ich frühstückte bei Henning draußen. Da tritt ein älterer Herr an meinen Tisch ( ich schätze 50 – 60 jährig) und sagt: „ Es ist mir peinlich, Sie mit „Tante Ursel“ anzureden, aber ich weiß nicht, wie sie heißen. Ich wohne hier ganz nah. Eines Tages sehe ich sie hier frühstücken. Ich erzählte das meiner Frau und die sagte: „ Sprich Sie an.“ Und dann berichtete er mir, er sei bei mir in der Assmanshauser im Kindergarten gewesen. „ Und ich war ganz aus dem Häuschen, als ich sie frühstücken sah. Ich habe vieles vergessen, aber Tante Ursel aus dem Kindergarten in der Assmanshauser, die habe ich nicht vergessen.“ Das stelle man sich vor; da trifft ein betagter Herr seine „Kindergartentante“ und gerät darüber aus dem Häuschen!!!! Noch mehr Lob gibt es kaum.

Eben ging Manuela.
Sie verabschiedete sich bis morgen früh.
Sie gehen heute um den Grunewaldsee, trinken dann irgendwo einen Kaffee (mit Familie)
Ich habe es gut hier im Sessel und mache meine Gedankenwanderungen.
Da gibt es viele Erinnerungswege. Ich liebe dieses Gedankenwandern. Aheu!
Also! Jetzt wandere ich los! „Aheu!“ Der Stift, mit dem ich schreibe ist gut. Aber für meine altersgeschwächten Augen etwas schwer zu lesen
Also denn!! Aheu! Ich wandere los!!
Das Wandern ist nicht nur des Müllers Lust. Es ist auch meine Lust Ahoi! Ahoi!
Es ist immer der gleiche kleine Vogel, den ich höre
Ich bin zufrieden.
Marianne ist nicht zufrieden. Für sie schade!!

Die „grosse Fliege“ kommt auf mich zu. Ich bemühe mich zu warten, bis Armgard Zeit hat- Jetzt hat sie keine. Irgend wer wird dann schon da sein. Man lebt zusammen. Aber die „grosse Fliege“ muss man allein schaffen. Möge meine „grosse Fliege“ sanft und friedlich sein, ohne Schmerzen.
„14 Engel“ werden bei mir sein

2 zu meinen Häupten
2 zu meine Füssen
2 zu meiner Rechten,
2 zu meiner linken
2 die mir weisen den Weg ins Paradies. Der Weg ist hell. Ich werden den Weg finden! Mit meinen Engeln
Ich bin nicht allein. Ich bin zufrieden. Dank allen für alles.