Quasimodogeniti

Ewa Maria Slaska

Niedziela

Niedziela jak niedziela. Dla tych co pracują na etacie niedziela to rzeczywiście dzień, kiedy się nie dziela, nie działa, się więc odpoczywa jak Pan Bóg po zakończeniu Stwarzania Świata. Inaczej jest z osobami wolnego zawodu i to rzeczywiście wolnymi czyli takimi jak ja. Nie mamy kancelarii, gabinetów lekarskich, warsztatów, salonów fryzjerskich ani pralni ekologicznych, które, z uwagi na potrzeby klienta, muszą mieć ustalone godziny pracy. A my nie. My pracujemy, jak nam świśnie albo przyciśnie. W pojęciu osób postronnych luzacy nie pracują nigdy i zawsze mają niedzielę, we własnym odczuciu – pracujemy cały czas i niedzieli nie mamy nigdy. Myślałby kto, że wobec tego nie znamy też tęsknoty za piątkowym wieczorem, za weekendem, za wolną sobotą, nie zatruwa nam też życia poniedziałkowy poranek, kiedy naprawdę nie sposób ucieszyć się z faktu, że się wstało i hop, radośnie można ruszać do pracy. Bo nie można. Bo się naprawdę nie chce…

Otóż, uwierzcie mi, nam się też nie zawsze chce! My też znamy ponure poniedziałkowe poranki i radosne wieczory sobotnie, najlepszy czas w życiu człowieka, jeszcze lepsze niż niedziele, bo w niedzielę już człowiekowi życie zatruwa fakt, że jutro trzeba znowu do kieratu. U nas po prostu się zdarza, że sobota, niedziela czy poniedziałek przypadają w inne dni. Nazwa to dźwięk i dym…

Niedziele mają jednak swoje nazwy. Nie wiedziałabym tego, gdyby nie roczny kurs komputerowy, w którym wzięłam udział w roku 2000. Jednym z tzw. modułów tego kursu było nauczenie nas, jak się mamy prezentować. Każdy z nas miał przygotować wykład lub pokaz o tym, co umiemy najlepiej. Jeden z kolegów pokazał nam jak się walczy kijami, ja opowiedziałam o miłorzębie japońskim i poezji, chłopak, z którym się zaprzyjaźniłam, grafik i poeta, opowiedział nam o… niedzielach w kalendarzu chrześcijańskim. Patrzyliśmy na niego z otwartymi ze zdumienia buziami, a on recytował: Estomihi, Invocavit, Reminiscere, Okuli, Laetare, Judika, Quasimodogeniti, Misericordias Domini, Jubilate, Cantate, Rogate…

Na zakończenie powiedział, że sam nie jest religijny, ale babcia go nauczyła wszystkiego, co sama wiedziała o liturgii, i zawsze myślał, że mu się ta wyuczona w dzieciństwie wiedza do niczego nie przyda. Okazało się jednak, że i owszem, przydała się, wysłuchaliśmy świetnego wykładu, a Ronald dostał najwyższą ocenę.

Niektóre z tych nazw znałam, niektóre rozumiałam, jak na przykład Jubilate, Cantate, Rogate… raduj się, śpiewaj, módl się… Ale niektórych nie rozumiałam nic a nic… Na przykład laetare, cieszyć się…

Albo Okuli… zdałoby się oczy, ale dlaczego. A to dlatego że antyfona na ową niedzielę, trzecią Wielkiego Postu, brzmi:

Oculi mei semper ad Dominum,
quia ipse evellet de laqueo pedes meos:
respice in me, et miserere mei,
quoniam unicus et pauper sum ego.

Oczy moje są zwrócone ku Panu,
bo On uwalnia moje nogi z sidła.
Wejrzyj na mnie i zmiłuj się nade mną,
bo jestem samotny i nieszczęśliwy.

Najdziwniejsza była jednak nazwa dzisiejszej niedzieli: Quasimodogeniti. Quasimodo… Tym sposobem, mociumpanie, mociumpanie me pisanie… Garbaty dzwonnik z Notre Dame, klub jazzowy w Berlinie. Geniti, coś z rodem, narodzinami lub płcią… Tym sposobem narodzony. Tak bym to sobie tym sposobem czyli na zdrowy rozum przełożyła. Jakiś renatus. A tymczasem internetowy poradnik liturgii polskiej tłumaczy, że jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego. Nie może być! Miłosierdzie to Misericordia. Bzdura! Ten internet! Tyle wie, co zje… Niemcy tłumaczą, że jest to Biała Niedziela, bo tego dnia chrzczono dzieci, które chrzest obmywa z grzechu, tak że stają się czyste, białe, lśniące… Zamyślam się nad tą informacją i nagle olśnienie, czyste, białe i lśniące: chrzest czyli ponowne narodziny, quasi modo geniti infantes, tym to sposobem, dziecino, narodziłaś się jako Chrześcijanin… Polska wykładnia jest trochę inna od niemieckiej, bo po polsku pełna nazwa dzisiejszej niedzieli brzmi: «niedziela po zdjęciu białych szat». Nowo ochrzczeni pierwszy raz przychodzili do kościoła w zwykłym odzieniu i zajmowali miejsca wśród innych wiernych. Ale tak czy owak chrzest i tym sposobem…

I rzeczywiście: Quasi modo géniti infántes, allelúia: rationabiles, sine dolo lac concupíscite, allelúia, allelúia allelúia czyli jak nowo narodzone niemowlęta, zapragnijcie nie sfałszowanego duchowego mleka, abyście przez nie wzrastali ku zbawieniu, jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan. To pierwszy list świętego Piotra do wybranych, przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii.

Słodki jest Pan jak mleko, które piją noworodki. Podobno tak właśnie jest, mleko matki jest słodkie, jest to pierwszy smak, który poznajemy, dlatego tak lubimy to, co słodkie. Natura zresztą też nas do tego smaku przyzwyczaja i zachęca. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno nic, co w naturze jest słodkie, nie jest trujące, czyli od pięciu milionów lat nauczyliśmy się, że do słodkiego możemy mieć zaufanie, bo na pewno nas nie zabije. Pan jest słodki. Może nie każdy Bóg czyli Pan jest słodki, ale judaistyczny na pewno. Ten przymiotnik wciąż się w Biblii powtarza.

Ciekawe jednak, skąd święty Piotr, brodaty stary Żyd, wiedział, jak smakuje mleko, które piją noworodki? Pamiętał z dzieciństwa, czy też pokosztował go jako dorosły, gdy na przykład jego żona, Perpetua, urodziła mu córkę Petronelę?

Pozostaje jeszcze Quasimodo, dzwonnik z Notre Dame. Nie pamiętam tej książki w ogóle, nigdy jej nie lubiłam, czytałam tylko raz, dawno temu. Filmu nie widziałam, musicalu też. Ale oczywiście Wikipedia od razu na początku rozwiewa wątpliwości. Tak to to samo “quasimodo”. No i na szczęście istnieje jeszcze portal chomik, który jest podobno paskudnym kapitalistycznym oszustwem, ale ja nie wiem, na czym ono polega (można mnie, proszę bardzo, “objaśnić” jak świecę). Mnie on zawsze cudownie służy, gdy chcę tu coś szybko zacytować.

Jest rok 1468… w poranek niedzieli przewodniej (Quasimodo) jakieś niemowlę zostało złożone po mszy w kościele katedralnym we wgłębieniu lewej ściany katedry. Było we zwyczaju kłaść w tej wnęce dzieci opuszczone na łaskę osób miłosiernych. Brał je stąd kto chciał… Po chwili nadszedł poważny i uczony Robert Mistricolle, protonotariusz królewski, z ogromnym mszałem pod jedną ręką, a z żoną —pod drugą.
— Podrzutek! — rzekł obejrzawszy niemowlę.
— Mości protonotariuszu — spytała jakaś kobieta — jaki nam stawiasz prognostyk z tego podrzutka?
— Prognostyk największych nieszczęść — odpowiedział Mistricolle.

… słowom protonotariusza królewskiego przysłuchiwał się od pewnego czasu młody kapłan. Była to postać surowa, o szerokim czole i głębokim spojrzeniu. W milczeniu rozsunął ciżbę i przyjrzał się niemowlęciu.

— Biorę za swoje to dziecko — powiedział po chwili. Ukrył je pod sutanną i zabrał….
Litość niewypowiedziana ścisnęła mu serce i zabrał z sobą niemowlę. Znalazł je w istocie nad wyraz bezkształtnym. Niemowlę miało brodawkę na lewym oku, głowę wciśniętą w ramiona, grzbiet powyginany, mostek wystający, nogi powykręcane.

Współczucie Klaudiusza wzmagało się właśnie wskutek tej brzydoty . (…) Ochrzcił przybrane dziecko i nazwał je Quasimodo; chciał tym sposobem upamiętnić dzień, w którym je znalazł i zaznaczyć, do jakiego stopnia to biedne, małe stworzenie urodziło się ułomne. I rzeczywiście: jednooki, garbaty, koślawy podrzutek był chyba tylko niby-czymś (quasi-modo).

***
Powieść została napisana w roku 1831, a już w kilkanaście lat później, bo w roku 1844, powstał oparty na jej motywach balet Esmeralda. Muzykę napisał Cesare Pugni, a choreografię ułożył sam wielki Petipa. Dziś jest to staroć wręcz niemożliwa i na Zachodzie w ogóle już nie wystawiana. Angielska Wikipedia twierdzi, że Esmeraldę wystawia się jeszcze tylko w krajach byłego Związku Radzieckiego i Europy Wschodniej. I rzeczywiście, jak to często bywa, kiedy człowieka coś zainteresuje, już następnego dnia po spisaniu tego wszystkiego, w książce Utracone serce Azji natrafiam na notatkę o balecie Esmeralda. Autor, angielski pisarz i podróżnik, Colin Thubron, we wczesnych latach 90 przebywał przez kilka miesięcy w Azji Centralnej. W Taszkencie (uwaga! taka jest podobno prawidłowa wymowa tej nazwy!) poszedł do teatru miejskiego, który wystawiał Esmeraldę, “staroświecki balet z udziałem cygańskich porywaczy dzieci, nieszczęśliwie zakochanej heroiny i krwiożerczego zakonnika”. Balet okazał się “bezwstydnym wyciskaczem łez” – “pod koniec kulawy dzwonnik odniósł zwycięstwo nad despotyzmem religijnym, zrzucając lubieżnego zakonnika z wieży. Widzowie nagrodzili go gromkim aplauzem”. Gdy czytam te słowa, mam dziwne poczucie, że Thubron jest być może, jak zapewnia tekst na okładce książki, znamienitym angielskim erudytą, ale w ogóle nie ma pojęcia o tym, że ta baletowa historia ma jakikolwiek związek z “naszą” kulturą europejską i traktuje ją jako kolejną dziwaczną pozostałość po umarłym imperium sowieckim.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Junge Flüchtlinge mit den Augen einer älteren Lehrerin gesehen

Ewa berichtet jetzt seltener über Flüchtlinge. Da sich aber die Situation im Lande und besonders in Berlin sehr verkompliziert hatte, wollte sie doch über ein paar positive Eindrücke von der Arbeit mit den jungen Flüchtlingen schreiben.

Sie unterrichtete Deutsch, zuerst in einer Jugendherberge, wo ungefähr 80 männliche Jugendliche untergebracht waren, die ohne Begleitung nach Deutschland gekommen waren. Die ärztlichen Untersuchungen hatten alle absolviert; man hatte sie weiterhin als Jugendliche eingestuft, obwohl sie einige von ihnen eindeutig für älter hielt. Sie wurden geimpft und in Willkommensklassen untergebracht. Manche waren wirklich extrem begabt und fleißig; sie wurden in einem Talentcampus gesammelt und einen Monat lang besonders gefördert; zu ihrer Überraschung waren das eher Jugendliche aus Afghanistan als solche aus Syrien, von denen alle behaupteten, sie wären so gebildet und kultiviert.

Leider musste die Gruppe die Herberge räumen und weit weg in die Stadt ziehen, doch soweit sie sah, kümmerte man sich wirklich gut um sie; nur dass der Weg zur Schule, also der Willkommensklasse so lang werden würde, hatte man nicht bedacht.

Es gab ein Abschlussfest mit persischem, afghanischem und deutschem Essen (Letzteres: Hähnchenschenkel mit Pommes). Wir – die Lehrer, die Sozialarbeiter und die Betreuer – stürzten uns auf Humus, die vielfältigen Salate und die Auberginen-Zubereitungen, die köstlich und bunt auf einem Buffet aufgebaut waren; die Jungs beluden ihr Teller mit Pommes, Hähnchen, Ketschup und Mayonnaise; jedem das seine, dachte sie. Selbstgebackener Kuchen und Süßes, auch Obst waren von den Lehrern mitgebracht worden. Die Jugendlichen halfen bei den Vorbereitungen, und sie hatten einen Film über ihren ersten Aufenthalt in Berlin gedreht. Das schöne dabei war, dass sich wirklich alle gegenseitig kenngelernt hatten. Die afghanische Gruppe wusste inzwischen, welche Städte es in Syrien, dem Irak gab und umgekehrt; sie wohnten immer noch in getrennten Zimmern unter sich, doch es waren auch Freundschaften quer zu den Nationalitäten geschlossen worden; auch die wenigen Schwarzen fühlten sich wohl in der Gruppe.

Nachdem die Aufgabe in der Jugendherberge zu Ende gebracht war, tat sie sich um, wo sie weiterhin Jugendliche unterrichten konnte. Sie fand in einem anderen Unterbringungsort Gruppen von Teenagern, die mit ihren Familien gekommen waren. Sie warteten länger auf die Aufnahme in die Wilkommensklassen. Ihr fiel auf, wie viel unbeschwerter und einfach netter sich in einer koedukativen Klasse mit Mädchen und Jungen unterrichten ließ. Sie waren alle auch ruhiger und „normaler“, unaufgeregt – wie viel doch die Anwesenheit von Angehörigen bedeutete, sah man hier ganz deutlich. Die Jungs räumten sogar den Klassenraum auf, fegten den Gang ohne Murren, und die Mädchen brachten Lächeln und Lockerheit, auch Schönheit in die Klasse.

Sie dachte, bei gut organisierter Hilfe würde man diese Jugendlichen leicht in die heutige deutsche Gesellschaft integrieren können. Man musste sich nur weiterhin sehr intensiv um sie kümmern, sie begleiten und fördern, auch persönlich, jeden Tag. Viele von ihnen schienen sowieso von der westlichen Kultur fasziniert zu sein, kleideten sich in Jeans und Nike-Sportschuhe, dazu kamen bei den Jungen die in ihren Augen besonders hässlichen modernen Frisuren. Die Mädchen trugen ihre Kopftücher sehr locker, es lugten immer Haare hervor, und ihre engen Pullover und Jeans beinahe gleich aus wie hier üblichen. Wichtig war, dass sie dieses „beinahe“ nicht als Demütigung empfanden, sich ihrer Vergangenheit nicht schämten und einen Weg für sich zu finden schienen.

Besonders für die Mädchen würde das viele Chancen eröffnen; sie würden dann ihr eigenes Leben leben können, entscheiden, was sie lernen und ob sie Familien gründen, arbeiten oder beides zusammen versuchen wollten. Sie dachte, dass man ihnen das kommunizieren müsse, immer wieder vor Augen führen, damit sie sich nicht in ihrer Vergangenheit gefangen und daran gebunden fühlten. Dazu würde man viele Lehrer, Begleiter brauchen; sie würden sich nicht so schnell auf dem Arbeitsmarkt durchsetzen, aber mit genug Geduld und Offenheit würde man ihnen etwas Neues für sie entwickeln können. An jungen Psychologen, die nur darauf warteten, alle in jeder Lebenslage zu beraten, fehlte ihres Wissens nicht; man musste sich nur eben auf diese Situation wirklich einlassen und die Jugendlichen fördern, unterstützen und informieren.

Und dann das große, alles übergreifende Wort „Integration“. Dazu fiel ihr nur eine Anekdote ein, ein Witz: Ein Flüchtling begegnet eine gute Fee und klagt über sein schweres Schicksal und das Leben in der Fremde. Darauf sagt die gute Fee zu ihm: „Dann will ich dir helfen. Ich erfülle deine drei Wünsche sofort“. Der Flüchtling denkt nicht lange nach. Er sagt: „Ich will ein schönes Haus haben“. Und schwupp die wupp steht ein schönes Haus vor ihm. Dann sagt er: „Ich brauche natürlich auch ein schnelles, schickes Auto“. Auch dieser Wunsch wird sofort erfüllt. „Und was ist mit dem dritten Wunsch“, fragt ihn die gute Fee. Ja, sagt der Flüchtling, „ich will ein Deutscher werden, mich nicht mehr fremd fühlen“. Da verschwinden sowohl das Haus als auch das Auto; der Flüchtling schaut die gute Fee ganz erschrocken an: „wohin sind meine zwei Wünsche verschwunden?“. „Du willst ein Deutscher werden? Dann musst du dir das alles schwer erarbeiten, fang gleich an“, sagt die gute Fee ganz ruhig.

 

Nasza narodowa poezja

Anna Dobrzyńska

primaaprilis-tytul

 

 

paryz
Paryż, XIX wiek

To że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki nie darzyli się sympatią – powszechnie wiadomo. Mało jednak kto wie, że doszło do bardzo niespodziewanego i zarazem owocnego spotkania między nimi. Było to na emigracji, w Paryżu, w salonie literackim Madame Tuffeau. Mickiewicz podążał dyliżansem ulicą – Rue La Boetie, w kierunku Pól Elizejskich. Pech – a może zrządzenie losu – sprawiły, że pękł dyszel od powozu. Mickiewiczowi ani woźnicy na szczęście nic się nie stało, ale dalsza jazda była niemożliwa. A miało to miejsce właśnie pod oknami salonu Madame Tuffeau, gdzie Słowacki, jako częsty bywalec, wygłaszał swoje poematy. Woźnica zapewnił poetę, że zaradzi problemowi, ale to potrwa… Mickiewicz powiedział, że poczeka, a zachęcony dobiegającymi z okien brawami i zarysami eleganckich postaci za szybą, postanowił wejść na górę. Gdy wszedł do salonu, Słowacki akurat wygłaszał wiersz o kolumnie Zygmunta, Starym Mieście, Katedrze Św. Jana – gdyż tęsknił za Ojczyzną – jak wszyscy na emigracji, choć on z pewnością najbardziej, bo – „cierpiał za miliony”.

mickiewicz

Adam Mickiewicz. Dzieło – Andyego Warhola, pochodzące z bardzo mało znanej kolekcji nowojorskiego artysty – „Polscy wieszcze narodowi”.

Co nam zdrady! – Wszyscy w Warszawie kolumnę znają,
na której podróżne mewy usiadają.

Na jej szczycie król – jego czoło wśród obłoka,
Zaprasza i wita – poddany lud – z wysoka,

Za tą kolumną, orszak ślubny jak u Fredry,
Wchodzi do ceglanej, trój-wieżowej Katedry,

Dalej ulica, nie wąska, nie długa, nie krótka,
Na końcu – odbudowana warszawska Starówka

A dalej jeszcze – Kiliński, we mgle spowity,
Z szablą w dłoni – w zieleni okien odbity,

Odbicie uderzone latarni płomieniem,
Niby cichego, w cieniu upiora spojrzeniem.

slowacki

Juliusz Słowacki. Drugie dzieło Andyego Warhola z   kolekcji – „Polscy wieszcze narodowi”. Andy stworzył jeszcze portret Z. Krasińskiego. Obraz nigdy jednak nie ujrzał światła dziennego, gdyż Andyemu skończył się toner w drukarce. Proza życia wobec wielkości sztuki tak zdruzgotała artystę, że dzieła nigdy nie opublikował – mimo zakupu nowej drukarki laserowej – marki Canon.

Poezja i wspomnienia z Ojczyzny przywołane widokami Warszawy sprawiły, że niechęć Mickiewicza do Słowackiego minęła. Gdy Słowacki już skończył, Mickiewicz podszedł do niego i spytał czy mógłby wiersz nieco popoprawiać. Słowacki był oburzony takim tupetem ale… wiedząc z jakim talentem rozmawia – zgodził się. I stało się! Dwaj wieszcze zaczęli tworzyć, improwizować, przerabiać, poprawiać. To był istny szał dwóch natchnionych dusz. Słowa, rymy, wizje, takty – niczym fajerwerki strzelały z ich gwałtownych gestów, póz i spojrzeń. Zebrani goście zaś skrzętnie zapisywali wszystko na serwetkach, tak by ta twórczość nie uleciała w zapomnienie.

Tak oto powstał wiersz, który jest dziś znany pod tytułem – „Uspokojenie” a jego autorstwo przypisuje się – Juliuszowi Słowackiemu. A mało kto wie, że tworzyli go dwaj wieszcze

Co nam zdrady! – jest u nas kolumna w Warszawie,
Na której usiadają podróżne żurawie

Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka;
Taka zapraszająca i taka wysoka.

Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,
Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;

Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare
Wygląda w perspektywie siwej Miasto Stare;

A dalej jeszcze we mgle, która tam się mroczy,
Dwa okna – jak zielone Kilińskiego oczy

Uderzone płomieniem ognistej latarni,
Niby oczy cichego upiora spod darni.

Poeci nigdy więcej się już nie spotkali. A serwetki przechowywane są starannie w kredensie Mademoiselle Marceau – prapraprapraprawnuczki właścicielki słynnego salonu.

P.S.

Gül heisst Rose

Anne Schmidt

Bekenntnis 3

Frau Schulz will Gül nicht bedrängen und wendet sich Nuren zu, die während des – automatisch gewordenen – Kämmens mit gesenktem Kopf Sätze vor sich hinmurmelt, wie: “Ich kann keine Nacht durchschlafen, weil mein Vater meine Mutter durch die Wohnung jagt.” Betty schaut verständnislos zu Nuren hoch. Es fällt Nuren schwer, weiterzusprechen. Die anderen Mädchen rücken geräuschlos näher. “Er will jede Nacht mit ihr schlafen, aber sie hat keinen Bock. Deshalb rennt sie vor ihm weg und er rennt hinterher.”

Frau Schulz steht vor dem Abwaschbecken, traut sich jedoch nicht, jetzt Lärm zu machen. Sie muss an ihren Urlaub in der Türkei denken, als nachts im Zimmer über ihr Stunden lang Möbel gerückt wurden und ein kindliches Wimmern zu hören war. Am nächsten Morgen  erfuhr sie, dass kein Kind Ursache der nächtlichen Ruhestörung gewesen war, sondern sich ein eheliches Drama abgespielt hatte. An der Rezeption sah sie eine junge, verschleierte Frau, die von einem ernsthaften jungen Mann ihren Pass gereicht bekam. Sie schienen auf Hochzeitsreise zu sein.

Nuren erzählt weiter: “Meine Mutter droht immer damit, sich umzubringen, wenn er sie nicht in Ruhe lässt. Einmal hat sie es auch versucht und ganz viele Schlaftabletten genommen. Mein Vater hat den Notarzt gerufen, als sie morgens nicht aufstehen wollte. Seitdem bewahrt mein Vater alle Medikamente an einem geheimen Ort auf.  Aber er hört nicht auf, meine Mutter zu bedrängen. Wenn er sie endlich ins Bett gezerrt hat, höre ich die Bettfdern quietschen, auch wenn ich mir die Decke über den Kopf ziehe.”

Frau Schulz kann es nicht fassen, dass die Fünfzehnjährige immer noch mit den Eltern in einem Zimmer schläft.

Nuren bricht in Tränen aus. Betty steht auf und nimmt sie in den Arm. Sie streichelt Nuren über das Haar und zieht sie auf ihren Schoß. Ihre blauen, inzwischen malerisch betonten Augen füllen sich wieder  mit Tränen. Jenny kann ihre Empörung nicht zurückhalten: “So ein Schwein. Das hätte ich nie von ihm gedacht, dass er so ein Schwein ist. Ich dachte immer, er sei total nett. Von unserem Küchenfenster aus kann ich quer rüber in Nurens Hof schauen und Nuren kann in unseren Hof schauen. Wenn ich im Hof bin und an meinem Fahrrad etwas reparieren muss, ruft er meistens rüber, ob er mir helfen kann. Letztens hat er mir die Kette wieder auf den Zahnkranz gelegt. Ich war froh, dass er mir geholfen hat, aber jetzt will ich keine Hilfe mehr von ihm.”  Jenny lässt geräuschvoll das Besteck ins Spülbecken knallen. Frau Schulz überlegt, ob sie Nurens Vater schon mal bei einer Elternversammlung gesehen hat. Sie erinnert sich schwach an einen kleinen rundlichen Mann mit Brille, der sich am ersten Elternsprechtag in der siebten Klasse nach den Noten seiner Tochter erkundigte und ihre Erfolge in der Grundschule pries. Nie wäre Frau Schulz auf die Idee gekommen, dass dieser kleine besorgte Mann ein Vergewaltiger ist und seiner Frau und Tochter jede Nacht die Hölle bereitete.

Jetzt kann sich Frau Schulz Nurens Müdigkeit und häufige Konzentrationsschwäche im Unterricht erklären.  Was kann sie als Lehrerin tun, wie kann sie Nuren helfen? Kann sie sich in fremde Eheprobleme einmischen? Sie steht vorm Spülbecken und überlegt krampfhaft.

Bekenntnis 4

Während Frau Schulz grübelt, hört sie hinter sich eine Stimme sagen: “Ein Glück, dass sich meine Mutter von meinem Vater getrennt hat, als ich noch ein Baby war.” Betty und Nuren heben ihre Köpfe, Gül steckt ihren Daumen wieder in den Mund. Marie merkt, dass alle, auch Jenny sie anschauen und fährt fort: “Meine Mutter hat mir erzählt, dass er mich missbraucht hat, als ich noch ein Baby war. Sie hat es sehr früh entdeckt und hat ihn sofort rausgeschmissen. Sie hat mich vom Arzt untersuchen lassen und der hat ihren Verdacht bestätigt. Ich weiss nicht genau, was sie noch getan hat, um sich möglichst schnell scheiden lassen zu können; das war alles noch in der DDR . Ich bin in Tangermünde geboren und mit meiner Mutter  in meinem ersten Lebensjahr nach Magdeburg gezogen.”

Marie sagt das alles so lakonisch, als berühre sie dieser frühkindliche Missbrauch wenig. Frau Schulz weiss, dass Maries Situation in ihrer gegenwärtigen Familie nicht einfach ist; nachdem sie Jahre lang mit der Mutter allein gelebt hat, muss sie sie jetzt mit einem neuen Vater und zwei kleinen Halbbrüdern teilen.

Aber Marie erzählt immer euphorisch von den Wochenenden im Garten am Rande des Flughafens Tempelhof.

Sie machen nie Urlaub in einer anderen Umgebung , weil dafür das Geld fehlt; zwar arbeitet die Mutter als Altenpflegerin, aber für einen Urlaub ausserhalb des Schrebergartens reicht der Verdienst der Eltern nicht aus.

Frau Schulz kennt Maries Mutter von den Elternabenden als resolute und optimistische Frau, die auf ihre Tochter stolz ist und trotz aller beruflichen Belastung die schulischen Aufgaben und Leistungen nie aus dem Blick verliert.

Wahrscheinlich hat Marie es ihr zu verdanken, dass sie keine traumatischen Gefühle zurück behalten hat.

Oder ist ihr Selbstbewusstsein nur Show?

Grób na cmentarzu w Otrokowie

Czytelnicy być może pamiętają, że w ubiegłym roku pod wspólnym nadtytułem ktoś (kobieta, mężczyzna, dziewczyna, dziecko) z cmentarza w… Tomasz Fetzki i ja publikowaliśmy serię naszych (ale nie tylko naszych) wpisów o odkrywaniu historii, kryjących się za nagrobkami. Zebrało się tego sporo, ale wcale nie w formie “zebranej”, tylko blogowo rozproszonej. W kwietniu tego roku na konferencji organizowanej przez katedrę biografistyki pedagogicznej KUL opowiemy o tej naszej wspólnej pracy. W ramach przygotowań do konferencji, uzupełniając materiały zebrane do wpisu Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich, Tomasz skontaktował się ze Stowarzyszeniem Magurycz, a kontakt ten zaowocował następującym wpisem, przedrukowanym z: Cmentarz miejsce (nie)obecnych, Nowica 2013, wstęp oraz strony 91-103…
X
Stowarzyszenie Magurycz
X
Cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć – Te słowa, zapisane w latach 50, w czasie podróży po Irlandii przez Heinricha Bölla, są mottem Stowarzyszenia Magurycz. Kiedy dodamy do nich, że świat jest pełen cmentarzy, bez których Magurycz nie mógłby istnieć, stworzymy komplementarną całość.

Magurycz to nazwa góry nieopodal wsi Bartne, na Łemkowszczyźnie, gdzie niegdyś pozyskiwano piaskowiec, służący miejscowym rzemieślnikom za materiał na żarna, koła młyńskie, nagrobki i krzyże. Bartneńscy kamieniarze słynęli ze swego kunsztu i do tej tradycji – pracy z kamieniem i w kamieniu – nawiązuje Stowarzyszenie Magurycz. Idea ratowania, inwentaryzacji i dokumentowania sztuki sepulkralnej zrodziła się w 1987 roku, gdy Stanisław Kryciński, samorodny historyk i krajoznawca, zorganizował pierwszy obóz remontowy na cmentarzach bojkowskich w Bystrem i Michniowcu w Bieszczadach, akcja ta nazywała się „Nadsanie”; w obozie tym wziął udział Szymon Modrzejewski, który rok wcześniej zaczął opiekować się cmentarzem bojkowskim w Berehach Górnych. Po 10 latach wspólnej pracy z „Nadsania” wyrósł Magurycz. W ciągu 26 lat prowadziliśmy prace remontowe na ponad 120 cmentarzach ukraińskich, żydowskich, niemieckich oraz polskich w południowo-wschodniej Polsce i na zachodniej Ukrainie, angażując w to przeszło tysiąc osób, które uratowały blisko 2000 kamiennych obiektów, głównie nagrobków.

Idea pracy na cmentarzach jest apolityczna, nie służy żadnej instytucji, kultowi, nie głosi żadnej wizji historii, nie wynika też z inspiracji religijnej, a odwołuje się do wrażliwości oraz odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Właśnie cmentarz, będący symbolicznym odzwierciedleniem przyrodzonej równości wszystkich ludzi, może być miejscem do budowania otwartości na innego. Każdy swój i każdy obcy przecież się tam znajdzie. Spocznie w szczególnej przestrzeni: odmiennej, historycznej, magicznej, strasznej, sakralnej. Już same te określenia pokazują, jak wiele kontekstów my – żywi – przypisujemy nekropoliom.

Publikacja, którą przedstawiamy, jest owocem pasji i zaangażowania wolontariuszy Magurycza. Dzielimy się w niej swoim doświadczeniem pracy na nekropoliach, jak również wiedzą i umiejętnością odczytywania znaczeń przypisywanych tym miejscom. Większa część wydawnictwa poświęcona jest ratowaniu kamiennych nagrobków, czyli poradom skierowanym do osób i organizacji w Polsce i na Ukrainie, które chciałyby roztoczyć opiekę nad obiektami sepulkralnymi. Jest to, wedle naszej wiedzy, pierwszy zbiór praktycznych rad, syntetycznie ujmujący problematykę „reanimowania” i ratowania nagrobków: od dokumentacji przez wszystkie etapy remontu, po efekt końcowy, którym jest również przedłużenie trwania nagrobka. Nasze działania posiadają walory edukacyjne, które są istotnym kontekstem pracy społecznej na cmentarzach.

Druga, nie mniej istotna część, poświęcona jest postrzeganiu oraz interpretowaniu nekropolii. Spojrzymy na cmentarz jak na „przestrzeń słowa”, w której inskrypcje i typografia nagrobna, będące źródłem wiedzy o zmarłych, mówią też o kulturze dawnej wsi, światopoglądzie religijnym i kompetencjach językowych jej mieszkańców. Kontekst magiczny miejsc wiecznego spoczynku przybliży historia pochówku „dziewczynki wróżki”, który wywołuje zarówno lęk, jak i fascynację. Grób ten znajduje się w Otrokowie na Podolu, gdzie w minionym sezonie pracowaliśmy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”. Również o lęku przed obcymi, wykluczeniu po śmierci i zapomnieniu traktuje tekst dotyczący wciąż słabo opracowanego tematu cmentarzy cholerycznych. Nekropolie jako źródło natchnienia dla artystów oraz refleksji nad doczesnością to kolejny aspekt cmentarza, uwzględniony w naszej publikacji. I wreszcie – zdaje się najbardziej „odpodmiotowione” – traktowanie nekropolii ukaże tekst o badaniach archeologicznych na środkowym Podolu, poświęcony starożytnym cmentarzyskom, dzięki któremu zobaczymy, że tam, gdzie kończy się pamięć, wchodzi nauka.

Oczywiście mamy świadomość, iż poruszamy tu zaledwie kilka wątków z całego bogactwa znaczeniowego przestrzeni cmentarza. A jednak i one pokazują różnorodność naszych światów. Tę różnorodność, która koniec końców znajdzie wspólny mianownik – cmentarz.

Olga Solarz

Pochowana prawda

Ogrom problemów, ślady, jakimi rozporządzamy, tak kruche i wątłe, przeszłość na olbrzymich połaciach, tak nieodwracalnie unicestwiona, podstawy naszych teorii, tak nietrwałe, że każde rozpoznanie na miejscu stawia badacza w sytuacji chwiejnej, w której najbardziej pokorna rezygnacja wiedzie spór z szaleńczymi ambicjami: badacz wie, że to, co najistotniejsze, jest już stracone, że wszystkie jego wysiłki sprowadzają się do grzebania na powierzchni; a nuż jednak natrafi się na cudownie zachowaną wskazówkę, z której wytryśnie światło? Nic nie jest możliwe, a zatem wszystko jest możliwe. Noc, wśród której poruszamy się po omacku, jest dla nas zbyt ciemna, abyśmy mogli cokolwiek twierdzić na jej temat, nawet to, że jej przeznaczeniem jest trwać.[1]

O kamiennym nagrobku „dziewczynki-wróżki” usłyszałam jeszcze przed wyjazdem na Podole. Wiedziałam, że wedle miejscowej tradycji w czasie suszy młode wdowy przychodzą na cmentarz i obracają go, by wywołać deszcz, niemniej trudno mi było sobie wyobrazić, jak wygląda i w jaki sposób wprowadzają go w ruch.

Do głowy przychodził obraz piaskowcowego wilka z Kryłowa (dziś pomalowanego farbą olejną i wkomponowanego w kaplicę z figurą świętego Mikołaja), który w obiegowej opinii związany był z kultem Welesa – bóstwem magii i świata umarłych. Zgodnie z lokalną legendą przed wschodem słońca przychodziły do niego kobiety nie mogące zajść w ciążę, siadały okrakiem, głaskały po brzuchu i szeptały zaklęcia do ucha[2]. To skojarzenie z „dziewczynką-wróżką” wywoływały wspólne dla obydwu przypadków mianowniki: kobieta o zachwianej kobiecości (młoda wdowa i młoda bezdzietna), magia oraz zaświaty. Ten łatwy do odszyfrowania rząd semantyczny kobieta – praktyki magiczne – świat umarłych nie zaspokajał mojej ciekawości, odwrotnie – w przypadku otrokowskiej figury rodził wiele pytań, ale przede wszystkim intrygowało, co sami mieszkańcy sądzą na jego temat.

Otroków to wieś leżąca na płaskowyżu malowniczej krainy dawnego Państwa Mińkowieckiego. Strome zbocza, wapienne wychodnie, głębokie jary, wartkie rzeki i jednocześnie rozległe pola były idealnym miejscem dla osadnictwa, stąd nieprzerwanie od neolitu tereny te zasiedlał człowiek. Rzecz jasna pozostawiał po sobie ślady kultury, które jako reminiscencje dotrwały do współczesności. I tak, jak remontowane przez nas pochówki w kamiennych obstawach na cmentarzu prawosławnym czy na kirkucie można hipotetycznie uznać za echo pochówków w skrzyniach z okresu kultury amfor kulistych, tak raczej wątpliwości nie wzbudza powiązanie nazwy Furia, którą miejscowa ludność określa wiedźmę z postacią Ignacego Ścibór Marchockiego. Ów szlachcic, właściciel ziemski znany nie tylko z licznych reform, ale i z fascynacji antykiem wprowadzał w swoich włościach zwyczaje wzorowane na kulturze dawnej Grecji i Rzymu, dlatego spotykane w inskrypcjach nagrobnych imię Agrypina, czy wspomniana wyżej Furia przemawiają za taką, a nie inną interpretacją. Jednak działalność Reduxa, to raptem historia o 200-letniej tradycji, stąd nie tak trudno dekodować znaki tamtych czasów, inaczej rzecz się ma z pogańską wizją świata Słowian, której artefakty stapiając się z chrześcijaństwem, nie są już tak czytelne. A jednak pozostałości te, choć transformowane i okraszone wątkami chrześcijańskimi, ciągle pozostają żywe, świadectwem czego jest choćby „dziewczynka-wróżka”.

Cmentarz położony w najwyższym punkcie miejscowości przestał pełnić funkcję grzebalną na początku XX wieku. Podzielony na dwie części: starą z pochówkami z pierwszej połowy wieku XIX oraz nową, na której chowano od lat 60 XIX wieku do początku XX. Wszystkie otrokowskie nagrobki wykonane są z miejscowego wapienia, różnią się jedynie stylistycznie, przy czym łatwo odróżnić te najstarsze o charakterystycznych maltańskich krzyżach wstawianych bezpośrednio do ziemi, bez kamiennych podstaw, od najnowszych, składających się zazwyczaj z trzech części – podstawy, cokołu i krzyża. Cmentarz okalają dwumetrowe, nie dające większego cienia drobnolistne krzaki, przez co latem, w panujących tam upałach przyjmuje on kolor sawanny. Sucha trawa i setki pokrytych porostami wapiennych krzyży podkreśla obcość tej przestrzeni, uwypuklając żywe na zewnątrz. „Dziewczynka-wróżka” znajduje się w jego starszej części, w samym rogu, na lewo od wejścia. Wokół niej nie ma innych nagrobków, przez co już przy pierwszym wrażeniu wygląda na pochówek odmienny – eksterytorialny, usunięty z przestrzeni umarłych.

Wiadomo, iż w kątach cmentarza, czy przy granicach grzebano samobójców (najczęściej wisielców i topielców), tragicznie zmarłych, nieochrzczone dzieci oraz innowierców. Ten zwyczaj do dziś przestrzegany jest w Otrokowie na czynnym cmentarzu, który położony jest 200 metrów dalej. Usłyszałam o tym pod sklepem, czyli miejscem spotkań towarzyskich, a przez to najlepszym punktem informacyjnym. Mój rozmówca, mężczyzna w wieku 37 lat, gadatliwy kawaler spędzający tam wiele czasu, a co za tym idzie kontynuator tradycji mówionej, nie skąpił mi informacji. Chowanie wisielców i topielców z dala od zwykłych umarłych wyjaśniał, posługując się chrześcijańską kategorią grzechu, jednocześnie tłumaczył ich decyzje komplikacjami w życiu osobistym, odwołując się do terminologii psychologicznej. Ta ambiwalencja w stosunku do samobójców jest ciekawą transformacją, wynikającą najpewniej z oglądania coraz popularniejszych na Ukrainie programów telewizyjnych poświęconych zagadnieniom społecznym, albowiem nawet w czasach wojującego z religią komunizmu samobójcy byli skazani na społeczną śmierć.

Separacja wisielców, topielców, tragicznie umarłych, nieochrzczonych dzieci oraz innowierców od tych, którzy odeszli w sposób ludzki, wynika z ich nieuregulowanego stosunku do wiary. Samobójcy swoim czynem sprzeniewierzyli się prawom ustanowionym przez Boga, tragicznie umarli odeszli w grzechu, bo bez spowiedzi i ostatniego namaszczenia, dzieci nieochrzczone – rzecz jasna bez chrztu, zaś innowiercy już za życia znajdowali się w kategorii obcych – bezbożnych. Łączy ich nieuczestniczenie w którymś z najważniejszych rytuałów przejścia chrześcijanina, a więc w rytuale włączenia w ludzką ekumenę, jakim jest chrzest lub wyłączenia poprzez akt skruchy i prawdziwy pogrzeb[3].Podobnie jak wiedźmy, upiory, zmory, płanetników i inne istoty ludzkie czyniące zło za życia czeka ich pośmiertna ekskomunika uniemożliwiająca dostąpienia zbawienia. W ten sposób nie trafiają ani do piekła, ani do raju. Błąkając się w przestrzeni ludzkiej, stają się istotami przejściowymi, mediacyjnymi – demonami, które reprezentują Zaświaty[4].

To oddzielenie istot o demogennych właściwościach potwierdza historia badanego nagrobka, który wedle miejscowych przekazów stoi na mogile dziewczynki, mającej umiejętności leczenia i przepowiadania przyszłości. Wszystkie zagadywane przeze mnie osoby identyfikowały nagrobek i miejsce oraz opowiadały związaną z nim historię. Według nich owa diwczynka-worożka umarła od ukąszenia żmii, dlatego w celu upamiętnienia miejscowy kamieniarz wykuł podstawę nagrobka w kształcie zwiniętej gadziny.

To jedynie początek legendy, która, sądząc z przeprowadzonych przeze mnie rozmów z mieszkańcami[5], w bardzo trwały i istotny sposób przełożyła się na miejscowe zwyczaje.

zwinieta-zmija

Nagrobek “dziewczynki-wróżki”

Otóż, do tradycji mieszkańców Otrokowa należą magiczne praktyki przywoływania deszczu wykonywane właśnie przy tej mogile. Zapisałam wiele wariantów, niemniej wszystkie sposoby opierają się na okręcaniu krzyża wokół jego osi. Sam krzyż, który – warto dodać – jest zdekompletowany (brakuje połowy trzonu) i nosi wyraźne ślady naprawiania, tkwi bezpośrednio w okrągłej podstawie, przez co nagrobek wydaje się nie tylko odmienny, ale również dziwaczny. I tak, w czasie długotrwałej suszy do mogiły przychodzą kobiety, nalewają wody do widocznych w krzyżu zagłębień (które wyglądają jak próby naprawiania), a następnie go okręcają. Żadna z pytanych osób nie potrafiła powiedzieć, czy istotny jest kierunek obracania oraz o jakiej porze warto ten rytuał wykonywać. Podobnie z wodą, niektórzy z moich rozmówców twierdzili, iż powinna to być woda święcona, inni, że zwykła, bo swiaczenu wodu ne skriz’ można (święconą wodę nie wszędzie można). Kilku, spośród moich rozmówców twierdziło, iż na cmentarz powinny przychodzić młode wdowy, pozostali, iż jest to bez znaczenia, a nawet, że mogą to być mężczyźni. Tak czy inaczej wszyscy, prócz jednej osoby, nie wyrażali najmniejszej wątpliwości, co do skuteczności tej metody, wierząc, iż chmary sia powernut’ i obowiazkowo bodaj maleńkyj doszcz pide (chmury się rozejdą i obowiązkowo bodaj niewielki deszcz spadnie)[6].

Istotne jest, iż jest to zwyczaj wciąż praktykowany, zaś osoby, które to wykonują, czują się w specjalny sposób odpowiedzialne za los całej wsi[7]. Taka magiczna odpowiedzialność stanowi niezwykły kontrast do jej braku w przypadku dbania o materialną spuściznę kulturową czy ekologię. Jednakże jest to zrozumiałe, ponieważ brak deszczu w przypadku społeczności opierających swój byt na rolnictwie jest sprawą życia, natomiast dziedzictwo i ekologia, to wartości dodane, które w tym przypadku są obcym wtrętem – naszym (w rozumieniu wartości kultury miejskiej) desantem, mogącym, ale nie muszącym się tam przyjąć. Stąd rzeczony nagrobek w żaden sposób nie był i nie jest postrzegany jako część dziedzictwa kulturowego regionu, ale jako łącznik z zaświatami, dzięki którym można uzyskać potrzebne dobra.

nagrobkiberehy

Dziury w krzyżu, do których zgodnie z wierzeniem należy wlać wodę

Na postrzeganie przez mieszkańców Otrokowa tego pochówku jako medium wpływa kilka czynników, które spotęgowały się, czy to przez jego usytuowanie na przecięciu dwóch granic, czyli w rogu, czy poprzez charakterystyczną dla myślenia magicznego potrzebę wpływania na losy świata. Nie wiadomo, co w tym przypadku jest pierwotne, a co wtórne, tak czy inaczej mediacyjność tego miejsca nie tylko nie podlega dyskusji, ale przede wszystkim nie jest tematem ani refleksji, ani rozważań. Jest to zadanie antropologa.

Wiadomo, iż wedle tradycji pochowana jest tam dziewczynka (jeszcze nie kobieta) – innymi słowy dziecko. Ten fakt podkreślali moi rozmówcy, co zresztą ma istotne znaczenie, ponieważ dzieckiem w tradycyjnej wizji świata przestaje się być, gdy ujawniają się funkcje prokreacyjne (pierwsza menstruacja), a przez to następuje rozpad pierwotnej pełni na świat płciowy i dualistyczny, charakterystyczny dla przestrzeni śmiertelników. Dzieci, jako istoty bezpłciowe, nierozdzielne i w pewnym sensie wciąż scalone, mogą bezpośrednio uczestniczyć w sferze sacrum, odnajdywać wspólny język z innymi światami czy zwierzętami, stąd przypisywane są im umiejętności magiczne. Ich położenie wynikające z klasyfikacji taksonomicznej pozwala czerpać wiedzę z zaświatów, a przez to posiadać moce wróżebne i uzdrowicielskie[8]. W zwyczajach mantycznych wielu kultur traktowano dzieci, jako wyrocznie, zaś kontakt z nimi mógł przybrać cechy kontaktu z sacrum, albowiem same, partycypując w tej sferze nabierały jej cech i właściwości, jednocześnie mogąc w ten sposób stać się istotami demonicznymi[9]. Tak więc wiara, iż spoczywa tam dziecko o umiejętnościach wróżebnych, to kolejny (obok lokalizacji, czyli umiejscowienia na przecięciu dwóch granic oraz potrzeby wpływania na rzeczywistość) bardzo istotny czynnik, który zrodził zwyczaj obracania krzyża w celu sprowadzania deszczu, jednak nie ostatni.

Nagrobek, jak wspominałam, składa się z dwóch części: ułamanego krzyża oraz podstawy o średnicy ok. 70 cm z przedstawieniem zwiniętej – oplecionej wokół koła – gadziny. Miejscowa legenda mówi, że taką formę zaleciła wykuć kamieniarzowi kobieta, która sama parała się magią. Wizerunek żmii połączony z przekonaniem o wróżebnych zdolnościach dziewczynki stworzył mieszkańcom Otrokowa przestrzeń dla magicznych wyobrażeń mających swój fundament w ludowej wizji świata.

I tak, w planie kosmogonicznym wąż czy żmija umiejscawiane są na biegunie przeciwległym do domeny Gromowładcy. Reprezentują noc, są wrogami dnia, światła, ognia i słońca, więc wyzwalają żywioły destrukcji i zabijania. W wierzeniach ludowych przetrwało przekonanie, iż żmije grzejąc się na słońcu piją słoneczną energię[10] – są wysłannikami śmierci. Jednocześnie gady i płazy poprzez bezpośredni kontakt z ziemią mają naturę chtoniczną, a przez swoją władzę nad zjawiskami atmosferycznymi – cechy akwatyczne. Dodatkowo wszystkie wersje mitu kosmogonicznego, pomimo różnych wariacji w obrębie fabuły, zawsze zawierają informację o tym, że Ziemia powstała jako rezultat współpracy dwóch sił antagonistycznych: Boga i Szatana, którego łączono z morzem. W konsekwencji tych działań zrodziła się opozycja „ogień – woda”. Tę symbolikę mitu można odnaleźć w powiedzeniu ludowym, że świat powstał z cara – ognia i carycy – wody, przy czym każdemu z żywiołów przypisana jest płeć, co oznacza, że w pierwotnej sytuacji mitycznej pierwiastek żeński został przypisany sferze chtoniczno-akwatycznej, reprezentowanej przez Szatana[11].

Stąd zbudowanie logicznego łańcucha: dziewczynka wróżka – żmija – woda – władza nad zjawiskami atmosferycznymi wydaje się być naturalną konsekwencją ludowych wyobrażeń kosmogonicznych. Co więcej, dziwne by było, gdyby tak odmienny nagrobek, nie tylko stojący w najbardziej skrajnej części cmentarza, ale i z wizerunkiem gadziny nie doczekał się własnej opowieści.

W Otrokowie wykorzystanie przestrzeni cmentarnej do magicznych praktyk spotyka się również w innych formach. I tak, by wywołać deszcz i zaradzić potencjalnemu nieurodzajowi, w mogiłę utopionego wbijało się kołek i nalewało wody w powstałą w ten sposób dziurę[12]. O takim sposobie pamiętał jedynie najstarszy spośród moich rozmówców, jednak, podobnie jak w przypadku nagrobka z wizerunkiem żmii, zapewniał, że był to sposób bardzo skuteczny.

Ten zwyczaj ma rzecz jasna strukturę analogiczną do działań nad nagrobkiem dziewczynki-wróżki, z tą różnicą, iż istotą demogenną władającą zjawiskami atmosferycznymi w tym przypadku nie jest dziecko ukąszone przez żmiję, ale topielec. W wielu przekazach ludowych pojawia się on jako postać ambiwalentna, z jednej strony szkodząca ludziom, ale również mogąca ostrzec przed niebezpieczeństwem czy złą pogodą[13]. Cmentarz, jako przestrzeń obca, choć znajdująca się w sferze życia i funkcjonowania ludzi, ma wszelkie cechy zaświatów. Oczywiście, tak jak i w przypadku przestrzeni pozacmentarnej, są na nim miejsca bardziej i mniej niebezpieczne – bardziej i mniej sakralne. Wiadomo, iż w wierzeniach ludowych każda ziemia z cmentarza jest ziemią martwą, jednak bardziej szkodliwa dla żywych będzie wzięta z konkretnego miejsca i konkretnej mogiły, niż jakakolwiek. Ziemia z mogiły osoby zmarłej śmiercią tragiczną, zgodnie z zasadą analogii może ściągnąć tragiczną śmierć na osobę, której się ją podrzuci. Opowieści o podsypywaniu martwej ziemi czy podlewaniu martwej wody[14] są bardzo powszechne na całej Ukrainie. Otroków w tym przypadku, wprawdzie dziwnie to zabrzmi, nie odbiega od normy. Niemal wszyscy moi rozmówcy potwierdzali istnienie takiego faktu, choć zazwyczaj opatrywali to wyrazami dezaprobaty, a jako wykonawców wskazywali wiedźmy, które z cmentarza prócz ziemi mogą wynosić też ludzkie łzy, by podlewać je innym i w ten sposób zsyłać chorobę, smutek, czy śmierć.

* * *

Minął pierwszy tydzień pracy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”, w czasie którego wyremontowaliśmy niemal całą starszą część cmentarza w Otrokowie. Pozostały jedynie szlify i nietknięty nagrobek diwczynky-worożky.

Dylemat: wyremontować czy pozostawić w stanie nienaruszonym wciąż pozostawał nierozstrzygnięty. A przecież fragment ułamanego krzyża mógł leżeć w ziemi – wystarczyłoby wyczyścić, wysuszyć, wstawić dybel i skleić żywicą. Ale czy w ten sposób nie naruszylibyśmy miejscowej legendy? A gdyby po tym działaniu okręcanie krzyża wokół osi w przekonaniu mieszkańców przestało być skuteczne? – to z rekonstruktorów stalibyśmy się barbarzyńcami. Zniszczylibyśmy zwyczaj pielęgnowany przez kolejne pokolenia, pozostalibyśmy w pamięci, jako ignoranci. Nasza misja polegająca na przekazywaniu wartości dbania o dziedzictwo skończyłaby się fiaskiem. Bo czy dziedzictwo materialne istotniejsze jest od spuścizny duchowej?

dziewczynka-wrozkaUłamany krzyż przecinał inskrypcję

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kończąc ostatni dzień pracy na starej części cmentarza, podeszłam do oświetlonego bocznym światłem pomnika. Długie promienie padały na krzyż, uwypuklając niewidoczną w innym świetle inskrypcję. Łaciński alfabet ułożył się w napis Jan, widziany do góry nogami. Zdziwienie i poczucie obcowania z tajemnicą sprawiły, że nikomu tego nie zdradziłam. A może bałam się symbolicznego morderstwa dziewczynki-wróżki, anihilacji jej bytu, który stał się dla otrokowian realny? Kiedy zapadł zmierzch i wolontariusze wyszli z cmentarza, powiedziałam o tym Szymonowi. Wyciągnęliśmy krzyż i oświetlając go latarką żmudnie, litera po literze odszyfrowaliśmy: „Z pokorą głos swoy wznoszę / chrześci(…)nie pokornie proszę / zmów pacierz za duszę mo(…) / Jan”. Ułamany krzyż przecinał inskrypcję. Ani nazwiska, ani daty. Choć i ta ogólna informacja powiedziała wiele. Pochowany był Polak, Jan. Katolik na cmentarzu prawosławnym – obcy.

nagrobkiberehy3

W nocy, raptem z zupełnej ciszy wyrwało się wycie wiatru. Potężny podmuch zerwał tropik z namiotu i łomotał nim o drzewa. W bezdźwięcznych wyładowaniach atmosferycznych, walcząc z wiatrem naciągaliśmy sznurki. Kilkanaście minut grozy w oświetlonym przez błyskawice cmentarzu i skowycie przyrody przywodziło na myśl karę. Zemstę za złamanie tabu. Nad ranem zaczął padać deszcz.

Fragment inskrypcji w języku polskim na płycie

nagrobkiberehy4W trakcie “odkopywania prawdy”

Mierząc się w duchu z własnym sceptycyzmem, żartowaliśmy, że to za naszą sprawą. Jednak pobudzona wcześniejszego wieczora ciekawość nie dała za wygraną – postanowiliśmy sprawdzić, czy i ten nagrobek, podobnie jak reszta posiada płytę. Wzięliśmy się do roboty i już przy pierwszym wbiciu szpadla słychać było charakterystyczny szczęk kamienia.

Płyta leżała na głębokości 20-30 centymetrów. Łopata za łopatą odgarnialiśmy ziemię i wydobywaliśmy na światło prawdę. Na popękanej płaszczyźnie, w wyraźnie wydzielonym polu inskrypcyjnym widniał napis: „DOM / zwłok Jana / Myśl(…)kiego / um. 27 kwietnia 1831 / (…)”, reszta była nieczytelna.

Do południa deszcz przerodził się w ulewę. Potężny wiatr przez kolejne trzy dni zrywał płachty w obozowisku. Wolontariusze, którzy tego dna przenieśli się na cmentarz, spali we wspólnym namiocie, bo każdy inny trudno było rozbić w tych warunkach. Nie wiem, czy to wiatr rwał na strzępy nasz racjonalizm, ale do śmiechu nie byliśmy już skorzy. Po kilku dniach odwiedziło nas na cmentarzu trzech miejscowych gospodarzy – patrzyli na nas z wyrzutem, mówiąc, że takiej wichury dawno u nich nie było. I… że nasza to wina.

Płyta została zasypana ostatniego dnia, ułamany krzyż wstawiony do podstawy w kształcie żmii. Otroków opuszczaliśmy z pytaniami. Kim był Jan Myśl(…)ki?

Czy żmija, to wąż eskulapa, a Jan był lekarzem pracującym w dobrach Ignacego Ścibora Marchockiego? Jeżeli tak, to czemu nie został pochowany na katolickim cmentarzu w Mińkowcach? Czy dobrze zrobiliśmy zagrzebując prawdę, na rzecz zmyślonej opowieści? Na jak długo przedłużyliśmy żywot „dziewczynce-wróżce”? Czy barbarzyńcą jest ten, co skrywa prawdę, czy ten, co wydobywając ją niszczy świat pięknie skonstruowanej opowieści?

Wyjechaliśmy nieco inni.

***

Olga Solarz – dr etnologii, pracuje w PWSW w Przemyślu, zajmuje się ukraińską magią ludową, autorka książki Język magii – magia języka oraz szeregu artykułów poświęconych wierzeniom magicznym w obrzędowości rodzinnej i kalendarzowej; od 1997 roku prowadzi badania terenowe na Ukrainie, zaś od lat pięciu na Bojkowszczyźnie. Członkini zarządu Stowarzyszenia Magurycz. Koordynatorka projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”.

***

[1] C. Lévi-Strauss, Smutek tropików, Warszawa 1964, s. 240.
[2] Źródło: http://www.krylow.info/sanktuarium/historia.xhtml (pobrano 09.11.2012).
[3] S. Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 1986, t. 40, z. 1–2, s. 60.
[4] W Otrokowie wierzą, iż zwykli umarli odchodzą po roku, przy czym przez pierwszych 40 dni ich dusze krążą wokół gospodarstwa, by po tym czasie opuścić dom i odbyć podróż do wszystkich miejsc, w których niegdyś były. Jeden z moich rozmówców opowiadał o tym z radością, twierdząc, że dzięki temu po raz kolejny zobaczy Władywostok i Niemcy. Po roku dusza odchodzi do Boha, na nebo, jednak nadal może widzieć żywych, o ile ci przyjdą na cmentarz do południa. Jak pisze J. S. Bystroń: Chrystianizm przenosi te dusze (zmarłych) w zaświaty, do nieba czy do piekła… ale i tak niektóre dusze mogą się jeszcze pokazywać na tym świecie i wchodzić w kontakt z żywymi (J.S. Bystroń, Etnografia Polski, Warszawa 1947, s. 143).
[5] Istotny jest tu również wiek informatorów. By sprawdzić jak silny rezonans w miejscowej tradycji ma historia „dziewczynki” przeprowadziłam rozmowy z osobami w różnych grupach wiekowych, i tak: najmłodsza rozmówczyni miała 11 lat, zaś najstarszy wiekiem mężczyzna urodził się w roku 1924. Łącznie rozmawiałam z 14 osobami, w tym z jedną osobą pochodzącą z sąsiedniej miejscowości – Tymkowa, pozostali byli z Otrokowa. Osoby te różnił nie tylko wiek, ale też wykształcenie oraz status społeczny: oprócz największej grupy, czyli miejscowych gospodarzy, rozmawiałam z nauczycielem historii, sołtysem, sklepową oraz urodzoną w Otrokowie kobietą biznesu, która prowadzi dobrze prosperującą firmę w niedalekiej Nowej Uszycy.
[6] W broszurze wydanej przez miejscowego nauczyciela pod opisem tego zwyczaju czytamy: W naszych czasach, jest to już fakt sprawdzony. Mimo wszystko istnieją siły wyższe, którymi można kierować za pomocą ludzkich czarów. С. Гандзюк, Отроків. До кращого життя, Дрогобич 2008, s. 20.
[7] Długo nie było deszczu, byłyśmy na polu, kopałyśmy. Deszczu nie ma, upał. W ogrodzie wszystko więdnie. To zaczęłyśmy rozmawiać: przecież mówią, że tam, na starym cmentarzu jest jakiś taki krzyż, że jakby nim pokręcić, to deszcz spadnie. Te kobiety posłuchały i dwie, dobrze pamiętam, że Żeńka chodziła, ale z kim ona chodziła, czy z Niną, czy z kim? I poszły tam na cmentarz, pokręciły krzyżem i był deszcz. I mówią: widzicie, dziękujcie nam, że deszcz spadł, bo to myśmy na cmentarz chodziły (mieszkanka Otrokowa, urodzona w 1936 r.).
[8] Ten specjalny status dzieci ma również swoje odzwierciedlenie w przestrzeni cmentarza, albowiem do dziś na wielu nekropoliach mają one swoje odrębne kwatery, często usytuowane właśnie nieopodal granicy (S. Sikora, op. cit., s. 61).
[9] P. Kowalski, Dziecko. Rajska niewinność, wróżby, magia. Wstęp do lektury postaci, „Literatura ludowa”1996, 4/5, s. 27–28.
[10] A. Gieysztor, Mitologia słowiańska, Warszawa 1982, s. 133.
[11] J. R. Tomiccy, Drzewo życia, Białystok 1975, s. 29.
[12] С. Гандзюк, op. cit., s. 20.
[13] Mianecki, Postać demona wodnego w ludowych przekazach wierzeniowych, „Literatura ludowa” 2002, 2, s. 11. Taka dwuznaczność jest cechą wszystkich demonów, stąd wykorzystanie ich siły, wiedzy i mocy w praktykach magicznych jest nie tyle pomocne, co nieodzowne. Medycyna ludowa to w istocie ciągłe pertraktacje z zaświatami.
[14] Jest to woda po umyciu nieboszczyka, którą wylewa się na próg, pod dom, na granicę gospodarstwa lub w inne miejsce, tak by zaszkodzić osobie, która przez nią przestąpi.

Limericks

aniajamesAnna & James Muus

sent me a beautfiul Easter post card with Funny Bunnies and Chicks from the firm PIESKOT which means DOGCAT… Inside the traditional Easter greetings and two great limericks, which are their speciality. Both, post cards and limericks.

funnybunnies

X

X

X

X
X

That is for me and about me:

There once was a woman so regal,
who worked to defend the white eagle.
Her blog was her tool,
to point out the fool,
who decides this limerick’s illegal.

The other one, well…

There once was a VIP cat,
who wanted to have his own flat.
His roommate quite soon
comes back from the Moon
…………………………………………………….

The last line is left for us, for me and for you to complete. I made it as a first one. Thinking about my cat Schyzia who desecened last month (and thinking I am not a VIP but my CAT!), I wrote: bringing the cat an awesome Moon hat. But of course there are another possibilities…

kaczynskiMoon

Please send us your version of the last line!

Wielkanoc na Kresach

Andrzej Rejman nadesłał dwa piękne zdjęcia wielkanocne z Petersburga.

2_Wielkanoc_1909_Lesnyj_Petersburg_M_Hrebnicka_i_Konstan 1._Wielkanoc_Petersburg_1909_fot_St_Doktorowicz_Hrebnick

Rok 1909. Zdjęcia wykonał St. Doktorowicz Hrebnicki. Na pianinie grają Maria Hrebnicka i Konstantin. W piętnaście lat później Adam Hrebnicki (Pradziadek, Adam z Raju) tak opisał Wielkanoc w dzienniku:

wielkanoc_zapiski_A_Hrebnickiego_1926

1926

4/IV. Niedziela. Wielkanoc.

W nocy silny przymrozek. Dzień dość słoneczny, choć trochę zmienny.

Na pierwszy dzień Świąt całe Berżeniki jeździły do Dukszt a razem z Zanami do Gierkan do p. Francuzowiczowej i tam najwięcej jedliśmy święcone i piliśmy różne trunki. Szczególnie u p. Francuzowiczowej było piękne święcone na staroświecki sposób.

Każdy sobie narzynał chodząc koło stołu, co mu się żywnie podobało.

…młodzi troszkę tańczyli.

Jadąc w tamtą stronę na saniach łąkami bez dróg – wywróciliśmy się jeden raz, a z Dukszt do Gierkan z Władkiem* – drugi raz – ale oba razy zupełnie szczęśliwie bez żadnych uszkodzeń i potłuczeń. Do Berżenik wróciliśmy zupełnie w nocy pośród ciemności, bo ani księżyca nie było i gwiazd.

W Berżenikach była też Kalicka… przegrałem 3 partie w szachy Czesławowi Kalickiemu.. (pisownia oryginalna)

5/IV Poniedziałek

Przyjęcie dziś, na drugie Święto był w Berżenikach. Oprócz nas, Mani, Kalickich byli z Dukszt p.p. Zanowa, Hala, Musik (Tomasz Zan junior) i p. Marjanowa Kwintowa.

Jedliśmy, piliśmy i hałasowaliśmy niemało.

*Władysław Stankiewicz – późniejszy profesor weterynarii SGGW w Warszawie

przepisy_zeszyt3   przepisy_zeszyt2

I jeszcze przepis na mazurek, wprawdzie po czasie, ale nadal – cóż to za przyjemność czytać te przepisy.

Z zeszytu przepisów Heleny z Zanów Stankiewiczowej – na okładce zeszytu napis: “Te oto przepisy dostałam od Panny Wandy Makarow, w roku 1926.11.IX w Duksztach kiedy byłam jeszcze Zanówna. H. Stankiewiczowa”

Mazurek cygański (dopisek: doskonały)

orzechy
migdały
rodzynki
morele
śliwki suszone
skórka pomarańczowa (ew.)

powyższe – po jednej szklance

wszystko drobno pokrajać

jaj 10 sztuk

cukru – półtorej szklanki
zapachy – 1 cytrynowy
mąki – 1 szklanka pszennej
mąki kartoflanej – 4 łyżki

Oddzielić żółtka od białek.
Z żółtek z cukrem ukręcić gogel-mogel.
Wsypać mąkę, pokrojone bakalie i zapach,
poczem ubić pianę z białek
a kiedy dobrze ubita będzie wymieszać z resztą zawartości

Wyłożyć nasmarowaną blachę papierem,
na to położyć wafle i kłaść ciasto –
poczem wstawić do gorącego pieca.
Próbować patyczkiem – kiedy suchy i rumiany
to już będzie gotowy.

Piec jakieś 20-30 minut.

***
I na zakończenie link kolejnego filmiku z Krystyną Stankiewicz “Wielkanocne przysmaki z Kresów” – autor nakręcił go trzy dni temu!

Na Wielkanoc

Anna Dobrzyńska

„A OTO JA JESTEM Z WAMI PRZEZ WSZYSTKIE DNI, AŻ DO SKOŃCZENIA ŚWIATA”

bazie2

Kiedy wpisałam w Google – symbol łączności z wiedzą absolutną XXI wieku – hasło: WIELKANOC, po przejściu na „grafikę” zobaczyłam nieskończoną ilość kurczaczków, zajączków i kolorowych jajek. Wszystko bardzo ładne, w pastelowej kolorystyce, jaśniutkie, świeżutkie, w różnych konfiguracjach. Do najciekawszych należały moim zdaniem: zając z kurczaczkiem na głowie, dwa jajka w kapeluszach na plaży i trzy kurczaczki w czapkach. To bardzo sympatyczne zwierzątka, stworki, przyjemnie mi się zrobiło tak patrząc na nie ale poczułam – „niedosyt” – po tym googlowskim zobrazowaniu mi Świąt Wielkiej Nocy.

MOJA WIELKANOC NA KRÓLEWSKICH WYSPACH…

Kiedy mieszkałam w Wielkiej Brytanii i prowadziłam bardzo zabawowe życie studenckie, z trójką przyjaciół – Polaków pojechałam na wycieczkę do Liverpoolu. To był Poniedziałek Wielkanocny. Niczym słynna „czwórka z Liverpoolu” podążaliśmy ulicami miasta, po których pół wieku wcześniej rozhisteryzowane fanki biegały za gwiazdami z zespołu The Beatles, zwiedzaliśmy słynne Docki, niemieckiego U-Boota zatopionego w czasie II wojny światowej, muzeum „Żuków” – ikony i podwaliny Rock&Rolla, i neogotycką katedrę St. Jamesa.

Weszliśmy do katedry. W kruchcie przywitała nas wielokolorowa tablica w różnych językach. Zdanie w języku polskim było jako pierwsze, na samej górze – poczuliśmy się „docenieni”, co wprowadziło nas w jeszcze lepsze humory. Weszliśmy do środka… W nawie kościoła był sklep, taki z koszykami i półkami, nad nim – restauracja… Parę osób robiło zakupy, parę osób siedziało przy stolikach… Poza nimi i naszą czwórka – nie było nikogo… Była promocja hamburgera albo innego dania, bo stał baner informujący o tym wydarzeniu. Trochę już mieszkaliśmy w Wielkiej Brytanii więc takie widoki nie były dla nas nowością… W prezbiterium nie było śladu życia. Okazałe przestrzenie, rzeźby, ołtarz – a wszystko jakby właśnie oddane, po zakończonej budowie. Jakby nigdy tam nikogo nie było. Jakby nigdy tam się nic nie wydarzyło… Nic. Pustka. Gdzieś w tej pustce stała pieta – Maryja podtrzymująca martwe ciało Jezusa… To było bardzo smutne. Poczułam wtedy taką wielką biedę. Biedę? W Anglii? Przecież to właśnie tam masowo wyjechali Polacy dla pieniędzy, przecież to tam są benefity, dodatki do pensji, dofinansowanie na studia, przecież to funt ma pięciokrotne przebicie do złotówki… A jednak…

WIELKANOC W POLSCE…

Jakoś mimowolnie przeniosłam się myślami do Polski, do polskich kościołów, gdzie w tym momencie tętni życie. Cały dzień ludzie gromadzą się na odprawianych prawie o każdej porze mszach świętych. Grób Pański jest już pusty, figura zabrana – Chrystus zmartwychwstał! Alleluja! Wokół grobu ustawione kwiaty, dekoracje. Poprzedniego wieczoru tłum gromadzi się w kościele. Jest zupełnie ciemno, ludzie trzymają świece. Wchodzi procesja z palącym się paschałem, od którego ludzie zapalają ogień i podają go dalej. Robi się coraz jaśniej i jaśniej aż w końcu jest zupełnie jasno, wtedy zapala się lampy. Ciemność – jasność; jako symbol Słowa Bożego, które rozświetla duszę człowieka.

W ciągu całego dnia, na białym obrusie ludzie stawiają święconki z pokarmem, które ksiądz poświęcił. W koszyczku – obowiązkowo – jajka, czasem – pluszowy kurczaczek, symbol nowego życia. Opuścił skorupkę i jego życie nabrało zupełnie innego wymiaru. Cały dzień na ulicach widać ludzi ze święconkami. Moją uwagę zwracają młodzi panowie, ubrani w adidasy, dresy czasem dżinsy, którzy razem z kolegami idą do kościoła. Ich wielkie dłonie trzymają takie małe uszka, małych plecionych koszyczków, wyłożonych białą serwetką z falbanką, przyozdobionych baziami i kolorowymi wstążkami… W Wielki Piątek z kościołów ludzie wychodzą za krzyżem, by przejść ulicami na pamiątkę ostatniej drogi Chrystusa od pałacu Piłata na Golgotę. Czternaście razy przyklękają w momentach kiedy coś się wydarzyło. W Polsce o tej porze jest jeszcze zimno, a wieczorem ciemno. Poprzedniego dnia, podczas Mszy Św. główny celebrant obmywa stopy mężczyznom zgromadzonym przed ołtarzem na znak, że miłość do bliźniego to ofiara i służba. Powtarza ten gest za Chrystusem, który dokonał tego samego, zanim wydany został na mękę. W Niedziele Palmową, święcenie palemek. Na wspomnienie wjazdu Jezusa do Jerozolimy, który był witany przez ludzi machających liśćmi palmy. Palemki z bazi i bukszpanu albo z suszonych kwiatów. W telewizji i gazetach obowiązkowo – news – o wsiach: Łyse czy Lipnica Murowana, które słyną z największych, kilkumetrowych „palemek”. Ponad miesiąc wcześniej – w Środę Popielcową – ksiądz posypuje wiernym głowy popiołem, mówiąc do każdego z osobna: „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. To rozpoczyna trwający 40 dni post, w czasie którego ustawiają się długie kolejki do konfesjonałów. Kolejki po Boże przebaczenie i umocnienie w miejsce własnej słabości.

Popatrzyłam po moich współtowarzyszach wypadu – nie musieliśmy nic mówić, zrozumieliśmy się bez słów. Każdy z nas dokonał takiej samej wycieczki do Polski w myślach…

CHRYSTUS UMARŁ – CHRYSTUS ŻYJE…

Wyznawcy Chrystusa na całym świecie czczą Jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Chrystus umęczony, wyszydzony, zabity, złożony do grobu na trzeci dzień zmartwychwstał. Pokonał śmierć. Pozostawił przesłanie – miłości, miłosierdzia, potęgi przebaczenia, godności i wolności człowieka.

Jezus żył w czasach gdy nie było internetu, pociągów, samolotów, samochodów, telefonów, faksów, laptopów, komórek, maili, radia, telewizji. Nie był bogaty. Nie miał rodziców na wysokich stanowiskach. Nie współpracował z koronowanymi głowami ówczesnego świata. Sam był biedny, poruszał się pieszo, wyjątkowo raz na ośle, który i tak nie był Jego własnością. Nie współpracował z tymi co sprawują władzę. Nie władał językami obcymi. Nie miał dyplomu ani tytułu – profesora czy nawet magistra. Nie miał skomplikowanego zawodu. Nie zrobił powstania, jak niektórzy oczekiwali. Nie poprawił warunków bytowych, tym którzy Go słuchali. Nie przemierzył terytorium większego niż połowa polskiego Mazowsza . Nie miał biznes planu ani funduszy na wypromowanie swojej idei. Nie miał sponsora ani specjalistów od marketingu i PR’u. Zginął na krzyżu, najbardziej okrutną i zarazem najbardziej hańbiącą śmiercią, przewidzianą dla niewolników – jako jeden z wielu…

(…)

Jego przesłanie dotarło do większości zakątków kuli ziemskiej i w każdym jej miejscu ma wyznawców. Jego słowa zostały przetłumaczone na języki ojczyste większości ludzi zamieszkujących cały świat. Jego życie i nauka stały się podwaliną cywilizacji wschodniej i zachodniej. Przez kilkanaście wieków po śmierci, jak nikt inny, był inspiracją dla artystów, którzy malując, rzeźbiąc tworzyli kanony sztuki i kultury. Organizacja, w którą tchnął życie, kościół – istnieje do dziś. Na przestrzeni takiego czasu nie tylko żadna firma nie przetrwała ale całe państwa przestały istnieć. Prezydenci amerykańskiego supermocarstwa, obejmując urząd składają przysięgę na Biblię, zawierającą Jego naukę, a w wielu amerykańskich hotelach w wyposażeniu pokoi jest właśnie ta Księga. Jego życie i nauka stały się tematem wielu rozważań, prądów filozoficznych, sztuk teatralnych, książek, produkcji filmowych, które cieszą się nie gasnącą popularnością.

Ja osobiście bardzo lubię takie sceny końcowe, gdzie widzimy Jezusa współcześnie, tak jak i innych uczestników tamtejszych wydarzeń. Jezus w dżinsach idzie ulicą, kupuje herbatę, wsiada do autobusu, spotyka przechodniów, w których rozpoznajemy z wcześniejszych scen: uczniów – wierzących Jego słowom, nierządnicę o wielkim sercu, która zmieniła swoje życie, celników – nie cieszących się sympatią, liczących każdy grosz, faryzeuszy – uczonych, przedkładających naukę i prawo nad los bliźniego, żołnierzy – będących w pracy, przybijających do krzyża, Piłata wydającego wyrok śmierci i umywającego ręce… Bardzo lubię scenę końcową z musicalu „Jezus Christ Superstar” – gdy Judasz, widzący w Jezusie „przywódcę, któremu się nie udało”, już jako współczesny człowiek, zachwycony nowoczesnością, śpiewa, dając Mu „dobre rady”.

To mi przypomina słowa bł. Ks. Jerzego Popiełuszki, wygłoszone do ludzi zgromadzonych na warszawskim Żoliborzu przed kościołem Św. Stanisława Kostki, w czasie stanu wojennego w Polsce:

[…] Nasze cierpienia, nasze krzyże możemy ciągle łączyć z Chrystusem, bo proces nad Chrystusem trwa. Trwa proces nad Chrystusem w Jego braciach. Bo aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin. Zmieniają się metody, ale sam proces nad Chrystusem trwa. Uczestniczą w nim ci wszyscy, którzy zadają ból i cierpienie braciom swoim, ci, którzy walczą z tym, za co Chrystus umierał na krzyżu. Uczestniczą w nim ci wszyscy, którzy usiłują budować na kłamstwie, fałszu i półprawdach, którzy poniżają godność ludzką, godność dziecka Bożego, którzy zabierają współrodakom wartość tak bardzo szanowaną przez samego Boga, zabierają i ograniczają wolność.”

                                                                                    26-IX-1982

Czasy się zmieniają, technika się zmienia, moda się zmienia ale życie jest wciąż takie samo. Zawsze są biedni i bogaci, dobrzy i źli, zdrowi i chorzy. Małżeństwa szczęśliwe i nieszczęśliwe, dzieci chciane i niechciane, krzywdzący i pokrzywdzeni. Żądni władzy i pieniędzy, spragnieni sprawiedliwości i pokoju, pokój kończący się wojną i wojna kończąca się pokojem… można wymieniać tak bez końca… Nauka Jezusa jest wciąż aktualna bo dotyczy życia… a nie tego co je otacza.

„Co z tego, że mamy XXI wiek i coraz lepsze techniczne cywilizacje, kiedy nie potrafimy dotrzeć do drugiego człowieka, a rozwój emocjonalny i duchowy większości ludzi pozostaje w epoce kamienia łupanego” – powiedział Woody Allen, a mi uśmiech na twarzy się pojawia, gdy widzę jego oblicze i słyszę to zdanie, bo lepiej ująć się nie da. J

Triduum Paschalne kończy się Zmartwychwstaniem. Wielkanoc to święto zwycięstwa. Zwycięstwa – życia nad śmiercią, dobra nad złem, Jezusa nad szatanem. To najbardziej radosne i zarazem najważniejsze święto w kalendarzu chrześcijanina. A „szatan boi się ludzi radosnych” – jak powiedział św. Jan Bosko.

“Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?” On mu odpowiedział: “Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy”.

/M, 22,34-40/

Życzę wszystkim, bez względu na wyznanie, bądź jego brak – dużo miłości, przebaczenia, zrozumienia w każdej chwili życia. Życzę wszystkim aby na swej drodze życiowej tej „odświętnej” i tej poprzez – „codzienność” – spotykali ludzi, którzy potrafią kochać, rozumieć, przebaczać, budować a nie niszczyć. Budować na prawdzie, wolności i godności człowieka.

Chrystus Zmartwychwstał – Alleluja!

Obudźcie się!

Pobudka, idzie wiosna …

Z okazji święta wiosny, tym razem – bardzo krótko.

Ponieważ G., moja muza, opier.., tfu, tfu… zbeształa mnie, iż moje życzenia wiosenne oraz zimowe są od pewnego czasu przydługie, dlatego, tym razem, bardzo krótko: obudźcie się, schowajcie noworoczne i karnawałowe przebrania, idzie wiosna !!!

Grażyna & Ryszard Dąbrowscy

P.S. Obiecuję poprawę/pogorszenie, jak dożyjemy – życzenia z okazji przesilenia zimowego będą nieco dłuższe.

P.S.2. Nie muszę chyba dodawać, iż te powyższe życzenia podobnożyczeniowe, to życzeniawielkanocne.

wiosnard

Gül, Rose ohne Dornen

Anne Schmidt

Bekenntnis 1

Gül schaute nach Innen, so schien es. Sie lutschte am Daumen und wickelte eine Strähne ihres schwarzen Haares um den rechten Zeigefinger.  Sie war 15 Jahre alt, verhielt sich aber wie eine müde Fünfjährige.

Frau Schulz bemerkte dieses Verhalten nur am Rande ihres Blickfeldes, denn ihre Aufmerksamkeitwurde  von vier Mädchen beansprucht, die mit ihr in der Schulküche Spagetti gekocht hatten und gerade dabei waren, diese zu verzehren.

Anfangs hatten sie herum gealbert und Küchenutensilien kreisen lassen, aber Frau Schulzens Frage hatte  sie während der Mahlzeit verstummen lassen.

“Kennt Ihr Mädchen, die sexuell missbraucht worden sind und Hilfe brauchen?”, hatte Frau Schulz ohne jegliche Einleitung gefragt. Die vier schauten auf ihre Teller, nur Gül schien weiter vor sich hin zu träumen.

Jenny brach als Erste das Schweigen. “Ich kenne niemanden, aber mir wäre so etwas beinahe selber passiert.”

Zögernd erzählt sie, dass ein Kollege ihres Vaters sie vom Garten im Auto mitnehmen und zu Hause absetzen sollte.   Unterwegs habe er ihr komische Fragen gestellt und seine Hand auf ihren Oberschenkel gelegt.

Sie habe ihm seine intimen Fragen teilweise beantwortet und versucht, seine Hand wegzuschieben. Aber er habe gelacht und sie kindisch und naiv genannt. Als sie merkte, dass er in eine ruhige Parallelstr. zu ihrere eigenen fahren wollte, habe sie damit gedroht, aus dem Fenster zu schreien oder aus dem Auto zu springen.

Er habe weiterhin gelacht, sie eine Zicke genannt, sie aber am Friedhof aussteigen lassen.

Jenny fängt in Erinnerung an ihre Hilflosigkeit an zu weinen.
Das Schlimmste sei für sie aber gewesen, dass ihr Vater, als sie ihm das Erlebte schilderte, ärgerlich geworden sei.  Er habe gebrüllt, sie solle sich  nicht so anstellen, es sei doch gar nichts passiert.

Jenny schnieft noch ein bisschen und sagt trotzig: “Männer halten immer zusammen; sie sind halt Schweine.”

Bekenntnis 2

Betty umarmt Jenny und meint, sie könne gut verstehen, dass das Unverständnis des Vaters für Jenny sehr schmerzhaft gewesen sei.   Sie selber sei von ihrer Mutter angeschrien worden, als sie sich die Pulsadern aufgeschnitten habe. Alle starren Betty ungläubig an und Jenny hört auf zu schluchzen.

“Du wolltest dich umbringen? Warum?”

Alle stellen gleichzeitig diese stumme Frage, nur Jenny spricht sie laut aus. Betty zögert verschämt mit ihrer Antwort; sie schaut ziellos zu Tür, als sie flüstert: “Ich war für meine Eltern völlig unwichtig. Für sie gab es nur meinen Bruder; bei ihm war ein Tumor im Kopf festgestellt worden und er musste operiert werden. Als er wieder zu Hause war nach der Operation, wurde er von vorne bis hinten verhätschelt, besonders wenn er angeblich Kopfschmerzen hatte.  Ab und zu bekam er einen Tobsuchtsanfall und alle hatten Angst, er könne jemanden angreifen oder die Wohnung zertrümmern. Einmal hat er meine Mutter mit der Gabel bedroht, weil sie ihm kein Bier geben wollte. Keine Ahnung, ob er vorher schon mal Bier getrunken hatte, aber Alkohol ist für ihn absolut tabu, immer noch. Seit diesem Ausraster bekam er so ziemlich alles, was er wollte. Mich kommandierte er immer herum, als sei ich seine Sklavin.

Meine Eltern haben mich nie in Schutz genommen vor ihm. Sie haben mich entweder gar nicht beachtet oder auf mir herum gehackt. Mein Vater war tagsüber arbeiten und kam immer so müde nach Hause, dass er früh schlafen ging. Aber meine Mutter war tagsüber zu Hause, weil sie wegen Jens ihren Job an der Kasse vom Supermarkt aufgeben musste.  Sie ging am späten Abend hin zum Regale einräumen. Wenn ich von der Schule kam, passte sie mich immer schon an der Tür ab. Meistens war ich müde und hätte mich gern auf mein Bett geschmissen, aber sie hatte immer irgendwelche Arbeiten für mich. Putzen und Bügeln schaffte sie nicht, wenn sie kochen musste. Aber meistens hatte sie auch das nicht gemacht.  Ich kam mir vor wie der letzte Dreck.”

Betty fängt in Erinnerung an ihre häusliche Hölle an zu weinen. Jenny und Marie streichen ihr beruhigend über die Haare.

“Als mich mein Vater mit blutenden Armen nachts ins Krankenhaus bringen musste, schnauzte meine Mutter mich an. Du machst Papa nur Arbeit, du solltest dich schämen.”

Die Mädchen können ihrer Empörung nur Ausdruck verleihen, indem sie Bettys Mutter mit wüsten Schimpfworten belegen. Betty scheint das ein wenig zu beruhigen, denn sie hört auf zu weinen und schaut ihr Freundinnen dankbar an.  Nuren holt einen Kamm aus ihrer Tasche und beginnt Bettys strähniges Haar zu kämmen.

Jenny bringt Eyeliner und Wimperntusche und konturiert Bettys grüne Augen, die noch nie jemandem aufgefallen sind.

Gül schaut unsicher lächelnd der Verschönerung ihrer unscheinbaren Freundin zu und nimmt sogar den Daumen aus dem Mund. Marie fragt sie, ob ihr noch nie etwas Gemeines passiert sei.   Güls Gesicht, das vorher noch Erstaunen gezeigt hatt, verschließt sich und sie schüttelt ablehnend den Kopf. Sie dreht sich um und räumt die Teller vom Tisch.

Gül heisst in Wirklichkeit anders und war eine Schülerin von mir; alles, was ich geschrieben habe, ist authentisch und mir so von den Mädchen erzählt worden.
Fortsetzung nächsten Donnerstag