Stuart

Joanna Trümner

Gitara

Patrzył na stojącego przed nim w kolejce do odprawy młodego człowieka, kurczowo trzymającego w rękach gitarę, tak jakby bał się o to, że ktoś zniszczy lub ukradnie ten najważniejszy dla niego przedmiot. Jak dużo musiała dla niego znaczyć…

Uśmiechnął się do mężczyzny, przypominając sobie swoją pierwszą gitarę, na której przy pomocy pożyczonego w bibliotece samouczka uczył się chwytów i akordów. Przypomniały mu się prywatne lekcje nauki gry na tym instrumencie, pożerające całe kieszonkowe i „pożyczane” z torebki matki funty. Kościół i grupa muzyczna, prowadzona przez organistę i znienawidzone „Oh happy day” rozpoczynające każdą mszę. Godziny spędzone na plaży na ćwiczeniu gry i komponowaniu pierwszych własnych piosenek, szum morza, który w jego uszach brzmiał jak oklaski publiczności.

Narzucił sobie żelazną dyscyplinę, godzinami grał na gitarze na plaży, którą poza sezonem miał prawie tylko dla siebie. Tylko tam nikomu nie przeszkadzały nieraz fałszywie zagrane, powtarzane kilkanaście razy pod rząd melodie. Swoją pierwszą gitarę, sprezentowaną mu na 10 urodziny przez wujka Stuarta zostawił potem na plaży w Walton. Wujkowi Stuartowi, bratu matki i „czarnej owcy” w rodzinie, dzielącemu życie z innym mężczyzną, o którym w tamtych latach nikt nie odważyłby się powiedzieć „partner” albo „mąż”, zawdzięczał zresztą nie tylko imię i gitarę, Stuart-senior był przez całe życie jego dobrym duchem, aniołem stróżem.

Patrząc na nieznajomego, oddającego gitarę jako „bagaż specjalny” w ręce obsługi lotniska, myślał o tym, że mężczyzna może mieć dwadzieścia parę lat, czyli jest w wieku, w którym on zdecydował się na opuszczenie Anglii i rozpoczęcie nowego życia w Australii. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, może byliby dziadkiem i wnukiem, wybierającymi się wspólnie w odwiedziny do Europy. Czego wszyscy ci młodzi ludzie z różnych zakątków świata z wielkimi plecakami na plecach, od których roi się Sydney, szukają w kraju, który nigdy nie pojawia się na pierwszych stronach gazet innych kontynentów? Kraju, który jest tak daleko oddalony od problemów reszty świata, że może się wręcz wydawać, że nie istnieje na mapie?

A kim ja dla niego jestem – dobrodusznym dziadkiem, który za chwilę wyjmie portfel ze zdjęciami dzieci i wnuków i zacznie opowiadać mu swoje rodzinne historie? Samotnym, bogatym staruszkiem, który z nudów zwiedza świat? Biznesmenem, który zarezerwował miejsce w klasie biznesowej, bo go stać na zapłacenie wielokrotnie wyższej ceny za bilet i chce się w miarę wygodnie wyspać podczas tej wielogodzinnej podróży, przeliczając w głowie kolejne tysiące dolarów, które zarobiła jego firma? Depresyjnym wdowcem, który rusza w długą podróż, żeby zapomnieć o śmierci żony? W której z szufladek znalazłoby się dla mnie miejsce? Gdybym powiedział mu, że lecę przez prawie cały świat, żeby rozpocząć życie z moją dziewczyną, wpadłbym do szufladki „demencja”. Popatrzyłby na mnie z zażenowaniem, konstatując w duchu, że zgubiłem się w czasie i pamięć płata mi figle. Ze współczuciem myślałby zapewne o pokonanym przeze mnie morzu samotnych, pozbawionych sensu i wydarzeń dni i ucieczce w fikcyjny świat nieistniejących lub nieżyjących już ludzi. Choć może nie, może ktoś, kto nie potrafi się na dłużej rozstać ze swoją gitarą, nie zakończyłby rozmowy, nie odwróciłby się i nie odszedłby na drugi koniec poczekalni na lotnisku, pukając się w czoło.

Dlaczego młodym wydaje się, że mają monopol na pewne słowa, a ludzie w moim wieku powinni po przekroczeniu swojego „terminu ważności” żyć już tylko życiem swoich dzieci i wnuków, chorobami i wspomnieniami?

W głowie znowu pojawiła się stara, niemal zapomniana melodia „Long and winding road” Beatlesów – „długa i pełna zakrętów droga, która prowadzi do ciebie, do domu” – „to przecież o mnie, nie ma na świecie historii, której nie dałoby się opowiedzieć piosenką – pomyślał, zajmując miejsce w samolocie.

Dom

Jak wszystkie dzieci na świecie zastanawiał się często nad tym, czy nie został podmieniony w szpitalu i czy na pewno jest dzieckiem swoich rodziców. A może po prostu miał innego ojca? Patrząc po twarzach mężczyzn, spotykających się wieczorami w pubie rodziców zastanawiał się, który z nich mógłby przekazać mu geny, które tak bardzo różniły go od reszty rodziny. Od unoszącego się przez cały dzień w powietrzu zapachu smażonych ryb, zamienianego wieczorami na odór piwa i pomruk podniesionych, męskich głosów, od małego mieszkanka nad pubem, w którym dzielił pokój z dwoma siostrami i od włączonego przez cały dzień telewizora, zastępującego rozmowy z nieobecnymi, zajętymi budowaniem swojego imperium rodzicami. Dziełem i sensem ich życia był jedyny w okolicy pub, który w ciągu dnia oferował „fish and chips”, a od szóstej do jedenastej wieczorem zmieniał się w punkt spotkań mieszkańców Walton.

Pub był zamknięty w poniedziałki, które rodzice przeznaczali na próby wychowania dzieci i przekazania im swoich wartości. Z czasem pogodził się z tym, że nosi w sobie geny matki, która z latami stała się echem ojca i prawie każde zdanie zaczynała od „zdaniem Johna…”. Pogodził się też z genami Johna, a właściwie dwóch Johnów – roześmianego dwudziestolatka w stroju marynarza, uśmiechającego się do niego z fotografii wiszącej nad telewizorem i tego drugiego, małomównego, srogiego i wiecznie zmęczonego Johna, do którego nie odważyłby się przyjść z problemami czy wątpliwościami. Johna, który każdą prośbę o pieniądze kończył zdaniem „nie wiecie, jak ciężko jest zarobić na utrzymanie rodziny!”.

W ciągu sezonu letniego lokal był oblegany przez turystów i przynosił dochody, które starczały na przeżycie długich zimowych miesięcy, ale prawdziwą żyłą złota stał się dopiero po śmierci obojga. Wielki amerykański koncern odkupił dzieło rodziców i zapach ryb zmienił się w zapach hamburgerów. Razem z przybyciem wielkiego koncernu w Walton zaszły zmiany, dzisiaj to miejsce jest jednym z prawie identycznych na całym świecie miasteczek nad morzem, które podczas lata tętnią życiem, proponując turystom dania, pochodzące z wszystkich kuchni świata, stoiska z piwem, dyskoteki i inne atrakcje. Nawet podczas „zimowego snu”, w który zapadają wszystkie nadomorskie miasteczka, Walton oferuje mieszkańcom więcej niż jeden jedyny „fish and chips”, będący równocześnie pubem.

Londyn

Stuart-senior zjawiał się w Walton kilka razy do roku i zostawał tam na tyle długo, aby nie zdążyły paść niedyskretne pytania o jego życie z Brianem. Po wielu rozmowach w pubie udało mu się przekonać rodziców do pozwolenia dzieciom na odwiedzenie go w Londynie: „Ale tylko pod warunkiem, że nie będzie tam w tym czasie tego pana”. Brian przeprowadzał się więc na tydzień pobytu dzieci do zaprzyjaźnionego małżeństwa, torując w ten sposób drogę do corocznych odwiedzin w Londynie.

Stuart senior pokazał im w ciągu tego tygodnia główne zabytki miasta, zaprowadził je do kina i teatru, nauczył korzystać z biblioteki – nigdy nie miał własnych dzieci i przejął rolę ojca i nauczyciela – spędzał z nimi godziny na zwiedzaniu galerii i muzeów, na wspólnym gotowaniu posiłków i rozmowach. Dla całej trójki ten tydzień, spędzany co roku u wujka Stuarta, stał się najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu. Świat pokazywany przez Stuarta, był tak różny od Walton, że chyba by się w nim zgubili bez przewodnika. „W tym mieście można być tym, kim się chce być. A jeżeli zechcesz być kim innym, to wystarczy pojechać do innej dzielnicy” – powtarzał, namawiając bratanka do ubiegania się o stypendium na studia matematyki na renomowanej londyńskiej uczelni.

Dzięki corocznym wizytom w Londynie Stuart-junior zrozumiał, jak niewiele wspólnego ma pub w Walton z jego marzeniami. Londyn, to miasto-moloch tak bardzo zachwyciło go swoją różnorodnością, kolorami, muzyką graną w letnie wieczory we wszystkich parkach, kulturami, o których nawet nie słyszał, że miał już w głowie tylko jedno – zdobyć stypendium i przyjechać na studia do Londynu.

Szczęście uśmiechnęło się do niego i dostał stypendium na uczelni, o studiowaniu na której nikt w Walton do tej pory nawet nie marzył. Przez pierwszych kilka miesięcy zamieszkał u swojego anioła-stróża i jego przyjaciela-Briana.

Cdn.

 

Was nun, Gül?

Anne Schmidt

Haushaltsgeld

Unsicher schaut Gül Frau Schulz an; diese nickt zornig.

“Hast du deinen Bruder angezeigt?” Sie ist ziemlich sicher, dass Gül es nicht getan hat. So ist es!

Gül, die  nach dem Aufenthalt im Krankenhaus und danach im Frauenhaus in die Wohnung ihrer Eltern zurückgekehrt war, hatte sich völlig in sich zurückgezogen. In ihrem Handy waren die Nummern ihrer Freundinnen gelöscht, sodass sie niemandem – ausser Emine – ihr Herz ausschütten konnte. Emine redete ihr immer gut zu und überzeugte sie davon, dass sie mal wieder ausgehen müsse, um andere Menschen kennen zu lernen. Aber Gül traute sich nicht, saß den ganzen Tag in ihrem Zimmer, hörte Musik und horchte auf die Schritte auf dem Korridor.

Ihr Bruder schlich nicht draussen herum, denn der wohnte inzwischen am Kottbusser Tor. Ihre Schwestern hatten inzwischen geheiratet und wohnten ein paar Straßen weiter; sie kamen nur selten zu Besuch. Ihr Vater hielt sich kaum zu Hause auf: Entweder war er im Teehaus oder in der Moschee am Columbiadamm.

Ihre Mutter ging einmal in der Woche in die Passionskirche, um sich von Laib und Seele Lebensmittel gegen einen kleinen Obulus einpacken zu lassen; der Vater gab ihr zu wenig Haushaltsgeld.

Gül litt darunter, sich von ihrer Mutter bekochen zu lassen, gespendeten Kuchen zu essen.

Eines Tages raffte sie sich auf und ging zur Bank. Sie hatte immer gespart, was sie in den Ferien und später als Putzfrau verdient hatte. Ihre Mutter wusste nichts von ihrem Konto, denn die hätte sonst alles Geld für sich reklamiert, für die vielen Ausgaben, die sie wegen ihrer Tochter gehabt hatte. In diesem Punkt war Gül hart geblieben: Ihr Konto war ihr einziger geheimer Besitz.

Der Gang zur Bank brachte für Gül die Wende, denn auf der Bank sprach sie eine junge, hübsche Frau an, die sie nicht sofort erkannte. Es war Nuren, ihre Freundin aus der Schulzeit. Nuren umarmte sie und sprudelte über vor Freude. Gül erinnert sich mit glänzenden Augen an das Wiedersehen. “Von da an war meine Einsamkeit weg. Nuren gab mir die Telefonnummern von Jenny und Betty und ab sofort konnte ich von meinem Zimmer aus täglich mit ihnen quatschen. Ich habe ihnen nichts von meinem Bruder erzählt, nur von meiner Zwangsheirat. Nuren kennt viele Frauen, denen dasselbe passiert ist. Meistens wurden sie in die Türkei gelockt unter dem Vorwand, eine sterbende Oma oder einen todkranken Opa zum letzten Mal besuchen zu müssen. Nuren selber hatte eine Ausbildung zur Erzieherin gemacht und sich eine eigene Wohnung gesucht. Betty war inzwischen Lageristin geworden und Jenny Fachverkäuferin für Kosmetika.

“Jenny war – wie früher – die unternehmungslustigste von den Dreien und überredete mich eines Tages, am nächsten Abend mit mir in eine deutsch-türkische Disco zu gehen. Als Jenny mich am nächsten Abend abholen wollte, war ich fest entschlossen, nicht mitzukommen. Ich hatte den ganzen Tag gegrübelt und fühlte mich kraft- und lustlos. Meine Mutter hatte mehrmals an die Tür geklopft und mir Essen und Tee angeboten, aber ich hatte nicht reagiert. Plötzlich stand Jenny vor der Tür. Meine Mutter hatte ihr die Wohnungstür aufgemacht, obwohl sie sie nicht leiden kann. Sie ist für sie der Inbegriff der deutschen Schlampe. Als Jenny mich sah, reagierte sie sehr einfühlsam: Sie nahm mich an den Arm und redete mit mir, wie mit einem Kind. Ich hatte noch mein Nachthemd an und Jenny ahnte, dass ich nicht mitgehen wollte. Sie drückte mich auf einen Stuhl und fing an, ganz vorsichtig mein Haar zu bürsten. Während der Zeit summte sie einen der gängigen türkischen Popsongs und immer, wenn das Schmatzen vom Küssen kam, drückte sie mir ein Küsschen auf die Wange. Sie zog mich ins Badezimmer, damit ich mir den Schlaf aus dem Gesicht wusch und schob mich vor den Spiegel. Sie holte ihr Schminktäschchen aus ihrem Rucksack und zog meine Lippen nach. Mehr bräuchte ich nicht, meinte sie, ich sei schön genug, so wie ich sei. Nur die Mundwinkel müsse ich aus ihren Ecken heben, damit nicht jeder mich für eine übellaunige Tussi halte. Dann holte sie ihr Handy aus der Tasche, umarmte mich und machte ein Selfie von uns. Sie zeigte es mir und ich sah, dass meine Mundwinkel immer noch zu tief hingen.

>>Nun ist Schluss mit Trauer<<, sagte sie, holte ein Top aus dem Schrank, befahl mir, meine engsten Jeans und das Top anzuziehen und ließ mich vor dem Spiegel im Flur Maß nehmen. >>Turnschuhe genügen, du brachst keine High Heels<<, meinte sie und lachte bei der Vorstellung. Sie rief meiner Mutter einen frechen Abschiedsgruß zu, den die nicht verstand, aber freundlich erwiderte und zog mich auf die Straße.”

Reblog z Miasta kobiet

Miasto Kobiet

Karolina Macios

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?

Moje dziecko postanowiło zostać papieżem. „Jan Paweł III, Jan Paweł III”, podśpiewuje, lepiąc z plasteliny kupkę śmieci pod drzewem, bo tylko takie drzewa widuje na naszym osiedlu.

Karolina Macios / fot. Anna CiuprykKarolina Macios / fot. Anna Ciupryk

„Jan Paweł III, Jan Paweł III”, nuci, myjąc zęby i przy okazji plując pastą na podłogę. A gdy babcia pyta: „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?”, syn odpowiada: „Jan Pawełem III”, bo wciąż ma problemy z deklinacją. Babci łza w oku się kręci, bo córka co prawda stracona, ale za to wnuk jeszcze ma szanse wyjść na ludzi. I to jakich ludzi! Mężczyzna mojego życia, to znaczy ten pierwszy z dwóch mężczyzn mojego życia, spogląda na mnie z paniką w oczach. Wcale mu się nie dziwię, bo jak by to wyglądało, gdyby syn buddysty został papieżem? Wstyd i basta. A ja spoglądam na drugiego mężczyznę mojego życia i myślę sobie: fiu, fiu, wysoko mierzy. Trudno mu będzie, co prawda, bo na religię nie chodzi, nie chrzczony w dodatku, a ja do ołtarza w białej kiecce nie szłam, ale co mu będę za młodu skrzydła podcinać? Mówię mu uparcie: „możesz zostać, kim chcesz, synu”.
Nie ukrywam, lepszy byłby zawód, co to aż tak wiele od człowieka nie wymaga, nie weryfikuje jego rodziny, związków i poglądów, nie pozwala innym zaglądać człowiekowi do łóżka ani decydować o tym, w co ma się ubierać i jak zachowywać. No, ale chwileczkę, myślę sobie, rozejrzawszy się dookoła. Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy ci bez białych sukienek, ślubów, chrztów i szczęśćboże znaleźli się w mniejszości, a mniejszość z reguły znajduje się na dole łańcucha pokarmowego. Logika podpowiada, że im wyżej w łańcuchu, tym lepiej, więc właściwie czemu nie miałby zostać papieżem? Nie jest kobietą, a to już spory plus. No chyba że zmieni płeć, ale co wówczas byłby z niego za katolik? Szanse, że zajdzie w nieślubną ciążę i ją usunie, tak czy siak raczej znikome. Musiałby się, co prawda, wyrzec znajomości rodziców z wujkami, którzy lubią mężczyzn, bo to źle by wyglądało, no i przestać wreszcie mówić: „my nie wierzymy w Boga, ale za to wierzymy w masę fajnych rzeczy, prawda?”, ale to też dałoby się jakoś załatwić.

W tym wieku za czekoladę człowiek zrobi wszystko.

Pozostała jeszcze kwestia chrztu, komunii i bierzmowania, ale w tym wypadku im później, tym lepiej – w końcu z jednego nawróconego grzesznika większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, prawda? Nie wspominając już o synu marnotrawnym. Musiałby też chodzić w kiecce, ale o to akurat zadbaliśmy zawczasu – w naszym domu panuje przekonanie, że każdy może się ubierać, jak chce, a chłopcy też mogą chodzić w sukienkach. Na szczęście mówimy tu o białej, a nie różowej, bo różowego koloru mimo tolerancji nie przeskoczymy. Taki zawód nie pozwoliłby mu również z nikim się związać, przynajmniej oficjalnie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli mój syn pokocha mężczyznę, to też oficjalnie się z nim nie zwiąże. Nie w tym kraju. Na szczęście żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, bo i tak obiecał, że ożeni się tylko ze mną. Co prawda, jeśli w końcu się zdecyduje, „Miasto Kobiet” będzie musiało usunąć ten felieton z archiwum, ja będę musiała wziąć ślub kościelny i to raczej nie z buddystą, wyrzec się kilku przyjaciół, wycofać z obiegu ze trzy moje książki i usunąć po cichu tych wszystkich, którzy poznali moje poglądy, ale… czego się nie robi dla dziecka?
Cokolwiek zdecyduje, poprę go, od tego są wszak matki. Ale do tego czasu na pewno nauczy się sam myśleć i wyciągać wnioski. Poza tym może nadejdą takie czasy, kiedy sam wybierze, w co i jak chce wierzyć, kto wie? Może wtedy w szkole będzie pisać sprawdziany z tego epizodu w historii Polski, kiedy Bóg, Honor i Ojczyzna mieli się znacznie lepiej od tych, co tu nie pasowali?

Varsaviana Ani Dobrzyńskiej

Anna Dobrzyńska

Do stolicy – pod górkę

To że Warszawa w XVII wieku zaczęła pełnić funkcję stolicy – powszechnie wiadomo. Stało się tak za sprawą Zygmunta III Wazy, który po pożarze Wawelu potrzebował nowej siedziby a także z powodu sejmów polsko-litewskich, dla których najlepszą siedzibą okazał się warszawski Zamek Książąt Mazowieckich – usytuowany w połowie drogi między Krakowem a Wilnem.

A jak było ze stołecznością Warszawy? Przypatrzmy się dokładniej.

Otóż król Zygmunt III Waza, któremu to warszawiacy zawdzięczają ustołecznienie ich miasta, nie był wcale pierwszym władcą rezydującym na Zamku. Czynili tak już wcześniej Zygmunt August i Stefan Batory, sprowadzając się czasowo do Warszawy w trakcie prowadzenia wojny z Rosją. Zygmunt III Waza do Warszawy nie przeniósł się od razu, zaraz po pożarze na Wawelu. Musiał czekać aż 16 lat, do 1611 roku gdyż Zamek Książąt Mazowieckich (obecnie Zamek Królewski), był właśnie w trakcie gruntownej przebudowy – projekt zakładał barokową bryłę z pięciokątnym dziedzińcem wewnętrznym i trzema bramami, usytuowanymi na osiach prostopadłych. Tak zmodernizowany Zamek jak i całe jego otoczenie musiało robić na warszawiakach duże wrażenie, bo tak pisał o Warszawie Adam Jarzębski, autor pierwszego przewodnika po mieście, z 1643 roku.

Panie, gdym wszedł właśnie w Rynek,
Pięknym widział tam budynek,
(…)Barzo kamienice śliczne,
W Rynku, także i uliczne,
Błyszczą się od złota prawie,
Nie masz takich w Czersku, Rawie.

A jakie wrażenie robiła Warszawa na przyjezdnych?

Jeśli oprzemy się na XVIII-wiecznej Encyklopedii Diderota – to raczej nie najlepsze. Znajdziemy tam taki opis:

To zwykła dziura, zamieszkana przez kupców i rzemieślników.
Choć jest stolicą nie posiada nawet kurii biskupiej.

stolica1

Bellotto Canaletto.
Plac zamkowy, po prawej stronie – kamienica Johna.

Ale nawet po wstępnym zakończeniu budowy i przeprowadzce króla nie wszystkie urzędy państwowe przeniosły się do Warszawy. I tak – Trybunały Koronne miały nadal siedziby w Lublinie, Piotrkowie i Łucku (Wołyń), Trybunał Skarbowy pozostał w Radomiu, a Skarb Koronny i urząd Prymasa – w Krakowie. Główny kościół, do którego uczęszczali na Msze święte królowie, czyli dzisiejsza bazylika archikatedralna, doczekała się tego awansu dopiero w 1798 roku. Do tego czasu pozostawała tylko kolegiatą.

Kolejnym utrudnieniem, z którym Warszawa musiała się zmierzyć na swojej drodze do stołeczności, były „jurydyki”, a więc prywatne miasteczka należące do króla, magnaterii lub duchowieństwa. Warszawa w prawidłowym tego słowa znaczeniu była jedną z jurydyk, obejmującą obecne Stare Miasto i była „oblepiona” pozostałymi miasteczkami, których było około 20. Każda z jurydyk rządziła się samodzielnie a władza państwowa w zakresie porządku i bezpieczeństwa ograniczała się do przestrzeni – a dokładniej mili – od aktualnego miejsca zamieszkania króla. To znacznie utrudniało rozwój Warszawy jako miasta stołecznego i odróżniało ją od innych stolic europejskich. Jeżeli jeszcze zważymy na fakt, iż królowie lubili zmieniać swoje siedziby… mamy do czynienia z miastem gdzie prawo zmienia się w zależności od tego gdzie król się budzi i gdzie zasypia… A gdzie zatem budzili się i zasypiali owi monarchowie? Rezydowali we wspomnianym już Zamku Królewskim, w Wilanowie, w Pałacu Saskim i Łazienkach Królewskich.

stolica2

Bellotto Canaletto. Elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1764 roku na Woli

W kwestii ceremonii państwowych Warszawa również odbiegała od innych stolic, gdyż większość kluczowych dla państwa uroczystości miała miejsce w Krakowie. W Warszawie odbywały się co prawda wszystkie wolne elekcje, lecz koronacje, dużo ważniejsze rangą, przeprowadzane były Wawelu. Wyjątek stanowiły cztery koronacje, królów: Stanisława Leszczyńskiego (1705 rok) i Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764 rok) a także żon królewskich: Cecylii Renaty – żony Władysława IV Wazy (1637 rok) i Eleonory Marii Habsburg – żony Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1670 rok). Miała miejsce też piąta koronacja, niechlubna dla państwa polskiego, pewnie z tego powodu często pomijana w opracowaniach, koronacja cara Mikołaja I Romanowa (1829).

Car Mikołaj choć był zaborcą i co do tego nikt nie ma wątpliwości, równocześnie przysłużył się stołeczności Warszawy, nadając jej oficjalną rangę stolicy, w aktach prawnych Konstytucji z 1815 roku! Jednakże wybuch powstania listopadowego i detronizacja cara z pozycji króla Polski, zaowocowała odebraniem Królestwu Polskiemu Konstytucji a zatem Warszawa znów oficjalnie stolicą nie była…

Dopiero w niepodległej Polsce – doczekała się tego tytułu.

Cóż… początki bywają trudne.

Stadtlegenden

Es hat noch Zeit, eigentlich sehr viel Zeit, aber die Organisatorin wollte, dass ich es unbedingt schon jetzt veröffentliche. Na ja, es handelt sich um Piwnica pod Baranami, eine der Stadtlegenden Krakaus und Polens, dafür kann ich ja auch zweimal werben, einmal heute und einmal im Spetember… Meinetwegen 🙂

ulotka-piwnica-przod(1)

25. SEPTEMBER 2016, 18:00 Uhr

BABYLON, Rosa-Luxemburg-Str. 30, Berlin

http://www.ewadmoch.eu

DIE UNERTRÄGLICHE LEICHTHEIT DES SEINS

Es soll ein künstlerisches Ereignis werden, der Abend mit Beteiligung von Künstlern des Kabaretts Piwnica pod Baranami, das eine ganz besondere „Insel“ ist –auf keinen Fall aber eine ruhige und utopische Insel.
In dieser Extraklasse des Kabaretts wird es Auftritte u.a. von Tadeusz Kwinta, Mieczyslaw Święcicki, Miki Obłoński, Czesław Wojtała, Ewa Wnuk-Krzyżanowska, Oli Maurer, Tamara Kalinowska, Leszek Wójtowicz, Rafał Jędrzejczyk, Piotr Kuba Kubowicz, Agata Ślazyk, Dorota Ślęzak, Beata Czernecka, Maciek Półtorak, Rafał Jędrzejczyk, Kamila Klimczak, Andrzej und Aneta Talkowski und anderer geben.

Es ist eine starke eingespielte Künstler-Boheme,
die für das gemeinsame Spiel alles hinwirft.

Eine einmalige Atmosphäre
– surrealistischer Humor, Lyrik, herrliche Lieder.

Gastgeber des Abends: Leszek Wójtowicz
Musikalische Leitung; Michał Półtorak
Drehbuch und Regie: Bogdan Micek

ulotka-piwnica-tyl(1)

Während des Konzerts kann das Buch „Kabaret w Polsce 1950 – 2000“ (Kabarett in Polen von 1950 – 2000“) käuflich erworben werden und es gibt ein Zusammentreffen mit den Autoren des Buches

Informationen und Tickets:
Ewa Dmoch, http://www.ewadmoch.eu

Samobójca z Cmentarza Tatarskiego

Ewa Maria Slaska

Już donosiłam, że piszę teraz książkę o tatarskim dziedzictwie rodzinnym. Przed kilkoma tygodniami pojawił się tu pierwszy wpis z serii, którą można by zatytułować “Tatarskie odpryski” – w trakcie poszukiwań i lektur co i raz pojawiają się tematy uboczne, których na pewno nie będę potrzebowała w książce, ale skoro się pojawiły, szkoda by było je całkiem zignorować. Takim tematem jest…

Mężczyzna z Cmentarza Tatarskiego w Warszawie

Lech Milewski pisząc o Powstaniu w Irlandii wspomniał ulicę Tatarską w Krakowie, co mi przypomniało, że w Lublinie jest Tatarski Majdan, a w Warszawie – nie tylko ulica Tatarska, ale i Cmentarz Tatarski, a nawet dwa: Muzułmański Cmentarz Kaukaski i Muzułmański Cmentarz Tatarski, oba zaliczane obecnie do zespołu zabytkowych cmentarzy wyznaniowych na Powązkach.

Cmentarz Kaukaski został założony w 1830 roku. Miał tysiąc m² powierzchni, a gdy się przepełnił w roku w 1867  powstał Cmentarz Tatarski, nieco większy – bo mierzył 0,5 ha, zaś obecnie zajmuje około 1 ha. Na Cmentarzu Kaukaskim są obecnie chowani uchodźcy z Czeczenii. Oba cmentarze były podczas powstania warszawskiego terenem ciężkich walk.

Na cmentarzach muzułmańskich chowani byli głównie muzułmańscy żołnierze carskiej armii stacjonującej w Warszawie. Później zaczęto grzebać tu innych muzułmanów. Są one miejscem spoczynku polskich Tatarów, głównie wywodzących się z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeszcze pod koniec XIX w. Cmentarz Tatarski podzielony był na część dla bogatszych (na prawo od wejścia) i część dla biedniejszych (na lewo od wejścia). Potem ten podział zarzucono z inicjatywy warszawskiego imama. Podczas I wojny światowej spoczęli tu zmarli w niemieckiej niewoli żołnierze carscy wyznający islam.

Przeglądam listę nazwisk osób pochowanych na obu cmentarzach. Niewiele. Na Kaukaskim Jan Buczacki, tłumacz Koranu, na Tatarskim – Jerzy Edigey (zm. 1983) – adwokat, działacz społeczny, autor powieści kryminalnych. Wikipedia podaje, że wywodził się z tatarskiej rodziny szlacheckiej, herbu Koryca, osiadłej na Litwie w XVI wieku. Przydomek i literacki pseudonim „Edigey” przyjął od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy – Edygeja, który według legendy miał dać początek rodzinie Koryckich.

Na cmentarzu wyróżnia się nagrobek w kształcie minaretu z szarego kamienia na grobie Abduła Halika Usmi, zmarłego w wieku 29 lat dnia 13 marca 1932. Grób pięknie zdobiony, z wyrytymi strofami wiersza Zygmunta Krasińskiego pt. „Resurrecturis”: Mnóż ty się jeden przez czyny żyjące, / A będą z ciebie jednego — tysiące! Jest dziełem znakomitego warszawskiego artysty i mistrza kamieniarskiego, Bolesława Sypniewskiego.

Halik Usmi był Turkiem ze Stambułu. Używał przydomka bej, co znaczyło, że pochodził ze szlacheckiego rodu, w Polsce posługiwał się tytułem książęcym. W każdym razie napis na grobie głosi: Książę Abdul Halik Usmi. 1903-1932, co jednak może nie być prawdą, a niejaki Kamil Alijew (Камиль Алиев) twierdzi, że nie ma w annałach takiego kniazia.

Przyjechał do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Handlowej, jednocześnie był kaskaderem. Jako woltyżer dublował kilka ról aktorskich w trudnych scenach w filmach polskiej produkcji. To dzięki temu poznał miłość swojego życia i… przyczynę śmierci. Halik zakochał się bowiem bez pamięci w Jadwidze Smosarskiej, słynnej divie przedwojennego kina polskiego. Porzucił dla niej swą muzułmańską narzeczoną. Teraz jednak sprawa nie jest jasna – bo jedna z opowieści o Haliku głosi, że aktorka odrzuciła amanta, druga – wręcz przeciwnie – że była mu nader przychylna i nawet rozważała przejście na islam. Coś się jednak poszło nie tak.

alikijadwinia

Był młody (choć wcale tak znowu młodo nie wyglądał), zamożny, przystojny i szybko znalazł dostęp do warszawskiego światka. Bywał w „Oazie”, znanej restauracji przy ulicy Wierzbowej, gdzie mógł może spotkać mojego wujecznego dziadka, tak jak i on – bywalca. Choć może nie, bo legenda rodzinna głosi, że dziadek bywał w “Adrii” i możliwe, że były to zupełnie różne kręgi. W „Oazie” działał kabaret, założony przez Juliana Krzewińskiego i Władysława Waltera, dancing i bar-grill room. Alkohol, kobiety, taniec i śpiew. Dochodziło do bójek między podpitymi gośćmi. Tak też się zdarzyło w sylwestra 1931 roku, gdy Halik wdał się w spór z majorem Sobolewskim i został przez niego postrzelony w szyję. Jedna wersja głosi, że poszło o honor pięknej aktorki, druga, że przystojny Turek flirtował (na odległość, na odległość!) z towarzyszką oficera. Sprawa stała się głośna i informowała o niej prasa w całej Polsce.

Możliwe, że była to prowokacja i że Halik chciał zginąć w pojedynku. Gdy się to nie udało, w kilka tygodni później zabił się strzałem z rewolweru. Była niedziela, wczesny ranek, 13 marca 1932 roku w Domu Akademickim przy ul. Akademickiej 5. Pokój 655.

Podobno to Smosarska miała ufundować nieszczęsnemu wielbicielowi piękny nagrobek na Cmentarzu Tatarskim.

Aktorka wyszła za mąż dopiero w roku 1935, w roku 1939 wyjechali oboje z mężem do USA. Powróciła do Polski w roku 1970. Podobno odwiedzała cmentarz i przynosiła kwiaty na grób Halika.

Uwaga, jeśli zechcecie odwiedzić cmentarze muzułmańskie w Warszawie, a właściwie tylko Cmentarz Tatarski, bo Kaukaski jest zamknięty na głucho i niedostępny, to musicie być stosownie ubrani, w strój zakrywający całe ciało. Kobiety muszą zasłonić włosy.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2012/02/09/serce-zaklete-w-kamieniu-historia-pewnej-smierci-i-pewnego-grobowca/#ixzz48EvIQgmI

http://kumukia.ru/article-82

 

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

„Ungeduld des Herzens“

Und wir sind in ein Stück gegangen, das sich vom Titel her ganz vorgestrig anfühlte und dann im Theater modern und aktuell war und doch zugleich die Situation in Wien und in Österreich vor dem Ersten Weltkrieg wiedergab.

Es ist immer wieder faszinierend, wenn auf der Bühne etwas aus minimalen Mitteln groß wird; es sind nur fünf Schauspieler, ein paar Stühle, Tische, ein Glaskasten – und die Technik, die alte Fotos, Landschaften, den Himmel auf den Hintergrund projizieren lässt; dazu kommen noch Geräusche oder besser Geräuschkulisse. Wie wenig braucht man, um einen Zug darzustellen, durch einfache Bewegung des Körpers, das gewisse Schaukeln, dazu die Stühle hintereinander aufstellt und ein bestimmter Rhythmus gehalten. Natürlich, würde man sagen, so spielen auch Kinder Zug, das sind Urbewegungen, die etwas markieren, sichtbar machen, ohne großen Aufwand. Aber da sind noch die zwei Protagonisten: der Arzt und der Leutnant, die zusammen spazieren gehen und die Bewegung darstellen, ohne dass sie sich eigentlich vorwärts bewegen; so dass der Zuschauer mit ihnen mitgeht und im Gehen mithört. Oder: Mit einem Tisch und einem Stuhl wird eine Terrasse ganz oben im Turm des Schlosses improvisiert, und der Zuschauer ist ganz überzeugt, dass die Personen, Edith und ihr Vater, von der Terrasse herunterschauen, und er spürt die Weite und ihren Blick und dabei lässt er auch seinen eigenen in die Landschaft schweifen. Das alles muss man aber sehen und als Regisseur einzusetzen wissen.

Überhaupt ist in dem Stück alles in Bewegung, die Schauspieler übernehmen mehrere Rollen, tauschen sie aus, probieren sie an sich anzupassen, mit der Stimme und der Bewegung, und wählen jeweils die beste Option aus. Sie erproben immer wieder, wie aus der Stimme, dem Geräusch, der Ton, der Bewegung und dem Bild am besten ein Ganzes entsteht, in dem noch dazu die Emotionen und der Inhalt zusammenspielen. So kommt es, dass ein Buch, ein Roman in zwei Stunden so intensiv und klar vorgestellt wird, dass man meint es gelesen und sich tief mit den Problemen auseinandergesetzt zu haben.

Es muss ein Meisterstück sein, sowohl vom Stoff her als auch in der Bearbeitung. Die Bearbeitung des Textes stammt von Simon MacBarney, seinem Co-Regisseur James Yeatman und Maja Zade, für die szenische, bildhafte Umsetzung ist Simon MacBarney verantwortlich. Der Regisseur aus England beschreibt, wie sie proben, indem sie immer wieder ein Spiel, ein Ballspiel, als Aufwärmübung spielen, und das erlaubt allen, sich zu bewegen, ihre Positionen immer wieder zu wechseln, die bestmöglichen auszuwählen und diese Bewegung dann in das Stück zu übernehmen. Das Gleiche passiert mit dem Ton, er ist einen Moment vorher da, das Schlürfen, der Schrei, der Kanonendonner, der Donner des Gewitters, alle Töne signalisieren schon vor den Worten das Kommende oder unterstreichen es. Der Ton und die Bewegung können viel leichter Emotionen hervorrufen, das Wort kann sie dann korrigieren und richtigstellen; aber die Ungeduld des Herzens nachzuzeichnen, nachempfinden zulassen, das machen eben die Nebeneffekte. Mit dem Text wird so lange gearbeitet, bis er auch einen Rhythmus und einen genauen Ausdruck hat, der nicht austauschbar ist und genau zu dem Moment passt. Man spürt fast durch das ganze Stück hindurch, dass hier nichts austauschbar ist, dass die Harmonie des Wortes, der Bewegung, des Tons und des Bildes im Hintergrund immer ein Ganzes schaffen will.

Die Geschichte ist die eines Leutnants der K. und K.-Armee, der sich aus Mitleid aber auch aus falsch verstandenen Ambitionen mit der gelähmten Tochter eines reichen jüdischen Industriellen verlobt. Die Geschichte des Vaters von Edith spielt bei der Erfüllung des Schicksals mit; er ehelicht die Gouvernante des Hauses Kekesfalba, die zur Erbin wird und die bei der Geburt ihrer Tochter stirbt. Der Leutnant ist von Mitleid ergriffen und verlobt sich mit der in ihn verliebten, intelligenten Tochter, die aber eben Invalidin ist. Dem Leutnant selbst sind seine Beweggründe nicht klar, er schwankt zwischen Mitleid und echter Zuneigung. Der Autor unterscheidet zwischen zwei Arten von Mitleid und legt dem Arzt des Mädchens seine Interpretation des Begriffs Mitleid in den Mund: Den Leutnant bewege „das schwachmütige und sentimentale Mitleid, das eigentlich nur Ungeduld des Herzens ist“ und das soll „durch das andere, das einzig zählt – das schöpferische Mitleid, ersetzt werden, das weiß, was es will und entschlossen ist alles durchzustehen bis zum Letzten“. Vor seinen Kameraden verleugnet er die Verlobung, denn er fürchtet, dafür ausgelacht und verachtet zu werden, dass er sich an einen Krüppel gebunden hat. Nachdem Edith davon erfährt, stürzt sie sich vom Turm des Schlosses in den Tod, der Leutnant versucht vor seinen Gewissensbissen in die Wirren des Weltkrieges zu flüchten.

Die Handlung ist einfach und immer aktuell, der Erzählfluss von Zweig sehr einfühlsam, mitreißend und bewundernswert. Der Ich-Erzähler spricht von entlegenen Zeiten, die aber, so stellt sich aber schnell heraus, mehr als aktuell sind. So ist das auch in der Aufführung: Anfangs spielt die Handlung in einem Museum und es wird im Ton des Geschichtenerzählens berichtet, sie endet aber mit aktuellsten Bildern aus der Gegenwart (nach der Videomontage von Aufnahmen aus dem Ersten Weltkrieg kommt unerwartet das Foto eines Flüchtlingsboots).

Der britische Regisseur MacBarney wurde durch ein mit seiner Kompanie Complicite aufgeführtes Stück nach der Erzählung des polnisch-jüdischen Schriftstellers Bruno Schulz „Street of crocodiles“ weltberühmt, hier arbeitet er mit dem deutschen Ensemble der Schaubühne, benutzt aber seine erprobten Mittel: Bewegung, Ton und Videoinstallationen.

Der Text beruht auf dem Roman von Stefan Zweig, der 1939 veröffentlich wurde. Bald musste Zweig aus dem deutschen Sprachraum verschwinden, seine Bücher wurden von den Nazis verbrannt, wie übrigens auch die des anderen Zweig, Arnold; er selbst floh zuerst in die Schweiz, dann nach London und New York und endete in Brasilien, in Petropolis, wo er 1942 zusammen mit seiner Frau Selbstmord beging.

***

Ungeduld des Herzens

Schaubühne am Lehniner Platz
Kurfürstendamm 153
10709 Berlin

Theaterkasse

Tel +49.30.890023
Fax +49.30.89002-295 300
ticket@schaubuehne.de

Eine Koproduktion mit Complicite.

Autor: Stefan Zweig
Regie: Simon McBurney
Co-Regie: James Yeatman
Bühne: Anna Fleischle
Kostüme: Holly Waddington
Licht: Paul Anderson
Sound Design: Pete Malkin
Mitarbeit Sound Design: Benjamin Grant
Video Design: Will Duke
Dramaturgie: Maja Zade

Dauer: ca. 120 Minuten

Kolejne lektury sprzed lat

Lech Milewski

Dutch doll looking face

Pod koniec 1934 roku Australia spodziewała się wizyty niebezpiecznego osobnika. To były jeszcze czasy gdy chętnie proszono o radę Wielką Brytanię. Oto rezultat – depesza otrzymana od oficera brytyjskiego wywiadu o pseudonimie Snuffbox:

October 12th. Referring to your telegram October 11th. Egon Erwin Kisch, Czechoslovak, born Prague April 29th, 1885, important member International Society Proletarian Authors. International speaker for anti-war and anti-Fascist cause. Has specialised in Far Eastern social and political conditions. His landing in the United Kingdom is prohibited. Description — about 5 feet 8 inches, sturdy, thick set build, black hair, straight, parted on the right, black eyebrows and moustache, swarthy, slightly hooked nose, slight frown between eyes, Dutch doll looking face.

Po prawej – holenderska lalka.

Poniżej – osoba specjalnej troski na pokładzie statku w Melbourne – listopad 1934.
Podobieństwa do holenderskiej lalki nie zauważyłem.

Egon Kisch urodził się w 1895 roku w Pradze, w zamożnej żydowskiej rodzinie.
Jeszcze jako uczeń pisał i publikował wiersze, pod imieniem Erwin gdyż szkoła zabraniała uczniom publikacji w prasie. I tak już zostało – Egon Erwin Kisch.

W wieku 20 lat rozpoczął pracę w niemieckojęzycznej praskiej gazecie – Bohemia. Publikował tam cotygodniowy felieton, ale jego pasją były reportaże z życia praskiego półświatka – drobnych przestępców, prostytutek.
Reportaże te wydał później w książkach: Aus Prager Gassen und Nächten (Z praskich ulic i nocy), Abenteuer in Prag (Przygody w Pradze), Der Mädchenhirt (Opiekunek dziwek).

Do jego znajomych zaliczali się Franz Kafka, Rainer Maria Rilke, Jarosław Haszek.

Już trzy dni po wybuchu I Wojny Światowej – przypomnę, że działania wojenne zaczęły się atakiem Austrii na Serbię – Kisch został powołany do wojska i wysłany na serbski front.
Było to wyjątkowo okrutne miejsce. Propaganda austriacka rymowała – Serbien muss Sterbien – Serbia musi umrzeć – żołnierze wykonywali. Kisch notował – potyczki, bitwy, egzekucje ludności cywilnej. Koledzy frontowi, głównie Czesi, ponaglali – Napis to Kischi. Rezultatem tych notatek była książka – Als Soldat im Prager Korps, natomiast to ponaglanie przez kolegów zostało uwiecznione tytułem książki – Schreib das auf, Kisch! – polski tytuł: Zapisz to Kisch – KLIK.

W marcu 1915 roku Kisch został ciężko ranny na froncie rosyjskim, uznano go za niezdolnego do walki i oddelegowano do pracy na zapleczu. W 1917 roku na własną prośbę został przeniesiony do Biura Prasowego w Wiedniu. Zatrudnione tam było niezłe towarzystwo – Robert Musil, Hugo von Hoffmanstahl, Rainer Maria Rilke i Franz Werfel.
O pracy Franza Werfla w Biurze  pisałem już na tych łamach tutaj – KLIK.
Godny przypomnienia może być fakt, że Biuro wysłało Werfla do Szwajcarii w celu wygłoszenia cyklu odczytów propagujących austriacki wysiłek militarny. Zamiast tego wygłosił pacyfistyczne przemówienie, które zyskało mu sporą przychylność słuchaczy, natychmiastowe odwołanie i areszt.
Z Kischem było podobnie – w Biurze ugruntowały się jego lewicowe poglądy, wszedł w skład Komitetu na Rzecz Radykalnej Lewicy i został wybrany członkiem trzyosobowej komisji, której celem było zorganizowanie Rady Robotników i Żołnierzy wzorowanej na radach sowieckich.
1 listopada 1918 roku został wybrany na Pierwszego Komisarza Czerwonej Gwardii. Tu jego podkomendnym był wspomniany przed chwilą Franz Werfel.
Czerwona Gwardia wkrótce się rozpadła, Franz Werfel ustatkował się ideologicznie, natomiast Egon Erwin Kisch zapisał się do Komunistycznej Partii Austrii.

Kolejne kroki jego politycznej kariery to udział w pracach Kominternu – KLIK i założenie Stowarzyszenia Pisarzy Proletariacko-Rewolucyjnych – KLIK. Tutaj jego współpracownikiem był Johannes Becher – powojenny protektor Hansa Fallady, o którym pisałem tutaj – KLIK.

W 1921 roku Kisch przeniósł się do Berlina, gdzie pracował jako zagraniczny korespondent czeskich gazet. Jednocześnie publikował zbiory swoich wcześniejszych reportaży i odbył szereg podróży zagranicznych.

Europa, Północna Afryka, ZSRR, USA, Chiny. Szczególnie owocna była podróż do Republiki Rad – dwie książki – Zaren, Popen und Bolschewiken (O carach, popach i bolszewikach) oraz Asien gründlich verändert (Azja odmieniona) – azjatyckie republiki ZSRR.
Książki te pełne są zachwytów nad przemianami w Związku Radzieckim, zachwytu nie pozbawionego akcentu zazdrości – przecież to my, Europa Zachodnia, to wymyśliliśmy a wprowadził ktoś inny.
Kisch nie wspomniał słowem o terrorze, głodzie, prześladowaniach. Niemożliwe, aby dziennikarz obdarzony takim instynktem reporterski tego nie zauważył. Według mnie przeważyła naiwna wiara w słuszność idei i potraktowanie tych spraw jako problemy dojrzewania.
Mimo tej autocenzury książek tych nie wydano w ZSRR, gdyż zawierała zbyt wiele odniesień do spraw religii.
Natomiast relacja z pobytu w USA – Paradies Amerika (Raj amerykański) – pisana była z pozycji proletariusza i bez żadnych zahamowań.
Warto wspomnieć, że Kisch, jako komunista, nie mial prawa wjazdu do USA. Do USA wjechał pracując na statku, a na lądzie występował pod nazwiskiem dr Becker.

Po podpaleniu Reichstagu (luty 1933) Kisch został aresztowany, ale jako obywatel Czechosłowacji został wydalony z Niemiec bez prawa powrotu. Od tego czasu zaangażował się bardzo aktywnie w działalność antyfaszystowską.
Po procesie domniemanych sprawców pożaru Reichstagu grupy lewicowych prawników i artystów zorganizowały w Londynie “anty-proces”, na którym Kisch miał być głównym świadkiem. Jednak władze brytyjskie nie dały mu wizy za względu na “działalność wywrotową”.

W ten sposób wróciliśmy do początku tego wpisu – depeszy angielskiego agenta.

Melbourne – w 1835 roku wylądował w tych okolicach John Batman z Tasmanii i stwierdził – dobre miejsce na wioskę.
Pod koniec 1934 roku rozpoczęły się przygotowania do obchodów 100 rocznicy tego wydarzenia. Rząd organizował królewską wizytę. To był okres Wielkiej Depresji, więc aż prosiło sie o jakąś alternatywę hucznych ceremonii. Ruch przeciw Wojnie i Faszyzmowi postanowił zorganizować międzynarodowy kongres intelektualistów. Najpoważniejszym gościem z Europy mial być Egon Erwin Kisch.

Statek z E.E. Kischem na pokładzie przybił do brzegów Australii w Fremantle – na zachodnim wybrzeżu, nieco na północ od Perth. Na pokład wkroczyli przedstawiciele rządu z powiadomieniem, że Kisch został uznany za osobę niepożądaną i nie ma prawa wstępu na ląd australijski. Polecono mu nie opuszczać statku i pozostawili pod nadzorem kapitana.

12 listopada 1934 statek przybił do portu w Melbourne gdzie został przywitany przez liczne rzesze sympatyków. Następnego dnia Kisch spróbował jednak postawić stopę na australijskiej ziemi – wyskoczył ze statku. Lądowanie było bolesne, złamał sobie prawą nogę, natychmiast ujęła go policja i zaniosła z powrotem na statek. Opiekę medyczną musial sobie zorganizować sam.

Statek z Kischem na pokładzie pożeglował w stronę Sydney. Jednocześnie sympatycy Kischa zdołali wnieść jego sprawę do Sądu Najwyższego, który zadecydował, że reporter powinien mieć prawo odwiedzić Australię pod warunkiem, że będzie przestrzegał miejscowych praw.
W odpowiedzi rząd postanowił wykorzystać Immigration Restriction Act – KLIK. Było to główne narzędzie polityki Białej Australii.
Aby ustrzec się od oskarżeń o rasizm i nie urazić potężnego sąsiada – Japonii – wymyślono bardzo praktyczną procedurę: urzędnik imigracyjny miał prawo zadać każdemu imigrantowi dyktando w wybranym przez siebie języku europejskim.

To była bardzo skuteczna metoda. Na przykład irlandzkiemu działaczowi antywojennemu zadano dyktando w języku holenderskim – poległ.
Z Kischem była trudniejsza sprawa, wiadomo było, że posługuje się kilkoma językami. Holenderski też odpada – przecież reporter był podobny do holenderskiej lalki. Co mu zadać? Proste – dyktando w języku gaelicko-szkockim.

Przeżyjmy to sami – proszę wziąć kartkę papieru, długopis i zapisać recytowany poniżej tekst – modlitwa Ojcze Nasz w języku gaelicko-szkockim…

A teraz proszę porównać swoje notatki (jeśli komuś udało się zapisać jakikolwiek wyraz poza końcowym Amen) z poprawną odpowiedzią – KLIK.

Kisch odmówił poddania się testowi i został aresztowany a następnie wypuszczony za kaucją 200 funtów.

A więc jednak był na ziemi australijskiej, uczestniczył w spotkaniach i imprezach organizowanych przez  Ruch przeciwko Wojnie i Faszyzmowi.
W międzyczasie jego zespół adwokatów wniósł do Sądu Najwyższego sprawę ważności przeprowadzonego dyktanda. Sąd stwierdził, że urzędnik, który zarządził dyktando sam nie znał języka szkocko-gaelickiego, a poza tym uznał, że język szkocko-gaelicki nie jest językiem europejskim w zrozumieniu przepisów. Dyskusja na ten temat trwa w Australii do dziś.

Jednak rząd nie dawał za wygraną. Na podstawie inaczej sformułowanych zarzutów Kisch został uznany za “prohibited immigrant” i skazany na trzy miesiące ciężkich robót.
Prawnicy reportera złożyli apelację do Sądu Najwyższego, który unieważnił wyrok. Kisch mógł swobodnie działać a cała sprawa zyskała mu wielką popularność. Odbył spotkania w kilku stanach Australii. Na spotkanie w Sydney przybyło 18,000 osób.

Widząc, że nie wygra w sądzie, rząd spróbował metody łagodnej perswazji – oferował Kischowi anulowanie wszystkich wyroków i 450 funtów rekompensaty za poniesione koszty pod warunkiem szybkiego opuszczenia Australii. Reporter przyjął ofertę i opuścił Australię w pierwszych dniach marca 1935 roku.

Rząd australijski “uszczelnił” test językowy. Był on stosowany aż do 1958 roku.
Egon Erwin Kisch opisał całą sprawę w książce – Landung in Australien.

Następny, prawie dwuletni rozdział życia E. E. Kischa to Hiszpania podczas wojny domowej, z której pisał liczne reportaże.
Po układzie monachijskim i wkroczeniu Niemiec do Czechosłowacji Kisch nie mógł wrócić do swojego kraju. Zresztą nigdzie w Europie nie było bezpiecznego miejsca dla Żyda-komunisty. Zdecydował się na emigrację do USA. Oczywiście nie wpuszczono go, spędził kilka miesięcy na Ellis Island i wreszcie uzyskał wizę do Meksyku, gdzie spędził resztę wojny.

W Meksyku przebywało w tym czasie sporo europejskich intelektualistów. Kisch prowadził działalność społeczną, pisał reportaże, wydał też zbiór wcześniejszych reportaży w formie książkowej – Marktplatz der Sensationen – Jarmark sensacji.

Man at the crossroads

Nie znalazłem informacji czy spotkał się z Trockim, a więc zapewne nie. Wiem, że spotkal się kilkakrotnie z Diego Riverą i znał jego mural Człowiek na rozdrożu.
Przypomnę, że mural zamówił Nelson Rockefeller dla Rockefeller Center w Nowym Jorku. Jeszcze przed zakończeniem prac podniosły się głosy protestu, gdyż Rivera umieścił na muralu wizerunki czołowych działaczy komunistycznych. Nelson Rockefeller zarządził zniszczenie nieukończonego muralu – szczegóły tutaj – KLIK.

Diego Rivera odtworzył mural w Meksyku. Kisch zauważył postać Trockiego i skomentował: ilu tu dobrych ludzi.
W kilku źródłach znalazłem wzmiankę, że wielokrotnie, gdy pytano Kischa, co myśli na temat takiej czy innej inicjatywy Związku Radzieckiego, odpowiadał – ja nie myślę, Stalin za mnie myśli.
Niektórzy uważają to za dowód zniewolenia umysłu, inni określają jako cynizm. Mnie wydaje się, że był to gorzki sarkazm.

Po zakończeniu wojny Egon Erwin Kisch powrócił do Czechosłowacji, gdzie kontynuowal pracę jako reporter. Zmarł 31 marca 1948 roku.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. 12 listopada 1918 – Czerwona Gwardia w Wiedniu – KLIK.
3. E.E. Kisch – The Raging Reporter – Bio-antologia – KLIK.
4. Radio Prague – KLIK.

Gül. Im Frauenhaus.

Anne Schmidt

Gül schaut auf ihre Hände, runzelt die Stirn als dächte sie angestrengt nach und lächelt plötzlich kaum sichtbar.

“Damals, als ich am Ende war, kam meine Rettung. Meine Schwester, die mich leblos im Bett gefunden hatte, rief die Feuerwehr und ich wurde ins Urban-Krankenhaus gebracht. Dort hat man mir den Magen ausgepumpt und mich an den Tropf gehängt. Von all dem habe ich nichts bemerkt, aber Frau Weiss hat mir später den Ablauf seit meiner Einlieferung geschildert. Von meiner Familie hat sich keiner im Krankenhaus blicken lassen, was mir sehr recht war.

Frau Weiss, die Sozialarbeiterin in meiner Klinikabteilung, kam mich jeden Tag besuchen. Nach und nach hat sie alles aus mir herausgefragt. Sie hat dafür gesorgt, dass ich nicht nach drei Tagen nach Hause entlassen wurde, wie es sonst nach einem Selbstmordversuch üblich ist. Sie hat mir einen Platz in einem Frauenhaus besorgt, in dem normalerweise nur verheiratete Frauen mit Kindern Schutz finden.

Die türkische Frau, die mit ihren zwei Kindern im Nachbarzimmer wohnte, hat mir von ihrem Drama erzählt.

Sie war – genauso wie ich – gegen ihren Willen verheiratet worden, hatte ihren Mann nach der Zuzugssperre von einem Jahr nachkommen lassen und war mit ihm in eine kleine Wohnung gezogen, die ein lieber Onkel besorgt hatte.

Ihr Mann konnte kaum Deutsch, ging nicht arbeiten und verbrachte den Tag im Teehaus, während sie in einer Wäscherei arbeitete.  Wenn sie abends müde nach Hause kam, musste sie kochen und putzen, während er sich türkische Melodramen im Fernsehen anschaute.  Wenn ihm das Essen nicht schmeckte oder er einen Fleck irgendwo sah, schrie er sie an oder schlug sie. Wenn sie sich nicht mehr wehren konnte, vergewaltigte er sie brutal.

Mehrmals hat er ihren Kopf gegen die Wand geschlagen, so dass sie heute noch epileptische Anfälle bekommt. Nachdem sie zweimal ein Mädchen geboren hatte, wollte er nichts mehr von ihr wissen und kam nur noch nach Hause, um sich Geld zu erzwingen. Wenn sie ihm nicht so viel geben konnte, wie er haben wollte, schlug er sie und stieß wilde Drohungen aus. Sie fühlte sich ihres Lebens nicht mehr sicher und flehte ihre Familie an, sie aus ihrem Unglück zu befreien. Aber die Familie beharrte auf dem Ehebündnis und gab sogar ihr die Schuld für ihr Unglück.

Sie wandte sich in ihrer Not an eine Nachbarschaftsmutter in Neukölln und diese gab ihr die Adresse von dem Frauenhaus. Sie hat ihr geraten, versteckt zu bleiben bis sie den Mietvertrag gekündigt hätte.

Inzwischen hat Emine eine Wohnung gefunden und mich eingeladen, bei ihr vorübergehend zu wohnen.

Ohne sie und Frau Weiss hätte ich es nicht geschafft zu verhindern, dass Ömer nach einem Jahr mir nachreisen konnte.”

Gül seufzt, Frau Schulz bestellt neuen Kaffee und fragt leise nach der Reaktion von Güls Familie auf ihre Weigerung hin. Die Tatsache, dass Gül wieder bei ihrer Familie lebt, legt Frau Schulz den Schluss nahe, dass Güls Familie eingelenkt hat. Dennnoch kann sie sich nicht vorstellen, dass Güls Mutter die Verweigwerung von Gül gutheissen konnte, denn die Trennung von dem Gatten hatte wahrscheinlich das Zerwürfnis mit seiner und ihrer Familie in Anatolien zur Folge. Konnten sich die Eltern je wieder in ihrem Dorf sehen lassen, in dem die Ehre der Familie zum zweiten Mal “verspielt” worden war?

Gül löst sich aus ihren Gedanken, zieht zum ersten Mal während des Gespräches eine Zigarettenschachtel aus der Tasche, lässt sie aber gleich wieder zurückgleiten. Der bestellte Kaffee kommt und Gül nippt.

“Während ich im Frauenhaus war,  ist Frau Weiss zu meinen Eltern gegangen. Sie hat ihnen erklärt, dass Zwangsheirat illegal sei und ich meine Eltern anzeigen könne. Wenn ich es nicht täte, würde sie es tun, falls meine Eltern die Trennung von Ömer nicht tolerieren würden. Sie trat sehr entschieden auf, zeigte auf Formulare und Paragraphen, die meine Eltern einschüchterten. Mein Vater unterschrieb, dass er keine Wohnung für seine Tochter und ihren Mann gefunden habe und auch keine Absicht habe, das Paar finanziell zu unterstützen.

Meine Mutter, die nicht lesen und schreiben kann, unterzeichnete alles mit Xen; ihre größte Sorge war, dass irgendeine Behörde oder die Familie in der Türkei Geld von ihr verlangen könnten. Angeblich mussten sie einen kleinen Betrag an die Migrationsbehörde zahlen, den sie prompt von mir zurück verlangten.”

Gül lacht gequält auf. “Eigentlich hätte alles mein Bruder bezahlen müssen, denn der war an allem schuld, oder?”

Idzie Nowe

Ewa Maria Slaska

O patriotyzmie, jedzeniu i spaniu (ze sobą)

Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.

Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.

Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…

Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.

Patrioten essen keinen Parmesan

Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.

Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.

Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.

Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…

Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?

Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany  “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.

Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…