Kobiety na marszu (rozmyślania w sobotę)

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Mierz siły na zamiary czyli pochwała szczytnych celów

Najpierw może pewna uwaga, otóż zorientowałam się ostatnio, że ten cytat z Ody do młodości jest obecnie interpretowany całkiem na odwrót, niż miało to miejsce za moich czasów. My rozumieliśmy to tak, że zamiar czyli cel jest ważny, a sił musisz mieć w sobie tyle, żeby się ów cel dało zrealizować. Musisz je w sobie znaleźć czy wygenerować. Zgadza(ło) się to dokładnie z moją własną filozofią, zawsze bowiem twierdziłam, że jestem słaba fizycznie i nie mam w ogóle siły, poza siłą woli. I że łatwo jest być osiłkiem i pójść na marsz dla Aleppo albo do Santiago de Compostela, ale jak się nie jest osiłkiem ani sienkiewiczowską krzepką dziewuchą, to jest to godny szacunku wysiłek. I tak to widzieli romantycy, bo inaczej czemuż by Mickiewicz dopisał drugą część tego hasła: nie zamiar podług sił?

Ostatnio jednak zrozumiałam, rozmawiając z kimś o pokolenie młodszym niż ja, że mierz siły na zamiary oznacza teraz pragmatyczny bilans i w tej zasadzie nie ma nic romantycznego. Ot raczej drobna porada, nie szalej, nie porywaj się z motyką na słońce…

Biedny Mickiewicz, na co mu przyszło.

Uprę się więc przy mojej interpretacji i powiem, że żadna z kobiet, które poznałam podczas marszu dla Aleppo, nie jest istotą mocarną fizycznie, wszystkie mają natomiast siłę woli i romantycznie mierzą siły na zamiary.

Tu film o marszu. Oczywiście kobiety też są. Pokaże się więcej filmów, wybierzcie Fence.

Oczywiście podstawową kobietą na marszu czy raczej Kobietą Marszu jest Ania Alboth. Bez niej nie byłoby Marszu, to ona go wymyśliła i zrealizowała, pociągając za sobą ponad 2,5 tysiąca ludzi, którzy już z nią w tym marszu szli, i kolejne tysiące, które pomagają ten marsz realizować, dbają o to, by było gdzie spać i co jeść, by media i opinia publiczna wiedziały, co się dzieje, i by uczestnikom marszu… nie było nudno. Ania idzie prawie cały czas, niekiedy jednak “wyskakuje” na chwilę do Berlina, gdzie na stałe mieszka i gdzie przebywają mąż i dwie córeczki. W środę 8 marca była w Berlinie i na zaproszenie grupy Dziewuchy dziewuchom wystąpiła na demonstracji z okazji Międzynarodowego Strajku Kobiet. Opowiedziała o marszu, o tym, dlaczego go powołała do życia i o co jej chodzi (przypominam: o pokój).  Zwróciłam uwagę na ciekawy fragment jej wypowiedzi (cytuję oczywiście z pamięci). Ciągle słyszę pytanie, powiedziała, kto, w czasie gdy ja jestem na marszu, zajmuje się domem i dziećmi? Odpowiadam zgodnie z prawdę, że mąż i że wszystko jest w najlepszym porządku, ale pomyślcie – dlaczego w ogóle media mnie o to pytają? Czy ktokowiek pyta dyrektora, reżysera, polityka, menadżera, kto dba o dom i dzieci, gdy on politykuje, rządzi, reżyseruje czy zarządza? Nie, nikt. Więc dlaczego pyta się o to nas, kobiety?

Dobre pytanie.

Anna by Zala Opara

Marta i Czaj, czyli Kobieta z psem a raczej “z pieską”. Kobieta i “pieska” były już na marszu co najmniej trzy razy, czasem dołącza do nich jeszcze siostra Marty, Olga. Są zawsze uśmiechnięte, pogodne, można by nawet rzec – rozbrykane.

Marta by Janusz Ratecki

Pieska ma na imię Czaj i jest małym, słodkim, mięciutkim pudelkiem.

Człowiek przez całe życie dowiaduje się czegoś nowego. W trakcie marszu Marta opowiedziała mi, dlaczego strzyże się pudle w tak dziwaczny sposób, iż wydawać by się mogło, że wymyślił to z nudów jakiś szalony barokowy książę. Ale nie, sprawa jest poważna. Pudle to psy myśliwskie, przeznaczone czy układane głównie do polowania na kaczki i inne ptactwo wodne. Ale pudle nie mają sierści jak inne psy, tylko włosy tak jak człowiek. Miękkie, gęste, skręcone w loczki. W przeciwieństwie do sierści włosy w wodzie stają się skołtunione i ciężkie. Im ich więcej, tym człowiek (o przepraszam – pies) jest cięższy.  Ale włosy w wodzie grzeją i to lepiej niż sierść. Czyli hodowcy pudli stanęli przed znanym wszystkim kobietom dylematem – jak zrobić, żeby but był z wierzchu mały, a w środku duży? Czyli, jak to osiągnąć, żeby pudel w wodzie miał włosy, bo będzie mu cieplej i ich nie miał, bo mokre za dużo ważą? Stąd się wzięło bardzo specjalne strzyżenie – włosy pozostawia się tam, gdzie mają grzać narządy wewnętrzne, na głowie, piersi, nerkach. I na czubku ogona, żeby pieska było widać, gdy płynie.

Podczas spotkania na temat marszu w Berlinie Marta wygłosiła świetną tezę, że istnieje coś, co musimy nazwać marszowaniem! Tak moi drodze – marszowanie! Maszeruje wojsko, a marszowanie to czynność społeczna.

Magda Bębenek. Już o niej TU pisałam (dlatego, podobnie jak Ania Alboth, występuje tu z nazwiskiem), ale przede wszystkim jako autorce książki, w której radzi kobietom, by wzięły swój los w swoje ręce. Dokładnie według romantycznej zasady, że trzeba sobie postawić ambitne cele, a znajdą się i siły, by dało się je zrealizować. Justyna Kozioł, jedna z facebookowyk przyjaciółek Magdy napisała jej na urodziny (były właśnie przedwczoraj): Nie bez powodu lubię pracować z kobietami. Kobieca przedsiębiorczość to coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy, nawet coś więcej niż spełnianie własnych marzeń i realizowanie pasji. To nieprawdopodobne źródło energii, która rozlewa się coraz szerzej i REALNIE zmienia świat. To o różnych kobietach, ale na pewno i o Magdzie.

Malika czyli Sardine Violon

Francuska pisarka, z pochodzenia Berberyjka z Maghrebu, która idzie na marszu od pierwszego dnia i zamierza w nim uczestniczyć do końca. Jej pseudonim, Malika, znaczy po arabsku królowa i dlatego Ania Alboth podarowała jej w pewnym momencie koronę. Malika przyczepiła ją do plecaka, w którym wędruje też do Aleppo biały miś, jeden z kilkunastu misiów zebranych przez Zosię i jej koleżanki dla dzieci w Syrii. Plecak zdobi też gałąź winorośli (trasa marszu od wielu tygodni wiedzie przez krainy wina i winorośli), według Maliki symbol łączności krain Morza Śródziemnego i Północy Europy.

Iris czyli kobieta z gałązką czarnego bzu

Szczupła potargana Niemka spod Berlina. Podobnie jak Malika ma do plecaka przyczepiony kawałek gałęzi. Ale to inna gałązka i inny symbol. Ryszard, Polak, który też wiernie i długo idzie z Berlina do Aleppo, mówi mi wieczorem, że Iris ma różdżkę mocy. No tak, myślę, marsz jest nietypowym przedsięwzięciem, przyciąga zatem różnych nietypowych ludzi. Wśród nich muszą być również wyznawcy New Age’u. Następnego dnia po wymarszu celowo ustawiam się w kolumnie koło Iris. Jak twoja różdżka przyciąga moc?, pytam. Wiem przecież, że patyk sam z siebie nie posiada więcej mocy niż każda inna część natury, a więc, skoro Iris dzięki gałązce “ma moc”, to ta gałązka ją wykrywa lub przyciąga. Iris patrzy na mnie podejrzliwie. Hmmm?, pyta. No, mówię, ludzie z marszu twierdzą, że posiadasz “czarodziejską różdżkę”, która dostarcza ci energii.

No, jak ludzie wierzą, że produkuję energię, to dobrze, odpowiada Iris. Tak naprawdę ta gałązka to raczej talizman na szczęście, znaleziony przez przypadek, wystrugany przez przypadek, zabrany przez przypadek, podzielony przez przypadek z przyjacielem. Wierzę, że kiedyś spotkam kogoś, komu oddam tę gałązkę…

Iris nie wie, jak długo będzie szła. Po prostu idzie.

Wiktoria

Wiktoria redaguje zina o pieczątkach (Wiktorio, ratunku, czy ja dobrze zrozumiałam?), pisze pracę o polskich feministkach (podsunęłam jej więc informacje o mojej prababci :-), a co), zawsze nosi śliczną sukienkę w kwiatki, jak na świecie mróz i zimno, to wkłada tę sukienkę wieczorem, ale na filmie Fence “marszuje” w niej. Wiktoria ma też na ramieniu nadzwyczajnej piękności tatuaż według własnego projektu, i mówię to ja, osoba, która zasadniczo nie lubi tatuaży. Ale słowo zasadniczo nie może się odnosić do Wiktorii, która jest samą radością, żywiołem i zaangażowaniem.

Anka

Anka jest kobietą, z którą najczęściej podczas marszu rozmawiałam, a mimo to chyba nic o niej nie wiem, poza tym, że pochodzi z Zawoi, najdłuższej wsi w Polsce. Jest poważna, solidna i mam wrażenie, że można na niej bezwzględnie polegać. Anka jest. Jest i idzie. Ostatnio, gdy gonię w Berlinie moich siedem srok, próbując je złapać za ogon, a one wszystkie czmychają jak przepiórki, często myślę o tym, że chciałabym być taka jak Anka. Anka, przyjeżdżaj do Berlina, stęskniłam się za tobą!

Źródło wszelkiego zła

Merkanty Kramarczyk

Po Tempelhofie krąży Strzyga. Zapuszcza się też chętnie na Kreuzberg lub do Mitte. Czasem pielgrzymuje via Santiago de Compostela, kiedy indziej dziarsko maszeruje ku Aleppo. Poza tym buszuje w sieci, udziela się aktywnie, administruje blogami – jak tym oto chociażby. A wszędzie, gdzie się pojawi, mami, zastawia pułapki i chwyta w nie różnych łatwowiernych, naiwnych tudzież prostolinijnych. Na przykład mnie.

Ale to nie ona jest tytułowym źródłem wszelkiego zła, choć stworzenie takiej literackiej konstrukcji byłoby niezwykle kuszące. Przeciwnie: stała się źródłem dobra. Dobrego przekładu z niemieckiego, konkretnie. Dobrego i ważnego, przynajmniej dla mnie. Dzięki niemu powstanie artykuł naukowy, nudny i napuszony, choć dla mnie, jak wspomniano, ważny. Mniejsza o to, że poza mną i recenzentem nikt inny go nie raczej przeczyta. Nic nie szkodzi, albowiem sam akt jego tworzenia jest dla mnie wystarczająco przyjemną nagrodą – ot, taka dewiacja.

Ale niczego na tym świecie nie masz za darmo! Owszem, dałem się omamić i podpisałem cyrograf! Lub raczej, by być trendy, trzeba by rzec, że „zrobiliśmy deal”.

– Jak mogę Ci się odwdzięczyć?
– Napisz coś na blog.
– Przecież nie umiem, to nie moja działka!
– Umiesz umiesz, nie rozczulaj się nad sobą.
– Ale co? No co, kurna?!
– Skomentuj jakąś piosenkę, to ostatnio modne na tym blogu.

I nawet podała, Strzyga przebiegła, listę preferowanych autorów i kompozytorów, taką, nie przymierzając, „Gottbegnadeten-Liste” (zgadnij kotku, skąd to).

Co mam robić? Nie poddaję się, argumentuję, tłumaczę:

– Ale przecież co tu komentować? Ktoś tu już na blogu napisał trafnie, zdaje się z okazji zamieszczenia utworu do słów Leśmiana, że „albo się to czuje, albo nie”.
– Nie filozuj! I ma być coś dobrego, byle czego nie przyjmuję.

Uwierzcie mi, dyskusja ze Strzygą-krwiopijczynią to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę. Zwłaszcza, jeśli tę dyskusję podejmie ktoś prostolinijny i dobroduszny, dla kogo „słowo droższe pieniędzy” i który ze swych zobowiązań zawsze się wywiązuje.

No więc co mam robić!? Chyba po prostu wybiorę utwór wybitny, może się za nim schowam i mizeria mych komentarzy nie będzie się tak rzucać w oczy. Zdecyduję się na autora ze strzygowej (strzyżej?) listy: Kaczmarski to zawsze dobry pomysł. Jeden z mych dobrych znajomych, człek wysokiej kultury i erudyta, którego trudno posądzać o ignorancję, twierdzi, że „jak wiadomo, zna się tylko kilka podstawowych szlagierów, głównie tych politycznych”. To niewątpliwie słuszna uwaga. Faktycznie, Jacek Kaczmarski – bard Solidarności – jest znany niemal każdemu: „Mury” wszyscy nucili, takoż „Sen Katarzyny II”. Na „Obławę”, stylowo wyskrzeczaną przy akompaniamencie gitary na wspólnym ognisku, nie ja jeden rwałem laski (mam nadzieję, że inni chociaż z lepszym skutkiem). Ale Jacek – subtelny poeta i filozof – znany jest już znacznie mniej. A szkoda!

Dlatego zaproponuję utwór mniej znany. Taką mam przynajmniej nadzieję. To jedna z tych pieśni, która skutecznie wyleczyła mnie z prób tworzenia własnych piosenek. Skoro wiadomo, że nawet nie zbliżę się do takiego poziomu, to lepiej, dla dobra poezji i świata, dać sobie spokój.

No to komentujmy. Od dawna już nie czytam (ściślej: od czasu do czasu czytam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że dobrze czynię, nie czytając) komentarzy pod różnymi tekstami, artykułami czy wypowiedziami zamieszczonymi w internecie. Wiadomo, że połowa komentujących będzie „za”, a druga „przeciw”, przy czym jedni i drudzy będą jednakowo wulgarni. Hejt mnie już nie przeraża, ale po prostu męczy. Nienawiść jest powszechna. Wydaje się, że właśnie nienawiścią określamy swoje miejsce w świecie, swoje umiejscowienie w społeczeństwie: „Odi, ergo sum”! Tak jest wszędzie. Polacy nie wyróżniają się w tej dziedzinie, choć mamy chyba jednak pewną specyfikę. No bo popatrzcie: większość polskich słów naładowanych negatywnie zawiera głoskę „r”, która pomaga emocje uzewnętrznić i rozładować. Okrrrrropny. Cholerrrrra jasna. Durrrrrnowaty. Wrrrrredny. Strrrrraszny. Wkurrrrrwiasz mnie. Popierrrrrdóła. Spierrrrrdalaj skurrrrrwysynu. I temu podobne. A „nienawiść”? Brzmi słodko i miękko. Jak „miłość”. Jak „niewinność”!

Nienawidzimy się nawzajem ochoczo, oceniamy łatwo i pospiesznie, bez zabawy w subtelności. Karmimy się stereotypami, ciężko nam „posądzić” bliźnich o dobre intencje. Inna sprawa, że stereotyp, jak to stereotyp: coś w nim jest na rzeczy i coś w nim na rzeczy nie jest. Nieraz te zarzuty zawierają ziarno prawdy. Nieraz nawzajem się do nienawiści prowokujemy. Zwłaszcza, gdy zamiast poglądów i przekonań mamy innym do zaoferowania tylko ideologię i to jeszcze ideologię w wydaniu krzepkich neofitów. No bo co innego, prócz pogardy i nienawiści, mogą wzbudzić hunwejbini wszelkiej maści? Takie różne „Karne pętaki i szturmowcy, Zuchy z Makabi czy z Owupe”. Dziś byśmy powiedzieli raczej – „z ONRRRRR” (patrzcie Państwo, jak to się łatwo udziela, swoją drogą…).

O tym chyba jest ta piosenka. Rzecz jasna, nie tylko o tym! Mądrale mogą powiedzieć, że to tylko jedna z „warstw interpretacyjnych”. I będą miały rację te mądrale. Bo „Źródło wszelkiego zła” to utwór wielki i można go odczytać na wiele sposobów, a każdy będzie trafny. Ja wybrałem sobie akurat ten, bo aktualnie jest mi najbliższy. Fajnie byłoby się wgłębić w kluczową, ostatnią zwrotkę, ale jak to zrobić? Jak pisać o tych, co „gadają z Krzewem lub Kamieniem” skoro moje osobiste doświadczenie dialogu z Najwyższym przypomina raczej daremne „gadanie do kamienia”?

Wykupuję się przeto analizą pobieżną, naskórkową i schematyczną. Ale mam nadzieję Strzygo, że spłaciłem dług. Spłaciłem?

PS: Spłacił Pan, panie Kramarczyk. Strzyga

Zalewamy Facebook sztuką

Ewa Maria Slaska

Dwa Mydlarskie na ścianie

Na Facebooku ktoś zainicjował akcję, mającą ukrócić ilość zalewających nas paskudnych wpisów, hejtów, głupich selfie, zachwytów nad kanapką, kupką, zupką. Jednym słowem mamy się zająć prawdziwymi wartościami. Te oczywiście mogą być różne, ale tym razem chodzi o sztukę. Zasada jest prosta – publikujesz u siebie obraz, a jeśli ktoś go polubi – przydzielasz mu jakiegoś artystę, którego obraz on z kolei publikuje u siebie. I tak dalej. Możesz oczywiście przydzielić “lubiczowi” kogokolwiek, ale jakoś tak jest, że my, ci przydzielający, jednak szukamy jakiegoś związku między tym kimś lubiącym a jakimś artystą.  Tak więc jakiś czas temu polubiłam wpis Agaty Stolarz przedstawiający jeden z obrazów Claude’a Moneta. Agata to Polka mieszkająca tu i tam, myślałam, że w Polsce i we Włoszech, a tymczasem… Darzę wielką sympatią dzieła tego malarza, napisała, zwłaszcza jego pejzaże Normandii, które szczęśliwie mam okazje dość często podziwiać. Dzieło, które wybrałam to Maison Argenteuil. Jego reprodukcję kupiłam w Giverny, myśląc o domu na wsi, na długo przed rozpoczęciem remontu. W tym roku będę sadzić tu róże
Zdjęcie pochodzi z Pinteresta. 

Aha, czyli w Polsce, we Włoszech, w Normandii. Polubiłam wpis, bo lubię Agatę, lubię sztukę, lubię Moneta, lubię Normandię i nawet lubię myśl o domu w Normandii, choć już sama żadnego domu, ani w Normandii, ani gdziekolwiek indziej, już bym nie lubiła. Polubiłam i Agata przydzieliła mi Memlinga, co miało oczywiście sens, skoro jestem z Gdańska.

W wyjaśnieniu napisałam: Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, namalowany ok. roku 1470 na zamówienie fundatora z Florencji i zdobyty przez polskich piratów czyli tzw. kaprów. To nieco niewygodna karta z dziejów polskiego muzealnictwa i na stronie muzeum nie ma o tym mowy. Ale to jednak największy skarb muzeum w Gdańsku.

I dodałam, że już kiedyś o tym Memlingu pisałam, a mianowicie TU.

Oczywiście, jak to w tych “łańcuszkach” bywa, Memling dostał sporo lajków, więc teraz to ja przydzielałam “lubiczom” artystów, których mają pokazać. Niektórzy dostali nawet całkiem trudne zadania do wypełnienia i dużo czasu, by się z nimi uporać. Niekiedy w odpowiedzi osoby te wstawiły mi – lub sobie – na FB reprodukcję jakiegoś obrazu czy rzeźby, ale zdarzyło się i tak, że wśród tych, którzy polubili Memlinga znaleźli się moi przyjaciele z Gdańska – Anna i Jacek Mydlarscy. Jacek jest malarzem.

Ania i Jacek to ważni dla mnie ludzie, nie tylko dlatego, że mają na imię tak jak mój syn i synowa :-). Kiedyś, dawno temu, gdy naprawdę, ale to naprawdę nie miałam pieniędzy, kupiłam od Jacka dwa jego obrazy. Ciekawe, że transakcja ta zapadła w pamięć nie tylko mnie, ale i naszej blogowej pisarce, Joannie Trümner (tej od Stuarta), która, okazało się, była przy tym. Ja tego w ogóle nie pamiętałam, ale ona i owszem, i wspomniała o tym, wygłaszając całkiem niedawno laudację o mnie, gdy Ferdynand Domaradzki, prezes Polskiej Rady Związku Krajowego w Berlinie, wręczał mi nagrodę polonijną “Najlepszy z najlepszych”. Joanna napisała, że spodobało się jej, bo widać było, iż mnie na ten zakup nie stać. Szkoda, że było to widać, ale była to oczywiście prawda – nie było mnie stać, ale obrazy mi się podobały, a też chciałam wesprzeć (ja, Polka na emigracji) polskiego artystę z Polski (naonaczas jeszcze peerelowskiej). Uważałam, że my, ci na Zachodzie, takie mamy obowiązki wobec sztuki, artystów i Polski. Na Joannie zrobił wrażenie zakup, na mnie fakt, że przypomniała mi to po wielu wielu latach.

Dodam może jeszcze, że obrazy wisiały u mnie przez dwadzieścia lat w wielu mieszkaniach, zawsze oba razem (“dwa Mydlarskie na ścianie”), po czym podarowałam je młodemu człowiekowi z rodziny, żeby miał kawałek prawdziwej sztuki i to jeszcze namalowanej przez kogoś, kogo zna… Od kilku lat obrazy Mydlarskiego nie wędrują już zatem z Ewą Marią Slaską od mieszkania do mieszkania (a miałam ich w Berlinie 14), tylko z Adamem Slaskim (też tu czasem pisuje, były np. takie reportaże z Iranu)…

No i teraz, kilka tygodni po tych “wypominkach” Joanny o mnie i obrazach Jacka Mydlarskiego, Jacek i Anna odzywają się w fejsbukowej zabawie w sztukę! Nie mogłam nie skorzystać z okazji. Natychmiast poprosiłam, żeby mi pokazali najnowsze obrazy… Jacka Mydlarskiego! I pokazali!

Ciekawe, że przez tyle lat nie zmieniłam zdania na temat tych (i takich) obrazów. Uważam, że obrazy bogate treściowo i kolorystycznie świetne są w muzeach, na reprodukcjach lub… u kogoś na ścianie. U siebie chcę mieć dzieła, które pozwolą mi codziennie na nową interpretację, takie bym mogła w nich zobaczyć i chandrę unyńską, i radość o poranku,  moje sprawy i moje uczucia. Obrazy Jacka spełniają wspaniale ten warunek!

Poznajcie Magdę

Ewa Maria Slaska

Dla Krysi, która ze wszystkich moich przyjaciółek
jest najbardziej kobietą, nic więc dziwnego,
że urodziła się 8 marca

Magdę spotkałam na marszu. Była pierwszą z kilku młodych Polek spotkanych przez tych kilka dni, które dobrze wiedziały, czego chcą, a to co chciały, było dobre. Zaskoczyło mnie to, bo wydaje mi się, że ja, gdy byłam taka młoda jak one, nie miałam żadnych marzeń, miałam tylko konkretne banalne cele – dostać się na studia, skończyć studia, dostać pracę na uczelni, wyjść za mąż, mieć dziecko. Byłam człowiekiem zadaniowym, zrealizowałam więc te cele, ale dopiero teraz, podczas marszu, rozmawiając z Anią, Martą, Magdą czy  Wiktorią, zrozumiałam, że powinno się mieć marzenia, bo cele są pragmatyczne i ograniczają, a marzenia dodają skrzydeł. Cele to obowiązek, marzenia to wolność.  Realizacja celów nie przynosi wolności, wiem to najlepiej, bo całe życie chodziło mi o moją własną wolność i w uprzęży pragmatycznej celowości szarpałam się, gryząc kogo popadło.

Dlatego patrzyłam na te młode kobiety jak na istoty z Kosmosu, które żyją innymi prawami, nie znają siły ciężkości, niczego nie chcą, a to, czego potrzebują, dostają, bo umieją marzyć.

Magda opowiedziała mi o sobie, resztę przeczytałam w jej książkach: Polka potrafi i Polka potrafi po 40-tce!

polka-potrafi

Książki są o innych kobietach, ale są i o Magdzie. Oto początek rozdziału zapowiadającego historię Martyny i Natalii, które założyły czasopismo o Azji.

To, co mnie urzekło w dziewczynach, to przede wszystkim ich gotowość do tego, żeby popełniać błędy i brak strachu przed tym, co nieznane. W przeszłości pozwoliłam obu tym elementom powstrzymać mnie przed robieniem rzeczy, na których mi zależało. Wydawało mi się, że muszę być w czymś ekspertem, żeby się o tym wypowiadać; że zanim zacznę działać i realizować jakiś projekt, muszę dokładnie wiedzieć, co i jak robić. Dokładnie przeciwnie postąpiłam decydując się na wydanie tej książki, dlatego słuchając historii, którą zaraz przeczytacie, co i rusz odnajdywałam w niej siebie. Piękne jest również to, że dziewczyny na co dzień żyją w innej rzeczywistości niż ja czy kilka bohaterek książki, a mimo to jesteśmy do siebie bardzo podobne i świetnie się rozumiemy.

Poznajcie Martynę i Natalię.

Niekiedy Magda zaczyna od tego, że każe swoim rozmówczyniom określić swoje życie przy pomocy trzech słów. Biała dziewczynka z północy powie, że jej życie jest ciekawe, piękne i zaskakujące. Martyna i Natalia, że szalone, szybkie i… trzeciego określenia nie znajdują od razu, dopiero po chwili dodają: o, stresujące! Ciężkie i fascynujące powie Olka demolka z rozdziału Im więcej kłód pod nogami, tym więcej frajdy.

Najpierw chciała mieszkać w innym kraju, podróżować.  Znać inne języki. Uczyła się więc języków, ale też tańca i jogi. Oszczędzała każdy grosz, żeby pojechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. Ale nie taniec był jej celem. Postawiła na poznawanie świata, na podróże. To, czego się można nauczyć podczas wyjazdów, twierdzi, jest znacznie bardziej wartościowe, niż siedzenie w uniwersyteckich ławkach i wkuwanie. W 2010 roku po raz pierwszy pojechała z plecakiem w podróż. Poleciała do Indonezji.

Od tamtej pory poszło już z górki: konkurs taneczny na Bali, praca w butiku podróżniczym w Indiach, szlifowanie języka hiszpańskiego w Andaluzji, wyjazd stopem i z namiotem wokół Islandii, uczenie Zumby w Warszawie, nauka tańca w Nowym Jorku, nagranie reklamy telewizyjnej w Bangkoku, nurkowanie w Malezji…

Po drodze spotykała inne kobiety, bardzo młode i młode, ale i te po czterdziestce.  Rozmawiała z nimi, ciekawiły ją ich drogi życiowe, pytała jak, kiedy i dlaczego zmieniły swoje życie, przestawiły je z celu na marzenie. Tak powstał pomysł książki, a potem drugiej.

TU je możecie kupić.

W książce jak mantra powtarzają się takie zdania:

Długo szukałam dla siebie drogi. Przez całe studia nie wiedziałam, na co się zdecydować, bo odnajdywałam się w przeróżnych dziedzinach plastycznych. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy grafika komputerowa jest dobrym kierunkiem i w podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi praca przy magazynie. Choć z drugiej strony myślę, że to tkwiło we mnie już od bardzo dawna.

Czego się nauczycie z tych książek? Najpierw tego, że droga jest długa i wyboista, a w głowie każdej z nas tkwi mała istota, która na każdy szaleńczy pomysł zareaguje tak samo i będzie piszczała przerażonym głosikiem: nie uda ci się, nie uda ci się, nie dasz rady. Wtedy trzeba umieć powiedzieć: Co mi szkodzi?, no co mi szkodzi, najwyżej się nie uda. Tak się ucisza natrętny strach, poprzez wewnętrzną zgodę na próby, błędy i porażki. A jeśli przyjdzie zwątpienie, to trzeba sobie uświadomić, że te chwile zwątpienia też są potrzebne. Kiedyś z tej zgody na zwątpienie i porażkę wyłoni się prawda na całe życie, że nie wolno dopuścić do tego, by strach stawał między tobą a twoimi marzeniami. Tylko, i to jest może najważniejsze, Magda wciąż nam będzie przypominała: Marzenia nie spełniają się same, trzeba zacząć działać. I jeszcze: nieważne co będę robić w życiu, ważne jakie chcę, żeby to życie było.

Postaw na siebie!

I to by było na tyle, nie tylko na 8 marca…

Boże kamieni polnych…

Irena Sulewska-Zagrodzka

Modlitwa

Boże kamieni polnych i dymów płynących z komina,
samotnych grusz na miedzach i mórz bezdennej głębi –
Ty, co z czarnego krzyża nad wioską ramiona rozpinasz
i błogosławisz mrówkom, kierujesz lotem gołębi –

Boże uśpionych wulkanów i wysp dalekich na morzach,
co hukiem maszyn przemawiasz – i szumem palm na pustyni,
Ty, co stworzyłeś pioruny i wiatr na polnych bezdrożach,
i niezabudki siejesz u brzegów leśnych krynic –

Pod kary Twojej wymiarem, jak kłosy zgięte w czas burzy,
czekamy na znak Twej łaski, miłości i przebaczenia.
Dzień za dniem w smutku przechodzi, dzień za dniem w smutku się dłuży,
praca już nie jest radością i noc nie daje wytchnienia.

Ty, co kazałeś się kochać kamieniom i polnym głazom,
co ptakom gniazda wić każesz pod drzew cienistą opieką –
spraw byśmy byli posłuszni miłości świętym nakazom,
zabij w nas serca jastrzębie, stwórz w nas Dobrego Człowieka.

Po chwilach męki i trwogi, po dniach rozpaczy i klęski,
po czarnych latach niewoli i łzach, co płyną bez końca –
Boże kwitnących jabłoni! po wszystkie wieki zwycięski,
ześlij nam słońce…

Wiersz podał do druku Andrzej Rejman, opatrując go taką uwagą:

Wiersz znaleziony wśród notatek w zeszytach dzienników lektury Małgorzaty Hrebnickiej –
napisany prawdopodobnie podczas okupacji. Nie mam żadnych danych o autorce wiersza. Wiersz przytaczam, jako tekst budzący silną refleksję właśnie w tych czasach, gdy zmienia się nazwę Akademii Obrony Narodowej na Akademię Sztuki Wojennej, i gdy powszechnie gloryfikuje się walkę, jako najważniejszy element doświadczenia historycznego. Mam wrażenie, że im więcej lat upływa od czasów mrocznych, jak określa je m.in. Hanna Arendt, czyli im dłużej świeci wymodlone wtedy słońce – tym bardziej znudzeni są trwaniem w bezczynności niektórzy…

wiersz_modlitwa_ireny_sulewskiej_zagrodzkiej_1

wiersz_modlitwa_ireny_sulewskiej_zagrodzkiej_2

Barataria 8 Sancho Pansa jako Mądry Władca

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Mądry Władca (“ludzkie pany”)

W zeszłym tygodniu dywagowałam sobie na ten temat, że Sancho Pansa to typowy Król Karnawałowy, wybrany przez Księcia żartownisia ku uciesze gawiedzi. Ale wbrew oczekiwaniom Księcia i jego małżonki, lubujących się w niewyszukanej rozrywce kosztem  naiwnych głupców, obaj, Sancho Pansa i Don Kichot, okazali się znacznie wyżsi moralnie i godniejsi stanowiska, jakie nieoczekiwanie stało się udziałem giermka, niż można się było tego spodziewać, pamiętając owce, wiatraki i pogiętą miednicę.

Stefan Rasalski, Don Kichot, 1961

Tak, obaj. Bo chociaż władzę w Baratarii obejmował Sancho Pansa, jego pan przygotował go solidnie do pełnienia tej funkcji. Przez dwa rozdziały Cervantes ustami Don Kichota wykłada nam swoje poglądy na temat idealnego władcy. Pobrawszy te nauki i stosując się do nich Sancho Pansa będzie prawdziwszym Księciem, niż ten znudzony złośliwiec, który go władcą mianował.  Wzorem jest tu na pewno Niccolò Machiavelli (1469 – 1527). Książę (Il principe, napisany został w roku 1513, wydany jednak dopiero w roku 1532). Przypomnijmy, że książka była w czasach Cervantesa (1547 – 1616) dobrze znana, czytana i wielokrotnie wydawana. Ale na rynku księgarskim mnóstwo też było, wzorujących się na Machiavellim, podręczników sprawowania władzy. W samej Hiszpanii napisano ich w Złotym Wieku kilkanaście. Najsłynniejszy, autorstwa Antonio de Guevara, był czytany w całej Europie, a Cervantes wspomina o nim w prologu do Don Kichota: honor is the praise of virtue, and infamy is the pain of vice (honor jest nagrodą cnoty, hańba boleścią podłych). To wszystko utopie, miejsca poza mapą, tak jak Barataria, gdzie nie ma zła, nędzy, korupcji, oszustwa, zbrodni i wojny.

Rozdział X

W którym opisane są mądre rady Don Kichota, dawane Sanchy z powodu objęcia gubernatorstwa na wyspie, etc., etc.

(…)

— Dziękuję niebu, przyjacielu Sancho, że ciebie pierwej niż mnie obdarzyło pomyślnym losem; kiedy starałem się zapewnić sobie potęgę przez wielkie przedsięwzięcia, aby wynagrodzić twoje usługi, ty niespodzianie, wypadkiem szczególnym zaczniesz używać dostatków i władzy. Prawdziwe snać to zdanie, że na świecie nie zasłużony, ale szczęśliwy wszystko bierze. Ty, co w porównaniu ze mną jesteś tylko nędznikiem i leniwcem, zostałeś gubernatorem wyspy jedynie z powodu, że otarłeś się cokolwiek o błędne rycerstwo. Mówię ci to, mój drogi Sancho, nie dlatego, ażebym wyrzucał ci lub też zazdrościł twojego szczęścia, lecz chcę cię objaśnić, żebyś losu swojego nie uważał za skutek swojej osobistej wartości i żebyś za obecną pomyślność tylko Panu Bogu i błędnemu rycerstwu cześć składał. Teraz, mój synu, słuchaj pilnie rad swego pana, nauk swego Katona. One będą ci służyć za gwiazdę przewodnią wśród burzliwego rządów oceanu.

Najpierw, moje dziecko, zachowaj w sobie miłość, bojaźń Boską, gdyż to jest początkiem mądrości, a mędrzec nigdy nie błądzi. Pamiętaj zawsze o przeszłym stanie swoim, to ochroni cię od próżności i nie będziesz, jak owa nadęta żaba, która chcąc wołu dorównać, pękła wreszcie. Strzeż się dumy, bo ona nawet wielkim nie przystoi panom, na ciebie zaś ściągnęłaby wyrzuty i przypomnienie, że kiedyś pasałeś świnie.

— To czysta prawda — odpowie Sancho — pasałem je w dzieciństwie, gdy większy urosłem, dawano mi barany i krowy do pasienia, ale to nic nie szkodzi. Nie wszyscy gubernatorzy książętami się urodzili.

— Masz słuszność — rzecze Don Kichot — to też ci, których ród niższy od dostojeństwa, powinni być za to bardziej grzeczni i oświeceni, aby nie narazić się na obmowę ludu.

— Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Jeżeli cnota przewodniczyć będzie twoim postępkom, nie potrzebujesz zazdrościć nawet królom ich urodzenia, bo szlachectwo nabywa się dziedzictwem, a cnotę pracą całego życia.

Jeżeli przypadkiem który z twoich krewnych przyjdzie odwiedzić cię na twojej wyspie, nie pogardzaj nim, owszem, przyjmij uczciwie, a tym sposobem woli nieba i sercu swemu uczynisz zadość.

Jeżeli żona twoja mieszkać z tobą będzie, nie pozwalaj jej brykać, ani z wielkim pokazywać się splendorem, bo chociaż rozsądny mąż największe nagromadzi skarby, głupia żona nieładem łacno je roztrwoni.

Jeślibyś wdowcem został, a wzgląd na dzieci zmusił cię powtórnie zawrzeć śluby, strzeż się brać kobiety płochej, która wszystkim podaje ręce, bo za taką na sądzie Boskim odpowiadać będziesz.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

Nie znieważaj słowami człowieka skazanego na śmierć, bo tylko podły i niesprawiedliwy bezbronnych i nieszczęśliwych ciemięży. Dlatego sądząc zbrodniarzy, miej zawsze na uwadze słabość ludzkiej natury, która więcej do złego, niż do dobrego ma popędu. Miej dla nich litość i łagodność, bo i sam Bóg bardziej jest miłosierny niż sprawiedliwy.

Postępując wedle tych zasad, mój Sancho, przeżyjesz długie lata na ziemi, a wieczność w pamięci ludzkiej. Będziesz szczęśliwym i niebo błogosławić ci będzie.

Rozdział XI

W którym opisany jest dalszy ciąg rad udzielonych Sanchowi przez Don Kichota.

Każdy zapewne osądzi z tej rozmowy, że Don Kichot był nie tylko człowiekiem uczciwym, ale i przy najzdrowszych zmysłach. Sąd jego we wszystkich rzeczach powszednich był nader sprawiedliwy, jedna tylko kwestia błędnego rycerstwa tak dziwacznie oddziaływała na jego umysł, że opuszczał granicę rozsądku, dzikie mary biorąc za rzeczywistość.

Sancho bacznie słuchał wszystkich rad swojego pana, zgromadzał je w pamięci, aby je później na dobry obrócić pożytek.

Don Kichot tak mówił dalej:

— Staraj się urządzić swój dom przede wszystkim. Badaj troskliwie, ile prawych dochodów dostarczyć ci może twoja posada. Jeżeli będziesz w stanie ubrać swój dwór zbytkownie, zaprowadź w nim tylko czystość i wygodę, pieniądze zaś na to przeznaczone rozdaj ubogim.

Te są moje rady dla ciebie, przyjacielu Sancho. W ciągu twego urzędowania udzielę ci ich więcej, jeśli korzystać zechcesz.

— Wszystko, co mi powiedzieliście, panie, jest bardzo piękne — odpowie Sancho — jedna jest tylko przeszkoda w wypełnianiu rad waszych, że oprócz tego, co mówiliście o zbieraniu pieniędzy i powtórnym ożenieniu się, nic a nic więcej nie pamiętam, napiszcie mi to lepiej, a każę mojemu spowiednikowi odczytywać co dzień, abym się tych wszystkich maksym na pamięć nauczył wreszcie.

— Przekleństwo Boskie! — zawołał Don Kichot — jakaż to rzecz obmierzła patrzeć na gubernatora, nieumiejącego ani czytać, ani pisać. Słyszałeś, co mówią o mańkutach i nieukach, że są ludźmi z najgorszej klasy i najtępszego pojęcia. To wielki błąd, mój przyjacielu, i pragnąłbym, abyś choć podpisać się umiał.

— Nauczono mnie podpisywać moje imię, gdy byłem jeszcze stróżem przy bractwie w naszej parafii, a potem mogę udawać kalekę i kto inny za mnie podpisywać się będzie; oprócz śmierci, wszystkiego uniknąć można, a panu wolno i diabła zjeść. Pójdzie to jakoś.

— Co to, to nie prawda — zawołał Don Kichot — głupi zawsze jest głupi; ale zostawmy to na potem. Dałem ci rady, jakie za najlepsze uważam, teraz rządź swoją wyspą i niech cię Bóg prowadzi!

— Panie — odpowie Sancho — jeżeli sądzisz, że nie mam zdolności do tego, porzucę natychmiast moje gubernatorstwo, będzie mi również dobrze żyć w domu o chlebie i wodzie, a z czystym sumieniem, niż gdybym, gubernatorem będąc, jadał kapłony i kury indyjskie. Bo na koniec, jeśli sądzicie, że diabli mogą mnie porwać na tym urzędzie, wolę, żeby Sancho poszedł do nieba, niż gubernator do piekła.

— Zaprawdę, przyjacielu Sancho, ostatnie słowa, które powiedziałeś, czynią cię godnym zarządu stoma wyspami. Z natury masz dobre serce, a bez tego nauka nie przyda się na nic. Pamiętaj tylko, że niebo wspiera zawsze dobre cele (…)

Porady te dałoby się z powodzeniem zastosować i dziś. Na przykład, gdy Don Kichot mówi: Słuchaj, Sancho! bądź raczej dumny niskością swego pochodzenia, bo skoro sam nie będziesz się pysznił, nikt cię poniżać nie będzie.

Czy nie zdałoby się, żeby i dzisiejsi władcy wzięli sobie do serca taką poradę, zamiast wynosić się nad swój lud, że przypomnę wypowiedź pana posła K. w debacie na temat votum nieufności dla marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego: Nie użyliśmy siły w Sejmie, choć były wszelkie przesłanki, by jej użyć. I nie użyjemy jej. Tak, jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami w przeciwieństwie do niektórych…

I znowu nie zdążyłam porównać Sancho Pansy do króla Salomona. Ale w następnym tygodniu…

Memy XXI wieku – Vincent van Gogh

Ewa Maria Slaska

Even more fun

Namalował trzydzieści autoportretów (na żadnym się nie uśmiecha!), najbardziej “zmemowane” są (jak sądzę) dwa autoportrety z zabandażowanym uchem, z roku 1889.

Dla wyjaśnienia: do niedawna byliśmy przekonani, że artysta sam sobie obciął lewe ucho (niejako “w pijanym widzie”, bo po dużej dawce absyntu), teraz od kilku lat uważa się, że być może zrobił to jego przyjaciel i współlokator – Paul Gaugin.

bezucha1-2

Malarz nie ma lewego ucha, ponieważ jednak malował portrety patrząc w lustro, wydaje się, że było to prawe ucho.

Van Gogh przybył do Arles w Prowansji w lutym 1888 roku , 23 października dotałączył do niego Paul Gaugin. Van Gogh obciął sobie ucho (albo Gaugin mu je obciął) w przeddzień wigilii tego roku. Tak skończył się okres wspólnego życia obu artystów. Gaugin wrócił do Paryża.  Pijany Van Gogh zaniósł ucho do burdelu i podał w paczuszce zatrudnionej tam prostytutce  imieniem Rachel (Gabrielle Berlatier). Następnego dnia Vincent niczego sobie nie mógł przypomnieć. Uznano, że zwariował i on sam też chyba był tego zdania, bo następny rok spędził w Klinice.

Rachel oddała ucho pewnemu lekarzowi, który je zakonserwował w spirytusie. Lekarz  nie dbał należycie o swój eksponat i ucho zaginęło.

Historia Van Gogha i jego ucha została dokładnie opowiedziana w  filmie BBC (uwaga! ponad 50 minut!)

27 lipca 1890 roku Van Gogh przebywał w wiosce nieopodal Paryża, wyszedł na spacer, strzelił sobie w klatkę piersiową (lub brzuch – wersje się różnią), doszedł jednak z powrotem do gospody, w której wynajmował pokój i znaleziono go jeszcze przy życiu. Umarł w dwa dni później.


Niewątpliwie historia aż się prosi, żeby ją powielać, interpretować i przerabiać. 

Przyznaję jednak, że  zaskoczyło mnie, co z tym można zrobić. Bo otóż można sobie kupić figurkę z akcesoriami (Box: 10 facts about Vincent van Gogh), a pudełko zapewni nam jeszcze więcej ubawu (even more fun) niż inne dostępne na rynku produkty artystyczne. Jak sądzę właśnie z uwagi na to, że figurce można wyjąć ucho. Można jej też zabrać pędzel z dłoni i usunąć kwiat słonecznika z klapy, ale to już nie gwarantuje even more fun. Każda figurka Lego umożliwia takie rozrywki, jak czajniczek do herbaty w jednej ręce i filiżanka ze spodkiem w drugiej. Ale jednak ucha jeszcze nie widziałam.

W porównaniu z figurką i jej uchem zwykłe memy wydają mi się wręcz banalne.

van-gogh-selbstbildnis-martin-misfeldtMartin Mißfeldt

alexey-lebedevAlexey Lebedev – świetny!

tarantino-gigart-vangogh

Reżyser Quentin Tarantino (Kill Bill) sportretowany przez Gregga Gordona (Gigart) jako Van Gogh, poniżej: Elisa Groka

van-gogh_webgrocka

***

I na zakończenie – nie całkiem na temat, bo nie o Van Goghu, ale…

Sobota w marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Marek Kowalczyk

Poznaliśmy się w grudniu 2016, podczas jednego z ostatnich berlińskich spotkań przygotowujących marsz dla Aleppo, zanim 26 grudnia marsz wyruszył w trasę z berlińskiego lotniska Tempelhof. Zaciekawił mnie, bo był milczący i poważny, a my, ta berlińska gromadka, byliśmy raczej rozgadani i weseli. Gdy zaczęła się runda prezentacyjna (zawsze musiała być, bo grupa się wciąż zmieniała), powiedział, że jest ze Szczecina i chce robić film o marszu. Nastawiłam uszu, w końcu jestem przewodniczącą Stowarzyszenia Partnerstwa Miast pomiędzy Szczecinem a berlińską dzielnicą Friedrichshain/Kreuzberg. Nie jest to może moje najważniejsze zadanie życiowe, ale jednak zobowiązuje do kilku rzeczy, w tym również do szukania interesujących kontaktów.

Marek Kowalczyk, fotograf, filmowiec, dziennikarz.

Przeglądam jego stronę internetową, klipy reklamowe, foty, koncert kapel punkowych w jakichś bunkrach w lesie pod Szczecinem, pejzaże z Czarnych Gór na Ukrainie (powyżej), piękne jak malarstwo barokowe, zdjęcia z małej wioski niemieckiej (poniżej).

Czuję ucisk w piersiach i nie wiem, czy jest mi z tym dobrze  czy strasznie, bo takie zdjęcia robił 60 i 70 lat temu mój ojciec. Taki sam świat, te same motywy, te same efekty. Technika na pewno inna, nie znam się, ale ucisk w piersiach nie ustępuje. Przecież nie ma ojca, nie ma tego świata, nikt już tak nie robi zdjęć… Już nigdy nie pójdziemy o świcie plażą w Sobieszewie, nie zatrzymamy się na drugie śniadanie koło chałupy rybaków, być może w ogóle nie ma już tamtej plaży, bo zbudowano tam Port Północny i Siarkopol, bo mierzeję rozkopały kohorty poszukiwaczy bursztynu, a teraz i tak rząd podjął decyzję o tym, żeby przekopać ją od Zalewu do Bałtyku. Już nic nie ma…

A Marek zrobił takie zdjęcia rok czy dwa lata temu.

***

Podczas marszu jest po trochu uczestnikiem, ale tak naprawdę to patrzy z boku. Czasem filmuje, czasem fotografuje, ale przede wszystkim patrzy. Docenia czas. Milczy.

***

Kiedyś, gdy pracował jako reporter, musiał robić jeden, dwa, a czasem nawet trzy “materiały” dziennie. To uczy szybkości pracy i decyzji, co się zawsze bardzo przydaje. Ale jednak teraz, gdy zostawił etat, żeby filmować marsz, bardzo ceni czas.

***

Urodził się w Szczecinie.

Zdjęcia robił od zawsze, od kiedy brat harcerz, podarował mu aparat zenit, taki na film 36-klatkowy.

***

Dlaczego bierzesz w tym udział?, pytam. Bo to jedno z najważniejszych oddolnych wydarzeń społecznych zorganizowanych w Europie w ostatnim dziesięcioleciu. Chcę opowiedzieć historię tego wydarzenia. Osobiście wierzę, że marsz się uda, ale jeśli nie, nie ma to znaczenia. Chcę opowiedzieć jego historię. Ale nie będę uprawiał propagandy, w filmie na pewno pojawią się i nieprzyjemne aspekty. To ma być prawdziwa opowieść.

Wieczorem obejrzę kilka nakręconych fragmentów. Piękne, inne niż normalne filmy. Zapamiętuję ujęcie przez skostniałą z zimna, skuloną dłoń, otwierającą drzwi samochodu…

***

Z czego żyjesz, skoro nie tylko nie zarabiasz, ale jeszcze jesteś na marszu, który też kosztuje?

Projekt nie udałby się, gdyby nie pomoc finansowa kilku osób. Wymieńmy je, bo im się to należy:
Maciej Sajewicz
Ewa Kaptur
Ania Karkota
Andrzej Grochala

Dziękujemy Wam.

***

Jednak tak naprawdę projekt nie uda się bez… Marka Kowalczyka. Dziękujemy, Marku.

Foto Janusz Ratecki

 

Kaziuki 2017

Roman Brodowski

Kaziuki

„Na Kaziuki do Wilna pan Kazimierz zaprosił” – tak rozpoczyna się jeden z moich wierszy napisany i poświęcony Kaziukom oraz Wilnu. Pisałem już TU o tym święcie, ale przypomę je raz jeszcze.
Od ponad trzystu osiemdziesięciu lat (z przerwami) „kaziukowe święto” nieodłącznie towarzyszy mieszkańcom Wilna i jedgo okolic.

Dzisiaj Kaziukami nazywa się jarmark odbywający się w stolicy Litwy … i nie tylko, w dzień św. Kazimierza (4 marca). Jednakże geneza „Kaziuków” była inna, bo było to święto na wskroś religijne, z procesją, modłami oraz odpustem. Typowe święto liturgii rocznicowej przypominające o dniu śmierci królewicza Kazimierza wyniesionego przez papieża Klemensa VIII w 1602 roku na ołtarze,

Kim był dzisiejszy patron Litwy, a dawniej i Rzeczypospolitej, św. Kazimierz?

Był drugim z kolei synem Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki.
Znany był z dobroczynności, często utożsamiał się z biedotą, prowadził ascetyczny tryb życia, głęboko pobożny czciciel Eucharystii i Maryi.
Urodził się 3 października 1458 roku w Krakowie (na Wawelu), zmarł 4 marca 1484 roku w Grodnie.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Żył 26 lat, ale mimo bardzo krótkiego życia pozostawił po sobie obraz prawdziwie oddanego sługi Boga i …nędzarzy. Do dzisiaj stawiany jest za wzór człowieka, który konsekwentnie realizował wytyczoną przez siebie misję – pomocy i miłosierdzia wobec potrzebujących i cierpiących. Często powtarzał o sobie, że „ prawdzwy królewicz nie może nic przystojniejszego czynić, jak w ubogich służyć samemu Chrystusowi” . Z informacji zapisanych w kronikach wynika , że od najmłodszych lat, pod wpływem duchowności franciszkańskiej, akcentującej ascezę, wiele czasu poświęcał na modlitwę, połączoną z wielogodzinną adoracją Najświętszego Sakramentu , oraz kontemplacją męki oraz śmierci Jezusa.

wilno-11

Młodego królewicza do prawdziwej, królewskiej dorosłości przygotowywali tak znamienici nauczyciele jak Jan Kanty, Jan Długosz czy też przybyły z Wenecji na Wawel, humanista, poeta i prozaik piszący w języku łacińskim Filip Kalimach (Filippo Buonaccorsi). To dzięki ich nauce królewicz, młodzieniec pełen wiedzy i wrodzonej inteligencji, mógł bez przeszkód sprawować powierzone mu przez ojca, Króla Polski, ważne w królestwie funkcje. Jego mądrość i dojrzałość były powszechnie podziwiane, nie tylko w Polsce, ale i na znamienitych dworach ówczesnej Europy.
Już w wieku trzynastu lat wyruszył na Węgry, by przyjąć dla rodu Jagiellonów tamtejszą koronę, którą zaproponowali mu Węgrzy, występujący przeciwko Maciejowi Korwinowi. Kazimierz, pamiętając, że Korwin jest siostrzeńcem Władysława Pogrobowca, wroga Jagiellonów, wypowiedział mu wojnę. Wyprawa pod wodzą Piotra Dunina wyruszyła 2 października 1471 roku, ale zakończyła się porażką, gdyż polska armia była nieliczna, a zabrakło jej wystarczającego wsparcia ze strony tamtejszych magnatów. W efekcie Kazimierz wrócił do Polski.

Nieudana wyprawa była dużym przeżyciem dla tego wrażliwego chłopca.

Gdy miał lat 23 był podczas nieobecności Kazimierza Jagielończyka , który przebywał z trzyletnią misją na Litwie, wyznaczonym przez ojca namiestnikiem i sprawował faktyczną władzę w królestwie. W tym czasie nosił tytuł “secundogentis Regis Poloniae” i rezydował w Radomiu.

wilno-009Dał się poznać jako sprawiedliwy i zatroskany o ubogich władca. Był jednak też zręcznym politykiem i z powodzeniem dbał o bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne państwa oraz swoich poddanych. Właśnie w Radomiu Królewicza zaczęły coraz bardziej trapić choroby. Okazało się niestety, że jest chory na gruźlicę. Przyczyną jego choroby mógł być ascetyczny tryb życia, a więc naśladowanie Chrystusa i miłość bliźniego w duchu św. Franciszka. Królewicz praktykował codzienną ascezę, nosił włosiennicę, uprawiał długotrwałe posty, spał na podłodze, unikał nie tylko rozrywek, ale i wypoczynku.

W związku z pogarszającym się stanem zdrowia późną wiosną 1483 r. został odwołany do Wilna.

Za te wszystkie przymioty, za troskę jaką okazywał mieszkańcom Wielkiego Księstwa, Kazimierz również na Litwie zyskał sobie wśród ludności wdzięczność i popularność.

Pomimo choroby pod koniec 1483 r. wraz z ojcem wybrał się w podróż do Lublina na zjazd szlachty królestwa. Jednakże ta podróż okazała się zbyt ciężka, tak że względu na stan zdrowia zatrzymał się w Grodnie. Król po otrzymaniu informacji w lutym 1484 r. o agonalnym stanie syna przerwał obrady i przybył do Grodna. Tam też w obecności ojca Kazimierz zmarł 4 marca 1484 r. Został pochowany w Kaplicy noszącej jego imię, w katedrze wileńskiej.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Wybrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Uni Lubelskiej z 1569 roku.

Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem rodzimego patrona, który był potrzebny dla religijnego prestiżu tego narodu i to Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi

wilno-3Zgodnie z obowiązującą zasadą liturgii kościelnej dniem wspomnienia świętego Kazimierza został dzień jego śmierci – czwarty marca.

W 1950 roku, Pius XII ogłosił Kazimierza patronem młodzieży litewskiej.

Na przestrzeni kilkuset, lat w powolnej ewolucji, święto kościelne przekształciło się w regionalne święto Kaziuki, tradycyjny dla Wilna radosny jarmark, w którym przeplatają się zwyczaje kościelne, ludowe i pogańskie, jak chociażby witanie nadchodzącej wiosny.

Kaziukowe jarmarki organizowane są w Wilnie od 1636 roku, rozpoczynają się zawsze w dniu św. Kazimierza, czyli 4 marca i choć dawniej trwały dwa tygodnie, teraz trwają dwa dni. Rozpoczyna je przemarsz ulicami Wilna orszaku przebierańców, handlarzy i kuglarzy. Na czele pochodu jedzie na koniu przebrany za św. Kazimierza wilniuk.
Nad Wileńką, na terenie starego miasta rękodzielnicy, rzemieślnicy, producenci żywności oraz inni handlarze rozstawiają jarmarczne stragany. Powstają regionalne karczmy, stoiska kulinarne oraz miejsca zabaw dla dzieci. Co kilkaset metrów na prowizorycznych scenach ludowi artyści zabawiają wilniuków śpiewem, tańcem, poezją i dobrą ludową muzyką.

wilno-008-kopie

Od jakiegoś czasu również i inne miasta, zarówno na Białorusi jak i w Polsce, organizują Kaziuki. W Grodnie od lat czwartego marca Związek Polaków na Białorusi, przy wsółpracy z innymi grodnieńskimi organzacjami kulturalnymi, korzystając z doświadczeń Wilna, także obchodzi swoje jarmarczne święto.
A i w Szczecinie, Białymstoku, Gorzowie i wielu innych miastach, wszędzie gdzie znajdują się ośrodki kultury kresowej, czy też skupiska przesiedleńców kresowych, zwłaszcza z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, pielęgnuje się tradycję kaziukowego święta.

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilnia
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie ma w Gdańsku,
w Warszawie.

Setki różnych kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I… z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy, Łotwy, Estonii,
Białorusi i naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
Że do kupna są chęci
Dla przyjaciół, dla siebie
dla brata.

Tak, tradycja wspaniała!
„Kaziukowe jarmarki ”
Świeto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Nie zobaczysz go w żadnej
Ze stolic

Wilno, 04.03.2009

wilno-007

Iss doch wenigstens das Fleisch

… oder wie man Vegetarier wird?

Ewa Maria Slaska

Diese Frage interessiert mich brennend, weil ich selber für sie eine, wie ich finde, außergewöhnliche Antwort habe. Zuerst war sie noch banal: Ich mag kein Fleisch, sagte ich, ich habe es nie gemocht.

Gut, diese Antwort kennen auch Viele in diesem Buch, und überhaupt Viele, die sich an einen Klumpen des durchgekauten Fleisch erinnern, die man nicht imstande war zu schlucken, ebenso sehr aber kein Erlaubnis hatte, den Ekel auszuspucken. Dabei haben diejenige besser, die schnell kotzen konnten, wenn man jedoch, wie ich, eine im Sternzeichen Jungfrau geborene, sich ungern physiologisch der Umwelt mitteilte,  war man stundenlang gezwungen am Tisch zu sitzen und das Restfleisch mit den Tränen vermischt in alle Ewigkeit zu kauen. Lange dachte ich, dass es eben diese Erfahrung war, die mir enorm erleichtete, sofort, als ich nur über meine Diät selber entscheiden dürfte, eine Vegetarierin zu werden.
Aber nicht. Irgendwann kam eine andere Antwort, die mir bis heute plausibler klingt, obwohl ich sie in meinem Leben nie von jemanden anderen gehört habe.
Meine Mutter, als sie mit mir schwanger war, kurz nach dem Krieg, litt an Toxoplasmose. Es ist so eine Infektionskrankheit, von Parasiten verursacht, die man von der Katzen bekommen kann, oder vom Essen des nicht ganz durchgekochten oder rohen Fleisches. Dem Träger macht die Krankheit nichts, dem Kind im Bauch dagegen kann sie Vieles antuen. Es kann mongoloid werden, oder blind, und natürlich auch beides. Soviel wurde mir damals erklärt. Erst jetzt beim Schreiben sehe ich genauer in die Materie: Die infizierten Kinder können epileptische Anfälle, kognitive Einschränkungen, Schäden an der Leber, Lunge, Gehirn, Augen, Herzmuskel und Hirnhaut aufweisen. Ein Viertel der vor der Geburt infizierten Kinder durch Toxoplasma gondii haben geistige Behinderungen, Spastiken, Epilepsie, Hydrocephalus und Verkalkungen der Hirngefäße. Jesus! Ich bin “nur” halbblind geboren, dh. eigentlich bin ich glimpfig aus der Falle rausgekommen.

Von meiner Krankheit, oder Mamas Krankheit im Grunde, gab es nie die Rede und dass meine Halbblindheit gerade diesen Grund hatte, erfuhr ich erst als ich selber hochschwanger war. Diese Nachricht kam auf mich wie ein Donner aus dem hellen Himmel. Bis dahin war ich mit meiner Schwangerschaft sehr glücklich, behauptete gar, dass es der beste Zustand in meinem Leben sei. Und dann war es plötzlich gut möglich, dass jetzt mein Kind mongoloid oder blind, und natürlich auch beides werden konnte.

Eine Woche später gebar ich meinen Sohn, ein kerngesundes Baby, dem die verdammte Toxoplasmose von Oma und Mama nichts angetan haben.

Es dauerte aber lange, dass ich selber ruhig darüber nachdenken konnte. Meine Theorie baute sich also sehr langsam auf.

Als Mama noch nicht wusste, dass es die Toxoplasmose war, die mein Leben bestimmte, erzählte sie oft darüber, dass sie während der Schwangerschaft immer wieder einen Heißhunger auf Fleisch hatte, so sehr, dass, als sie von der Kunstschule, wo sie studierte, nach Hause kam, sofort in die Küche ging und aus dem Topf, in dem Oma die Suppe kochte, nicht ganz gekochte Fleischstücke holte, um sie direkt neben dem Herd, heiß zu verzehren. Als die Sache mit der Krankheit plötzlich öffentlich diskutiert wurde, wehrte  sich Mama vehement gegen die vermeintliche Beschuldigung (kein Mensch hat sie doch beschuldigt), aber irgendwie verschwand die nicht ganz gekochte Suppe und halbblutiges Fleisch aus den Familienerzählungen.

Erst nach Jahren kam mir in den Kopf ein Bild von mir als Embryo im dunklem warmen Wasser. Wieso? Fragt mich nicht, ich weiß es nicht, sah aber, dass sich dieses noch nicht ganz fertiges Baby sehr stark mit den Armen gegen etwas wehrte. Das Bild kam ziemlich oft, ohne dass ich eine Erklärung dafür wusste. Erst als mir Jemand beiläufig sagte, er kann kein Kummin vertragen, weil seine Mama, als sie schwanger war, eine starke Allergie gegen den Kummin hatte, passten sich plötzlich alle Puzzleteile an: Die Krankheit meiner Mama, ihre Schwangerschaft, meine (gelungene!) Verteidigung gegen den feindlichen Parasiten, meine Ekel dem Fleisch gegenüber, mein kindlicher Drang, Vegetarierin sein zu dürfen (was man natürlich damals auf keinen Fall dürfte).

Mein Vater stammt aus einer tatarischen Familie. Die Tataren gelten bis heute als sehr mutiges Volk. Ich war immer der Meinung, dass ich gerade deshalb, dank meinem tatarischen Erbe, auch relativ unerschrocken und zäh bin. Jetzt sah ich in meinem Kopf ein Bild eines kämpferischen tatarischen Fötus, der sich gegen jegliche Feinde wehrt. Sollen sie sich alle zum Teufel scheren…  🙂

***

Das Buch finde ich gut und interessant, obwohl es an manchen Stellen ins so grotesk Ekelhafte ausartet, das man es beim besten Willen nicht lesen kann. Eine Erzälung finde ich aber so schön, dass ich sie direktemang hier euch zum lesen anbieten muss 🙂

E.L. Greiff, Großraumwagen

Der Autor schreibt Fantasy-Bücher und dies erklärt doch viel. Sein Herausgeber gibt von ihm relativ viel preis: E. L. Greiff, 1966 in Kapstadt geboren, lebt heute in den Niederlanden. Studium der Theaterwissenschaften und Germanistik in Bochum und Berlin, anschließend zahlreiche freie Regiearbeiten. Greiff schreibt Essays, Reisereportagen, Kommunikationskonzepte und Reden für Führungskräfte.

autor-inErst von einem Foto erfährt man, dass “der Autor” in der Tat “die Autorin” ist. Genauso verhält es sich mit der / dem Protagonist/in dieser Erzählung.

https://books.google.de/books?id=p73vCgAAQBAJ&lpg=PT21&ots=Ry_L8iqhar&dq=E.L.%20Greiff%20Gro%C3%9Fraumwagen&hl=de&pg=PT21&output=embed

Die obige Möglichkeit es Euch zu lesen zu geben, die ich im Netzt gefunden hat, bricht kurz vor dem Ende der Erzählung ab. Ich nehme an, in der Annahme, jetzt werdet ihr das Buch kaufen (bitte sehr, z.B. HIER), um zu erfahren, wie es endet.

Ich bin aber ein guter Mensch und schreibe Euch die letzten 1,5 fehlenden Seiten hier ab (das Buch könnt ihr natürlich der anderen Erzälungen wegen kaufen):

Zweiundvierzig Leute sind damals aus diesem ICE ausgestiegen, der irrtümlicherweise an einem Provinzbahnhof angehalten hatte, anstatt durchzufahren. Keiner von uns bekam eine Entschädigung von der Bahn, wir hätten ja nicht aussteigen müssen, hieß es, schließlich sei dort auch nicht Endstation gewesen – eine gleichlautende Durchsage hätte es niemals gegeben. Ich jedenfalls hatte auch keine gehört. Nickelbrille gab später zu, er habe ebenfalls nichts gehört. Jemand anders hätte ihm das mit der Endstation gesagt, wer, wusste er nicht mehr.

Als wir knapp zwei Stunden später allesamt in einen verträumten Regionalzug einstiegen, erregten wir einiges Aufsehen beim Zugbegleiter, und ein Mann aus unserer Gruppe, in den Dreißigern, erklärte ihm die Situation. Oder das, was er und wir alle dafür hielten. Dieser Mann, ich nenne ihn der Einfachheit halber Herrn Erster, ist bis heute so etwas wie unser Anführer; er ließ damals eine Liste herumgehen, in die wir uns alle mit Adressen und Telefonnummern eintrugen für die Sammelbeschwerde gegen die Bahn, die er vorbereiten wollte. Die Beschwerde hat er eingereicht, aber es wurde wie gesagt nichts daraus.

„Wo ist eigentlich der Typ in dem langen Hemd?“, fragte Nickelbrille. Er ließ seine kleinen Augen über die kunstledernen Sitzenreihen des Bummelzugs huschen, während ich meinen Namen in die Liste kritzelte. Ich wusste sofort, wen er meinte.

„Ist abgehauen. Direkt nach dem Halt.“

„Junger Mann“, mischte sich die ältere Dame mit dem Halstuch ein . „Das war kein Typ. Das war eine ausgesprochen hübsche junge Asiatin. Ungewöhnlich groß allerdings.“

Wir hatten alle die Gestalt gesehen, alle etwas aus der Papiertüte genommen, alle zweiundvierzig. Es war ,wenig überraschend, bei jedem etwas anderes gewesen: ein besonderes Bonbon, eine exotische Frucht, etwas Salziges, Scharfes, Saures. Herr Erster hat im Laufe der folgenden Jahre viele Interviews mit jedem Einzelnen von uns geführt, auf unseren Treffen sind wir die Sache immer wieder durchgegangen. Es hat bei jedem etwas anderes bewirkt, nicht auf dem ersten Blick Spektakuläres. Nickelbrille hat das Rauchen aufgegeben. Die Halstuchdame, sie ist vor ein paar Jahren gestorben, hat eine Vorliebe für hochpreisige Bordeauxweine entwickelt. Ich habe aufgehört, Fleisch zu essen. Außerdem habe ich mein Leben in den Griff bekommen, und so gern ich mir das selbst zuschreiben würde und nicht einem Teigbällchen, oder zwei, weiß ich doch, dass seitdem alles besser geworden ist.