Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 2)

Dariusz Kacprzak

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina

Max Slevogt wraz z Maksem Liebermannem i Lovisem Corinthem bywa określany mianem „potrójnej gwiazdy imresjonizmu niemieckiego”. Uczył się w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, w 1889 roku wyjechał do Paryża, by w tamtejszej Académie Julian kontynuować naukę i nad Sekwaną kopiować starych mistrzów. W 1890 roku wyjechał do Włoch. Dwa lata później został członkiem Monachijskiej Secesji, a w następnym roku podczas wystawy secesjonistów zaprezentował obraz Walka zapaśników, który wzbudził żywe emocje. W 1897 roku w Salonie Sztuki Eugena Artina w Wiedniu została otwarta pierwsza indywidualna wystawa artysty. Do 1900 roku był związany z Monachium, współpracował z czasopismami Jugend i Simplicissimus, później krótko mieszkał we Frankfurcie nad Menem, by w 1901 roku na stałe osiąść w Berlinie. Związał się ze środowiskiem berlińskiej Secesji. W 1914 roku został członkiem Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a rok później Królewskiej Akademii Sztuk w Dreźnie. Od 1917 roku prowadził pracownię mistrzowską w berlińskiej akademii. Początkowo malował niemal naturalistycznie sceny mitologiczne i religijne utrzymane w ciemnym kolorycie. Podjęte w drugiej połowie lat 90 XIX wieku studia plenerowe przyniosły rozjaśnienie palety. Jego dojrzałe obrazy charakteryzuje bogaty koloryt, upodobanie do silnych kontrastów, swoboda, pełne temperamentu prowadzenie pędzla. Znaczącą część dorobku artystycznego twórcy zajmują grafiki. Jako ilustrator książek dowiódł biegłości warsztatowej, pomysłowości i fantazji. Zajmował się również malarstwem ściennym – kompozycje takie wykonał m.in. w domu Johanna Guthmanna w Szklarskiej Porębie, w Kościele Pokoju w Ludwigshafen oraz we własnym domu w malowniczym położonym na Nizinie Górnoreńskiej Neukastel w Palatynacie.

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina, 1926
olej, płótno, 100 x 80,5 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie
fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Bogaty i interesujacy rozdział w twórczości Maksa Slevogta stanowią dzieła związane z przeżyciem muzyki, która była ważnym źródłem jego inspiracji. Artysta zafascynowany światem dźwięku i ruchu – muzyki, teatru, opery, tańca – tworzył nie tylko obrazy, rysunki i grafiki o tej tematyce, ale także zajmował się projektami scenografii oraz kostiumów do utworów scenicznych (Wesołe kumoszki z Windsoru Williama Szekspira w inscenizacji Maksa von Reinhardta, Sąd Salomona Pedra Calderóna de la Barki w inscenizacji Floriana Geyera dla Ottona Brahma). Wielokrotnie pracował dla renomowanych teatrów operowych, Opery Unter den Linden w Berlinie oraz drezdeńskiej Staatsoper, przygotowując projekty scenografii m.in. do Czarodziejskiego fletu, Don Giovanniego W. A. Mozarta – były to akwarele, gwasze, rysunki ołówkiem, węglem, tuszem, a także ilustracje, powielane graficznie w technice litografii, drzeworytu i akwaforty. W 1920 roku w berlińskiej oficynie Paula Cassirera wydano Czarodziejski flet. Rysunki na marginesach manuskryptu Mozarta (Die Zauberflöte. Randzeichnungen zu Mozarts Handschrift), rok później u Fritza Gurlitta ukazało się bibliofilskie, zilustrowane przez Slevogta drzeworytami, wydanie liberetta Lorenza da Ponte do Don Giovanniego Mozarta (na podstawie wydania wiedeńskiego z 1788 roku). Dobiegajacy sześćdziesiątego roku życia artysta, zaprojektował dla Hermanna Muthesiusa, do jego domu w Berlinie, malowidło ścienne Wesele Figara (1927).

Fascynacja Slevogta tańcem jest wyraźnie widoczna już we wczesnym jego dziele – Tryptyku tańca: Tancerka w srebrze (1895, Landesmuseum Mainz), Tancerka w zieleni (1895, zaginiony), Tancerka w złocie (1897, Max Slevogt-Galerie, Villa Ludwigshöhe). W 1902 roku powstał słynny obraz artysty Aria szampańska, tzw. Biały d’Andrade (Staatsgalerie Stuttgart), w którym artysta utrwalił występ utalentowanego Portugalczyka w Theater des Westens w Charlottenburgu, a dziesięć lat później, tzw. Czerwony d’Andrade – imponujące malarskim rozmachem dzieło, dziś wita gości przekraczających próg Alte Nationalgalerie w Berlinie. Malarz portretował znakomite artystki epoki. Wielokrotnie malował i sztychował występujacą m.in. w berlińskim kabarecie W siódmym niebie, pochodzącą z Filipin, Mariettę di Rigardo (właśc. Maria della Rosa, poźniejsza żona właściciela kabaretu Georga Davida Schulza, która po rozwodzie z nim, poślubiła Ludwiga Thomę, znanego pisarza z kręgu Simplicissmusa i występowała później jako Marion Thoma). W 1901 roku namalował goszczącą w Berlinie podczas europejskiego tournée japońską tancerkę Sadę Yakko. Kilkukrotnie portretował Tillę Durieux, żonę Paula Cassirera – m.in. w 1921 roku jako żonę Putyfara w Legendzie Józefa Richarda Straussa, do której libretto napisali Harry Kessler i Hugo von Hofmannsthal, a wcześniej w roli Salome. Warto wspomnieć także o portrecie scenicznym Anny Pawłowej: słynna prima ballerina assoluta została przedstawiona w tańcu orientalnym jako Bajadera.

Bohaterką szczecińskiego, powstałego w 1926 roku, obrazu jest uchodząca za odnowicielkę baletu hiszpańskiego, tancerka i choreografka Antonia Mercé y Luque, bardziej znana pod pseudonimem scenicznym La Argentina. Była córką baletmistrza madryckiego Teatro Real Manuela Mercé i tancerki Josefy Luque. Urodziła się w 1890 roku w Buenos Aires, podczas baletowego tournée rodziców po Argentynie. Naukę tańca rozpoczęła pod okiem ojca, a później po jego śmierci pobierała lekcje także u matki. W wieku dziewięciu lat debiutowała jako primabalerina w operze w Madrycie, w 1905 roku tańczyła z wielkim powodzeniem w tamtejszym Teatro Ateneo. W 1910 roku Paryż oglądał ją w operetkach na deskach Moulin Rouge oraz Olimpii, a później artystka odbyła tournée po Anglii, Belgii i Niemczech. Po I wojnie światowej, która zastała ją w Rosji, Mercé w 1915 roku w Madrycie przygotowała choreografię do baletu Czarodziejska miłość (El Amor Brujo) Manuela de Falli. Potem wyjechała do Ameryki Południowej, a następnie na zaproszenie kompozytora Enrique’a Granadosa tańczyła w Nowym Jorku w jego Goyescas. Do końca wojny przebywała w Meksyku, skąd w 1919 roku powróciła do Paryża. Współpracowała z Federikiem Garcią Lorcą, Maurice’em Ravelem, Isaakiem Albénizem. W 1926 roku artystka zyskała impresaria. Był nim Arnold Merckel, który do końca jej życia troszczył się o kalendarz jej występów. We flamenco i tangu jej partnerem był częstokroć Vincent Escudero, a akompaniatorem – gitarzysta Carlos Montoye. La Argentina cieszyła się ogromną sławą, w 1930 roku została odznaczona Krzyżem Legii Honorowej. W 1936 roku, na krótko przed śmiercią, tańczyła w paryskiej Operze Komicznej z okazji wykładu Paula Valéry’ego. Zmarła w San Sebastian 19 lipca 1936 roku na atak serca.

W szczecińskim obrazie malarz poprzez swobodę gestu malarskiego, brawurowe operowanie plamą barwną, nadającą przedstawieniu lekkości, odczucie ruchu, intensywność tonów, modelujące postać tancerki silne refleksy światła, stworzył sugestywny obraz magii tańca hiszpańskiego, a także dał wyraz nieskrywanej zmysłowości portretowanej kobiety.

Wprawdzie proweniencja obrazu nie jest w pełni znana, tym niemniej można przypuszczać, że dzieło pochodzi z przedwojennej szczecińskiej kolekcji prywatnej, a w okresie powojennym trafiło za pośrednictwem rynku antykwarycznego do zbiorów muzealnych. Przy tej okazji warto wspomnieć, że w zbiorach przedwojennego szczecińskiego Muzeum Miejskiego znajdowały się dwa inne obrazy Slevogta: Autoportret przy sztalugach pochodzący z kolekcji Friedy i Wilhelma Doeringów oraz Portret pianisty Ansorge.

Dokąd zmierzasz Ojczyzno?

Roman Brodowski

Sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej napięta. Ludzie przestają wzajemnie sobie ufać. Dzielą się na lepszych i gorszych, prawdziwych i pseudopolaków, godnych i niegodnych, patriotów i niepatriotów.
To tylko niektóre przykłady tego, jak daleko zaszliśmy w niszczeniu tej po raz pierwszy w naszej historii, spontanicznie powstałej jedności, jaką był czas prawdziwej ogólnonarodowej solidarności, tej z roku 1980.
W przypływie negtywnych emocji, zacietrzewienia i wrogiego stosunku do siebie nawzajem, nie zauważyliśmy, że zbliżyliśmy się do krawędzi przepaści, że niedaleko nam do kolejnej narodowej tragedii.

Co się stało z naszym społeczeństwem? Czy zapomnieliśmy już o tym, co było jedną z przyczyn rozpadu naszego państwa w XVIII wieku? To właśnie nasze wewnętrzne spory, brak narodowej jedności i podziały społeczno polityczne kraju były powodem rozbiorów.
Dzisiaj popełniamy te same błędy, same błędy.
Dlaczego nie potrafimy miast budować przyjacielskich i partnerskich stosunków z innymi, zwłaszcza z sąsiadującymi z nam państwami? Dlaczego szukamy wsparcia w naszej ideologiczno-politycznej walce, poza naszymi granicami? To tylko kilka z listy pytań, na które nie potrafię znaleźć racjonalnych odpowiedzi.

Skupię się w tym tekście na źródle, które, moim zdaniem, jest zarzewiem tego wszystkiego, co może doprowadzić nasze państwo do katastrofalnego stanu, zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym.
Wydaje mi się, że przyczyna tkwi w naszym dyktatorskim systemie sprawowania władzy.
Historia zna przypadki, kiedy narodami rządziły samodzielnie charyzmatyczne jednostki. Osobiście znam ich kilkanaście.
Jednak dla przykładu, posłużę się dwoma systemami, które nie tylko zna każdy, ale które bezpośrednio związane są z naszą jakże nieodległą jeszcze historią – odniosę się do dyktatury Adolfa Hitlera i Józefa Stalina.
Obaj stworzyli swe zbrodnicze systemy społeczno-polityczne w oparciu o demagogię i populizm, wykorzystując do realizacji swoich urojonych wizji, fanatycznie fobiczne jednostki oraz intelektualistów o poglądach skrajnie nacjonalistycznych i radykalnych.

Jak to możliwe, że ci frustraci, w gruncie rzeczy psychicznie słabi i nie w pełni przygotowani do życia w społeczeństwie, potrafili pociągnąć za sobą całe narody, wymuszając na nich bezgraniczne posłuszeństwo?

Istnieją dyktatury „z miłości” i „ze strachu”, ale podział ten ważny jest tylko w pierwszej fazie formowania się dyktatury, wkrótce bowiem oba systemy zleją się w jeden organizm, głoszący miłość i posługujący się terrorem.

Aby powstał dyktatorski system państwa potrzebnych jest kilka czynników:
1) Dyktator – człowiek posiadający wielką charyzmę, który wprowadza w życie własną ideę filozoficzno-polityczną; stanie się ona z czasem podstawą, na której opierał się będzie cały system polityczny państwa
2 ) Fanatycznie fobiczne jednostki, gotowe, dla osiągnięcia swoich celów,
całkowicie podporządkować się dyktatorowi i bezkrytycznie realizować
jego program.
3) Osoby niespełnione intelektualnie, poszukujące samodowartościowania
4) Dobrze przygotowana populistyczna propaganda, przystosowana do
potrzeb i oczekiwań społecznych
5) Wróg, który zgodnie z linią propagandy, winien jest wszystkiemu, co
stało się przyczyną niezadowolenia społecznego, lub „hamulcem” na
drodze do społecznego dobrobytu.
6) Wsparcie (lub obietnica wsparcia) socjalne dla narodu
7) Idea filozoficzno-polityczna, na której opiera się zarówno wizja jak struktura

Te czynniki w początkowej fazie dyktatury Hitlera umożliwiły jego szybkie wyniesienie na piedestał i uzyskanie niczym nieograniczonej władzy, pozwoliły więc na stworzenie „dyktatury z miłości”. Oczywiście podczas realizacji swych zamierzeń, dyktator siłą rzeczy sięgnie po elementy dyktatury strachu i posłuży się terrorem.

Drugi z wielkich dyktatorów XX wieku, Józef Stalin, wybrał model „dyktatury ze strachu” czyli terror . Choć na przykładzie jego rządów widać, że i dyktatury oparte na strachu chętnie sięgają po „miłość” jeśli nie jako środek zdobycia władzy, to na pewno jako element jej utrzymania.

W gruncie rzeczy więc wszystkie dyktatury są politycznie i filozoficznie podobne. Wszystkie kierują się wartościami, zawartymi w wykładniach filozoficznych takich myślicieli jak np. Niccolo Machiavelli, Artur de Gobineau, Friedrich Nietzsche, czy rosyjski dramatopisarz i filozof Fiodor Dostojewski.

W systemach rządów dyktatorskich nie ma miejsca na wolność słowa. Aby osiągnąć program wytyczony przez rząd, prawo musi pozostać poza nawiasem. Kult wodza z reguły staje się obowiązkiem obywateli, którzy jednocześnie są pod stałą kontrolą władzy. W dyktaturze nagminnie łamie się prawa człowieka. Podlegli dyktatorowi obywatele państwa zobowiązani są do udziału w życiu politycznym oraz realizowania wytyczonych przez dyktatora rozporządzeń. Nadmiernie rozbudowuje się policję oraz służby specjalne, przystosowane do zapewnienia bezpieczeństwa oraz utrzymanie w ryzach społeczeństwa.

Nie wszystkie dyktatury są dyktaturami totalitarno zbrodniczymi, ale wszystkie zmierzają do całkowitego podporządkowaniu narodu, jednostce, do wpojenia społeczeństwu nienawiści w stosunku do obcych kultur, religii i społeczeństw. Wytwarzają w społeczeństwie nieufność i strach.
Mogą doprowadzić do izolacji państwa od świata zewnętrznego, mogą być przyczyną konfliktów, wojny lub rozbioru państwa.

I tego już kiedyś doświadczyliśmy.

Obserwując poczynania obecnego polskiego rządu i to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się na arenie politycznej naszego kraju, porównawszy to z powyżej wymienionymi cechami dyktatur, dochodzę do wniosku, choć oczywiście mogę się mylić, że system na jakim oparta jest obecna polityka wewnętrzna i zewnętrzna Polski nie daleko odbiega od początkowej fazy nazyfikacji narodu niemieckiego.
Różnica jednak polega na tym, że Hitler ponosił całkowitą odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje, natomiast w Polsce bezpośrednią odpowiedzialność za wizerunek polityczny i gospodarczy kraju ponosi rząd. „Dyktator” zaś jako poseł? – no właśnie.

Jedyna różnica polega na tym, że Hitler przy pomocy bojówek od początku swoich rządów wprowadził bezpośredni terror w stosunku do Żydów, kolorowych, komunistów oraz wewnętrznej opozycji W Polsce (oficjalnie) oczywiście bojówek jeszcze nie oczyszczają kraju z niepolskiego elementu. Chociaż hasła i bojówki już są, a jakże. Macierewicz przygotowuje już swoją OTK (obronę terytorialną kraju ) – nazwa inna a zadania podobne – perswazyjny „instrument nakłaniający” dla opozycji, i rosnie w siłę ONR.

A państwo posługuje się machiavelistyczną ideą zależności.

A cóż to takiego, zapyta czytelnik, ta machiavelistyczna idea zależności?

Postaram się to wytłumaczyć na przykładzie, który oby był tylko przykładem.
Otóż, moim zdaniem, rząd polski prowadzi politykę uzależnienia społeczeństwa od pieniędzy w formie pomocy socjalnych, tworząc program 500+, tanie mieszkania, czy też powracając do systemu wcześniejszych emerytur. Idea piękna i godna pochwały. Byłbym z całą świadomością pełen szacunku dla rządu, gdyby nie jedno małe „ale”. Problem w tym że, jak na razie i tak bardzo zadłużonego państwa nie stać na finansowanie tego programu, grozi on zapaścią finansową i utratą płynności. Jakie mogą być tego konsekwencje?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam analitykom finansowym, ale nie tym zatrudnionym przez media reżimowe.
Rząd doskonale o tym wie. Dlaczego więc prowadzi właśnie taką politykę?
I tu się wyłania sens owego machiavellistycznego „cwaniactwa”. W momencie zagrożenia, nie mając alternatywy na wyjście z kryzysu finansowego i politycznego, rząd zapewne poda się do dymisji i – rezygnując z prób uzyskania ponownego mandatu – wymusi na jakiejś partii opozycyjnej podjęcie odpowiedzialności za kraj.
Nowy rząd oczywiście dla ratowania finansów państwa zmuszony będzie do podjęcia niepopularnych decyzji. Wiadomo jakich.
Po pierwsze – zmniejszone lub zawieszone zostaną dotacje na priorytetowy dla PiS-u program 500+ . Świadczenia emerytalne dostosowane zostaną do ogólnoeuropejskich norm. Program tanich mieszkań upadnie.
Jakie będą tego konsekwencje, nietrudno przewidzieć. Nikt nie lubi, gdy mu się coś odbiera. Naród solidarnie ruszy na ulice…
A wtedy PiS z naczelnikiem (może nawet na białym koniu!) na czele powróci.
Jak za dawnych sanacyjnych czasów – kolejny przewrót.

No właśnie Polsko! – Dlaczego nasza narodowa mądrość nadchodzi zawsze pięć minut po dwunastej!

Sennik

Sen pierwszy

Jakaś niepojęta melancholia
Niczym gość niezaproszony
Wypełniła lękiem przestrzeń
Niespokojnej o „jutro” mojej duszy.

Ponoć „nadzieja umiera ostatnia”
Tylko, czym jest nadzieja? –
Szukając w przestrzeni dogmatów
Tej jedynej o niej, bezspornej prawdy.

Jeszcze wczoraj ta ponoć „nadzieja”
Jak opiekuńczo dobra mateńka
Odziana w szaty stwórczej miłości
Karmiła mnie wiarą w Ojczyznę

Niedokończony „adamowy” sen
Niby scheda po jego wielkości
Odnalazł ciąg dalszy w moim,
Romantyczno lirycznym śnie.

Zobaczyłem w nim orła na tle nieba.
Wybudzony z zimowego letargu,
Rozerwany na trzy bolesne strzępy
Szukał pośród ruin, rodzimego gniazda

Widziałem ludzi tęskniących za Polską
Nakarmieni rotą i chlebem wolności
Powracali jednością narodowej mocy
Z niebytu do ziemi krwią płynącej

Sztandary. Biało czerwone płachty
Niesione patriotyzmem synów
Nadwiślańskiej prastarej krainy
Na chwałę odrodzonej macierzy.

Zobaczyłem nagą rzeczywistość
Polsko sanacyjnej czasoprzestrzeni.
Wielkość budowaną z gliny i popiołu
W oparach narodowej niezgody.

Zobaczyłem walkę o władzę nad narodem,
O ten kawałek świeżo upieczonego tortu
Z ofiarnej mąki powstańczych kurhanów
Z tych którzy wolność nieśli w imię Pana.

Senne koszmary nie dają mi spokoju.
Zniewolone skronie pokrywa potna sól
A oczy szczelnie zamknięte niby okiennice
Jak dobrze że czas na przebudzenie.

Berlin 27.04 2017

Sen drugi

Śniła mi się wojna, kolejny koszmar.
Piastowski orzeł zamknięty w niewoli
Na próżno wypatrywał wybawienia.
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się…”

Pięć tragicznych dla Ojczyzny lat
W jednej chwili, w bezgwiezdną noc
Wołało do mnie głosem stojących krzyży
Płonących zgliszcz, potoku krwi – o prawdę.

Wołały dusze polskich zesłańców
Powracających przy oprawców boku,
Z bronią w ręku do matczynej miłości,
Do krwawiącej, zniewolonej ojcowizny.

Widziałem mogiły, tysiące polskich mogił
W rosyjskiej chłodnej przestrzeni
A w nich ci, których polscy „nowohistorycy”
„niegodnych miana polskiego żołnierza nazwali”

Widziałem nazistowskie obozy śmierci
Treblinka, Majdanek, Sobibór, Oświęcim
Śmierć chodzącą ulicami polskich miast
Wioski, po których pozostały tylko zgliszcza

A wolność nadeszła… No właśnie
Ostatnie głosy czasu prawdy wzywa wieczność.

Tym którzy powrócili do kraju z dalekiej Syberii
I tym którzy oddali życie w imię wolności od nazizmu.
Pamięć.

Berlin 11.05. 2017

***
Do pana Jarosława Cenckiewicza (fragmenty listu):

Niech pan nigdy więcej nie nazywa wielotysięcznej armii polskich katorżników, którzy powrócili w polskich – bez korony, ale w polskich mundurach do Ojczyzny – „służalcami obcego, albo bandyckiego wojska”. To oni, a nie kto inny, ofiarą krwi wyzwalali polskie wsie, miasta oraz niemieckie obozy usytuowane na naszej polskiej ziemi. Mój ojciec walczył na Zachodzie, ale zawsze powtarzał – Walczyłem z faszystami, synu , ale to że jesteś dzisiaj, być może zawdzięczasz tym, którzy wyzwolili naszą ojczyznę od niemieckiego okupanta. – Mój ojciec nauczył mnie szacunku dla tych którzy Polskę przynieśli w sercu do Ojczyzny. I tej prawdy uczę moje dzieci. A pan?

Berlin 2015

Reblog: Pełnia lata i inne wiersze / Der Hochsommer und andere Gedichte

Das SprachCafè Polnisch e.V. in Pankow
STZ Pankow, Schönholzer Str. 10, 13187 Berlin
02.06.2017 – 31.08.2017

2 czerwca – wieczór poezji i wernisaż / 2. Juni – Poesieabend & Vernissage
18:00

Agata Koch

A skąd się biorą te wszystkie myśli?
Przychodzą do nas z kosmosu?

Te duże i małe,
te szare i barwne,
te nowe i dawne,
te zimowe i te z lata,
te smaczne i bez smaku,
te pachnące i te bez zapachu,
te górnolotne i te codzienne,
te ważne i te nie tak bardzo…
te lekkie i te ciężkie,
te rozbiegane i te spokojne,
przezroczyste i gęste,
miękkie i nie do zgryzienia,
te moje i te mi obce,
te proste i te nie do zrozumienia,
te widoczne i te…
te jasne…

…i jakie jeszcze będą?
Teraz już sama nie wiem –
spójrz na nie ze mną…

Danke…

Wo kommen all diese Gedanken her?
Aus dem großen All von überall?

Die großen und die kleinen,
die grauen und die farbigen,
die neuen und die von früher,
die winterlichen und die vom sommer,
die leckeren und die ohne geschmack,
die duftenden und die geruchlosen,
die abgehobenen und die alltäglichen,
die wichtigen und die nicht ganz so,
die leichten und die schweren,
die hektischen und die ruhigen,
die durchsichtigen und die dicken,
die weichen und die nicht zu knacken sind,
die von mir und die mir fremden,
die einfachen und die unfassbaren,
die sichtbaren und die…,
die klaren…

…wie sind sie denn noch?
Gleich weiß ich selber nicht mehr,
schaue Du jetzt mit hoch…

Pełnia lata

myślom pozwolić odpłynąć
obłoki zwiewne na nieba jasnego błękicie
musnąć bezwiednie wzrokiem
wziąć do ręki
kalejdoskop pasteli
spojrzeniem zdradzającym
liczne szczegóły całego dnia gości na plaży
tak! Światło to sztukmistrz!
i to w swych największch rolach
całego roku
czas – bezczas
jakby zastygł w bursztynie
po którym pozostaje wspomnienie dobre
i tęskonta zimą
a powietrze rozległe pachnie
(zmieniają się tylko niuanse)
raz wiatrem, raz jabłek leżących pod drzewem winną słodyczą
czy trawą i lasem?
delikatnie obwiewa ciepłem słońca policzek
potem dłoń

zamknij oczy…
szum wód orzeźwiających
i cisza nocy gwieździstej
dawno juz zapomniana

i pokój duszy
– błogosławiony czas lata

Der Hochsommer

Gedanken gehen lassen
leichte Wölkchen am hellblauen Himmel
ungewollt mit einem Blick berührten
einen Kaleidoskop der Pastellfarben in die Hand nehmen
der mit seiner Perspektive die vielen Einzelheiten eines Tages der Strandgäste verrät
ja! Das Licht ist der Meister!
und das in seinen größten Rollen
des ganzen Jahres
die Zeit – die zeitlose
wie in einem Bernstein erstarrt
von der eine gute Erinnerung bleibt
und die Sehnsucht im Winter
die Luft riecht weitläufig
(nur Nuancen ändern sich)
mal nach dem Wind, mal nach Äpfeln, die unterm Baum liegen, nach ihrer Wein-Süße
oder auch nach dem Grass und Wäldern?
ganz sanft umweht sie mit der Wärme der Sonne
die Wangen, dann auch die Hand

schließe die Augen…
Geräusche erfrischender Gewässer
und die Stille der Sternennacht
der längst vergessenen

und der Frieden der Seele
– die gesegnete Zeit des Sommers!

Rzeczy
które mamy
posiadamy
pragniemy
rzeczy
o które się tak staramy
których potrzebujemy
które są nieodzowne
lub tylko tak wydaje się nam

rzeczy
które lubimy
które są piękne i modne
nam towarzyszą i otuchy dodają
wiele umożliwiają i ułatwiają

rzeczy
przypominają
nasz smak opisują
i przynależność wyrażają
oraz prestiż

dzielimy się rzeczami z innymi
dzielimy się z rzeczami
sprawami duchowymi…

rzeczy
zbieramy
przekładamy
rzeczy
które leżą
spoczywają i się nudzą
zakurzone
pod swym ciężarem
– rzeczy zmęczone…
– – –

Sachen
die wir haben
besitzen
nach denen wir streben
um die wir uns so Mühe geben
Sachen, die wir brauchen
die unentbehrlich sind
oder uns nur so vorkommen
mögen

Sachen
die schön sind und in
Sachen, die wir mögen
die uns begleiten und es gemütlich gestalten
vieles ermöglichen und leichter machen

Sachen
die uns an was Bestimmtes erinnern
die unseren Geschmack beschreiben
und Zugehörigkeit
sowie Prestige zeigen

wir teilen Sachen mit anderen
wir teilen mit Sachen
auch Seelen…

Sachen
die wir sammeln
leihen, umräumen
Sachen
sind liegengeblieben
sie ruhen und langweilen sich
verstaubt
unter ihrer Last
– müde…

…bo najważniejsze jest
to
między chwilami
w nawale spraw
pędzie dnia codziennego
milionów detali jego
głębię oddechu poczuć
i lekkość
nagłą i piękną
spojrzeć na
to
jak na czarne na białym
czy
białe na czarnym?
klarowne
cudowne
To

…denn das Wichtigste ist
das
zwischen den Augenblicken
in der Menge der Dinge
und der Schnelligkeit des Alltags
in Milionen seiner Details
die Tiefe des Atems zu erspühren
und seine Leichtigkeit
die plötzlich eintritt und schön ist
das
zu erblicken
wie Schwarz auf Weiss
oder
Weiss auf Schwarz?
ein klares
wunderderbares
Das

Obrazy / Bilder

W rozmowie / Im Gespräch, Collage, Barbara Konieczna

Co nas porusza – wystawa zbiorowa artystek*artystów z berlińskiej dzielnicy Pankow/ Was uns bewegt? – Gemeinschaftsausstellung der Pankower Künstler*innen

Wystawiają / Es stellen aus:
Agata Koch, Aleksandra Gajda, Barbara Konieczna, Bianca Monroy, Estrella Betancor, Gabriele Klier, Grażyna Zarębska, JP Bouzac, Justyna Stokłosa, Sabine Renault,  Silviya Zdravkova, Susanne Kiene

Spotkanie w ramach cyklu prezentacji autorów bloga
Ein Treffen im Rahmen des Vorstellens der Autor*innen vom Blog
ewamaria2013
&

Stuart 24

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

Joanna Trümner

Pożegnanie

Zbliżał się koniec roku, Stuart cieszył się na ponad miesięczny urlop od pracy w szkole. Z niecierpliwością czekał na wyjście Meg ze szpitala za kilka dni i wykorzystywał ciszę, która zapanowała w jego mieszkaniu od czasu, kiedy Liza zaczęła spędzać każdą wolną chwilę z Chrisem – ojcem Meg, na pisanie nowych utworów. Liza przedłużyła swój pobyt w Sydney o miesiąc. Zaskakująca miłość rodziców Meg – dwójki ludzi, którzy po trzydziestu latach zaczęli poznawać się na nowo, nabierała szybkiego tempa. Stuart patrzył z zaskoczeniem na tę dwójkę starszych ludzi, która zachowywała się jak para zakochanych nastolatków i z trudnością rozstawała na kilka godzin. „Życie pisze niesamowite historie”, myślał patrząc na nich podczas odwiedzin w szpitalu, „ktoś, kto ich nie zna, mógłby pomyśleć, że ma przed sobą rodzinę, która zawsze była razem”.

Nie mógł doczekać się Sylwestra, końca roku 1981 – roku, który przyniósł wiele złych, niepotrzebnych wydarzeń. W kilka godzin przed północą siedział na niewygodnym krześle w pokoju szpitalnym. Opowiadał Meg o planach porzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. „Musisz to zrobić, inaczej będziesz kimś, kto przez całe życie będzie żałował, że z wygodnictwa nawet nie próbował znaleźć swojej drogi”, skomentowała. Krótko po północy ktoś nieśmiało zapukał do drzwi pokoju. Stuart od razu rozpoznał lekarza, który operował jego dziewczynę w tę fatalną noc przed czteroma miesiącami, kiedy los decydował o tym, czy będzie dalej żyła. „Chciałem złożyć życzenia noworoczne mojej ulubionej pacjentce”, powiedział podchodząc do łóżka. „Meg, zostało ci jeszcze tylko pięć dni pobytu w szpitalu, mam nadzieję, że i po twoim wyjściu na wolność będziemy mieli okazję do dalszych ciekawych rozmów”, powiedział. Stuart poczuł rosnącą zazdrość, zaskoczyła go intymność tej rozmowy, nagle wydało mu się, że pokój stał się za ciasny dla trójki ludzi. Zdał sobie sprawę z tego, jak mało wie o dziesiątkach godzin, które jego dziewczyna spędziła na czekaniu na kolejną wizytę, badania i zabiegi. Nic nie wiedział o „ciekawych rozmowach” pomiędzy lekarzem a młodą psycholożką, o tym, jak Meg spędzała czas, o jej czekaniu i wrażeniu, że stoi na bocznym torze życia. „Czas już, żeby w końcu była w domu”, pomyślał.

W kilka godzin później wrócił do swojego mieszkania, już na schodach usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu. Dzwoniła matka: „Musisz koniecznie przylecieć, Stuart umiera na raka, bardzo chce się z Tobą przed śmiercią zobaczyć”. „Jak mogłem do niego tak długo nie zadzwonić?”, pomyślał ze wstydem, przypominając sobie ostatnią rozmowę z wujkiem, od której minął ponad miesiąc. Rozmowę zakończoną słowami Stuarta-seniora: „Kto wie, czy jeszcze się kiedykolwiek zobaczymy”, słowami, które teraz nagle nabrały sensu. Stuart-senior – jego ukochany wujek, dobra, życzliwa dusza, której opiekuńcze skrzydła czuł nad sobą przez wiele lat, umierał.

Następnego dnia poszedł rano do szpitala i powiedział Meg, że musi na co najmniej dwa tygodnie wyjechać do Anglii. Dziewczyna uspokoiła jego obawy, że nie da sobie rady po powrocie ze szpitala. „Poradzę sobie, musisz do niego polecieć. Mną się przecież mogą w tym czasie zająć rodzice”. W kilka dni później Stuart wsiadł do samolotu, a podczas długiego lotu przypominał sobie spotkania z wujkiem i jego partnerem, koncerty w ich galerii i cztery lata pobytu w Londynie.  „Ten nowy rok fatalnie się zaczyna”, pomyślał i mimowolnie przed jego oczami pojawiła się twarz młodego lekarza ze szpitala.

W Londynie na lotnisku czekał na niego Brian, partner i wspólnik Stuarta seniora. „Jest fatalnie, to dla niego bardzo ważne, że jesteś. To rak płuc i lekarze nie dają nam żadnej nadziei. Do śmierci zostało mu prawdopodobnie kilka dni, w najlepszym wypadku tydzień, albo dwa. Nie zdziw się, on ma straszne bóle i dostaje morfinę, a przez to nie zawsze wie, co się wokół niego dzieje.” Stuart wszedł więc do budynku szpitala „Royal Hospital” z obawą, czy uda mu się jeszcze w ogóle porozmawiać z człowiekiem, któremu tak wiele zawdzięczał i na którym zawsze mógł polegać. Przyszli razem z Brianem. Na widok chorego z trudem powstrzymał łzy – choroba zmieniła tego przystojnego mężczyznę w karykaturę człowieka, zapadnięte policzki, jeden cienki kosmyk włosów na środku głowy i przebarwienia skóry, wyglądające na rany po poparzeniach, nadały jego wyglądowi coś niesamowitego. Z myśli wyrwał go głośny szept pacjenta: „Bardzo się cieszę, że jesteś. Ostatnio dużo o tobie myślałem, żegnam się przecież z wami wszystkimi”.

Stuart przejął inicjatywę prowadzenia rozmowy, ale w pewnym momencie przerwał swoje opowiadanie o nowościach w Sydney, bo poczuł, że chory jest bardzo zmęczony. Zostawił pacjenta samego i poszedł do szpitalnej stołówki, gdzie czekał na niego Brian.

Brian powiedział Stuartowi, że choroba pojawiła się nagle, wtedy, gdy, niestety, obaj mieli ze sobą duże problemy. „Przez ostatnie lata byliśmy przede wszystkim partnerami i przyjaciółmi”, mówił Brian. “W ciągu ostatnich lat spadło na nas niemało kłopotów. Podjęliśmy kilka złych decyzji, zainwestowaliśmy pieniądze w obrazy, których nikt nie chce kupić. Zdarzało się, że nie mieliśmy pieniędzy na czynsz. Na szczęście od roku ta zła passa się skończyła, galeria znowu przynosi niezłe zyski. Wszystko to bardzo zmieniło nasz związek – ja przestałem w którymś momencie wierzyć w to, że go jeszcze kocham. No i kogoś poznałem.” Brian był wyraźnie zakłopotany. „Do końca życia nie pozbędę się uczucia, że jego rak jest moją winą. Tamtą historię skończyłem, jak tylko dowiedziałem się o jego chorobie, dopiero wtedy zrozumiałem, że on jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie.” Stuart nie wiedział jak zareagować na intymne zwierzenia Briana. „Najważniejsze, że teraz przy nim jesteś. Ważne, żeby wiedział, że nie jest sam i że jest kochany”, powiedział, próbując uspokoić wyrzuty sumienia Briana.

Następnego dnia Stuart-senior był w lepszej formie. Po kilku minutach rozmowy spytał siostrzeńca o jego muzykę. „Nigdy o niej nie zapominaj, masz talent i musisz coś z nim zrobić. Ja też zawsze marzyłem o własnej galerii, zawsze wierzyłem w to, że kiedyś mi się to uda. Proszę cię nie rezygnuj. Większość ludzi nie ma żadnego celu, przeżywa to życie niczego nie pragnąc – a ciepłe mieszkanie i obiad to nie wszystko”. Stuart-senior mówił ostatnie słowa tak emocjonalnie, że przez chwilę sprawiał wrażenie człowieka zdrowego, który za chwilę wstanie z łóżka i pójdzie przygotowywać kolejną wystawę, prawie można było zapomnieć, że zostało mu zaledwie kilka dni.

Zaraz po tym wybuchu emocji pacjent zasnął, Stuart zostawił go więc w spokoju i poszedł do kantyny. Tam z radością zobaczył, że przy stoliku razem z Brianem siedzą jego matka i siostra Kate. Przywitał się z nimi, z pewnym rozczuleniem wziął z rąk matki ciepłą kurtkę, którą zostawił w domu wyjeżdżając do Australii. „Matka zawsze pozostaje matką, jak to dobrze”, pomyślał, bo przez ten spontaniczny przyjazd nie przygotował się do zimy, a ta, w nowym roku 1982, po raz pierwszy od wielu lat, dawała się w Anglii we znaki. Londyn był biały – śnieg, o istnieniu którego Stuart zapomniał, utrudniał co prawda życie w mieście, paraliżując jego komunikację, ale zmienił równocześnie obraz metropolii – miasto miało w sobie teraz coś niewinnego, czystego i optymistycznego.

Rozmowa przy stoliku w stołówce dotyczyła głównie chorych – zarówno Stuarta-seniora jak i Meg. Brian zadecydował o tym, kto i jak długo będzie odwiedzał Stuarta. Następna w kolejce była matka. Brian wręczył Stuartowi klucz do domu, sam zdecydował się zostać na noc przy łóżku chorego. Wieczorem Stuart, Kate i matka zasiedli ze szklaneczką w ręku w salonie Briana i Stuarta i opowiadali sobie nowiny. Stuart odnosił wrażenie, że wszyscy troje starają się unikać tematu nowego związku matki, może dlatego że nie był przecież częścią ich wspólnej przeszłości, był czymś świeżym, nowym, należącym do innego, właściwie nie znanego im, dzieciom, etapu życia.

Kate była w ciąży i nie mogła doczekać się urodzin dziecka, którego pragnęła od lat.

Matka obiecała Stuartowi, że w maju przyjedzie do Sydney. „Czy mogę kogoś ze sobą wziąć?”, spytała, a z jej tonu Stuart wywnioskował, że nieznany nowy partner jest dla niej ważny. Stuart pomyślał, że matka odmłodniała i po raz pierwszy od lat sprawia wrażenie osoby szczęśliwej. O trzeciej nad ranem zbudził ich odgłos dzwoniącego telefonu. Brian płakał. Przed kilkoma minutami Stuart umarł.

Cdn

Szopa w salonie

Łukasz Szopa

Wstęp do występów retro

Początki zawsze są trudne. Podobnie jak teraz, czułem się wstepując na blogową „scenę“ niemieckiego tygodnika „der Freitag“. Pismo to, którym od lat kieruje Jakob Augstein, jest wyraźnie lewicowe, dla jednych „liberalno-lewicowe“, dla innych „lewackie“. Czyli – pomyślałem na początku roku 2009, gdy zaczynałem z blogowaniem na portalu ich internetowego wydania – idealne dla mnie!

Tym bardziej, że poruszony niedawnym kryzysem finansowym, po latach znów zainteresowałem się, i to od podstaw, teoriami ekonomii i to nie tylko neoklasycznej, czy dla innych – neoliberalnej. Należałem w pewnym sensie do osób, która właśnie w dogmatyzmie, a tym bardziej braku krytyki i refleksji tej „ideologii“, widzieli powody kryzysu.

Jednak, wbrew temu, co mogłoby się czytelnikowi wydawać po powyższych zdaniach – nie byłem nigdy (i nadal nie jestem) ani lewakiem, ani komunistą, ani lewicowcem, ani nawet socjaldemokratą. Wydaje mi się, że nawet brak mi jakiejś typowej „socjalnej empatii“. Gdybym miał wybierać, zawsze wybiorę jednak „wolność“ nad „sprawiedliwość“, a co dopiero – „równość“.

Jestem i byłem liberałem – i dlatego właśnie tak wstrząsnął mną i kryzys finansowy, i to, co zacząłem odkrywać, studiując zarówno dawne podręczniki ekonomii ze studiów, jak i aktualne w 2008 i 2009 wydarzenia, decyzje, opinie. Doszedłem do wniosku, że właśnie obecna struktura ekonomiczna, nie tylko finansowa, jest w wielu punktach i założeniach właśnie – głęboko antyliberalna. Że zagraża wolności, mimo że maszeruje pod jej sztandarem.

Po wielu lekturach więc – starszych i nowszych – postanowiłem własne przemyślenia przelewać na papier. Czy też na ekran – czyli w formie bloga, gdzie mógłbym się tym nie tylko dzielić, ale i nawiązać komunikację, a jeśli by się udało – dyskusję z czytelnikami.

Dlaczego więc lewicowy „Freitag“, a nie forum internetowe FDP czy choćby Piratów (wtedy jeszcze istnieli) czy Zielonych?

A z tego powodu, że występy na takiej scenie uważałem za… nudne i mało ambitne.

Cóż to za sztuka pisać do przekonanych, i kąpać się w letniej zupie potakiwaczy, afirmatorek i przyklaskiwizmu?

Dlatego postanowiłem wejść ze swoimi przemyśleniami, pomysłami, pytaniami na internetową arenę aktywnych – acz nie partyjnych czy dogmatycznych – lewicowców. Trochę wkładając rękę w gniazdo os, licząc jednak nie tylko na odebranie tego jako prowokacji, ale również w nadziei na kulturalną debatę, intelektualny i twórczy dla obu stron dyskurs.

Zacząłem głównie od tematów ekonomicznych, jak sens lub bezsens wzrostu gospodarczego, czy też sens „mierzenia“ poziomu ubóstwa. Nieraz próbując to ironią, to rzeczowością, to radykalizmem „połaskotać“ i „podrażnić“ typowo lewicowe stanowiska – równocześnie oczekując i zrozumienia.

Jednak – za każdym razem podważając pozycje dogmatyczne. Tym bardziej, że już od dawna dziwił i śmieszył mnie fakt, nierzadki wśród „zaangażowanych lewicowców“ (czyli głównie sytych intelektualistów z nastawieniem „czarnego bloku“ – jednak siedzących przed komputerem na kanapie), iż bez-myślnie wrzucają do jednego własnego „ideologicznego“ wora szwarc, mydło i powidło. Aktywiści walczący z energią atomową są „automatycznie“ również feministami, krytykami banków, i zwolennikami Wolnej Palestyny. (Ja w sumie też jestem i pierwszym, drugim, trzecim i czwartym – ale nie w formie abonamentu „cztery w jednym“).

Mimo to, nie chodziło tylko o krytykę dogmatów i dyskurs dla dyskursu (choć i to bywało ciekawą nauką – zarówno pokory i autokrytyki, gdy „atakowano“ mnie rzeczowo, jak i trenowania grubej skóry, gdy ataki miały formę osobistą i emocjonalną). Chodziło o wypracowywanie pomysłów i rozwiązań, czyli przejście ponad tylko krytyką stanu obecnego: ja od strony liberalnej, czytelnicy od lewicowej. I kilka razy nawet się udało.

Po tematach ekonomicznych, i nieregularnych interludiach z polityki niemieckiej, zainteresowałem się bardziej kwestiami społecznymi (o ile nie socjologicznymi), by wreszcie wylądować w ostatniej fazie nie tyle w filozofii i etyce, co wręcz metafizyce.

Teraz, po niemal dwu latach od napisania ostatniego wpisu na bloga „Das Geschenk der Verlangsamung“, postanowiłem odgrzać stare tematy. Nie tylko, bo modne są obecnie wszelkie możliwe „retroizmy“ (od mebli i mody po muzykę i nacjonalizm), ale jako weryfikację moich ówczesnych opinii i propozycji. Co dwa tygodnie będę więc tu wskrzeszał – niekoniecznie chronologicznie – wybrany temat z 139 napisanych tekstów, próbując opisać go autokrytycznie lub i nie – o obecnej perspektywy – podając i link do niemieckojęzycznego oryginału.

Dziś kończę linkiem do całości tych „wpisów zebranych“ – w nadziei, że jednak nikt tego przez wieczór nie zdoła przeczytać!

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa

 

Barataria 19 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria – zakończenie

Silvio Gesell (i Ewa Maria Slaska)

Jak upadła wolna republika Barataria i zniknął ostatni “wolny pieniądz” cywilizowanego świata, a pojawiło się złoto

Baratonowie…

Zanim powiem, co dalej, muszę zauważyć, że nazywanie mieszkańców Baratarii Baratonami niezbyt mi się podoba i chyba wolałabym ich nazywać Baratarianami, brzmiałoby to szlachetnie, jak pretorianie, ale autor (czy tłumacz) nazywa ich po niemiecku Baratonami i postanowiłam się dostosować zastosowanego w jego rozprawie duktusu językowego.  

Baratonowie zatem, jak zdążyliśmy się zorientować, byli ludkiem zapobiegliwym i gospodarnym, ale niestety nie nazbyt rozumnym. Pewne decyzje dotyczące zasad wręcz egzystencjalnych, podejmowali kierując się nieobliczalnymi powodami. Najpierw – z powodu smrodu guana – wybrali ziemniaki jako podstawę swego systemu monetarnego. Potem, znowu z powodu smrodu, choć tym razem na odmianę śmierdziały im gnijące kartofle (a przecież pecunia non olet, non olet!) przerzucili się na walutę w postaci orzeszków piniowych, która miała niby to przypominać “pieniądz muszlowy Hotentotów”, ale tak naprawdę była znacznie mniej pewna, bo mógł ją nadgryźć nie tylko ząb czasu, lecz też ząb każdej zwykłej wiewiórki czy głodnego szczura.


Podstawa dotychczasowego systemu monetarnego Baratarii – szyszka pinii, z której pozyskuje się nasiona (orzeszki) piniowe.

Zanim jednak przydarzył się kataklizm w postaci napadu wiewiórek na bank narodowy, Baratonowie przerzucili się z pieniądza podlegającego zniszczeniu na zwykły, pospolity pieniądz dający się tezauryzować, stosowany w każdym cywilizowanym kraju, gdzie z powodzeniem niszczył wszystkie objawy wolności. Tym razem powodował nimi nie tyle wysublimowany zmysł węchu, co zwykła ludzka ciekawość (ciekawe, co będzie? no, ciekawe, co będzie?), która w połączeniu z bezdenną głupotą uczyniła ich ofiarami zwykłej demagogii.

Demagog to postać dobrze nam znana, w końcu i u nas to on doszedł do władzy, pozornie wcale jej nie sprawując. Demagog obiecuje i to jest jego główna siła. To że obietnice się nie spełnią lub że obrócą się na pohybel wyborcom Demagoga, nie ma nic do rzeczy. Wyborcy Demagoga bowiem nie powodują się myśleniem, lecz chceniem. Na Baratarii Demagog nazywał się Carlos Marquez i był niewątpliwym specjalistą w odwracaniu kota ogonem, mydleniu oczu i szafowaniu nieprzebraną ilością nic nie kosztujących abstrakcji takich jak patriotyzm, duma narodowa i dobra zmiana. Po 25 latach wspaniale prosperującej gospodarki głosami głupców i frustratów postanowiono zmienić formę gospodarki, zastąpić pieniądz zniszczalny pieniądzem niezniszczalnym, zgodnie z propozycją Carlosa Marqueza.

Przypomnijmy tu może, że stary rzymski tytuł markiza oznaczał dowódcę władającego terenami nadgranicznymi. Margraf, Margrabia, Markiz, Marquese to obrońca naszych cywilizacyjnych rubieży przed naporem wroga. Jakiego, to już określi czas. W starożytnym Rzymie byli to Germanie, w zgermanizowanym Rzymie – Hunowie, w państwie Germanów Słowianie, w średniowiecznej Europie, która wchłonęła już Słowian – Mongołowie i tak dalej… Marchia czyli Przedmurze.

No dobrze, ale tak między nami mówiąc, Carlos Marquez może być nie tylko symbolem obrońcy naszych swojskich granic, ale jest też – być może – po prostu Karolem Marksem na opak. Bo wszystkie propozycje Marqueza prowadzą do tego, by zrealizować znany Marksowi model gospodarki, bezlitosny kapitalizm angielski z XIX wieku. Marquez proponuje bowiem wprowadzenie sytuacji, w której podział społeczeństwa na klasy, czy ściślej rzecz biorąc, na biednych i bogatych, jest skutkiem pewnej określonej formy własności ‑ prywatnej własności środków produkcji ‑ która umożliwia “wyzysk ludu pracującego miast i wsi” przez właścicieli środków produkcji.

Zgodnie z propozycją Marksa ustalono, że pieniądz podlegający zębom szczura, zostanie mimo to uznany za pieniądz niezniszczalny. Był to, jak pisze Gesell, najczarniejszy dzień w historii Baratarii, dzień w którym doprawdy, zgodnie z Talmudem, “małe drewienko zapaliło duże drzewo”. Wszyscy chceli zamienić swoje zapasy na pieniądz, każdy chciał sprzedać wszystko, co miał, nikt nie chciał nic kupić. Po tygodniu pojawiła się firma Bankiera – był rzecz jasna poplecznikiem Markiza – która zaczęła po niskich cenach kupować najlepsze i najpotrzebniejsze towary, które potem… Czyż trzeba opowiadać, co było dalej? Jak przyszedł przednówek i nie było nasion pod zasiew, i trzeba je było kupić po niebotycznych cenach u lichwiarza czyli Bankiera? Jak brakło pieniędzy na zakup i trzeba było kupować na kredyt? Jak kredyt został oprocentowany i pojawiły się procenty od procentów? Jak pojawiły się głód, bieda, bezrobocie, pijaństwo, frustracja, prostytucja, praca dzieci, płacz i zgrzytanie zębów? I mała grupka bogatych, z których najbogatszy był Bankier…

Dobry Boże, zapisał kronikarz, cóż za głupotę zrobiliśmy. Ani trzęsienie ziemi, ani powódź, ni wojna i ni zaraza, jeśli by nas nawiedziły, nie zrobiły by nam gorszej krzywdy niż te pozornie nieszkodliwe zmiany, jakie zasugerował nasz teoretyk. Wstrząsnął podstawami naszej gospodarki, zachwiał stosunki społeczne, zniszczył wszystko tak doszczętnie, że tylko gruz pozostał. Naród wyżywa się we wzajemnej nienawiści, jest zakłamany, uzależnionych od nałogów, a z chrześcijaństwa, którym sobie gębę wyciera, pozostała tylko nazwa. (…) Demokracja to nie jest tani towar na jarmarku, może ona i owszem sprawić, że państwo i społeczeństwo bądą przeżywały prosperity, ale tylko pod warunkiem, że cały naród zada sobie trud dogłębnego zbadania spraw państwowych. Ale tej prac Baratanie chcą sobie zaoszczędzić, wolą siedzieć w knajpie i wymądrzać się przy piwie…

Czy można się dziwić, że w pewnym momencie wszechwładny Bankier został królem i pojawiły się partie, gazety, szkoły, uniwersytety, policja i związki zawodowe, które miały za zadanie utrzymywać biednych w ryzach i baczyć, by nie zrozumieli, co jest powodem ich nędzy. Powstał też parlament, którego zadaniem było zapobieganie wszelkim próbom poprawy ich doli.

Eksperyment z wypróbowywaniem na wyspie wszystkich modelów gospodarki trwał 60 lat: przez 10 lat rządził komunizm, 25 lat było okresem wolnego pieniądza i 25 lat zużyto na realizację modelu nieludzkiego wyzysku kapitalistycznego.  W roku 1670 Baratarię odkryli Anglicy. Tak jak na całym świecie, tak i w królestwie rządzonym przez Króla-Bankiera, wprowadzono do obiegu złoty pieniądz. Nic to nie zmieniło w położeniu biednych i głupich, a może je nawet pogorszyło. Bo teraz każdemu biedakowi wydawało się, że jeśli tylko zdobędzie złoto albo 500 złotych…

Legenda o Warszawie – odcinek III

Wiktor Ostrowski

Puszcza

Odcinek rozpoczyna się wielostronnymi najazdami, odjazdami i panoramami puszczy. Będą tu zdjęcia zwierząt w puszczy, ptaków i zbliżenia małych zwierząt na tle drzew. Przez cały czas wstępu przyciszony chór śpiewa pieśń o puszczy.
(Ewentualnie może to być melodeklamacja)

Szumi puszcza, szumi las
W przedwieczorny, letni czas,
Ptaków zamilkł liczby rój,
Lis porzucił barłóg swój…
Szumi puszcza szczytem drzew,
Milknie z wolna zgiełk i śpiew,
Przemknął się w korzeniach wąż,
Sowa w gęstwi drzew śpi wciąż…
W krzakach bezszelestny ruch,
Coś bezszumnie – może duch,
Może południca zła
Między drzewa cicho szła…
Może z drzewa w dół na krzew,
Budząc Doli złość i gniew,
Skacze mały, zwinny skrzat,
Dobry duch, każdemu brat…
Szumią krzaki, chrzęści chrust
Coś jak chlupot, coś jak plusk:
Płynie rzeczka pośród mchów,
W głębi wody widać znów:
Ni to ryba, ni to dziw,
Ni topielec, ni to żyw,
W przedwieczorny opar wpadł,
Drzewem wstrząsnął – szyszek grad
Zeszłorocznych spada w dół,
A on na dno i w sam muł
Zarył się i cicho znów…
Puszcza… Duchów świat i snów…

Mała polana w puszczy. Słychać łkanie i ciężki, głuchy oddech. Głosy te zbliżają się i na polankę wbiega Bożenka. Biegnie coraz wolniej i wreszcie pada na ziemię, ciężko oddychając. Ma nadal związane z tyłu ręce. Poszarpane giezło, spalone od dołu, ledwie ją okrywa, jest cała zabłocona. Leży na kępie mchu i odpoczywa. Wzrok ma dziki i wystraszony. Przypomina w tym stanie śmiertelnie przerażone ranne zwierzę. Z wolna jednak przytomnieje, uspokaja się. Czujnie słucha, czy nie usłyszy pogoni – ale w puszczy poza gwarem ptaków nic nie słychać. Przy głowie dziewczyny rosną kępami jagody. Bożenka nachyla się i chciwie zrywa samymi ustami jagody – je. Bożenka podnosi się i nasłuchuje. Słyszy szmer wody. Parę kroków dalej płynie strumień. Bożenka wchodzi do wody, klęka, nachyla się i chciwie pije wodę. W tym momencie widzi duży, ostry głaz na brzegu strumienia. Podchodzi, siada tyłem do głazu, wybiera starannie pozycję i zaczyna trzeć sznur, którym ma związane ręce o ostry kamień. Ruchy jej, początkowo gwałtowne, stają się coraz bardziej miarowe i celowe. Uśmiecha się nawet, kiedy czuje, ze można tak przerwać sznur. Rzeczywiście, po pewnym czasie ostatnie nici sznura pękają i Bożenka wyciąga naprzód uwolnione ręce. Zdjęcie więzów teraz nie napotyka na trudności. Wraca do strumienia, zanurza obolałe ręce w wodzie, wykonuje nimi ruchy, aż do tego momentu, kiedy odzyskuje całkowitą władzę w rękach. Teraz zmywa z rąk i nóg kurz i błoto i przemywa poranione i obolałe miejsca. Już rękami zrywa leśne jagody i maliny. Opasała się sznurem i rozgląda się dokoła. Dokąd iść? Trzeba dostać się do rzeki i przepłynąć ją – dopiero tak – dziewczyna to dobrze rozumie – można zgubić ślad. Wyłamała z suchego drzewa ostry, długi kij i tak uzbrojona idzie wzdłuż strumienia. Strumień wkrótce zaprowadził ją do rzeki. Tę rzekę zna, tu przecież łowiła z ojcem. Nawet nie musi płynąć – odnalazła płycizny i tak przeprawiła się na drugi brzeg, idzie w dół rzeki, ale – nie chcąc zostawiać śladów idzie wodą przy brzegu. Bożenka spieszy się, chcąc przed nocą przebyć jak największy odcinek drogi. Zresztą nie wie właściwie, dokąd ma iść. Jedyny cel – to jak najdalej od grodu, od pogoni, od Rosława. Może jednak nie będzie pogoni? Może w grodzie uważają, że ona już została spalona?
Z wysiłkiem dziewczyna przebywa dalszy odcinek drogi. Zmrok zapada. Czas pomyśleć o odpoczynku. Znajduje rozłożyste drzewo, zwinnie wdrapuje się, mości sobie jakie-takie posłanie z liści w rozwidleniu gałęzi, przywiązuje się sznurem, do sznura przywiązuje kij i niemal natychmiast zasypia.
Dziewczyna we śnie widzi różne zjawy leśne. A może ona nie śpi i te istoty naprawdę są? Zjawiają się na polanie nad rzeką skrzaty, tańczą, śpiewają i wykonują różne mało zrozumiałe ruchy i czynności.
Bożenka nawet się ich nie boi, większą obawą przejmują ją zwierzęta, zwłaszcza duże, które tu schodzą się do wodopoju.
A skrzaty – nie. Nawet przysłuchuje się ich śpiewem i słyszy je dobrze.

Pieśń skrzatów:

W dzień spać, spać, spać, spać
W ciemnej nocy
Za trud się brać, brać
Ile mocy
Gdy w dół spadł liść, liść
Sprzątnąć trzeba
Na młyn z nim iść, iść
Upiec chleba
A młynarz skrzat, skrzat
Zaraz zmiele
Chce chleba brat, brat
Więc podzielę
Spadł dziś deszcz, deszcz, deszcz
Mucha tonie
Nie krzycz, nie wrzeszcz, wrzeszcz
Ja obronię
Więc muchę susz, susz
I już leci
Dość trudu już, już
Czas spać, dzieci
W dzień spać, spać, spać, spać
Głośno chrapać
W nocy wstać, wstać, wstać
W lesie człapać

Księżyc jasno świeci. W poświacie księżycowej puszcza wygląda, jak zaczarowana. Gałęzie drzew układają się w dziwne kształty. Może to nie gałęzie, a postacie. Może naprawdę na gałęzi siedzi rusałka. Czy ten nietoperz nadlatujący bezszumnie ma naprawdę ludzką twarz?
Czy to pojawia się mały, jasny obłoczek, czy też jakaś postać, która do puszczy spływa na promieniu księżyca. Chlupnęła woda w rzece, a może to z gałęzi coś skoczyło do wody. Kumkanie żab zlewa się w niemal ludzki chór głosów. Cała puszcza, cała rzeka i jej liczne rozlewiska żyją, śpiewają, wydają różne głosy, odbijane wielokrotnie echem w puszczy. Głosy stopniowo milkną, na księżyc nadchodzi czarna chmura, powiał wiatr i zaczyna padać rzęsisty deszcz.
Zaczyna świtać. Bożenka śpi na drzewie. Cała skulona. Przemoczone łachmany źle okrywają jej zziębnięte i przemoczone ciało.
Dziewczyna budzi się, odwiązuje od drzewa i w promieniach rannego słońca – bo właśnie przebiły się jego promienie przez rozpędzone chmury, rozprostowuje zziębnięte ręce i wyszukuje leśne jagody które chciwie je. Jednak nie jest to dostateczny posiłek… Bożenka schodzi na sam brzeg rzeki i po kilku krokach zatrzymuje się raptownie. Na brzegu leży nadłamany z jednego końca oszczep. Ale grot jest cały, tylko pokryty rdzą. Na samym brzegu widać ślad łodzi, która tu została wciągnięta. Na piasku ślady stóp ludzkich.
Bożenka rozumie. Tu był łowca, pewno polował. Odpłynął łodzią, a oszczep zostawił lub porzucił śpiesznie odpływając przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej – jest broń. Bożenka odnajduje duży głaz i starannie trze grot o granit. Już grot zasrebrzył się czystym metalem, a koniec jego stał się ostry i gładki. Dziewczyna odnajduje mały krzemień, uderza nim o grot, wywołując iskry. Bożenka aż klasnęła w ręce z radości i w uniesieniu całuje oszczep. Ma broń i może rozniecić ogień. Teraz trzeba zdobyć pożywienie. Przechodzi na sam brzeg rzeki, zdejmuje giezło i, trzymając oszczep nad głową, wchodzi do wody. Na głębszej wodzie trzyma już oszczep na wyciągniętej ręce pionowo, grotem w dół i zamiera w bezruchu. Wie ona, jak łowić ryby na oścień… Błyskawiczny ruch i dziewczyna wyrzuca oszczep z wielką rybą na brzeg. Sama dopada w kilku susach brzegu. Ryba rzuca się, walczy. Dziewczyna chwyta ciężki kamień – uderzenie i ryba nieruchomieje. Bożenka odziewa się, zbiera gałązki i suchy mech, uderza grotem o krzemień, po kilku chwilach ognisko już zapala się. Dziewczyna dokłada gałązki, czyści rybę, nabija ją na gruby patyk, z dwóch innych robi podpórki i w ten sposób na ogniu piecze rybę. Widzimy ją następnie rozkoszującą się jadłem. Bożenka wypoczywa na słońcu, suszy swe łachmany i potem zawija połowę ryby w dół swego giezła, znów opasuje się sznurem i – uzbrojona w oszczep – idzie po wodzie wzdłuż brzegu w dół rzeki…

Piosenka Bożenki:

We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Jaki los mnie, biedną, czeka
Wiedzą w grodzie,
xxxxxxxxxxWiedzą w grodzie
Gdzie Bożenka w dal ucieka
I gdzie brodzi
xxxxxxxxxxI gdzie brodzi
Kto od złego tego człeka
Mnie odgrodzi
xxxxxxxxxxMnie odgrodzi
Kto ucieka – ten nie zwleka
I uchodzi
xxxxxxxxxxI uchodzi
Bity pies też gryzie, szczeka
O to chodzi
xxxxxxxxxxO to chodzi
Cicho płynie wielka rzeka
Idę co dzień
xxxxxxxxxxIdę co dzień
Kto ucieka – nie narzeka
Woda chłodzi
xxxxxxxxxxWoda chłodzi
Może płynie już z daleka
Pogoń w łodzi
xxxxxxxxxxPogoń w łodzi
Rabą złego być człowieka
Bitą co dzień
xxxxxxxxxxBitą co dzień
Nie! uciekam, deszcz mnie sieka
I drżę w chłodzie
xxxxxxxxxxI drżę w chłodzie
We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Wolność widzę, choć z daleka
Więc uchodzę
xxxxxxxxxxWięc uchodzę

W grodzie – pod nieobecność Rosława – niepodzielnie rządzi Dziwomir. Nagradza on sowicie swych sojuszników, pije miód z Sułkiem, który wykonywa zalecenia wróża. Woje Sułka są należycie karmieni i honorowani. Teraz wszystko im wolno. Wszelkie objawy nieposłuszeństwa ze strony młodzieży są natychmiast brutalnie tłumione. Toteż życie rybaków, zwłaszcza młodych chłopców i dziewcząt, staje się coraz cięższe, coraz trudniejsze.
Dagniew, Tur i inni towarzysze Warsza zmawiają się cichaczem i nocą zbierają się na puszczańskiej polanie, z dala od grodu, by postanowić o dalszym swym losie. Zbiera się około 30 chłopców, z trzech dziesiątek Warsza. Z nimi na naradę przychodzi tyleż dziewcząt. Każdy chłopak ma tu swoją dziewczynę. Czasami zmówioną z nim, a czasem dopiero sympatyzującą.
Zagaja wiec Dagniew. Mówi, że Dziwomir ze swoimi sojusznikami wyniszczą ich zupełnie, że w grodzie stanowią oni mniejszość, że nie potrafią nawet obronić dziewcząt przed napastliwością nowych przybyszy.
Jedyna rada – mówi Dagniew – to tą gromadą, którą my stanowimy iść precz z grodu. Iść ku wschodowi, przez puszczę. Tam płynie wielka rzeka i nad nią osiądziemy bronieni puszczą i odległością od prześladowców. Nie chcemy – mówi – niewoli. Tam założymy nowe swoje sioło, będziemy żyć w ciężkiej pracy, ale na wolności. Pracować będziemy dla siebie, a nie na komorników, obcych wojów, ciemiężców… Tu czekać, aż ci twoją dziewczynę zabiorą! Nie zwlekać – trzeba tylko uciekać.
Mówi Żywia, drużka Bożenki, dorodna, wesoła i zgadzająca się zawsze z losem, dziewczyna. Mówi – czekać, aż schwycą mnie, oddadzą niemiłemu, aż zrobią ze mnie niewolnicę, aż mnie spalą, jak Bożenkę? A gdzie indziej możemy żyć, jak wolni ludzie. Z nas żadna pracy się nie boi – mówi, uśmiechając się do Dagniewa.
Tur mówi krótko. Kto się decyduje – niech przedtem powie Dagniewowi, a on wyznaczy, kto ma co zabrać ze sobą. Nie możemy zaczynać nowego życia z pustymi rękami. A zabieramy ze sobą: broń – łuki, strzały, sulice i oszczepy, topory, piły, sprzęt do stawiania domostw i budowy łodzi. Tam żelaza – pamiętajcie – nie dostaniemy. Dalej odzież, zapasy jadła na długą drogę. Ziarno do zasiewu: reż, proso, groch, konopie i len. Sprzęt domowy, garnki a kotły – małe, ale musimy je mieć. Jak nas idzie kopa to rozłożym tak wiuki, żeby żaden nie niósł za dużo. Takich tobołów ma być mniej, niż nas jest, bo przed nami pójdzie kilku chłopaków z bronią i toporami pilnować dzikiego zwierza i torować drogę w puszczy. Może ktoś osłabnie tedy jego tobół poniesie inny czy inna – bośmy wszyscy i wszystkie są równi. Kto będzie gotowy niech powie mnie albo Dagniewowi. Dagniew nas prowadzi.

Ciemna noc bezksiężycowa. Gród i podgrodzie śpi. Stróża na wałach też się pospała. W końcu grodu, przez niestrzeżony wyłom w ostrokole, wymykają się kolejno obciążeni chłopcy i dziewczęta. Giezła podwinięte nie przeszkadzają w chodzie, ani biegu. Idą sznurem, jak duchy. Nie stuknie, nie zachrzęści broń. Nikt nie piśnie słowa. Daleko już od grodu, o wczesnym świtaniu, przeprawiają się przez rzekę i idą dalej przez dziewicza puszczę, kierując wciąż ku wschodowi.

Nawałnica w puszczy. Nad rzeką idzie z wolna Bożenka. Jest zmęczona i przemoczona. Cała dygoce z zimna. Zatrzymuje się, zbiera gałązki i stara się rozpalić ognisko. Ale mokry mech i mokre drzazgi nie chcą się zapalić. Bożenka bez sił opiera się o drzewo. Z osłabienia i bezsiły płacze…
Parę kroków od niej przechodzi łania. Dziewczyna nagle z nieoczekiwaną siłą rzuca oszczep w bok łani i rani ją śmiertelnie. Łania pada nieżywa. Bożenka odzyskuje siły. Przyskakuje do martwego zwierzęcia, ostrzem grota nakrawa jej skórę i, dobrawszy się do mięsa, odcina wielki jego kawał. Znów zbiera mach i gałązki – teraz w cieniu wielkiego drzewa udaje się jej rozpalić ognisko. Dziewczyna dokłada wciąż drzewa i w końcu wielkie ognisko rozpala się. Nad ogniem piecze się olbrzymi kawał mięsa. Teraz Bożenka, nacinając ostrożnie skórę łani, zdejmuje ją. Czyści zgrabnie i cała otula się w ciepłe futro. Mięso już upieczone. Bożenka zaczyna chciwie jeść, ale nagle widzi z dala kilka przybliżających się wilków. Dziewczyna chwyta upieczony kwa kawał mięsa, jeszcze drugi surowy. Chwyta płonącą głownię i rzuca ją w stronę zbliżających się wilków. Wilki cofają się nieco, a Bożenka skacze ze swoim ciężarem na drzewo, z wysiłkiem wspina się na niedostępną dla wilków wysokość, tam przywiązuje mięso i sama się układa w rozwidleniu gałęzi, jak w łożu. Dalej je mięso, przyglądając się, jak wilki rzucają się na ścierwo łani i pożerają je łapczywie. Zapada noc, wilki odeszły, Bożenka, otulona w ciepłą skórę, nasycona, zasypia.
Ranek. Dziewczyna zeszła z drzewa, zdejmuje skórę i starannie czyści ją grotem oszczepu i piaskiem. Przykrawa, łączy części tego nowego odzienia kawałkami swego porwanego giezła. Wkłada na siebie i śmieje się sama do siebie.
Znów rozpaliła ognisko i piecze pozostałe mięso. Z dala pojawia się wilk. Dziwne – bo już jest dzień. Ona potrząsa płonącą głownią i głośno krzyczy, ale wilk nie ucieka i nagle, głośno szczekając, przypada do stóp dziewczyny.
To nie wilk. To jej wierny pies, Ryk. Widać, że ogłuszony uderzeniem przy ówczesnej obronie Bożenki, nie zdechł, a tylko ogłuszony spłynął wodą. Widać, że polował w puszczy, jest silny i odpasiony. Bożenka ściska i całuje swego wiernego druha – już teraz nie będzie samotna. Taki pies – to pewna obrona.
Już pełny dzień. Bożenka idzie z psem przy nodze w dalszą drogę.

Finisaż

…wystawy Stanisław Kubicki (1889–1942) – Hermann Stöhr (1898–1940)

 

W miniony wtorek, 23.05.2017 w ratuszu dzielnicy Kreuzberg w Berlinie odbył się finisaż podwójnej wystawy

Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”

&

Hermann Stöhr (1898–1940) – “Das unmissverständliche Nein“/ “Nie, które na pewno znaczy Nie”.

połączony z wykładem kuratorki wystawy o Stanisławie Kubickim, dr Lidii Głuchowskiej.

Kuratorka wystawy Stanisław Kubicki (1889-1942) podczas oprowadzania po wystawie, Rathaus Kreuzberg, 2.05.2017, fot. Krystyna Koziewicz

Wygłoszony po niemiecku wykład, zatytułowany „Rückkehr der Grafiken – von Posen nach Berlin und zurück. Schicksal der Werke der polnischen Expressionistengruppe BUNT 1917-2017“, dotyczył donacji S. Karola Kubickiego, syna należących do grupy Bunt artystów – Margarete i Stanisława Kubickich – dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy w roku 2015.

***

Dwa dni przed finisażem kuratorka omówiła w Berlinische Galerie prace  Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete, a w oprowadzaniu publiczności asystowali jej studenci Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. W centrum uwagi znalazły się obrazy Wieża kościelna na tle wschodzącego słońca oraz Ekstaza Kubickiego oraz seria akwarel Kubickiej pt. Trzy skoki Wang Luna wykonanych jako ilustracje do powieści Alfreda Döblina o tym samym tytule.


Kuratorka, Dr Lidia Głuchowska ze studentami, pomiędzy dwoma obrazami Kubickiego – po lewej Wieża kościelna, po prawej Ekstaza; Berlinische Galerie, 21.05.2017, fot. Patrycja Wilczek-Sterna

Dr Lidia Głuchowska i studenci ISW WA UZ, przed obrazami Margarete Kubickiej w Berlinische Galerie, 21.05.2017, fot. Tri Minh Nguyen

W przeddzień finisażu w ratuszu dzielnicy Kreuzberg stowarzyszenie Städtepartner Stettin oraz Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego przygotowały towarzyszący wystawie warsztat artystyczny z udziałem uczniów Szkoły Specjalnej im. Marianne Cohn w Berlinie.

Warsztat obejmował wykład wprowadzający dr Lidii Głuchowskiej, zatytułowany

„Der Turmbau zu Babel Stanislaw Kubickis – Geschichte, Symbolik, Inspiration für die Gegenwartskunst”

Wykład dr Lidii Głuchowskiej (fot. Tri Minh Nguyen) dotyczący siły oddziaływania najsłynniejszej grafiki Kubickiego na sztukę współczesną oraz jej transformacji dokonywanych techniką kolażu i remake.

Następnie dr Patrycja Wilczek w asyście studentek Wydziału Artystycznego z Zielonej Góry – Katarzyny Smugarzewskiej i Marty Olejnik, a także uczestników programu Erasmus – Tri Minh Ngutyena i Sinh Truong Nguyena – przeprowadziła warsztaty artystyczne „Moja wieża Babel” zainspirowane symboliką linorytu Kubickiego.

Celem warsztatów było przekazanie dzieciom umiejętności wyrażania emocji za pomocą środków wizualnych oraz uświadomienie im potrzeby pojednania między narodami mimo różnic językowych. Pod przezroczystą folię z reprodukcją Wieży Babel dzieci wklejały m.in. swój portret i wycinki z różnojęzycznej prasy, przez co symbolicznie stały się uczestnikami procesu przebudowy świata, tak jak to sto lat temu postulowali twórcy awangardowi.

Dzieci i ich opiekunowe byli bardzo zadowoleni z udziału w warsztach, a dzieci stwierdziły wręcz, że w takich zajęciach mogłyby uczestniczyć nawet co tydzień. Sukces tego przedsięwzięcia, wpisującego się w społeczno-polityczny program wystawy Stanisław Kubicki (1889–1942) – Hermann Stöhr (1898–1940), potwierdzają ich uśmiechnięte twarze na pamiątkowej fotografii.

Uczestnicy warsztatów artystycznych, fot. Urszula Henke

Prace zostały oprawione przez dorosłych, ponieważ do produkcji passe-partout z czarnego kartonu trzeba było użyć ostrych noży.

Collage wykonane przez dzieci zostały umieszczone w oknach na I piętrze ratusza, na przeciwko wejścia do sali posiedzeń Rady Dzielnicy. Okazało się to znakomitą lokalizacją, bo już następnego dnia w sali odbyło się otwarte posiedzenie Rady, dzięki czemu wystawę obejrzeli zarówno radni, jak i licznie przybyli na spotkanie mieszkańcy berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Interesujące było to, iż niektóre z dzieci tworząc prace wybrały nietypową perspektywę prezentacji tytułowego motywu, tak iż Wieża Babel stojąca na głowie bądź prezentowana w układzie horyzontalnym, symbolizowała świat w stanie chaosu, który należy „wyprostować”.

Wystawa powarsztatowa zaprezentowana zostanie również w Szkole Specjalnej im. Marianne Cohn w Berlinie, a potem w Polsce – w siedzibie Kuriera Szczecińskiego i w pomieszczeniach Uniwersytetu w Zielonej Górze podczas dorocznej wystawy Instytutu Sztuk Wizualnych.

Fotoausstellung des UMBRUCH Bildarchivs

Respekt!
Solidarische Begegnungen

20.5.17 – 24.8.17 im RegenbogenCafé

Eine Fotoausstellung des Umbruch Bildarchivs in Zusammenarbeit mit der Regenbogenfabrik als Kontrapunkt zu Fake-News, Hasstiraden und destruktiver Stimmungsmache in den sozialen Medien.

Mit Fotos von: Andrea Linss, Jutta Matthess, Christina Palitzsch, Monika v. Wegerer, Oliver Feldhaus, Peter Homann, Michael Hughes, Adrienne Gerhäuser, Nicholas Ganz, Merchi, Jan, Omer Fadl und Hermann Bach.

Für kurze Zeit öffneten sich in Deutschland Grenzen:
“Welcome Refugees” stand für eine gesellschaftliche Offenheit und Solidarität, die auf das Sterben in Syrien und die Toten im Mittelmeer antwortete.
Diese Stimmung begann nach wenigen Monaten durch eine aggressive Berichterstattung der Medien zu kippen, Brandanschläge und Angriffe auf Geflüchtete nahmen ein entsetzliches Ausmaß an. In diesen Attacken und der Flut der Fake-News und Hasstiraden auf Geflüchtete und Nicht-Deutsche scheint der reale gesellschaftliche Rassismus auf der Straße und in den sozialen Medien auf.
Ob sich hier gesellschaftliche Mehrheiten widerspiegeln oder nur scheinbare Mehrheiten virtuell erzeugt werden, ist nicht leicht zu erkennen.

Die Ausstellung setzt der virtuellen Hetze eine andere Welt entgegen. Statt der Aus- und Abgrenzung von Menschen zeigt sie solidarische Begegnungen voller gegenseitigem Respekt: Menschen, die sich mit Offenheit, Freundlichkeit und ohne Vorurteile begegnen. Virtualisierten Feindbildern und Hass stellt sie die Wirklichkeit alltäglichen Widerstands entgegen. Die Ausstellung versucht, die Subjektivitäten aller Menschen wie auch das allen Gemeinsame durch die fotografische Linse zu sehen, zu erkennen und zu respektieren.

Ein Versuch, der im alltäglichen und im perspektivischen Zusammenleben unverzichtbar ist.

Öffnungszeiten:
Mo. 13-20h, sonst 10-20h

Die Fotos hat für uns Christine Ziegler ausgesucht

Reblog: Jabłka Lutra czyli reformacja

 

 

 

 

Podobnie jak Leśmiana tak nowy rząd nie chciał też uczcić rocznicy Reformacji. Tymczasem gest Martina Lutra, który 31 października 1517 roku przybił na drzwiach kościoła zamkowego w Wittemberdze słynne 95 tez o pokucie, było to wydarzenie, które zmieniło bieg historii… W nieregularnym rytmie, trochę tak jak mi się coś nasunie, będę tu publikowała teksty o Reformacji, również w Polsce.

Pierwszy dzień tych działań nie został wybrany przypadkowo. W maju zaczynają się w całych Niemczech obchody tej wielkiej rocznicy i będą trwały pół roku. Dziś w Berlinie i w Wittemberdze zaczyna się zlot wiernych czyli Dzień Kościoła (Kirchentag), na który przyjeżdża ulubieniec berlińczyków – Barack Obama.

Zaczynam od zreblogowania tekstu, który w listopadzie 2011 roku został opublikowany na blogu Jak udusić kurę…

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Jabłka Lutra

Gottfried Benn

O co szło Lutrowi z ta jabłonką?
O koniec świata nie dbam – on też mrzonką –
Przed swoim stoję jabłoniowym sadem
I ze spokojem czekam na zagładę –
jam w Bogu, co po tamtej stronie świata
atutów dość ma w talii swej do skata –
świat może się roztrzaskać jutro cały,
ja wiecznie będę Jego, gwiezdnotrwały –

czy o to się staremu rozchodziło?
raz spojrzał na swą Kate miłą
i wypił jeszcze piwa dobrą kwartę,
i poszedł spać, nim zacznie się o czwartej?
Doprawdy byłby mężem jakich mało,
do dziś podziwiać by go należało.

Tłumaczył Jacek St. Buras

(…) 31 października to nie tylko Halloween, ale także Święto Reformacji; jest ono jedynym oryginalnym świętem ewangelickim. Nawiązuje bezpośrednio do wywieszenia w 1517 roku przez Marcina Lutra 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze. Wydarzenie to dało początek dyskusji nad odnową Kościoła i zainicjowało rozłam w Kościele zachodnim. Pamiątka Reformacji nie jest świętem ku czci Marcina Lutra i innych reformatorów. Ma na celu przypomnieć dziedzictwo intelektualne, kulturalne i muzyczne. Luteranie traktują to święto, jako podkreślenie roli Biblii w życiu chrześcijan.


Wittemberga, kościół zamkowy

Wittemberga, drzwi kościoła zamkowego – 95 tez Lutra

Kilka lat temu byłam jesienią Wittenberdze. Wspaniałe nieduże senne zabytkowe miasto przesiąknięte duchem Lutra i luteranizmu. Jeśli tam kiedyś zawędrujecie, koniecznie odwiedźcie Dom Lutra i Muzeum Reformacji. To jedno z najciekawszych muzeów historycznych, jakie kiedykolwiek widziałam, do tego ekspozycja na miarę XXI wieku. W jednej z sal jest tzw. izba Lutra – surowe, stare wnętrze z epoki.

Wittemberga, izba Lutra

Ku pokrzepieniu po wizycie w Muzeum polecam smakowitą zupę dyniową w muzealnej kawiarni. Polecam też „Ucztę Lutra”. Uczta to specjalna kolacja, którą trzeba zamawiać z wyprzedzeniem. Podczas tej kolacji serwowane są tylko dania takie, jakie jadano w czasach Lutra i tylko z ówczesnych produktów, czyli pieczone i gotowane różne kawałki mięs oraz dużo pieczonych i gotowanych warzyw: marchew, brukiew, pasternak, cebula, kapusta, groch. Podawane jest to w wielkich kamionkowych misach;  je się też z kamionkowych naczyń. Było przepyszne, mimo prostoty dań i prostoty wykonania, to siła potraw ze znakomitych produktów.  A oto witryna restauracji zachęcająca do zamówienia uczty.

Wittemberga, uczta Lutra

Nie pamiętam by uczcie towarzyszył jakiś deser. Wydaje mi się, że jednak mógłby; proponuję deser bardzo prosty, pasujący do luterańskich pieczonych warzyw  – pieczone jabłka.

Ścinamy 1/3 część jabłka wraz z korzonkiem i wycinamy gniazdo nasienne. Do środka wkładamy nadzienie według fantazji: łyżeczkę cukru z cynamonem lub garść rodzynek i łyżeczkę miodu, albo dwie kostki czekolady, albo dwie łyżeczki konfitury z żurawin lub z róży (fantazja nie zna granic). Przykrywamy ściętą górą jabłka, zawijamy w folię aluminiową i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy w temperaturze 180·C przez ok. 30 minut (bardzo duże jabłka piec dłużej, nawet około 40 – 45 minut). Podajemy gorące, wyjęte z folii. Można podawać z gałką lodów waniliowych lub z bitą śmietaną.  Jak kto lubi.

Moja wersja pieczonych jabłek z czasów Lutra – to jabłka wypełnione tylko miodem, pieczone bez folii.

Wszystkie zdjęcia: Autorka

***

Wydaje mi się, że może warto przypomnieć, jakie Tezy sformułował Martin Luther czyli Marcin Luter, bo podejrzewam, że NIKT nie wie. Ja też nie wiedziałam, ale oczywiście w sieci wszystko można znaleźć. TU, na stronie luteranie.pl tezy po polsku. Zostały napisane po łacinie.

Amore et studio elucidande veritatis: hec subscripta disputabuntur Wittenbrge. Presidente Reverendo Patre Martino Lutther Eremitano Augustiniano Artium et Sacrae Theologie Magistro: eiusdemque iibidem lectore Ordinario. Quare petit: vt qui non possunt verbis presentes nobiscum disceptare: agant id literis absentes. In nomine domini nostri Iesu Christi. Amen.

Zwróćmy uwagę na przykład na tezę 92: Więc precz z prorokami, którzy wołają: pokój, pokój, pokój, a pokoju nie ma (Ezech. 13,10.16).