Die beste aller Welten / Najlepszy z możliwych światów

Morgen startet den Film / Jutro premiera filmu: Die beste aller Welten

Idźcie koniecznie! / Geht hin! Und zwar unbedingt. Denn: Wenn ihr nicht in der ersten Woche hingeht, verschwindet der Film von der Leinwandoberfläche der deutschen Kinos… So sind die Regeln der unsichtbaren Hand des Marktes.

Dorota Cygan i Ewa Maria Slaska

Film, na który nigdy byśmy nie poszli i byłaby to strata niepowetowana
Zum Film, den wir uns wohl kaum angeschaut hätten – was aber sehr schade wäre …

Obejrzałyśmy ten film, bo wybrali go do preview redaktorzy berlińskiej gazety miejskiej TIP. Poszłyśmy, bo w międzyczasie nauczyłyśmy się, że jeśli ta grupka krytyków wybrała jakiś film, to znaczy, że jest on naprawdę warty uwagi. Dzięki nim obejrzałyśmy przed rokiem Manchester by the sea i wyszłyśmy naprawdę pod wrażeniem siły i autentyczności tego obrazu, a potem, ale dopiero potem dostał on Oskara. Do kogoś trzeba mieć w życiu zaufanie, my pokładamy je w tych kobietach i mężczyznach. Sie schrieben für uns auch, wovon der Film handelt:

Wir haben uns den Film angeschaut, weil er von der Redaktion der Stadtzeitung TIP für ein Preview empfohlen wurde. Mittlerweile haben wir ja auch gelernt, dass Filme, die von den Filmkritikern der TIP ausgewählt wurden, wirklich sehenswert sind. So verdanken wir ihnen, vor einem Jahr Manchester by the sea gesehen zu haben: Wir waren zutiefst beeindruckt, als wir den Kinosaal verließen, und zwar von der Kraft und Authentizität des Dargestellten.Der Film bekam (später!) auch den Oskar. Auf etwas muss man sich verlassen können – etwa auf das Urteil des Redaktionsteams, das uns im Falle von Die beste aller Welten folgendes von der Handlung verrät:

Der kleine Adrian stellt sich seinen Alltag immer wieder als grandioses Abenteuer vor. Und er hat auch allen Grund dazu, denn seine Mutter hat ein Riesenproblem: Sie steckt tief im Salzburger Drogenmilieu fest, und versucht verzweifelt, dem Sohn mit fantasievollen ­Geschichten über die bittere Wirklichkeit hinwegzuhelfen. Adrian Goigingers „Die beste aller Welten“ ist ein gelungener Versuch über die Schutzfunktion der Fantasie und über die Risse, die jede Lügengeschichte irgendwann bekommt. Die kindliche Perspektive lässt „Die beste aller Welten“ zu einem schmerzhaften Psycho­thriller werden. Der Salzburger Dialekt trägt viel zur besonderen Atmosphäre dieses Films bei.  

Am Ende des Previews könnten wir Fragen an die Hauptprotagonistin und einen der Nebendarsteller, den sog. Griechen, stellen. Wir traffen sie auch in der Kinobar.

Adminka z główną aktorką filmu, foto: Dorota Cygan

Uwaga, jest coś, czego gremium redaktorów nie napisało (i chwała im za to) i co się okazuje dopiero, jeśli się uważnie i ze zrozumieniem przeczytało końcowe napisy. Nie psujcie sobie i innym napięcia, z jakim ogląda się ten film, nie szukajcie tej informacji (bo na pewno gdzieś jest), nie zdradzajcie jej innym, ale nie wychodźcie z kina zanim film się naprawdę nie skończy i obsługa zgasi światła na sali… Bo ominie was efekt całkowitego zaskoczenia.

Aufgepasst: Das Redaktionsgremium hat eines nicht verraten (vielen Dank dafür!). Dies erschließt sich einem erst, wenn man den Abspann aufmerksam (und verstehend:-)) verfolgt hat. Sucht diese (sicherlich irgendwo versteckte) Info nicht im Vorfeld – seid nicht eure eigenen Spielverderber, bringt euch nicht um den Spaß und die Spannung, mit der ihr den Film sehen könnt. Und bitte plaudert auf keinen Fall etwas aus. Verlasst den Kinosaal nicht, bevor der Film zu Ende ist und die Lichter ausgehen. So lasst Ihr Euch nicht etwas entgehen, was Euch komplett überrascht.

Kiedyś to było oczywiste, że podobnie jak pierwsze sceny tak i ostatnie napisy są częścią filmu i nikt się nie ruszał z kina przed czasem. Była przecież wciąż jeszcze muzyka, ważne informacje, czasem nawet pojawiała się jakaś najostatniejsza scena. W Berlinie jednak jest obyczajem powszechnym wychodzenie z kina natychmiast, praktykują to również mieszkający w Berlinie Polacy, obawiam się więc, że ten plebejski zwyczaj dotarł już i do Polski.

Früher mal war es für die Zuschauer selbstverständlich, dass der Abspann genauso zum Film gehört wie der Vorspann oder die erste Szene. Daher hat niemand den Kinosaal vorzeitig verlassen, schließlich lief noch die Musik und es konnte gut sein, dass ganz zum Schluss noch die allerletzte Szene oder die allerwichtigste Information kam. In Berlin hat sich allerdings der Brauch durchgesetzt, das Kino sofort zu verlassen. Davon sind auch die Berliner Polen nicht ausgeschlossen, daher nehme ich an, dass der plebejische Brauch mittlerweile in Polen angekommen ist.


Jeden z bohaterów filmu, tzw. Grieche / Grek w foyer berlińskiego kina

Ludzie, których już nie ma…

Andrzej Rejman

Odwiedziliśmy z rodziną Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wystawa zrobiona świetnie, wielokrotnie opisywana i chwalona.

Oby nikt jej nie zepsuł!

Przerażające i silne wrażenie robią wielkie plansze z dziesiątkami portretów – ludzi, którzy zginęli.

(Podobnie wygląda wystawa w muzeum w Waszyngtonie, United States Holocaust Memorial Museum, Washington. Też setki twarzy ludzi z obozu w Terezinie/ Getto Theresienstadt)

Niektóre postacie są tak wyraziste, fizjonomia tak żywa i współczesna, że miałem wrażenie, że widziałem tych ludzi niedawno na ulicy, w autobusie, w metrze, w Warszawie… w Berlinie…

Z przedwojennych zdjęć spoglądały wprost na mnie oczy spokojne, ufne, zdradzające siłę, a może i jakieś słabości charakteru, lecz oczy ludzi pewnych siebie i swojej przyszłości, gotowych żyć długo i intensywnie, ludzi nie przeczuwających niczego złego.

Postanowiłem wracać do nich, lub im podobnych, i jakoś połączyć się z nimi myślą, gdziekolwiek by nie byli… No i w końcu kiedyś zrobić coś pozytywnego, “dla nich”, “za nich”… …

Na stronie ofiar deportacji wojennych z Francji są setki takich zdjęć …

https://phdn.org/archives/holocaust-history.org/klarsfeld/French%20Children/html&graphics/T0433.shtml

Jedno z nich, zrobione w październiku 1943, przedstawia dzieci z ochronki dla dzieci żydowskich w Saint-Mandé, prowadzonej przez UGIF ( l’Union générale des israélites de France), organizacji powołanej przez rząd Vichy.

Tylko jedna z dziewczynek – pierwsza z lewej w drugim rzędzie – trzynastoletnia Rose (Rosette) przetrwała…

http://www.convoi77.org/pl/deporte_bio/korman-henriette/

Przypomniałem sobie opowieść mego ojca, o przedwojennej Polsce, o szkole, o ludziach, o społeczności żydowskiej z regionu z którego pochodził – z Łańcuta.

W Łańcucie przed wojną było co najmniej 30% Żydów.

Podobne zdjęcie z Łańcuta, ale wcześniejsze – dziewczynki również uśmiechnięte nie mają jeszcze przyszytych Gwiazd Dawida na sukienkach…

http://shtetlroutes.eu/pl/yizkor-book-of-lancut/

Ojciec sporo mówił o swojej klasie w Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Łańcucie. Nie zapisałem wielu ciekawych faktów, sięgam jednak do zdjęcia tej klasy – rocznik maturalny 1933/34.

Wiele osób z tej klasy zginęło podczas wojny.

 

Wśród nich był także Emanuel Mechlowicz, kolega szkolny mojego ojca. Z tego co pamiętam, został rozstrzelany zaraz po wkroczeniu Niemców do Łańcuta.

A Scott Mechlowicz, młody, ale już dosyć znany aktor amerykański (m.in. Dr House, Czekając na wieczność, Droga donikąd) pewnie jest jakimś jego kuzynem, bo, jak czytam, jego babcia pochodziła z rejonu Przemyśla.

c.d.n.

Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Wspomnienie o mojej Mamie (4)

Janina Kowalska

Daleka droga

Był początek sierpnia 1944 roku, wojsko niemieckie w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie było Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce. Obie z Mama wróciłyśmy już z kilkumiesięcznej tułaczki, musiałyśmy się ukrywać, bo po tym jak nas obie wykupiono z Pawiaka, Gestapo nas poszukiwało, mając nadzieję, że uda się za nas ponownie dostać pieniądze.

Teraz w Zielonce i okolicach był front, w nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień wracały wojska niemieckie. 4 września Niemcy wyrzucili nas wszystkich z domów i kazali iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam “odłączyć” od kolumny wypędzonych, eskortowanej przez patrole niemieckie na motocyklach i dotrzeć do brata Mamy, Edwarda, który z żoną mieszkał na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym na ul. Ząbkowskiej. Razem z bratem ciotki i jego żoną było nas sześć osób – mieliśmy dołączyć do pracowników Monopolu, których za trzy dni czekała ewakuacja do Żyrardowa, gdzie znajdowała się podległa Monopolowi gorzelnia. Cała grupa miała ciężarówką przejechać przez Warszawę podczas 24-godzinnego zawieszenia broni. Tak znaleźliśmy się w Żyrardowie.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału. Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, jechały przez 40 godzin sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była cały czas piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne, że byliśmy razem. Niestety wciąż jeszcze nie mieliśmy żadnych wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na to, że zobaczymy go jeszcze żywego, nie mieliśmy.

Wszyscy martwiliśmy się też tym, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali dwaj wujkowie i ciotka, była zamknięta. Na szczęście mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra “waluta”, bo za nią od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się z nim jakoś skontaktowac, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego Mama oznajmiła, ze pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy wyciągali, co mieli ciepłego do ubrania, żeby Halszka w tej drodze nie zmarzła.

Wyszła z domu o świcie, ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę zawiązaną na głowie i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, “na nos”, no i “koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam, znała język rosyjski (urodziła się przecież i wyrastała w zaborze rosyjskim), ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Mama będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła cała i zdrowa po tygodniu, ale bardzo zmęczona. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych z Warszawy i okolic przez Niemców. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się, żeby podwieźć pieszego kilometr albo dwa. Czasem ona sama machnięciem ręki zatrzymywała samochód.

Ryszard oniemiał, ujrzawszy Mamę w drzwiach swego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata wcześniej. Radość była ogromna, ale i zdziwienie, że przebyła taką drogę w taką mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła w drogę powrotną, którą przebyła w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, kierowcą ciezarówki, którą zatrzymała. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on najpierw przestraszony, zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polakow i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia go znają. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak tą opowieścią, że zboczył z drogi, którą miał jechać i podwiózł ją pod Żyrardów. Mama spytała, czy nie będzie miał kłopotów, bo jedzie nie tą drogą, co trzeba, ale ją uspokoił, mówiąc, że w zimie drogi zawiane śniegiem i jest nakaz, by jechać tak, aby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek drogi przebyła na piechotę, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak się pomyślnie kończy.

Cziste szaleństwo

Lech Milewski

Cziste szaleństwo czyli fortepian Stalina w Temple Beth Israel

Cziste szaleństwo? To nie pomyłka w tłumaczeniu, przeciwnie, czyż można lepiej zintepretować błąd ortograficzny – shir zamiast sheer?

Bilet otrzymałem przez internet i miałem czas na przeczytanie reguł tego szaleństwa. Poniżej kilka istotnych wskazówek.
LEGAL SPIEL:
The Festival has all rights to film, photo and video production of this Festival and your sheyna punim may be filmed incidentally.
Don’t be a schmuck!
If you’re a schmo we will deal with you.
Footwear is to be worn at all times, you’ll look like a schlub otherwise.
Sorry, but don’t schlep your pets to the festival.

Pełen słownik – TUTAJ.

Shir Madness to festiwal gromadzący doskonałych żydowskich muzyków z całego świata. Odbywa się corocznie, naprzemian, raz w Melbourne raz w Sydney.
To ci okazja, można posłuchać na żywo najlepszych nowojorskich klezmerów bez potrzeby wyjazdu do Krakowa. Więcej o festiwalu TUTAJ.

Tu przyznam się do drobnej wpadki. Przetłumaczyłem tytuł imprezy fonetycznie, ale jak widać choćby z cytowanych wyżej wskazówek, na tym gruncie trzeba być ostrożnym – shir w języku hebrajskim znaczy pieśń.

Impreza odbywała się w Temple Beth Israel.

Temple Beth

Wbrew nazwie nie jest to świątynia, ale kehilla kedosha czyli zgromadzenie duchowe. W tym przypadku ma ono na celu wprowadzenie innowacji i postępu do żydowskiej tradycji – KLIK.

Oczywiście dla mnie głównym magnesem był wspomniany w tytule Fortepian Stalina. Jest to tytuł multimedialnego programu opierającego się na ryzykownym według mnie pomyśle – tworzenie na żywo podkładu muzycznego do wygłaszanego tekstu.

Istotnym magnesem była dla mnie, znana mi z innych występów, wykonawczyni tego programu pianistka Sonya Lifschitz – KLIK.

Na wstępie wykonawczyni wspomniała o pewnym związku artystów i polityków. Oczywiste, że artyści są zależni od polityków. Wszak od polityków w dużej mierze zależy czy artysta będzie miał wolność tworzenia. Do tego dochodzi sponsorowanie z państwowej kasy.
Sonya Lifschitz wymieniła również kilku artystów, którzy na krócej lub dłużej byli politykami. Jakże przyjemnie mi było, gdy na początku wymieniła Ignacego Jana Paderewskiego. Mina mi nieco zrzedła gdy wymieniła również R. Reagana i A. Hitlera.

Podczas godzinnego występu na ekranie zostały wyświetlone wypowiedzi 18 osób. Czasem były wyświetlone tylko teksty z podkładem głosowym. Na tym tle artystka grała na fortepianie muzyczną interpretację tych wypowiedzi.

Było kilka ciekawych punktów.

Fragment przesłuchania Bertolda Brechta przez Komisję do badania działalności antyamerykańskiej – KLIK.

Wypowiedź Le Corbusiera – “I am a young man of 71 years old. I am a visual man…” – była kilkakrotnie ucinana i wyświetlana od nowa. Dawało to efekt muzyki rap. Na tyle wyraźny, że nie zwróciłem uwagi na to, co grała pianistka.

Podobną technikę zastosowano w przypadku rozmowy Johna F. Kennedy’ego z generałami w okresie kryzysu kubańskiego, z tym że tym razem nie sposób było nie zauważyć muzyki – radosna rumba.

Któż jeszcze na tej liście? Frank L. Wright, australijski kompozytor Percy Grainger, Tomasz Mann, Mao Tse Tung, Joseph Goebbels.

A gdzie Stalin i jego fortepian?
W tym przypadku nie było przemówienia i fortepianowej interpretacji, tu przemówiła artystka.
Opowiedziała o przypadku gdy J. Stalin usłyszał w radio transmisję z koncertu, na którym pianistka Maria Judina wykonała koncert fortepianowy nr 23 W.A. Mozarta. Koncert spodobał mu się tak bardzo, że zażądał aby dostarczono mu jego nagranie na płycie gramofonowej.
Problem w tym, że koncert nie był nagrywany.
Pracownicy Kremla obudzili w środku nocy Judinę i członków orkiestry, zawieźli ich do studio i kazali grać. Dwóch kolejnych dyrygentów nie wytrzymało napięcia, dopiero trzeci poprowadził dobrze orkiestrę. Maria Judina nie miała żadnych problemów. Pospiesznie wytłoczono jeden egzemplarz płyty i rano czekała już na Stalina w sekretariacie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Maria Judina otrzymała z Kremla przekaz na poważną kwotę. Judina napisała list z podziękowaniem: …będę się modlić za Was dzień i noc i prosić Boga by przebaczył grzechy popełnione przeciw ludziom i krajowi. Bóg jest miłosierny i Wam przebaczy.
Stalin przeczytał ten list na głos w wąskim gronie zaufanych osób. Wszyscy czekali w napięciu na jakiś sygnał lecz Stalin w milczeniu schował list.

Ciekawe, że gdy Stalin umarł, pierwsze osoby, które dotarły do jego sypialni zauważyły kręcący się gramofon, a na nim właśnie tę jedyną w swoim rodzaju płytę – M. Judina, koncert fortepianowy nr 23 Mozarta.
Maria Judina przeżyła Stalina o 9 lat.

Akompaniamentem do opowieści o tym wydarzeniu był szum kręcącego się gramofonu.
Powyższa historia i nieco więcej o Stalinie i Judinie TUTAJ.

Moje osobiste wrażenie z tego punktu programu to jednak zawód. Pomysł fortepianowej interpretacji przemówień nie był udany. Dużo większe wrażenie robiły filmowe sztuczki.

Na szczęście w sąsiednich salach dużo się działo:
– David Krakauer i jego zespół Ancestral Groove. Ten sam, z którym wystąpił na otwarciu Muzem Żydów Polskich – Polin – KLIK.
– zespół Klezmatics z programem zaprezentowanym na festiwalu w Krakowie – KLIK . Ja trafiłem na ich występ w momencie gdy wykonywali piosenkę Mury J. Kaczmarskiego. Proszę skoczyć do 34 minuty na zlinkowanym filmie.
– zespół Zourouna – klimat Turcji, Syrii, Libanu.

Zdążyłem jeszcze wpaść na ostatnie chwile występu Bretta Kaye, tenora znanego z występów jako kantor.
Swój występ zakończył słowami: We all have music in our kishkas.

Pełna zgoda.

Nasz rok Leśmianowski (16) / Unser Leśmian-Jahr (16)

Maria Szewczyk

informuje / informiert:

heute dzisiaj heute dzisiaj heute dzisiaj

Freitag 22.09.2017 um 18.30 Uhr entgeltfrei
VHS, Antonstr. 37
Raum 207

Leśmian – Lust und Lyrik / Leśmian – Rozkosz poezji!

Die polnische Autorin und Literaturwissenschaftlerin, Prof. Dr. Brigida Helbig wird uns in das Leben und die Poesie des polnischen Poeten der Spät-Moderne, Boleslaw Leśmian (1877 – 1937), einführen. In seinem doppeltem Jubiläums-Jahr lassen wir uns von der Magie der Poesie verzaubern.

Administratorin des Blogs fügt dazu: Leśmian ist bis heute, 80 Jahre nach seinem Tode, in Polen einer der meist gelesenen polnischen Dichter. 2016 stellten mehrere Kultureinrichtungen Polens einen Antrag an den polnischen Sejm, das Jahr 2017 zu dem Leśmian-Jahr zu berufen. Der Antrag wurde von der  polnischen PiS-Regierung abgelehnt. Infolge dessen feiern verschiedene kulturelle Einrichtungen in Polen sowie Polen im Ausland, unabhängig von offiziellen Feierlichkeiten oder deren Nicht-Existenz, diesen magischen Dichter. Auch auf diesem Blog gab es schon mehrere Beiträge über Leśmian und es wird noch mehrere geben.

Polska pisarka, poetka i literaturoznawczyni, prof. dr Brigida Helbig, zaprasza na spotkanie z poezją Bolesława Leśmiana. Wykładowczyni i organizatorka przypominsają, że rok 2017 jest prokiem podwójnie jubileuszowym, Leśmian urodził się bowiem w roku 1877 i zmarł w roku 1937.


Dazu noch ein Gedicht in der Maniere von Leśmian, geschrieben von Julian Tuwim (1894 – 1953), einen anderen wichtigen Dichter der polnischen Moderne. Er war berühmt aber auch berüchtigt für seine bissige Ironie. 1931 verfasste er eine Reihe der Parodien, die alle Vermutungen anstellten, wie der eine oder andere zeitgenössiche polnische Dichter das allgegenwärtiges Kinderliedchen “Wlazł kotek na płotek” (“Bestieg eine Katze einen Zaun”) geschrieben hätte. Auf polnisch kann man all diese Parodien HIER lesen. Das Liedchen war (und ist bis heute) sehr populär so etwa wie “Alle meine Entchen” im deutschen Sprachraum.

Wlazł kotek na płotek                          Die Katze bestieg den Zaun
i mruga,                                               und blinzelt,
ładna to piosenka,                               es ist ein schönes Liedchen,
nie długa.                                             nicht lang.
Nie długa, nie krótka,                          Nicht zu lang, nicht zu kurz,
lecz w sam raz,                                    nur richtig,
zaśpiewaj koteczku,                            singe mir, mein Kätzchen,
jeszcze raz.                                          noch einmal.

Leider sind wir nicht imstande, die Tuwims kunstvolle Parodie des kunstvollen Stils von Leśmian zu übersetzen.

Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek”

Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony,
Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie,
Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łaskocie
I podwójnym niekotem ściga cień zielony.

A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!

Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia
Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa,
Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa
Na bezdosyt całunków i mękę ustowia.

A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!

Akedat Jicchak

To wpis na jutro, ale zgodnie z tradycją żydowską trzeba go wstawić o zachodzie Słońca w dzień poprzedzający Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok w roku 2017 skończył się o zmroku w piątek, 22 września.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Konrad Sałagan

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

 

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.

Stuart 32

You got me singing
(Signing) even tho the world is gone
You got me thinking
(Thinking that) I’d like to carry on
You got me singing
(Singing) even it all went wrong
You got me singing
(Singing) the Hallelujah song

Dzięki tobie śpiewam
(Śpiewam) nawet, gdy odejdzie świat
Dzięki tobie myślę
(Myślę), że chcę żyć dalej
Dzieki tobie śpiewam
(Śpiewam), choć wie, że nic się nie udało
Dzięki tobie śpiewam
(Śpiewam)
Alleluja

Leonhard Cohen, You got me singing

Joanna Trümner

Ian

W pół roku później Stuart był na kolejnym pogrzebie, pogrzebie swojej starszej siostry – Eve. Pod koniec maja dowiedział się od matki, że siostra przegrała walkę z rakiem i że do końca życia pozostało jej niewiele czasu. Natychmiast odwołał zaplanowane na najbliższy miesiąc koncerty i poleciał do Anglii. Zdążył się z nią pożegnać. Ostatnimi słowami, które od niej usłyszał i które długo po jej śmierci chodziły mu po głowie, było jej pozbawione emocji stwierdzenie: „A tak bardzo chciałam chociaż raz w życiu zobaczyć kangury”. Po raz pierwszy od dawna Stuart nie odebrał słów siostry jako zarzutu.

W dzień po spotkaniu z bratem Eve straciła przytomność i umarła. „Jakby czekała ze śmiercią na mój przylot”, pomyślał Stuart po tym, jak odebrał telefon ze szpitala. „W ciągu pierwszego półrocza tego roku straciłem dwie bliskie osoby. Jaki sens ma śmierć osób, które nie przeżyły jeszcze nawet połowy swojego życia, które były potrzebne rodzinie i miały plany na przyszłość, podczas gdy osiemdziesięcioletni mieszkańcy domów starców żyją dalej?”, zastanawiał się, myśląc równocześnie z zazdrością o Lucasie, dla którego dzięki wierze wszystko stawało się proste i nabierało sensu.

W drodze z pogrzebu do domu Stuart poczuł w ręce małą rączkę siostrzeńca. „Jakie to dziwne, że on tak do mnie lgnie. Przecież mógłby teraz przytulić się do ojca albo do babci, a on najwyraźniej szuka właśnie mnie”, pomyślał patrząc z czułością na małego George’a. Kilka dni temu to dziecko, które widział po raz pierwszy w życiu, czekało na niego w domu z Walton. „To twój wujek, Stuart”, zwróciła się do chłopca babcia. „My się przecież znamy”, odpowiedział George, kurczowo trzymając w rękach wielkiego brązowego misia. „A mogę dzisiaj u Ciebie spać?”, dodał, przyglądając się wujkowi. Spędzili razem tę pierwszą noc, w pokoju, który przed wieloma laty był jego pokojem. Mały spał niespokojnie i Stuart budził się co chwila, nasłuchując, co chłopiec szepce przez sen.

W dzień przed pogrzebem zjawiła się Kate ze swoim synem – czteroletnim Paulem. „Walter nie dostał wolnego w szkole”, wytłumaczyła nieobecność parntera na pogrzebie. Stuart nigdy nie czuł się dobrze w obecności Waltera, sam zastanawiał się nieraz nad tym, co mu w tym człowieku przeszkadza – jego powolność, jego brak humoru, a może po prostu fakt, że słabo znał angielski, co ograniczało konwersację do spraw przyziemnych i niezbędnych. Stuart nie mógł się oprzeć wrażeniu, że również matka była zadowolona, że Waltera nie było w Walton. Chciała spędzić możliwie dużo czasu ze swoimi dziećmi i wnukami. Jej przyjaciel wpadł na krótko, żeby przywitać gości i wrócił do siebie, zostawiając rodzinę samą ze sobą. Po wspólnym obiedzie chłopcy bawili się w chowanego w ogródku za domem. „Zachowują się tak, jakby nie czekał nas jutro pogrzeb”, pomyślał Stuart, słysząc pokrzykiwania i śmiech chłopców.

„George zostanie u mnie jeszcze przez kilka dni. William bardzo przeżył chorobę i śmierć Eve, i odnoszę wrażenie, że jest to mu bardzo na rękę, że przez kilka dni zajmiemy się małym”, powiedziała matka. Stuart i Kate wymienili między sobą spojrzenia.

Po południu Stuart przez kilka godzin bawił się z chłopcami, Układali konstrukcje z klocków, a siostrzeńcy prześcigali się w pomysłach. Kiedy Stuart zobaczył w ich oczach dziecięcą radość ze wspólnego pięknęgo dzieła – zamku z fosą i wieżami dla wartowników, zastanawiał się, dlaczego wbrew przekonywaniom Meg, nie zdecydował się na wspólne dziecko. „Na co ja wtedy czekałem? Może wszystko inaczej by się potoczyło, gdybyśmy mieli dzieci?”.

Po pogrzebie siostry Stuart spędził jeszcze kilka dni w domu rodzinnym, zajmował się chłopcami, chodził z nimi na długie spacery nad morze, a przed zaśnięciem grał im na gitarze. Po wyjeździe Kate do Berlina spędzał dużo czasu z małym Georgem i czuł, że to dziecko staje się dla niego kimś bardzo ważnym. „Przecież ja więcej i bardziej otwarcie z nim rozmawiałem, niż przez całe życie z jego matką. Jak tylko będzie większy, wezmę go do siebie na wakacje, niech chociaż on raz w życiu zobaczy kangury”, obiecał sobie w duchu.

Dwutygodniowy pobyt w Walton minął bardzo szybko. „Ten pobyt bardzo mnie wyciszył”, pomyślał w drodze powrotnej do Sydney. „Wszystko ma jednak jakiś sens. Przypomniałem sobie, gdzie są moje korzenie, przypomniałem sobie, że mam rodzinę. Wiem, że nie jestem na tym świecie zupełnie sam.”

W Sydney zatrzymał się na kilka dni u Toma. „Ja też mam nowości”, oznajmił mu już na lotniusku przyjaciel. „Oświadczyłem się i za dziesięć miesięcy będę wyprawiał ślub. Liczę na ciebie, musisz być moim świadkiem”. Stuart bardzo się ucieszył z decyzji Toma. Nie była to jedyna nowina, z jaką czekał na niego Tom. Wśród listów, które przyjaciel wybrał z jego skrzynki pocztowej podczas jego pobytu w Anglii, znalazły się dobrze płatne propozycje kolejnych występów w Australii i Nowej Zelandii.

„A słyszałeś może coś o Ianie?”, zapytał Stuart, który od wielu miesięcy nie miał kontaktu z przyjacielem. „Tak, odezwał się, ale to dłuższa historia. Był przez ponad pół roku w szpitalu”, odpowiedział Tom, a widząc pytający wzrok Stuarta, dodał. „Najlepiej niech ci sam o wszystkim powie. Jutro się z tobą skontaktuje”.

W dwa dni później Stuart poznał tajemnicę zniknięcia Iana na pół roku. Ojciec odwiedził go w Sydney i jako lekarz szybko zorientował się, że jego jedyny syn jest uzależniony od narkotyków. Ian „wypożyczył” sobie sporo pieniędzy w banku, w którym pracował. Po uregulowaniu długów syna i uproszeniu dyrekcji banku o uciszenie sprawy, ojciec zawiózł Iana do kliniki leczącej uzależnienia. Ian spędził w niej pół roku. „A teraz jestem pod rodzinną kuratelą”, dodał pod koniec rozmowy z przyjacielem. „Rodzina chce, żebym wrócił na stałe do Anglii. Zostawili mi trochę gotówki i miesiąc na pozałatwnienie spraw. Za dwa tygodnie lecę do domu. A tam głęboka angielska prowincja i rodzinna kuratela”. „Ty nie znasz prawdziwej głębokiej angielskiej prowincji”, powiedział Stuart, myśląc równocześnie, że powrót do domu wcale nie oznacza porażki i że dla jego przyjaciela jest to najprawdopodobnie najlepsze wyjście z sytuacji, w którą się sam wpakował.

„Myślę, że powinieneś to zrobić, nic cię tutaj przecież nie trzyma. Po tej historii w banku możesz na razie chyba zapomnieć o jakiejś sensownej pracy, a w Anglii nikt o tym nie wie i możesz po prostu zacząć od nowa”, skomentował.

„Ale to tak, jakby cały ten wyjazd do Australii był kompletnie niepotrzebny, jakbym sobie kompletnie w życiu nie dał rady”,odparł przyjaciel.

„Za dużo przeszedłeś i może naprawdę nie będzie źle, jeśli zaczniesz od nowa. Ważne, że przestałeś brać to świństwo i masz trzeźwą głowę”. „Tobie jest łatwo, ty zawsze miałeś muzykę, cokolwiek by się w życiu nie stało, zawsze potrafisz się wyłączyć i znaleźć w innym świecie. A ja nie mam nic, dla czego warto byłoby żyć”. „Masz trzydzieści dwa lata, a mówisz tak, jakbyś stał nad grobem. Przestań się nad sobą rozczulać i zacznij szukać jakiegoś sensu. Ale z trzeźwą głową. Mi w ciągu ostatniego pół roku zmarły dwie bliskie osoby i też się nieraz zastanawiam, po co wstaję. Ja też już nie mam dla kogo”, odpowiedział Stuart, w duchu dodając: „Ale wszystko się przecież może jeszcze wydarzyć”.

Cdn.

Szopa w salonie 9

Die deutsche Version – siehe Link ganz unten

Łukasz Szopa

Nigdy więcej wojny?

Ledwo co minął 17 września, 78 rocznica napaści na Polskę i tym rozpoczęcia wojny z naszym krajem. Związku Radzieckiego. Nikogo z Polaków mieszkających w Niemczech (ani z post-Sowietów, bo to nie tylko Rosjanie w owej wojnie brali udział) nie dziwi fakt, iż nikt tego dnia tutaj nie wspomina. Nie ich wojna, nie ich rocznica.

Trochę bardziej dziwi fakt, iż ponad dwa tygodnie temu, 1 września, też mało kto w Niemczech wspiminał rozpoczęcie innej, własnej wojny. Też co prawda z Polską, ale to tak na marginesie. Jakoś albo mnie to ominęło, albo za mało oglądam telewizję i czytam gazety, za mało na miasto wychodzę – nic szczególnego nie zauważyłem. Pewnie coś było i wina moja – jednak na pewno, jeśli jakieś wspomnieniowe akademie czy wykłady były, złożenia wieńców i takie tam – to z pewnością mniej rozreklamowane i mniej prominentne niż obchody tamtej wojny zakończenia – czyli 8 maja (albo i dziewiątego, Niemcy w zależności od pochodzenia geopolitycznego, różnie na to patrzą). No tak, Niemcy najwyraźniej, jeśli już o wojnie mówić muszą, wolą jej koniec, niż początek. I bardzo dobrze, są tutaj najwyraźniej bardziej pouczeni historią niż choćby Rosjanie, Amerykanie czy Izraelczycy.

Jednak od dłuższego czasu mam wrażenie, że Niemcy nie lubią wojny do tego stopnia, że unikają nie tylko rocznic jej rozpoczęcia, ale i – samego słowa. Wiadomo, nie unikają kompletnie, tym mniej w kontekstach historycznych, jednak w odniesieniu do wojen aktualnych, jakoś tego słowa nie lubią.

Wystarczy zerknąć do gazet czy TV-Newsów. Taka Ukraina. Wojna trwa tam – z przerwami, ale jednak – od ponad trzech lat, a Niemcy wolą jednak mówić o tym „Konflikt“ czy „Krise“. No tak, nie ma co udawać, błędne to nie jest, bo sytuacja na Ukrainie to niewątpliwie „konflikt“, i jak najbardziej kraj ten znajduje się w sytuacji kryzysowej.

Ponad dwa lata temu (patrz link na dole do artykułu) zrobiłem małe badanie, może nie całkiem obiektywne, ale na pewno wymowne: na ile w kontekście tego, co dzieje się na Ukrainie, media w danych krajach piszą o tym „konflikt“, „kryzys“, czy właśnie „wojna“. Oto wyniki:

Süddeutsche Zeitung: 383 / 543 / 49

Spiegel Online: > 10 Seiten (stron) / > 10 Seiten / 2 Seiten

ARD: 1640 / 2750 / 72

Der Standard (Österreich): 340 / 670 / 15

NZZ (CH): 5930 / 5250 / 10500

Sputnik-News: 1399 / 2283 / 604

Nowaya Gazeta (Russland): 4 Seiten / 3 Seiten / 6 Seiten

The Moscow Times: 2 Seiten / 3 Seiten / 2 Seiten

Kiyiv Post (Ukraine): 353 / 706 / 508

Daily Telegraph (GB): 520 / 643 / 776

Gazeta Wyborcza (Polen): 1690 / 1546 / 421

CNN.com: 565 / 996 / 862

Global Times China: 690 / 723 / 709

Al Arabija: 23 Seiten / 33 Seiten / 34 Seiten

Der Freitag: 258 / 349 / 36

Wychodzi jasno, że nie tylko Niemcy, ale i Austriacy słowa „wojna“ boją się jak samej wojny. Całkiem inaczej Amerykanie, Brytyjczycy, Arabowie, Chińczycy, a nawet taka Szwajcaria. Co znamienne, nawet tak zaangażowany polski dziennik jak „Gazeta Wyborcza“ o wojnie – podobnie jak Niemcy – niechętnie wspomina.

Czyżby więc działał mechanizm, że im bliżej, tym lepiej siedzieć cicho? I – jak tego nie wypowiemy, to tego nie ma?

A może to – przynajmniej w Niemczech, może i w Austrii – efekt „alianckiej reedukacji“ po roku 1945?

Chyba tak, bo wspominałem już tutaj na blogu o pewnej „zielonej“ Niemce, którą spotkałem w świeżo-powojennym Sarajewie w 1996, która – odwrotnie niż ja – była przerażona obecnością niemieckich wojsk (w ramach pokojowej misji IFOR pod egidą UNO) w Bośni-Hercegowinie. Przerażony z kolei był – również w Bośni – niejeden Niemiec mojego lub podobnego rocznika, gdy opowiadałem nie tylko o kolekcjach zabawkowych żołnierzyków czy czołgów, i wspaniałych piaskownicowych bataliach (im rodzice za żadne skarby takich zabawek by nie kupili), ale i o zabawach na podwórku. Które – właśnie zabawy „w wojnę“ – stanowiły 70% naszego czasu przeznaczonego na zabawę, bijąc szukanie skarbów á la Pan Samochodzik, kopanie w piłę, wyścigi kolarskie, wspinanie się po drzewach, pogrzeby martwych żab, ptaków i kotów, czy wkradanie się do pobliskich Browarów Tyskich. A ja z niemal sadystycznym umiłowaniem relacjonowałem im nasze walki indiańskich plemion (Winnetou, Tecumseh), bitwy ze Szwedami, Rosjanami i Tatarami (tak, cała Trylogia), no i oczywiście serię walk – frontowych czy partyzanckich – rodem z II Wojny Światowej (Czterej Pancerni, Kapitan Kloss, itp). Dla nich takie zabawy były nie do pomyślenia.

Dziwili się więc, jak to możliwe, że ktoś tak „wojennie“ (nie)wychowany, znalazł się dobrowolnie na Bałkanach by jako „peacenik“ starać się o pokój i powojenne pojednanie.

A odpowiedź jest może prosta. Bo jednym wyżej wymienione zabawy, inspirowane książkami i filmami z dzieciństwa, a drugim relacja osoby, która to przeżyła.

Jakoś tak się złożyło, i była to jedna jedyna taka rozmowa, że w wieku chyba 11 czy 12 lat zapytałem dziadka (który miał „szczęście“ być i w Wehrmachcie, i u Andersa), jak to było na tej wojnie, jak się człowiek czuje, czy jest się bohaterem, czy i jak odczuwa się „honor za ojczyznę“, czy to tak jak na filmach?

Dziadek odpowiedział spokojnie i dobitnie, i zostało mi to na zawsze w pamięci: nic takiego nie ma, żadnego honoru, bohaterów, miłości do ojczyzny, nawet nienawiści do wroga. Siedzisz przemoknięty i zziębnięty w okopie, portki masz ze strachu pełne wiadomo czego, i tylko czekasz aż się to wszystko skończy.

I powiedział to człowiek, dla mnie największy autorytet w wielu kwestiach (polityka, literatura, filozofia), który jako cywil ani za okupacji niemieckiej, ani za komuny, nie bał się mówić swojego zdania – również organom państwa, który był odważny (ale i równocześnie rozważny), który był patriotą w sensie mądrym, obywatelskim, chrześcijańskim, humanistycznym.

Dlatego i dziś – gdy widzę chłopców czy to w Polsce, czy w Berlinie, latających ze spluwami po ulicy, nie razi mnie to. Uśmiecham się nawet, gdy zauważam, że czasem to właśnie dzieciaki „antywojennych“, „alternatywno-lewicowych“ rodziców, uwielbiają paradować uzbrojone po zęby w okolicach byłego muru. Dadzą sobie radę.

Nie uśmiecham się, gdy w grę (lecz nie „zabawę“) wchodzą chłopcy więksi, jak polski minister obrony Macierewicz i jego „chłopcy od Obrony Terytorialnej“. Im też się najwyraźniej nudzi, lecz w tym przypadku obawiam się, że życie już ich nic nie nauczy, nie zmieni, że oni rady sobie nie dali – i nie dadzą. Też dlatego, że nie mają już żadnego dziadka, a jeśli go mieli, to może niedokładnie słuchali.

Link do artykułu podobnej treści z „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-scheu-vor-dem-gewissen-k-wort


PS od Adminki: Tak się złożyło, że mam, od ponad 20 lat ten sam, numer telefonu komórkowego, złożony z prefiksu i końcówki, pomiędzy którymi ulokował się wyraźnie i rozłożyście (rok, no bo jakżeby inaczej) 1939. Jestem osobą publiczną i nader często dyktuję ten numer i Niemcom, i Polakom: 01 tam tam 1939 tam tam tam. Polacy wszyscy (naprawdę wszyscy) wzdragają się, jak słyszą te cztery cyfry, i prawie zawsze to komentują, Niemcy nie komentują tego nigdy, bo przecież, statystycznie rzecz biorąc, trzy lub cztery osoby w ciągu ponad  20 lat po prostu się nie liczą…

Barataria 34 Leśmian 14 Sindbad 6

Ewa Maria Slaska

Zaklęte krainy

Cel mej podróży jest, powiada Sindbad, jak zawsze, niewiadomy. Jadę tam, dokąd mię wicher poniesie i dokąd skieruje mię wola niepokonanych czarów.

Popłynął tam samiutki, zmuszony do opuszczenia okrętu, w łódce wiosłowej. I, rzecz jasna, wspomina, że płynął tak trzy dni i trzy noce, aż dnia czwartego ukazały mu się brzegi nieznanej wyspy porośniętej bujną roślinnością. Tysiące barwnych ptaków napełniało powietrze swym śpiewem. Pobiegłem wesoło w gęstwę leśną w tej myśli, iż znajdę tam pod dostatkiem owoców, którymi zaspokoję głód i pragnienie. I rzeczywiście, znalazłem mnóstwo kokosów, bananów, drzew chlebowych oraz winogron. Nasyciwszy głód owocami postanowiłem zwiedzić wyspę, aby się przekonać, gdzie jestem.

Aczkolwiek wyspa zrazu jawiła się Sindbadowi jako bezludna, rychło jednak spotkał on nieszczęsnego staruszka. Dziadunio umierał z pragnienia i Sindbad ochoczo przystał na propozycję, by zanieść go do źródła, gdzieby mógł swe pragnienie ugasić. Ruszył dziarsko przed siebie, by jednak po niewczasie dowiedzieć się od swego jeźdźca, że jest li tylko jego wierzchowcem i to raczej krnąbrnym i zbyt powolnym, wierzchowcem, którego staruch zamierza zajeździć na śmierć. Przez dwa dni i dwie noce biegł po wyspie bez wypoczynku i wytchnienia. Nasz przemyślny wędrowiec zdołał jednak upić wstrętnego dziadygę sokiem z winogron zrywanych w biegu. Tak to już jest na tych wyspach magicznych, że nawet w nieszczęściu zaoferują nam pomoc, nawet jeśli miałaby byc tak dziwaczna, jak wino rosnące na krzakach. Sindbad pozbył się natrętnego jeźdźca i uciekł odeń jak najszybciej.

Przebiegając koło gęstwiny nieznanych mi krzewów spostrzegłem ukosem kwiat tak dziwny i niezwykły, żem przystanął zwabiony jego widokiem. Był to kwiat drobny, lecz utkany ze złotego płomienia, który jarzył się tak mocno i rzęsiście, że dłonią przesłoniłem oczy, oślepione cudownym blaskiem.
Zerwałem kwiat ostrożnie, bojąc się, że mię sparzy swym płomiennym kielichem. Przekonałem się jednak, że płomień tego kwiecia wcale nie parzy, lecz nieci swym dotykiem siły żywotne i budzi ze wszelkiej ospałości. Natychmiast opuściło mię znużenie i uczułem się niby ockniony z ciężkiego snu.
Schowałem kwiat w zanadrze, aby go mieć bliżej serca, które pod wpływem jego ciepła zabiło mocniej i radośniej. Zdawało mi się, że wciąż i nieustannie ocykam się z rozmaitych przykrych snów. Pełen tych ocknień pobiegłem dalej.

Czarodziejski kwiat pozwolił Sindbadowi zaprzyjaźnić się z czarodziejskim młodzieńcem.

Sen… we mnie, sen… poza mną, sen… po nade mną! – odpowiedział młodzieniec. – Jestem tym, który nie zaznał na ziemi nic prócz snu. Nadaremnie co rok odwiedzam tę wyspę! Nadaremnie szukam płomiennego kwiecia, którego dotyk obdarza ocknieniem! Sen… w pobliżu, sen… z dala, sen… wokół, sen… wszędy! Oczy moje nigdy dotąd nie widziały jawy – jeno dźwięki i szumy, i szelesty, i głosy dolatują mię z tego świata, który jest rzeczywistością. Na północnym brzegu tej wyspy znajduje się gród zaklęty. Król tego grodu nazywa się Mirakles. Tysiące milionów lat temu Mirakles przybył na tę wyspę bezludną i znużony podróżą położył się na jej brzegu zielonym, aby się snem pokrzepić. Położył się i zasnął. I przyśnił mu się ogród olbrzymi i tysiące poddanych, i piękna królewna Chryzeida, i pałace, i ogrody, i góry, i rzeki, i strumienie, i ptaki, i kwiaty, i drzewa. A cokolwiek śnił w sobie, to poza nim działo się na wyspie i dzieje się dotąd. Nie istnieje naprawdę, jeno dzieje się i dzieje bez końca! Od tysiąca milionów lat król się nie zbudził i wciąż leży na północnym brzegu wyspy i śni swój sen odwieczny. Możesz własnymi oczyma oglądać jego gród olbrzymi i jego poddanych, i piękną królewnę Chryzeidę, i pałace, i ogrody… Wszystko to – wyśnione i znużone snem, i spragnione od wieków gromadnego ocknienia! Wszystko to zniknie bez śladu w chwili, gdy król się obudzi. Wszakże król się obudzić nie może i poddani jego nadaremnie zakłócają jego sen wielmożny głośną skargą i lamentem! Oczy ich są błękitne i ślepe jak moje. Nie widzą nic prócz wyśnionych przez króla przedmiotów. Nie widzą nic, tylko słyszą… I znużeni są wieczną ślepotą, i zmęczeni są wiecznym nasłuchiwaniem szumów, szelestów i odgłosów. Trzy tysiące lat temu królewna Chryzeida posłyszała szelest płomiennego kwiecia, które rośnie na tej wyspie, a którego dotyk budzi z najcięższych snów. Od owego czasu ja, poddany króla Miraklesa i ulubiony paź królewny Chryzeidy, co rok udaję się w głąb wyspy, aby błądzić po omacku i szukać zbawiennego kwiecia. Lecz poszukiwania moje pełzną na niczym. O, kiedyż nareszcie obudzi się Mirakles! O, kiedyż nareszcie my – jego poddani – odpoczniemy od jego odwiecznych snów i rozwiejemy się w nic, jak czynią sny innych ludzi!

Sindbad i młodzieniec podążyli czym prędzej do błękitnych ogrodów króla Miraklesa, błękitnych, bo sen króla był wyłącznie błękitny.

Oczywiście nie mogę tu nie przerwać tej bajecznej opowieści i nie powiedzieć, że błękitny ogród to niewątpliwie “mój” zaczarowany ogród, bo błękit to moim zdaniem najbardziej czarodziejski kolor na świecie. Zaczarowany kwiat romantyków, Novalisa, Eichendorfera – chaber, jest też błękitny.

Królewna Chryzeida okazała się (oczywiscie) zjawiskową pięknością. Sindbad, jak zwykle, gotowy zakochać się w pięknej buzi, zaczął się nawet wahać, czy w ogóle chce budzić króla z jego odwiecznego snu, ale królewna, aczkolwiek tylko mara senna, okazała niezłomną wolę.

Królewna zwiewnym krokiem pobiegła naprzód, wlokąc mię za rękę, której nie wypuszczała ze swej dłoni. Tłum falując błękitnymi szatami sunął w ślad za nią i za mną.
Dotarliśmy do północnego brzegu wyspy. Na brzegu owym leżał pogrążony we śnie król Mirakles. Był tak olbrzymi, że robił wrażenie żywego wzgórza, które przez sen poruszało się z lekka od westchnień. Tłumy przezeń wyśnione wzdychały, gdy wzdychał – przecierały oczy, gdy on je dłonią przecierał – płakały, gdy on przez sen płakał.
– Wyjmij kwiat z zanadrza! – rzekła królewna. Wyjąłem kwiat, który płomieni! się na swej łodydze.
– Zbliż się do króla! – rzekła znowu królewna.
– Zbudź go!… Zbudź go!… Zbudź go!… – zawołały tłumy. (…)

Pośpiesznie oddaliłem się od ocknionego olbrzyma, gdyż właśnie spostrzegłem okręt, który płynął tuż koło brzegu. Dałem znak dłonią i okręt zatrzymał się natychmiast.

Wbiegłem szybko na pokład i poradziłem kapitanowi, aby niezwłocznie odbił od brzegu, bałem się bowiem olbrzymiego króla. Odpłynęliśmy już dość daleko, gdym posłyszał nagle głos króla Miraklesa, który znowu mówił sam do siebie:

– Położę się na brzegu swej wyspy i zasnę innym snem. Po śnie błękitnym chcę mieć sen purpurowy!

Król Mirakles ziewnął i znowu położył się na brzegu wyspy. Zapewne zasnął natychmiast, gdyż z pokładu okrętu i ja, i kapitan, i marynarze ujrzeliśmy nagle, że na wyspie powstaje kolejno i stopniowo cudowny gród, pełen purpurowych pałaców, purpurowych drzew i kwiatów, i ptaków. Po chwili gród ten zapełnił się ludnością w purpurowych szatach i zdawało mi się, żem wyróżnił wśród tłumów nowopowstałą królewnę równie piękną jak znikniona Chryzeida.

Nie sądzę, by Wes Anderson kręcąc kultowy The Darjeeling Limited przeczytał uprzednio szósty rozdział Sindbada, a przecież gdy zaczyna się przygoda trzech szalonych braci, wsiadają oni do pociągu, w którym wszystko jest błękitne, również strój księżniczki/stewardessy, gdy przygoda się kończy – pojawia się pociąg, w którym wszystko jest purpurowe.