Pontus Jansson / PJ is a rockstar!
Watch him stack stones and balance rocks with nothing more than gravity.
stone and rock
and rock and roll:
Pontus Jansson / PJ is a rockstar!
Watch him stack stones and balance rocks with nothing more than gravity.
stone and rock
and rock and roll:
Karolina Żebrowska
autorka strony internetowej Domowa kostiumologia opublikowała 26.02.2018 swoją propozycję uczczenia stulecia praw kobiet.
Wideo jest do obejrzenia na youtubie i zbiera sporo pochwał. Najładniejszą napisał Stefan Tompson: Właśnie tego typu projekty powinna wspierać i promować Polska Fundacja Narodowa. Oryginalne, wzruszające i bardzo ciekawe wideo ukazujące historię Polski w zupełnie inny sposób niż do tego jesteśmy przyzwyczajeni! Miło też to widzieć przez pryzmat kobiecy. Oby więcej takich materiałów!
A tu mój prywatny wkład w stulecie praw kobiet – przepiękna staroświecka parasolka od słońca, taka jaką nosiły nasze poprzedniczki sto lat temu. Kupiłam ją podczas Wielkiej Orkiestry Pomocy Świątecznej w Berlinie. Zdjęcia zrobiła Ela Kargol 6 marca 2018 roku podczas spotkania z Ingą Iwasiów w Regenbogenfabrik. W głębi na pierwszym zdjęciu czarne parasolki, używane przez nas od dwóch lat podczas imprez protestacyjnych i informacyjnych nt. praw kobiet w Polsce. Napisy wykonały uczestniczki pierwszej z tych imprez w październiku 2016 roku…



Radosław Wiśniewski napisał, że jest nowy projekt i przysłał linka

Wydanie tomiku poetyckiego Juliusza Gabryela Lustrzane fikcje
O śmierci Juliusza Radek pisał już tu kilka tygodni temu.21 marca 2018 w Światowy Dzień Poezji pochowaliśmy w Kluczborku naszego kolegę, przyjaciela, towarzysza wielu podróży i literackich przygód, poetę – Juliusza Gabryela. Julek wydał za życia trzy książki, ale u wydawcy czekała na druk czwarta, a piątą pisał, był w trakcie, w drodze, nasz kosmita, podróżnik.
Książki z wierszami często niesprawiedliwie długo czekają na druk, panuje opinia, że nikt ich nie potrzebuje albo mało kto. My, przyjaciele, znajomi, koledzy ze środowiska mamy przekonanie, że poezja Juliusza jest warta upowszechniania. Dlatego chcemy sprawić, żeby Julek był z nami i z Wami, wspierającymi ten projekt poprzez to, co było dla niego tak ważne, dlaczego żył bez reszty, do głębi, do końca – poprzez wiersze.
Książkę chce wydać Dom Literatury w Łodzi wraz z Oddziałem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Łodzi w serii “Czarne owce, białe kruki”, paronat nad zbiórką, promocją, za zgodą rodziny Juliusza objęło Stowarzyszenie Żywych Poetów z Brzegu, z którym Juliusz szczególnie w ostatnich latach życia był mocno związany.
Książka ma szanse ukazać się w tym roku, akurat przed serią festiwali literackich, co dałoby szansę organizacji serii spotkań wokół poezji Juliusza.
Juliusz Gabryel (1979-2018)
Ewa Maria Slaska
We wtorek 17 kwietnia będziemy z Annett Gröschner czytały w Kesselhaus w Kulturbrauerei w ramach projektu Berlińskiej Akcji Literackiej (Berliner Literaturaktion) Wahlverwandschaften. O 20, każdy zdąży… (więcej TU)

Format spotkań stawia przed czytającymi pewne wymagania, a organizator, niestrudzony Martin Jankowski, stawia ich jeszcze więcej. O poprzednim spotkaniu z serii napisał nam, że odbyło się między innymi czytanie sceniczne z podziałem na role, w co wciągnięta została również publiczność. Może dlatego berliński TIP poświęca nam specjalną zapowiedź ze zdjęciem…
A my?
Annett się spóźnia, gapię się w displaya komórki. Zabawny wierszyk w sam raz na dziś:
Die Blumen werden billiger
die Mädchen werden williger
es riecht von den Aborten
kurz – Frühling allerorten!
(kwiaty coraz w cenie przystępniejsze
dziewczyny zdecydowanie chętniejsze,
sławojki wonieją ostro!
przyszłaś, Pani Wiosno!)
Erich Kästner (tłumaczenie bardzo dowolne – ja)
Spotykamy się z Annett w kawiarni Zimt und Zucker (Cynamon i cukier) nad Szprewą. Jest piękny letni dzień. Przedwczoraj skończyła się zima, wczoraj była wiosna, dziś jest lato. Nikt nie wie, jak się ubrać. Dziewczyny w wydekoltowanych sukniach idą z chłopakami w swetrach i australijskich botach. Wszędzie pełno ludzi. Kobiety w obszernych długich sukniach w kwiaty, faceci z gołymi nogami. Bo czasy się zmieniły. Latem kobiety mniej pokazują skóry niż mężczyźni.

Panowie tak, a kobiety – tak

No dobrze, a my? Mamy się przygotować do wieczoru, która jak ma przedstawić tę drugą? Co nas łączy? Co dzieli?
Na pewno łączą nas kobiety z rodziny. Nasze poprzedniczki. Napisałyśmy o nich książki, które się jeszcze nie ukazały – to też nas łączy. Opowiadam Annett o stu latach silnych kobiet w mojej rodzinie, poczynając od Praprababci, która produkowała proch i wspierała powstańców w 1863 roku. Moja opowieść o rodzinie to wyraźna linia. Annett mówi, że w jej książce kobiety z rodziny układają się w bukiet jak na obrazie flamandzkiego malarza Ambrosiusa Bosschaerta.

Ten właśnie obraz Bosschaerta, Wazon z kwiatami w oknie, stał się punktem wyjścia dla opowieści Annett o kobietach z jej rodziny. To w ogóle ciekawy obraz. W momencie, gdy powstał, w roku 1620, wywołał gorączkę tulipanową, o czym kiedyś pisał Zbigniew Herbert. O tak, mówi Annett, to ciekawy obraz, są na nim kwiaty z różnych pór roku. Naprawdę nie mogło być takiego bukietu.
Ostatnia kobieta z jej opowieści, współczesna berlinianka dostaje pracę w kwiaciarni u Wietnamki (w Berlinie wszystkie kwiaciarnie zostały przejęte przez Wietnamczyków, podobnie jak zakłady fryzjerskie przez Turków, a restauracje włoskie przez Arabów). Jest XXI wiek. Każdy kwiat można skądś sprowadzić, jesienny z kraju, w którym akurat kwitną ziemowity, wiosenny z miejsca, gdzie kwitną krokusy. Bohaterka książki Annett i jej wietnamska szefowa układają taki bukiet, jakiego nigdy przedtem nie było.
Przyjdźcie we wtorek do Kesselhaus, opowiemy Wam więcej ciekawych historii.
W styczniu byłam w Sopocie. Było biało i zimno. Wszędzie leżał śnieg. Przedpołudniami mnóstwo ludzi wychodziło na spacer. W Sopocie oczywiście ulubionym miejsce spacerów było molo. Na molo i na plaży koło molo kłębiły się tłumy. Ludzie karmili ptaki, budowali małe bałwanki, rzucali śnieżkami. Jednak im dalej molo wchodziło w głąb morza (ach, no, zatoki – oczywiście) tym bardziej było zimno i tym mniej było spacerowiczów. Wiał lodowaty przenikliwy wiatr, który ranił skórę twarzy, na odchodzącą od mola ostrogę nie wchodził już nikt. Zawzięłam się (nie wiem, dlaczego) i dotarłam na sam jej koniec, gdzie zostałam nagrodzona, bo na falochronie jakiś upojony miłością człowiek napisał poemat filozoficznym białym wierszem na cześć swojej kobiety. Niewątpliwie mieli za sobą intensywną noc, zapewne na plaży, a może nawet tu, na ostrodze…

I jak już ten samotny, jedyny pośród 7,3 miliarda ludzi na świecie, napisał wszystko o tym, co go spotkało, ktoś (może ona) napisał to:

No rzeczywiście. Serio serio?
Ewa Maria Slaska
Takie sobie przysłowia sprzed 190 lat

Pamiętacie taki dowcip. Hrabina zamierza zatrudnić nowego bibliotekarza. Przychodzi młody człowiek, ma znakomite referencje, dobrze wygląda, wypowiada się przyzwoicie. Hrabina spogląda przez lorgnon.
– Francuskim włada?
– Włada, pani hrabino.
– Niemiecki posiada?
– Posiada, pani hrabino.
– To niech siada?
– Nie może, pani hrabino.
– A to dlaczego?
– Bo…
E… tam, co ja wam tu będę opowiadała nieprzyzwoite kawałki. Oczywiście jest to taka staroświecka nieprzyzwoitość, nie przymierzając – z czasów pani hrabiny, bo dziś czasy się zmieniły i przeczytałam ostatnio na plotkarskim facebooku pytanie zdziwionej “mamuśki z Berlina”: halo dziewczyny, czy naprawdę słowo “cipka” jest nieprzyzwoite? Tak mi dziś powiedziała moja córka po powrocie z przedszkola.
No cóż, w każdym razie zakładam, że czytelnik (i czytelniczka) “niemiecki posiada”, już przestudiował(a) zamieszczoną powyżej okładkę i wie, że książkę wydano w Lipsku w roku 1828. Przenieśmy się zatem w czasy, kiedy takie słowa jak to, tamto i owo, również “cipka” proszę mamuśki, były nieprzyzwoite, a pan hrabia, człek w sile wieku, urodził się bowiem w roku 1767 (a zmarł w roku 1849) Christian Ernst von Benzel (Bentzel) Sternau, po wielkich sukcesach poprzedniej jego książki – Złoty cielec – wydaje ksiąg cztery sztuk teatralnych: Teatr Dworski z Baratarii czyli gry przysłowne. Jest to w sumie około 40 sztuk, dobrze nadających się do tego, by wystawić którąś z nich dla uczczenia przyjęcia, ślubu czy jubileuszu na dworze, zwłaszcza, gdyby trupa mniej lub bardziej utalentowanych dworzan sama się chciała zabawić w aktorów. Może nawet Książę Pan… Tytułem każdej sztuki jest przysłowie.
Również mottem owych ksiąg czterech jest zaczerpnięte z Horacego przysłowie: dona præsentis cape lætus horæ – z radością przyjmuj to, co daje godzina (autor pominął tu ciąg dalszy: et linque severa – i porzuć smutne myśli).
Nie ma wśród owych sztuk żadnej, która by się bezpośrednio wiązała z Don Kichotem i Sancho Pansą, żadna nie toczy się też w Baratarii, ale powiązania z oryginałem są wielorakie. Po pierwsze, podobnie jak sam Don Kichot, Teatr Dworski jest zbiorem historii, bo przecież powieść jest ramą, w którą oprawiono mnóstwo mniej lubb bardziej komicznych opowiastek, które zastąpiły popularne w poprzedniej epoce opowiastki budujące. Po drugie – Sancho Pansa jako gubernator Baratarii rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych, z których świetnie dałoby się stworzyć kolejne sztuki teatralne. Poza tym to on właśnie lubuje się w mądrościach płynących z przysłów, a każde z nich to niejako streszczenie następnej opowieści. Jeśli świat jest sceną, to dzieją się na niej gry przysłowne. W powieści owa “wyspa na lądzie”, którą oddano naszemu giermkowi w gubernatorstwo, należy przecież do Księcia i Księżnej, a na ich dworze panuje wszak nastrój wiecznej karnawałowej zabawy i u nich też, jak to pisze jeden z polskich tłumaczy, “chimera zastępuje rzeczywistość”. A więc jest na pewno i teatr, i aktorzy, profesjonalni lub amatorzy, i sztuki, które się wystawia.
Don Kichot pełen jest mądrości zaczerpniętych z przysłów. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu. Pan i giermek właśnie rozpoczęli swoją podróż, podążają przed siebie, giermek opowiada historyjkę:
Słuchajcie więc, bo oto zaczynam. Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.
— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.
— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.
— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.
— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.
— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.
— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś…
Tak tak, drogi mój czytelniku (i czytelniczko), pan i giermek po równi cenią przysłowia, bo to pan a nie sługa mówi: Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem…
Na co w kilka stron potem giermek odpowie: — Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.
I jeszcze: — Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.
Wszystkie owe mądrości jeszcze się w hiszpańskim pociesznie rymują, co zresztą i w polszczyźnie bywa (w niedzielę praca w gówno się obraca – co zaświadcza, że lud polski już dawno wiedział, iż trzeba będzie zamknąć sklepy, jeszcze zanim one w ogóle powstały). Nasza autorka, Kinga Szpuler, gdy ją jej profesor, Piotr Sawicki, wykładający we Wrocławiu literaturę hiszpańską, zaprosił do tłumaczenia przysłów hiszpańskich z XVII wieku, zaprosiła z kolei do współpracy kolegów górali, aby jej pomogli przerobić tłumaczenia lingwistyczne na rubaszne rymowanki czyli, jakby to z oburzeniem odnotował Don Kichot, prostackie przysłowia.
Osioł z książkami na grzbiecie? To doktor przecie.
Student pomylony, choćby się uczył, plecie androny.
Błąd medyka przykryje ziemia; błąd adwokata naprawią pieniądze; błąd teologa strawi ogień.
Żwawo bierz kobitę, jak łykasz okowitę.
Po wypiciu każdy baje, co mu się wydaje.
Kiedy zimne wstają zorze, tylko wódka ci pomoże.
Kto je jak świnia, zażre się na śmierć.
Kto za dużo śpi, ten z nauki drwi.
Wesele bez wódki, opłakane skutki.
Znużony leży blisko żony.
Młody jest głupi i bez pokory, stary mądry, ale chory.
Stręczyciel i drab, jeden drugiego wart.
Ucz się nieprzerwanie, a coś w głowie zostanie.
Czy według przysłów? Zatytułowane przysłowiami sztuki hrabiego von Benzel-Sternau nie są jednak sztuczkami napisanymi dla uciechy gawiedzi, to inteligentne i pełne erudycji historyczne intrygi, oparte na mało znanych, nieznanych a może wydumanych faktach. Za tydzień przetłumaczona specjalnie dla moich czytelników (i czytelniczek) jedna ze sztuk hrabiego; tom II, sztuka numer VIII: Der Sündenbock oder Mit großen Herrn ist nicht gut Kirsche essen (Kozioł ofiarny czyli Z wielkim panem niedobrze zbierać wiśnie). Nie uwierzycie, ale nie wiedząc o czym jest którakolwiek z tych sztuk, wybrałam na chybił trafił taką, w której pojawia się Polska.
Tanja Krüger & Johanna Rubinroth
wandern weiterhin durch Indien, schicken ihre Fotos und sind nach wie vor bei ihren Erklärungen sehr knapp (letztendlich kommt doch alles per WhatsApp). Ich glaube sie waren jetzt in einer Stadt, wo es 50 Tausend Einwohner gibt und 10 Tausend Tempel. Gokarna!? Vielleicht. Schaut euch die Fotos an, die Unterschrifte sammle ich drunter. Weil sie manchmal sogar besser sind als die Fotos. Versucht sie selber einzuordnen…
Gokarna! Auf dem Bahnhof. Auf dem Strand. Tempel im Bahnhof. Besucherinnen aus aller Welt. Tempel. Elephant aus den Blumen. Kolam. Kopf zum Banannenblatt statt Hand mit Löffel zum Mund. Sieben Becken zum Eintauchen bei einem Tempel. Müll. Ochse mit grünen Hörnern. Penis-Tempel. …. Schlafende. Selfie bei der Toilette. Singender Tempel-Automat auf dem Bahnhof. Tag und Nacht singen Blinden unter unseren Fenstern. Elefanten-Tempel. Tempelgucken vom Roof. Elefanten vor dem Tempel. Unglaublicher Tempel. …. Wassebüffel.
Gokarna. Stadt in Südindien.
![]()
Ich schaue in der Wikipedia. Und das erste, was ich finde, ist eine Text über Gokarna auf Tschechisch. Gokarna, město poutníků, klidných pláží a skvělého jídla. Stadt der Pilger, Strände und des wunderbaren Essens. Ich schaue mir die Fotos an und denke, na ja, das ist eben genau das. Mehr braucht man nicht zu wissen. Ach, doch, vielleicht woillen wir doch wissen, was ein kolam ist. Die Wikipedia sagt etwas Erstaunliches: Kolam ist ein meist zentrisch symmetrisches Muster, das viele Frauen in Südindien täglich mit weißem oder auch gefärbtem Reismehl im Eingangsbereich ihres Hauses anfertigen.
Täglich!
Auf Deutsch auf rot…
Kwiecień 2018 jest paranoidalnym wręcz miesiącem, jeśli chodzi o polskie ewenty. Skrzynka mailowa pęka od zaproszeń na wystawy, debaty imprezy, tańce, koncerty, polskie gotowanie po persku, polską ręczną domową produkcję kosmetyków, polskie wykłady o pielęgnacji metodą ayurvedy…
Na zrzucie ekranu umieszczonym obok widać, wcale nie wszystkie!, polskie berlińskie imprezy kwietniowe.
Czasem myślę, że Polacy w Berlinie robią więcej niż tej samej wielkości społeczności w Polsce. Jest nas w Berlinie podobno około 130 tysięcy, do końca nikt tego nie wie tak na pewno, bo zależy to między innymi od metod liczenia i przyjętych kryteriów, ale pomińmy ten szczegół. Sto tysięcy. Załóżmy, że jest nas sto tysięcy.
Zaglądam do internetu. W Polsce są 23 miasta, które mają ponad sto tysięcy mieszkańców. Chyba niewiele, ale w ogóle (czytam) jest w Polsce mniej niż tysiąc miast, a dominują małe miasta, o populacji nie przekraczającej dziesięciu tysięcy mieszkańców – takich miast jest aktualnie 514. Miast o populacji równej wielkością Polonii w Berlinie jest 23. Legnica, Kalisz, Koszalin, Chorzów, Tarnów, Włocławek, Wałbrzych, Zielona Góra, Opole… Opole 120 tysięcy… Stop.
Spójrzmy na Opole, bo to mniej więcej podobne wielkości. Oferta na kwiecień 2018 – festiwal teatralny (wiele różnych terminów), koncert, kabaret, spotkanie poetyckie, bajki dla dzieci, wernisaż i finisaż. Owszem dużo. Dużo i ciekawie. Ale praktycznie nie przekracza to tego, co oferuje Berlin. A w Opolu kulturą zajmują się przecież odpowiednie instytucje, wydział kultury, miejski i wojewódzki, wojewódzki dom kultury, biblioteka publiczna… Tymczasem w Berlinie albo robimy takie rzeczy zupełnie sami, wydzierając fundacjom i instytucjom pieniądze na projekty, albo założyliśmy sami nasze własne instytucje kultury, albo w trakcie długich podchodów przekonaliśmy jakieś instytucje niemieckie, żeby się nami zajęły.
Z oferty na najbliższy weekend w Berlinie wybieram, jak u Szaniawskiego – dwa teatry.
Polska grupa teatralna w Berlinie, Teatr w Afekcie, wystawia komedię Jacka Getnera, pt. Pożądanie (oryginał: Pożądanie w cieniu pokrywki).
Zapraszamy w niedzielę, 8.04 o godzinie 19:00 do klubu kulturalnego Mastul na Weddingu, przy ulicy Liebenwalder Str. 33, 13347 Berlin. (Das polnische Theater aus Berlin präsentiert das Theaterstück Begierde, auf Polnisch zwar aber mit deutschen Untertiteln, oder sind es Übertiteln, egal, Hauptsache – polnisches Theater in Berlin auch auf Deutsch mit einem Lustspiel).

Twórczynie piszą o swoim teatrze i o spektaklu:
Berliński polonijny Teatr w Afekcie czwarty już raz zaprasza na spektakl komediowy Jacka Getnera “Pożądanie”. Jest to komedia traktująca o sile i jakości marzeń przeciętnego konsumenta. Okazuje się, że pod wpływem, na co dzień skrzętnie skrywanych pragnień, nawet sentymentalna wizyta w teatrze przeistoczyć może się w wojnę.
Występują: Jeremi Kozłowski, Agnieszka Winter i Katarzyna Willmann.
Spektakl grany jest po polsku z niemieckimi napisami.
Bilety w cenie 6 euro będzie można kupić na miejscu bezpośrednio przed spektaklem. Nie ma możliwości rezerwacji miejsc.
Terminy: 08.04. i 21.04.2018, godzina 19:00.

I jeszcze tekst Agnieszki Winter:
Oryginalny tytuł spektaklu to: „ Pożądanie w cieniu pokrywki“ i to wcale nie jest bez znaczenia. Wprawdzie już po Wielkanocy i gorączka gotowania minęła, jednak garnki przydają się cały rok, nie tylko od święta. A co robi się od święta? Od święta to można zrobić wyjątek we własnych postanowieniach np. dietetycznych (pozwalając sobie na dodatkowy kawałek tortu czekoladowego) czy moralnych (pozwalając sobie na jeszcze jeden kieliszek wódki). Można również od święta się do czegoś przemóc i np. być miłym dla nieprzyjaciela lub odstąpić od codziennej zgryźliwości albo tak jak ja, coś napisać. Jednak klasykiem odświętnym jest elegancka kreacja i … wyjście do teatru.
Kto ciekaw jest poznać prawdę o kobietach, ich najskrytszych marzeniach, pragnieniach i słabościach, niech zawita i obejrzy naszą sztukę.
Kultura czy figura? Ile warta jest sztuka? Na co skorzy jesteśmy wydać nasze z trudem ciułane pieniądze? Jak ma się wartość warzyw ze straganu do wartości biletu na spektakl?
Na te, i wiele innych pytań odpowiemy już w niedzielę na scenie klubu kulturalnego Mastul na Weddingu.
Zapraszamy na kilkadziesiąt minut dobrej zabawy i głębszej refleksji.
Foto: Marek Wiśniewski
06. – 08.04.18
Theaterperformance „Die Mauern von Hebron“ mit Texten von Andrzej Stasiuk
Der legendäre Debütroman „Die Mauern von Hebron“ (Mury Hebronu, 1992) von Andrzej Stasiuk wird erstmals auch in Berlin aufgeführt. Die Inszenierung von Elżbieta Bednarska ist an drei Terminen im April 2018 im ehemaligen Frauengefängnis Berlin-Lichterfelde zu sehen.
In dem Roman „Die Mauern von Hebron“ erzählt Andrzej Stasiuk über seine Erfahrungen im Gefängnis, wo er seine 1,5-jährige Militärstrafe wegen Desertion verbüßte. Ungeschönt und hemmungslos schildert er die dort herrschende Brutalität, Gewalt und Kälte. Stasiuk gerät dabei in eine Auseinandersetzung mit seinem eigenen menschlichen Dasein, die er mit seiner abstrakten und metaphysischen Sprache eindrucksvoll beschreibt. Mit dem Roman legte der Autor das Fundament für sein gesamtes weiteres Schaffen.
Elżbieta Bednarska inszeniert in ihrer Romanadaption die einzelnen schmerzhaften Stationen eines Gefangenen, dessen Existenz auf ein Minimum an Raum und Zeit beschränkt ist. Diese entmenschlichenden Bedingungen werfen die Frage nach der Menschlichkeit und nach der Würde des Insassen auf.
Premiere: 06.04.2018 um 20 Uhr
Weitere Vorstellungen: 07.04.2018 und 08.04.2018 jeweils um 20 Uhr
Ort: SOEHT.7: Ehemaliges Frauengefängnis, Söhtstr. 7 12203 Berlin-Lichterfelde
Weitere Informationen zum Stück sowie zur Kartenvorbestellung finden Sie hier.
05.04.2018 – http://oder-partnerschaft.eu/veranstaltungen/2018/10828

Kobieta, którą stać na wszystko, która – jak sama chwali się w wywiadzie – skończyła prestiżowe studia “z pomagania”, która po całej Polsce porozwieszała billboardy ze zdjęciem samej siebie tulącej anonimowe ciemnoskóre dziecko – nauczy Was teraz czegoś o pomaganiu.
Nie mam nic personalnie do Pani Dominiki – nie znam jej. Nigdy wcześniej nie słyszałam o jej programie w TVN (nie mam telewizora i nie oglądam telewizji) i pewnie nie pisałabym teraz tego tekstu, gdyby nie intensywna akcja PRowa prowadzona przez główną bohaterkę, a której częścią zdaje się być okładka i tekst w najnowszym wydaniu WO.
Pani Dominika mówi w wywiadzie: Profesjonalne pomaganie to konkretna praca wymagająca konkretnych narzędzi. Trzeba mieć organizację, struktury, doświadczonych specjalistów. W przeciwnym razie zostaje tylko fundowanie wzruszeń samemu sobie i egoistyczne zachwyty nad swoją dobrocią.
Tylko czymże jest jej jeżdżenie po świecie, kręcenie kolejnego odcinka programu, w którym ociera łzy afrykańskiej dziewczyny opowiadającej o strasznych doświadczeniach z dzieciństwa w „zabobonnym” Beninie, jeśli nie właśnie fundowaniem sobie wzruszeń? Prawie w każdym z resztą odcinku mamy smutną historię, łzy i filantropkę przytulającą kolejne osierocone dzieci, lub osoby opowiadające o przebytej traumie.
Czy na studiach z filantropii nie było etyki? Czy cokolwiek mówiono o tym, w jaki sposób powinno traktować i przedstawiać w publicznym dyskursie osoby, którym się pomaga (szczególnie jeśli chodzi o kraje tzw. Globalnego Południa)?
Szanuję wsparcie, jakiego fundacja Pani Kulczyk udziela lokalnym organizacjom, i wpływ, jaki to wsparcie wywiera na życie osób pokazanych w programie. Ale po lekturze wywiadu i obejrzeniu kilku losowych odcinków nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym przypadku korzystanie z pomocy automatycznie wiąże się z rezygnacją z zachowywania godności. Osoby, które korzystają z pomocy nagrywa się, kiedy płaczą czy kiedy wspominają przemoc w rodzinie. Dziecko uczęszczające od 11 lat do świetlicy środowiskowej pyta się, czemu woli spędzać czas na świetlicy niż w domu. Pytania, które “wśród swoich” uznalibyśmy za nie na miejscu nawet podczas prywatnej rozmowy znajomych, nie stają się ok, jeśli zadajemy je na drugim końcu świata, przed kamerą, osobie, na której los wpłynęły nasze pieniądze.
W programie o Suazi biała, wykształcona, zachodnia filantropka mówi nam: Z jednej strony rozumiem kultywowanie tradycji, ale czy półnagie dziewczynki muszą prezentować swoje wdzięki przed królem i jego świtą? Równocześnie wdzięki tych półnagich dziewczynek mogliśmy oglądać na przebitkach przez większą część odcinka. My, “cywilizowane osoby z Zachodu” dzięki programowi pani Dominiki patrzymy dokładnie na to, co pani Dominika uznaje za niestosowne (najwyraźniej jednak tylko wtedy, kiedy oglądają to król i jego świta).
Zdecydowanie trzeba edukować społeczeństwo, uczyć Polki i Polaków mądrego pomagania. Pomaganie musi być profesjonalne i skupione na odbiorcy tej pomocy, a nie wypełnianiu emocjonalnych niedoborów pomagającego. W naszej organizacji pierwsza i najważniejsza zasada to PRZEDE WSZYSTKIM NIE SZKODZIĆ. Dotyczy to zarówno bezpośredniej działalności pomocowej, jak i PRu, promocji, fundraisingu. Zachowanie podmiotowości i godności osób, którym pomagamy to świętość. Może gdyby było inaczej, gdybyśmy takich oporów nie mieli, to “promocja” byłaby łatwiejsza i mielibyśmy większe wpływy z darowizn czy 1%, ale na szczęście jeszcze nie wszystko na tym świecie jest na sprzedaż. Dlatego Pani Dominice Kulczyk podziękuję dziś za dobre rady, a okładkę Wysokich Obcasów uznam za primaaprilisowy żart.
Kalina Czwarnóg jest członkinią zarządu Fundacji Ocalenie
Przeczytajcie również komentarz Krytyki Politycznej.
A tu jeszcze mój komentarz: Pani Dominika Kulczyk robi to, co robi, albo bezpośrednio za pieniądze swojego taty, albo za te, które zrobiła dzięki pieniądzom taty. Tata, Jan Kulczyk, robił różne rzeczy (również ożenił się i umarł) za pieniądze, które zrobił dzięki pieniądzom swojego taty. Jego tata, Henryk Kulczyk, był za czasów komuny pracownikiem wywiadu PRL w Berlinie i tam zrobił pierwszy milion. Poznałam go swego czasu w Berlinie i pamiętam, że Henryk Kulczyk, wprawdzie się tym specjalnie nie chwalił, ale też wcale tego faktu nie ukrywał. Dziś w różnych przesłodzonych życiorysach (rśwnież na Wikipedii) nic już się o tym nie wspomina.
Krzysztof Mika
Kwestia smaku
Był i żył polski poeta Zbigniew Herbert. Jak wspomina Leopold Tyrmand, był to ktoś absolutnie twardy i nigdy nie dał się złamać – w czasach stalinowskich klepał prawdziwą biedę – utrzymywał się z klejenia papierowych torebek jako chałupnik. Pisał.
W jednym ze swoich wierszy, krytycznym wobec najwspanialszego systemu sprawiedliwości społecznej, użył określenia, że to nie tylko kwestia etyki ale estetyki. No właśnie. Estetyka. W dawnych, okropnych czasach wszystkie życiowe czynności miały rytuały. Pojedynkujący się panowie kłaniali się sobie i umierać też trzeba było ładnie – tak nakazywała pompa funebris. A poza tym etykieta, politessa, protokół dyplomatyczny. A nawet chłopoman Wyspiański pisał „trza być w butach na weselu”. Oczywiście z butów Wyspiańskiego słoma nie wyłaziła. No właśnie. Niezależnie od mojego stosunku do tej najlepszej ze zmian, której teraz doświadczamy, chciałbym żeby było ładnie i elegancko. Jak zabijać to szpadą, a nie kijem bejsbolowym. A tu ciągle, podkreślam ciągle, brzydko i spod eleganckich (nie zawsze) garsonek i garniturów wyłazi dresiarski dres, trzy paski na nogawce, krok koło kolan. I nawijka blokersa. Najpierw „zdradzieckie mordy”, „potem wystarczy nie kraść”, „odcinanie od koryta „,teraz ja mówię”, wrzaski „się należało za ciężką pracę”. I wszystko na krzyku z charakterystycznym plebejskim, gardłowym przygłosem. Tak wrzeszczeli działacze robotniczy, tak wrzeszczeli naziści. Teraz wrzeszczy Prezes, prof. (uniwersytecka) Pawłowicz, a ostatnio wice premier Szydło. Kiedyś ludzie się starali. Pracowali nad sobą. Elementarne dobre wychowanie i tak zwane miękkie umiejętności w relacjach z ludźmi były przepustką do wielkiego świata. Trzeba było się starać. Wiele osób z tzw awansu społecznego osiągnęło wyżyny. Tu jak by obserwujemy proces odwrotny: degradacji społecznej. Co więcej zasada ta staje się naczelną taktyką i wręcz regułą: aspirujemy do społecznych dołów. Suweren w końcu tam przebywa. Pytanie czy tylko w imieniu tego suwerena należy rządzić. Ale nie sam wrzask. Telewizja pokazuje obraz, a na obrazie twarz o koszmarnym grymasie. Jestem wzrokowcem, ta twarz zostaje w pamięci. Strach się bać. Z historii pamiętamy takie twarze. Najgorsze jest to, że w tym momencie była prawdziwa. Dużo pracowałem z osobami z tzw. obszaru wysokiego ryzyka społecznego (kiedyś mówiono, może niesłusznie: margines) i nauczyłem się wtedy czytać miny i grymasy. Brak tej umiejętności mógł skończyć się boleśnie, bardzo boleśnie. I tu nawet nie chodzi o ordynarny (tak, ordynarny) grymas, ale o oczy pełne nienawiści. W nich była prawda. Dreszcz po plecach – nie chciałbym takiej przeciwniczki, nawet nie uzbrojonej. Ależ ona nienawidzi. Patrzenie w oczy to jedna z zasad w konfliktach, szczególnie tych fizycznych ulicznych… To smutne, że schodzimy do takiego poziomu. A zaczęło się od samej góry: „ dał Jarosław nam przykłady, jak obrugać mamy”. Subtelny inteligent z Żoliborza. Tu jazda w dół była szczególnie intensywna. Oczywiście natychmiast odezwą się przeciwnicy: „przecież Piłsudski bardziej brutalnie rugał i obrażał”. No i fatalnie, że tak było i że był maj 26, i Bereza, Brześć. Nic Marszałka nie usprawiedliwia. Co więcej powoływanie się na niego jest śmieszne. Ja kradnę, bo wszyscy kradną. Piłsudski klął, o, i ja mogę. No, żebyś jeszcze był tej miary człowiekiem jak Piłsudski… A może warto wzorować się na Marszałku w innych kwestiach? A może nie? Wracając do naszej rzeczywistości – po wrzaskach p. Szydło występuję urocza jak zwykle p. Mazurek, udająca rzecznika prasowego i stwierdza, że to było wspaniałe wystąpienie. Żeby choć najmniejsze przeprosiny, tłumaczenie… A tu pełną gębą: „było świetnie”. Gdzie my jesteśmy? A może w „Szewcach” Witkacego? Jakoś dziwnie atmosfera tej fantasmagorii bliska naszej polityczno–poselskiej operetki. Popatrzcie, przeczytajcie: „sturba ich suka malowana”, ”dziamdzia ich szać zaprzała”, a może to „dziamdzia jego zafatrany glamzdeń”. Tak klną szewcy. A w akcie trzecim: ”To tak śpiewa nasza krew chamska dzika i śmierdząca”. Słowotwórstwo witkiewiczowskie, ale nie w tym rzecz. Brzmienie jakieś bliskie, takaż atmosfera.
A więc jednak szewcy?