Szopa w salonie 29

Łukasz Szopa

Zieleń kontratakuje

Lubimy dzielić rzeczy na czarne i białe. Mimo często mglistej, szarej perspektywy. Albo na: szare i zielone. Czyli na miasto i wieś. Może też na “cywilizację” i “naturę”. Teren zabudowany i przyrodę. Obojętnie, czy jesteśmy mieszkańcami betonu, czy zielonego, czy też mieszanych sfer podmiejskich (post-wiejskich).

Nie lubię uogólnień, szczególnie nie takich, jakie właśnie zrobiłem. Więc powiedzmy, że zdarzają się takie przeciwstawienia, takie dwie definicje, teza i antyteza – i rzadko synteza. Jeśli już to synteza – “syntetyczna”, sztuczna: nowy asfalt przez wieś, czy plamy parków (pareczków) w urbanistycznym labiryncie. A jeśli nie sztuczna, to dyskusyjna i nielubiana, jak problem gałęzi, liści na chodnikach czy jezdni, i odnośnie tej właśnie dyskusji o tym, czy drzewa tworzące aleje ścinać czy nie.

Może powoli powinienem zbliżyć się do mojego tematu, mojej tezy. Czy też – syntezy. Tematem jest właśnie synteza przyrody i betonu. Która bywa dobrym sąsiedztwem, przyjaźnią, miłością. Albo też konfliktem, walką, wojną.

Takie spojrzenie (w dosłownym tego znaczeniu) na tę kwestię umożliwiły mi przykłady ekstermalne. Tak to już jest, że trzeba czasem łopatą (albo nawet młotem) do głowy, jaskrawo, szokująco. Choć od razu przyznam, że były to przykłady, gdzie to przyroda “nagle” okazała się być górą, zdobyła przewagę, a nawet odniosła tymczasowe zwycięstwo.

Przykłady to z jednej strony Berlin – w którym to mieście kilkanaście lat mieszkałem, i z drugiej – bośniackie miasta Sarajewo i Mostar. We obu przypadkach napotkałem na arcyciekawe miejsca, gdzie po latach przemysłowego lub (wielko)miejskiego krajobrazu, zielsko wróciło – i żyje sobie w najlepsze.

Zacznę od przykładu drugiego – czyli powojennych miast w Bośni. Mówiąc krótko: w latach 1992 – 1995 oba miasta, szczególnie ich centra, zostały co prawda tylko częściowo zniszczone – ale to, co zostało trafione, lub te miejsca, gdzie akurat dłużej czy mocniej zaznaczyła się linia frontu – zniszczone zostały kompletnie. Czy przynajmniej… na tyle mocno, by przebić się dziurami, kraterami przez podłogę parteru i fundamenty – do ziemi. Albo też, czy jako kilkultetnie lecz nie opróżniane wysypisko śmieci, czy jako inaczej zadomowiona w ruinach hałda ziemi czy piasku – niejedno miejsce stało się potencjalną glebą.

I ledwo przestano strzelać, rzucać granatami, przerzucać kamienie i worki na barykady – zaczęło rosnąć! Tym bardziej, że długo jeszcze trwało i potrwa, nim do niejednej ruiny ktoś powróci, ustali się nie tylko do kogo to należy, ale i kto ma prawo to zagospodarować… – a zielsko, trawa, chwasty, krzewy, a nawet drzewa! – rosną sobie, rosną dalej… A mury nawet chronią je przed niejednym wiatrem.

Niezapomnianym obrazem jest dla mnie widok na trzecie, ostatnie piętro koszar w centrum Sarajewa, zniszczonych jeszcze w 1992, przynajmniej na tyle, by znikł dach. Efekt – i ten wspaniały, surrealistyczny obraz – to po latach całkiem pokaźne brzózki wychodzące już na ponad 2-3 metry ponad poziom najwyższej kondygnacji.

Ulubionym miejscem moich obserwacji współżycia, współistnienia, ale i walki natury z betonem jest jednak Berlin. Było to dla mnie niezłą niespodzianką. Może dlatego, że przyjeżdżając tu, miałem przed oczami (wyobraźni) wielkoświatową metropolię, obrazy budującego się Potsdamer Platzu, szarej wielkomiejskiej plamy na mapie pośród zielonej Brandenburgii.

Zacząć można od tego, że Berlin powstał relatywnie niedawno, o ile wiem to tak naprawdę miastem stał się w dziewiętnastym wieku. Miastem, stolicą Prus – stał się nie naturalnie, a jako pomysł króla, który postanowił połączyć ze sobą kilka wiosek w “miasto”. Wiosek, pomiędzy którymi leżały nawodnione Szprewą bagniska. Mógłbym jeszcze o topografii, urbanistyce i nazewnictwie, ale o tym może innym razem. Ograniczę to do faktu, że Berlin ma więcej kilometrów kanałów niż St. Petersburg czy Wenecja, i że pośród tego szarego placka na mapie, gdyby spojrzeć dokładniej (na turystycznej mapie miasta), natrafiamy na wielką, podłużną, zieloną plamę – Tiergarten. Czyli olbrzymi park, niemal las, ciągnący się od Bramy Brandenburskiej do stacji Zoo. Też właściwie kaprys króla. Lecz to jeszcze nie całkiem mój berliński temat.

Gdy spojrzymy jeszcze raz na naszą podręczną mapkę lub przez Google Earth, napotkamy jeszcze dwie czy trzy takie pokaźne plamki. Dwie to Treptower Park i Grünewald, czyli też laso-parki. Ciekawą jest trzecia – małe słynne lotnisko pośrodku miasta – Tempelhof. Najciekawszą taką plamką – dla mnie – jest jednak teren Gleisdreieck (na mapce stosunkowo centralnie, między Tiergarten, Schönebergiem a Kreuzbergiem). Najciekawszy może nie dlatego, że w tym tekscie słyżyć mi ma za najlepszy przykład tematu, ale dlatego, iż to teren przemilczany, raczej mało znany – szczegolnie Nie-Berlińczykom.

Bierze się to stąd, prosta krótka historia, że przed II WŚ był to teren kolei, Deutsche Reichsbahn, dokładniej mówiąc olbrzymi dworzec towarowy plus peryferia. Nie dziwota, że kompletnie zbombardowany. I przypadkiem stało się tak, że… po wojnie, przez ponad 58 lat, pozostawiony sam sobie.

Efekt był niesamowity – co odkryłem podczas jednego ze spacerów na początku lat dwutysięcznych, gdy z dziewczyną postanowiliśmy przekroczyć niezbyt zabezpieczające ogrodzenie, i zasmakować przygody jak z czasów dzieciństwa, gdy każdy chciał być Tolkiem Bananem albo Perełką. Areał długi (północ – południe) na ponad 3 kilometry, szeroki na przynajmniej 500 metrów, był genialną, niesamowitą kreacją, coś jak “laso-koleją” czy “szyno-puszczą”! Tory, to rozwidlające się, to schodzące, to niknęły, to pojawiały się między drzewami, wchodziły w las, czasami można się było o nie potknąć – tak zarosła je trawa, krzewy.

Właśnie – wydawało się, na pierwszy rzut oka, że to szyny wplatają się w lasek, że to ceglane ruiny wychodzą z ziemi, gdzieś zza chaszczy. A rzeczywistość była dokładnie odwrotna: To pozostawiona sama sobie natura przywłaszczyła sobie cały teren, zawładnęła, zarosła, zapanowała. Powie ktoś, że “powoli”. Dla człowieka, – może powoli. Ale dla natury?! Czym dla natury jest pół wieku?…

Smutną wieścią jest to, że człowiek w międzczyczasie znów walczy o ten teren. Koleje chcą wykorzystać go jako pole golfowe, lunapark, osiedle mieszkaniowe, teren pod biurowce. Ale – jak na razie – nadal górą są ekolodzy, którzy udawadniają, że Berlin potrzebuje tego biotopu, tego drugiego obok Tiergartenu “płuca”.

Obojętnie jednak, co stanie się z Gleisdreieckiem, ja zyskałem przez to podwójnie, o ile nie potrójnie:

Przez kilka lat miałem i mam tuż niedaleko teren surrealistycznej, fantastycznie-bajkowej dzikości przyrody.

Po drugie, zainspirowało mnie to do podobnych poszukiwań, obserwacji nie tylko w Berlinie, ale i w innych miastach – szczególnie we wschodnich Niemczech lub na przykład w niektórych polskich. Takich, które – jak Berlin – mają mało kasy, i stąd często pozostawiają takie “powojenne” tereny samym sobie.

Jest też t.zw. spojrzenie mikro: to, że miasto ma mało pieniędzy na między innymi służby oczyszczania sprawia, że – w odróżnieniu od n.p. Monachium, Hamburga czy Stuttgartu – takie właśnie rzadsze i bardziej “po łebku” sprzątanie, jak usuwanie trawy z chodników czy z otoczenia kanałów, zielsk wplątanych w siatkę płotu powoduje, że te też powoli coraz bardziej w dosłownym znaczeniu wrastają w obraz i topografię miasta.

No i trzeci punkt, najważniejszy, filozoficzny. Że nie ma co się bać o przyrodę. Że ona już sobie poradzi. Ekolodzy martwią się o homo sapiensa, on może sobie nie poradzić, może popełnić chemiczno-betonowe samobójstwo. Ale przyroda? Ta trochę odczeka, pięćdziesiąt, sto, dwieście lat, homo będzie sapiens lub inny lub żaden, a trawa wyjdzię spod płyt betonowych, pokryje je, krzewy porwą betonowe i ceglane ściany do tanga, brzózki wystartują w górę, i niejeden chwast cierpliwie drążąc zaprawę, zwali nie tylko mur i nie tylko w Berlinie.

Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

Orient powszedni VI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Sforsowawszy Bug mostem we Frankopolu wjeżdża Viatorostwo do Drohiczyna. Chwilę się tu Wędrowcy zatrzymają. Raz, że zmęczenie po spływie kajakowym daje się we znaki. Dwa, że miasto godne jest uwagi: będzie trochę o historii, co obiecał tydzień temu Viator Czytelnikowi Maciejowi. Trzy – ten krótki odpoczynek to swego rodzaju trampolina przed skokiem; do końca dnia wciąż daleko i wiele jeszcze Pielgrzymi dziś zobaczą. Ale o tym za tydzień.

Zdecydowanie najpiękniejsza panorama miasta rozciąga się z lewego, południowego brzegu rzeki. Raz jeszcze warto ją sobie przypomnieć:

Drohiczyn rozsiadł się na wysokiej skarpie nad Bugiem. Położenie takie, że aż prowokuje kłopoty z wielką historią!

Viator urodził się, wychował i mieszka, a zapewne także pożegna się z tym łez padołem, w niewielkim, około czterdziestotysięcznym mieście. Nigdy nie rościł sobie pretensji do wielkomiejskości. Ale, nawet z jego perspektywy, Drohiczyn to naprawdę malutkie (i senne – zwykle w taki związek frazeologiczny łączy się to w polszczyźnie) miasteczko. Gdzie się pomieściła ta wielka historia?

Na przestrzeni dziejów zdążył być Drohiczyn twierdzą graniczną i przedmiotem ciągłego sporu między Rusią Kijowską (potem zaś Litwą) a Mazowszem (następnie, co oczywiste, Polską): Polacy trzymali lewy brzeg, na prawym rządzili: Jarosław Mądry, Daniel Halicki, Trojden, Olgierd, Kiejstut i Witold. Po zjednoczeniu Korony z Litwą miasto straciło funkcję umocnionej rubieży, a zyskało rangę stolicy województwa Podlaskiego i, co za tym idzie, silną pozycję gospodarczą. Wzrosła liczba ludności, pobudowano liczne świątynie katolickie, prawosławne i unickie. Bogactwo pogranicza.

Istniały właściwie dwa grody: Drohiczyn Lacki na, nie wiedzieć czemu, ruskim, czyli północnym brzegu i, konsekwentnie, Drohiczyn Ruski na brzegu lackim, polskim, południowym. Ten drugi już nie istnieje: po szwedzkim Potopie nastąpił upadek ekonomicznej potęgi miasta. Z Drohiczyna Ruskiego pozostały nadrzeczne łęgi, po których brodzą żurawie. Zresztą, nie tylko Szwedzi pustoszyli miasto. Przedtem i potem zapędzały się tutaj zagony mongolskie, jaćwieskie, krzyżackie, tatarskie, siedmiogrodzkie i moskiewskie. Przekleństwo pogranicza!

Stracił Drohiczyn znaczenie gospodarcze, ale zachował kulturowe. Działały tu liczne szkoły, z najsłynniejszym jezuickim Collegium Nobilium (nie mylić, rzecz jasna, z uczelnią pijara Stanisława Konarskiego w stanisławowskiej Warszawie). Takie jezuickie kolegium to, według dzisiejszych kryteriów, coś między liceum a uczelnią wyższą – czyli nie byle co!

A potem, wiadomo: zabory, marazm, upadek. Tym bardziej, że miasto pozostało w granicach Ziem Zabranych, nie znalazło się na terenie Księstwa Warszawskiego ani Kongresówki. Gdyby leżało na drugim brzegu Bugu, to tak, ale w tej sytuacji… Świątynie zmieniały swą przynależność. Zabierane przez Rosjan katolikom stawały się cerkwiami prawosławnymi, a potem, po 1918 roku – na odwyrtkę. Nic nowego, wiele już razy spotkało się Viatorostwo z takimi losu kolejami – koleinami raczej – w swej podróży po Oriencie Powszednim. Specyfika pogranicza.

Dziś stoi w mieście prawosławna cerkiew świętego Mikołaja.

Jest też katolicki, pofranciszkański kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z klasztorem, pełniącym obecnie funkcję muzeum diecezjalnego.

Diecezjalnego? Ano tak. Zwykle siedzibą diecezji jest większe miasto, ośrodek naukowy, gospodarczy, administracyjny. Zresztą – zawsze tak było. Z drobnymi wyjątkami wszelakoż. Czasami względy historyczne, prestiżowe i diabli… – przepraszam! anieli wiedzą, jakie jeszcze – przemawiały za tym, aby biskup obrał na swą siedzibę miasteczko prowincjonalne.

Drohiczyn przez całe Dwudziestolecie Międzywojenne leżał w Diecezji Pińskiej. Zmiany granic po roku 1945 spowodowały, iż stał się stolicą ostatniego skrawka tejże diecezji, leżącego w granicach Polski. Co Kościół z powagą celebrował, lokując tutaj półoficjalnie siedzibę diecezji, zwanej Drohiczyńską – nazwa Pińska była zbyt ryzykowna i dla władz drażniąca. Zresztą, nie tylko tutaj tak postąpiono: jedyny fragmencik Archidiecezji Lwowskiej, jaki pozostał po wojnie w Polsce, to Lubaczów z okolicami. Oficjalnie twór ów nazywał się Diecezją Lubaczowską, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Lwowską.

Ostatecznie sprawę uporządkowała w roku 1992 bulla Jana Pawła II Totus Tuus Poloniae Populus, tworząca nową strukturę administracyjną Kościoła Katolickiego obrządku łacińskiego w Polsce. Małe miasteczka, takie jak Lubaczów (wraz z Zamościem co prawda), Pelplin i Drohiczyn, już całkiem oficjalnie, stały się siedzibami diecezji. Ale Drohiczyn jest z nich zdecydowanie najmniejszy: dwa tysiące mieszkańców!

Jest diecezja, to musi być katedra. Jej funkcję pełni pojezuicka świątynia Trójcy Przenajświętszej.

Jest diecezja, to musi być Wyższe Seminarium Duchowne – autentyczna uczelnia wyższa w dwutysięcznym miasteczku – które ulokowało się w zabudowaniach pojezuickiego kolegium (wspomnianego Collegium Nobilium).

To właśnie ten zespół pojezuicki – katedra i seminarium – prezentuje się tak imponująco w panoramie Drohiczyna widzianej z południowego brzegu Bugu. Z bliska też przedstawia się okazale.

Ale na skróceniu dystansu znacznie bardziej zyskuje budowla, która w panoramie przycupnęła skromnie po lewej stronie: w ocenie Viatora najpiękniejsza świątynia Drohiczyna, barokowy kościół sióstr benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Ponoć projektował go sam Jakub Fontana. To możliwe, bo rękę mistrza widać tu wyraźnie.

Wichry historii przewiały się. Pozostało wspomnienie dawnej chwały. Pozostała Góra Zamkowa.

Kiedyś, rzecz jasna, stał tutaj zamek: po prawdzie pełnił on raczej funkcje administracyjne niż militarne, ale stał. Dziś nie ma po nim śladu. Jednak warto się wdrapać na wzgórze: z żadnego innego miejsca w Drohiczynie nie uświadczysz wędrowcze tak pięknych widoków Bugu.

Wichry historii wiać będą dalej. Być może kiedyś całkowicie zmiotą miasto z powierzchni ziemi. Rzeka będzie trwać.

Viatorka

Viatorka cieszyła się od dawna na spotkanie z Podlasiem – nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, czy ciekawe zabytki będące świadkami historii. Z równie wielką niecierpliwością czekała na spotkanie z regionalną kuchnią. Uwielbia bowiem wszelkie pierogi, ziemniaki w każdej postaci oraz kluski (oprócz tych lanych w zupie). Niestety: od lat rzadko może sobie pozwolić na taką dietę. Nie chodzi o „trzymanie linii” dla urody! Viatorka po prostu nie może nabrać kilogramów, aby nie stracić możliwości samodzielnego poruszania się i nie nadwyrężać kręgosłupów tych, którzy jej w różnych sytuacjach pomagają. No, ale w czasie takiej regionalnej eskapady, ograniczeń w diecie nie ma…

Podczas podróży po Podlasiu po raz kolejny przekonała się Viatorka o prawdziwości twierdzenia, że my Polacy nie za bardzo cenimy to, co nasze, rodzime. Już poprzedniego dnia Viatorstwo szukało restauracji, gdzie można byłoby zjeść regionalne potrawy. Ale gdzie tam! Bez problemu kupisz pizzę, kebab, hamburgery, schabowego, czy grillowaną pierś kurczaka. Lecz nie tradycyjne potrawy, których podstawą są ziemniaki i kasza. Czyżby były za mało wykwintne dla rodzimych turystów? A może raczej to autochtoni mają takie zdanie o swoich rodakach?

W internecie w końcu udało się znaleźć restaurację serwującą potrawy regionalne: „U Ireny” w Drohiczynie. Strasznie głodni trafiliśmy tam po godz. 16. I trzeba powiedzieć: warto było!

Na początek: ZAGUBY. W ciasto pierogowe zawija się farsz z tartych ziemniaków przesmażonych z cebulką i boczkiem. Pycha!

Potem babka ziemniaczana. Z utartych surowych ziemniaków wymieszanych ze skwarkami ze świeżo stopionego boczku lub słoniny, pikantnie przyprawionych i zapieczonych na złocisto-brązowy kolor. Strasznie duża porcja. Ale jakie to dobre!

Skusiło się też Viatorstwo na półmis (tak stało napisane w karcie dań – półmis, nie półmisek – ach, ten snobizm marketingowy!) pierogów: z mięsem, kaszą gryczaną i boczkiem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami. 12 sztuk to jednak dużo, Viatorka szybko zrozumiała, iż przeliczyła się z siłami….

Do popicia litewski kwas chlebowy. Dlaczego u nas nie jest popularny? Dziwne. Według internetu ten sfermentowany napój z chleba ma liczne właściwości zdrowotne. Wzmacnia odporność, reguluje trawienie, a nawet sprzyja odchudzaniu. I jest smaczny. W Polsce stał się powszechnie znany za czasów Władysława Jagiełły

Na koniec parowańce, tu w wersji na słodko. Nie, ta akurat potrawa rozczarowała. Znane chyba w całym kraju pyzy drożdżowe przygotowane na parze (w Wielkopolsce zwane kluchami na łachu, czy pyzami poznańskimi), tutaj zostały polane odrobiną sosu czekoladowego, a przy nich położono winogrona. Jakoś to mało regionalne….

Ogólna jednak ocena: piątka. Szkoda, że te wszystkie potrawy takie syte, nie było już nawet siły skosztować kartaczy, czyli cepelinów – zresztą Viator stanowczo stwierdził, że tych należy próbować w Suwalskiem, bo tam jest ich „ojczyzna”. Czyli za dwa dni.

Lato…

Wyginam

Tak się czuję, nie mam siły na więcej… Dorota Kot – dziękuję, że to znalazłaś!

Unbeholfene Übersetzung für deutsche Leser:
Was tust du?
Aussterben.
Ich bitte die Puristen, das, was oben steht, nicht zu korrigieren.
Es soll so sein: Was tust du? Aussterben (tue ich).
Ich hab’ fertig!
(Auf Polnisch ist es wirklich lustig :-))


Poza tym… / Ausserdem

ComicInvasionBerlin am 16./17. und 23./24. Juni 2018

Tag der Architektur

48 Stunden Neukölln

Es gibt dabei durchaus auch polnische Akzente, obwohl man sie auf den ersten Blick nicht sofort erkennt.

Dimensionen

Fiszbach und Hartmann zeigen Zeichnungen und Fotos von Leuten ohne Namen.
Sa 16:00 bis 22:00

Mehr umsonst / Więcej za darmo

Und wenn es kosten darf (Achtung: ab 60 Euro, aber Tickets für Rolling Stones, als ich sie last minute gestern kaufen wollte, begannen ab 105 euro… Es war Konzert Ü70, aber Jungs waren in Form und Olympiastadion voll. Als Zugabe gab es „Satisfaction“ mit Feuerwerk – ein passender Schlusspunkt, schreibt Meike Schulz in Berliner Zeitung)

Fast & Furious in der Mercedes Benz Arena


Und sonst, ein Schönes Wochenend

HIER / TU

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym 2

Niedawno postanowiłam, że od czasu do czasu będę tu ponownie publikowała wpisy, któore uważam za najlepsze. Nie zastanawiam się, pozwalam im, by same przychodziły do głowy. Dziś wpis z 8 sierpnia 2013, tamten był w kalendarzu rocznym trochę za późno, czas czereśni dawno już minął, dziś, gdy tamten stary wpis rebloguję, czereśnie wciąż jeszcze są na drzewach, na przykład z tyłu za budynkiem policji…

Ciekawe, że ten wpis musi być dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż bym to świadomie oceniła, bo właśnie odkryłam, że już go raz reblogowałam – w czerwcu 2017 roku. Dopisałam wtedy dedykację dla nas wszystkich, dziś nie zmieniam w niej ani słowa. 

Jeszcze może kilka słów o owocach – wiśnie czy czereśnie? W różnych językach różne się dzieją rzeczy z tym dwoma rodzajami owoców, użytkownicy tych języków plączą je i mieszają, jak nie przymierzając żabę i ropuchę albo żmiję i węża. Na pewno i wiśnie, i czereśnie znane były od starożytności, ale w Europie pojawiły się najpierw na stołach bogaczy. W Wikipedii czytamy, że nazwa czereśnia pochodzi od starożytnego miasta Cerasus (obecnie Giresun w Turcji), skąd rzymski wódz Lukullus przywiózł na zachód pierwsze okazy tej rośliny. Lukullus, wielki pan. A wielcy panowie, wiadomo… Stąd takie niemieckie powiedzonko, cytowane przeze mnie np. TU, że niełatwo jest jeść wiśnie z możnym panem.

Jednak: wiśnie czy czereśnie? W potocznej niemczyźnie to już na pewno wiśnie i, co ciekawe, opuściły już stoły możnowładców – teraz o każdym człowieku z trudnym charakterem można powiedzieć, że to taki typek (albo typica), z którym niełatwo jest jeść wiśnie. Ale u źródeł tego przysłowia tkwi sens zgoła inny – wiśnie i czereśnie były drogie, aby je z możnym panem zjeść, trzeba było zostać przez niego zaproszonym. A jak? Za nazwisko? Za zasługi? Za urodę? Za służalstwo i pochlebstwo? A możny pan zawsze mógł swojemu gościowi, niżej usytuowanemu na drabinie społecznej, napluć w gębę…


„Czas wiśni” czy też “Czas czereśni” odkryłam na facebookowej grupie Anatola Borowika „Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Piosenkę bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie „Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo „Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po pięciu latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas wiśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

***
Gdy rebloguję to po raz drugi, w czerwcu 2018 roku, dziwię się, że nie mogę znaleźć tej piosenki po polsku. Stanisława Celińska mówi w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z maja 2015 roku, że śpiewała tę piosenkę w roku 1969. W tym samym czasie śpiewał ją też Piotr Loretz. Ale w  sieci nadal ani słów ani nagrań. Jedynie link do mojego własnego wpisu. I jeszcze znaleziony miły wpis z bloga o znamiennej nazwie  – to mój kawałek podłogi! Słów też nie ma, ale jest piosenka po francusku, i lektura romansu w sam raz na lato, i knajpki paryskie nazywające się “Le temps de cerises”…

Das Märchen von den Zwillingen 1

Krzysztof Jagielski

aus dem Polnischen von Tibor Jagielski

Einführung

Es gab einmal vor langer, langer, sogar sehr langer Zeit, in Siebenbürgen, ein ungarischer Dorf namens Kaszoningyar. Dort wohnte ein Bauer, der Zsigmond Gabosi hieß.

Er hatte so viele Kinder, dass er – wie er lachend sagte – nicht einmal wußte, welche im Frühjahr und welche im Herbst geboren waren.

Um die Wahrheit zu sagen, es gab deren elf, sechs Söhne und fünf Töchter.

In diesen alten Zeiten sagte man: “Hut geht vor der Haube“, darum war der Bauer Gabosi traurig, daß so wenig Söhne im Hause herumliefen. Aber er hatte die Hoffnung, daß seine Frau Terezia, die gerade wieder schwanger war, ihm noch einen Sohn gebären würde. Es kam jedoch nicht dazu…Aber der Reihe nach.

Die Bäuerin Terezia gebar ihre Kinder in ihrem Haus, in der Küche. Das war der größte Raum, dessen Löwenanteil ein gemauerter Ofen einnahm, man konnte auf ihm nicht nur viele Töpfe unterbringen, Brot backen und während der Feiertage ein Ferkel oder ein paar Gänse braten, man konnte auf ihm sogar sehr bequem schlafen. Während des strengen Winters strahlte er wärme aus, so daß man sich nicht wundern darf, daß die Bewohner sich dort am liebsten versammelten.

Eines Novembernachmittags, als der Schnee schon bis zum Dachrand reichte und die rote Sonne sich hinter den hohen Berggipfeln zu verschwinden schickte, konnte das geschäftige Treiben der Nachbarinnen in der Küche, das Gurgeln des heißen Wassers in den Töpfen, die leere, mit duftendem Stroh ausgelegte Wiege, nur eines bedeuten – die Vorbereitungen auf die Ankunft des zu erwartenden Kindes.

Und so erblickte ein zartes Mädchen das Licht der Welt, und, als man den Bauern rief, damit er sich mit dem frisch Geborenen freuen durfte, passierte etwas Unerwartetes: fünf Minuten später gebar die Bäuerin noch ein zweites.

Es wurde still. Man konnte nur das Rauschen des brennendes Holzes hören. Auch die Neugeborenen schrien, wie es üblich ist, nicht. Der Bauer, an den Tisch gelehnt, schwieg erschüttert, und die Brüder und Schwestern, die inzwischen in die Küche gedrängt waren, beobachteten mit großen Augen dieses Naturwunder. Zwei Mädchen?! Das konnten sogar die Erwachsenen nicht verstehen. Bis heute hatten sogar die Ältesten nichts von einem solchen Ereignis berichtet, ja, nicht einmal davon gewusst, jedenfalls hier, im Gebirge, im Komitat Nagykaszon. Und Bauer Gabosi, der mit allen Wassern gewaschen war, konnte kein Wort über die Lippen bringen.

Endlich erinnerten sich die Zwillinge an ihre Pflicht und fingen an zu schreien; man weiß nicht, ob vor Kälte oder Hunger, oder ob sie einfach ein Zeichen setzen wollten, daß sie geboren worden waren und man sich mit ihnen beschäftigen sollte.

Schon goss man warmes Wasser in den Trog, in dem man üblicherweise Brot knetete, schon

fing die Geschwisterschar auch zu schreien und zu drängen an, um den Schwestern näher zu kommen, schon half man der Bäuerin, schon genossen die Mädchen ihr erstes Bad.

Der Bauer rief den Opa Ferenc und goß in die Kelche Birnenschnaps. Und als sie ein und ein zweites Mal getrunken hatten, setzten sie sich auf die Bank, um über die Namen für die Mädchen zu beraten. Dann legten sie sie fest – die ältere soll Aranka, die jüngere Orsolya heißen; wie die Großmutter. Und so wurden sie getauft.

Als die Neugeborenen, eingewickelt in saubere Leinentücher, schliefen und die Bäuerin Terezia auf dem warmen Ofen ruhte und die Dunkelheit von den Öllampen erhellt wurde, saßen am Tische der Bauer Zsigmond, Großvater Ferenc, Großmutter Ildiko, Bäuerinnen, die bei der Geburt geholfen hatten, sowie die ältesten Söhne. Man langte zu dem speziel für diesen Tag gebackenen Kuchen Pogatsch, trank vorsichtig den starken Birnenschnaps oder genoss den alten Wein aus den Tonkrügen.

Kein Gespräch kam zustande. Der Bauer schaute manchmal die Zwillinge an. Doch sein Gesicht war trübe, man weiß nicht, ob aus Enttäuschung, dass es die Mädchen und nicht den erhofften Jungen gegeben hatte, oder ob schwarze, abergläubische Gedanken ihn plagten. Aus Achtung schwiegen alle.

Großvater Ferenc räusperte sich, zog zweimal an der Pfeife und sagte:

„Heute haben wir den 13.November, dreizehn Kinder wurden geboren, und wie ich gerade zähle, sitzen wir in der Stube, deren Decke von dreizehn Balken getragen wird, auch zu dreizehn; ich heiratete die Großmutter auch am Dreizehnten. So sehe ich, dass 13 eine glückliche Zahl sein muss. So war es früher. Ich sage euch, es ist ein gutes Zeichen, ein Geschenk des Erzengels und nicht, pfui!, der Teufelsmacht“.

Als in der Küche die Aufbruchstimmung einzusetzen begann, kam plötzlich ein unerwarteter Gast herein und fegte den Schnee von der Schafskutte und von seinen langen, weißen Haaren herab. Im Halbdunkel konnte man zuerst sein Gesicht nicht erkennen, aber als er an den Tisch, ins Öllampenlicht trat – erhoben sich die Anwesenden und riefen durcheinander:

„ Janosch Kovacs, um Himmelswillen…!“

„ Sei gegrüßt Bauer, seid gegrüßt Leute. Mich friert und ich habe Hunger von der langen Reise, erlaubt es mir, ein Weilchen auszuruhen“. Und ohne auf die Erlaubnis zu warten, warf er die Kutte auf die Bank und kam an die Wiege. Die Zwillinge öffneten die Augen und lächelten ihn an. Dann setzte er sich an den Tisch und aß gierig, tunkte Brot in die Soße und langte oft zum Weinkrug, ohne sich um seinen langen Schnurbart zu kümmern.

Obwohl jeder tausend Fragen stellen mochte, schwiegen alle und ließen den unerwarteten Gast seinen Hunger stillen. Man beobachtete aufmerksam jede seiner Bewegungen.

Vor vielen Jahren war er im Dorfe ein angesehener Schmied gewesen und lebte gut, bis eines Frühjahrs die Bäche über die Ufer gestiegen waren und die Täler überschwemmt hatten, die Anwesen vernichtet und viele Menschen getötet wurden. Auch die Familie von Janosch – die Frau und seine vier Kinder gehörten zu Unglücklichen.

Seitdem war er verschunden, als ob ihn die Erde verschluckt hatte, und es wurde still um ihn.

Jetzt war er zurückgekommen. Aber wie hatte er den meterhohen Schnee überwunden, der die Wege versperrte?

Bis jetzt war das keinem gelungen; auch im Sommer brauchte man aus dem nächstgelegenen Dorf viele Stunden, um hierher zu gelangen. Die Zwillinge, die Rückkehr des Janosch, der dreizehnter November – sollte das ein Zufall sein? Alle warteten auf Kovacs Worte.

Der hörte auf zu essen und setzte sich auf den Ofen, angelehnt an den warmen Kamin. Großvater Ferenc reichte ihm eine seiner langen Pfeifen und das Säckchen mit Tabak. Janosch stopfte langsam den Pfeifenkopf, zündete ihn mit einem Holzstück an und zog ein paarmal.

In der Stube war es so still, dass man das Zischen der Öllampendochte hören konnte.

„ Vielen Dank, Bauer, für Speis und Trank“ – sagte Janosch endlich. Obwohl seine Haare weiß und sein Gesicht mit Furchen gepflügt auf ein hohes Alter hinwiesen, klang seine Stimme hell und kräftig, und seine Augen brannten wie Glut im Halbdunkel.

– “Vielen Dank für die Gastfreundschaft. Einen langen Weg habe ich hinter mir, ich wollte hier sein, wenn die Zwillinge geboren werden. Woher ich von diesem Ereignis wusste und wie ich den Schnee überwand, das kann ich euch nicht berichten.

Mein Leben wäre sonst in Gefahr. Ich bin zurückgekommen und werde hier bleiben. Wenn der Frühling kommt, werde ich auf meiner Erde ein Haus bauen und dort wohnen. Jetzt erlaubt mir, Bauer, in die Scheune zu gehen und auszuruhen, da ich sehr müde bin, und auch die Zwillinge brauchen ihre Ruhe.“

Die Versammlung löste sich zögernd auf. Janos unerwartete Rückkehr, die Geburt der Zwillinge, der dreizehnte November, all das erfüllte die Menschen mit abergläubischer Furcht. Alle waren Christen, doch seit Menschengedenken glaubte man in Siebenbürgen an Zauber und Hexen. Die umliegenden Berge und Wälder waren voll von Geistern, die in Tiergestalten herumwanderten und fähig waren, in Menschenleiber einzudringen; in den Schluchten und Grotten wohnten Drachen und Lindwürmer, die unermessliche Schätze argwöhnisch bewachten. Man sprach vom Himmelhohen Birnbaum, dessen Früchte jede Krankheit heilen sollten, und von Wagemutigen, die auf der Suche nach ihm vom Teufel gefressen worden waren. Doch wo dieser Baum wuchs, wusste niemand. Vielleicht sind die Geister von Bären oder Bergadler in den Zwillingen wiedergeboren worden? Fragen über Fragen…

In Erwartung des Frühlings und um sich bei dem Bauern für Obdach und Bewirtung zu bedanken, half Janos Kovac´s auf dem Hof. Er reparierte nicht nur kaputte Schlösser, Pflüge und andere Feldgeräte, sondern nahm eine dampfgetriebene Dreschmaschine in Betrieb. Die meiste Zeit verbrachte er im Stall. Die Pferde wieherten zufrieden, ihre Haut glänzte, man sah, dass Kovacs Obhut ihnen gut tat. Er sprach mit den Rössern wie mit den Menschen, doch keiner wunderte sich. In Ungarn war das Pferd nicht nur ein Freund, es gehörte einfach zur Familie. So war es seit jeher, als die Ungarn noch in den Steppen wohnten.

Kovac´s zweites Steckenpferd waren die Zwillinge. Obwohl sich, nach altem Brauch, ausschließlich die Frauen um die Kinder zu kümmern hatten, wurde Janos Kovacs ihr ständiger Begleiter. Großmutter Ildiko fluchte laut über diese Unanständigkeit, aber der Schmied lies sich nicht beirren und tat das Seine. Unter die Wiege zimmerte er Kufen und zog sie überall mit hin, wo er sich bewegte. Und da er die meiste Zeit im Stall verbrachte, so kann man sagen, dass die Zwilinge mit den Pferden aufwuchsen. Seine Liebe zu den Mädchen wurde von den Dorfbewohnern mit der Sehnsucht nach den eigenen, in der Katastrophe umgekommenen Kindern erklärt.

Doch Janos Kovacs war der einzige im Siebenbürgenland, der die Wahrheit kannte. Aranka und Orsolya waren sein Trost auf dieser Erde, und er brachte den beiden die Sprache der Tiere bei, wie es der Wille der Königin der Nymphen vom Himmelshohen Birnbaum war.

Sie hatte ihm auferlegt, auf die Erde zurückzukehren, in sein Dorf Kaszoningyar, um die Zwillinge in seine Obhut zu nehmen. Obwohl Kovacs die Liebe und den Frieden in dem Königreich der Nymphen wahrlich genossen hatte, beugte er sich dem Befehl der Königin, die ihm während der Wanderung zu dem Himmelshohen Birnbaum das Leben gerettet hatte, als er die lebensspendenden Früchte für seine Frau und Kinder gesucht hatte. Aber diese lebten schon glücklich im Siebten Himmel. Und der Erzengel, Wächter der Sieben Himmelsphären, ließ ihn einen Einblick gewähren.

Und so war Janos Kovacs zurückgekommen auf dem siebenbeinigen, geflügelten Ross, das schneller als die schneeschwangeren Wolken und der Abendfrost war, und war vor dem Haus des Bauers Gabosi unbemerkt gelandet, wo alle so mit der Geburt beschäftigt gewesen waren.

Die Tage vergingen, die Monate vergingen. Die Zwillinge wuchsen rasch und genauso prächtig heran wie ihre Zeitgenossen, obwohl man munkelte, dass sie „anders“ seien. Vielleicht waren sie doch etwas kräftiger, reger, aufmerksamer. Ihre Augen funkelten, pechschwarze Zöpfe fielen auf die Arme, die Gesichter waren braungebrannt von Sonne, Wind und Regen. Man hörte sie mit Schwalben, Kühen, Pferden, Mäusen, sogar Käfern, sprechen. Doch keiner nahm es ihnen ab; andere Kinder lachten sie aus, und die Erwachsenen zeigten ihnen einen Vogel.

Je älter sie wurden, desto kürzer wurde die Zeit für Spiele. Es kamen neue Hausaufgaben auf sie zu. Die Mädchen waren sehr tüchtig und halfen gerne überall mit. Sie fegten mit den Gänseflügeln Haus und Hof; sie tränkten die Pferde, melkten die Kühe und weideten, gemeinsam mit den älteren Geschwistern, die Schafe auf der Alm. Das strenge Klima, die schwere Hofarbeit, das Klettern auf den Felsen, das Sammeln von Beeren, Kräutern und Pilzen, härteten sie ab.

Sie durchstreiften nicht nur das Gebirge und halfen der Mutter, sondern lernten ihre Welt genau kennen. Und sie hatten zwei ausgezeichnete Lehrer dabei – Opa Ferenc und Janos Kovacs.

Im Hause Gabosi gab es, außer der Bibel, alte, schon vergilbte Zeitschriften, diverse Bauernkalender und sogar ein Kochbuch. Das waren die Wissensquellen für Orsolya, Aranka und ihre Geschwister. Opa Ferenc bemühte sich redlich, allen Kinder Lesen und Rechnen beizubringen.

Die Zwillinge erwiesen sich als erstaunlich lernfähig. Im Alter von fünf Jahren hatten sie schon ihre Geschwister überflügelt.

An die Stelle des alten, durch die Flut vernichteten Anwesens, baute sich Janos Kovacs eine kleine Hütte. Den Schmiedeberuf hängte er an den Nagel. Er half den anderen Dorfbewohnern bei den täglichen Arbeiten, doch vor allem widmete er jede freie Minute Orsolya und Aranka. Er kümmerte sich um sie und wurde zu ihrem Schatten. Die Mädchen hingen an ihm, da er die Sprache der Tiere kannte und ihnen die Geheimnisse der Natur offenbarte.

Er lehrte sie die Kraft der Kräuter, die Heilkraft der Bäume, der Steine und Felsen kennen. Gemeinsam durchwanderten sie kniehohe Moraste, voll von Blutegeln und Mücken; gingen durch halshohen Schnee; kletterten auf steile, bemooste Wände, übersät von scharfen Steinen; durchquerten hohe Gebirgspässe, um dorthin zu gelangen, wo die Familie des Steinadlers wohnte und der Bär seine Höhle hatte; sie wateten durch Bäche, wo sich Forellen versteckten und Krebse im Krebsgang krochen; durchstreiften die Täler, wo Murmeltiere huschten und Steinböcke sprangen; beobachteten das Leben der Ameisen, der Spechte und schauten zu, wenn der Falke das Kaninchen fing; sie spürten die Winde und den Lauf der Wolken und lernten das Wetter vorauszusagen – ob sonnige Tage, ob Gewitter voll Regen oder Schnee zu erwarten wären

So lehrte Janos Kovacs die Mädchen, die Welt zu lieben und zu achten.

Doch über den Himmelshohen Birnbaum schwieg er.

Die Zwillinge wurden erwachsen. Man beäugte sie im Dorfe inzwischen nicht mehr, sondern brachte ihnen viel Achtung entgegen, da sie imstande waren, viele Dorfbewohner von ihren Krankheiten zu heilen. Auch kranke Tiere wussten sie zu pflegen – auch ein gebrochenes Kuh– oder Schafsbein vermochten sie zu richten.

Doch der Großvater bereitete ihnen Sorgen. Er blieb immer öfter auf dem Ofen liegen. Geplagt von Schmerzen, die seine Hände krümmten, konnte er nicht mehr seiner Lieblingsbeschäftigung nachgehen – dem Schnitzen von Stöcken, die Bauer Gabosi oft auf den umliegenden Märkten verkauft hatte. Großvater hatte selbst mehrere davon: einige für den Alltag, und andere für die Feiertage.

Nur einen außergewöhnlichen, der auf dem Ofen hing, lies er niemanden anfassen, nicht einmal die Zwillinge. Warum? Das blieb Großvaters Geheimnis.

Keine Medizin, weder Kräuterbäder, Murmeltier- oder Bärensalben, weder Janos Kovacs’ Besprechungen noch Gebete der Nächsten, vermochten ihm zu helfen. Der Großvater bereitete sich auf den Tod vor.

Orsolya und Aranka waren verzweifelt und baten sogar die Tiere und Vögel um Hilfe. Doch keiner wusste Rat – und Opa Ferenc wurde von Tag zu Tag schwächer.

Eines Sommernachmittags kamen die Zwillinge auf der Rückkehr vom Forellenfang, bei Janosch vorbei. Im Schatten der Eiche im Garten, als sie die, sehr schmackhaft vorbereitete, Fischsuppe gegessen hatten, hörten sie Janoschs Erzählung zu. Er offenbarte den beiden sein Geheimnis. Er sprach von der Reise zum Himmelshohen Birnbaum und seiner Suche nach den Früchten des Lebens. Die Mädchen wurden murcksmäuschenstill, ergriffen von der Ungewöhnlichkeit der Geschichte. Es fing schon an zu dämmern, als Janosch, das Gesicht in den Händen vergraben, sichtlich erschöpft, seine Geschichte beendete. Orsolya und Aranka schmiegten sich an den Mann, um ihn zu trösten und zu zeigen, wie nah er ihnen war. Jetzt begriffen die Zwillinge, dass die einzige Rettung für den Großvater die Früchte des Lebens sein könnten. Sie waren zum Aufbruch bereit, trotz aller Gefahren und Ängste, die sie, nur auf die eigenen

Kräfte bauend, würden überwinden müssen. Doch wie könnten sie aufbrechen ? Die Eltern würden es bestimmt verbieten, und der Großvater würde davon abraten.

Janosch merkte ihre Ängste, ihre Zweifel. Er wusste, dass die Königin der Nymphen ihn auf die Probe stellte. Die Zwillinge waren sein Trost, er liebte sie wie seine eigenen in der Flut verlorenen Kinder. Doch jetzt musste er über den Abschied entscheiden. Wenn sie zurückkommen würden, würde er nicht mehr da sein, sondern bei seinen Nächsten, im Siebten Himmel.

Die Entscheidung aber war schon gefallen. Die Mädchen waren entschlossen, diese abenteuerliche Reise zu wagen. Und keiner konnte sie mehr aufhalten, nicht einmal Janosch selbst.

So musste er sie vorbereiten und ihnen viele Ratschläge erteilen. Doch nicht jedes Geheimnis konnte er preisgeben, da ihm das doch die Königin der Nymphen strengstens verboten hatte.

Sie müssten alleine zurecht kommen, selbst lernen, richtige Schlüsse zu ziehen, die Angst und eigenen Schwächen zu überwinden.

Als über den Wipfeln die rote Sonne herunterfloss und der Schatten der Tannen immer länger wurde, entfachte Janosch Kovacs ein Lagerfeuer und ging zurück in die Hütte.

Nach einer Weile, genau bei Einbruch der Dunkelheit, hörte man rhythmische Trommelschläge, und Janosch trat heraus. Mit einem Spitzhut mit Eulenfeder und Hirschledermantel verkleidet, mit Glöckchen und Krimskrams behangen, kam er an das Feuer heran und fing an zu tanzen, gleichzeitig mit den hölzernen Stöckchen auf die Trommel schlagend. Er stieß dabei kaum verständliche Laute raus. Die Mädchen erkannten den Ruf des Falken, das Heulen des Wolfes, und Schrei eines Schafes, das zerrissen wird.

Plötzlich fing er an zu singen:

Ko – ho –i ke – ho oj – kej –kou
Ko – ho – i … Alle toten Geister,
Wenn ich euch darum bitte,
oj – kei – kou!
Hört auf die verzauberte Stimme meiner Trommel!

Die Bewegungen des Tänzers wurden immer ruhiger, und die Stöcke wirbelten immer langsamer, und seine Stimme wurde farblos und monoton.

Orsolya und Aranka schliefen ein. Und ihnen träumte, dass Janosch mit ihnen sprach.

Er wies den Mädchen den Weg zum Himmelhohen Birnbaum; er zeigte ihnen den über den Gebirgspass wachenden Riesen, in dessen Ohr sich ein Schlüssel befand; er erzählte von dem Teufel über den Wolken, der den Birnbaum hütete und wie man ihn mit Feuer besiegte; er erzählte und erzählte…

Die Mädchen wachten am nächsten Morgen in ihren Betten auf und wunderten sich, wie sie wohl nach Hause gelangt waren. An den Traum konnten sie sich beide jedoch genau erinnern : sie sollten zur Eiche mit der ausgebrannten Höhle gehen, dort einen Stock nehmen mit dem Knauf in Gestalt des Kopfes der Königin der Nymphen; Äxte mit kurzen Griffen, mit Silber beschlagene Bögen aus Knochen, deren Saiten aus Hirschgedärmen gefertigt waren; meterlange, elastische Schnüre; das Glöckchen und den Feueranzünder sowie wundersame Krafttropfen. Dort sollten auch Tiere auf sie warten.

Doch welche, hatte Janosch nicht erwähnt.

Den Eltern konnten sich Orsolya und Aranka bezüglich ihrer Reise zum Himmelhohen Birnbaum nicht offenbaren; sie wären dann sicher in einer dunklen Kammer eingesperrt und streng bewacht worden. Sie gingen zum Opa Ferenc.

Großvater hörte ihnen schweigend zu, weinte , schloss sie in die Arme, küsste und bekreuzigte sie. Dann zeigte er auf den Stock, der an dem Ofen hing und sagte:

„Nehmt ihn mit. Er kann euch in vielen gefährlichen Situationen behilflich sein. Ich weiß, dass ich euch nicht aufhalten kann. Ich warte auf euch.“

Die Zwillinge packten Käse, Pogatsch, Räucherspeck und warme Sachen in die leinenen Säcke und verließen das Haus.

 

Fortsetzung folgt
Die Bilder – Tibor Jagielski

Über die Zufälle: Ochsen und Zebu am Strand

Ewa Maria Slaska, Johanna Rubinroth, Tanja Krüger, Adam Soboczynski und…

Johanna und Tania waren in Indien. Das wissen wir, hier habe ich schon auf dem Blog mehrere Sontage ihre Fotos und Eindrücke veröffentlicht.

Aber ein Foto war nicht dabei. Ein Foto von einem Zebu am Strand. Dieses Foto habe ich analog als Geschenk bekommen.

Zebu wanderte zu den blauen Büchern…

Abends stand ich neben dem Zebu und suchte mir etwas zum lesen. Ich wahle meistens ziemlich wahllos. Das Buch lag schon lange unter den blauen Büchern und wartete drauf, dass ich es wahllos wähle. An dem Abend war es so weit. Ob der Zebu vom Foto etwas dabei mitgeholfen hat?

Sie sahen ziemlich ähnlich aus, der Hund und der Zebu. Und dann erst der Beginn des Buches…

Sieht ihr es? Seite 8, gerade Beginn des Buches. Der Maler Hans Weinling, der Protagonist des Buches ist, wurde berühmt durch sein Bild, das Ochsen am Strand zeigte. Und seitdem malte er nur Tiere an Strand…

Ochse, Zebu, Rind, Hund, Tier am Strand… Zufall? Sicher, aber welcher!

Ich schau in Impressum:

Umschlag: Anzinger / Wüschner / Rasp München
Unter Verwendung des Bildes “Beach Dog II” von Ben Schonzeit
1990. Private Collection / Lahr & Partners for Ben Schonzeit/
Bridgeman Art Library / Bridgeman Images

Ich suche den Schonzeit im Netz. Der Mensch malt imposant. Wirklich imposant. Sehet mal. Er malt viel und sehr verschieden, nicht nur Tiere am Strand.

“Beach dog” ist unter dem Begrif “realistic painting” zu finden:


A Beach Dog, 1986. Acrylic on Canvas, 32″ X 36″

Das Buch über den Maler, der nur die Tiere am Strand malt, ist gut (obowhl nicht SO gut, wie es sich ansagt, zum Ende verläuft sich alles irgendwie, obwol die Kritiker meinen, dass es sich in dem Moment gerade wunderbar zuspitzt), aber ich finde, dass die Malerei von Schonzeit noch besser ist. Daher so ein Vorschlag für Summer time… Buch, Hund, Zebu und Ochse mitnehmen und zum Strand!

Oder ein Bild kaufen?

Hazy Lake Placid II, 2008. Acrylic on Linen, 48″ X 48″

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym

Ewa Maria Slaska

Wyjeżdżam i jak zawsze podczas wyjazdu – nie wiem, czy uda mi się wstawić jakiś aktualny wpis. Wiem zatem z doświadczenia, że coś trzeba sobie przygotować na zapas. Pomyślałam o recycklingu własnych dokonań. Prowadzę ten blog pięć i pół roku, przedtem prowadziłam dwa inne blogi, oparte na tej zasadzie, że to ja tworzę ramę, ale piszą różni ludzie. Pierwszy zaczęłam 18 czerwca 2011 roku. Wczoraj była rocznica. 8 lat, codziennie wpis. 2920 wpisów. Upał lał się z nieba i rocznice niezbyt mnie obchodziły, ale aby wypełnić letnie dziury, postanowiłam zrecyklingować kilka najlepszych wpisów. Zastanowiłam się, co mogłabym uznać za swój najlepszy wpis. Były takie, których słupki frekwencji czytelniczej przebijały sufity i dachy, ale nie, wcale nie one mi się przypomniały. Z otumanionego upałem umysłu wychynął Mankell. Pisałam o nim przed kilku laty, a powoływałam się na cytat z książki, która się w oryginale ukazała 20 lat temu. Mankell rozmawia z córką.

Najpierw więc cytaty, po niemiecku i po polsku, z mojego wpisu.

Strümpfe stopfen & Cerowanie skarpetek

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an. „Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“


(…) zapytała go, dlaczego życie w Szwecji jest takie trudne.

– Czasami myślę sobie – powiedział – że powodem może być to, że przestaliśmy cerować skarpety. (…) W czasach mojej młodości w Szwecji nadal cerowało się skarpety. Nawet uczyłem się tego w szkole. Aż nagle z dnia na dzień przestano je cerować. Dziurawe skarpety po prostu się wyrzucało. Przeobraziło się całe społeczeństwo. Zdzieranie i wyrzucanie stało się powszechnie obowiązującą regułą. O tych, którzy obstawali przy cerowaniu, ani się nie mówiło, ani się nie słyszało.


PiatakobietaWbrew temu jednak, co często muszę robić, a mianowicie przepisywać cytaty, które mnie zainteresowały, tu sięgnęłam do dwóch osób, które podobnie jak ja zauważyły ten cytat i uczyniły z niego osnowę swojego wpisu. Polka, Danuta Awolusi, rocznik 86, przez wiele lat prowadziła na blox.pl świetny blog o literaturze (blogu już nie ma – dop. EMS 2021). Jej wpis o Mankellu ukazał się w sierpniu 2011 roku, ja o Mankellu pisałam w sierpniu 2015 roku. Pastor Max Toepffer odkrył cytat o skarpetkach i użył go w pisemku parafialnym zimą 2013 roku. Sama książka ukazała się w Szwecji w roku 1996, ponad 20 lat temu.

Cytat niemiecki zaczerpnęłam z gazetki parafialnej pewnego kościoła ewangelickiego. Redaktorem naczelnym (a zapewne i jedynym) jest pastor, który używa swojego wpisu, by zachęcić wiernych do rozglądania się wokół siebie, do cerowania porozrywanych stosunków międzyludzkich. Polska krytyczka literacka używa tego cytatu, by napisać o Mankellu jako dobrym pisarzu, uważnie obserwującym społeczeństwo. Pod cytatem o skarpetkach pyta: Czy to nie jest znakomita metafora współczesnego społeczeństwa? W tym banalnym przykładzie zawarto praktycznie wszystkie obecne bolączki wielu narodów. Taki właśnie jest Wallander – prosty, ale równocześnie mądry i błyskotliwy.

Zanim przejdę dalej, zatrzymuję na chwilę nad okładkami obu książek. Było ich zapewne więcej, różnych, ale przypadek podsunął mi te dwie. Polska ma sens, szukanie przestępcy to zawsze polowanie na pustyni. Okładka niemiecka odwołuje się do kobiecej erotyki z czasów Rubensa i sensu nie ma w ogóle.


W zeszłym roku usłyszałam od młodej pięknej kobiety z Warszawy, że w Niemczech mamy znacznie większy stopień zużycia przedmiotów i ubrań niż w Polsce. Było to powiedziane z uznaniem. Jesteśmy bogatym krajem, mniej kupujemy tandety, a te dobre rzeczy, które kupujemy nosimy potem bardzo długo. A potem je jeszcze oddajemy.

Tak, jak tego wymagają reguły Zero Waste.

Zero Waste zakłada ograniczanie śmiecenia na wielu etapach – od zakupów, poprzez użytkowanie (czyli właściwe przechowywanie jedzenia, by zdążyć z konsumpcją zanim się zepsuje; pielęgnacja ubrań i konserwacja sprzętu, by służyły jak najdłużej) aż po zagospodarowywanie resztek (czyli kompostowanie odpadków kuchennych, przerabianie przedmiotów i dawanie im drugiego życia).

Nie szukam w internecie reguł Zero Waste w sprawie ubrań. Sama wiem, a Mankell mi tu przewodnikiem.

1/ Używaj ubrań jak najdłużej. Naprawiaj je, przerabiaj. Ceruj skarpetki.
2/ Nie kupuj za dużo, szanuj to, co kupiłeś. Ceruj skarpetki.
3/ Oddawaj innym, myśląc o tym, komu dajesz, wybieraj osoby, które już należą do nowej kategorii i cerują skarpetki.
4/ Noś rzeczy używane, przyjmuj je, wymieniaj się ze znajomymi, bierz również to, co trzeba naprawić: ceruj skarpetki.
5/ Przerabiaj rzeczy całkiem zniszczone na inne – kołdry, kapy, dywany ze szmatek. Ceruj skarpetki.
6/ Nie trzymaj w szafie rzeczy, których na pewno nie będziesz nosić. Zrób coś z nimi, przerob, podaruj, oddaj. Dopiero, jak już naprawdę nie da się z nimi nic zrobić – wyrzuć, ale nie do śmieci, tylko do pojemnika, bo stamtąd pójdą do potrzebujących albo do fabryk jako surowiec wtórny.

Ceruj skarpetki…

Mało nośne hasło, mało patetyczne. Byle jakie w porównaniu z Wolnością, Równością i Braterstwem, Siostrzaństwem, Solidarnością, Sprawiedliwością i Prawem. Ale tych wielkich słów być może nie umiemy wprowadzić w życie, poza tym łatwo je ideologicznie przenicować i wykoślawić. I wtedy nam wyjdą uszami. A cerowanie skarpetek to proste zadanie i jak dotąd nie widzę możliwości, by polityka je zagarnęła. A poza tym wciąż jeszcze, póki jeszcze żyje nasze pokolenie, możemy was nauczyć, jak to robić. Bo my wciąż jeszcze umiemy cerować skarpetki.

A potem można pójść dalej…

 

Barataria 70 Turumba na wesele

Ewa Maria Slaska

Antonio Skármeta, Wesele poety


z hiszp. przeł. Dorota Walasek-Elbanowska / Warszawa: Świat Książki – Bertelsmann Media, 2005.

Zgodnie z przewidywaniami książka okazała się ważną pozycją w procesie śledzenia wędrówek idei wyspy Barataria, a zatem i nieocenionym źródłem wiedzy baratarystycznej.

Przy okazji pozwoliła zgłębić wiedzę o tajemniczym zjawisku jakim jest turumba – taniec, piosenka i wiersz, które mając coś wspólnego z limerykami, są mianowicie nader nieprzyzwoite.

Turumba del frutta, pieśń, która w poprzednim odcinku pomogła mi wpaść na trop autora i książki. Mam już powieść po niemiecku i hiszpańskie szczątki. Zanim dostanę do ręki polskie tłumaczenie, czytam sobie tekst hiszpański i tłumaczenie niemieckie, i postanawiam, że spróbuję sił, a wzorem niech mi tu będzie niezastąpiony, świętej pamięci mistrz Załucki i dwaj Starsi Panowie: “te piersi jak jabłka, te usta jak wiśnie, nie mogę – za dużo witamin.” A internet, w którym jest wszystko, nawet żaba przez rz, dobrze wie, jakie zdrożne miał tu poeta intencje – nie podaje w ogóle tekstu wiersza, ale za to od cytatu odsyła natychmiast na stronę z soft pornografią…

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

Jakiś znaleziony w internecie żarcik sugeruje, że to taniec jak rumba – tu(rumba)…

Mięsisty opis tańca przeniosę jednak do następnego odcinka, na razie bowiem musimy zająć się tym, jak się zostaje gubernatorem wyspy nieistniejącej. To mit założycielski, z czasów gdy właśnie upadał handel winem, a wsza winna dokonywała zniszczenia winnych szczepów, żrąc zachłannie i mnożąc się bez pamięci, przez co upadało niejedno imperium, a nie tylko winnice nieistniejącej wyspy Gemy. Cała powieść dzieje się w roku 1913, w 20 lat później, gdy do wieku męskiego dorośli synowie niefortunnego gubernatora. Rok akcji można wyznaczyć bez problemu – Rabindranath Tagore dostał właśnie nagrodę Nobla.

Orient powszedni V

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Pogoda piękna, słońce od rana świeci mocno, ale nie przenikliwie. Viatorostwo wyspane i głodne nowych wrażeń. Zapowiada się kolejny intensywny dzień.

Pratulin. Mała wioska naznaczona wielką historią, roztrząsaną w poprzednim odcinku. Gdy rosyjski zaborca zabrał się, korzystając z pretekstu, jakim było niebłagonadiożne Powstanie Styczniowe, do likwidacji ostatniej – chełmskiej – diecezji Cerkwii Unickiej. Jesteś obrządku wschodniego? To wracasz do prawosławia i nie ma gadania!

Łatwo powiedzieć. Unia miała kilkusetletnią już tradycję, wierni, mimo podobieństwa liturgii, nie czuli szczególnych związków z prawosławiem, zwłaszcza rosyjskim. W kilku miejscach stawili opór duchownym ortodoksyjnym, którzy wkraczali, zazwyczaj w asyście wojska, by przejąć ich świątynie. Polała się krew. W Pratulinie zginęło 13 unitów. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 50. Sami mężczyźni, każdy, z wyjątkiem najmłodszego, osierocił żonę i dzieci.

Na nic było ich poświęcenie. Unię zlikwidowano, kilkaset tysięcy wiernych stało się przymusowymi prawosławnymi. Aż do roku 1905. Wtedy, po rewolucji, która spowodowała falę krótkotrwałej odwilży, pozwolono im powrócić do katolicyzmu. Ale wyłącznie w obrządku łacińskim – ot, taki szczegół. A próba odnowy Unii, o której pisał Viator w zeszłym tygodniu w Kostomłotach, też nieszczególnie się powiodła.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że ofiara życia idzie na marne. Różnie sobie ludzie z tym radzą. Można na przykład wynieść męczenników na ołtarze, ogłosić, iż w wymiarze eschatologicznym odnieśli zwycięstwo. Tak uczyniono i tutaj: Jan Paweł II ogłosił trzynastkę unitów błogosławionymi w 1996 roku. Kościół w Pratulinie nosi miano Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Choć, po prawdzie, to już inny kościół: cerkiew, której bronili zamordowani, została rozebrana przez Rosjan w roku 1886 (tak na wszelki wypadek, żeby nie było okazji do kultywowania pamięci zbrodni). Kilka lat temu na jej miejscu postawiono stary, drewniany kościółek, przeniesiony ze Stanina. Tyż pikny, ale to już nie to…

Kościółek, Martyrium, jest otoczony wieńcem trzynastu kapliczek: po jednej dla każdego z męczenników. Ta na przykład poświęcona jest Wincentemu Lewoniukowi. temu, który padł pierwszy od salwy kozackiej.

Oj, Wincenty, Wincenty! Czy warto było? Ledwo dwadzieścia pięć lat, żona, dzieci zapewne też. Czy warto było kłaść to wszystko na ołtarzu wierności?

W ogóle – pyta sam siebie Wędrowiec – czy warto? Dla jakiej wiary czy idei warto? Niestety, ofiara z życia nie świadczy o prawdzie czy nawet wartości którejkolwiek z nich. Przykra to konstatacja i boleśnie ją wypowiadać, ale ludzie umierali ochoczo, z poświęceniem, za tak różne ideały, czasem wręcz zbrodnicze, że męczeństwo niestety nie przesądza o niczym. Na pewno nie o tym, czy bliżej do Boga ma łacinnik, ortodoks albo unita. Chrześcijanin, żyd czy zgoła ateusz. Za każdą z tych idei ludzi szli na śmierć ze śpiewem na ustach.

Ale jedno jest oczywiste, już zresztą na Majdanku Viator dał wyraz temu przekonaniu: moment, gdy ktoś uznaje, że ma prawo decydować za bliźniego, w co ten ma wierzyć, jakim bogom i w jakich szatach liturgicznych powinien się kłaniać, gdy przyznaje sobie prawo do decydowaniu o życiu innych – ten moment to czarne jądro i źródło wszelkiego zła. Chciałoby się rzec do tych ludzi: odpierdolcie się i dajcie nam żyć w spokoju! Niestety. Doświadczenie uczy, że się nie odpierdolą. Żeby pozostać sobą, żeby zachować szacunek dla samego siebie, trzeba im się przeciwstawić.

Umierać za idee? Nie warto. Ale czasem trzeba.

Czy o tym myśli dusza Wincentego, w gołębia wcielona, gdy na gontach dzwonnicy wraz z towarzyszem przysiadłszy, smętnie grucha?

Nie lepiej żyć w zgodzie? Wygląd krzyża ma decydować o tym, kogo nienawidzę? No bzdura, absurd, dewiacja! Niech stoją sobie oba. Komu tu przeszkadza? Ano – są tacy, którym przeszkadza. I zawsze będą.

Nie da się tak trwać zbyt długo w bolesnych rozważaniach, w zawieszeniu między doczesnością a wiecznością. To wbrew zasadom higieny psychicznej. Zajmijmy myśli czymś lżejszym.

Janów Podlaski. Niegdyś miasto, siedziba biskupstwa. Dziś senna wioska na równinach nadbużańskich. Wielka historia ostatnio omija ją raczej. Może dlatego na rynku zachowały się jakimś cudem jedne z najstarszych w Polsce dystrybutory paliwa? Stacja benzynowa z 1928 roku!

Ale jeśli ktoś się uprze, by o tej wielkiej historii podumać, to proszę bardzo. Kolegiata św. Trójcy, dawna katedra diecezji janowskiej. Ślad po minionej chwale

We wnętrzu świątyni grobowiec oraz pomnik Adama Naruszewicza. Chcieliście wielkiej historii, to macie: życiorys rozdarty między Konstytucją 3 Maja a Targowicą. Patriotyczną publicystyką a pobieraniem jurgieltu. Pisarstwem oświeceniowym a podlizywaniem się carycy Katarzynie. Potępieniem zwyrodniałej cywilizacji a zamieszkiwaniem w luksusach janowskiego pałacu biskupiego. Ciekawe czasy, ciekawi ludzie, których trudno jednoznacznie oceniać.

Jest jeszcze wcześnie, poranne słońce jasno oświetla statuę Biskupa. Jest jeszcze wcześnie, ale Pielgrzym ma już dość zmagania się z przyciężkawymi dylematami. Musi, koniecznie musi, odetchnąć choć na chwilę.

Tutaj uda się to najłatwiej. Mężnie zwalcza Viator pokusę rozważań historiozoficznych o dziejach janowskiej stadniny. Stwierdza po prostu, iż klasycystyczna Stajnia Zegarowa jest piękna.

Jeszcze bardziej po bohatersku nie zagłębia się Wędrowiec w dywagacje na temat tego, co się tutaj, w myśl zasady Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze? ostatniemi laty z woli władz działo.

Nie i jeszcze raz nie! Dłuższą chwilę spędza Viator z Viatorką na kontemplacji piękna koni. Ich wolności i szczęścia. Li i jedynie.

Chciałoby się zostać z janowskimi arabami znacznie dłużej. Ale nie można. Bug wzywa! Spotkamy się z nim w Serpelicach.

Viatorka

Viatorka urzeczona była pięknem Janowskich arabów, ich niesamowicie długimi szyjami i nogami. Tym luzem i poczuciem wolności. Kilkadziesiąt koni na zielonym wybiegu to sobie kłusowało, to się pasło, to znów zażywało piaskowych kąpieli. Kolejno podchodziły do niewielkiegomiejsca wśród trawy, wysypanego suchym, rozgrzanym od słońca żwirkiem. Najpierw zginały długie, przednie nogi, siadały, przewracały się na bok, potem na grzbiet i radośnie tarzały się wymachując wszystkimi kończynami, zupełnie jak Viatorostwa ukochane psiaki. Uroczy widok. Viatorostwo zatrzymało się przy tej scenie najdłużej, robiąc zdjęcia i nagrywając filmik na smartfona. Dla jednego z ogierów chyba coś musiało być podejrzane, bo leżąc zaczął nas bacznie obserwować. Mimo że odległość między nami była dość duża, mieliśmy z tym zwierzęciem autentyczny, długotrwały kontakt wzrokowy. Niesamowite uczucie. Szczęśliwe konie! Czują się wolno i swobodnie, choć tak naprawdę są dla ludzi jedynie lokatą kapitału, ekskluzywną, żywą zabawką, a nawet tematem debaty i walki politycznej.

Czas jechać dalej – nad BUG. Strasznie cieszyła się już od kilku dni Viatorka na perspektywę spływu kajakiem po tej romantycznej rzece. I w ogóle na to, że po półtorarocznej przerwie spowodowanej różnymi przykrymi wydarzeniami, znowu, jeśli tylko pogoda dopisze, wsiądzie do kajaka.

Od kilku lat to Viatorostwa ulubiona forma rekreacji. Ulubiona, bo niesamowitych wrażeń dostarczyła każda rzeka, zalew, jezioro, jakie przepłynęliśmy. Ale ulubiona również dlatego, że jest to jedna z nielicznych aktywności dających tak bliski kontakt z przyrodą, która jest dla Viatorki, osoby mocno już niepełnosprawnej, dostępna. Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w czasach narzeczeństwa, chodziło Viatorostwo po górach. Omijaliśmy tylko te zatłoczone, gdzie przed wejściem na szczyt czekać było trzeba w kolejce. Straszny był to już wtedy dla Viatorki wysiłek, ale ta przestrzeń, te widoki, rekompensowały wszystko.

Dziś o chodzeniu po górach mowy nie ma, choć nie tak dawno podejmowało Viatorostwo udane, jakkolwiek karkołomne, próby dotarcia tylko we dwójkę, Viatorka na wózku inwalidzkim rzecz jasna, w różne ciekawe miejsca – chociażby do zamku Bolczów w Rudawach Janowickich.

Z kajakiem aż takich problemów nie ma – trzeba tylko znaleźć trasę bez przenosek, dogodne, płaskie dojście i wyjście z rzeki, pomóc Viatorce wsiąść i wysiąść, a właściwie wsadzić i wyciągnąć ją z kajaka. A w trakcie spływu oddaje się Viatorka po prostu z pełnym zaufaniem w ręce Viatora, który świetnie posługuje się wiosłem, no i umie, w przeciwieństwie do Viatorki, pływać. I nigdy jeszcze Viator tego zaufania nie zawiódł. Potem można przez kilka godzin chłonąć przyrodę, świeże powietrze, widoki, ciszę i napawać się poczuciem wolności.

To dopiero 29 kwietnia. Po raz pierwszy tak wcześnie wybrało się Viatorostwo na spływ, a Bug to jednak spora rzeka – woda pewnie jeszcze bardzo zimna. Ale nic, ruszamyw Serpelicach, jak zwykle samodzielnie, nie w grupie, bo tylko tak lubimy.Ma być tylko przyroda imy!

Niestety, jak się okazało, nie w tym przypadku. Serpelice to miejscowość wypoczynkowa. A jak najbardziej lubią odpoczywać polscy turyści? Cóż: w tłoku i hałasie. Jak jest rzeka, to po co męczyć ręce wiosłem, skoro lepiej mieć motorówkę. Przez pierwszą część spływu towarzyszył Viatorostwu huk silników, wysokie fale niebezpiecznie kołyszące kajakiem oraz widok łodzi motorowych, gdzie na dziobach opalali się rozebrani do pasa panowie z piwem w ręce (oraz z okazałym zazwyczaj mięśniem piwnym) – takie nowoczesne Galiony. Stojący na brzegu wędkarze wyglądają na przyzwyczajonych do tego, ani śladu irytacji na twarzach. A wzdłuż brzegu samochody – każdy kierowca chce stanąć jak najbliżej wody, potem rozpala małego grilla i zupełnie go nie zraża fakt, że co chwilę jego wysmażane kiełbaski pokrywa chmura kurzu spod kół przejeżdżających tuż obok kolejnych aut.

Ale właściwie po co Viatorka się czepia? W końcu każdy odpoczywa tak, jak lubi. Zresztą po godzinie z ulgą minęło Viatorostwo te krzyczące oznaki cywilizacji. Uff, nareszcie cisza i spokój.

Zmieniające się widoki, pola, lasy, zarośnięte wysepki. Im dalej, tym piękniej. Podrywające się do lotu ptaki – Viator na pewno już wymyśliłby, czyim są wcieleniem.

Rzeka coraz szersza, ma już pewnie ze 150 metrów. W końcu ostre zakole i…  widać przystań. Koniec trasy. Jak zwykle: szybciej, niżby się chciało, choć tym razem Viator coś marudzi, że może i dobrze, bo jego siedzenie odwykłe od takiego wysiłku domaga się odpoczynku. Szkoda.

Viator

A teraz czas na kolejną wizytę, którą Viator wymarzył sobie już dawno temu. Konkretnie: w liceum, gdy po raz pierwszy obejrzał film Panny z Wilka. Otwórzcie, proszę, odtwarzanie, zobaczcie, co się dzieje w 8 minucie, 40 sekundzie: Wiktor Ruben wsiada na prom, by przepłynąć rzekę. Widok brzegu, ku któremu zmierza, to jeden z najpiękniejszych plenerów polskiego kina. Daniel Olbrychski sam wskazał to miejsce Andrzejowi Wajdzie. Panorama Drohiczyna. Wędrowiec wiedział od lat, że musi tu przybyć, bo się w owej panoramie autentycznie zakochał. Teraz wreszcie się udało. Choć nie było łatwo: coraz bezwzględniejsze i dzikie bezdroża prowadzą ku wymarzonemu miejscu, Pielgrzym coraz bardziej ryzykuje uszkodzeniem zawieszenia samochodu. Czy będzie warto?

Niech Czytelnicy sami ocenią, czy było. Viator nie ma najmniejszej wątpliwości.

Aby dostać się do samego miasta, trzeba nadłożyć jeszcze sporo kilometrów, bo najbliższy most na Bugu znajduje się dopiero we Frankopolu. Wracamy przeto powoli po bezdrożach nadbużańskich łęgów, chłonąc ich spokój. I nie ma chyba potrzeby dodawać, że w te dwa żurawie wcieliły się dusze Wiktora Rubena i Tuni (a może Feli?), aby, wolne już od wszelkich trosk, na wieczność całą cieszyć się swą obecnością.