Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber…

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Jarosław Łukasik, Malarstwo / Malerei / Painting 2017-2018

Iwonie S.

Wakacje i inne przypadki życia ludzkiego

Przedtem malował meble, bezkrwawo pokawałkowane kobiety oraz męskie garnitury bez wypełnienia, teraz zmienił tematykę i światło, teraz jest lato, nawet w nocnym barze jest słonecznie… Japonki na wakacjach, Penelopa na wakacjach… Wakacyjne martwe natury z warzywami, no chyba że…

  

no chyba że…

 

Redruk. Historia czerwonego kaczora 2

Jerzy Afanasjew 

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…
Nagle kaczorkowi zachciało się łapać ryby. Chwyta leżącą na fortepianie wędkę, zarzuca.
Już tylko centymetry dzielą płynący fortepian od przepaści. Słychać huk spadającej wody.
Kaczorek odwrócony tyłem do wodospadu w ogóle tego nie zauważa. Niedźwiadek także smacznie śpi.
Nagle ryba bierze… Spływak się zanurza.
Dzięki temu fortepian zahamowany jakby kotwicą, zatrzymuje się tuż nad przepaścią. Kaczorek, nie zdając sobie sprawy z przypadkowej pomocy ciągnącej w przeciwnym kierunku ryby, stara się ją wyciągnąć.
Pęcznieją mu muskuły. Ponawia próbę. Daremnie.
W tej chwili mija ich myśliwy-lis. Strzela zlatując jednocześnie w przepaść, nic wiedząc o wodospadzie. Kula uderza niedźwiadka w nos. Kicha. Wstaje ziewając. Pomaga kaczorkowi życzliwie wyciągnąć wędkę z wody. Ukazuje się wspaniały szczupak. Fortepian, niczym nie zatrzymywany, niknie wraz z niedźwiadkiem i kaczorkiem w nurtach wodospadu. W ślad za nimi płynie olbrzymie drzewo z korzeniami.

Obraz 31

Rzeka. Koniec wodospadu. Prąd staje się coraz bardziej leniwy. Po obu stronach rzeki – las. Tuż nad brzegiem stoi chałupa leśniczego.

Obraz 32

Domek. Na sznurach suszą się skóry różnych zwierząt. Pod oknem stoi ceber z wodą. W oknie okiennica z serduszkiem, za nią kwiatki. Śmieszny, ujadający jamnik na łańcuchu.

Obraz 33
Plan ogólny

Wnętrze domku. Lisica pierze bieliznę. Ceber jest pełny przelewającej się wciąż piany.

Obraz 34

Przy stole siedzi znany nam lis, w samej koszuli. Na ścianie trofea myśliwskie: rogi jelenie.
Lis pożera żarłocznie całą wazę z makaronem. Obok wisi na sznurach ubranie, kapelusik, strzelba. Z ubrania kapie woda, tworząc powiększającą się na podłodze kałużę.

Proszek do prania “z epoki”, tu zdjęcie z zapuszczonej warszawskiej willi w ogrodzie.

Obraz 35

Słychać ujadanie psa. Lis-myśliwy nastroszył uszy. Pukanie. Lis się straszliwie uśmiecha. Daje żonie znak, by nie otwierała. Zakłada na głowę zdjęte ze ściany rogi jelenie i w tym przebraniu zmierza do drzwi. Otwiera, zapraszając przybyszy do środka.
Są to kaczorek i niedźwiadek, przemoczeni do suchej nitki.

Obraz 36
Zbliżenie

Lis przekręca klucz w zamku, zamykając drzwi na dwa spusty. Puchacz siedzący na sofie otwiera przerażone oczy.

Obraz 37

Nagle lis porywa strzelbę, wskakuje na stojący zegar szafkowy i mierzy w przybyszy.
Przerażony kaczorek wlatuje do ceberka z mydlinami. Wylewa pianę-mydliny.
Mydliny rozpływają się po całej podłodze. Wszystko zaczyna się ślizgać, łącznie z meblami. Zaczynają się dziać straszliwe rzeczy. Wszystko jeździ po pokoju. Mydliny mydlą się coraz bardziej i rosną. Makaron stojący na stole dopełnia reszty. Wszystko zaczyna się  plątać na dobitek w makaronie.

Obraz 38
Plan ogólny

Kaczorek i niedźwiadek wyskakują przez okno. Wpadają do stojących pod oknem beczek z wodą.
Natychmiast wyskakują.
Na falach przy brzegu kołysze się fortepian.
Porywają myśliwemu wiosło. Wskakują na fortepian i wiosłując “na pych” – odpływają. Pies pędzi za nimi, ciągnąc za sobą budę.

Obraz 39

Za uciekinierami pędzi z warkotem motorówka z lisem-myśliwym, pozostawiającym za sobą wysokie fale, które wylewają się aż na rosnący na brzegu rzeki las.

Obraz 40
Plan ogólny

Koryto rzeki zakręca.
Fortepian zręcznie kierowany, na chwię zbacza z rzeki, przecinając las na przełaj i znów wskakuje do rzeki.
Motorówka myśliwego też skraca tak sobie drogę.
Z lasu wyłamuje się drzewo. Pada pomiędzy ściganych a goniącego. Szczątki lisa krążą w powietrzu. Ogon, fuzja, motorówka.

Obraz 41
Plan ogólny

Po falach rozległego morza weseło balansując płynie znany nam fortepian z naszymi znajomymi. W środku ustawiony mały maszt, na którym – jako żagle – suszy się bielizna kaczorka i niedźwiadka. Na skraju fortepianu nogami w wodzie siedzi niedźwiadek w szlafroku i łapie ryby na wędkę. Kaczorek, wesół i szczęśliwy, zaczyna znów tańczyć i stepować po otwartej klawiaturze. Muzyka jazzowa. Mewy tańczą w powietrzu, z wody wyskakują ryby, wieloryby i delfiny i tańczą radośnie w powietrzu.
W ostatniej chwili kaczorek poślizguje się i wpada do wody. Niedźwiadek, zadowolony, że złapał rybę, wyciąga prychającego wodą kaczorka.
Odpływają.

Długie przenikanie.


Yellow submarine była o 10 lat późniejsza niż przygody kaczorka.

Obraz 42
Plan średni lekko z góry

W kabinie piękniejszego niż poprzedni samolotu jadą niedźwiadek i kaczorek. Wiatr rozwiewa im szaliki. Lawirując pomiędzy chmurkami, kaczorek ułatwia niedźwiadkowi zrywanie kwiatków rosnących na chmurkach. Miś ma już ich duży bukiet. Kaczorek śpiewa znaną nam już z poprzedniego lotu piosenkę. Wysoko mija ich znowu parostatek z aniołami. Machają chusteczkami.
Pojawia się też uśmiechnięte, skrzydlate słońce.

Obraz 43

Olbrzymia kopuła nieba. Piosenka kaczorka śpiewana falsetem, ale tylko jako kwa kwa kwa. Pod niebem widzimy balansujący samolot.
Od samolotu odłącza się jakiś punkci. Zaczyna rosnąć i rośnie coraz bardziej.
To bukiet kwiatów zerwanych przez misia.
Kolorowe kwiaty rozlatują się w powietrzu i układają się na ekranie w napis:
KONIEC

Ściemnienie:

Wesoły śpiew kaczorka (basem) 

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Redruk, ale jaki! Historia czerwonego kaczora 1

Historia nie jest oczywiście identyczna, tak by być nie mogło, napisana też została w zupełnie innych czasach i całkiem inny był jej wyraźny podtekst polityczny, ale jest w niej wszystko, co i nam się przyda – są cudowne narodziny następcy tronu – kaczora w… kurzym gnieździe (czytaliście przecież historię o tym, jak się cudownie urodziło dwóch niebieskich chłopców!), jest chytry lis, jest katastrofa samolotu w lesie, jest przyjaźń kaczora i białego niedźwiadka… Są nawet koty…

Tekst wydany w roku 1959…
Tak tak, proszę państwa, czytajmy starocie…

Jerzy Afanasjew 

Historia czerwonego kaczorka

Jest to scenariusz filmu animowanego. Widzę go w kolorach czystych, prawie technicznych, osiągniętych przez zmieszanie różnych gatunków tuszu.
Kaczorek powinien być czerwony, mieć biały dziób i białe lub czarne oczki.
Lis jako przedstawiciel “złej rasy” – czarny z białymi kłami.
Niedźwiadek bialutki.
Muzyka winna być żywa i śmieszna, a więc: bęben, trąby, ksylofon.

Autor

Słyszymy dźwięki wspaniałego wojskowego marsza. Na ekranie pojawia się czołówka. Litery czołówki składają się z barwnych kwiatów. W klatce filmowej pojawia się kaczor – bohater filmu – połyka żarłocznie kwiaty z liter, trzaskając przy tym dziobem z szybkością karabinu maszynowego. Tym samym likwiduje litery. Analogiczna sytuacja obejmuje napisy: eksploatacja itd.

Obraz 1
Zbliżenie

W dalszym ciągu słyszymy wojskowego marsza. Widzimy wspaniały tron. Z dwóch jego stron, wzdłuż prowadzącego doń chodnika kokosowego, stoją szpalerem ludzkiego wzrostu koty-wiarusy z karabinami na “prezentuj broń” (rysunek kotów nieruchomy). Zaczyna się wolny najazd w stronę tronu. Na tronie, na lamowanej poduszce siedzi kokoszka w koronie, zajęta składaniem jajka. Poniżej – dumny kogut w generalskim mundurze z nienaturalnie wypiętą piersią dzwoniącą stertą krzyży i medali, z nieodłączną szarfą z gwiazdą, szpadą, pierogiem dyplomatycznym. U łap ostrogi.
Kogut pieje.

Obraz 2

Nagle kokoszka poczyna gdakać i sfruwa z tronu, pozostawiając na poduszce jajko. Gubi w powietrzu pióra.

Obraz 3
Zbliżenie

Na szczycie jajka – mała, mikroskopijna korona. Nagle jajko poczyna rosnąć. Korona także. Na skorupie jajka zwiększa się coraz bardziej rysunek “twarzy” znajdującego się w środku pisklęcia – brzydkiego kaczorka. Martwy rysunek przewraca oczyma.

Kaczorek. Wykonanie: Wnuk. Zdjęcie: Synowa.

Jajko – na skutek tego i rysunek – stają się coraz większe. Jajko z trudem już utrzymuje się na tronie. Jest olbrzymie. Ma ze dwa metry średnicy. Dwór patrzy przerażony… Nagle jajko pęka. Potworny huk.
Na tronowej poduszce stoi normalnej wielkości mała kaczuszka ze znanym nam z rysunku na jajku sympatycznym dziobem. Tak samo jak na rysunku przewraca oczyma i strząsa z siebie resztki skorupy i klejącego się białka. Na głowie pisklęcia korona, u boku szpada.

Obraz 4
Plan ogólny

Koty-gwardia strzygąc wąsami krzyczą trzykrotnie “Hura, hura, hura!” Orkiestra (trąby) zaczyna grać “Sto lat”.

Obraz 5
Plan średni

Mały następca tronu idzie wzdłuż szpaleru kociej gwardii. Koty są potężne, wysokie, ludzkiego wzrostu.
Kaczor-książę jest przy nich malutki, wielkości małego kaczorka.
Idzie dziarskim krokiem. Oddaje honory szpadą.
Mijanym przez następcę kotom ciurkiem ciekną z oczu koraliki – łzy wzruszenia.
Akustycznie zbliżamy się do werbli i orkiestry.

Obraz 6
Plan średni

Orkiestra składa się z dwóch świnek grających na olbrzymich trąbach, a jednocześnie skaczących pionowo na kotłach. Spadając uderzają siedzeniem w bęben. Grają i bębnią zarazem. Rzecz jasna dzieje się to z niewiarygodną szybkością, by uzyskać rytmikę werbli.
Jedna ze świnek, za mocno uderzywszy w bęben, wpada do środka. Szybko z niego wychodzi, ale przez otwór włanego ryjka.
Jeremiasz Hilary Bob, dr filozofii w filmie Yellow submarine Beatlesów. W pewnym momencie połknie wszystko, łącznie z samym sobą… Wydaje mi się bardzo podobny do świnki, który wychodzi z bębna przez własny ryjek…, jest jednak od niej o 10 lat młodszy…

Gdy przechodzi następca tronu, jedna ze świnek dmie tak mocno w trąbę, iż zwiększa się do rozmiarów dużej świnki i nagle pęka – znów zamienia się w malutką świnkę.

Obraz 7
Plan ogólny

Słyszymy ciągle marsza.
Na zielonej łące z kwiatami ustawiony jest śmiesdzny samolot, gotowy do odlotu. Kręcące się śmigło wznosi swym pędem roje kwiatów, wyrywając je z łąki.
Kaczorek wsiada do samoloty żegnany przez rodziców. Nakłada na dziób okulary lotnicze. Powiewają chusteczki. Ryk silnika. Start.

Obraz 8
Plan ogólny

Muzyka się oddala. Niebo z niekończącym się rojem białych chmurek. Daleko pojawia się nasz samolot. Lawiruje groteskowo wśród chmur, jakby nie chciał się zderzyć.

Obraz 9
Plan średni w ruchu

Samolot. Za samolotem przesuwają się chmurki. Gdzie niegdzie na chmurkach rośnie kolorowy kwiatek.
W otwartej kabinie siedzi kaczorek  w lotniczych okularach. Czyta olbrzymią płachtę gazety. W dziobie zawadiacko wetknięta dymi olbrzymia fajka. Pyka. Unosi się dym w formie jajek. Kaczorek śpiewa falsetem wesołą piosenkę. Samolot mija w powietrzu sznur zdziwionych jego prędkością bocianów i kolorowych motyli.
Zza chmury pojawia się pucołowate, żółte słońce z uśmiechniętą twarzą. Unosi się na skrzydłach. Wolnymi ruchami skrzydeł zmienia pozycję – to chowając się, to wychodząc zza chmury.

Obraz 10
Plan ogólny

Nad samolotem płyną na wznak anioły czytające gazety. Pojawia się parostatek, ma koła napędowe z boku, jak te, które pływały kiedyś po Amazonce. Na parostatku tłumy aniołów kiwających przyjaźnie do kaczorka. Machają chusteczkami.
Nagły akord muzyczny, w formie ostrzeżenia.

Obraz 11
Plan ogólny

Rzedniejący las.
Myśliwy – lis w tyrolskim kapelusiku mierzy z fuzji do jelenia.
Słychać warkot samolotu.
Lawiruje groteskowo wśród chmur.
Lis-myśliwy zmienia kąt strzału.
Lufa wznosi się w powietrze.

Obraz 12
Plan średni lekko z góry

Samolot. Beztroski kaczorek  czytający gazetę.
Huk. Kula wybija w skrzydle olbrzymią dziurę. Kaczorek nie zwraca na to uwagi, czyta gazetę.

Obraz 13
Plan średni

Lis jest wściekły. Pysk trzęsie mu się ze złości. Kłapie zębami. Znów nabija fuzję.

Obraz 14
Plan średni lekko z góry

Kolejne strzały lisa odtrącają z samolotu ogon, skrzydła, kadłub.
Kaczorek spokojnie pyka fajkę, śpiewając i czytając gazetę. Nadal nic nie zauważa. W powietrzu leci już tylko szczątek samolotu i cudem trzymający się osi fotelik z kaczorkiem.

Obraz 15

Rozwścieczony lis nabija fuzję całymi pasami nabojów i szarpie za cyngiel.
Potężnie nabita fuzja, rycząc i dymiąc, stara się wyrwać w powietrze, wodząc za sobą myśliwego po polanie leśnej. Lis kurczowo trzyma się strzelby. Potężny strzał. Myśliwy wraz z fuzją ulatuje w powietrze.
Jeleń, zdziwiony, patrzy w górę.
Wiewiórki wychylają głowy z dziupli.

Obraz 16
Plan średni lekko z góry

Tuż obok kaczorka lecącego na foteliku z furkoczącym śmigłem pojawia się myśliwy-lis. Kaczorek spostrzega myśliwego, wciska mu na oczy jego własny kapelusz. Szczątki samolotu zderzają się z chmurą. Huk.

Brzoza. Mgła.

Obraz 17

Po czystym niebie krążą, każde z osobna, dymiąca fajka, przerażony kaczorek, pióra, gazeta, kwiaty, kilka gwiazdek, okulary.
Fajka przedziwnym trafem sama trafia do dzioba kaczorka.

Obraz 18

Kaczorek spada głową w dół. Z przerażenia otwiera dziób (fajka chyba wypada? – pytanie przepisywaczki), przebiera bezskutecznie łapami. Mija przerażone ptaki. Zbliża się do powierzchni jakiejś wody. Na skutek zderzenia wytryskuje w niebo potężna fontanna i masa ruszających ogonami, przerażonych ryb.

Obraz 19

Następny opada (na siedzeniu) myśliwy-lis. Spada wprost na twardy brzeg. Doznaje wstrząsu. Rozchodzi się wizyjnie na osiem zdezorientowanych lisów. Powoli obraz wraca do jednego lisa.

Obraz 20
Plan średni

Lis wstaje, gotów do strzału zbliża się do brzegu płynącej wartko rzeki. Z tyłu za nim, z piasku wywierca się kaczorek. Podchodzi ukradkiem do lisa i kopie go w tyłek.
Lis wpada do wody.
Po powierzchni płynie tyrolski kapelusik.

Obraz 21

Po wartkim nurcie rzeki płyną porwane prądem drzewa i mały domek z czerwonym daszkiem. Z komina unosi się dym. Przez otwarte okno słychać potworne chrapanie. W rytm chrapania domek kurczy się i rośnie.
Domek porywany wirami tańczy po wodzie, zatrzymuje się, niekiedy obraca się w kółko.

Obraz 22
Zbliżenie

Z wody wystaje złowieszczo ostra belka, po której wyłazi lis. Domek, obracając się na wirach, zbliża się nieuchronnie do złowieszczej belki.

Obraz 23
Na brzegu zaniepokojone norki skaczą po kolei do wody. Matka z dziećmi. Piszczą ze strachu.

Obraz 24
Zbliżenie

Trzask. Z drzazgami domu wirują w powietrzu garnki, gramofon, donice z kwiatami i lis-myśliwy. Z domu ocalał tylko fortepian, kołyszący się na falach rzeki. Otwarta klawiatura. Na pulpicie nuty, na fortepianie wazon z kwiatami i przeraźliwie chrapiący biały niedźwiadek w czarnym fraku.

Obraz 25
Plan średni

Stojący na drzewie kaczorek wskakuje na przepływający fortepian.
Staje na otwartej klawiaturze, zaczyna stepować, a tym samym grać, jednocześnie śpiewając. Kaczorek kpi sobie z lisa.
Słyszymy jakąś znaną melodię jazzową.

Obraz 26

Numer solowy kaczorka stepującego po klawiaturze jak stary aktor, urodzony w varieté.

Obraz 27
Plan średni

Słysząc wesołą melodię, ryby wyskakują z wody i wskakują długimi rzędami do pyska śpiącego niedźwiadka, któremu od nadmiaru ryb pęcznieje brzuch. Niedźwiedź słodko się oblizuje i uśmiecha przez sen.

Obraz 28

Przemokły do suchej nitki lis wyłazi z wody na brzeg. Stara się coś znaleźć, by dogonić uciekinierów. Wrzuca do wody swój kapelusz. Staje na nim na jednej nodze jak bocian i z fuzją podniesioną do strzału płynie za uciekinierami.

Obraz 29

Olbrzymi wodospad, siągający pod niebo prawie. Groźna woda zrzuca drzewa i olbrzymie głazy.

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…

Ciąg dalszy jutro…

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Barataria 77 Swift

Lech Milewski

Czytelników mojego poprzedniego wpisu mogło zaskoczyć dziwne pomieszanie tematów – staroirlandzka legenda, rzeczowe obserwacje angielskich obyczajów dokonane przez czołowego filozofa epoki Oświecenia i Podróże Guliwera – bajki dla dzieci.

Dzisiaj zacznę od bajki.
Podróże Guliwera były jednym z największych sukcesów wydawniczych XVIII wieku. Pierwsze wydanie sprzedano w ciągu tygodnia. Za kilka miesięcy książka została przetłumaczona na francuski. Na początku 1727 roku książka została wydana w Hadze a we Francji ukazało się kolejne tłumaczenie autorstwa księdza Desfontaines’a.

Zatrzymajmy się chwilę na tym ostatnim tłumaczeniu.
Ksiądz Desfontaines w przedmowie napisał:
Nie mogę zataić, że w dziele pana Swifta znalazłem ustępy słabe, a nawet bardzo złe, niezrozumiałe alegorie, niesmaczne aluzje, dziecinne szczegóły, trywialne uwagi, wulgarne żarty, ordynarne dowcipy… słowem rzeczy, które dosłownie oddane po francusku… obrażałyby dobry smak jaki rządzi we Francji, okryłyby mnie samego wstydem i ściągnęłyby niechybnie słuszne zarzuty, gdybym był tak lekkomyślny i nieostrożny, aby je pokazać oczom publiczności.

Co rzekłszy ksiądz Desfontanes, jak sam pisze: …naprawiłem potknięcia i wypolerowałem miejsca, które mi się nie podobały.

Jeszcze cytat z Woltera, pisany bez znajomości Podróży Guliwera i ich francuskiego tłumaczenia.
Każdy tłumacz dowcipnych powieści jest głupi. Otóż dlaczego nigdy nie zrozumieją we Francji dowcipnego nauczyciela Swifta, którego nazywają angielskim Rabelais.

Wolter – Listy o Angielczykach

Pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w 1784 roku. Było to, zgodnie z ówczesnym obyczajem, tłumaczenie nie z angielskiego lecz z francuskiego.

Chyba jednak poprawki księdza Desfontanes za bardzo nie zaszkodziły, skoro w roku 1817 Jędrzej Śniadecki w wydawanych w Wilnie przez Towarzystwo Szubrawców – KLIK – Wiadomościach Brukowych opublikował cykl Dalszy ciąg postrzeżeń włóczęgi Guliwera – satyrę na obskurantym szlachecki i nędzę chłopską na ziemiach litewsko-ruskich.

Pierwsze, prawie wierne tłumaczenie ukazało się w Lipsku w 1842 roku.

Ja czytałem Podróże Guliwera wydane w Warszawie w 1953 roku – wydawnictwo Iskry.

Podróże Guliwera

Zdjęcie pochodzi z witryny antykwariatu Rara Avis w Krakowie. Ilustracje w tym wpisie są autorstwa J.I. Grandville’a.

Rok 1953. Przygody Guliwera znane mi były z rysunkowego filmu dla dzieci. Wydaje mi się, że znakomita ilość osób, którym tytuł książki coś mówi, zna ją właśnie z filmów lub książeczek dla dzieci. W rezultacie, gdy wydorośleją, nie sięgną raczej po dość grubą książkę, no bo co ich obchodzą tak naiwne bajeczki.

Jestem przekonany, że moja matka nie czytała całej powieści i w rezultacie byłem mocno zdezorientowany, że z jej rąk otrzymałem książkę zawierającą tak “wulgarne treści” i bardzo śmiałe obserwacje dotyczące zachowania istot rodzaju żeńskiego.

Obecnie jednak zajrzałem do Podróży Guliwera szukając Baratarii. Oto wyniki moich poszukiwań.

Liliput
Większość opowieści poświęcona jest opisowi jak też istoty o wysokości 15 cm radzą sobie z olbrzymem – Człowiekiem Górą (Quinbus Blestrin).
Radzą sobie nieźle, poza jednym – kosztami wyżywienia.

Poszukałem jednak informacji, które nie są tak oczywiste dla dzieci.
Gdy jakiś wielki urząd bądź przez śmierć, bądź przez popadnięcie w niełaskę (co się często zdarza) wakuje, pięciu lub sześciu kandydatów podaje Cesarzowi memoriały, ażeby mieli pozwolenie bawienia Jego Cesarskiej Mości i dworu skakaniem na sznurach.
Kto skacze najwyżej bez upadnięcia, ten otrzymuje urząd.

Dwa najpoważniejsze problemy, które nękały ten kraj to po pierwsze – rywalizacja dwóch partii politycznych Tramecksan i Slamecksan, tak nazwanych od Wysokich i Niskich Klocków, czyli obcasów trzewików, które nosili.
Wysokie Klocki bardziej się zgadzają ze starą konstytucją jednak Cesarz postanowił używać tylko Niskich Klocków, tak w sprawowaniu rządu jak i we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Niechęci dwóch partii w tak wysokim są stopniu, że ani jedzą, ani piją z sobą, ani do siebie gadają.

Drugi problem to zagrożenie Liliputu ze strony mieszkańców wyspy Blefusku. Te dwa mocarstwa toczyły od 36 księżyców wojnę, której powód był następujący: Wszyscy się zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad naszego Cesarza jeszcze gdy był dziecięciem, mając jeść jajo skaleczył sobie palec, skąd poszło prawo, żeby jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą tak był oburzony, że dziejopisowie o sześciu z tej okoliczności wspominają rozruchach. Na jedenaście tysięcy liczą ludzi, którzy woleli śmierć ponieść, aniżeli poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Zamieszanie wykorzystują władcy Blefusku, którzy oskarżają nas jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego Wielkiego Proroka objawione w 54 rozdziale Blundekralu (to jest Al-koranu), co jednak myślę jest tylko przekręceniem tekstu, którego te są słowa: “Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego (pogrubienie moje).

Wszystkie dzieci wiedzą, że Guliwer włączył się w decydujący sposób do wojny z Blefuskiem a mianowicie unieszkodliwił flotę najeźdźców.

I dalej o Liliputach:
Mają swoje prawa i zwyczaje osobliwsze, które bym może przedsięwziął usprawiedliwić, gdyby prawom i zwyczajom mojej kochanej ojczyzny nie były nazbyt przeciwne.
Pierwsze prawo, które nadmienię mówi o donosicielach. Oszukanie maja za obrzydliwszą zbrodnię niż kradzież i dlatego zawsze karzą śmiercią.
W obieraniu osób na urzędy więcej uważają na poczciwość niżeli na wysoką zdatność. Rząd potrzebny jest rodzajowi ludzkiemu, mówią oni, a zatem Opatrzność nie miała zamiaru zawiadywania interesami publicznymi uczynić umiejętnością trudną.
Nie chcą aby dziecko miało jakieś osobliwsze zobowiązania wobec ojca za poczęcie i wobec matki za urodzenie, które zważywszy nędzę ludzkiego życia, nie było dobrodziejstwem ani nie było zamierzone przez rodziców. Z tej przyczyny uważają, że ojciec i matka mniej od kogoś obcego nadają się do wychowywania swych dzieci.

Czytelnicy Przygód Guliwera wiedzą, że pobyt Guliwera na Lilipucie zakończył się intrygami i zamiarami zabicia go w podstępny sposób. Na szczęście morze wyrzuciło na brzeg rozbitą szalupę, którą udało się doprowadzić do stanu używalności i podróżnik dotarł nią w pobliże angielskiego statku, na którym znalazł ratunek.

Podsumowanie – może te, wymienione w ostatnim cytacie, osobliwe zwyczaje wykazują jakieś cechy Baratarii, ale wcześniejsze relacje i informacje o intrygach i podstępach zniechęciły mnie do tej wyspy. Nie, to nie tu.

Brobdingnag – kraina olbrzymów

Brobdingnag

Znowu znaczna część opowieści to relacja jak wiele zależy od punktu spojrzenia, tym razem zdecydowanie z dołu.

To w tej opowieści Guliwer relacjonuje bardzo niedyskretnie wygląd wypielęgnowanych ciał kobiecych ogladanych okiem liliputa. Równie niedyskretnie zdradza tajemnice damskich pokojów.

Nie dowiadujemy się wiele o stosunkach społeczno-politycznych Brobdingnagu. Odwrotnie, Guliwer musi opowiedzieć królowi o stosunkach i obyczajach panujących w Angli i królewska ocena jest zupełnie różna od tej wyrażonej przez Woltera.

Mój malutki przyjacielu Grildrigu, uczyniłeś niezwyczajną kraju swego pochwałę. Dowiodłeś arcydobrze, że niewiadomość, lenistwo i występek mogą być niekiedy jedynymi przymiotami prawodawców, że prawa bywają objaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, w których interesie jest ich zepsucie, zawikłanie i przekręcenie.

Opuszczam więc Brobdingnag z poczuciem, że nie znalazłem tam Baratarii. Co gorsza zwątpiłem, czy była nią Anglia.

Balnibarbi

Balnibarbi

Jak widać z powyższej mapy są to dwa terytoria – latająca wyspa Laputa oraz spora wyspa na Pacyfiku, na której znajduje się właściwe królewstwo.
Z opowieści Guliwera można wnioskować, że mieszkańcy tego kraju nie różnią się fizycznie od mieszkańców Anglii. Różnice jednak są:

Balnibarbi

Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi tak osobliwych w swojej postaci, odzieniu i obyczajach. Zwieszali głowę raz na prawą, raz na lewą stronę. Jednym okiem patrzyli w niebo, drugim ku ziemi. Suknie ich były upstrzone niezliczonymi figurami słońca, gwiazd, księżyca między którymi znajdowały się skrzypce, arfy, flety, gitary… Umysły tego narodu wydają się być tak roztargnione i w zamysłach pogrążone, że nie mogli ani mówić, ani uważać co drudzy do nich mówią bez pomocy trzaskających pęcherzy, którymi ich dla ocucenia bito albo po uszach albo po ustach.

Guliwer poświęca kilka rozdziałów opisowi zachowań i prac badawczych prowadzonych przez mieszkańców Balnibarbi. Z innych źródeł dowiedziałem się, że ten fragment powieści to satyra na Royal Society, Królewskie Towarzystwo Naukowe, które w tym okresie było pod wpływem partii Whigów.

Luggnagg

Podobnie jak w Balnibarbi Guliwer większość swej relacji poświęca jednej, charakterystycznej właściwości mieszkańców krainy.
Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (…).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: “Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie żyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków..”(…).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania. Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi… Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.

Strulbug

Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają.

Kraina Houyhnhnmów

Podczas kolejnej podróży to Guliwer jest kapitanem statku. Ma jednak pecha, jego załoga składa się z byłych korsarzy. Opanowują statek i w odruchu łaski wywożą Guliwera na mijaną właśnie wyspę.
Napotyka tam jakieś paskudne stwory, na szczęście w którymś momencie rozbiegają się w popłochu.
Przyczyną popłochu był zbliżający się koń. Koń obejrzał uważnie i obwąchał Guliwera z każdej strony. Podczas tych oględzin przybył jakiś drugi koń i ukłonił się bardzo grzecznie pierwszemu. Witały się uderzając łagodnie prawymi kopytami i zaczęły rżeć różnymi sposobami, jakby jakieś wymawiając słowa… Zadziwiony, że jeśli tak się ze sobą znoszą zwierzęta, pomyślałem, że mieszkańcy w tym kraju muszą być najmędrszymi na ziemi.

Houyhnhnm

Wszyscy wiemy, że rzeczywiście byli najmędrszymi, ale to były właśnie konie. Co gorsza te paskudne stwory spotkane na początku wizyty okazują się być coraz bardziej podobne do naszego gatunku ludzkiego. Konie, ujęte manierami i wiedzą Guliwera, traktują go bardzo przyjaźnie. Gdy jednak relacjonuje im szczegółowo zasady i obyczaje panujące w jego kraju, sam zdaje sobie sprawę, do jakiej kategorii istot należy.

I tak odwiedziłem z Guliwerem aż pięć wysp i nigdzie nie znalazłem Baratarii. Do tego wykreśliłem Anglię z listy potencjalnych kandydatów.

Pozostało jeszcze jedno miejsce, Irlandia, od której zacząłem poprzedni wpis.
Wszak Jonathan Swift urodził się w Dublinie, jego matka była rodowitą Irlandką a ojciec osiedlił się tam na stałe.
Dlaczego nie napisał nic o swoim kraju?

Napisał, napisał, ale o tym już w następnym odcinku.

P.S. Wnikliwych czytelników może zainteresować teoria, że nazwa yahoo może pochodzić od YHWH – Jahwe. Być może w kontekście “hnea Yahoo” jako antyteza Boga. Patrz TUTAJ.

Orient powszedni XII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Jeszcze raz nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Pogoda piękna, augustowska przyroda na wyciągnięcie ręki. Szkoda każdej chwili.

Długa, piaszczysta i wyboista, choć prosta droga przez gęsty las. Dziwny, jakiś inny, trochę nawet jakby mistyczny. Viator, jak już wspominał, na co dzień żyje na Łużycach wśród lasów. Ale to są bory sosnowe. A tutaj zdecydowanie dominuje świerk. Daje to zupełnie inny efekt. Rzecz nie w tym, który las jest piękniejszy, bo oba takie są. Ale inny bez wątpienia.

Dojeżdżamy na miejsce. Dowspuda. Wysiadamy na małej polance z transportera. Tuż obok przebiega obwodnica Augustowa. W nowym, wywalczonym przez protestujących ekologów i oszczędzającym najbardziej wartościowe leśne obszary, wariancie. Można? Można. Tutaj ekspresówka jest jak najbardziej na miejscu, choć trzeba nadłożyć kilkanaście kilometrów. Warto nadkładać wiedząc, co uratowano. Bo samej potrzeby istnienia obwodnicy nikt przecież nigdy nie kwestionował.

Zanim wsiądziemy do kajaków, jeszcze tylko krótka wizyta na terenie sąsiedniego parku. Oglądamy niewielki neogotycki portyk. Tyle zostało z potężnego pałacu.

Zbudował go polski i napoleoński generał, wsławiony odwagą i zręcznością, zwłaszcza podczas kampanii moskiewskiej. Po klęsce Cesarza przez pewien czas przebywał na emigracji w Anglii, gdzie, zupełnie jak Dezydery Chłapowski, poznawał tajniki nowoczesnego rolnictwa. Po amnestii powrócił do swego rodowego majątku na Suwalszczyźnie, sprowadził szkockich osadników, popierał, ze znakomitymi efektami, nowoczesne rolnictwo i rzemiosło. Stać go było na wystawienie wspaniałej rezydencji – w stylu, a jakże by inaczej, angielskiego neogotyku. Coś tam już kiedyś podczas tej podróży krzywił się Wędrowiec na arystokratów i ich pałace (w Radzyniu Podlaskim konkretnie), ale tym razem nie żałujmy Panu Magnatowi, niech się nacieszy choć kilka lat swą rezydencją: świetnie gospodarował, pomnożył dochody ze swej domeny, dbał o dostatek poddanych. A i jego patriotyzm był najwyższej próby: gdy wybuchło Powstanie Listopadowe nie wahał się, zaryzykował, walczył. Dwukrotnie ranny, po upadku Insurekcji znów, tym razem już na zawsze, udał się na emigrację i zakończył tułaczy żywot gdzieś w Turcji, daleko od swego pałacu, którym, jako się rzekło, mógł się cieszyć zaledwie około pięciu lat. Strata tym większa, iż rezydencja, co też już Viator nadmienił, była naprawdę wspaniała i nowoczesna. Magnat nazywał się Ludwik Michał Pac. Wart Pac pałaca…
Tak, tak – to o nim! I o tutejszym pałacu, skonfiskowanym i wystawionym na licytację, o który kolejni właściciele nie dbali do tego stopnia, że już w roku 1867 musiał być rozebrany. Z wyjątkiem portyku, przed którym stoi Viatorostwo. Sit transit gloria mundi! Jaka to była gloria, uświadamia grafika umieszczona na tablicy stojącej w sąsiedztwie: portyk, służący za podjazd dla powozów, został na niej wyodrębniony bardziej intensywnym kolorem. Reszty budowli już nie uświadczysz, wędrowcze!

Kajaki rwą się już do podróży. Nie wypada kazać im czekać.

Viatorka

Uparła się Viatorka, aby kolejny dzień rozpocząć od spływu po Rospudzie, a nie po którejś z innych rzek, których urodę reklamował jej Viator. I jak się okazało, miała rację, bo po wszystkim zgodnie Viatorostwo orzekło, iż spływ szlakiem od Dowspudy do Świętego Miejsca był najpiękniejszy ze wszystkich, które dotąd wspólnie przeżyło. I, jak zawsze, żałowali, że był tak krótki. Ale cóż: Litwa czekała…

Nie, niech czytelnik nie obawia się, że Viatorka zacznie w tym miejscu opisywać ten spływ w szczegółach. Jak wiadomo jest ona zdecydowanie większą zwolenniczką doznań niż wyobrażeń, jak również doświadczeń niż teorii. Los nie obdarzył jej też (w przeciwieństwie do Viatora) talentem poetyckim, a tylko taki liryczny i romantyczny opis byłby tu na miejscu.

Dlatego pozostaje jedynie Viatorce zachęcić Czytelnika, by pojechał tam i zobaczył tę piękną dolinę na własne oczy, aby sam popłynął rzeką: najpierw krętą i wąską pośród trzcin, potem szerszą i wartką, z kamienistym dnem, niemal jak górski potok, pełną niespodzianek, powalonych pni i głazów. Prawie brak tam śladów działalności człowieka – no, może poza jednym wędkarzem łowiącym i barszczem Sosnowskiego rosnącym przy brzegu. Telefon nie ma tam zasięgu. Tylko szumy, szelesty i inne odgłosy świadczą, jak żywa i bogata jest tutejsza fauna, bo poza kilkoma ptakami żadnego innego zwierzęcia Viatorostwo nie spotkało.

I pomyśleć, że tej przepięknej krainy mogłoby już od dobrych paru lat nie być! Pamiętają zapewne Czytelnicy głośny konflikt, sprzed dziesięciu lat z okładem, o obwodnicę Augustowa. Jak zapisało się to w pamięci Viatorki, zarówno politycy (o dziwo z wszystkich opcji zgodnie), jak i media, jako antagonistów w tym sporze przedstawiały z jednej strony udręczonych hałasem i niebezpieczeństwem stwarzanym przez ciężarówki mieszkańców Augustowa, a z drugiej „nawiedzonych” ekologów, dla których ważniejsze od człowieka są żabki, robaczki i inne kwiatki. Ważni ludzie mówili, że, niestety, nie można inaczej poprowadzić drogi, jedynie estakadą nad obszarem chronionym. Pojawiała się też w tej narracji niedobra Unia Europejska, która nie chciała dać dofinansowania na tę budowę. No i całe szczęście, bo jak się okazało, po kilku latach droga powstała, jednak w innym miejscu, zbudowana taniej i według znacznie lepszej ze względu na potrzeby komunikacyjne regionu koncepcji. Podobno (tak przynajmniej Viatorka przeczytała w kilku artykułach) wariant przebiegu drogi, o który toczył się przed laty konflikt, był najgorszą z opcji. Jak to możliwe?

Zapewne jakimś ludziom z jakichś powodów, których już zapewne nie poznamy (ale jak nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze) zależało, żeby drogę poprowadzić estakadą. Wystarczyło przemilczeć kilka faktów, wmówić wszystkim, że to jedyne wyjście, sprawę odpowiednio przygotować medialnie (bo jak „gadająca głowę” redaktorzy nazwą „specjalistą” – to ludzie jej wierzą), do tego napuścić rzeczywiście sfrustrowanych, pełnych obaw o swoje życie i zdrowie mieszkańców Augustowa na wszystkich przeciwników. I mało brakowało, by dzisiaj ten przepiękny zakątek już nie istniał. Gdyby nie ci wariaci – ekolodzy, którym w sprawę udało się zaangażować struktury unijne (dziś niechybnie nazwano by ich zdrajcami donoszącymi na własny kraj).

Czasami Viatorka żałuje, że z racji psychologicznego wykształcenia, jak również osobistych i zawodowych, raczej bolesnych doświadczeń, znane są jej mechanizmy manipulacji i wywierania wpływu na ludzi. Bo niestety, dziś coraz tego więcej, w każdej dziedzinie życia. W dużej i małej polityce, ale w życiu codziennym też. Okropny, obmierzły, pusty PR, na który tak łatwo nabierają się ludzie. A skoro nie ma się chęci, żeby przyłączyć się do którejś z grup trzymających władzę i manipulować innymi, jak również żadnych szans, aby uświadomić to i ustrzec przed tym innych, to chyba łatwiej żyłoby się, nie zdając sobie z tego wszystkiego sprawy. I nie bolałoby tak poczucie bezsilności. No, ale jeżeli mimo wszystko Dolina Rospudy i Puszcza Białowieska przetrwały…

Viator

Jest kapliczka na lewym brzegu! Jest most! Wszystko się zgadza. Tutaj Viatorostwo zaczeka na transport: z powrotem do Augustowa. Gdy już udało się (a nie było to takie proste) złapać zasięg i skontaktować z bazą, można odpocząć i dokładniej przyjrzeć się kapliczce.

Uroczysko Święte Miejsce – tu, gdzie Jałówka wpada do Rospudy. Święte i tajemnicze od zawsze: ponoć kiedyś Maryja ukryła miejscowych pod swym niewidzialnym płaszczem przed zagonem tatarskim, choć inni przenoszą to wydarzenie w czasy Powstania Styczniowego, Tatarów zastępując rosyjskim żołdactwem. Kiedyś znajdował się w tym miejscu cmentarz, a później, począwszy od XVI wieku, stała mała cerkiewka św. Jana Chrzciciela. Co roku 24 czerwca, na Świętego Jana właśnie, okoliczna ludność obmywała się rytualnie w rzeczce Jałówce, zastępującej palestyński Jordan, spożywała obrzędowy posiłek, wznosiła modły, zawiązywała na krzyżach ozdobne ręczniki i składała pod nimi monety oraz żywność jako ofiarę. Pogańskie z chrześcijańskim łączyło się gładko i bez zbędnych problemów…

Obecna kapliczka powstała niecałe trzydzieści lat temu.

Ale z tyłu, za budynkiem, stoi krzyż, z pewnością dużo, dużo bardziej sędziwy.

Legenda głosi, że został on wykonany przez Jaćwingów z drużyny dowodzonej przez Skomęta, którzy, po przyjęciu w roku 1283 chrztu, odrzuceni przez współplemieńców, wyemigrowali stąd do Samlandii (półwysep, który dziś znajduje się w Obwodzie Kaliningradzkim). Krzyż został. Palony i niszczony przez pogan ocalał i stoi do dziś. A w drewno wetknięte są liczne monety, które można obejrzeć.

Viator patrzy na ten pogańsko-chrześcijański synkretyzm i czuje się w jego oparach odrobinę tak, jakby, miast nad brzegiem Rospudy, znajdował się w, nieodległej przecież, dolinie Issy i, jak leśnik Baltazar, odurzony zapachem ziół, siedział w chatce czarownika Masiulisa.

Znak to wyraźny, iż przyszedł czas, aby wyruszyć na spotkanie Litwy. O czym opowiedzą Wędrowcy za tydzień, w kolejnym odcinku.

Portugal

Bevor ich Christine Ziegler eine Möglichkeit gebe, mit uns über ihre Reise nach Portugal zu sinnieren, veröffentliche ich hier, was ich vor drei Tagen im Spiegel-Online gefunden habe: Portugal ist einziges Land Europas, das sich mehr Flüchtlinge ausdrücklich wünscht… Leset Mal!

christine ziegler / fotos: martin cames

liebe ewa,

der urlaub dauert noch fast eine woche an, juhu, das haben wir lange nicht mehr so gemacht. hier ist der sommer sehr verträglich, der wind vom atlantik sorgt für höchsttemperaturen von 26 grad, das ist sogar für mich ganz in ordnung.

dazu kommt jede menge schönheit, sei es an der küste, sei es im weltkulturerbe von sintra. lauter unverhoffte sachen, so verschieden von allem, was ich schon anschauen durfte.

hast du schon mal einen prunksaal gesehen, der mit elstern ausgemalt wurde? das fand ich verblüffend. dazu die wunderbaren kacheln an der wand. hier eine, die ganz anders war als all die floralen elemente.

elstern und kacheln sind aus dem nationalpalast in sintra. zitat aus der tourismusseite: „Im Herzen von Sintra befindet sich der gotische Nationalpalast, der der am meisten genutzte königliche Palast war und dessen herausstechendes Merkmal seine riesigen Schornsteine sind, die von der Küche nach Außen führen.“

die schornsteine sind wirklich beeindruckend! von oben nach unten: erst mal von innen, dann von außen. und unten drunter ein blick in den dazugehörigen küchenraum.

und hier noch die küste zum atlantik, gleich daneben ist das „ende der welt“, na ja zumindest von europa, gleich beim cabo da roca.

aber vielleicht ist dir das alles ganz vertraut. du bist ja schon so viel mehr rumgekommen. liebe freundin, die mail trifft dich hoffentlich in guter laune und besserer gesundheit an. bis bald hoffe ich, liebe grüße

christine

Wolę psią wachtę niż psią gwiazdę

Ewa Maria Slaska

Za gorąco, za gorąco…

Wyginam jak dinozaury, a razem ze mną wygina cała ludność północnej półkuli…

Proroczy obrazek… Dla ochłody próbuję sobie przypomnieć najzimniejsze historie, własne i cudze. Z własnych chyba najbardziej na upamiętnienie zasługuje wyjazd do Brna w ubiegłym roku, żeby przez kilka dni wziąć udział w zimowej części Marszu dla Aleppo. Szliśmy na przełaj przez pola, wiał lodowaty wicher, podnosząc tumany białego puchu. W oddali przebiegały ogromne stada jeleni. Było tak zimno i biegły tak daleko, że nikt z nas nie zdołał zrobić zdjęcia. Wydaje mi się, że był to dzień 30/30 – minus 30 stopni i 30 kilometrów. Miałam 68 lat. Już przedtem, zanim jeszcze tego lata zaczęliśmy się w upale roztapiać na mokre placki, sądziłam, że ten dzień był czymś bardzo ważnym w moim życiu. Wydawało mi się niezwykłe, że wzięłam w tym udział, że podołałam i gdy ktoś mnie pytał, co dał Marsz, zawsze odpowiadałam, że na płaszczyźnie społecznej był największym ruchem oddolnym w sprawie uchodźców w Europie po roku 2015, a dla mnie osobiście był najbardziej niezwykłym sprawdzianem tego, co mogę.

Teraz, gdy Marsz dla Aleppo został mianowany do pokojowej nagrody Nobla, już nikt nas nie pyta, po co był? Teraz wszyscy pytają (czy mi się wydaje, że z pogardą lub z politowaniem?), czy naprawdę jesteśmy takimi idiotami i wierzymy, że dostaniemy tego Nobla. A my wtedy musimy stanąć na wysokości zadania, wzruszyć ramionami i powiedzieć: no nie, jasne, że nie… W końcu człowiek powinien być cool, co by się nawet w ten upał przydało.


Oczywiście zamiłowanie do zimna można uznać za cechę dziedziczną. W końcu Ojciec “uprawiał” latami żeglugę polarną i to w czasie, gdy było tam jeszcze naprawdę zimno i z lodu nie wyłaziły robale, które przespały 42 tysiące lat, odmarzły i zaczęły jeść jak gdyby nigdy nic (dziękuję mojej synowej za to, że zauważyła tę informację i opublikowała ją na facebooku).

Nota bene, odkrycia dokonali “radzieccy uczeni” (pamiętacie te czasy, gdy na Zachodzie byli naukowcy, a w Sojuzie – uczeni?)


Zima, zimno, ciemno. Zima, zimnica, ciemnica… Paskudne słowa, źle się kojarzą. Tam na pewno są jakieś robale, ruszają się i żrą jak gdyby nigdy nic…


Jak byliśmy mali, kochaliśmy zimę. Zima, biała, śnieżna, śnieżysta, kryształowa, skrząca się jak brylanty… Czekaliśmy na wiosnę, ale w upalne letnie dni tęskniliśmy za zimą. Jaskinia Królowej Tatry, białe sanie Królowej Śniegu, zima w Narni, zima nad dalekim cichym fiordem, zima w Bullerbyn, zima w Dolinie Muminków…

Tove Jansson, Zima Muminków

W zasypanym śniegiem salonie niebo było niemal czarne, lecz śnieg lśnił jasnoniebieskim blaskiem w świetle księżyca. Morze spało pod lodem, a głęboko w ziemi, między korzeniami, wszystkie małe stworzonka śniły o wiośnie. Ale do wiosny było dość daleko, bowiem Nowy Rok minął dopiero co. Właśnie w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej. Tuż obok, między oblodzonymi brzegami, wiła się czarna jak węgiel rzeka. Prąd sprawiał, że nie zamarzała przez całą zimę. Ale na moście nie było żadnych śladów stóp, a i wokół domu zaspy śniegu naniesionego przez wiatr były nietknięte.
Wewnątrz domu było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno na ruszcie całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem. Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wczesną wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia siły wiatru i tym podobne przedmioty.
Cisza pełna była spokoju i oczekiwania. Czasem ktoś westchnął i zwinąwszy się wsuwał głębiej w posłanie, w którym spał. Promień księżyca przewędrował od fotela na biegunach do stołu w salonie, przesunął się po mosiężnych gałkach na wezgłowiu łóżka i zaświecił prosto w twarz Muminka. A potem zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się nigdy, odkąd pierwszy troll z rodziny Muminków zapadł w sen zimowy. Muminek obudził się i nie mógł już zasnąć.
Patrzył, jak świeci księżyc i kryształy lodu na szybie. Słyszał buczenie pieca na dole w piwnicy i był coraz bardziej rozbudzony i zdumiony. W końcu wstał i podreptał do łóżka swojej Mamy. Pociągnął ją ostrożnie za ucho, lecz się nie obudziła, tylko zwinęła się w obojętną kulkę. “Jeśli nawet Mama się nie obudzi, to nie ma co próbować budzić innych” – pomyślał Muminek i ruszył dalej przez obcy, tajemniczy dom. Zegary stały już od dawna i wszystko pokryte było delikatną warstwą kurzu. Na stole w salonie stała od jesieni waza do zupy z resztkami igliwia w środku. A kryształowy żyrandol w tiulowej sukience podzwaniał sobie z cicha. Nagle Muminek zląkł się i znieruchomiał w ciepłym mroku za promieniem księżyca. Poczuł się ogromnie samotny.
– Mamo! Obudź się! – zawołał, ciągnąc za kołdrę. – Cały świat gdzieś się zgubił!
Ale Mama się nie obudziła. Co prawda do jej snu o lecie wkradł się na chwilę niepokój i troska, ale nie mogła się obudzić. Więc Muminek zwinął się w kłębek na dywanie przy jej łóżku i długa noc zimowa ciągnęła się dalej.
O świcie zaspa śnieżna na dachu zaczęła się ruszać. Zsunęła się kawałek, po czym zdecydowanie zjechała przez okap i siadła z miękkim plaśnięciem. Wszystkie okna zostały zasypane i przez szyby sączyło się do wnętrza domu tylko słabe, szare światło. Salon stał się bardziej nierzeczywisty niż kiedykolwiek, jakby znalazł się głęboko pod ziemią. Muminek nastawiwszy uszu długo nasłuchiwał, po czym zapalił nocną lampkę i podszedł do komody, żeby przeczytać wiosenny list Włóczykija. List leżał tam, gdzie zwykle, pod małym tramwajem z morskiej pianki, i podobny był do wszystkich wiosennych listów, jakie zostawiał Włóczykij, kiedy w październiku wyruszał na południe. Na początku dużymi, okrągłymi literami napisane było “Hej”. Sam list był krótki.
HEJ! Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego, wiosennego dnia będziesz mnie miał tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy. Włóczykij
Muminek przeczytał list kilka razy i nagle poczuł, że jest głodny. Poszedł do kuchni. Kuchnia także zdawała się tkwić całe mile pod ziemią. Była niesamowicie wysprzątana i pusta. Spiżarnia również świeciła pustkami, jak wszystko inne. Znalazł jedynie butelkę sfermentowanego soku malinowego i paczkę zakurzonego knackebrod. Usadowił się wygodnie pod kuchennym stołem i czytając jeszcze raz list Włóczykija zaczął jeść. Potem położył się na plecach i przyglądał się czworograniastym drewnianym listwom pod stołem. Było bardzo cicho.
– Hej – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia… – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.
Tu urwał nagle na widok dwojga małych oczu spoglądających na niego spod kuchennej szafki. Odpowiedział im spojrzeniem. W kuchni zapanowała cisza. Potem oczy znikły.
– Czekaj! – zawołał Muminek z niepokojem. Podpełzł do szafki i zaczął szeptem wabić:
– Chodź, chodź! Nie bój się! Nie zrobię ci nic złego. Wracaj! Ale kimkolwiek był ten, kto mieszkał pod szafką – nie pokazał się już więcej. Muminek rozłożył rzędem na podłodze kawałki knackebrod i nakapał na nie trochę soku malinowego. Kiedy wrócił do salonu, kryształowe wisiorki na żyrandolu dzwoniły melancholijnie.
– Pójdę sobie stąd – powiedział Muminek surowo do żyrandola. – Znudziliście mi się wszyscy, pójdę na południe, na spotkanie Włóczykija. Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegał popiskując od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach. Uderzyło go zimne powietrze. Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap.
I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu – pierwszą, jaką mu się zdarzyło w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość. Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało, zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe.
– To jest śnieg – szepnął Muminek. – Słyszałem o tym od Mamy, to nazywa się śnieg. Bez wiedzy Muminka jego aksamitna skóra postanowiła powoli stać się futerkiem, które mogło przydać się w zimie. Wymagało to trochę czasu, ale decyzja została powzięta. A decyzja to zawsze rzecz pożyteczna. Tymczasem Muminek dalej z trudem wędrował przez śnieg, aż doszedł do rzeki. Była to ta sama rzeka, która przejrzysta i wesoła przepływała latem przez ogród Muminków. Teraz jednak wyglądała inaczej. Była czarna i obojętna – ona też należała do tego nowego świata, który był Muminkowi obcy. Na wszelki wypadek spojrzał na most. Spojrzał na skrzynkę pocztową. Zgadzało się. Uchylił nieco wieczka, ale nie było tam żadnej poczty prócz zeschłego liścia bez jednego słowa. Przyzwyczaił się do zapachu zimy i ów zapach nie budził już w nim ciekawości. Popatrzył na krzak jaśminu, który był bezładną plątaniną nagich gałęzi, i pomyślał przerażony: “Umarł. Cały świat umarł, kiedy spałem. Ten świat należy do kogoś innego, kogo nie znam. Może do Buki. I nie został zrobiony po to, aby żyły w nim Muminki”.
Przez chwilę wahał się. Ale potem uznał, że jeszcze gorzej byłoby znosić samotność, będąc jedynym nie śpiącym wśród śpiących. I Muminek ruszył przed siebie, wydeptując pierwsze ślady na moście i dalej, na zboczu góry. Były to ślady bardzo drobne, ale stanowcze i wiodły prosto pomiędzy drzewa, na południe.



Ojciec, Dariusz Bogucki, na jachcie w lodach


I zagadka… Jest taka książka, w której jest cały czas zimno i światem rządzi Ministerstwo Zimy, i nie jest to Lewa ręka ciemności Ursuli K. Le Guin ani Gra o tron, choć i tam oczywiście the winter is coming…
Książka zaczyna się tak…

14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję.
Pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, w barchanowych kalesonach i swetrze włóczkowym, w skarpetach naciągniętych na skarpety – tylko stopy wystawały spod pierzyny i koców – po kilkunastu godzinach snu nareszcie rozmrożony, zwinięty prawie w kulę, z głową wciśniętą pod poduchę w grubej obszewce, że i dźwięki docierały już miękkie, ogrzane, oblane w wosku, jak mrówki ugrzęzłe w żywicy, tak one przedzierały się w głąb powoli i z wielkim mozołem, przez sen i przez poduszkę, milimetr za milimetrem, słowo za słowem…

Przyjaciółka

Basia Kowalska

– Kochana – żyć mi się nie chce,
Już dłużej nie mogę,
Co warte jest życie,
Gdy każdy dzień boli?

Samotność mnie dręczy,
Cierpienie doskwiera,
Sił mi brakuje,
Kończę się powoli,

– Zobaczysz to minie,
Przejdzie, zapomnisz,
Wszystko się ułoży,
I zdrowie powróci,

– To niemożliwe,
To nigdy nie przejdzie,
Czekam już tylko,
Aż męka się skróci,

– Wiem, że masz ciężko,
Każdy ma jakoś,
Życie nie bajka,
Którą kupujesz,

– Kończę rozmowę,
Pa pa, Kochana,
Myśl o mnie często,
Ty mnie rozumiesz.

Co włożyć na fitness?
Pumę czy adidas?
Co włożyć na randkę?
Gucciego czy Diora?

Jak zwiększyć obroty,
Dochody mej firmy?
Wieczór w Operze?
Czy popracować?

Teraz na narty,
Z tymi czy z tymi?
Wymienić meble,
Na takie czy takie?

Podciągnąć francuski,
Wziąć nowe zlecenie,
Biznes się kręci,
Bonusy wszelakie,

Zjeść coś w „Sobieskim”,
Wejść w nowy projekt,
Znów mnie słuchają,
Świat wokół wiruje,

Tyle się dzieje,
Tak ciężkie jest życie,
Skąd brać na to siłę?
Kochana zrozumie.

– Kochana – żyć mi się nie chce…