Jak zamknięta dłoń,
zamyka się i otwiera,
otwiera i zamyka…
Mgnienie oka, kamera
genialna, na mój klimat,
na mój we mnie świat.
W zamkniętej dłoni,
…i tak ci nie pokażę,
odwaga w otwartej,
by podzielić się słowem,
bólem, smutkiem,
radością i zachwytem.
Otwieram dziś moją,
prosząc los, by wszystko
zostało tak, jak jest…
TAK JAK JEST!
***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.
Wyjeżdżam na Wyspy Szczęśliwe, choć autor, który mnie tam zaprosił, ogłosił w międzyczasie, że Wysp już nie ma. Zobaczymy jednak. Na pewno jednak Barbie umarła, tak jak umarły Urszulka i lalka Lola, mieszkanki Wysp Szczęśliwych.
Tabor Regresywny
W związku z kolejną odsłoną Apokalipsy, Tabor Regresywny pod kierunkiem Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego, autora “Historii seksu”, organizuje ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Ewakuacja ograniczona do Kobiet i Dzieci. Dla mężczyzn przygotowaliśmy kurs: “Jak być kobietą”.
Jednym z mieszkańców Wysp jest…
…Kot Wdzydzki, endemiczny, niegroźny, tylko jak sobie wypije to lepiej mu schodzić z drogi.
Pewnego dnia otrzymałam zaproszenie, na Wyspy i na spotkanie z kotem. Przyjęłam.
Niestety po kilku dniach od tej pięknej zapowiedzi i zaproszenia, ukazał się kolejny wpis na FB…
Piecyk do kawy typu Dar Hasioka, model Wdzycki Kąt (patrz zdjęcie poniżej). A Wysp Szczęśliwych już nie ma. Były, ale zostały wykupione przez koncerny turystyczne. Pobudowali tam hotele i baseny, zatrudniają miejscowych, by w regionalnych strojach udawali, że są szczęśliwi. Prawdopodobnie w Kosmosie są Wyspy Szczęśliwe. Pytanie jak się tam dostać, jednocześnie wystawiając do wiatru koncerny turystyczne wszelkiej maści?
A tu jeszcze pierwotna wersja piecyka do kawy.
Kiedyś w Berlinie autor pojawił się z piecykiem, który składał się z kubka i ogniska nieconego z roślin przydrożnych. Ta wersja (chyba) nie doczekała się zdjęcia.
PS z Wikipedii i innych źródeł: Wyspy Szczęśliwe (gr. Μακάριοι ΝήσοιMakárioi Nḗsoi) – w mitologii greckiej część Hadesu – miejsce, dokąd (według niektórych wierzeń) mieli się udawać cnotliwi zmarli, by tam zaznawać wiekuistego spokoju. W XVI wieku często utożsamiano je z Wyspami Kanaryjskimi.
PS z jednym wierszem i zdjęciem (Autor Jan Kochanowski, Foto EMS).
TREN X
Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi sie podziała?
W którą stronę, w którąś sie krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez tęskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu moim?
Czy człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw sie przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.
Lalka Lola, kto ją wrzucił do śmietnika?
Wyrzucona, tak, ale jednak ktoś ją tu starannie ułożył.
Ściska coś za gardło,
kleszcze zaciskają się
coraz bardziej na szyi.
Łzy napływają do oczu
bezwstydnie zawstydzając,
pokazując się niechciane.
Serce kołacze, bije uroczyście
dzwonami świątecznymi,
na mszę dziękczynną,
że mogę czuć, co czuję.
że nie muszę być kretem
chowającym się pod ziemię,
bo zostałam w porę uchwycona
w ogromne objęcia ramion
Twego wzruszenia…
Strach…
Dzikie zwierzę pędzące
za mną, pęd czyichś nóg,
jest już, tuż, tuż, o Boże…
Serce biegnie szybciej
niż ja, pobija swój rekord biegu
do zawału, oby nie wygrało..
Perkusja w uszach gra
“na maksa” na bębnach,
aż głowa się rozlatuje…
Strach przed niezdążeniem,
i przed ucieczką czegoś
bardzo ważnego goni…
Strach przed tym, co goni,
i o to co już ucieka,
usadza mnie wciąż
na wózku inwalidzkim,
powiedziała mi ta kobieta,
spokojnie,
bez lęku…
Siedząc na takim
właśnie wózku…
Wstręt
Ogarnia me ciało
gwałtownie, napastliwie,
zawsze od stóp do głów.
Wpada nagle w nos,
od razu przewraca mi
tak wrażliwy żołądek.
Może to być zapach
i widok czasem też,
a i dotyku nie pomija.
We mnie mimowolna
rewolucja wszystkich
zmysłów, jakie mam.
Coś wszechmocnego,
coś niewolniczego,
nie da się mu oprzeć.
Ale jest też inna forma
znana na pewno każdemu,
obrzydzenie do słów,
wstręt do elegancji widoku,
a smrodu wstrętnych czynów,
wywracająca znów żołądek.
Wstręt bezlitosny do kogoś,
śmierdzącego zgnilizną
wszystkiego, co ludzkie.
***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.
Zapraszamy do Szczecina w Berlinie (Wir laden ein, aber zuerst noch ein Gedicht. Zur Einladung bitte nach unten scrollen).
Najpierw wiersz, a zaproszenie poniżej.
Okazuje się, że Książnica Pomorska wpadła na ten sam pomysł co ja i publikuje jeden wiersz różnych szczecińskich poetów. Na szczęście ja już w międzyczasie przestałam liczyć na jeden wiersz i publikuję tyle, ile mi się przyśle, uważając, że nie ma to jak poezja latem.
A skoro jesteśmy w Szczecinie, to zapraszam(y) dziś na berlińską ulicę szczecińską…
Rund um den Stettiner Bahnhof: Geschichte der Verkehrswege Berlin-Stettin
Wann: 13. Juli 2019 um 16 Uhr Ort: Gemeindesaal der Berliner Stadtmission Stettiner Straße 45, 13357 Berlin
Die Stettiner Straße verdankt ihren Namen der Nähe zur Berlin-Stettiner Eisenbahn. Vor ungefähr 180 Jahren verliefen entlang der Straße die Eisenbahnschienen Richtung Stettin. Der Stettiner Bahnhof war einer der großen Berliner Kopfbahnhöfe und Ausgangspunkt der Bahnstrecke nach Stettin. Jetzt erinnern nur die alten, neu gestalteten Bahngleise mit den Namen der Zielorte daran. Bis heute ist lediglich der Stettiner Vorortsbahnhof, umgangssprachlich „Kleiner Stettiner“ genannt, erhalten geblieben.
Das und viel mehr erfahren Sie am 13. Juli 2019 um 16 Uhr in dem Gemeindesaal der Berliner Stadtmission, Stettiner Straße 45, 13357 Berlin. Der Vortrag „Rund um den Stettiner Bahnhof: Geschichte der Verkehrswege Berlin-Stettin” wird von Dr. Andreas Jüttemann, Autor und Stadthistoriker, gehalten.
Begleitend zu dem Thema wird noch ein Spaziergang zu der Infotafel “Grünzug auf dem Gelände der ehemaligen Stettiner Eisenbahn” angeboten.
während österreich auf schneemassen verweist
wird auf teilen des neckars die schifffahrt versenkt
große abflussmengen
steigende temperaturen
nichts vergleichbares seit nineteen ninety nine
mögliche aktivitäten erwarten großes kino
manche stecken fest, andere klettern, hallen
von den bergen, zermattet
in atlantis wird billard gespielt
das tourismusbüro tröstet die gäste
+++
ameisen und fliegen
mit starrem hals der
echse folgen
die gegen-bewegung nicht vergessen
mehrmals täglich die sirene
der ordnungs- oder lebenshüter
weiter unten die großen touristen-anlagen
der strand ist schwarz
ein meer in der nacht
solo una persona
sagt die reinigungsfrau
auf der liege nebenan
eine tote fliege
wie zur mahnung
all die tage
im kampf der minarette und nordmanntannen
versus grotten mit feuchtgebieten
stellen wir augenblicklich ein unentschieden fest
peitsche als devotionalie einer vergangener epoche hängt an der wand
heute ist die zeit der elekronischen fussfesseln
und digitalen scheiterhaufen
jetzt kämpfen die avatare die schlachten für uns
auch liebe und hass werden virtuell
und nur noch
per knopfdruck
Po krótkiej przerwie wracam do poezji na lato. Poeci są jednak niesforni i poczynając od Łuby, któremu jeden wiersz rozmnożył się do 12 plus dedykacja (że o komentarzach nie wspomnę), wiemy już, że nie ma mowy o jednym wierszu dziennie, lecz o wierszach. Dziś dwa wiersze.
Karolina Kuszyk
***
Niektórzy debiutują w późnym wieku i to jest
wbrew naturze. Bo przecież mogliby dalej
ochoczo urządzać się w sobie, grać w te gry co wszyscy,
a oni nie. Zaczynają pisać, tym razem na śmierć i życie, z powagą godną lepszej sprawy, tylko jakiej.
Szukają nowych słów na to, co dawno nazwane,
żłobią te swoje korytarze, kopią te swoje tunele,
badania jakieś prowadzą
rzeczywistosci, a ich miejsce, przeklętych,
ani po tej, ani po tamtej stronie.
Ten i ów próbuje raz jeszcze rozmach
wziąć, ruszyć z kopyta, wszystko to rzucić. Zostaje po nich
zaparowane lustro w łazience, niewyłączony komputer, cień
bez ciała.
***
Pan Jurek kierowca tira patrzy, jak noc odkleja się od drogi
i mruga dziewczynom z bułgarii spieszącym poboczem
na stanowiska, bo może akurat któremuś się zachce już z rana, następnie mija pan Jurek lotnisko, widzi różowiejące
cielska samolotów i też by sobie chciał gdzieś polecieć,
na przykład do egiptuz żoną. Tyle jest pięknych miejsc na ziemi,
wzdycha pan Jurek. Tej ziemi,dorzuca z cicha papież z breloczka
i raźnie sobie dynda. Wstaje nowy dzień.
O tym odcinku szlaku muru berlińskiego mówi się, że jest pod względem widoków jednym z najpiękniejszych etapów. Spotkałyśmy się na peronie S-Bahn Lichtenrade i ruszamy rowerami w drogę. Zabudowania kończą się dosyć szybko, wjeżdżamy na teren Brandenburgii, do Mahlow.
Pola kukurydzy i zboża, małe grupy drzew, w cieniu których można na chwilę odpocząć, odgłosy ptaków i piękny, słoneczny dzień – wszystko to jest idyllą, niczym nie zakłóconą letnią sielanką. Aż nie chce mi się wierzyć, że w tym miejscu stał mur, a enerdowscy żołnierze strzelali do ludzi próbujących przedostać się do „wolnego świata”. A tymczasem tylko na pierwszym etapie naszej dwunastokilometrowej trasy zgnięły trzy osoby. Wśród nich znajduje się prawdopodobnie ostatnia ofiara muru – czternastoletni Christoph Manuel Bramböck.
W dniu, w którym w Berlinie Wschodnim podpisano umowę regulującą przystąpienie Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Niemieckiej Republiki Federalnej, 31 sierpnia 1990 roku, Christoph spotkał się z kolegą w dzielnicy Marienfelde. Zaopatrzeni w niezbędnie do odłupywania fragmentów muru narzędzia chłopcy ruszyli w drogę. Należeli oni do tysięcy tzw. „dzięciołów muru”, którzy wbrew apelom zachodnioniemieckiej policji rozbijali resztki muru na drobniejsze części. „Dzięcioły” robiły to z protestu lub w celach komercyjnych. Nie wiemy, jaka była motywacja Christopha i jego kolegi, może po prostu nudzili się w to słoneczne letnie popołudnie? W miejscu, w którym chłopcy rozbijali mur, był on zbudowany z poziomo umocowanych betonowych plyt. Jedna z nich spadła na Christopha i zabiła go na miejscu. Spoglądam na zdjęcie zaczepnie patrzącego w kamerę czternastolatka na tablicy pamiątkowej i myślę o absurdzie jego śmierci.
Ojcem ruchu „dzięciołów” stał się w latach osiemdziesiątych Kanadyjczyk John Runnings, noszący przydomek „biegacza po murze”. Ten kanadyjski rencista przybył do Berlina Zachodniego wiedziony wewnętrzną potrzebą przemienienia muru w symbol pokoju, wolności i sprawiedliwości. Na początku swojego pobytu w mieście apelował do ludzi z całego świata, żeby przyjeżdżali do Berlina i… sikali na mur (International Pee-in). Akcja zakończyła się niepowodzeniem, mur stał dalej.
Runnings zdecydował się na zmianę metody walki, zaopatrzył się w wielki młot i drabinę. Balansował po wysokim na 3,60 m murze uderzając w niego młotem. Przypominam sobie scenę z telewizji – starszy, siwy mężczyzna w nienajlepszej kondycji fizycznej wali z całej siły wielkim młotem w „koronę” muru. W chwilę później enerdowscy wartownicy ściągają go za nogi na swój teren. Po sześciu tego typu akcjach mur stał dalej, a zniecierpliwione władze NRD wsadziły Runningsa na trzy miesiące do więzięnia. Następnie skazano go na 18 miesięcy w zawieszeniu i profilaktycznie przetransportowano do kanadyjskiej ojczyzny. Latem 1989 Runnings wrócił do Berlina i próbował dokończyć misję rozwalenia muru, tym razem za pomocą auta i skonstruowanego przez siebie czterometrowego pala (są one dzisiaj eksponatami w Muzeum Muru Checkpoint Charlie). Po upadku muru Runnings wrócił do Kanady, gdzie zmarł w 2004 r.
Nasza trasa biegnie dalej wzdłuż pól, mijamy Aleję Wiśni, prezent stacji telewizyjnej TV Asahi Group. Z okazji upadku muru stacja zorganizowała wśród widzów w Japonii zbiórkę pieniędzy na upiększenie pasa granicznego aleją wiśni. Za zebrany milion euro zasadzono w Berlinie i Brandenburgii około 10.000 ozdobnych wiśni, z których tysiąc stoi przy Alei Wiśni na terenie Teltow-Siegridshorst. Patrzę na równo posadzone drzewa i próbuję wyobrazić sobie, jak pięknie wyglądają pod koniec kwietnia, na początku maja. Wtedy zakwitają, a miasto Teltow organizuje w tym miejscu od kilku lat Festyn Kwitnących Wiśni – Hanami Fest.
Nasza trasa dobiega końca, zbliżamy się do Lichterfelde. W miejscu, w którym teraz pasą się konie, znajdował się plac ćwiczeń armii amerykańskej – Parks Range, nazywane przez mieszkańców okolic „miastem duchów”. Ten opustoszały dzisiaj teren o łącznej powierzchni 70 hektarów służył stacjonującej w Berlinie Zachodnim armii amerykańskiej do ćwiczeń polowych. Tzw. Berlińska Brygada armii amerykańskiej pod dowództwem generała Parksa (stąd bierze się nazwa Parks Range) zarekwirowała ten teren po krwawo stłumionym powstaniu w Berlinie Wschodnim (17 czerwca 1953 r.)
Na terenie Parks Range powstała atrapa miasta (Doughboy City), w której amerykańscy żołnierze ćwiczyli walki w mieście. Atrapa składała się z drewnianych baraków z kościołem, ratuszem, podróbką stacji kolejki z autentycznym starym wagonem i wrakami aut na ulicach. Amerykańscy „Rambos” przeprowadzali ćwiczenia bojowe pod baczną obserwacją enerdowskich strażników
Drukowany w Berlinie Zachodnim plan miasta pokazywał w miejscu „Parks Range” białą plamę, plan drukowany w Berlinie Wschodnim zawierał dokładne detale terenu. Amerykanie do końca istnienia „Parks Range” ignorowali skargi mieszkańców Lichterfelde i Lichtenrade i wypróbowywali na tym terenie wszelkie rodzaje broni i czołgów. W roku 1994 wycofali się, a władze Berlina długo nie wiedziały, w jaki sposób zagospodarować to miejsce – niebawem powstanie tu największe osiedle mieszkaniowe w Berlinie.
To, że Shrek wyznaczył zupełnie nowy poziom w animacji i podejściu do opowiadania historii, przypominają nam na każdym kroku jego epigoni. Od debiutu zielonego ogra minęło już prawie siedem lat, przez taki szmat czasu pomysły mogły się skończyć kontynuatorom serii, ale nie ich naśladowcom. Tu pomysł jest jeden i ten sam, ogrzać się w blasku orginału i zgarnąć trochę kasy.
Za Don Chichota odpowiada Jose Puzo, będący obecnie jednym z najbardziej hołubionych twórców animacji na półwyspie iberyjskim. Hiszpan specjalizuje się w adaptacjach literackich i przerabianiu ich na zabawne gry z tekstem i widzem. O ile jednak będący ekranizacją sztuki Pierre’a Corneille’a El Cid, legenda o mężnym rycerzu (notabene najdroższe dzieło w historii hiszpańskiej animacji) okazał się sukcesem, to gra z arcydziełem Miguela Cervantesa błyskotliwością ani świeżością nie grzeszy.
Don Kichot (głos: Artur Żmijewski) i jego giermek Sancho Pansa (głos: Krzysztof Globisz) nie żyją ze sobą w najlepszej komitywie. Ich napięte relacje odzwierciedlają się we wzajemnej postawie ich wiernych zwierząt, osła Rucia (głos: Borys Szyca) i konia Rosynanta (głos: Tomasz Kot). Cała skłócona czwórka wyrusza jednak na kolejną podróż, by pokonać Rycerza Srebrnego Księżyca, który wyzwał Don Kichota na pojedynek. Rzecz jednak w tym, że podszywających się pod to dumne imię jest wielu, z czego wynikną niejakie komplikacje.
Don Chichot operuje starą dobrą zasadą: dla każdego coś miłego. Dorośli mogą pobawić się w intertekstualne gierki, dzieci zaś dostaną garść dowcipów i zabawnych bohaterów. Rzecz jednak w tym, że zarówno dzieci jak i rodzice dostrzegą szybko, że robi się z nich osła. W końcu uczynienie narratorem żałosnej imitacji przesympatycznej postaci z Sherka jest już szczytem bezczelności. Ja rozumiem, że każdy chce zarobić, ale jak chce się to robić czyimiś kosztem, to trzeba jeszcze to umieć i znać umiar.
Na Don Chichocie dzieci będą się bawić nieporównanie lepiej niż na Szeptach i krzykach Bergmana. Jeżeli jednak macie do wyboru trochę nieświeże i zużyte dziełko Puzo i starego, ale jarego Ogra, nie wahajcie się ani przez moment. W końcu osioł osłu nie równy.
Ale co tam. Jak chcecie to oglądajcie, cały film TU. Jest i sprawa wyspy, nazwanej przez Cervantesa Baratarią czyli Oszukaństwem.
Traf chciał, że na moich włościach jest dokładnie taka wyspa otoczona wodą.
Wznieśmy toast za nowego pana na wyspie. Zdrowie dzielnego Sancho Pansy!
Ale tak naprawdę nie ma wyspy, a mapa jest oszukana.
i to już
KONIEC odcinka, koniec marzeń o wyspie, koniec cyklu Barataria.