Rozmowy polskie zimą 2018

W 35 lat po wydaniu słynnej książki naszych (tamtych) czasów proponuję, byśmy zaczęli spisywać rozmowy polskie jako dokument naszych (tych) czasów. Bo to, co mówimy, umyka, a co zostało zapisane na wszelkich możliwych nośnikach i we wszystkich mediach, jest politycznie ukierunkowane. A gdy rozmawiamy, gdy przekazujemy sobie myśli, a nie skaczemy do gardła przeciwnikom politycznym, nie poruszamy się na linii MY i ONI, lecz interesuje nas nasze wspólne MY. Rozmowy polskie latem 1983 to zapis pewnych wakacji w czasie stanu wojennego w pensjonacie pani Anieli, nad jeziorem Wigry. Grupa urlopowiczów, zaprzyjaźnionych ze sobą intelektualistów, rozmawia o zwykłych  sprawach codziennych, ale też o polityce, filozofii, sensie historii i o przyszłości, czyli o tym przecież, co przeżywamy dziś.

A więc zima 2018 roku. Spotykamy się w domu na wsi u Kasi i Tomka. Kasia jest psycholożką i pisarką, Tomek informatykiem, ogrodnikiem i pszczelarzem. Są też Adam, również informatyk i ostry krytyk wszystkiego i wszystkich, Michalina i Ewa, wegetarianki. W spotkaniu biorą również udział Marta, słynna polska psycholożka, i Piotr, autor książek o wychowaniu przez sztukę. Jest też cudownie piękny biały kot… Reprezentujemy kilka pokoleń. Należymy plus minus do rodziny, chociaż oczywiście ja tam jestem prawem kaduka.

Marta jest naukowczynią, napisała dziesiątki książek, setki referatów i tysiące artykułów.
Pamiętam, że mieszkali z mężem i dwójką małych dzieci w peerelowskim bloku, w mieszkaniu, w którym – tak się to wtedy robiło – połączone zostały kuchnia z salonem, który nazywało się zresztą raczej pokojem gościnnym, i jadalnią. Na owe czasy było to rewelacyjne. Między częścią kuchenną a drzwiami prowadzącymi do łazienki i sypialni stał maleńki stolik, przy którym Marta pisała doktorat. Nie znałam wtedy jeszcze książki Virginii Woolf Własny pokój i świadomie nie miałam pojęcia, że coś tu jest nie tak, podświadomie jednak dostawałam gęsiej skórki myśląc o tym stoliku. To przy tym mebelku, za małym na cokolwiek, ta kobieta zaczęła światową karierę naukową.

Ale to były tamte czasy, rozmowy polskie i latem, i zimą 1976 roku.

Dziś Marta mówi mi, że ma nowego partnera życiowego, który nazywa się Parkinson. Gdy lekarz sformułował diagnozę, Marta zapytała, czym się charakteryzuje ta choroba. “Nogi nie nadążają za głową”, odpowiedział lekarz.

Patrzę na Martę i wiem, że na pewno w duchu, a może i w rzeczwistości, gapię się na nią z rozdziawionymi ustami. Nie wierzę! Oczywiście natychmiast przypomina mi się słynna ongiś książka, napisana przez dwóch niemieckich naukowców, Thorwalda Dethlefsena i Ruediger Dahlke, zatytułowana Choroba jako droga. O znaczeniu i interpretowaniu choroby.

Autorzy twierdzą, że to, jak mówimy o naszej chorobie, informuje nas, co naprawdę wiemy o jej przyczynach. Jeśli mówimy, że “serce nam pęka”, to pęka nam serce, a jeśli myślimy, że to “sęp nam wyżera wątrobę” lub trzustkę, to sęp nam wyżera wątrobę. Serce pęka, bo kochamy za bardzo, a za mało myślimy o sobie, chorujemy na wątrobę, bo dużo chcieliśmy w życiu osiągnąć i wielkie mieliśmy o sobie mniemanie, prometejskie wręcz.

Ale to jednak symbole. Metaforyczne myśli o nas samych.

Tymczasem jednak zimą 2018 roku kobieta, która jest najlepiej mi znanym człowiekiem myśli, głowy, mądrości, wiedzy, nauki, mówi mi, że nogi nie nadążają jej za głową. “No”, mówi, “wolisz rozlać kawę czy, zapomnieć, że miałaś ją wypić? Taka jest różnica między Parkinsonem a Alzheimerem”.

W tym momencie postanawiam notować, o czym rozmawiamy. Marta cytuje właśnie zdanie Wojciecha Oczki: “Ruch może zastąpić każde lekarstwo, ale wszystkie lekarstwa razem wzięte nie zastąpią ruchu”.
“Oczko?”, pytam.
“Lekarz Batorego”, odpowiada Marta.
Wikipedia dopowiada “(1537-1599), syn stelmacha, doktor medycyny i filozofii, nadworny lekarz królów polskich: Zygmunta Augusta, Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy (sekretarz królewski tego pierwszego). Jeden z twórców medycyny polskiej, syfilidiolog i pisarz medyczny. Propagował uprawianie kultury fizycznej widząc w niej korzyści zarówno dla ciała, jak i dla ducha.”
W sposób niezauważalny Oczko doprowadza nas, a właściwie Martę, do Erazma z Rotterdamu, który, wszak dydaktyk z powołania, miał napisać dzieło, o czym powinni wiedzieć chłopcy i drugie – o czym powinny wiedzieć dziewczęta.
Po czym książeczka dla dziewcząt została zakazana, żeby nie wywoływać w panieńskich głowach zdrożnych myśli. Oczywiście tytuły tych dzieł, pisanych zresztą po łacinie, musiały być zbarokizowane, ale z Wikipedii się tego nie dowiemy, bo być może jest to jedno z tych dwóch dziełek – ale o dziewczynkach mowy nie ma: Mowa o konieczności kształcenia chłopców zaraz od urodzenia w cnocie i naukach – 1529 oraz O wytworności obyczajów chłopięcych – 1530.

Poszukiwania słowa puella – dziewczyna – w łacińskim indeksie Opera omnia Erasmusa nie przynoszą rezultatu.

Wyciągam komórkę i czytam zebranym pełen zdrożnych myśli wiersz, który ktoś 26 listopada 2016 roku zapisał na falochronie ostrogi molo w Sopocie.
Świetnie wodziłaś
Tymi oczami
w których ja miałem ABSOLUT
Grzechem mówić że były jak gwiazdy
Kiedy równały się galaktykom
SN73M

Nie wiemy, co to za skrót, owo SN73M, google sugeruje, że mógłby to być model citroena, ale z dalszych zwrotek tego białego wiersza wynika, że jednak chodzi o seks, Piotrowi i Marcie przypomina się więc natychmiast rymowanka na tenżeż temat: “Bosko było gdym powściągnął sprośną żędzę, tkwiącą we mnie, lecz gdym tego nie uczynił, też było bardzo przyjemnie.”

Zmieniamy temat i rozmawiamy o metodzie ruchu rozwijającego. Opowiadam o badaniach prowadzonych przez dwie niemieckie psychoanalityczki – Esther Schuld-Goldstein i Annekatrin Mendel, które odkryły, zapomniane i zepchnięte, ale przecież wciąż istniejące, niezwykle ciepłe wspomnienia nazistowskich dzieci, którymi zajmowały się, najczęściej bardzo młode dziewczęta, robotnice przymusowe z Polski, Rosji, Ukrainy.

Pojawia się temat psychologicznych eksperymentów, badających “mechanizm plotki”, jako żywo przypominających zabawę w głuchy telefon czyli co jedna pani powiedziała drugiej pani. Uczę się jeszcze, że istnieje słowo od-pamiętać (co jest możliwe) i jego derywat od-zobaczyć (co jest niemożliwe).

Rozmowa przenosi się do pewnych wakacji letnich w roku 1959, które Marta spędzała  w Dębkach nad Piaśnicą. Osiem kilkunastoletnich harcerek mieszkało wtedy samotnie w dziesięcioosobowym namiocie. Dziewczyny cztery razy na dobę, a więc również nocą i o świcie, chodziły do stacji meteorologicznej, gdzie odczytywały i notowały temperaturę gleby, siłę wiatru i wysokość opadów.

Inicjatorką tej pracy harcersko-naukowej była moja cioteczna babka, Karolina Lubliner-Mianowska. Z pomiarów zapisanych przez Martę i jej koleżanki Karusia miała wyciągnąć wnioski, dlaczego mikołajek nadmorski rośnie na Helu (tam był obóz dla chłopców), a nie rośnie tam, gdzie badania prowadzą dziewczynki.

Drużynowa, Krystyna Trapp, i Karusia przyjechały pewnego dnia odwiedzić owe samotne harcerki.

Przyjechałam tam z Karusią. Bardzo dobrze pamiętam ten wyjazd, a zwłaszcza wycieczkę na wydmy w Łebie, gdzie mikołajek jednak rósł.

Miałam 10 lat.

Gdy przygotowuję ten wpis, niemieckie wydanie google’a przypomina, że 136 lat temu urodziła się Virginia Woolf. W książce Własny pokój twierdziła, że jest mniej słynnych kobiet pisarek niż mężczyzn, bo nie miały własnego pokoju.

Reblog: Karl Holtei (ulice Berlina)

Znałam go przede wszystkim jako patrona ulicy, Karl-Holtei-Strasse. Kiedy wnuk był mały i godzinami chodziłam z wózkiem po okolicy, zdeptałam cały Friedrichshain, i ulica Holteia była ważnym etapem tych wędrówek, jeśli postanawiałam, że będę szła na Wschód, w stronę dworca Ostkreuz.

Publikuję tu artykuł z Gazety Wyborczej znaleziony przypadkiem w sieci, bo akurat wczoraj minęła 120 rocznica urodzin Holteia. Okazja taka sama dobra jak każda inna 🙂

Historia Wrocławia

Beata Maciejewska

Wawrzynowe drzewo i żebraczy kij Karla von Holteia

Gazeta Wyborcza Wrocław,

holtei

Karl von Holtei (Muzeum Miejskie Wrocławia)
niestety ani Gazeta Wyborcza online ani wszystkie możliwe strony internetowe nie podają, kto jest autorem tego obrazu. 31 grudnia 2017 roku napisałam w tej sprawie do muzeum.

Pamiętasz, Karl, jak w Berlinie tłum twojego Kościuszkę na rękach niósł? Albo jak w świdnickim więzieniu polskich powstańców odwiedzałeś? – Mnie się mój domek w Obornikach śni, jego dach z gontów, także ta jodła, co rośnie tuż koło furtki

Dla starego człowieka spacer z klasztoru Bonifratrów na Bastion Ceglarski to wielka wyprawa. Ale 80-letni Karl von Holtei idzie tam niemal codziennie. Długie włosy, broda krzaczasta jak u rozbójników z baśni braci Grimm, kapelusz z szerokim rondem… Wagabunda – tak sam o sobie mówi i tak chce wyglądać. Czeka na niego ławka, widok na Święty Krzyż i katedrę, czasem przyjdzie Albert, przyjaciel rzeźbiarz. Jak ławka pusta, to też dobrze. Można spokojnie pomyśleć o życiu. Długim, barwnym i trudnym. Ciągle był w drodze, może chciał uciec od prześladujących go nieszczęść, do Wrocławia zawsze jednak wracał. Tu się urodził w 1798 roku.

Ojciec… nigdy go nie zobaczył. Pruski oficer huzarów umarł, gdy żona była w ciąży. Matka nie przeżyła porodu. Dom… kamienica nazywana “Pod uskrzydlonym rumakiem” albo “Czerwonym domem” (miała dwie bramy) przy Reuschestrasse 45. Za ścianą był zajazd, w którym zatrzymał się Goethe. Może ten Pegaz i wizyta poety to był znak, że i jego muzy polubią. A najbardziej Melpomena.

Kogo kocha Mortimer

– Małego Karla wzięli na wychowanie krewni mieszkający w Wielkiej Lipie, a potem wuj Karl von Schaubert, który miał dwór w Obornikach Śląskich. Pomagał rozwijać się literackim talentom nastolatka i finansował redagowanego przez Karla “Gońca Obornickiego”. Holtei pisywał wiersze i sztuki, a swoich bohaterów szukał często wśród Polaków. Byli dla niego uosobieniem romantyzmu i patriotyzmu – opowiada dr Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia.

Wcześnie upomniał się o niego teatr. Zadebiutował w dramacie Schillera “Maria Stuart” rolą młodziutkiego Mortimera zakochanego w królowej, wystawionym we wrocławskim teatrze Kalte Asche (stał u zbiegu dzisiejszych ulic Oławskiej i Piotra Skargi). Miał 21 lat. Dostał też posadę dramaturga oraz sekretarza tej sceny i zaczął wystawiać własne sztuki, m.in. dramat “Stanisław” o porwaniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego przez konfederatów barskich. Napisał również sonet poświęcony polskiemu skrzypkowi Karolowi Lipińskiemu, który opublikowała “Breslauer Zeitung”. Lipiński zrobił na nim ogromne wrażenie, uważał, że jest większym talentem niż Paganini.

Ciągnęło go do Polaków – został nawet członkiem delegacji występującej w obronie studenta Benedykta Kalinowskiego aresztowanego za działalność polityczną, ale jeszcze bardziej do pięknej aktorki Luizy Rogee. Powiedziała mu: “Biorę Cię za męża” w kościele w Obornikach Śląskich.

Był 1821 rok i wszystko tak pięknie się układało. Domek z gontowym dachem, żona uwielbiana jako kochanka i muza, dwójka dzieci, których narodziny uczcił, sadząc jodły koło furtki, oraz udane życie zawodowe.

Luiza dostała angaż do berlińskiego Teatru Nadwornego, Karl pisał cieszące się powodzeniem wodewile. Wesołe historyjki z melodyjnymi piosenkami, które ludzie nucili, wychodząc z przedstawień, a za które nieźle płacono. Sielanka, ale życie przygotowało scenariusz dramatu.

Stary wódz do was woła

Po czterech latach małżeństwa von Holtei został wdowcem. Pustkę musiały mu zapełnić dzieci i praca. Objął kierownictwo berlińskiej sceny i napisał dla niej dwie swoje najsłynniejsze sztuki: “Lenore” i “Stary Wódz”. Niemieccy widzowie, którzy 1 grudnia 1825 roku rozłożyli się wygodnie w pluszowych fotelach, usłyszeli płomienny apel naczelnika polskiego powstania Tadeusza Kościuszki: “Acz Polska na ćwierci rozdarta dzisiaj, to przejściowa chwila! Walka o wolność niech wam będzie zbroją, a jej moc zniszczy przemocy czas zły!”

Dali się przekonać Kościuszce, czy raczej Holteiowi, i wychodząc z teatru wznosili okrzyki na cześć Polski. A pieśń starego wiarusa Łagienki (imię, na którym Niemcy łamali języki) błyskawicznie opanowała ulicę: “Czy pomnisz, jako pod Racławicami, / nie szczędząc krwi swej, bez troski o łup / szliśmy w bój straszny mocarni kosami, / a gdzie broń błysła, krwawy padał trup”.

Holtei z pomocą starego wodza odniósł sukces. Także w Breslau, gdzie wystawił sztukę w Kalte Asche cztery miesiące po premierze. “W wielu miejscach huczne oklaski przerywały grę aktorów. Brawo! Wybornie! Doskonale! – dawały się słyszeć bez końca, a finał budził entuzjazm ogólny” – tak wrocławskie przedstawienie opisywał w pamiętniku Karol Kaczkowski. Tym finałem było odegranie “Mazurka Dąbrowskiego”.

Pan Adam u pana Wolfganga

Wiosną 1834 roku Holtei pokazał “Starego Wodza” w Świdnicy i zagrał tytułową rolę. Po opadnięciu kurtyny do garderoby zapukali nieznajomi ludzie i zaproponowali aktorowi odwiedziny więźniów – Polaków i pruskich poddanych, którzy walczyli w powstaniu listopadowym. Holtei-Kościuszko nie odmówił.

Z Polakami utrzymywał bliskie kontakty. Jesienią 1828 roku poznał w Weimarze w domu Goethego Adama Mickiewicza. Byli rówieśnikami, Holtei podziwiał jego talent i charyzmę, tłumaczył utwory – choć sceptycy utrzymywali, że nie podawał, czyje one są. Podobne pretensje mógł mieć do Holteia Aleksander Fredro. Szczególnie gdy życzliwi przysłali mu prezent z Wrocławia: był to afisz teatralny zapowiadający sztukę Karla von Holteia “Ona pisze do siebie”. Miała być plagiatem “Ślubów panieńskich” (wtórnym, bo pierwszy plagiat wystawiono w paryskim teatrze). Czy Fredro oglądał przeróbkę Holteia? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Ale wiemy, że prawo autorskie było przed 200 laty bardziej liberalne. Hrabia raczej nie próbował wystawić na szwank przyjaźni polsko-holteiowskiej.

Wagabunda na szlaku

Oprócz przyjaźni było jeszcze w życiu Holteia miejsce na miłość. Po pięciu latach wdowieństwa poprosił o rękę aktorkę Julię Holzbecher. Zostali artystycznym małżeństwem. Wspólne tournée, praca w tych samych teatrach, najpierw w Wiedniu, potem w Rydze (gdzie Julia cieszyła się statusem dyrektorowej), i znowu cios. W 1836 roku umiera nastoletni syn Karla, a trzy lata później żona. Załamany Holtei rusza w podróż po Europie. Recenzenci piszą, że trzeba posłuchać, jak deklamuje Szekspira.

Dopiero w 1847 roku osiada u córki Marii Henrietty w Gratzu. Zaczyna wieść spokojne życie. Przy barokowej sekreterze, na której stoi spóźniający się ciągle brzuchaty zegar, Karl von Holtei pisze m.in. swoją pierwszą powieść (romans) “Vagabunden”, a potem jeden z pierwszych niemieckich kryminałów “Ein Mord in Riga” i wspomnienia, wydane później w ośmiu tomach, w których wspomina swoje miłości: Śląsk, Polaków i kobiety teatru.

– Do Wrocławia wrócił w 1865 roku, i to na zawsze. Najpierw mieszkał na mansardzie hotelu Pod Trzema Górami, który stał przy dzisiejszej ul. Rzeźniczej 32/33. Ostatnie cztery lata życia spędził u bonifratrów, korzystając z troskliwej opieki zakonników – mówi Łagiewski. – Wiem, że był to pokój nr 21, mam zdjęcie Holteia zrobione w tym wnętrzu, ale nie udało się ustalić, gdzie to dokładnie jest. Ta sama numeracja występuje w różnych skrzydłach.

Ale coś po Holteiu u bonifratrów jednak zostało. Popiersie z grzecznie wygładzonymi włosami i kunsztownie utrefioną brodą. Trochę obtłuczone.
– Pewnie stało w jego pokoju. Po śmierci Holteia urządzono w niej coś w rodzaju izby pamięci. W 1946 roku przechowywane tam listy, zdjęcia i dokumenty związane z artystą zostały wywiezione przez opuszczających Wrocław Niemców. Popiersie zostało, bo jego wartość artystyczna jest nikła – mówi dr Łagiewski.

Kochamy Cię, Karl

Ślązacy uwielbiali Karla von Holteia. Był uosobieniem śląskiego patriotyzmu. – Legenda. Wszyscy wiedzieli, kim jest ten brodacz w ogromnym kapeluszu. Dzieci uczyły się w szkołach jego wierszy napisanych śląskim dialektem z okolic Sobótki – tłumaczy Łagiewski.

Gdy von Holtei umarł w 1880 roku, do grobu na cmentarzu ewangelickim pw. św. Bernardyna odprowadzały go tłumy wrocławian. W szkołach ogłoszono dzień wolny, żeby młodzież miała szansę pożegnać ukochanego poetę. A na nagrobku wyryto cytat z jego wiersza: “Suste nischt ock heem”. – W wolnym tłumaczeniu: “Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. To śląski dialekt, gościłem u siebie wielu Niemców, którzy nie wiedzieli, co to znaczy – mówi Łagiewski.

Po śmierci popularność Holteia jeszcze wzrosła. Bastion Ceglarski, gdzie siadywał na ławce, nazwano Wzgórzem Holteia i wystawiono tam pomnik. Zrobił go Albert Rachner, ten z którym Holtei tu się spotykał. A w ratuszowym gabinecie nadburmistrza Wrocławia obok obrazu przedstawiającego Sukiennice pędzla sławnego Adolfa Menzla zawisł młodzieńczy portret Holteia. Wszystko skończyło się w 1945 roku.

Przyjacielowi – Polacy

– Jego pomnik rozwalono w 1945 roku. Ironia losu, ślady po polonofilu zostały zatarte przez Polaków. Nie ma nawet grobu na cmentarzu Bernardyńskim przy ul. Krakowskiej. Splantowano go w 1970 roku wraz z całym cmentarzem – opowiada Łagiewski.

Holteiowskich pamiątek, które pokazuje teraz w Pałacu Królewskim na wystawie “1000 lat Wrocławia”, szukał po całych Niemczech. – Te, które zostały wywiezione z Wrocławia, trafiły najpierw do Londynu i tam przeleżały cztery lata w jakimś schowku. Potem trafiły do wioski artystów w Wangen i tam znalazły troskliwe opiekunki: siostry Annę Korn i Elisabethę Gisevius. Stworzyły w Wangen dom Holteia. Pomagały im w tym prawnuczki artysty. Wśród rękopisów, portretów, medali i zdjęć znalazł się też barokowy stojący zegar – dzieło zegarmistrza z Gratzu Johanna Pihla – i barokowa sekretera z mieszkania córki Holteia – mówi dyrektor Łagiewski.

W 1998 roku została odsłonięta tablica na budynku przy ul. Rzeźniczej 32/33, gdzie stał kiedyś hotel Pod Trzema Górami, a do ratuszowej galerii sławnych wrocławian wstawiono popiersie poety. – Bardzo chciałbym, żeby na Wzgórzu Polskim, czyli dawnym Bastionie Ceglarskim, stanęła choć ławeczka Holteia. Jesteśmy mu to winni – mówi Łagiewski.

W domu najlepiej

Stary człowiek patrzy z Bastionu Ceglarskiego na katedrę i powtarza bezwiednie: “Suste nischt ock heem”. Choć to nie domek z dachem gontowym w Obornikach, tylko pokój u bonifratrów, ale rodzinne miasto też kocha. I ono to uczucie odwzajemnia. Urządziło mu wielką uroczystość na 80. urodziny. Wprawdzie tak się źle czuł, że nie mógł na niej być, ale docenił te starania. Ba, nawet ulicę mu już przyznali.

Napisał kiedyś wodewil “Wawrzynowe drzewo i żebraczy kij”. Żebraczy kij miał przez całe życie, wawrzynowe drzewo wyrosło mu na stare lata we Wrocławiu. Myślał kiedyś, że “w naturze ukochanego rodzinnego miasta tkwi niedocenianie jego synów, którzy z wielkimi uczuciami i niejednymi ofiarami działają dla jego dobra”. Tak, był niesprawiedliwy.

Tablica pamiątkowa Karla von Holteia we Wrocławiu na ulicy Rzeźniczej 32/33
autor: artysta rzeźbiarz Tomasz Rodziński

Reblog z rebloga z rebloga (Barataria 49)

Podczas prawie rocznych wędrówek palcem po mapach i książkach w poszukiwaniu Baratarii co i raz trafiam na własne zapiski z pobytów na wyspach.

Ewa Maria Slaska

Santorini. Wtorek, 20.10.1998

Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć obejrzeć wykopaliska, otwarte, jak podaje przewodnik, tylko do 15.00. Już przed 10.00, po śniadaniu i kawie wsiadamy na motorek i ruszamy. Przedtem próbuję jeszcze dowiedzieć się czegoś w Muzeum Archeologicznym, ale bez skutku. W portierni siedzi kobieta o tępawej minie. Nie, nie ma żadnego archeologa. Nie, nikt nie mówi lepiej po angielsku. Do wykopalisk jedzie się na plac i w lewo. Nie, nie poda mi numeru telefonu, dojadę na miejsce, to zapytam. Po czwartym pytaniu, na które i tak znam odpowiedź, rezygnuję. Moja wina – nie znam greckiego. Albo znam za mało.

Na plac, w lewo, jak dojadę na miejsce, to się dowiem.

Do placu, w lewo, prosto, w prawo, długo prosto i w dół, w prawo, w lewo, w lewo, 25 kilometrów, jesteśmy na miejscu, w Akrotiri, mieście minojskim, zachowanym znacznie lepiej niż Knossos i Malia na Krecie. Akrotiri odkrył szalony archeolog Spiro Marinatos, który na pewno w dzieciństwie naczytał się i Platona, i życiorysów Schliemanna i Evansa. Od Platona dowiedział się o Atlantydzie, od Schliemanna, że bajki są prawdziwe, od Evansa, jak piękne są minojskie pałace-labirynty. Marinatos poświęcił całe życie na szukanie śladów Atlantydy, a jak je wreszcie znalazł – umarł. Akrotiri jest zresztą dalekie od platońskich ideałów, zapewne żyli tu i kapłani (a raczej kapłanki) i uczeni, ale dobrobyt zapewnił miastu nie tyle idealizm, ile zamożni rzemieślnicy i kupcy. Głównym ich zajęciem był eksport wina, zboża i oliwy, które transportowano w ogromnych glinianych naczyniach, malowanych w delfiny, mątwy, ryby, kwiaty i muszle. Świetne są te naczynia. Archeolodzy nazywają je, o ile dobrze pamiętam, Kamares, od pewnej jaskini na Krecie. Miasto robi wrażenie. Proste, brukowane ulice, równe ciągi schodów, a wewnątrz tej sieci, harmonijnej jak kryształ, kłębowiska domów, duże i małe izby, płaskie dachy, tarasy, piwnice, zakamarki. Ściany nośne z równych bloków kamiennych, reszta z gliny lub kamienistej drobnicy. Wiele domów zdobiły czarujące malowidła ścienne, przedstawiające ludzi zajętych połowem ryb, uprawą roli, zbiorami, brązowe postacie na jasnoniebieskim tle, wody, nieba. Miasto posiadało system kanalizacyjny i ciepłą wodę, osiągnięcia, którymi wiele greckich miasteczek i wsi do dzisiaj nie może się poszczycić. Wybuch wulkanu na Santorini nie zaskoczył mieszkańców znienacka, jak Wezuwiusz Pompeję. Mieszkańcy zdążyli opuścić wyspę, odpłynęli na sąsiednią Kretę. Akrotiri to wykopaliska a nie, jak w Knossos, skansen. Można dyskutować, co jest lepsze, bo żadne rozwiązanie nie jest idealne. Z punktu widzenia nauki rekonstrukcja pałacu w Knossos odzwierciedla raczej estetykę czasu odkryć, dziewiętnastowieczną fascynację archeologią, niż epoki zwanej okresem pałaców minojskich, jednakże Akrotiri w swej naukowej skromności także nie przypomina ludnego i barwnego miasta sprzed czterech tysięcy lat. Wykopaliska pokrywa dach z falistej blachy, domy otoczone są płotkami, w bocznych przejściach stoją potężne szafy, skrywające odkopany inwentarz, barwne freski zabrano do muzeum sztuki cykladzkiej w Atenach.

Dość szybko opuszczamy Akrotiri, objeżdżamy potężną górę i skręcamy ku morzu. Musimy pędzić, bo, jak podaje przewodnik, drugie starożytne miasto, jakie chcemy jeszcze dziś zwiedzić, Aρχαία θίρα, Stara Thera też jest otwarte tylko do 15.00. Już i tak nie wiemy, czy można wierzyć przewodnikom, czy nie, bo Akrotiri było czynne do 19.00, no i mieliśmy rację, albowiem panta rei i panta metamorfo, Starą Therę można zwiedzać tylko do 14.00. Klniemy, bo przynajmniej tyle mogła nam powiedzieć owa kobieta w Muzeum Archeologicznym, ułożylibyśmy plan dnia na odwrót. Po raz kolejny przekonujemy się, że Grecja to kraj informacji zaledwie przybliżonych. Drogowskaz wskazujący odległość 100 metrów oznacza jedynie kierunek, a godziny otwarcia zapewniają tylko, że obiekt kiedyś można zwiedzać. Trudno. Przelecieliśmy przez Akrotiri w tempie godnym uczciwego turysty, a teraz jesteśmy u stóp Starej Thery i też musimy się spieszyć.

Miasto założyli Rzymianie, a ściślej biorąc, niejaki Ptolomeusz, w III wieku naszej ery, gdy wyspa ostygła po kolejnych wybuchach i ponownie nadawała się do zasiedlenia. Na wysokim, stromym skalnym cyplu powstało tu coś w rodzaju, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, rzymskiej bazy wojskowej, pozwalającej kontrolować wschodnią część Morza Śródziemnego. Regularnymi, porządnie brukowanymi serpentynami wjeżdżamy na przełęcz między cyplem a masywem góry Proroka Eliasza. Prof. Ilia, podają mapy, a my, myśląc o naszym koledze, dumnym ze swego  tytułu, przemianowaliśmy ją na Profesora Eliasza. Motorek pokonuje górę heroicznie i nieulękle, ja, przyczepiona na tylnym siodełku, nie patrzę w dół, ale i tak dostaje mi wyobraźni, by się bać. Zwiedzanie Starej Thery w ogóle wymaga pewnej dozy nieustraszonej odwagi, bo było to prawdziwe obronne gniazdo dzielnych wojowników, posadowione tak, by wrogom trudno było je podejść. Turystom też dech zapiera, a w każdym razie mnie, gdy kozią ścieżką idziemy od parkingu do twierdzy. A skoro jest trudno, i podejść, i dojechać, skoro nie ma restauracji ani sklepów z pamiątkami, to nie ma i turystów. Thera – pusta, przejrzysta, zawieszona w błękicie orgia kamieni. Kamienne miasto na kamiennej opoce, kamienne ulice wśród kamiennych murów. Radość kontaktu ze starożytnym miastem, może nie tak starym jak Akrotiri, nie tak owianym legendą jak Ateny, nie tak pełnym wspaniałych budowli jak Rzym. Ale Thera to nie miasto trwające nieprzerwanie i nie wykopaliska, zasypane przez wieki, a potem odgrzebane. Thera jest. Nic jej nie zakłóca. Kiedyś była miastem, dziś jest ruiną, jest może skromna, ale taka już była w chwili stawania się, mała faktoria wielkiego imperium, skromne lustro Rzymu. Zgodnie z rzymską zasadą wzniesiono tu wszystko, co obywatelowi Rzymu było niezbędne do kulturalnego życia: pałace, domy, agorę z kolumnadą, termy, teatr, gymnasion, stadion, a także burdel, do którego prowadzi drogowskaz w kształcie fallusa. Na skraju miasta znajdują się też ozdobione nieprzyzwoitymi malunkami groty, gdzie odbywały się orgiastyczne misteria. Nie wolno ich jednak zwiedzać. Otacza je niepozorny płotek, na pozór łatwy do pokonania, ale gdy tylko próbujemy, pojawia się niewidoczny dotąd strażnik i odgania ciekawskich. Brak wyjaśnień, dlaczego. Nie wolno. Względy przyzwoitości czy wymogi konserwatora?

Zjeżdżamy do wioski. Usiłuję załatwić sprawunki, kierując się wskazówkami tubylców, że super-market jest „tam”. Faktycznie jest, ale zamknięty na głucho. Rozmyślam leniwie o stosunku tubylca do turysty, który wie przecież, że jest po sezonie i sklep zamknięty, a przecież wszyscy odsyłali mnie „tam” jednomyślnie i uparcie. Ciekawe, gdzie oni sami kupują pieczywo i mleko? Wracam na promenadę, w sklepiku z pamiątkami dostaję czekoladę i fantę. W Berlinie, gdy w restauracji poprosiłam o chleb i wodę, przyniesiono mi grzanki z pomidorami i butelkę luksusowego perriera. Trudno jest praktykować skromność. Szlachetna prostota życia Ghandiego wymagała ciężkiej pracy dziesiątków ludzi. Nie będziemy już nikogo fatygować. Zjadamy lepką od upału czekoladę i jedziemy w głąb wyspy.

Książę Montefeletri i jego ukochana żona  Batista Sforza – portrety namalowane przez Piero della Francescę – w tle wzgórza otaczające księstwo Urbino

Winnice, góry, miasta i kościoły, mały świat, jak wyjęty z głębokiego planu renesansowych portretów. Renesansowy koloryt, słynna włoska perspektywa powietrzna, na pierwszym planie brązy i złote beże wysuszonej ziemi, w głębi zieleń winnic i gajów, daleko w tle błękit nieba, morza, oddalenia. Podobne jest też zagęszczenie życia. Z pozoru bezludny krajobraz, zaledwie tło ważnych, pierwszoplanowych zdarzeń, jest jednak pełen sztafażowych scenek rodzajowych. W zakamarkach gór, za zakrętem drogi wyłania się przyczepione do skały, otoczone murami miasto, zwieńczone nieodłączną ruiną fortecy, pasterz odpoczywa w cieniu, stara kobieta w czarnej sukni i chusteczce wiesza bieliznę na podwórku, w oknie krzywego domu koronkowa firanka, kot, dziecko, pelargonia. Wielkie drzewo, donice rozmarynu i bazylii, oleandry, żółty, brzydko otynkowany kościół. Podjeżdżamy pod bramę. Stara kobieta bez słowa porzuca pranie i prowadzi nas do wnętrza. Pisarz nie powinien używać przymiotników oceniających, jego rola w opisie świata winna się ograniczać do wskazania cech i związków, ale nie bardzo można bez przymiotnika opisać wnętrze wiejskiego kościoła na odległej cykladzkiej wyspie, wnętrze, które po prostu zwala z nóg.

Kościół zbudowano w XI, a może XII wieku, budulca dostarczyły ruiny Starej Thery, ale technika budowlana w średniowieczu była znacznie bardziej zacofana niż w czasach helleńskich, surowiec pocięto więc na kawałki i z wyrafinowanej rzeźby kamiennej sklejono nieporadnie grube kolumny romańskie, małe, krępe triforia, beczkowate sklepienia. Coś jednak rozsadza tę przysadzistość. Dawna baza zmienia się w głowicę, orientalna arabeska korynckich kapiteli układa się niespodziewanie w roślinne wici jak z francuskich katedr, pojawiają się nieświadome echa renesansu karolińskiego, helleńskie cytaty z architektury egipskiej i nagle kawałek portalu, który antycypuje już kunszt wysokiego średniowiecza. Bizantyjska zasada główna, plan w kształcie krzyża greckiego, zwieńczony płaską pseudokopułą, została wypełniona zaskakującym chaosem szczegółów o cechach architektury i orientalnej, i zachodnio-latyńskiej. W XIX wieku Panagia Episkopi byłaby eklektyczna, w XX postmodernistyczna, zbudowano ją jednak w wieku XI, na obrzeżach świata, na granicy chrześcijaństwa i jest przede wszystkim wzruszająca. Każdy detal architektoniczny naznaczony został niezwykłym wysiłkiem osiągnięcia pewnego ideału, który nie wiadomo w ogóle, jak wyglądał, ani skąd się tu wziął. Może to tylko antyczne dziedzictwo uwysmukliło tu i ówdzie, oderwało od ziemi ku niebu sylwetkę kościoła, ale jest w niej też wpływ Orientu, daleki, lekki.

Więc może zawieruszył się tu jakiś, wracający z Jerozolimy statek Krzyżowców, bo mieli chorych na pokładzie. Wyobraźmy sobie epidemię biegunki, bardzo powszechną chorobę. Statek dobija do brzegu gdzieś w okolicy Kamari, wysłannicy szukają przytułku i, co za szczęśliwy zbieg okoliczności, z „Profesora Eliasza” schodzi właśnie w dół niewielka karawana obładowanych kamieniami osłów. Do klasztoru dość jeszcze daleko, w końcu jednak jest i dach nad głową, i przysłowiowa łyżka ciepłej strawy. Pobyt przeciąga się. Nadchodzą jesienne sztormy, i tak nie da się przed wiosną ruszyć dalej. Ozdrowieńcy pomagają w budowie kościoła, takie zadanie przystoi i rycerzom. Od ponad stu lat, od czasu gdy chrześcijański Zachód przetrwał grozę końca świata, która mogła była nadejść wraz z rokiem tysięcznym, budowa wielkich i wspaniałych katedr stała się zadaniem i zarazem szaleństwem całej Europy. Księżniczki noszą kamienie, biskupi pchają taczki z wapnem, możni pokutnicy oddają złoto, zbrodniarzom zamienia się karę śmierci na muratorską pracę ad maiorem Dei gloria. Zawiązują się pierwsze europejskie tajne związki, Bauhütten, loże masońskie, baraki budowlańców, gdzie majster i architekt, murator i mason pospołu strzegą ogromnej  tajemnicy: jak wznieść mur tak, by był smukły, piął się wysoko i otwierał w wielkie okna, przemieniające mroczne wnętrza budowli romańskich i zapowiadające już gotyckie świątynie pełne światła. Ta wiedza dopiero się rodzi, tajemnice dopiero można zacząć zbierać. Kościoły wciąż jeszcze są przyciężkawe, mury się walą, dachy zapadają, zdarza się, że na całe dziesiątki lat trzeba zaniechać podjętej budowy, bo nagle pojawia się jakiś jeszcze nie dający się rozwiązać problem techniczny. Wielkie belki potrzebne do dźwigania dachów i dzwonów nie mieszczą się na schodach wewnątrz wież kościelnych, wiotkich jak średniowieczne piękności. Cienkie mury trzeba podpierać od zewnątrz, rozsuwające się ściany spinać potężnymi kotwami lub owijać taśmami blachy. Wiek XI ogarnięty gorączką wznoszenia kościołów jawi się z daleka niby jakiś największy w historii cywilizacji zachodniej plac budowy, a jednocześnie pierwszy od czasu antyku wielki techniczny skok do przodu. Idea jako podnieta innowacji technicznych. Nowe pojęcie Boga jako światła nareszcie, po tysiącu lat, wydobywa chrześcijaństwo z ukrycia, z podziemia, z przytłaczającego mroku budynków wciąż jeszcze przypominających katakumby starożytnego Rzymu, w których chronili się prześladowani wyznawcy Chrystusa.

I jeszcze pełne zgrozy zachłyśnięcie się potępionym, diabelskim, ale uwodzicielskim pięknem orientalnego luksusu. Meczet Omara w Jerozolimie – żaden król, cesarz ani papież w Europie nie wznieśli jeszcze budowli tej miary, co inkrustowany tysiącami błękitnych i zielonych kafelków meczet na skale, gdzie Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka, lecz Bóg, sprawdziwszy jego gotowość, powstrzymał wzniesioną już do ciosu ojcowską rękę.

W klasztorze jeden z rycerzy pokazuje zabrany z Jerozolimy puchar srebrny z wizerunkiem meczetu, zbudowanego w VII wieku. Opisuje mozaiki, opowiada, co to jest prawdziwa kopuła, wielka, lekka, lecąca ku niebu jak żagle czy skrzydła cherubinów. Rysuje na piasku. Zna się na budowlach. Rozmawia z mnichami o świątyni Salomona, którą zburzył Tytus przed tysiącem lat.

Więc czasem w trakcie prac murarskich zdarzyło mu się zauważyć, że w Jerozolimie, ale i w Reims, Lüneburgu, a może w jakiejś wiosce nieopodal Salisbury, odrzwia wyglądają inaczej. Rysował jakieś fragmenty, ot, okno, jakby wyższe, węższe i spiczasto zakończone, jakaś inna symetria, oparta nie na czworokątności niebiańskiej Jerozolimy i poczwórności greckiego krzyża, czterech Ewangelistów, czterech stron świata, lecz na jednej pionowej osi, na niewidzialnej linii łączącej trzy światy, podziemną domenę Zła, Ziemię zamieszkaną przez ludzi i wysoko boskie niebo. Poziom odchodzi, rodzi się pion. Coś z tych opowieści przeszło w materię budynku Panagia Episkopi, jest w niej wciąż Bizancjum, ale jest i Francja, i Jerozolima wyzwolona. Jest ciężki konkret kamienia, ale jest wzlot zachodniej katedry i wschodniej kopuły ku górze.

Wędrówka wzorów, motywów, obcy świat poznawany w niedokładności przekazu, w opowieści pielgrzyma, w śmiesznie nieudolnym rysunku. Gdy kamieniarz z Ulm przedstawia stworzenie świata na portalu katedry, wie już, że świat jest wielki i nieogarniony. Wie, że Bóg stworzył nie tylko i mnie, i wołu, i ciołka, lecz, że stworzył także słonia. I mały, zaaferowany Bóg z kamienia tworzy na portalu słonika z wieżą na grzbiecie, figurę szachową, jedyne znane i konkretne odniesienie twórcy do bajań podróżników. Dzięki Krzyżowcom, którzy wrócili ze Wschodu, słoń, lew, meczet Omara z czasz srebrnych pucharów stały się wspólną własnością Europy. Przez następnych kilkaset lat na obrazach przedstawiających Jerozolimę i sceny z życia Jezusa pojawia się w miejsce Świątyni, której już nie było, meczet Omara, najpiękniejsza budowla średniowiecznego świata.

Kościół Panagia Episkopi jest eklektyczny, zdobiące go freski natomiast wykonano w czystym, chciałoby się powiedzieć, nieskazitelnym stylu bizantyjskim. Chrystus spożywa ostatnią wieczerzę. Wie, że umrze, dlatego artysta namalował go z zamkniętymi oczami. Po drugiej stronie umierająca Matka Boska ma oczy otwarte, czarne i przepastne, bo nie umrze, lecz tylko zaśnie i żywa pójdzie do nieba. U jej łoża apostołowie, jeden z okutaną w powijaki laleczką w ręku – to dusza Panagii, Wszechświętej.

Staruszka w czarnej sukience wymownie informuje nas, co jeszcze musimy zobaczyć. Jeśli się opieramy lub nie rozumiemy, mocnym chwytem suchej kościstej ręki wpija się w ramię, prowadzi i rozkazująco wskazuje kolejny obiekt podziwu. Kyria Pantokratoria gestem palca stwarzająca świat.

Wychodząc dajemy jej 400 drachm w dwóch banknotach. Spogląda na nas podejrzliwie, upewnia się, że banknoty są jednak dwa i bez słowa znika w krzywym domku za koronkową zasłoną.

Pyrgos, wysoko w górach, średniowieczna stolica wyspy. Jej nazwa znaczy tyle co twierdza, samą twierdzę natomiast mieszkańcy pieszczotliwie nazwali Kasteli. Kasteli jest dość dobrze zachowane i puste. Grube mury, przejścia, bramy, pozamykane wnęki, zejścia do piwnic, nisze, komory, dwa czy trzy kościoły. Cisza. Cisza popołudnia, cisza po sezonie.

Poniżej w mieście jest jednak jakieś życie. Przed biało otynkowaną kafejką siedzą na ławeczce starzy mężczyźni, szeregiem, jakby pozowali do pocztówki. Wąsate twarze, fajka, beret albo kaszkiet, czarna marynarka, szare spodnie, pokręcone ręce mocno wsparte na wysłużonej lasce. Na kamienistym podwóreczku przed dużym oryginalnym domem, o fasadzie wyłożonej ciemnokrwistym marmurem, jakiś chłopak z łoskotem prostuje blaszaną rynnę. Uderzenia młotka przeplatają się z dźwiękiem niespiesznej rozmowy, prowadzonej po niemiecku. Grüß Gott. Grüß Gott, prześmiewcza Bawaria, nie wiadomo dlaczego, skoro my przyjeżdżamy z Berlina, właściciel pochodzi z Hamburga, a jego młody przyjaciel jest Grekiem. Lekarz na przyspieszonej emeryturze, młody jeszcze, rentier, powiedzieliby Francuzi. Dorobił się dość, by kupić ten dom, który nie był droższy niż samochód. Jaki samochód, dopytujemy się, wciąż w żartobliwym tonie, bo nasz kosztował sześć tysięcy. Bywają różne samochody, odpowiada gospodarz, niektóre są może droższe od waszego. Może. Jest piąta po południu, pora na herbatę, którą wypijamy na płaskim dachu willi. Elegancka porcelana w stylu art deco, nierealna atmosfera lat 20. Starannie wyszukana estetyka, daleka od powiązań z pocztówkowym wizerunkiem greckich wysp. Przyciszony głos, wytworny sposób wyrażania się, pełne umiaru poczucie humoru, dyskretna rezerwa. Najwyższe osiągnięcie europejskiej kultury homoseksualnej, pałac zbudowany na czarnej otchłani seksu, potępionej i boskiej. Greckiej.

Głęboko w dole na popielatosrebrzystym morzu, za czarnymi sylwetkami wysp Kameni pojawia się zwiewna sylwetka czteromasztowego żaglowca. Cisza, kot się łasi i stygnie herbata, w purpurowej łunie nad bladą wodą Caldery zachodzi pomarańczowe słońce. Nie ma w tym zachodzeniu chmurzastej feeri barw, znanej tak dobrze znad Bałtyku. W pogodnych krajach południa na tle bezchmurnego nieba kula Słońca zachodzi konkretna i samotna, pojedyncza i zarazem wyniosła, jakby mówiła – to ja, Słońce.

Es fügte sich so…

Ewa Maria Slaska

Über die Zufälle

Ab und zu schrieb ich oder meine AutorInnen über Zufälle. Aber das Thema kehrt immer wieder zurück. Die Pragmatiker sagen, man lebe umgeben von sovielen Eindrücken, Items, Menschen, Ideen, Gedanken, Bildern oder Zahlen, dass IMMER irgendetwas zu irgendetwas anderen “passt”. Die Irrationalisten kontern, dass doch jeder von uns selber beweisen kann, dass ab und zu hintern den bizzarren Zufällen ein Sinn steckt, der für uns von Bedeutung ist  oder uns gar in unserem Leben weiter führt und neue Perspektiven öffnet. Es fügt sich, so zu sagen…

Diesmal fügte sich zuerst ein Telefongespräch mit einem Unbekannten.
“Mein Name ist Peter Kleinfeld”, sagte er auf Polnisch mit leichten deutschen Akzent. “Ich habe für sie eine Graphik von ihrer Mutter. Wollen Sie sie haben?”
“Ja”, sagte ich. “Klar will ich sie haben.”
Es war Mitte Dezember.
“Ist wunderbar”, sagte Herr Kleinfeld, “jetzt habe ich aber keine Zeit. Ich melde mich wieder im Januar”.

Er tat es. Wir trafen uns vorgestern, gingen im Fliegersiedlung spazieren, die voller Blumen war. Ich zeigte meinem Gast verwelkte, aber immer noch volle Blumen Sommerrosen,  Herbstaster, blühende Winterjasminsträuche und schon Frühling ansagende Winterlinge. Kaffee habe ich zuhause, wir kauften untwerwegs Milch und Berliner und gingen hoch in meine Wohnung.

Erst dann sah ich mir, was Peter (wir nannten uns noch Frau Slaska und Herr Kleinfeld) mir mitgebracht hat. Es war die alte Graphik meiner Mutter, Irena Kuran-Bogucka, eine der ersten schwarz-weissen grob gehauenen Holzschnitte. Vorher waren die Bilder, die Mama machte, entweder ja schon schwarz-weiss, sie wirkten aber eigentlich grau – es waren Stahlstiche und so wie die Technik es verlangt mit dichten dünnen Linien aufgebaut, oder waren sie schon Holzschnitte, aber immer noch mit sehr dünnen Linien gezeichnet und im weissgesprenkelten Hintergrund leuchtend hlellblau. Von der ersten Technik habe ich eigentlich in Erinnerung nur Mamas Diplomarbeit, ein Bild von ihr im Atelier, wo man diese Stahlstiche fertigte. Die blauen müssten mehrere gewesen sein, ich weiss aber heute nur noch von zwei, ein laubloser Baum in einer Schneelandschaft und die Treppen von Veliko Tarnovo, die älteste und hübscheste Stadt in Gebirgen Bulgariens. Jetzt erkenne ich die Treppen wieder, aber das Bild ist völlig anders, schwarz-weiß, mit breiten Meisel im weichen dicken Lindenbrett gehauen. Ich weiss es nicht, aber durch Wiederholung des Themas in einem anderem Metier komme ich an Gedanke, das es vielleict das erste Mal gewesen ist, dass Mama die neue Technik und neue Arbeitsweise benutzte. Danach sollte sie mindestens zwei Jahrzehnte so gearbeitet haben.

Peter und Ewa (wir dutzen uns schon) und dazwischen, hinter an der Wand das Bild Veliko Trnovo.

Das ist mehr oder weniger diese Strasse:

Es bleibt natürlich zuerst unbeantwortet die Frage, woher Peter das Bild hat? Wir dutzen uns schon und sprechen abwechselnd Deutsch un Polnisch. Peters Polnisch ist erstaunlich gut, obwohl er die Sprache vor halbem Jahrhundert erlernt hat und seitdem selten benutzte. Um sich an das Treffen mit mir vorzubereiten las er vier Tage lang das einzige Polnische, was er zu Hand hatte und dies war ein Polnisches Büchlein: Rozmówki Polsko-Francuskie, eine aus kommunistischen Polen stammende Erfindung, kleine Bücher, die alle Rozmówki hiessen, Gespräche also in verschiedenen Sprachen, kleine Produkte der kommunistischen Buchindustrie, Sprachführer, die allesamt die rauhe Tatsache nicht beachten wollten, dass wir in der Volksrepublik Polen kaum wohin fahren dürften.

Das war in der DDR noch schlimmer. Es war das Jahr 1965, Peter, Geburtsjahr 1939, hat gerade sein Studium der Anglistik und Germanistik an der Humboldt-Universität zu Berlin abgeschlossen und wollte per Anhalter nach Polen. Er kannte dort niemanden und auch die Sprache nicht, dazu noch per Anhalter, etwas was in Polen zu dieser Zeit absolut “in” war und Autostop hiess. Wir hatten sogar ein Lied darüber, gesungen von Karin Stanek, erster polnischen Sängerin, die sich von der Politik gar nichts machte. Jede vor uns wollte so sein wie sie.

Text versprach, dass man per Anhalter in ganz Europa fahren konnte. Es war das Jahr 1963, ob Peter dank Karin Stanek nach Polen kam?
Weiß ich nicht und kann nicht nachfragen. Erst jetzt, als ich das schreibe, stelle ich fest, dass Peter zwar meine Adresse und Telefonnummer kennt, ich aber seine Contacting-Angaben nicht habe. Ich weiss nur, dass er weder Handy noch Internetzugang besitzt und irgendwo in der thüringischen Pampa wohnt. Und ist in Thüringen der Erste im 100-Meter-Lauf in seiner Alters-Klasse. Muss stimmen, fit ist er.

Bevor er nach Polen fuhr, fand man doch irgendein Kontakt dort. Die Familie wohnte in Sommerfeldsiedlung in Kleinmachnow und war, wie viele dort, antroposofisch im Sinne von Rudolf Steiner orientiert  (sind sie eigentlich bis heute). Dort kannte man einen polnischen Mathematik-Professor, Moren, der unter den gleichgesinnten polnischen Gärtner die antroposofischen Kalender verteilte. So kam der Junge unter die polnischen Antroposophen. Der Professor schickte ihn weiter zu Maria Hiszpanska-Neuman, selber Antroposophin, aber dazu noch Grafikerin und obendrein Freundin meiner Mutter. Daher gab es schon in diesem Blog zwei Beiträge über sie: HIER und HIER.

So hat es sich eben gefügt, dass Peter, den man schon in Warschau Piotr nannte und dem man schon einen Spitznamen zugab: Kot Poliglot, zu uns nach Danzig kam. “Kennst du mich? erinnerst du dich an mich?” fragt Piotr. Ich schaue ihn an und sehe nichts Familieres zu dem, was ich 1965 kannte. “Nee”, sag ich. Er war damals 26, ich 16 – ein Generationsunterschied. Er behauptet aber, er kann sich an mich erinnern und an meinen ersten Freund, Zygmunt. Ich entdecke ihn erst, als wir über komischen Sprachfehler sprechen, die jede macht, wenn er die fremde Sprache lernt. Ich erinnere mich an einen jungen Mann aus der DDR, der schon bißl Polnisch sprach und schönes Versprechen produzierte: statt na razie zu sagen, was “bis bald” bedeutet, sagte er zarazie – was im Dativ, Ansteckung ist.

Er kaufte sich tonnenweise Bücher, vor allem englische, die man bei uns im Klub Międzynarodowej Książki i Prasy kaufen konnte, dem Klub der Internationalen Presse-und Buch, aber auch in Antiquariat, und die in der DDR nie und nirgendwo z haben waren, und die Mauer stand schon da, dh. nach Westberlin konnte man schon auch nicht mehr. Als er nach Hause fuhr, packte er seine Reisetasche voll mit den English Books und deckte obendrauf nur sparsam mit der schmutzigen Wäsche. Eine Methode, die wir im Osten damals alle benutzten.

Als er wegfuhr, gab ihm meine Mama ihre Graphik, die ich jetzt, nach mehr als 50 Jahren, bekommen habe. Es fügte sich so…

So weit für heute, zarazie…

Zagadka / Riddle / Rätsel

Co ja paczę? No, co to jest? / Was ist das? / What is that???



Na? And? I co?
Paczki świąteczne, co? Xmas Packages maybe? Ich glaub, Pakete. Weihnachtsgeschenke?

Aha!

Look! Schau! To popatrz.

Sztuka! Kunst! Art!!!!! And the Artist. A to artysta. Der Künstler!

Yrjö Edelmann (1941-2016)

Wiki auf Deutsch

artnet in English

a po polsku niestety jakiś dziwny portal, gdzie obraz olejny nazywa się “obraz olejowy” 😦
womanadvice.pl

Barataria 47 czyli szaleniec z Wydm

Ewa Maria Slaska

Jaki ojciec taki syn

W kilku odcinkach, poczynając od TEGO, pisałam o Silvio Gesellu, ekonomiście-utopiście z początku XX wieku. Gesell był zwolennikiem gospodarki wolnorynkowej opartej na wolnym (nie dającym się tezauryzować) pieniądzu, funkcjonującej bez stosowania zasad marksistowskich, ale też i bez zasad wielkokapitalistycznych. Jednostki gospodarcze, najczęściej wioski lub społeczności kilku wiosek, oparte o model Gesella czyli posługujące się wolnym pieniądzem istniały i właściwie do dziś istnieją tu i ówdzie, odnosząc nawet spore sukcesy. Warunkiem powodzenia jest tu po pierwsze fakt, że są to grupy małe i że naprawdę a nie pod przymusem stosują się do zasad przyjętych przez wspólnotę oraz że własze  świata zewnętrznego pozwolą im na wprowadzenie, zrealizowanie i  kontynuowanie eksperymentu. Opowieść Gesella o tym, jak powstają takie systemy i z jakich powodów upadają, została ulokowana na odkrytej, a potem zapomnianej, wyspie Barataria gdzieś na Karaibach. Przypomnijmy że w zatoce Meksykańskiej, naprzeciwko miasta Nowy Orlean rzeczywiście leży wyspa o takiej nazwie, która przez kilkadziesiąt lat była siedzibą słynnego pirata Lafitte’a.

Również syn Silvia, Carlos, był szalonym utopistą. Informacje o nim znalazłam dopiero ostatnio w artykule Michaela Stolleisa Die Wunderinsel Barataria. Sancho Panza und die Kunst des Regierens / Czarodziejska wyspa Barataria czyli Sancho Pansa i sztuka rządzenia. W przeciwieństwie do mnie, autor nie uważa naszego giermka za wcielenie karnawałowego króla, lecz traktuje go nader poważnie, właściwie jak renesansowy ideał władcy, który wciąż jest rycerzem jak każdy władca średniowieczny, ale już jest również uczonym sędzią, jak ci, którzy obejmują rządy w czasach nowożytnych. Gubernator Baratarii jest miernikim, wg którego ocenić można także jego następców, Silvia i Carlosa Gesellów.

Ktokolwiek będziesz w okolicy Mar del Plata, możesz wśród licznych ofert wybrać modny obecnie kurort nadmorski Villa Gesell (miasteczko Gesell czyli Gesellowo lub Gesellówka). Jego główna ulica nosi nazwę Bulwar Silvio Gesella (ojca zatem, nie syna), ty zaś oddać się tu możesz nie tylko zwykłym rozrywkom plażowym, ale popłynąć na połów ryb na pełne morze lub odwiedzić jednego z mieszkających tu artystów. Tysiące turystów tak robią, wcale nie wiedząc o tym, że jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku rozciągały się tu tylko piaszczyste wydmy, po których hulały burze piaskowe.

Carlos Gesell (syn Silvia), był udziałowcem założonej przez ojca fabryki środków higienicznych i ubranek dla dzieci, na czym jak można zrozumieć dorobił się na tyle, by móc kupić kawał argentyńskiego wybrzeża o szerokości około półtora kilometra i długości – kilometrów dziesięciu. Wydmy były, jak to wydmy, uporczywie piaszczyste, ale Carlos, być może zapatrzony w wizje Edenu, niemieckiej wioski produkującej owoce, gdzie w ostatnich latach życia zamieszkał tata, postanowił uczynić sobie ten skrawek ziemi poddanym, rozpoczynając uparte choć latami kończące się niepowodzeniem eksperymenty zamienienia wydm w oazę rolniczą. Miejscowi nazwali go «Loco de las dunas», szaleniec z wydm.

I oto kiedyś jego wysiłki zakończyły się powodzeniem – Carlos obsiał wydmy owsem nadmorskim, który umocnił luźne piaski i przygotował tym samym podłoże pod następne rośliny.

Ogromną rolę w użyźnianiu wydm odegrały akacje. W lasku maleńkich akacji Carlos założył utopijną kolonię, gdzie zamieszkał z żoną i garstką kolonistów. Rychło okazało się, że te surowe piaski zaczęły, podobnie jak rodzina szaleńca, z roku na rok coraz szybciej i więcej płodzić. Carlos miał trzy córki i trzech synów z pierwszą żoną, a potem jeszcze następne dzieci z drugą i trzecią.

Pierwszy dom zbudowany przez Gesella na użytek kolonistów stał właściwie w szczerym piachu i miał czworo drzwi w cztery strony świata, tak by zawsze, niezależnie od tego, co aktualnie zrobi wiatr z piachem, i które drzwi zasypie, zawsze można było wyjść z domu.

Kolonia Gesella rządziła się surowym rygorami, nie wolno było palić ani grać, a alkohol wolno było pić tylko od wielkiego święta.  Było to więc minipaństewko policyjne, w którym restrykcje zapewniały przestrzeganie zasad. To zresztą klasyczny wręcz problem wszystkich utopii (dziś się zaczęło nazywać dystopiami, jakby utopia za bardzo się – nam? – zaczęła kojarzyć z utopieniem się i utopcami). Są tylko dwie metody uzyskania posłuszeństwa zasadom – wychowanie czyli przymus łagodny bądź przymus bezpośredni.

W drugim zbudowanym w kolonii domu mieści się dziś muzeum.

Carlos, urodzony w 1891 roku, zmarł w podeszłym wieku w roku 1977. Ale wtedy jego utopijna kolonia dawno już przekształciła się w zwykłe kąpielisko jakich wiele w tej części Argentyny, 400 kilometrów na południe od Buenos Aires. Realny kapitalizm wchłonął bez reszty utopię szaleńca. Zresztą na życzenie samego założyciela, który jako pierwszy zaczął w kolonii budować domy dla spartańsko usposobionych turystów. Teraz zresztą nie mu już tych pierwszych hosteli turystycznych, zastąpiły je zwykłe hotele z basenami, sauną, barem i jakuzzi.

Carlos był podobnie jak jego ojciec, człowiekiem dobrze wykształconym i niezwykle kreatywnym. Jego zapał zjednywał mu ludzi. Gdy rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, dwoje dzieci pozostało z nim w koloni Gesell, podczas gdy reszta wyjechała z matką do Buenos Aires.

To wszystko są dobrzy ludzie, pisze autor, i Silvio, i Carlos Gesell, i fikcyjny Sancho Pansa. Chcą dobrze, podejmują wysiłki, a i tak przegrywają. Choć przecież możnaby tu zaoponować i powiedzieć, że nieprawda. Według wzorów zaproponowanych przez Silvia Gesella funkcjonowało jednak, ba dobrze prosperowało, kilka autentycznych jednostek gospodarczych, kres ich prosperity położyły zakazy wymuszone przez bankowców na rządzących. I jednak, umówmy się, Carlos Gesell rzeczywiście zamienił 25 kilometrów kwadratowych piachu w kwitnące krajobrazy modnego kąpieliska. I w końcu również Cervantes udowodnił nam na przykładzie Sancho Pansy, że można być dobrym sędzią, pod warunkiem że się umie używać rozumu, i że można bez złości zrezygnować z władzy, pod warunkiem, że nie stanowi ona dla człowieka jedynego celu w życiu.

A wszyscy trzej udowodnili, że czasem udaje się zrealizować idiotyczne marzenia.
Extra dodatek dla tych, którzy znają niemiecki – jedna z najstarszych mieszkanek Villi Gesell założyła w roku 2012 (w wieku 90 lat!) specjalny blog, który nazwała geselligerunde-blog (nazwa wywodzi się oczywiście od nazwiska założyciela miasta, ale oznacza też: ożywione spotkanie towarzyskie). Jest to dwieście krótkich wpisów o mieście, domach, ludziach, zwierzętach i historii. W niektórych historyjkach pojawia się też osoba założyciela, już jako starszego pana z siwą brodą. Autorami wpisów są różne osoby, które autorka zaprosiła do współpracy.

Barataria 45 zagadka (rozwiązana) – Wyspy Bożego Narodzenia

Ewa Maria Slaska

Są dwie, daleko od siebie. Poproszę o nazwy obu … Będzie nagroda… (zagadkę rozwiązał nasz Autor, skrywający się zresztą w komentarzu za ksywką Pharlap)

xxxx
Wyspa Bożego Narodzenia (Christmas Island)
xxxx Wyspa Kiritimati (Wyspa Bożego Narodzenia)
Terytorium zależne Australii xxxx Największa z 33 wysp niezależnego państwa wyspiarskiego Kiribati
Ocean Indyjski xxxx Ocean Spokojny
xxxx
Ptak na fladze – faeton żółtodzioby
Phaethon lepturus fulvus
xxxx Ptak na fladze
Fregata minor (fregata średnia – największy ptak latający)
Gwiazdy na fladze: Krzyż Południa
xxxx Gwiazda na fladze: Słońce
Odkryta po raz pierwszy w roku 1615 przez Johna Milwarda z Kompanii Wschodnioindyjskiej i zapomniana, ponownie odkryta w r. 1643 w dzień Bożego Narodzenia przez kolejnego kapitana tej Kompanii – Williama Mynosa. Obaj tylko przepłynęli obok wyspy. Dopiero w roku 1688 zeszła na ląd załoga statku Cygnet. xxxx Odkryta w roku 1777 w dzień Bożego Narodzenia przez Jamesa Cooka
Wyspa jest wierzchołkiem podwodnej góry xxxx Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku. Wyspa jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej, jest przeto ważnym punktem odniesienia dla każdego baratarysty.

Największy atol i największa wyspa koralowa na świecie.

1402 mieszkańców xxxx 5586 mieszkańców
Stolica Flying Fish Cove

 

xxxx Nie ma stolicy, jest 5 wsi: Poland, London, Paris (ruiny), Banana i Tabawakea.
Poniżej Poland.
Wioska została nazwana dla uczczenia Polaka Stanisława Pełczyńskiego z amerykańskiego statku przewożącego koprę, który był na wyspie, gdy jej mieszkańcy mieli problemy z nawadnianiem plantacji palmowych. Stanisław pomógł im rozwiązać problem. W Poland znajduje się kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, a zatokę w lagunie nazwano Zatoką Świętego Stanisława.
Polscy podróżnicy: Wojciech Dąbrowski xxxx Polscy podróżnicy: Ryszard Badowski ze Szczecina, Olgierd Budrewicz, Wojciech Dąbrowski

W lipcu 2018 roku na jachcie Lady Dana dopłynął do wyspy polski żeglarz kapitan Henryk Wolski z polską załogą. Do Poland, gdzie nie ma portu, pojechali samochodem. Była to część rejsu śladami Edwarda Strzeleckiego.

Zamiast choinki / Anstelle eines Weihnachtsbaumes

Picuture published by our friend Monika Saczyńska

Und unten (ohne abzugucken) solche Dekoration bei Dorota Kot / Poniżej podobna dekoracja u Doroty Kot, która wcale nie tu szukała inspiracji.

No i oczywiście, jak zawsze, obowiązkowa choinka z książek, tu z księgarni FiKa w Szczecinie (www.fikaszczecin.blogspot.com).

Und wie immer, ein Weihnachtsbaum aus Büchern, diesmal in FiKa-Buchhandlung in Stettin.

A tu choinka z książek Krystyny Koziewicz / Buchweihnachtsbaum von Krystyna Koziewicz.

Mein Weihnachtsbaum wanderte diesmal am 1. Adwent vom Balkon zum Überwintern ins Wohnzimmer. Noch dazu: Keine Dekoration ist gekauft worden, alles ist gefunden oder geschenkt worden, oder es sind meine Schals und Perlenketten, alltägliche Gegenstände also, die umfunktioniert wurden, damit der Mix aus Adventskranz und Weihnachtsbaum in diesem Jahr rot wirkt. Die blaue Figur oben links ist eine Skulptur von Barbara Piwarska-Ur.

Moja tegoroczna choinka przywędrowała na przezimowanie z balkonu i jest mixem wieńca adwentowego z choinką. Wszystkie dekoracje są albo znalezione, albo podarowane albo przerobione z przedmiotów codziennego użytku. Ciemnoniebieska kobieta po lewej stronie zdjęcia u góry to rzeźba Barbary Piwarskiej-Ur.

Podróżnik berliński, Maciej Łuszczyński-Łempka pokazuje, jakie są choinki w Gruzji / Hier ein Foto aus Georgien:

No i hit wszechczasów, już tu przed rokiem publikowany – choinka Sebastiana! / Und der beste Weihnachstbaum aller Zeiten, publiziert hier schon Mal im Jahre 2016 – Weihnachstbaum von Sebastian!

Ze świata podręcznych 9

Zosia woła, woła, woła, od wielu miesięcy Zosia woła praktycznie codziennie!

MIASTO BEZPRAWIA – TONIEMY W PRZEMOCY

Nasze miasto staje się miastem bezprawia, panuje tu powszechna akceptacja dla przemocy.
A zachowanie władz, instytucji i funkcjonariuszy policji z KPP wskazuje na wiele patologicznych powiązań.
Niemoc organów powołanych do zadań przeciwdziałania przemocy zatrważa. W naszym mieście potrzebujemy monitoringu!
Chcemy żyć spokojnie.

Zosia ma sprzymierzeńców, ale sprawca przemocy ma ich też i są chyba lepiej ustawieni, dlatego nadal ma się dobrze, przebywa na wolności i zajmuje mieszkanie, z którego dzięki przemocy pozbył się i Zosi, i jej matki.

6 grudnia Zosia donosi: Departament Społeczeństwa Obywatelskiego przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zajmie się sprawą bezpieczeństwa obywateli naszego miasta.
4 grudnia sprawę Zosi relacjonuje lokalna gazeta online,
Zapiski mazurskie:

Radni – nie bądźcie bezradni – apeluje mrągowska działaczka do reprezentantów mieszkańców z Rady Miasta Mrągowa

Kieruję apel ofiar przemocy, proszę pomyśleć, ale tak jak zwykły szary człowiek a nie organ samorządowy, że na moich stronach „Mrągowo bez przemocy” znalazło się kilka tysięcy wpisów i postów świadczących o tym, że mamy problem w Mrągowie.

Przeraża duża skala przemocy w Mrągowie – dotyczy nas wszystkich, a moja sprawa to jedna z wielu. Odnoszę wrażenie, że nasze miasto Mrągowo to miasto niemocy wobec przemocy.

Właśnie tymi słowami zwraca się Pani Zofia Wojciechowska z Mrągowa do radnych miasta Mrągowa.

Zofia Wojciechowska wystosowała apel. Spełnia swój obywatelki obowiązek i jeszcze chce się jej działać.

Zanim doszło do debaty na temat przemocy w Radzie Miejskiej, Zosia poruszyła niebo i ziemię, pytając wszędzie, w Sądzie, na Policji, w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, w tzw. MOPSie czyli Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, w Fundacji Niebieska linia i w Fundacji Biała Wstążka – dlaczego? Dlaczego pomaga się sprawcy, a nie jego ofiarom?
Dlaczego? Przyznaję, że nie wiem. Chyba że odpowiedź będzie taka jak zawsze – bo sprawca jest mężczyzną, a ofiarami są kobiety, ba, kobiety samotne!

W międzyczasie mama Zosi wylądowała z zawałem w szpitalu, po czym została umieszczona w drogim, opłacanym prywatnie Ośrodku Rehabilitacyjnym. 

Czy tak wygląda prawo? Czy tak wygląda sprawiedliwość?

Czy zmieni coś kolejna instytucja, która ma się obecnie zająć sprawą Zosi? Czy to kolejne mydlenie oczu?

Trzymaj się, Zosiu!

Awesome texts coming to you as a blogmaster

Ewa Maria Slaska

Scraps

I do not understand, what’s that. I do not know, why anybody sends me information like that. They are filtered by aksimet which is a system protecting blogs from spam by wordpress. Akismet tells me always how many of those spams I get from the beginning of my era by wordpress. Now, after almost five years here, they are about hundred thousands  Akismet works very good, so usually if the system says it is a spam, it is a spam. Mostly porn, muscle building or some other deals or adverts, some in Russian or Chinese… But then, sometimes there come some sentences, which make sense… Messages. Not for me, but anyway… Scraps but they seem to belong together. I am curios what they try to say us. So one day exactly on 28th of August 2017 I decide I gather them to see the sense being hidden behind… Do not ask me why? Just so!

There are some errors but I let them be. Maybe they have sense. Some doubled vocals, let say… Is a bbed more a bed than a bed?

Leroy Sane looks like he has the beating of Bryan Oviedo every time he takes him on.

You underѕtand wһat Pastor Johansson informed us on Sunday is that God reallу likes worship. Daddy added.

Evеryone laughed making an attempt to think about what sort if party Мarry and Joseph gavve for Jesus when He wwas ѕix. Larry wondered. I guess hhe appreciated the same type of toys we like.

WE WILL? Theyy each ѕhouted and they ran tto thе bedd room bickering about who will get to go first.

You impⅼy like once we sing rеward songs іn Church?? Larry aѕkeԁ and daddy nodded. Pгoperly I couⅼd make up a worship song. So Larry junped to his toes and started to makе up а song to a reawlly unhеalthy tune. Jesus is so cоol.
Its ffun beong with God. Hes the funnest Godd anybody might have! Larry sang very badly so Lee had put his hands over hіis ears.

Effectivеly boys, Mommy finally entioned after thеyd prdovide you with numerous silly concepts of what God did for enjoyable? What God really likes is when indioviduals love оne another and deal with each other like we ddo in ouг famiⅼy?
Tһat made sense to Lee аnd Larry so Lee hugged Mоmmy and Lartry huggged daddy tto
just make God happy.

ᒪIKE WHAT DADDY, TELL US, TELL US. Both boys jumped up and down wanting to know find out how tߋ make God happy.

Мy flip, my turn? Larry mdntioned eagerly wiggⅼing to get a chance too talk? Ӏ beⅼieve one of the best thing abbout God is that hee can beat up the satan aas a result of the satan is scary and mean and ugly and bad and Godd can beat hhim up so thе deviil can’t damage us like he did these demon crammed folks in Jesus day.

Effectively, I am stuned you all left tthe very additional bedt onne for me? Daddy stateⅾ with a teasing smile? It’s that hе sent Jesus to diie fߋor us and give us life ceaselessⅼy and ever and that due to that we are going to be a family in heavеn for millions of years. That’s fairly good isnt іt?

This is such a еnjoyable game and we had a pеrfect birthday Daddy?
Larry added. Can wwe play? What’s the best thing about God? tomorrow too? he begged hіs Ꮇommy.

The writing person uses tu use the name linux. Not every time, but still… Anyway it was funny as it was the birthday story, now it is slowly changing in an usual wordswordswords of all the sects in the world, pity!

Propeгly like Mommy mentioned, after we love each otһer and love the world that Jesus died for, that’s a kind of worship.
Once we take into consideration God and listen to thee sermon or in Sunday Schoߋl, thаt’s a approach of worshipping because we are learning how gгeat God is and He likes that. Or once we sit around and tell one another what the best things about God are.

It is 16th of October. After about six weeks the story started again:

You understand hoᴡ much you like hearing folks say how sensible or cute you boys are?
Effectively God likes after we talk together about how nice he is. Daddcy answered.

You undеrstand what Pastor Johansson instructed us on Sunday is that Good actually likes worship. Daddy added.

I doo know!? mentioned Larry?I guess hee likes angels as a result of he has them round alll of the time. Maybe he and the angeⅼs play family video games likе we do sometimes. Perhaps they plzy Мonopoly?

This made Мommy snigger really hard.

Daddy wins!? The twins declared.

І bet he is PERFECT at it!? Laughed Larry.

Everуbody laughed attempting to think about what kind of celebration Mary and Joseph gave for Jeѕus when He was ѕix. Larry wondered? I bett he favored the ѕame sort of toys we likе.

After some days this sentence comes again: I bett he is PERFЕCT at it!? lаughed Larry. But the error is different! It means somebody is putting it per hand, always new.

I have the feeling till now it was a story about one boy, Larry, becoming actually six. In December, like Jesus. Since now, they are two boys, Larry and Lane. In a curse of story they will become twins.

Prоperly boys? Mommy finally stated after that theyy had ⅽome up with a lot of foolish ideas of what God did for enjoyable? What God actually likes is when people love one another and carе for each othеr ⅼike we do in our family? That made sense
to Lee and Larry so Leee hugged Mommy and Larry hugged daddy to just make God happy.

Well lime Mommy mentioned, once we love each other and love the worl that Jesis died for, that?s a kind of woгship. After wee think about God and listfen tto the ѕermon or in Sunday Faculty, that?s ɑ means of worshiρping asѕ a result of we are learning how nice God is aand He likes that. Or once wе sitt around and tell each other what the best issues about God are. You know hоw much you want hearing folks say howw sensible or cute you boys are? Properly God likes once we discus together about how great һe is.?

Daddy answered.

Yes, after some days it comes the second time.

Well lime Mommy mentiⲟneԀ, once we love each other and love the world that Jesis died for, that?s a kind of woгship. After wee think about God and listfen tto the ѕermon or in Sunday Faculty, that?s ɑ means of worshiρping asѕ a result of we are learning how nice God is aand He likes that. Or once wе sitt around and tell each other what the best issues about God are. You know hоw much yoᥙ want hearing folks say howw sensible or cute you boys are? Properly God likes once we discus together about hoѡ great һe is.?

Daddy answered.

And then the third time. Even the errors are the same. Seemingly the story does not go further. But a few days later, it is going…

ᏔE WILL.? They both shouted they usually ran to the bedroom bickering aЬout whoo gets to ggo fiгst. (it came the second day some days later with other errors: WE WILL.? They each shouted they usually ran to the bedroom bickering about who will get to go first. It means, they do not copy&paste it, they write it again and agin.)

Lee and Larry loved their sizth birthday party.
Regardless hаt they were twins, Mоmmy and Ɗaddxy at all times made posіtive they each had a particular time. And with tһeir birthdays coming inn December, Mommy and Daddy
also always ade ppositive their birthdays һad been special though Christmas
was right around the corner. The party was so enjoүаble with a clown and cake and songs
and fantastic рresents from their pals ɑnd grandparents and uncle and ɑunts.
It glided bby soo fast however earlier than they knew it, everybody had ɡone hoᥙse
and it wass time too clean up and prepare for bed.

Yes! Now! I have a proof, they are writing it new again and again. You see? There is in a text upon “Regardless” and “friends” against “Despite” and “friends” beneath.

Lee and Larrʏ beloved their sixtһ birthday partʏ.
Despite thhe faсt that they had been twins, Mommү and Daddy always made sure theyy
every had ɑ particular time. And with tһеir birthdays coming
iіn December, Mommү and Daddy additionally always
made certain their birthdays һad Ƅeen special regardlеrss that Christmas
was riցht around the cοrner. The occasion was so enjoyable witһ
a cclown and cake and songs and fantastic presents fr᧐m their frikends and grаndparentѕ and unclе and aunts.

It went by so ԛuick but before they knew it, everyƄoԀy һad gone home and
it was time to ᴡash up and get ready for bed.

Daddy wins!? The twins declared.

І bet he is PERFECT at it!? Laughed Larry.

More or less it is a story about Mom, Dad and two boys. Primarily I thought one of them is getting 6 and has birthday. But they are twins. There was a birthday party with a lot of plays and gifts. A very happy family. And all the time this happy family speaks about God, trying to make him also your friend. Actually a nice story, the question is only: who is making it coming to us on such a complicated way? And what for? It means, what is a profit he makes with sending his messages to us? Doe’s he hope I start to belive God after reading it? Almost for sure – not! He can not be such an idiot. It means he is paid for what he is doing. A sort of troll? Yeah! But that is again: why this story? I do not ask those questions by adverts of any sort, but God as a friend and not trying to press me to buy anything, is no businnes at all. So it is for faith. 

You see what I mean? My questions are spinnig like a merry go round. But in a way it is a Nativity, a history of God being born six years erlier and now making his birthday party?

Lee and Larrʏ beloved their sixtһ birthday partʏ.
Despite thhe faсt that they had been twins, Mommү and Daddy always made sure theyy
every had ɑ particular time. And with tһеir birthdays coming
iіn December, Mommү and Daddy additionally always
made certain their birthdays һad Ƅeen special regardlеrss that Christmas
was riցht around the cοrner. The occasion was so enjoyable witһ
a cclown and cake and songs and fantastic presents fr᧐m their frikends and grаndparentѕ and unclе and aunts.

It went by so ԛuick but before they knew it, everyƄoԀy һad gone home and
it was time to ᴡash up and get ready for bed.

So, many happy returns, boys. And Jesus! For you and for all of us!