„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

U fryzjera

Chyba żaden zakaz wprowadzony podczas kwarantanny, a potem stopniowo łagodzony, nie wzbudzał tylu emocji, co fryzjer. Wizyta u fryzjera urosła do rangi wyznacznika wolności i to w każdym wymiarze, politycznym, społecznym, indywidualnym. Facebook tonie w powodzi selfie spod fryzjerskiego hełmu albo z pasemkami owiniętymi sreberkiem sterczącymi naokoło głowy jak, nie przymierzając, wypustki coronawirusa. Ludzie dzwonią do siebie korzystając z połączeń wideo i na kablach międzykontynentalnych pokazują sobie swoje nowe fryzury. Temat nie jest zastrzeżony tylko dla młodych i tylko dla kobiet. Czy rozmawiam z młodym gniewnym intelektualistą czy z bardzo starą panią, wizyta u fryzjera lub niemożność jej zorganizowania jest tematem numer dwa każdej rozmowy, ważniejsze (temat numer jeden) jest tylko pytanie o zdrowie.

To jak się czujecie?

Maria Marucelli, nasza autorka z Florencji, pisze:

Nareszcie, od poniedziałku a raczej wtorku (bo w poniedziałki we Włoszech fryzjerzy są zamknięci) zostały otwarte zakłady fryzjerskie! Udało mi się umówić na czwartek na godzinę 19:30 – normalnie moja fryzjerka pracuje do czwartej, piątej, no ale teraz mają olbrzymie zaległości, są panie z odrostami, długimi włosami i wszystkie chcemy zrobić porządek z głową. Ja chciałam tylko obciąć włosy, udało mi się więc dostać do fryzjerki szybko, Marianna (moja córka) która ma duże wymagania – bo może tylko w sobotę i chce wyprostować sobie włosy, co jest operacją bardzo długą – umówiła się dopiero na za dwa tygodnie.
Ale ja przecież piszę o mojej wizycie u mojej fryzjerki. Po pierwsze umówić się można tylko przez telefon, bo do zakładu wchodzą tylko osoby umówione, mniej więcej w połowie drzwi jest taśma żeby zatrzymać ewentualnych chętnych bez zamówionej wizyty. Przyszłam pod zakład dziesięć minut wcześniej, wewnątrz nie było żadnej klientki, a trzy panie pracujące tam odkażały salon po obsłużeniu poprzednich klientek – mogą wejść na raz tylko dwie. Odkażały, to znaczy psikały jakimś płynem na wszystko i następnie przecierały papierowymi ręcznikami. Oczywiście zamiotły podłogę i umyły ją też pewno płynem odkażającym. W momencie, kiedy zostałam zaproszona do środka, wszystkie panie założyły maseczki, wydezynfekowały sobie ręce i założyły jednorazowe rękawiczki.
Weszłam, pochylając się pod wyżej wspomnianą taśmą, tuż obok, po prawej stronie na podłodze jest czarną taśmą klejącą wyznaczony kwadrat, w którym należy stanąć, obok umieszczono automatyczny dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, wydezynfekowałam je i zostały mi podane jednorazowe rękawiczki, które oczywiście na wilgotne ręce nie wchodzą, zrezygnowałam więc, ale musiałam założyć plastikowe pokrowce na buty, a torebkę wraz z kurtką włożyć do plastikowej torby, która została zamknięta. I tak to byłam gotowa do umycia głowy. Pozostała część: strzyżenie, suszenie i układanie włosów poszła normalnie, bo moje fryzjerki od zawsze stosują urządzenie do dezynfekcji nożyczek i  szczotek, które jeszcze przed dezynfekcją dokładnie się czyści z włosów.
W tym wszystkim najważniejsze jest to, żeby nikt kto nie wie, że jest zarażony, bo wirus jest w fazie wykluwania się, a jest już zaraźliwy, nie zaraził nikogo, tak fryzjerek jak innych klientów. Ale to oczywiście również znak, że zaczynamy z wolna normalnie funkcjonować, bo fryzjer dla kobiety to bardzo ważna rzecz.
W pół godziny byłam gotowa, zapłaciłam, a do worka, w którym przechowywana była moja osobista torebka i kurtka, włożyłam pokrowce na buty i wszystko wyrzuciłam do specjalnego wora na plastikowe odpady.
Nie muszę pisać chyba dwóch oczywistych rzeczy, a mianowicie że cały czas byłam w maseczce i że wyszłam wielce szczęśliwa, że mam porządek na głowie!
We wtorek idę na pedicure!


PS od adminki. A ja dodam jeszcze jedną uwagę. Rękawiczki, maseczki, worki, pokrowce, ręczniki papierowe, spraye, płyny do dezynfekcji, plastikowe taśmy, naklejki, ustawiające nas to tu, to tam… Corona pozwoliła naturze przez chwilę odetchnąć. Sarny chodzą po Krupówkach, delfiny pływają w kanałach Wenecji, ale jednocześnie wzięły w łeb wszystkie nasze starania o likwidację reklamówek, foliówek, kubków jednorazowych i plastikowych naczyń. Ledwo zaczęliśmy się drobnym kroczkiem przymierzać do zmniejszenia ilości zużywanego przez nas plastiku, ledwo wymyślono talerze z otrębów i torebki z ości dorszy, zaczęliśmy od pierwszego dnia kwarantanny zużywać więcej plastikowego badziewia, niż kiedykolwiek w czasach wszechwładzy foliówki w sklepie.
EU chciała wprowadzić od roku 2021 zakaz sprzedaży wszystkich produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzywa sztucznego.
I co?

Gdańsk. Otwarte zakłady fryzjerskie po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.
Nz. Salon Fryzjerski Piotr Kunderak Hair (https://www.gdansk.pl/wiadomosci/fryzjer-znowu-otwarty-pierwszy-dzien-dzialalnosci-salonow-oczami-ich-wlascicieli,a,171356)

Z dala od Baratarii (Joyce)

Michałowi, który mi osiem lat temu podarował tę książkę

Od momentu, gdy ukazał się TEN wpis, wszyscy wiedzą, że ja, zagorzała czytelniczka Marcela Prousta, dopuszczam się zdrady i czytam Joyce’a, i to do poduszki. No, ale co zrobić, trzeba było wykonać postawione mi przed nosem zadanie joyce’ologiczne i znaleźć, gdzie JJ z całą pewnością odwołuje się do Cervantesa. 

Po dwóch tygodniach znalazłam. I to na jakiej pięknej stronie: 234! 

Ewa Maria Slaska

But, Sin Showpanza, could anybroddy which walked this world with eyes whiteopen have looked twinsomer than the kerl he left behind him? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Of all the green heroes everwore coton breiches, the whitemost, the goldenest! How he stud theirs with himselfs mookst kevinly, and that anterevolitionary, the churchman childfather from tonsor’s tuft to almonder’s toes, a haggiography in duotrigesumy, son soptimost of sire sixtusks, of Mayaqueenies sign osure, hevnly buddhy time, inwreathed of his near cissies, a mickly dazzly eely oily with looiscurrals, a soulnetzer by zvesdals priestessd, their trail the tractive, and dem dandypanies knows de play of de eyelids, with his gamecox spurts and his smile likequid glue (the suessiest sourir ever weanling wore), whiles his host of spritties, lusspillerindernees, they went peahenning a ripidarapidarpad around him, pilgrim prinkips, kerilour kevinour, in neuchoristic congressulations, quite purringly excited,rpdrpd, allauding to him by all the licknames in the litany with the terms in which no little dulsy nayer ever thinks about implying except to her future’s year and sending him perfume most praypuffs to setisfire more then to teasim (shllwe help, now you’ve massmuled, you t’rigolect a bit? yismik? yimissy?) that he, the finehued, the fairhailed, the farahead, might bouchesave unto each but everyone, asfar as safras durst assune, the havemercyonhurs of his kissier licence. Meanings: Andure the enjurious till imbetther rer. We know you like Latin with essies impures, (and your liber as they sea) we certney like gurgles love the nargleygargley so, arrahbeejee, tell that old frankay boyuk to bellows upthe tombucky in his tumtum argan and give us a gust of his gushy old. Goof!

Ale czy, Sin Pumppanza, ktokolbud kto brodził po świecie z szeroko otwartymi białkami mógł wyglądać braciej dwurodnie niż chłopczyna którą zostawił za sobą? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Wśród glauckich herosów elladykolwiek cotona sobie mieli grynczesy, ten najbielszy, ten najzłotszy! Chodząca kewinność, jak pan muk stał, ob anterewolucjonista, dzieciojciec duchowny z góry mig do dołu, z kępy tonsora do stóp jałmużnika, hageografia duotrigesumy, syn sześćkiełsiątego słońca, synocóra Majarani, najwyższy ciąż za buddym razem, kolony wiatużkiem siorcyzów, o mikle lśniącej, olejnie wijnej luz kareolo włosów, soulnetzer zwiazdowany przez gwiestalki, trele ich traktów, już dam dandypanie wie jak dam powiekami grać, kogut ostrogut, klej płynny funt śmiech (suessłodszy sourir dzidzikolwiek wydany), hetman sfery boskiej, lusspillerinokolan, piejących mu peahenny  ripidarapidarapadokoła, przywódca pielgrzyma, kerilour kevinour, wrzaskon gresulacji neuchorystyczny, w mraukotnym podnieceniu rpdrpd, a luznym wielbiących przezliskami z litanii terminów, których żadna dulsyne ani myśli dać do dorozumienia, chyba że zaroczona przyszłej małżowinie, kadzących mu puffumami, nie tyle by go rozdrażnić ile rozpalkoić (msze pomóc, że masz mało, ci ręko letko? jesmak? jimosze?) że on, tak pięknobarwny, tak jasnogłosy, tak przedniogłowy, mógłby ułaskawić każdą a nie jedną ustce raz, asfaras safrse dać assunt, zmiłuj się nad niami, licencją na całowanie. Wiemy że lubisz łacinę z esskimi jej zanieczyszczeniami, (jak i swój liber jak morze widome) pewnie jednak lubimy gulglęta kochamy narglegarglej więc dalej, arrabojże, rzeknij temu frank staremu bojkowi żaby duł miechy a tamtem przez trombielki orgament palnął nam porywkę ze starej polewki. Gupstwo!

Ufff. Poszukałam, przeczytałam, przepisałam. Veni, vidi, vici. A teraz już chciałabym pójść z powrotem do Prousta, ale nie mogę, bo jak się raz wciągnęłam w tę historię, to bym chciała się jeszcze dowiedzieć, o co chodzi? Joyce’olog mi wyjaśnił, że to powieść jak globus (jakoronawirus?), rozrasta się kuliście we wszystkie strony (zaprawdę pandemiamwam – corona), a przy tym każde słowo (fraktale! fraktale! duże takie same jak male) podobnie rozrasta się kuliście od centrum, jeśli więc jest giermek i pansa, to jest i pan jego polski, i brzuch łaciński, i angielski bratek pansy (co i geja oznaczy) i francuski myśliciel zdziczały (dziki bratek – pensee sauvage). 

Jako czytelniczka powiem jednak, że ok, rozumiem globalny globusowy zamysł makrokosmiczny i rozumiem haikopodobne zabawy z każdym słowem, ale nie rozumiem tego, co pomiędzy, nie wiem, co tam się dzieje i to mnie deprymuje. Bo jednak chciałabym zrozumieć, co się zawarło w umyśle autora między tym, co makro i tym, co mikro, czyli co oberżysta i jego córka i synowie robią w trakcie tej liczącej dokładnie 628 stron powieści (polskie tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, wydane przez Ha!Art, też liczy tyle samo stron, i każda strona po polsku odpowiada – no, powiedzmy, prawie odpowiada – stronicy po angielsku). I jak już myślę, że wiem, że wstają, gotują, jedzą, przyjmują gości, idą do teatru, to mi się to wszystko rozpikselowuje, rozpada jak na obrazach impresjonistów, i już widzę tylko, jak straszni mieszczanie u Tuwima, nie świat i czas, i czasoprzestrzeń, tylko, że Staś, że dom, że drzewo… I odsuwam zrezygnowana to tomiszcze, myśląc, ach, Proust, wprawdzie i on przez 50 stron pierwszego tomu obraca się z boku na bok, zanim zaśnie, ale ja wiem przecież, bo czytałam go pewnie z 50 razy, że się obróci, i zaśnie, a kiedyś jak dorośnie, zmarznie i zje kąsek magdalenki, zanurzony w herbacie lipowej, a wtedy wstanie z niej całe miasto Combray, a za nim Paryż, Balbec i Wenecja, i zakwitną białe głogi wzdłuż posiadłości Swanna i dziewczęta na plaży, Gilberta dorośnie i stanie się Albertą, księżna Guermantes pójdzie na bal w bucikach niedopasowanych do wspaniałej czerwonej sukni, i wtedy Marcel narrator, już dawno nie tylko dorosły, ale też doświadczony przez życie, zdrożne miłości i chorobliwą neurastenię, nadepnie na kamień w trotuarze, a ten się poruszy, i wtedy zamknie się krąg tej siedmiotomowej powieści, wrócimy do początku i będę mogła zacząć ją czytać od nowa (zobacz TU).

PS 1. Z Ulissesem nie miałam aż tylu problemów. Przeczytałam i już. Nie zachwycił, ale i nie odrzucił. Natomiast nadzwyczaj wręcz lubię Bloomsday.

PS 2. Ci dwaj (MP i JJ) raz się spotkali na pewnym (celowo zaaranżowanym) obiedzie. I nie przypadli sobie do gustu. Spotkanie miało miejsce 18 maja 1922 roku w Paryżu, 98 lat temu. TU o tym pisałam, nawet nie tak dawno.

Barataria: hełm czy przyłbica?

Ewa Maria Slaska

Markowi W., przypominając starą prawdę, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.

Eduard John Menta, Porządki w bibliotece

Czytam ci ja sobie staroć wyciągniętą z półki podczas pandemicznych porządków, które jak wiadomo wyglądają tak jak na załączonym powyżej obrazku, z pięknej światowej serii “Odtwarzamy dzieła sztuki” (wciąż i nadal zachęcam i zapraszam do udziału, bo czyż to możliwe, że ze wszystkich Krewnych-i-znajomych-Królika tylko Wiadomo Kto, mój wnuk i ja poczuliśmy wenę instalacyjną i przebierankową? Ruszcie się dyć, nadal czekam). Długa była ta preambuła, wracam więc do początku myśli: czytam ci ja sobie Sceny z życia Cyganerii Henryka Murgera w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, a wydane  przez PIW w roku 1957 (to książka z moich cudownych zapasów czyli starej biblioteki moich rodziców, którą oni gromadzili zaraz po wojnie, kupując książki za studenckie grosze, ale też trzeba przyznać, że powojenny PRL, natchnięty świętą myślą krzewienia oświaty wśród ludu, już teraz, dzięki Nowemu umiejącemu czytać, sprzedawał te książki za grosze. Ta akurat kosztowała 18 złotych, ale był to już rok 1957, ale mam w zbiorach książki za 2 złote i 20 groszy!) I znowu długo było tłumaczyć i trudno z powrotem zahaczyć o zgubiony wątek. Czytam ci ja zatem owe francuskie Sceny, zapisane przez autora, który sam był Cyganem (żył w latach 1822-1861) i zmarł młodo z nędzy, mimo iż doczekał czasu, gdy jego Sceny przerobiono na operę, która sławna jest do dziś. Ale, jak pisze tłumacz we wstępie, artyście to niewiele pomogło, tyle, że na krótko zdołał zamienić nędzę na zwykłe ubóstwo. Ale nędza i tak go zabiła, bo gdy zachorował, to organizm nie zdołał się obronić. Przy pandemii też ciągle to słyszymy, jak byłeś słaby, gdy zachorowałeś, to umrzesz.
Czytam ci ja zatem te Sceny, pisane w latach 1846-1849, bo świat naokoło pełen jest artystów, których po kolei globalizacja, komercja i teraz pandemia pozbawiały środków do życia tak skutecznie, że o ile w Niemczech dzięki szybkiej niebiurokratycznej pomocy społeczeństwo jeszcze jakoś wzięło za nich odpowiedzialność, o tyle w Polsce, a pewnie i gdzie indziej za chwilę zaczną przymierać głodem.
No toż wreszcie skończyłam ze wstępami i dotarłam do panakichotowych rewirów, zwanych u mnie ogólnie Baratarią. Bo otóż: czytam ci ja sobie te Sceny, a tu pod koniec już, bo na stronie 306, w scenie Romeo i Julia pojawia się taki oto passusik:

Był to filozof Gustaw Colline. Rudolf spostrzegł go z daleka i zaraz poznał: któż zresztą by go nie poznał, o ile widział go bodaj raz w życiu? Colline był objuczony, jak zawsze, tuzinem tomów. Odziany w nieśmiertelny orzechowy płaszcz, którego trwałość pozwalała przypuszczać, że był zbudowany przez Rzymian, uwieńczony słynnym kapeluszem z szeroką krezą – kopułą filcową, pod którą poruszał się rój hyperfizycznych rojeń, którą nazywano przyłbicą Mambryna nowoczesnej filozofii. – Colline szedł wolnym krokiem i przeżuwał po cichu przedmowę dzieła, które było od trzech miesięcy pod prasą – w jego wyobraźni.

No i?, zapyta ktoś. Ano, odpowiem, ona tu jest, owa Barataria, tani kraj oszustwa, ku której zmierza nowoczesny, XIX-wieczny Don Kichot, filozof głodomór, jak moi rodzice sto lat potem wydający pieniądze na książki, które oni kupowali w komunistycznych księgarniach, a on u bukinistów na straganach nad Sekwaną, człek odziany w znoszony “orzechowy płaszcz” i kapelusz zwany “przyłbicą Mambryna”, czego ani autor, ani tłumacz, ani też wydawca swoim czytelnikom nie musieli wyjaśniać. Każdy wiedział.

Ja jednak zakładam, może mylnie (a to wtedy, sorry, mea culpa), że tu się gwoli wyjaśnienia jednak przyda kilka stosownych cytacików z Dzieła, czyli Don Kichota (str 59 i następne):

Rozdział dwudziesty, w którym kropi deszcz i świeci słońce,
odbijając się w hełmie Mambrina, a może w czym innym

Ledwie nachylili się do wody, inna woda z wysokości nachyliła się do nich, postać deszczu przybierając i kropiąc nie zanadto rzęsiście, ale wystarczająco, by to poczuli. (…)
W tym samym czasie ten sam deszcz na tej samej drodze złapał innego jeźdźca, cyrulika mianowicie z okolicznej wioski, zdążającego do drugiej wsi, jeszcze mniejszej od tej, w której mieszkał, i nie posiadającej własnego cyrulika do świadczenia usług ludności. Główne usługi, świadczone w owych czasach przez cyrulików, były dwie: golenie zdrowych i puszczanie krwi chorym. Ten cyrulik, o którym mowa, golił brody oraz puszczał krew tak w swojej wiosce, jak i w tej drugiej, udając się do niej w tym celu co jakiś czas na szarym ośle i przy boku mając wszystko co trzeba, z lśniącą miską miedzianą na czele.
Kiedy zaczęło padać, miska znalazła się nie na czele, ale na czole i na całej głowie cyrulika, by osłonić go przed mokrością. Tak jechał, zadowolony z pomysłu, ani przeczuwając, jakie ściąga na siebie niebezpieczeństwo ze strony jadącego z przeciwka Don Kichota.
Zapałów zaś Donkichotowych nawet deszcz nie ochłodził; i ledwie rycerz nasz dojrzał cyrulika z nasadzoną na łeb miednicą, triumfalnie wskazał giermkowi:
– Popatrz, Sanczo, słusznie rzecze przysłowie, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.
– Jakie drzwi? – nieufnie zapytał Sanczo.
– Wrota cudownej przygody – wyjaśnił Don Kichot. – Oto wszak na siwojabłkowitym rumaku zbliża się ku nam rycerz niewiadomego imienia w złotym hełmie Mambrina na głowie. Mówiłem ci już chyba o tym zaczarowanym hełmie, chroniącym właściciela od ciosów, a zdobytym swego czasu przez Rynałta z Montalbanu na królu mauretańskim Mambrinie? Teraz na mnie przyszła kolej, by na obecnym jego właścicielu ów hełm odwojować.

– Jakże to można uczynić – zwątpił Sanczo – skoro hełm ten, jak powiadacie, chroni właściciela od ciosów? Zresztą mnie się widzi, że ten człek, jadący z przeciwka, za przeproszeniem, na szarym ośle, wcale nie hełm, tylko inne jakieś naczynie dźwiga na głowie.
– Milcz, niedowiarku – rozsierdził się Don Kichot i odwracając się od Sancza natarł z nastawioną kopią na zbliżającego się cyrulika. Wołał przy tym:
– Oddaj dobrowolnie, coś mi winien, albo giń, nędzniku!
Cyrulik nie zdążył nawet wybrać pomiędzy tymi dwiema ewentualnościami ani na wszelki wypadek poinformować się, co też winien jest rycerzowi, kiedy już, choć kopią nie tknięty, znalazł się na ziemi, a jego błyszcząca miednica obok. Ciągle nie wdając się w rozważania i dociekania, co i z jakiej przyczyny go tu spotyka, zerwał się i umykać zaczął przed siebie.
Deszcz akurat ustał; zza chmur wyszło słońce i promienie jego odbiły się w leżącym na drodze złotym hełmie Mambrina. Sanczo podniósł naczynie i obmacując je starannie, mówił:
– Przednia miedź, w samej rzeczy, i obrobiona jak należy, a ja, głupi, nie myślałem, że trafi się panu taka gratka. Proszę – i podał miednicę Don Kichotowi.
Ten, wsadziwszy sobie natychmiast lśniącą zdobycz na głowę, poczuł, że kształt i rozmiary hełmu nie całkiem są takie, jak być powinny, jął więc kręcić to potylicą w misce, to miską na potylicy, żeby jakoś się dopasować, ale wszystko na próżno.
– Olbrzymi łeb musiał mieć ten poganin – stwierdził w końcu z przykrością – a najgorsze, że choć czegoś tu jakby za dużo, to i czegoś też brak zarazem w hełmie Mambrina.
Sanczo, który zbadał już przecież dokładnie, co to za hełm, parsknął śmiechem i od razu urwał pod karcącym spojrzeniem swego pana.
– Z czego się śmiejesz, Sanczo? – zapytał Don Kichot.
– Z łba tego poganina – wyjaśnił skwapliwie giermek. – A to ci łebski był drań faktycznie, że hełm nosił jak, nie przymierzając, miednica cyrulika!
– Myślę – wyjaśnił Don Kichot – że hełm Mambrina musiał trafić już od tego czasu w jakieś niedobre ręce. Głupi jakiś człek, nieświadomy i chciwy, zmiarkowawszy, iż to czyste złoto, a wznioślejszej wartości hełmu nie dostrzegając, stopił część dla zysku, z reszty zaś zrobił to, co przypomina ci miednicę. Ale nic to! W pierwszej napotkanej kuźni każę przywrócić hełmowi kształt należyty, do tego zaś czasu będę go nosił tak jak jest, bo założę się, że choć zniekształcony, hełm Mambrina potrafi mnie jeszcze uchronić przed ciosem.

Niestety pomoc okazała się marna, bo już w następnym rozdziale obaj nasi bohaterowie uwolniwszy prowadzonych na galery więźniów, którym przewodził Ginesillo Krzywe Oczko, dostali od nich niezłe cięgi.

Nie wdając się w dalsze dyskusje (…) Gines mrugnął na towarzyszy, a ci, odsunąwszy się nieco, obrzucili rycerza kamieniami i najplugawszymi wyzwiskami w równej chyba ilości, z tym, że kamienie jak gdyby gęściej trafiały, bębniąc po tarczy, zbroi i złocistym hełmie Mambrina. Po chwili runął z konia, a wówczas poskoczył doń jeden i zerwawszy miednicę z głowy, tak nią trzasnął o ziemię, że o mało się nie rozleciała w kawałki. Prześcigając się w gorliwości, galernicy zdarli z rycerza, a przy okazji i z Bogu ducha winnego Sancza, co lepsze sztuki odzienia i nie krępując się ich obecnością podzielili się łupem. Dopiero dokonawszy tego leżącego w ich zwyczaju łotrostwa (…) rozeszli się, gdzie który mniemał, że najlepiej się przed nim skryje, zostawiając obdartych swoich dobrodziejów – Sancza też drżącego ze strachu przed Santa Hermandad, której tak nieopatrznie się naraził wraz ze swym panem, Don Kichota zaś zdumionego i zasmuconego niewypowiedzianie, że skrzywdzili go właśnie ci, którym tak się przysłużył – oraz w nieco mniejszym stopniu, że w decydującej chwili nie dopomógł mu leżący teraz w prochu, pogięty i zbezczeszczony hełm Mambrina.

Hełm pojawiać się będzie przez wiele następnych rozdziałów, spotka nawet w pewnej gospodzie swego poprzedniego właściciela, aż wreszcie przestanie pełnić swą rycerską służbę po potyczce z pokutnikami kilkadziesiąt stron dalej, a zastąpi go prawdziwy hełm podarowany rycerzowi przez bakałarza Samsona Karrasko.

I jeszcze PS: Mambrin czy Mambryn, hełm czy przyłbica?

W tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego (które tu cytuję) mowa jest o hełmie Mambrina, podobnie jest też u Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych, ale u Wojciecha Charchalisa jest, jak u Murgera w przedwojennym tłumaczeniu Boya, przyłbica Mambryna i to mi się podoba, choć zgoła nie powinno, bo u autora obiekt ów zwie się yelmo de Mambrino, co jest jako żywo hełmem Mambrina a nie przyłbicą Mambryna, ta by się bowiem zwała visera albo bacinete. Ba, ten miskowaty hełm nie ma żadnej przyłbicy. Lecz cóż poradzę, bardziej mi owa mambrynowa przyłbica do gustu przypada, o, bardziej. Przyłbica powróci zresztą za kilka tygodni, gdy w Baratarii pojawi się książę Lew Nikołajewicz Myszkin, a wraz z nim wiersz Puszkina o biednym rycerzu.

Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

Mama, Rysia, Marx

Wenn es Pandemia nicht gegeben hätte…

Ewa Maria Slaska
Mein Leben kann man in
drei Phasen aufteilen, eine für Mama, eine für Marx und eine für Rysia.
Zufälligerweise sind sie alle drei am 5. Mai geboren: 1818 / 19
18/ 2018

– Mein Leben, sagte ich zu Marx, ist ganz genau der rechte Handschuh des Buches von deinem Freund, der Friedrich von Engels.
– Er war kein „von“. Ich war es. Und meine Frau.
– Egal. Er schrieb ein Buch, unter dem Titel: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Und bei mir war es gerade umgekehrt: Der Verlust der Familie, des Privateigentums und des Staats.

Kapitel Eins. Mama oder der Ursprung der Familie.

Du bist eine schreckliche Hexe, sagte meine Mutter, kein Mann wird dich je heiraten wollen.
Ich bin sechs. Verstehe kaum, was sie sagt, aber die Drohung ist unverkennbar.
Was habe ich getan, dass sie mir sowas sagte?

– Eee, sagt Rysia. Unwichtig. Einfache kolloquiale Übertreibung.

Der Tag liegt über 60 Jahre zurück. Es gab noch keine kleine Hexe namens Bibi Blocksberg, noch keine sympathischen Drachen, Vampire und Magier. Man brauchte noch Jahrzehnte, um die Kraft einer Hexe zu entdecken und sie zum Symbol der Frauenbewegung zu erheben. Ich war ein Kind. Eine Hexe war ein Schreck. Alles, wovon wir in der Märchenwelt umgeben wurden, war schrecklich, egal ob es die Gebrüder Grimm waren oder Andersen. Die kleine Sirene verliert lange Haare und Stimme, um die Liebe des Prinzen zu gewinnen. Die Hexe sagt ihr, dass sie zwar jetzt wunderbare Beine hat, aber mit der Liebe ist es so, dass man nie sicher sein kann, ob man geliebt wird. Und sie wird nicht geliebt. Sie steht im Schloss in einer dunklen Ecke und schaut zu, wie der Prinz eine Usurpatorin heiratet. Dich wird man nicht heiraten, kleine Sirene.
Und die Beine tun dir weh.
Deine Beine bluten.

Das Mädchen, das auf das Brot trat, ist auch von Andersen. Sie wollte tanzen gehen in ihren schönen roten Schuhen, und wollte sie nicht schmutzig machen. Sie musste durch einen Sumpf. Schnell holte sie das Brot aus ihrer Tasche, schmiss es in den Schlamm, und Hop, dachte sie, schon bin ich auf der anderen Seite. Aber nein. Sie versank in den Moorgrund und kam zur Moorfrau hinunter, die dort braut. Das sieht man, wenn die Wiesen im Sommer dampfen. Es ist schrecklich in der Brauerei der Schlammhexe, es ist eine stinkende Schlammgrube! Du wirst später selber eine Schlammhexe, Mädel. Man wird dich nie heiraten wegen deiner Füße in roten Schuhen.

– Hej, faucht Rysia. Schmeiß deine roten Schuhe weg.

Natürlich noch Aschenputtel. Beine, Füße, Schuhe, Blut, Prinz. Im Märchen wird er dich heiraten, aber im wahren Leben heiratet er eine von deinen Halbschwestern, die, die sich die Zehen abgehackt hatte, oder eh die, die ihre Fersen abhackte. Ihre Füße bluten, man wird dich nicht heiraten.

Och ja, klar, auch Rotkäppchen.

– Na, sagt Rysia, was sucht sie hier? Ihre Beine sind ganz in Ordnung. Und ihr Blut steckt ganz symbolisch im Rotkäppchen.

Man hackt auf dich ein, kleines Mädchen, deine Füße bluten. Du stehst in einer dunklen Ecke hinter dem Weihnachtsbaum und betest darum, dass dich niemand zum Tanzen auffordert. Du bist sieben. Deine Mutter hat dir ein Kleidchen gemacht, indem sie ihr Kleid grob abgeschnitten hat. Man sieht die Nähte ganz genau, jeder Stich ist so lang wie Mamas Finger. Mama hat sich mit der Nadel in den Finger gepiekt. Man sieht es nicht, aber auf dem Kleid ist Blut. Und du bist eine Hexe.
Hexe, Blut, Beine, Schuhe, Prinz, das wird gebraucht, um zu heiraten.
Aber siebenjährige Mädchen heiraten noch nicht.

Wir waren beide im Zimmer und standen neben dem Bücherregal. Mama in der Hocke, ich neben ihr stehend. Was habe ich damals getan, dass sie mir so etwas sagte? Seit Jahren versuche ich meine Unfähigkeit, mich daran zu erinnern, durchzubrechen, einen Schritt tiefer in die verlorene Zeit zu machen, nur eine Minute früher. Diese eine Minute.

Na, sagt Rysia. Lass die Minute sein. Es war eh eine Prophezeiung und keine Bedrohung. Du wolltest nie heiraten. Ja, wohl hast du es getan, aber dann biste weg, du warst weg, du wolltest es nicht und jetzt lebst du allein, das heißt mit mir, natürlich, und sagst immer selber, dass du so zufrieden bist, wie nie in deinem Leben.
Und rote Schuhe sind rote Schuhe. Und rote Socken sind rote Socken. Und eine Rose ist eine Rose.

Es gibt noch eine Frauengeschichte mit Blut. Eine Frauentag-Geschichte. Eine Frau sticht sich in den Finger. Die Frau bin ich, noch klein, aber in einer kleinen Frau steckt schon immer die zukünftige große Frau. Ich war acht Jahre alt, und ging zu einem Ballettkurs. Wir tanzten eine einfache Tanzszene. Zuerst gingen wir, Mädchen in weißen Ballettkleidchen, paarweise quer über die Bühne, als ob wir die Blumen sammelten. Dann kamen von der anderen Ecke Jungs in Leinenhosen und taten so, als ob sie uns erschrecken wollten. Wir liefen rum, die Jungs hinter uns, dann aber war klar, dass es nur ein Scherz war, wir bildeten einen Kreis, Mädchen, Junge, Mädchen, Junge, hielten uns fest an den Händen und tanzten im Kreis, schneller, schneller, schneller…

Einmal im Jahr tanzten alle Ballettkinder in der Oper, wir also mit unseren Wiesentanz auch. Der Ballettlehrer hat uns tausend Mal ermahnt, dass wir unsere Kleidchen schneeweiß waschen müssen und dann glatt und glänzend bügeln. Unsere Ballettschuhchen müssten auch schneeweiß sauber gekriegt werden, genauso wie Slips, die unter den kurzen Kleidchen hervorzulugen hatten. Es ist schwer zu begreifen, aber 1957, in der Volksrepublik Polen, war es fast unmöglich, diese Forderungen zu erfüllen. Es ist mir heut nicht klar, weshalb ich mich um mein Kostüm selber kümmern musste. War aber so. Plötzlich war es Frauentag und ich musste mich für die Matinee in der Oper fertig machen. Es geschah, wie es geschehen musste. Das Kleidchen war zwar vielleicht nicht schneeweiß, aber doch weiß, sauber und glatt gebügelt, die Schühchen waren ebenfalls eher eierschalen- als schneeweiß, aber irgendwie würde es gehen. Aber es gab KEINEN Slip! Keinen Slip! Keinen Slip! O Gott, was jetzt? Zur Erklärung: das, was in den Frühfünfzigern in Polen ein Mädchen an normalen Tagen trug, waren so genannte „Reformen“, Baumwollhöschen, meistens rosa. Zig mal getragen und ausgewaschen. Nirgendwo ein Slip. Nicht im Schrank, nicht im Wäschekorb. Dort aber finde ich weiße Nylonslips meiner Mutter. Sie sind ungewaschen, ja, und viel zu groß, ja, aber mindestens weiß und gleißend. Ich hole mir mein Nähzeug, und ruck zuck mit großen langen krummen Stichen nähe ich mir aus Mamas weißen Slips so etwas wie Mädchenslip für mich. Ich muss mich beeilen, es ist schon spät, gleich muss ich losrennen. Den letzten Stich ziehe ich durch meinen Finger! Ich reiße mich im Schreck hoch, zerreiße die Haut, Blut tropft auf… och… Gott sei‘s dank, Blut tropft auf den Fußboden und nicht auf meine hervorgezauberten Slips. Ich binde ein Taschentuch um meinen Finger, packe ein, binde mir ein weißes Tuch um die Haare und bin schon auf der Straße, laufend, so schnell ich kann.

Ich komme als Letzte, eine der Mutter entdeckt meinen blutenden Finger, klebt mir ein Wundpflaster um, zupft am meinem Haartuch, und schon stehen wir hinter der Bühne und warten auf unseren Auftritt. Vor uns sind noch die Kindergarten-Kinder und Erstklässler, die einen dummen Zwergentanz tanzen, nicht so wie wir, schon große schöne Mädchen, die einen lieblichen schönen Wiesentanz tanzen werden… Schöne Prinzessinnen, leicht wie Elfen…

Jetzt tanzen wir … Wir beugen uns, um die schönen Blumen zu pflücken, irgendein Mozart fließt von oben auf uns, tin tin tin tin, tanzen wir auf unseren Satinpointe-Schuhchen, hier so eine schöne Blume, und da noch eine und mein Slip beginnt sich aufzulösen… Ich höre es durch den Mozart sehr deutlich … Auf dem linken Pobacken. Schon kommen die Jungs, wir laufen weg, tirlirirlilalallala, weg in den Wald, die Jungs kommen näher, hop hop hop, Mädels lauft, laufe du Schöne, laufe Fraulein, Schmetterlinge kommet näher… Wir drehen uns, lach lach lach lacht die Musik, lach lach lach lachen die Mädchen über den Scherz, lach lach, meine Slips knistern auf dem rechten Po… Wir halten Händchen und tanzen schneller, schneller bis meine Slips, schon total zerissen, mir vom Po nach unten fließen und ich stolpere um sie, falle mit der Nase auf den Boden. Shame auf meinen Po. Ich hoffe, ich sterbe. Dong! Der ganze Kreis zerreißt, mehrere von uns fallen auf den Fußboden. Vorhang. Ende Gelände. Ich werde nie wieder auf der Bühne tanzen, keine Primaballerina werden.

So verliert man die Familie und ist allein auf der Welt. Sie können heftig wie sie wollen auf mich wirken, sich um mich drängen, mich umarmen mit ihren Judasumarmungen, ich habe keine Familie, keine, die mir Halt und Hilfe versprechen kann im Angesicht der Gefahren der weiten großen, schrecklichen Weltbühne. Egal wie schön sie immer wieder Mozart spielen mögen, ich werde ihnen allen nie mehr glauben… Sie haben mich alleine gelassen. Sie taugen als Familie nichts. Ende des Kapitels Eins.

Oder nein, noch nicht. Noch eine Bemerkung. Daher habe ich ja auch keine gute, feste, ewighaltende Familie gründen können.

Jetzt aber. Ende des Kapitels Eins. Verlust der Familie.

Kapitel Zwei. Marx oder der Ursprung des Privateigentums.

Man hatte in Polen gar nichts. Ich noch weniger als die anderen, weil meine Eltern keinen Wert auf das Materielle legten. Das sagten sie immer wieder und waren stolz drauf, Grashüpfer sein, keine Ameisen. Das hieß in der Praxis, dass meine Freundinnen aus der Schule Mama und Papa fragen konnten, ob sie ihnen etwas kaufen. Eine Jacke, einen Rock, Schuhe. Ich nicht. Ich trug immer etwas von den Älteren, etwas Abgelegtes, Nicht-Gewolltes. Das letzte woran ich mich erinnere, das für mich gekauft und genäht wurde, ist eine wollene Jacke, gemustert Dunkelblau und Schwarz. Da bin ich vielleicht zwölf gewesen. Sonst nie etwas Neues. Nie. Einmal, fragte ich, ob ich neue Handschuhe bekommen kann, meine sähen nämlich schrecklich kindisch aus. Nein, sagt Papa, es gibt kein Geld für neue Handschuhe, nur weil sie schrecklich aussehen. Ich hab selber gar keine.

Das prägt für immer. 60 Jahre später, ohne darüber nachzudenken, bin ich sofort im Stande das Prinzip Zero-Waste anzunehmen und zu wissen, dass ich bis Ende meines Lebens NIE MEHR etwas kaufen werde. Das macht mir nichts aus. Ich lernte es, als ich zehn war. Die Handschuhe waren mein letzter Versuch. Seitdem werde ich nie mehr drum bitten, dass man mir etwas kauft. Ich wachse in dem zu langen Mäntel und den zu engen Schuhen auf, in schlecht angepassten Klamotten. Seit dem Vorfall mit dem Slip für den Ballettauftritt versuche ich auch nie mehr, etwas für mich zu nähen.

Nie werde ich von alleine Shopping machen. Klamotten sind ja in Polen auch schlicht miserabel. Also kein Geld da, wenn aber doch, dann gibt es sowieso nichts, was man kaufen wollte. Da ich aus Danzig komme, einer Hafenstadt, hatte ich (rein theoretisch) noch eine andere Option, an Klamotten zu gelangen, nämlich die von Seemännern aus dem Ausland mitgebrachte, was dem Neckermann-Katalog-Angebot der 70ger entsprach. Die Dinge kamen zu einem entweder unter dem Tisch oder in den gesetzlich zugelassenen privaten Läden, die Komis hießen. Im Komis nahm man die Ware nur zum Provisionsverkauf. Die Dinge waren sündhaft teuer. Nur eine meiner Schulkameradinnen hatte solche Klamotten, die ihr ihre reiche Tante kaufte. Aber eine reiche Tante war eine seltene Ware. Ich hatte zwar auch eine, die wohnte aber in Australien. Etwa zweimal im Jahr schickte sie uns große Pakete voller Kleider und der Tag wenn Mama, meine Schwester und ich die Pakete öffneten, war ein buntes Fest fürs Leben in der grauen Wirklichkeit des kommunistischen Polens, aber die Kleider selber taugten für Nichts. Riesige raschelnde Taft- und Tüllballkleider, grosse Strickjacken, Kostümchen für Mitvierzigerinnen, die um vier oder fünf Konfektionsgrößen grösser und breiter waren als ich.

Als ich in den Westen kam, wiederholte sich die Situation. Zuerst hatte ich kein Geld, und als ich endlich an Geld kam, waren erst alle Dinge nie so, wie ich sie tragen wollte. Dazu kam noch ein mulmiges Gefühl, eine Art Gewissensbisse, als ich das Geld für mich selber ausgab. Mindestens zehn Jahre dauerte es, bis ich endlich ohne Probleme in einen Laden gehen konnte, um mir ein Kleid zu kaufen. Allmählich waren die Klamotten auch angenehmer, sahen nicht so verdammt steif und kleinbürgerlich aus, es kamen Boho-Looks, Ethno-Looks, Second-Hand-Looks, Urlaub-in-Toscana-Looks und was auch noch alles, bald aber wurden sie durch Billigzeug aus Indien, Pakistan und China ersetzt. Tand, Tand, Tand ist das Gebilde von Menschenhand, schrieb Fontane. Tand, Tand, Tand. Aus dem Gefühl, dass alles Tand ist, erwuchs selbständig, unabhängig von Moden und Trends, die Entscheidung, dass die Klamotten für nichts taugen.

Sie sind mir zum Symbol geworden, Symbol für Alles, was man wollen könnte und nicht hatte, um dann festzustellen, dass man es auch nicht braucht. Haus – um Gotteswillen! nur zum weglaufen. Auto! Kein Führerschein, wie praktisch. Fahrrad – dito, nicht zu gebrauchen von Jemanden, der nicht Fahrrad fahren kann. Bücher – sind doch Bibliotheken da und Bücherstände auf dem Flohmarkt. Möbel, Tand Tand Tand ist alles von Menschenhand.

Und endlich ein Zitat, das zu mir passt. Das hilft unendlich. Was braucht ein Schriftsteller? Nicht viel, viel weniger als jeder andere, Bett, Tisch, Stuhl, Bücher vielleicht und ein bisschen Geld für Reisen, um die Welt zu sehen. Gott sei gedankt, dass ich eine Schriftstellerin bin.

Was für ein wunderbares Prinzip. Ja, Marx, im Allgemeinen geht es mir um soziale Gerechtigkeit, im Grunde aber, um das Prinzip, teilen zu können. Für Leute kann es schwer sein, zu teilen. Für mich nicht. Ich kann alles teilen, alles weggeben.
Was kann aber derjenige teilen, der nichts hat und nie den Sinn entwickelte, etwas zu besitzen?!

Ende des Kapitels zwei. Verlust des Privateigentums.

Kapitel Drei. Rysia oder die Entstehung des Staats.

Denken Sie bitte nicht, dass ich meinen Staat Polen verloren habe, als ich im Januar 1985 mit einem Koffer in einer Hand und mit der zweiten die Hand meines Sohnes haltend, einen Zug aus Danzig nach Berlin Ost bestieg.

Ich emigrierte, aber der Staat war da. Überhaupt und für mich. Ich wusste nicht, dass es so ist, aber jetzt weiß ich – solange ich mich für den Staat engagierte, hatte ich ihn. Sogar als PiS an die Macht gekommen ist, engagierte ich mich gegen diese Partei und dies bedeutete, dass ich ihn hatte, den Staat. Weil der Staat doch nicht die Regierung ist und nicht das Territorium. Nicht die Grenze und nicht die Leistung. Nicht Errungenschaften machen den Staat und sogar Fehler ändern nichts an dem, was er im Grunde ist. Der Staat, der dein ist, ist Liebe. Es sind Menschen mit denen wir gemeinsam unseren Staat lieben. Wir können auch stolz sein, dass muss aber nicht sein. Was sein muss, ist die gemeinsame Liebe. Je länger die Litanei der Verbrechen ist, die die Recht und Gerechtigkeit-Partei gegen die Demokratie verbrochen hat, desto schwieriger war diese Liebe, aber sie war da, immer noch war sie da. Oder mindestens – dachte ich, dass sie da war.

In nicht mal einer Woche soll in Polen eine Wahl-Farce stattfinden. Man hat wegen der Pandemie Briefwahl konzipiert, die Post, der die Territoriale Militäreinheiten zu Hilfe stehen werden, muss austragen und soll damit unabhängige Wahlkomitees ersetzen.

Die Wahlen werden von PiS gewonnen. Der gängige Witz lautet: sag mal, mit wie vielen Stimmen wird Duda am 10. Mai die Wahlen gewinnen?
Im kommunistischen Polen wären es 99%, in PiS-Polen wird man sich mit 61% begnügen. Das reicht. Mehr braucht niemand. 61% und die Pandemie, die den Diktatoren in aller Welt wie ein Himmelsgeschenk in den Schoß fiel, werden reichen, um die Diktatur der Einzigwichtigen-Partei für die nächsten 20 Jahre zu festigen. Sie sind keine Idioten, die von der PiS-Partei. O nein, die sind die klügsten Köpfe, die wir jemals am Steuerrad des Staatsschiffes hatten. Klüger als Boleslaus der Mutige, der erste polnische König, klüger als Kasimir der Große, der Polen modernisierte, klüger als Wladislaus Jagiello, der den größten Sieg in der Geschichte Polen ausgekämpft hatte. Klüger als Bierut, Gomułka, Gierek und Jaruzelski, als Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski und Tusk. Sie haben ganz Polen, einen 40-Milionen-Staat unterjocht, ohne eine einzige Strassenschlacht, ohne jedweden politischen Gefangenen, ohne Zensurbehörde und Unterdrückungsapparat. Nur durch Propaganda und die alte Römische Regel divide et impera, regiere und teile (sprich: bezahle), haben sie die absolute Macht bekommen, haben Millionen aber Millionen Zlotys aus den Staatskassen auswandern lassen: für sich und eigene Sippschaft und für die Katholische Kirche.

Und dies alles bei wachsender Popularität. 61%.

Das erschreckt und lässt die übliche Liebe im Hals stecken.
Gestern fragte mich mein Kumpel, ob ich wählen gehe?
Nein, sagte ich, wozu auch?
Ich liebe diesen Staat nicht.
Ende des Kapitels 3. Verlust des Staats.

Mach dir keine Sorge, sage ich zu Rysia, dich liebe ich.

Walk of Shame

Foto: Anton Lee Slaski, marzec 2020

Ewa Maria Slaska

Tak od kilku dni wygląda moje zdjęcie profilowe na Facebooku.
Walk of Shame to ruch, idea, myśl. Myśl o wstydzie.

MANIFESTO

We are citizens of Europe and we feel ashamed. Each of us witnessed that the European migration policies resulted in a systematic dehumanisation of people stuck at the borders of Europe. We are not pointing fingers at anyone. We believe this is on all of us.

It’s not that we have not tried. Some of us brought tents and food, some of us signed petitions and joined protests, some of us will continue to do so. But we have to face the fact that despite all our efforts, the situation has only gotten worse over the last years: there has been no European-wide attempt to solve the crisis since the European Relocation Decisions of 2015.

It’s time to acknowledge the fact that Europe has failed to uphold some of its values and no change is foreseeable in the near future. So we will acknowledge publicly and personally that we, as Europeans, have failed to act according to the European standards we have worked so hard to establish in the past. Let this be our protest and let it be known by people stuck in refugee camps, by family, friends and decision makers: a loud statement of the shame we feel. Nothing more for now, nothing less.

‘Walk’ with us in Shame. For we might feel powerless, but we will still connect. We might feel helpless, but we won’t stay silent. We cannot walk physically, as we planned earlier, due to the coronavirus pandemic, but we will Walk Together, Stand Together, Talk Together and Share Together. Be it online, as we do daily with friends, family and loved ones.

What can you do?

Share your Shame with us

Do you feel shame about the current situation of refugees in Europe? Share it with us. Write to us about the moments you felt shame, as specifically and personally as possible, to openly admit shame, restores justice and brings us closer to each other.

Join our Walk Of Shame Talks

Together we will have many conversations with friends who are stuck in refugee camps in Europe. We will create Walk Of Shame stories out of it, podcasts and videos. Some will turn these stories into art. Join our conversations, share the Talks.

Let’s rehumanise the relation between residents of Europe and people on the move – step by step, click by click – and as soon as the pandemic ends we will Walk. Together.


Czego się wstydzę?

Pierwsza, natychmiastowa odpowiedź brzmi: tego, że w ogóle o nich nie myślę, a, jeżeli, to z ulgą przyjmuję do wiadomości, że uchodźcy zostali TAM. TAM czyli za kordonem. Nie, to nawet nie jest myśl, nie jest sprecyzowana tak jak tu, nie jest zdaniem, nie ma wielkiej litery na początku, ani kropki na końcu zdania. To nie statement, to uczucie, ale jest i nic nie pomaga, że już w sekundę po tym, jak się pojawi, myślę z odrazą i nienawiścią o sobie samej i moich małych, mieszczańskich ideałach życiowych. Najbardziej przeraża mnie myśl, że w zakamarkach mojego nieświadomego ja czai się coś, czego się wstydzę, o czym JA świadoma wcalę nie chcę wiedzieć, nie chcę tak myśleć ani tak odczuwać.

Można by o tym nie pisać, po co, skoro w swoim świadomym życiu staram się robić to, co mogę, żeby pomóc, złagodzić, zlikwidować. Ale piszę, bo wydaje mi się, że trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim się zrobi coś, co, chociażby pośrednio, jest krytyką tego, co robią inni. Bo jeżeli polityka w lutym 2020 roku szybko i z lubością skorzystała z możliwości zatrzaśnięcia bram Europy i zamienienia jej w twierdzę, przez którą zgromadzeni na granicy Europy uchodźcy się nie przedostaną, to nie dlatego że sama z siebie jest dziełem nieludzkich potworów, ale dlatego że politycy dokładnie wiedzą, co tkwi w człowieku, co tkwi w NAS. Polityka dobrze wie, iż pod werniksem nowoczesnego, uczciwego człowieka jesteśmy małymi zagubionymi istotami sprzed pięciu milionów lat, i właśnie zapaliły się lasy, w których mieszkamy, za co odpowiada jakiś potworny demon, i musimy uciekać, uciekać jak najprędzej, dopaść jaskini, schować się tam, zabić kamieniami skorpiony i skolopendry, wygonić żmije i zjeść króliki i szczury, które tak jak my, poszukały tu schronienia przed katastrofą.

My, nowocześni ludzie w XXI wieku, wciąż jeszcze, jak się robi choć tylko trochę gorzej, siedzimy znowu tam w tej strasznej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo. To jeszcze zwykła jaskinia, jeszcze nikt z nas nie namalował na ścianach i sklepieniach wspaniałych obrazów, nie zrobił ołtarzy, nie stworzył bogów, którzy mieli zastąpić stare demony. Minie pięć milionów lat, zanim w Grecji urodzi się mężczyzna o imieniu Platon i zobaczy, że na sklepieniu tej jaskini kłębią się idee i pojęcia, według których poza jaskinią budujemy świat. Platon uznał, że to jakaś siła wyższa tam te pojęcia umieściła, jako wzór dla nas, zwykłych ludzi. Ale to nieprawda, to są nasze ludzkie myśli. Mieliśmy pięć milionów lat, żeby skuleni w jaskini, chroniąc się przed ścianą lodu, huraganem ognia, lejącym się z niebios potopem, uciekając przed strasznymi zwierzętami, wyposażonymi w zęby, kły, rogi i pazury, wyobrazić sobie, jak byłoby dobrze, gdyby tego wszystkiego nie było.

Minęło jeszcze kilkaset lat. Pewien prorok w Izraelu zmartwychwstał, odrzucił kamień barykadujący wejście do tej jaskini i wyszedł, a potem wstąpił do nieba, siedzi po prawicy ojca, ale kiedyś przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu jego nie będzie końca. Ale to zaledwie dwa tysiące lat temu. A to, co nas prowadzi przez codzienne życie, to strach nagromadzony przez pięć milionów lat.

Żadne z naszych ludzkich uczuć nie ma za sobą dłuższego życia niż to jedno: schować się w jaskini, nie widzieć niebezpieczeństwa, przeczekać, aż przeminie. Humanizm, patriotyzm, demokracja, współczucie dla innych, prawo i sprawiedliwość społeczna, ochrona tych, co są słabsi, umiejętność dzielenia się, opiekuńczość, niesienie ulgi… To wszystko są wymysły ostatnich dwóch tysięcy, dwustu albo dwóch lat. Ich moc wypływa z sumienia, serca i rozumu, może z miłości, ale ich siła jest niczym w porównaniu z pięcioma milionami lat w jaskini.

Oczywiście fakt, że ten strach trwał pięć milionów lat, tylko wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, natomiast w niczym nas nie usprawiedliwia. Bo wokół nas są ci, których nawet pięciomilionowy strach nie sparaliżował.


Foto: Dorota Cygan, kwiecień 2020
Czasy zarazy – ja w mojej jaskini.

Pięć milionów lat.

Gdy się nad tym zastanawiam, nie mogę się nadziwić, że jednak czasem udaje się nam coś zrobić, że udaje się pokonać to dziedzictwo, że pojawia się śliczna, słodka, szczuplutka Ania Alboth, z tym swoim pięknym mężem i dwoma niezwykłymi córeczkami, i coś robi. Że w ogóle ktoś coś robi. Że Ania płacze na widok bombardowanego szpitala pedriatycznego w Aleppo, a w trzy miesiące później z lotniska Tempelhof wyrusza marsz tych, co chcą zaprotestować. W marszu weźmie ogółem około pięciu tysięcy osób, niektórzy jak ja – przez kilka dni, inni od początku do końca, przez osiem miesięcy i w końcu dojdą do granicy z Syrią, tylko do granicy a nie do Aleppo, bo dalej nie wpuści ich polityka.

Przez kilka dni maszerowałam z Anią. Nie, nie ma mnie na tym zdjęciu, ale jednak gdzieś jestem na jakichś zdjęciach. Robią wrażenie, bo akurat przedzieramy się przez skute mrozem, owiane zamiecią polne drogi na trasie między Brnem a Wiedniem. Nie wiem, ile kilometrów tym razem pokona Ania, nie wiem, ile ja z nią przejdę, przede wszystkim oczywiście nie wiemy, kiedy skończy się kryzys i pandemia, ani, i to najważniejsze, co się zdarzy w obozach dla uchodźców po drugiej stonie murów, którymi się otoczyła Europa.

Meeting Walk of Shame podczas pandemii

To wspaniale, że jeszcze są ludzie, którym się chce podejmować wysiłek rehumanizacji Europy. Ja sama niczego nie wymyślę, a jak czasem nawet coś bym wymyśliła, jakieś małe maleńkie myślątko, to nie ma we mnie tej siły, która pozwoli je zamienić w myśl, a myśl w działanie. Nie jestem przywódczynią. Gdyby nie było tych innych, pewnie zawsze tylko bym siedziała na ławce i karmiła wróble. No, ale skoro są, to jak się skończy pandemia, to wstanę i pójdę, a na razie przyznaję się do własnego wstydu.

Jeśli macie ochotę, napiszcie, co o tym sądzicie, co sądzicie o ruchu walk-of-shame, co o jego przyzczynach? Czy Europa powinna się wstydzić? Czy my powinniśmy się wstydzić? Co możemy zrobić, co powinniśmy, co zrobimy?

Poniemieckie

Auf Deutsch siehe link im 2. Absatz

Ewa Maria Slaska

Pro domo sua

Dostałam już jakiś czas  temu i właściwie od razu przeczytałam książkę Karoliny Kuszyk, Poniemieckie, wydaną przez Wydawnictwo Czarne, ale dopiero teraz przyszedł czas, bym coś tu o niej napisała. Nie jest to powieść, jak się każdy z nas spodziewał, ani autobiograficzna opowieść, lecz zebranie danych na temat tego, co poniemieckie. Książka jest starannie opracowanym kompendium tego, co było poniemieckie. Miasta i wsie, pola, parki, ogrody i domy. Krowy i świnie. Bezpańskie psy i zdziczałe koty. Pomniki, linie kolejowe, mosty. Drzewa. Szpital, ratusz, gazownia, elektrownia. Cmentarz. Meble, obrazy, obrusy. Ubrania, buty, zabawki. Zapachy i kolory.

Ważny temat, dotąd rzadko poruszany, ale jednak wielu z nas już o tym pisało i mówiło. Ja też. Przypomnę więc tu moje bardzo dawne opowiadanie, które wiele lat temu przywołałam też TU na blogu. Napisałam wtedy: Po polsku opowiadanie nazywa się Lalka. Po niemiecku In fremden Schuhen. Obie wersje zostały wielokrotnie opublikowane, a wersja niemiecka była też kilkanaście razy czytana w radio w całych Niemczech. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem utrzymania. Kiedyś też czytałyśmy nasze opowiadania we dwie z nieżyjącą już niemiecką pisarką, Ursulą Höntsch, która jako mała dziewczynka ucieka z rodzicami i musi zostawić ukochanego misia. Temat pojawił się też niedawno w filmie wg autobiografii Judith Kerr, Kiedy Hitler ukradł różowego króliczka. Dzieci i ich poniemieckie zabawki, w poniemieckich domach i poniemieckich miastach.

Ewa Maria Slaska

Lalka

Urodziłam się w cztery lata po wojnie. Tylko cztery lata. A przecież wcale nie było to takie proste do pojęcia. Wojna była tak odległa, zatopiona w przeszłości, choć przecież decydowała o życiu tu i teraz. Była. Była zawsze. Ciągła cezura: przed wojną, po wojnie. Po wojnie było lepiej…
Wojna wyznaczała treść filmów, plakatów, książek, przemówień. Chłopcy bawili się w wojnę, biegali po podwórku, strzelali z patyków. Realna materia strachu, nierealna materia zabawy. Nic nie znacząca za dnia, straszliwa w sennym koszmarze. Najdawniejszy zapamiętany sen. Bombardowanie, płonące domy i ulice. Sen w kolorze płomieni. I szary sen. Ustawiczny sen o tym, że trzeba iść tam, gdzie na końcu nieruchome szeregi stoją na placu apelowym. Kolejka nagich postaci przed budynkiem. Ciemność, noc, zimno. Świat bez słońca. Dziecinna wizja wojny, której wciąż trzeba się bać, choć miało się szczęście urodzić cztery lata po jej zakończeniu.
Dopiero w szkole, czytając Gałczyńskiego ‐ kto się dziś bez wstydu przyznaje do czytania Gałczyńskiego, a przecież wszyscy go czytaliśmy ‐ straszne odkrycie, że wojna toczyła się też w pełnym blasku słońca, przy pięknej pogodzie, gdy kwitł wrzos i miedziane żmije wygrzewały się w beżowym piasku wydm. I dwa wyobrażenia o przyszłej wojnie, która nadchodziła nieuchronnie. Trwanie w ciemnej, na głucho zamkniętej piwnicy bez okien lub szukająca samobójstwa twarz pochylona nad piecykiem gazowym. Żydowski los, dobrowolnie wybrany ze wszystkich możliwych modeli przetrwania lub śmierci.

Gdańsk wyszedł z wojny jako morze ruin. Wcale ich nie pamiętam. Wszyscy moi koledzy pisarze z Trójmiasta zachowali jakieś niezwykłe wspomnienia z dzieciństwa, pamiętają zabawy w chowanego w ruinach gotyckich kościołów i niewypały w piaskowych lejach drążących okoliczne lasy. A we mnie nic, tylko kwitnące żółto krzaki janowca, grudki bursztynu na plaży w Mikoszewie i ogród za domem, w którym kwitły irysy i bez, a między dwoma drzewami głogu rozpięta była huśtawka. Tylko bajki Andersena i moje przedsenne marzenia, którymi odpędzałam od siebie strach przed zaśnięciem. Księżniczka motyli, wieszczka lalek, Indianka skacząca konno przez dwumetrową drewnianą palisadę Fortu Last Surprise, Kalipso o pięknych włosach. Dziś, jako dorosły człowiek, nie wiem, dlaczego nie widziałam wokół siebie śladów wojny, której przez całe dzieciństwo tak potwornie się bałam. Tak jak nie widziałam śladów codziennej rzeczywistości politycznej. Rokossowski był dla mnie człowiekiem, który w dzieciństwie pijał herbatę trzymając łyżeczkę w szklance, stąd została mu na zawsze jedna uniesiona demonicznie w górę brew.

Nie miałam pojęcia, że to Rosjanie obrócili Gdańsk w perzynę i wygnali Niemców. Czy mogę dziś twierdzić, że byłam bezmyślną ofiarą komunistycznej propagandy. Nawet tego nie jestem pewna. Chyba raczej tworzyłam sobie swoje własne wyjaśnienia. Byłam kilkakrotnie w Warszawie, a ponieważ wojenne ruiny w Warszawie ‐ te pamiętam znakomicie ‐ nie były tak wstydliwie pomijane, przeciwnie były jakimś masochistycznym świadectwem męstwa, bohaterstwa, patriotyzmu, powodem do chluby i chwały, więc przeniosłam warszawskie wyjaśnienia na gdański grunt. Za ruiny polskich miast byli odpowiedzialni Niemcy. I to wystarczyło.

Kochałam Gdańsk. Kochałam stare, odbudowane uliczki z wąskimi domami o wysokich oknach, z gankami, na które prowadziły niskie płaskie schody z metalową poręczą i ogromną kamienną kulą. Kochałam gotyckie kościoły tak dalece, że nie zauważyłam, iż były tylko ruiną, i mewy nad Motławą. Kochałam jazdy tramwajem nad morze. Uwielbiałam ‐ tak jak tylko małe rozmarzone dziewczynki mogą coś uwielbiać ‐ morze zimą. Szare fale wzburzonego morza rozbijające się z hukiem o nabrzeże, spłukujące piasek plaży w Brzeźnie i podmywające korzenie róż kutnerowych wzdłuż spacerowych alejek. W przenikliwie zimne niedziele trudno było uzmysłowić sobie, że to te same róże, które latem pachniały i odurzająco, i rybnie, tłuszczem do smażenia i piaskiem na gorącej skórze, natartej olejkiem do opalania. W sklepach można było dostać tylko jeden rodzaj olejku, więc cały świat pachniał tak samo. Róże latem były zakurzone i znikały pod wiecznie takimi samymi rozmowami plażowiczów. Zima należała do sfery szarej, była grisaille kolorystycznym i dźwiękowym. Chmury dotykały obwisłymi granatowymi brzuchami szarej powierzchni morza, tłumiąc rozdzierający pisk mew i rybitw.

Pewnej zimy Zatoka Gdańska zamarzła. Popielata pod bezsłonecznym niebem, ujęta w ramy nieba, portu i krwędzi Wysoczyzny Oksywskiej, była jak obraz holenderskiego mistrza. Na matowym, pełnym grud i załomów lodzie widać było daleko, w kierunku Helu maleńkie ludzkie figurki.

Och, moje miasto, pełne wspomnień o koronkach, aksamitach, atłasach, o lokach, w które wpięte były szare perły, o złotych siatkach na włosy i bursztynie, miasto pawany i sarabandy, uliczek zatopionych w srebrnym blasku księżyca i miłości. Być może naprawdę żyłam w wieku XVII i dlatego nie zauważałam ruin, Rosjan, pochodów pierwszomajowych ani czołgów. Myślałam, że w każdym mieście na świecie żyją razem Niemcy, Polacy, Holendrzy, Szkoci, Żydzi, Anglicy, ubierają się w cudowne stroje, połyskujące srebrem i tańczą na balach, podając rękę miłości, która wszystko zwycięża.

Ten świat był mi niedostępny, to prawda, ale nie dlatego, że nie istniał już dawno, bo tego wcale nie wiedziałam, lecz dlatego, że byłam za mała, a do tego brzydka. W moim świecie, jak w opowiadaniach Fitzgeralda, było miejsce tylko dla pięknych, młodych, bogatych, dobrze ubranych dorosłych.

O Rosjanach się nie mówiło. To znaczy politycy ‐ jak sądzę ‐ mówili i to dużo. Ja jednak potrafiłam w nie słyszeć polityki. Tak jak nie słyszałam kazań w kościele. Polityka i religia spływały wokół mnie wielkimi falami, zapewne próbowały mnie, każda na swój sposób, wychować i ukształtować ‐ a ja spałam. Byłam nieprzytomna. A może tylko głupia i niedojrzała. W kościele Serca Jezusowego, tym samym gdzie Günter Grass posadził Oskara Mazeratha na kolanach Matki Boskiej, patrzyłam co niedziela w witraże. Przedstawiały polskich błogosławionych, Andrzeja Bobolę, Stanisława Kostkę, Salomeę. Polskość tego przekazu wzruszała mnie równie mało, co jego religijna wzniosłość. Fascynowała mnie przejrzysta materia szkła, szkarłatne i głęboko błękitne szaty, przez które wyobraźnia przechodziła na drugą stronę, jak przez komin lub studnię. Faktycznie więc ‐ mimo religii co czwartek, mszy co niedziela, mimo plakatów politycznych w przedszkolu i na ulicy ‐ rosłam na istotę zupełnie pozbawioną wiedzy o ideologii. Sterylnie wyjałowiona.

Moja dziecinna odmowa dotyczyła treści przekazu, nie sięgając rytuału. Rytuał religijny był bajkowy, a więc sprawiał mi przyjemność. Boże Narodzenie, Wielkanoc. Nazwy, barwy, dźwięki. Anielskie włosy, białe suknie, kwiaty, lilie… Lilie sprawiły, że stałam się fanatyczną wielbicielką rytuału Bożego Ciała. Gdybym wiedziała już wtedy, że to moja patronka, święta Ewa, średniowieczna zakonnica z Liege, zadbała o to, by w połowie XIII wieku wprowadzić do chrześcijańskiego rytuału święto Bożego Ciała ‐ czy wtedy stałabym się nieco mniejszą poganką? Niemcy przypisują to święto Julianie, ale ja nadal ‐ wbrew historyczno kanonicznej prawdzie ‐ wolę, by to była Ewa. Obie były dziwnymi kobietami. Julianę przyjęto do klasztoru w wieku pięciu lat. Była bystrym dzieckiem, szybko nauczyła się czytać i pisać, również po łacinie, by studiować pisma świętego Augustyna i życie świętego Bernarda z Clairveaux. Miała 16 lat, gdy ujrzała Jezusa i ten nakazał jej uzupełnić chrześcijański rok rytualny o brakujące święto uwielbienia dla Eucharystii. Pokazał jej też symbol ‐ tarczę księżyca wyszczerbioną w jednym miejscu, a szczerba oznaczała właśnie owo brakujące święto. Juliana została przeorką i rozpoczęła długą i uporczywą kampanię o uczczenie osobnym świętem Corpus Dei. Znużone walką władze klasztorne wypędziły Julianę i kilka wiernych jej mniszek, i wtedy na arenie pojawiła się Ewa ‐ samotnica z kościoła świętego Marcina w Liege. Mówi się, że Ewa żyła najpierw jako światowa dama, zanim nie oddała się samotnemu bytowaniu w klauzurze romańskiego kościoła. Juliana wędrowała od klasztoru do klasztoru, głosząc wszędzie chwałę Bożego Ciała, gdy tymczasem Ewa nie ruszyła się z miejsca. Pozostała w Liege i pisywała listy do arcybiskupa i archidiakona prowincji, który, gdy został papieżem Urbanem IV, rzeczywiście ustanowił święto Bożego Ciała. Przekonała go ponoć krew Zbawiciela, która wypłynęła z hostii podanej przez księdza niedowiarka wieśniakom w Bolzano. Krew kapała z hostii na szaty księdza, patenę, marmurowe balaski i haftowane obrusy. Juliana już nie żyła już, ale Ewa nadal toczyła walkę o Boże Ciało. Urban zobaczywszy w swym pałacu w Orvieto procesję krwawiącego Bożego Ciała przypomniał sobie jej nawiedzone listy.
Krew i wizje. Śni mi się, że jestem małą dziewczynką, mam sześć lat i krwawię. Po udach spływają mi najpiew pojedyncze krople, a potem strumienie krwi. Mam sześć lat, nie wiem jeszcze, że istnieje coś, co nazywa się miesiączka. Krew zalewa biały dywan, ściany, korytarz. Wychodzę z pokoju. Czy zostanę ukarana za pokrwawienie podłogi? Sypię kwiaty z koszyczka. Kadzidło, ołtarze na ulicy. Dwie nawiedzone mniszki, które w XIII wieku sprawiły, że teraz idę w procesji z białą lilią na patyku w dłoni, zapatrzona w wizję księżniczki, którą mogłabym być, gdybym nie była mała i brzydka. Niewątpliwie bycie małą i brzydką nie sprzyjało rozumieniu treści religijnych. Mistyka melancholijnej dziewczynki. Niczego nie pojmowałam.

Indoktrynacja polityczna była jeszcze łatwiejsza do odrzucenia, bo nie miała w sobie elementów bajkowych i pięknych przedmiotów. W równym stopniu nie pojmowałam niczego, ale też nawet nie próbowałam brać w tym udziału. Rytuał komunistyczny lat pięćdziesiątych był zbyt słabo zrytualizowany, żeby mnie skusić. To kwestia smaku. Herbert też to zauważył, choć nie był małą dziewczynką. Dziwnym trafem ignorowanie rytuału politycznego nie przysporzyło mi żadnych problemów. Miałam szczęście. I wtedy, i potem. Nigdy nie zostałam ukarana za odrzucenie polityki, za to że niczym się nie interesowałam i nigdzie nie należałam. Później, już jako osoba dorosła, czerpałam z tego pewną satysfakcję, mogąc z czystym sumieniem wyznawać, że nic i nigdy. Były to jednak obłudne ćwierć prawdy, bo byłam tylko sennie odporna na świat i nigdy nie użyłam świadomości, by swą indolencję uzasadnić etycznie ani za nią zapłacić.

Mieszkaliśmy w domu nazywanym potocznie „poniemiecki“, ale ta nazwa nic mi nie mówiła. Można ją było rozumieć jako charakterystykę czasową: kiedyś niemiecki, jako przekazanie praw własności. Ja jednak, w najlepszym wypadku, jeżeli w ogóle poświęciłam jej choć trochę uwagi, używałam jej jako określenia stylu architektonicznego: gotycki, romański, poniemiecki. I nie stawiałam pytań. Myślę, że jako dziecko w ogóle niewiele stawiałam pytań ‐ poza tym jednym, wielkim, ciążącym nad moim życiem pytaniem: dlaczego? Dlaczego jestem brzydka? Już nawet nie pytałam, dlaczego nie jestem kochana? Brzydcy nie mają prawa do miłości, można ich tylko odrzucić. O to więc nie pytałam, a nic innego mnie nie zajmowało. Nie pytałam o przeszłość, o znaczenie słowa „poniemiecki“. Dzieci podobno wiecznie zadają pytania, ale mają one charkter poznawczo‐teraźniejszy, a nie historyczny. Przeszłość nie istnieje, bo dziecko w niej nie istniało. My, powojenne dzieci, byliśmy przybyszami, nie tylko w sensie dziejowym, byliśmy przybyszami w sensie biologicznym.

Poniemiecki dom był dwupiętrową willą z nisko opadającym ceglanym dachem, miał dwie okrągłe wieżyczki i dwa wykusze oraz ganek z żeliwną poręczą i oszklonym zadaszeniem. Przez witrażowe secesyjne okno przedostawało się do sieni biało‐fiołkowe światło, rzucając na podłogę wyblakłe cienie kanciastych, stylizowanych kwiatów. Na prawo z sieni wchodziło się do pokoju dziadka Jana, emerytowanego dyrektora PKP, który poświęcił czas emerytury wycinaniu z lipowego drewna gdańskich domów ze spiczastymi szczytami, gotyckich kościołów i szlachetnych w swych holendersko‐renesansowych proporcjach budowli miejskich. Średniowieczno‐barokowe miasto Gdańsk na stole dziadka Jana stanowiło dla mnie jedyny prawdziwy ideał piękna przeszłości, jedyną piękną prawdę. Był to rodzaj egzystencji urojonej, pojmowałam ją jednak bardzo dobrze.

Było raz sobie miasto Gdańsk (tak, tak, to jest parafraza Grassa), które nie przyjęło Johanna Sebastiana Bacha na kapelmistrza, bo nie zdał się szacownej Radzie Miejskiej dość dobry. Było raz sobie miasto Gdańsk, które po dwustu latach władzy krzyżackiej podjęło decyzję, że woli sprzymierzyć się z Rzeczpospolitą Polską. Było raz sobie miasto Gdańsk, które jeszcze trzysta lat później uroczyście świętowało obchody przyłączenia do Polski i zleciło muzykom skomponowanie z tej okazji kantaty na chór i orkiestrę. I nikomu w mieście nie wadziło, że ku czci powrotu do Polski chór śpiewał po niemiecku. Było raz sobie miasto Gdańsk, spowite w czarny aksamit i brabanckie koronki, w koralach i pierścieniach z bursztynu, wykarmione tłustą białą rybą Wschodniego Morza, nasączone słodkim, ciężkim winem Hiszpanii, miasto pachnące pieprzem i goździkiem, nieistniejące miasto moich fantazji.

W ogrodzie przed domem znajdowała się betonowa figura, przedstawiająca podobno Poezję. A może Miłość? Nie wiadomo dokładnie, bo wiatr i deszcz zmieniły alegorię w dość obły betonowy walec. Szare i płomiennopomarańczowe plamy znaczyły miejsca, gdzie porosty zdołały zamienić martwy beton w żywą i odżywczą materię natury. Poezja była poniemiecka, tajemnicza i fascynująca.

Mówiło się niekiedy, że w naszym domu mieszkał kiedyś lekarz. I dobrze. Kiedyś to znaczy w jakimś odległym, nieistniejącym czasie przeszłym. Aż przyszedł dzień i ciotka Karolina wspomniała mimochodem, że ów lekarz był Niemcem.
‐ Co? ‐ zapytałam oburzona. ‐ Co to znaczy?
‐ Przed wojną mieszkali tu Niemcy.
‐ Gdzie?!
‐ W Gdańsku.
‐ Dlaczego?!
Było mi niedobrze. Przecież wiedziałam doskonale, że Gdańsk był od wieków polskim miastem. Propaganda jednak robiła swoje. Takie rzeczy wiedziało w końcu każde dziecko. Niemcy nie mieli tu nic do roboty. Oczwiście pomijając wojnę. Wojna była tak czy owak czymś ponad wszelkie rozumienie okrutnym, a jej celem było właściwie tylko jedno ‐ nasycić niemiecką żądzę krwi. Niemiecki lekarz, ktoś osiadły, mieszkający w jakimś domu, w naszym domu nie pasował mi do obrazu wojny.
Idę na podwórko. Muszę to wszystko przemyśleć. W Gdańsku mieszkali Niemcy. A potem zniknęli. Ale nie całkiem. Niektórzy zostali i wtedy mówi się o nich: autochtoni. Dzień objawienia. Nareszcie wiem, kto to są autochtoni. Ale to objawienie zmienia też znaczenie słowa poniemiecki. Przy kolacji wracam więc do tematu:
‐ Czy to znaczy, że w naszym domu mieszkali Niemcy?
‐ Tak.
‐ No i co się z nimi stało? Umarli?
Tak powinien wyglądać świat: ci, którzy zamieszkiwali przeszłość, nie żyją.
‐ Czy ja wiem? Może uciekli.
‐ Przed kim?
‐ Przed Rosjanami.
‐ Przed Rosjanami, oni nas przecież wyzwolili?!!
Ciotka Karolina milczy. Ja uporczywie pytam dalej.
‐ Dokąd uciekli?
‐ No, chyba do Niemiec.
‐ I tam umarli?
‐ Dlaczego? To przecież było zaledwie dziesięć lat temu.
Dziesięć lat temu! A ja mam sześć lat. Liczby. Dziwne.
Następnego dnia zaczynam poszukiwanie prawdy. Muszę przyjrzeć się wszystkiemu pod nowym kątem. Niemiecki dom. Przed dziesięciu laty mieszkał tu niemiecki lekarz. Potem ja się urodziłam, a lekarz zniknął. Oglądam cały dom. Być może pierwszy raz naprawdę dostrzegam rzeczywistość. Klatka schodowa z biało‐czarnymi kwadratami posadzki, secesyjne okno, Poezja w ogrodzie. A może Miłość? Otwieram drzwi do kantorka pana Jasińskiego. Wydaje mi się, że w zatęchłym powietrzu ciasnej, komórki czuję nie tylko zapach smarów i oleju samochodowego, ale nagle dziwnie wyraźny zapach leków. Lekarza już nie ma, nie ma jego lekarstw, a przecież zapach trwa, mocniejszy niż wszystkie materialne fragmenty rzeczywistości, które tak łatwo spalić, zniszczyć, wyrzucić. Stoję w kantorku i wdycham zapach przeszłości.
‐ No, szkrabie, szukasz czegoś? ‐ pyta przyjaźnie pan Jasiński. Jest duży i tęgi. Trochę się go boję, bo pije. ‐ No? Szukasz czegoś? ‐ powtarza pytanie pan Jasiński.
‐ Tak ‐ kiwam głową. ‐ Niemców.
‐ To są Niemcy ‐ mówi pan Jasiński i pokazuje mi obrzydliwy obrazek wycięty z jakiejś gazety i oprawiony w ramki. Po co ludzie wieszają coś takiego na ścianie? Szary, straszny krajobraz, szereg kolczastych drutów, jakaś wieżyczka, brama, w oddali komin. ‐ Oświęcim ‐ mówi pan Jasiński.
Potakuję ze zrozumieniem, choć nic nie rozumiem. Nie wiem, co to jest Oświęcim.
‐ Tak ‐ mówię‐ ale ciotka Karolina mówiła, że Niemcy tu byli. U nas.
‐ Oczywiście ‐ mówi pan Jasiński.
Czy pan Jasiński ma to samo na myśli, co ja, gdy mówi to swoje tak, oczywiście? Też ma na myśli Niemców, a nie żołnierzy?
‐ I gdzie oni są?
‐ Wypędzeni. Przyszli nasi i wygonili cholernych Szwabów. I dobrze.
I dobrze, trzeba ich było po prostu wypędzić. Tych wszystkich uzbrojonych po zęby Niemców w mundurach koloru polnej szarości. Tylko tych moich, pięknych, w lokach, kaftanach i aksamitach, tych nikomu nie wolno tknąć, bo ich kocham.
‐ Widział Pan tych Niemców? Tych stąd?
‐ Tak.
Teraz mam się już zdecydowanie na baczności.
‐ To oni zbudowali ten dom?
‐ Tak.
Więc jednak.
‐ Inne domy też?
‐ Też. Tu mieszkali sami bogaci. Widziałaś kiedyś ich rzeczy? Jeszcze trochę tego zostało, choć większość poszła w szaber.
Pan Jasiński idzie ze mną do holu. Pod schodami we wnęce znajdują się małe, zamknięte na kłódkę drzwi. Jak z Alicji w krainie czarów. Tajemnicze drzwi do ogrodu. Że też nigdy nie zwróciłam na nie uwagi. Pan Jasiński podaje mi kluczyk.
‐ No, otwórz!
W środku są zabawki. Patrzę pytająco na pana Jasińskiego. Kiwa głową i wraca do swoich zajęć. Wyciągam po kolei przedmioty ukryte w schowku. Czy dlatego kiedyś w przyszłości będę studiowała archeologię, żeby jeszcze raz poczuć ten dreszcz zdumienia i grozy, a jednocześnie zachwytu, gdy nagle w codziennej powierzchni rzeczywistości otworzą się drzwi w przeszłość.
Skrzypce. Biorę je do ręki, opieram o ramię ‐ skąd wiem, że tak się trzyma skrzypce? Próbuję grać. Potworny wizg przywołuje do holu nie tylko pana Jasińskiego, lecz również panią Jasińską z Joanną i Antkiem. Joanna jest młodsza ode mnie, ale jest i tak moją jedyną towarzyszką zabaw. Dom jest mały, zamieszkany tylko przez cztery rodziny, nie to co nowe bloki w mieście. I tylko dwie rodziny mają dzieci.
‐ Czy Joanna może się ze mną pobawić? ‐ pytam.
Odkładam skrzypce i już teraz we dwie wyciągamy kolejne przedmioty z komórki. Papiery, strasznie dużo papierów, są pożółkłe i dziwnie pachną. Wyrzucamy je. Lalka. Ma prawdziwe, długie, jasne włosy i niebieskie oczy, które się zamykają i otwierają. Nigdy jeszcze nie widziałyśmy takiej zabawki. Właściwie ta lalka jest ładna, ale jest w niej coś strasznego. Boję się jej. Jasne włosy tylko luźno trzymają się płóciennej czaszki. Wypadające kosmyki odsłaniają szare placki lalczynej skóry. Jedno błękitne oko wepchnięte w ciemny oczodół. Wyrzucam lalkę na stertę papierów, po chwili jednak znowu biorę ją do ręki. Nie da się jej wyrzucić. Leży koło nas, patrzy czarną dziurą oka. Odwracam ją twarzą do podłogi. Szukamy dalej. Książki z obrazkami. Struwwelpeter. Nieznośny Piotruś. Włosy jak rosochate gałęzie sterczą na wszystkie strony. Paznokcie długie, spiczaste, jak pokrzywione i zardzewiałe ostrza noży. Kto wychowuje dzieci na takich książeczkach? Jestem zafascynowana i przerażona. Tak nie wyglądają żadne dzieci. To straszydło z bajki, jakiś niedorosły diabeł. Litery w książce nie dają się odczytać. Trudno nawet pojąć, że to litery. Raczej z wewnętrznej wiedzy niż ze zrozumienia czerpię pewność, że powyginane kanciasto znaki przypominające kawałki drutu to jednak pismo. Umiem już czytać, ale ta potworna książka z obrazkami nie daje się przeniknąć. Możemy tylko oglądać straszne obrazki. Gry. Niektóre podobne do naszych: młynek, chińczyk, gęsia ścieżka, halma. I jedna zupełnie odmienna, metalowa, lekko podrdzewiała. Gra magnetyczna, ale skąd możemy to wiedzieć?
Z trudem i pasją odkrywców przenikamy tajemnicę żelaznej planszy. Jeszcze dziś, pisząc o tym, czuję w dłoniach nieco odrażający, a przecież jak pokuszenie, dreszcz ‐ dotyk czegoś, co może się okazać obrzydliwe. W przeciwieństwie do papieru, który nie kryje w sobie żadnych odstręczających właściwości, metal zdaje mi się przykry, a rdza kojarzy się z krwią. W ustach czuję dziwny smak, jakby mi wybito wszystkie zęby. Na planszy trzeba ustawić drewniane figurki o metalowych podstawkach, a gdy od spodu przesuwa się małe kawałki magnesu, figurki poruszają się jak samodzielne, żywe istotki. Znamy obie tę bajkę ‐ to historia Jasia i Małgosi. Latami jeszcze będziemy się potem obie z Joanną bawić tą poniemiecką grą.
Najbardziej zachwyca nas w niej ilość szczegółów. Chatka Jasia i Małgosi, las, domek z piernika, wszystko jest jak zaczarowane. W lesie koło drzew rosną małe, do ostatniego detalu wiernie odtworzone muchomory. Szyszki wyglądają jakby zaraz miały się z nich wysypać nasiona. Listki i czerwone owoce kaliny aż się proszą o zerwanie. Skąd mogłyśmy wiedzieć, że to kicz, banalne, zwykłe, tak dobrze mi teraz znane niemieckie zamiłowanie do drobiazgowego odtwarzania przytulnej rzeczywistości, słodkiej, kolorowej, pełnej kotków, kwiatków i koronkowych firanek w oknach. Byłyśmy dziećmi naszego czasu, czasu szarych papierowych torebek i szorstkich, żółtawych stronic w książkach, z rzadka tylko ozdabianych jakimś prostym rysunkiem, w nudnych, brudnych kolorach. Nasze sukienki są brunatnoniebieskie lub granatowe, nigdy nie widziałyśmy nawet kawałka koronki, nie słyszałyśmy słowa jedwab, nie wiemy o istnieniu wywoskowanych posadzek i kryształowych żyrandoli. Pordzewiały, ale wciąż jeszcze barwny świat z bajki o Jasiu i Małgosi nie dopuszcza żadnych innych myśli, jak tylko tę jedną ‐ tak wygląda piękno, które nie jest naturą, lecz dziełem człowieka. Figurki odgrywają swoje prawdziwe role w nieprawdziwym świecie realnego piękna. Rodzice wyrzucają swoje dzieci. A ja nie pytam, dlaczego.

Teraz mieszkam w Niemczech i napatrzyłam się na rodziców, którzy wyrzucają swoje dzieci. Domek z piernika. Baba Jaga. Piec. Klatka. Zła czarownica pakuje Małgosię do pieca. Dzielny Jaś uwalnia siostrzyczkę i teraz oboje wrzucają do pieca wstrętną jędzę. Zgrzyt zamka, gdy dzieci zatrzaskują drzwi pieca. Niech się smaży powolutku w własnym tłuszczu aż do skutku. Co to za wierszyk? Baba Jaga siedzi w piecu. Tak. Wszystko jest w porządku ‐ dobro zwycięża, zło przegrywa i musi zostać ukarane. Takie są wymogi sprawiedliwości dziejowej. To ona pozwala dziecku zabić w piecu wstrętną czarownicę. Nie ma w tym nic złego, to bajka i sprawiedliwość ‐ obie są dobre. Jaś jest szczupły, jasnowłosy, błękitnooki. Jak lalka.

W nocy śnię o Jasiu. Jedzie na koniu przez szarozielone pastwisko. Ma wymierzyć karę czarownicy. Starej i nagiej, o czarnych włosach i długim haczykowatym nosie. Najpierw wyrwie jej złote zęby. Smak metalu w ustach. Złote zęby. Dlaczego ludzie mają złote zęby? Czarownica ma ich bardzo dużo. Budzę się z krzykiem. Zabawki nie dają mi spokoju. ‐ Kto się nimi bawił? ‐ Wreszcie udaje mi się sformułować mój niepokój. Ciotka Karolina przygląda mi się ze zdziwieniem.
‐ Córka, jak sądzę.
Lekarz miał więc córkę.
‐ Czy ona była dzieckiem?
‐ Oczywiście.
Czy jest możliwe, żeby Niemcy byli dziećmi? Niemcy. Kolumny żołnierzy bez oblicza. Maszerują na Wschód i umierają w śniegu Rosji. Niemcy. Czarno ubrani strażnicy z obozów, zawsze z czarnymi psami. Niemcy. Samoloty zrzucające bomby. Miasto płonie, ulicami, w szpalerze pożarów uciekają kobiety z dziećmi. Niemcy. Roboty, upiory, które nie potrafią mówić, a tylko szczekają jak ich czarne psy. Już wyobrażenie sobie, że Niemiec może być lekarzem, nosić biały kitel a nie mundur, mieszkać w domu, a nie kryć się po okopach lub wyskakiwać z czołgu, przekracza właściwie moje możliwości. Z trudem dociera do mnie, że Niemiec nie zawsze nosi hełm, wysokie ciężkie buty, ściśnięty pasem mundur.
‐ Dziewczynka? ‐ pytam uporczywie, choć ciotka mi to już w końcu powiedziała.
‐ Sądząc po zabawkach, dziewczynka.
Niemiec, który jest dziewczynką. Nie, nie niemiecka dziewczynka, lecz Niemiec, który jest dziewczynką. Niemiec, dorosły, mężczyzna, który nagle stał się mały i rodzaju żeńskiego ‐ dziewczynka. Biorę do ręki jej lalkę. Dziewczynka, która bawiła się tą lalką. Też chciałabym mieć taką piękną lalkę. Ale własną. Tą lalką nie mam ochoty się bawić. Ale nie umiem jej też wyrzucić. Boję się jej.
‐ Joanna ‐ mówię zdecydowanie ‐ musimy ją pochować. Ona nie żyje.
Joanna zrobi tak czy owak wszystko, co powiem, ale uporczywie zadaje pytania.
‐ Skąd wiesz, że umarła?
‐ Umarła, nie widzisz? Jej serce przestało bić.
W skupieniu Joanna przykłada buzię do piersi lalki. Jest cicho i upalnie.
‐ Jak ona miała na imię?
Kto? Lalka czy dziewczynka? Ale Joanna nie wie jeszcze, że była tu kiedyś jakaś dziewczynka. A ja jej o tym nie powiem.
‐ To czarownica ‐ odpowiadam. Jak ma na imię niemiecka Baba Jaga? Niemiecka lalka‐czarownica, która już nie żyje?
‐ Adolfa ‐ odpowiadam po chwili. To na pewno niemieckie imię, żadna Polka nie może się tak nazywać. Nawet jeśli jest tylko lalką.

Adolfa została pochowana. Tak jak się należy. Na odległym o parę ulic od domu niemieckim cmentarzu. Wystarczyło powiedzieć Eleonorze, mojej kaszubskiej niani, że chciałybyśmy znowu pobawić się na cmentarzu. Cmentarz był zupełnie w porządku. Groby czysto uprzątnięte, choć nie przyozdobione choiną, kwiatami i wieńcami, jak te na naszym cmenarzu w Dolinie Królewskiej. Wiosną na niemieckim cmentarzu kwitły niezliczone przylaszczki, które zbierałyśmy z zapałem, aby przyozdobić nimi kapliczki domowe, pracowicie klejone i malowane podczas lekcji religii. Posypałam obficie kwiatami papierowy kościółek.
‐ Matka Boska będzie się cieszyć ‐ oznajmiłam z zadowoleniem. Ozdobienie kwiatami domowej kapliczki, przed którą w maju powinnam się codziennie modlić, zalicza się na pewno do dobrych uczynków, a zależy mi bardzo na dobrych uczynkach. Właśnie minęły Wielki Post i Wielkanoc, kiedy to co dzień w małym notesiku „do słówek“ notowałam dobre uczynki. Prawdę mówiąc, mam nawet dwa zeszyciki ‐ jeden dla potrzeb siostry Julii z kościoła Najświętszego Serca Jezusowego, drugi do pokazania pani Helence w przedszkolu. Nie wszystkie dobre uczynki dają się zapisać dwa razy. Wiem o tym, chociaż nikt mi tego nie wyjaśniał. Przylaszczki i kapliczka należą do sfery sacrum, też to wiem, choć nie wiem, co znaczy sacrum. Ale wiem, że siostra Julia i pani Helenka nie mogą się nawzajem lubić.
‐ Z czego cieszy się Matka Boska? ‐ pyta nieco sceptycznie ciotka Karolina. Ja jednak nie mam jeszcze ucha wyczulonego na sceptycyzm i rezerwę, z jaką dorośli dość często reagują na dzieci.
‐ Z kwiatów.
Matka Boska cieszy się z bezkrwawych ofiar, które jej w naszej dziecięcej ufności i w miłości naszego dobrego dziecięcego serduszka przedkładamy. To słowa siostry Julii. A siostra Julia nosi wprawdzie czarny habit, ale ogromny śnieżnobiały kornet w zupełności zaspokaja mój podziw dla niezwykłych strojów i niezwykłych słów. Pan Bóg jest inny. Wcale mu się nie spodobała ofiara Kaina. Przyglądam się obrazkowi, który malowałyśmy na religii. Na kopczyku kamieni marchewka, jabłko, snopek zboża, przetkany kąkolem, rumiankiem i makiem. Dym ofiary ciągnie się nisko po szarej, zoranej ziemi. Obok, na piecyku Abla zabita owieczka. Nie bardzo rozumiem, o co Panu Bogu chodziło z Kainem, przecież owoce i kwiaty są znacznie lepsze na ofiarę niż mięso. Ale ja nie lubię mięsa, gdy muszę zjeść wołowinę, rośnie mi ustach coraz większa, nie dająca się przełknąć kula. Zgodnie z ówczesnym systemem wychowawczym nie wolno mi wstać od stołu, dopóki nie zjem, siedzę więc zrozpaczona, z grudą przeżutego mięsa w ustach i przyglądam się dzieciom, które już dawno mogą się bawić lalkami w dom. Pan Bóg widocznie lubi mięso. Jestem małą oddaną rytuałom dewotką i po raz pierwszy pojmuję, że istnieje różnica między kobietą a mężczyzną.

Biedna Eleonora! Została ostro skarcona przez mamę, widać Joanna musiała wypaplać pani Jasińskiej, co robiłyśmy na cmentarzu. Już nie wolno nam bawić się na niemieckim cmentarzu. Płaczę i nie można mnie pocieszyć. Przecież miałam jak najlepsze intencje. A poza tym, skąd bądę czerpała materię mych dobrych uczynków ‐ fiołki, przylaszczki, przebiśniegi. Ale zakaz zostanie na nas nałożony dopiero później. Na razie jest letni, pogodny dzień. Idziemy się bawić na cmentarzu. Zabieram ze sobą owiniętą w szalik, przygotowaną do pogrzebu Adolfę. Nie przychodzi mi do głowy, żeby poinformować Eleonorę o moich planach. Eleonora jest pogodną, siedemnastoletnią Kaszubką, ma dwa grube, jasne warkocze i rumiane policzki. Jest zachwycona, że nie musi harować w polu, lecz że wolno jej służyć w mieście i to u dobrych państwa. Jest ze mną od niedawna, bo ciotka Karolina pracuje teraz nie tylko na Politechnice, ale i w Urzędzie Morskim, nie ma więc tyle czasu, żeby się mną zajmować. Eleonora nie ma zbyt wielkiego pojęcia o wychowywaniu dzieci, a już na pewno ‐ oceniam to z dzisiejszej perspektywy ‐ nie była w stanie sprostać moim dziecinnym pomysłom. Była natomiast pogodna i przemiła, i opowiadała nam kaszubskie bajki o Purtku‐Wodniku i o Zazulce, którą porwały wodnice mieszkające w pałacu na dnie jeziora Wdzydzkiego. Bajki kaszubskie były pogodne, pełne zapachu sosnowych lasów i rybnych jezior. Czarownice kaszubskie, diabły i demony pomagały dobrym i biednym, a karały złych bogaczy. A Zazulka wróciła z dna jeziora ogromnie bogata, bo wodnice dały jej mnóstwo pereł, szmaragdów i srebra. I teraz poślubi Fredka, który jej cały czas szukał i wołał na brzegu jeziora płaczliwym głosem: Wróć, Zazulko, wróć, bo kocham cię bardzo! I nawet bogaci muszą się na to zgodzić.
‐ Kto to są bogaci? ‐ pytam.
‐ Niemcy ‐ odpowiada Eleonora. A po chwili dodaje: ‐ I Polacy.
Kaszubski punkt widzenia. Potakujemy posłusznie. Eleonora wie, co mówi. Może w jej kaszubskich bajkach nawet Polacy mogą być niedobrzy. Świat bajek jest tak inny od stołu, przy którym siedzi się żując mięso. Lubiłam bajki kaszubskie znacznie bardziej niż wydane właśnie ‐ jakież socjalistyczne osiągnięcie ‐ baśnie Grimmów. Te wydawały mi się okrutne i nieprzyjazne. I prawie zawsze o jakichś synach i innych chłopcach. Męski świat. Bez księżniczek, co najwyżej z siostrami, z których co najmniej dwie zawsze były niedobre i głupie. Mama uważała, że dzieci mają złe sny po lekturze baśni Grimmów. Zabrała mi książkę i dała coś jej zdaniem znacznie odpowiedniejszego. Na przykład mitologię grecką.
Idziemy na cmentarz ‐ Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać do woli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. Wiele lat później dowiem się, że Niemcy słynęli w całej Europie z upodobania do egzotycznych drzew i krzewów, i że miejsce, w którym stał niegdyś niemiecki dwór najłatwiej rozpoznać można właśnie po owych niezwykłych roślinach. Sumak octowy, którego cień jest niebezpieczny, bo może dzieciom wyssać krew, szarłat, złoty deszcz spadający na Danae. Pigwa i rajska jabłoń na konfitury. Morwa na jedwab. Azalie, cedry libańskie, tak piękne, że na pewno rosły również w raju, bambusy. Moja romantyczna natura pławi się w tych cudownych nazwach, wywołuje od razu z pamięci historie o boginiach, nimfach i ziemskich księżniczkach, które greccy bogowie zamienili w drzewa i kwiaty. Adolfa jest tylko niemiecką lalką, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.
Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.
‐ A jeśli siedzi tam upiór ‐ mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier ‐ jest blady, przezroczysty, ma długie lodowato zimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też ‐ dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

Jedziemy do wioski Eleonory, bo Eleonora chce mnie pokazać. Nie przedstawić ‐ na to jestem zbyt mała i zbyt obca. Zostanę pokazana, jak lalka. Eleonora omawia z rodzicami tysięczne szczegóły i wreszcie jedziemy. Jest wiosna. Oglądam krowy na pastwisku, żółte kurczaczki w stodole, kaczeńce na podmokłych łąkach wzdłuż błotnistego strumienia, gdzie zbieramy młodą pokrzywę. Nie mogę zrozumieć, że nie parzy.
‐ Nie tylko nie parzy. Można ją nawet jeść ‐ mówi Eleonora.
Próbuję, jak może smakować pokrzywa. Jak nic. Jestem rozczarowana. Z torbą pełną uzbieranej zieleniny idziemy do pani Grocholskiej. Jest stara i słaba. Eleonora chętnie jej pomaga. Pokrzywa jest dla perliczek pani Grocholskiej. Jestem zachwycona. Pomoc staruszce jest tego rodzaju dobrym uczynkiem, który da się zapisać dwa razy. Pani Grocholska mieszka w małym domku, zanurzonym po małe okna w gęstwie wiosennych kwiatów. Jestem miejskim dzieckiem z domu przy głównej ulicy ‐ nie wiem, co to są gęstwy kwiatów. Jak urzeczona wpatruję się w tuliapany, żonkile, forsycje i hiacynty. W sadzie kwitną drzewka wiśni i ogromne stare jabłonie, a może grusze. Wielkie, sztywno wyprostowane czerwone tulipany wyłaniają się z morza żółtych, puszystych mleczy. Stado indyków i perliczek pasie się między kwiatami. Pani Grocholska staje na progu. Ma siwe włosy i jasnofioletową sukienkę.
‐ Guten Morgen, Frau Grocholsky ‐ mówi Eleonora, a ja nie mogę zrozumieć, co mówi. Pierwszy raz usłyszałam wówczas obcy język. Skubię fałdy niebieskiej spódniczki Eleonory.
‐ Co ty mówisz? ‐ pytam cicho.
‐ To po niemiecku.
Pani Grocholska nie zna ani polskiego ani kaszubskiego.
Niemka! Autochtonka! Baba Jaga! Drżę z przerażenia. Czy jest możliwe, żeby w tym swoim domku z piernika miała piec? Eleonora wcale się nie przejmuje. Pani Grocholska zaprasza nas do środka. Do kuchni. W końcu jesteśmy na wsi, a na wsi życie toczy się w kuchni. Pani Grocholska rozgrzewa czarne żeliwne serca w piecu. A więc ma piec! W gardle narasta mi straszna dławiąca kula, jeszcze gorsza niż nie przeżute mięso, bo nie można jej wypluć, gdy nikt nie patrzy. Za chwilę gorące gofry w kształcie serc lądują na stole. Do tego miód i śmietanka. Nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego. Pochodzę z rodziny naukowców i artystów, nie wiem, jak piecze się ciasto czy robi ciastka. Ciastka zawsze były towarem, jak taksówki, lokomotywy, buty czy agrafki, czymś, co pojawia się nie wiadomo skąd. Serca z ciasta są pełne kwadratowych wgłębień, miód i śmietanka zatrzymują się w nich jak maleńkie sadzawki słodyczy. Jakie pyszne są serca z miodem. Ale nawet serca z miodem nie są w stanie przekupić mojego strachu. Domek z piernika też pysznie smakował! Wyjść! Wyjść! Wyjść! Płaczę, bo jestem wśród obcych i boję się krzyczeć.
Niedziela. Rano poszliśmy do kościoła, a teraz zostanę pokazana. Siedzę w kuchni napakowana jedzeniem do granicy mdłości. Co chwila otwierają się niebiesko pomalowane drzwi i nowa postać wsuwa się nieśmiało do kuchni. Najpierw tylko się na mnie patrzy. To sens i cel mojej wizyty ‐ pozwolić, by mi się przypatrywano jak lalce. Kuchnia jest pełna ludzi, którzy mówią coś, czego nie rozumiem. Jednak gdy zwracają się do mnie, mówią po polsku.
‐ Mówicie po niemiecku? ‐ pytam i czuję jak potworna klucha znowu podjeżdża mi do gardła.
‐ Nie, po kaszubsku ‐ mówi pani Hinz, matka Eleonory, podając mi pączka. Aha, po kaszubsku. Już wiem i na całe życie zapamiętam, że kaszubski jest odrębnym językiem, a Kaszubi odżywiają się ciastkami, które na dodatek sami robią. Mój ojciec podobno robi statki, moja matka obrazy, a moja ciotka książki. Statek jest większy od ciastka, ale nie da się go położyć na talerzu. Mój podziw dla Kaszubów jest nie do ogarnięcia. Zwłaszcza dla pani Hinz. Też chętnie załatwiłabym sobie taką mamę, która robi pączki.
‐ Przeczytasz nam coś? ‐ pyta ostrożnie i nieśmiało pan Hinz i podaje mi gazetę. Oto cud, który Eleonora prezentuje swojej wsi. To właśnie chcą zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy wszyscy zgromadzeni w kuchni Hinzów mężczyźni ‐ bo tylko mężczyźni zgromadzili się w tym ciasnym i dusznym pomieszczeniu. Otwieram gazetę i po cichu, sama dla siebie, przyglądam się tytułom. Co mam przeczytać? O tak, reportaż o odbudowie Gdańska. Niezwykła cisza zapada w kuchni Hinzów, gdy mała dziewczynka z miasta, czarodziejska żywa lalka ma starym i doświadczonym Kaszubom przeczytać na głos artykuł z gazety. Czytam. Dziesięć lat trwało, aż miasto Gdańsk podniosło się z ruin. Dziesięć lat wytężonej pracy. Dziesięć lat wysiłków i niezwykłego poświęcenia. Dziesięć lat owocnego współdziałania artystów i rzemieślników, którzy połączywszy swe zdolności odbudowali dawną świetność i niewysłowioną piękność mego miasta, perły Bałtyku.
Miasto Gdańsk niegdyś nasze…
Do diabła! ‐ odezwał się ze złością któryś z mężczyzn.
Czuję się niepewnie. Cytat z Mickiewicza zawisł w dusznym, słodko‐mdłym powietrzu. Pytająco spoglądam w stronę moich słuchaczy. Wszyscy mówią teraz jednocześnie. Podziw dla miejskiego dziecka, które nie dorósłszy jeszcze do wieku szkolnego, płynnie potrafi czytać „na gazecie“, znika, w zamian pojawia się oburzenie i złość na treść czytanego przeze mnie państwowo-twórczego reportażu. Nie rozumiem tego, odbieram więc zarzuty wypowiadane podniesionym głosem jako skierowane przeciwko mnie.
‐ Ja przecież nie kłamię ‐ szepczę płaczliwie i przytulam się mocniej do Eleonory. Lata miną, zanim będę w stanie jeszcze raz sprostać jakiemukolwiek publicznemu występieniu. Eleonora jest wprawdzie starsza ode mnie, ale jest równie co ja wystraszona i niezdolna stawić czoła siedzącym w kuchni mężczyznom. Pani Hinz pocieszająco podsuwa mi talerz z pączkami i gładzi mnie po głowie. Nie chcę jeść, nie chcę ciastek, nie chcę już nic więcej, chcę tylko do domu.
Do domu!

Nowy Don Kichot (a nawet dwa)

Dla wyjaśnienia: gramatycznie rzecz biorąc Don Kichot jest rzeczownikiem liczby pojedynczej w rodzaju męskoosobowym, a zatem jest jeden Don Kichot, ale jeśli jest ich dwóch, to są dwaj lub obaj. Natomiast taki nowy don kichot jako obiekt badawczy to jest rzeczownik w rodzaju niemęskoosobowym, jeden jest jeden, ale już w liczbie dwóch są dwa. Od kilku dni borykałam się z nadtytułem tego wpisu i wciąż zmieniałam w nawiasie słowo dwa na dwaj, a potem dwaj na dwa, w końcu jednak zdecydowałam się na formę niemęskoosobową, chociażby dlatego, że odpowiada moim spontanicznym odczuciom.

Pierwszego Nowego Don Kichota podrzucił mi Arek Łuba (bardzo dziękuję), wciąż jeszcze badając polską satyrę polityczną, a to prowadzi go coraz głębej i głębiej. Zakładam, że następny może być Kochanowski, a potem to już tylko Bogurodzica lub “Daj to ja pobruszę, a ty poczywaj”:

A szukając tekstu, bo na reprodukcji ciężko się czyta, znalazłam proszę Państwa, tratatata! Nowego Don Kichota czyli 100 szaleństw Fredry i Moniuszki!!!

No ale po kolei, najpierw byli Fredro i Moniuszko, więc od nich znaczniemy. Hemar i Lipiński za chwilę.

W roku 1841, kompozytor miał wtedy zaledwie 23 lata, Stanisław Moniuszko napisał swoje dzieło, często nazywane krotochwilą w trzech aktach, w oparciu o tekst Aleksandra Fredry – Nowy Don Kiszot, czyli Sto szaleństw. Moniuszko dedykował operę Fredrze, na karcie tytułowej rękopisu napisał: „w dowód najszczerszego uwielbienia / dla Autora tego dzieła / poświęcona”. Choć dzieło tworzył niezwykle młody człowiek, to już zapowiada się w nim wielki kompozytor. Tak twierdzą znawcy.

W tekście do wystawienia opery w Teatrze Kameralnym czytamy przede  wszystkim, że to wcale nie … opera, lecz Singspiel, śpiewogra.

Ktoś powie, opera z dużą dozą słowa mówionego (monologi, dialogi) a ktoś inny: dramat sceniczny, często komedia szczodrze okraszona muzyką w postaci arii, ansambli, poprzedzona uwerturą, bywa, że ozdobiona chórami bądź tańcami. I oba opisy są zgodne z prawdą. Taka forma miała być kontrpropozycją do sztywnej formuły opery, według włoskiego kanonu. Po pierwsze, miała być pisana w języku właściwym dla ojczyzny twórcy i odbiorców. Po drugie, miała być osadzona w muzycznej kulturze miejsca, w którym powstawała. Dlaczego? Bo z założenia miała docierać do prostych ludzi a nie – wyłącznie – koneserów. Jak to wyglądało w wydaniu polskim, koniecznie trzeba obejrzeć i posłuchać krotochwili w trzech aktach, opartej na dramacie Aleksandra Fredry do której muzykę skomponował nasz mistrz, luminarz, wręcz ojciec polskiej opery narodowej, Stanisław Moniuszko.

Krotochwila zawiera dziesięć numerów wokalno-instrumentalnych (cztery – w pierwszym, trzy – w drugim oraz trzy – w trzecim akcie), rozbudowaną symfoniczną uwerturę i orkiestrowe preludium – Entreacte przed aktem drugim. Akcja toczy się w podwarszawskich lasach, perypetie są grubaszne i rubaszne, funkcję Don Kichota przejmuje młody panicz Karol, który ma pstro w głowie.


A gdyby ktoś chciał obejrzeć całość, to TU.

Historyjka, o którą w tej krotochwilce chodzi, to przedmałżeńskie perypetie Zosi, którą jej opiekun prawny, stryj, Kasztelan wydaje za mąż za swojego syna Karola. Młodzi mają się ku sobie, rodzina sprzyja, a tu tymczasem Karol…

…tymczasem, pisze Lubosz, plenipotent, do Kasztelana, smutne doszły mnie wieści, że Karol drugim stał się Don Kiszotem. Byłem u niego, odpowiedział, że „chce odnowić dawne czasy rycerstwa, kiedy słabość i cnota uciemiężona znajdowały obronę w dzielnej młodzieży, i że chce być wzorem dla świata“…

Trzeba być warjatem,
Aby chcieć świat przerobić, walczyć z całym światem.
(czyta)
„Po moich odwiedzinach pierwszego dnia, wpadł do
klasztoru zakonnic, nie pomnę których, w czasie, gdy jedna młoda osoba votum czyniła, i mniemając pewnie, że jest przymuszoną, chciał gwałtem ją wyrwać, jak mówił, barbarzyństwu“…
Proszę. (czyta)
„Drugiego dnia chciał przez okno wyrzucić źle mówiącego o całej płci pięknej“…
Co mu do tego! (czyta dalej)
„A dowiedziawszy się, że jakiś Jegomość w najgorszym sposobie obchodzi się ze swoją żoną, wyzwał i obciął go dnia trzeciego, a czwartego wyjechał ztąd nie wiem dokąd, zapewne dla wypełnienia swoich szalonych zamiarów. — P. S. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że zawsze myśli uczciwie i Zofią szczérze kocha. Bądź zdrów. — Twój przyjaciel — Lubosz.“

Zofia

On mnie zawsze kocha!
Nie gniewaj się, stryjaszku, myśl jego za płocha,
Ale serce szlachetne, wierne, dusza stała.

W międzyczasie dzieje się nieco, ktoś ucieka, ktoś kogoś obije, ktoś się przebrał, a ktoś kogoś do lochu wsadził, na koniec jednak wszystkie perypetie się wyjaśnią, Zofia i Karol upewnią się nawzajem o swej miłości, a papcio stryjcio pobłogosławi im, mówiąc:

Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.

No i finał:

Nie szukajmy wśród marzenia
Szczęścia, co się stokroć zmienia,
Jak cień własny nas uwodzi,
Gdy go gonim, to uchodzi!
Między swemi,
W swojej ziemi,
Żyjmy zgodnie
I swobodnie!
Tylko miłość, stałość, cnoty,
Mogą wrócić nam wiek złoty!

PS. Od Adminki: W sztuczce Nowy Don Kichot NIE MA BARATARII!


Tekst Hemara ukazał się w Szpilkach 22 stycznia 1939 roku. Niestety, wyjaśnienia nie są potrzebne.


Najpierw czytamy stronę pierwszą, a dopiero potem drugą.

No cóż, w ciętej satyrze Hemara też NIE MA BARATARII!