Trafostacja

http://www.trafo.org/index/trafo

No więc tak… Trzeba tam pojechać, a jeśli się mieszka w Szczecinie – to pójść na ulicę św. Ducha 4, tuż koło dworca.

Po pierwsze – budynek. Odremontowana, zabytkowa transformatorownia. Rewelacyjna. Białe wypatroszone ze wszystkiego, trzypiętrowe wnętrze, otwarte na przestrzał od szklanej po części podłogi po więźbę dachową. Zresztą na pewno pierwsze co zrobiliście to kliknęliście linka i już wiecie, o co mi chodzi.

Po drugie – wystawa Ryszarda Waśko, Genesis. Pierwsza wystawa w nowej szczecińskiej instytucji kultury. Na stronie Trafostacji znajdziecie tylko informację, że taka wystawa jest.  Na ulotce – że trwa do 20 października. A nigdzie – że artysta właściwie nieznany, wystawa wspaniała, a obiekty zatytułowane “Pole czerwonych maków” oraz sala z fikcyjnymi zdjęciami rodzinnymi – “Portret rodziny w czasie” – niezwykłe i inspirujące.

Ryszard Waśko to polski artysta, który, po długim pobycie w Stanach, mieszka obecnie w Berlinie, znany raczej jako kurator legendarnych Konstrukcji w procesie oraz imprezy Łódź Biennale, a nie jako samodzielny twórca.

maki

“Pole maków” to całkowicie zaciemnione pomieszczenie, w którym dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczai się do mroku, zauważamy kwiaty. Już wiemy, to polskie czerwone maki, te z mazowieckich pól i te spod Monte Cassino, znane zresztą (chyba) głównie z piosenki, która przez lata mojemu pokoleniu wyciskała łzy z oczu. Po omacku dotykam kwiatów ręką, głaszczę suchą, chropawą powierzchnię płatków. Kwiatów jest tu ponad trzy tysiące i są jednakowe. Na moje pytanie, czy to tak jak u Ai Weiwei – chińska produkcja, pada odpowiedź “tak” – w ciemnym pomieszczeniu Waśki dokonuje się zamiana produkowanego masowo badziewia w sztukę ready made.

Przypominam sobie obiekt oglądany kiedyś w Weimarze. Obok domku ogrodowego, w którym Goethe tak chętnie pracował, nieco w bok, pod kątem i po lewej – ustawiono kiedyś jego dokładną replikę. Po co? zapytałam. Panienka pilnująca obiektu, nauczona, że tak właśnie ma odpowiadać, trzy tysiące razy dziennie – był to rok wieszcza i przez Weimar przewalały się tłumy – poinformowała mnie, że chodzi o to, iż w dzisiejszych czasach nie ma już różnicy między kopią a oryginałem. O ile przy pomysłach na sztukę ready made, tą stworzoną przez Marcela Duchampa, jak np. jego słynny pisuar, zatytułowany (każdy wie) “Fontanna”, podobnie jak przy “Ziarnach słonecznika” Ai Weiwei, nie mam najmniejszego problemu z wyrażeniem zgody na to, że ten akurat pisuar i te sto milionów identycznych porcelanowych nasion słonecznika to naprawdę sztuka, nie mam więc też zastrzeżeń do “Pola maków” Waśki, o tyle jednak w domu, w którym pracował wieszcz poczułam zło…wieszczy dreszcz (dziękuję Jackowi Dehnelowi za tę grę słowną), bo mianowicie przeczułam, że w czasie, który miał nadejść nikt mi już nigdy i nigdzie nie zechce pokazać oryginału, i wszędzie dostanę tylko namiastkę. Papieża na ekranie bilboarda widać lepiej niż gdzieś tam daleko na końcu stadionu, pod jakimś baldachimem. Wielkie figury glinianych chińskich żołnierzy – kopia. Doktorat niemieckiego polityka – kopia.

Z kolei “Portrety rodzinne w czasie” to celowo nieudolne zdjęcia, po trzy-cztery wersje jednego motywu. Do każdej wersji dołączona jest… inna historia rodzinna. Podobna, ale odmienna, zniekształcona, przesunięta. Nie wiadomo, co jest prawdą. Czy ojciec był żołnierzem? Czy matka umarła? Czy kobieta w tle jest mężczyzną? Czy kuzyn był bratem, czy kochankiem? Czytam rozbudowane podpisy, przyjmujące formę krótkich opowiadań, przypominając sobie pewną ilość słynnych dzieł literackich, opartych o to, że tę samą historię opowiada się nam w różnych perspektywach. Thronton Wilder, “Idy marcowe”. Lawrence Durrell, “Kwartet aleksandryjski”.

Ciekawa wystawa. Ciekawe miejsce ta Trafostacja. Szkoda tylko, że ciągnie się za nim zła sława. O kierownictwo tą nową szczecińską lokalizacją upowszechniania sztuki ubiegały się szczecińskie Stowarzyszenie Zachęty Sztuki Współczesnej oraz prywatna spółka Baltic Contemporary, która wygrała przetarg, a jej współwłaścicielka, niemiecka kuratorka Constanze Kleiner, jest obecnie dyrektorką Trafo.

 

Poetry – Poezja – Poesie / Coleridge

Najpiękniejszy angielski wiersz romantyczny – tajemniczy, oniryczny “Kublaj Chan”, zapis wizji opiumowej. Napisany (spisany) w roku 1798, opublikowany, za namową Byrona, w roku 1816.

Xanadu, Szanadu lub Cianadu to letnia stolica Kublaj Chana, mongolskiego władcy Chin (1215 – 1294), znanego nam przede wszystkim z opowieści Marco Polo, który odwiedził go w roku 1266. Czarna dziura na powierzchni Tytana, jednego z księżyców Saturna, została nazwana Xanadu. Tak zatytułowana jest też płyta Oliwii Newton John i tak nazwano pewien gatunek filodendrona i pewien – marihuany oraz sporo różnych hoteli na bajkowych plażach i wiele miejsc w opowieściach fantasy.

Wiersz Coleridge`a jest podobno jedynym dowodem na to, że po opium można mieć kolorowe wizje.

***
Kubla Khan was written in 1798, but it was first published in 1816. Coleridge was addicted to laudanum which brought him visions and agonies with constipation which he thought of as retribution. Laudanum addiction was common because people resorted to it to relieve toothache, which was a part of everyday life in those days.

Kubla Chan
Widzenie miane we śnie

W Xanadu Kubla Chan rozkazu mocą
Pałac rozkoszy wzniósł wspaniały
Gdzie rzeka Alph swe święte wody toczy
W grot głębi, gdzie się gubią ludzkie oczy
Ku morzu, które słońca nie zaznało.
Ziemi dwakroć mil pięć bogatej płodami
Otoczył krąg wyniosły murów z wieżycami.
W środku strumienie kręte na ogród blask lały
Gdzie kwitły mnogie drzewa kadzidlane
I odwieczne jak wzgórza lasy otaczały
Rozsłonecznione polany.

O! tu rozpadlina wskroś cedrów okrycie
Do głębi tnie zielone wzgórze romantycznie
O, dzikie miejsce! Tak święte i zaklęte
Jakby natchniona zanikiem księżyca
Kobieta łkała za kochankiem demonicznym.
Z przepaści, w której wrzawa wciąż w zamęcie trwała
Jakby ziemia powietrze łapczywie wdychała
Przepotężna fontanna co chwila wytryska
I pośród jej wybuchów nagłych, przerywanych
Odłamy skalne jak grad o ziemię miotany
Skaczą, jak omłot w spichrzu na klepisku
I pośród skał tych tańca bez końca, burzliwie
Wystrzela święta rzeka nurtem natarczywym
Pięć mil poprzez meandry i zakola kręte
Lasami, dolinami święte wody toczy
Wpada do grot, gdzie się gubią ludzkie oczy
Z łoskotem z morza martwym łączy się odmętem.
I słyszał Kubla z dali w łoskocie niespokojnym
Jak głosy przodków nową wieszczą wojnę!

Pałacu się unosił cień
Falami kołysany
I mieszał się fontanny dźwięk
Z dźwięcznymi pieczarami
I to był cud dotąd nie widziany
Słoneczny pałac z lodowymi pieczarami

Widzenie kiedyś miałem
Dzieweczki z Abisynii
I grała ona na cymbałach
O górze Abora śpiewała
O, niechaj mi się dziś przypomni
Jak cymbał brzmi, pieśni jej ton
To sprawi piękna radość nieprzytomna
Że razem z brzmieniem rozgłośnym jak dzwon
Wzniosę ten pałac powietrzem objęty
Słoneczny pałac! Jaskinie lodem ścięte!
Ci, którym dźwięki nie są obojętne
Ujrzą je i krzykną widokiem przejęci:
Włos jego falujący, źrenice ogniem zdjęte.
Po trzykroć kręgiem go jak wieńcem
Otoczmy. Niechaj zaćmi nasze oczy
Świętości lęk; bo rosy on utoczył
Miodowej, w Raju mleko pił zaklęte.

przełożył Ludwik Dorn

In Xanadu schuf Kublai Khan
ein Traumschloss, stolz und hehr,
Dort brach der Urquell Alph sich Bahn
durch Grotten, die kein Mensch ersann,
zum sonnenlosen Meer.

Wehrturm und Wall umringen stolz
zehn Morgen reiches Gartenland,
wo Fliederduft und Sandelholz
sich mischt mit Nachtigallenschlag
aus einem Hain, der dort schon stand,
im Licht vom ersten Schöpfungstag.

Im Zederndunkel teilt die Schlucht
den Hügel wie ein Schlangenleib
halb heiligend, halb wie verflucht,
als ob beim Sichelmond ein Weib
beschwört des Höllenliebsten Leib.

Aus dieser Schlucht, die ewig dröhnt
als ob das Land gleich Drachen stöhnt
schnellt sich ein Springquell hoch, erbricht
gezackten Fels und Kies ins Licht
der teils als Hagel auf die Welt,
teils wie die Spreu vom Flegel fällt.

Vom Tanz der Felsen unterm Dom
des Himmels fließt der heilge Strom
määndernd wohl fünf Meilen quer
durch Auen, Gärten, reichen Tann,
zu Grotten die kein Mensch ersann,
stürzt dann sich in ein totes Meer.
Und Kublai hört darin von weit
Kampf, den ein Vorfahr prophezeit.

Der Schatten des Palastes streicht
die Wogen sacht im Spiegelbild,
und Quell und Grotte mischt sich leicht
zum Lied des Wassers, murmelnd mild,
das leis verklingt mit Widerhall,
im Schloss aus Licht und Eiskristall.

In einer Vision ersah
ich dort bei süßem Harfenklang
aus fernem Abessinia
ein Mädchen sitzen und ihr Sang
erzählt vom Berge Abora.

Könnt ich zum Leben dieses Lied
in mir erneuern irgendwie
Musik und Stimme, Gras und Ried
dann ließe mich die Harmonie
das Schloss erbauen in der Luft
das Schloss aus Licht und Eiskristall
so dass es jeder sieht— und ruft:

Gebt acht auf ihn: Sein Lockenhaar
umwallt ihn dreifach und sein Blick
gleicht einer Flamme die versehrt
so weicht vor ihm zurück, zurück
den Honig wilder Bienen nährt
der Milch aus Edens Quellen trinkt.

Poezja – Poetry – Poesía / Llach

Lluis Llach

Najsłynniejsza piosenka Solidarności – “Mury” (A mury runą…) przetłumaczona i śpiewana przez Jacka Kaczmarskiego, została napisana za czasów dyktatury Franco przez Lluisa Llacha po katalońsku, ma mniej lub bardziej inną treść, a jej tytuł oznacza… “Słup”.

Poniżej wersja katalońska i hiszpańska, a pod spodem polska i angielska, która jest tłumaczeniem polskiej.

Czy wiecie, że wydźwięk tej piosenki jest strasznie pesymistyczny? Wydaje mi się, że nikt z nas nie chce tego pamiętać!

L’ESTACA

L’avi Siset em parlava
de bon matí al portal
mentre el sol esperàvem
i els carros vèiem passar.

Siset, que no veus l’estaca
on estem tots lligats?
Si no podem desfer-nos-en
mai no podrem caminar!

Si estirem tots, ella caurà
i molt de temps no pot durar,
segur que tomba, tomba, tomba
ben corcada deu ser ja.

Si jo l’estiro fort per aquí
i tu l’estires fort per allà,
segur que tomba, tomba, tomba,
i ens podrem alliberar.

Però, Siset, fa molt temps ja,
les mans se’m van escorxant,
i quan la força se me’n va
ella és més ampla i més gran.

Ben cert sé que està podrida
però és que, Siset, pesa tant,
que a cops la força m’oblida.
Torna’m a dir el teu cant:

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

L’avi Siset ja no diu res,
mal vent que se l’emportà,
ell qui sap cap a quin indret
i jo a sota el portal.

I mentre passen els nous vailets
estiro el coll per cantar
el darrer cant d’en Siset,
el darrer que em va ensenyar.

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

LA ESTACA

El viejo Siset me hablaba
al amanecer, en el portal,
mientras esperábamos la salida del sol
y veíamos pasar los carros.

Siset: ¿No ves la estaca
a la que estamos todos atados?
Si no conseguimos liberarnos de ella
nunca podremos andar.

Si tiramos fuerte, la haremos caer.
Ya no puede durar mucho tiempo.
Seguro que cae, cae, cae,
pues debe estar ya bien podrida.
Si yo tiro fuerte por aquí
y tú tiras fuerte por allí,
seguro que cae, cae, cae,
y podremos liberarnos.

¡Pero, ha pasado tanto tiempo así !
Las manos se me están desollando,
y en cuanto abandono un instante,
se hace más gruesa y más grande.

Ya sé que está podrida,
pero es que, Siset , pesa tanto,
que a veces me abandonan las fuerzas.
Repíteme tu canción.

Si tiramos fuerte…

El viejo Siset ya no dice nada;
se lo llevó un mal viento.
– él sabe hacia donde -,
mientras yo continúo bajo el portal.

Y cuando pasan los nuevos muchachos,
alzo la voz para cantar
el último canto que él me enseñó.

Si tiramos fuerte…

MURY

On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym,
Śpiewał, że czas by runął mur…
Oni śpiewali wraz z nim:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i głów.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał,
I ciążył łańcuch, zwlekał świt…
On wciąż śpiewał i grał:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast;
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam ten nasz najgorszy wróg!
A śpiewak także był sam.

Patrzył na równy tłumów marsz,
Milczał wsłuchany w kroków huk,
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Patrzy na równy tłumów marsz,
Milczy wsłuchany w kroków huk,
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg…

WALLS

He was inspired and young, they were a legion
He gave them strength with his song, singing that the dawn is near.
They’d light thousands candles for him, smoke rising over their heads,
He sang it was time for the wall to fall…
They sang together with him:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

Soon they knew the song by heart and just the melody without the words
Carried the old meaning, shivers through hearts and heads.
So they sung, clapped to the rhythm, their applause sounding like gunshots,
And the chain was a burden, the dawn was dawdling…
And he still sung and played:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

And they saw their numbers, they felt their strength and the time,
And singing that the dawn is near, they marched into the streets;
They destroyed monuments and uprooted pavements
— This one is with us! This one is against us!
Who’s alone is our worst enemy!
And the singer was also alone.

He looked at the steady march of the crowds,
Silent he listened to the thunder of their steps,
And the walls grew, grew, grew
The chain dangled at the feet…

He looks at the steady march of the crowds,
Silent he listens to the thunder of their steps,
And the walls are growing, growing, growing
The chain dangles at the feet…

Poezja – Poesía / Como Acordeón

Piosenka zespołu La Troba Kung-Fú z Barcelony – zespół gra Rumbę, Cumbię, Dub, Blues… Na koncertach budzi niekłamany entuzjazm.

Na akordeonie gra Joan Garriga, który również śpiewa, stąd te aluzje w tytule i tekście do tego instrumentu: http://www.latrobakungfu.net/index.php/fotos

Uwaga: tu nagranie na Youtubie, którego NIE WOLNO odsłuchać (tak! dobrze czytacie – nie wolno nawet odsłuchać) w Niemczech.
http://www.youtube.com/watch?v=2qQ_pnIZDbc

A jest to o tyle śmieszne, że na stronie zespołu są wszystkie (WSZYSTKIE) posenki z nanowszej płyty “Santalegria” w tym również ów Akordeon. Trzeba po prostu kliknąć na strzałeczkę po prawej stronie od tytułu piosenki:

trobakungfuhttp://latrobakungfu.net/santalegria/temes/

COMO ACORDEÓN
Te abrazaré toda la noche,
te cantaré y te bailaré,
te encontraré tus mil botones
como si fueras acordeón.
Respiraré con tu compás,
caminaré siguiendo el paso
dejando el peso en tu regazo
como si fueras un danzón.
Y la noche cantará
qué bonito bailas.
Y regarás todos mis ríos
bombeando en clave de pasión,
serás el ritmo de mi brío
como si fueras mi corazón.
Y seguiré medio dormido
sabiendo que tu lejanía
me robará toda alegría
como si fueras una ilusión.
Y la noche llorará
porque tú te marchas.
Apareciendo en la sorpresa
a mi boca sin previo aviso
resistirás siempre el olvido
como si tú fueras canción.
Y la noche cantará
qué bonito bailas tu.
JAK AKORDEON
Będę cię obejmował przez całą noc
śpiewał ci i tańczył,
odnajdę u ciebie tysiąc przycisków
jak gdybyś była akordeonem.
Będę oddychać w twoim rytmie,
pójdę za twymi krokami
obejmując cię w pasie
jak gdybyś była tańcem.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Nawodnisz wszystkie moje rzeki
z namiętnością,
staniesz się napędzającą mnie energią
jak gdybyś była moim sercem.
I tak będę trwać w półśnie
wiedząc, że twoje oddalenie
zabierze mi całą radość
jak gdybyś była tylko złudzeniem.
I noc zapłacze
że odchodzisz.
Pojawiając się niespodzianie
u moich ust
zawsze oprzesz się zapomnieniu
jak gdybyś była piosenką.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Przekład KwikTV

Reblog: Laura Makabresku i Aëla Labbé

Dorota Groyecka

„Wyglądasz, jak twoje zdjęcia” – fotografka Aëla Labbé słyszała wielokrotnie od zaskoczonych osób, gdy ją poznawały. Również Laurze Makabresku nieraz zadawano pytanie, jak wygląda jej prawdziwe życie, czy jest takie, jak na fotografiach?

laura1Mgliste analogowe zdjęcia dwóch młodych fotografek, Polki Laury Makabresku i Francuzki Aëli Labbé wiele łączy: baśniowość, klimat melancholii i grozy, często poruszany temat śmierci i istnienia fantastycznych postaci oraz sił nadprzyrodzonych. Ale przede wszystkim autentyczność, zgodność tworzonych obrazów z ich wizerunkami, z ich osobowościami, które wynurzają się z licznych autoportretów, zapisków codzienności oraz wywiadów. Makabresku powtarza za Kafką: „nie mam ze sobą nic wspólnego”, ma jednak wiele punktów wspólnych z historiami, które opowiada – strach, odosobnienie, wrażliwość i przede wszystkim ucieczka od rzeczywistości w baśniowość.

laura3podwojonaZarówno Makabresku, jak i Labbé, same nauczyły się sztuki fotografii. Kilka lat temu wpadł im w ręce aparat, początkowo głównie zapisywały codzienne wydarzenia, eksperymentowały, dziś tworzą złożone sesje zdjęciowe, każda z nich wypracowała swój własny, rozpoznawalny styl. Młode fotografki na początku zaczęły zdobywać popularność w internecie, obecnie mają już na swoim koncie pierwsze publikacje w prasie i pierwsze ważne imprezy – zdjęcia Makabresku zostały pokazane m.in. na zeszłorocznym Miesiącu Fotografii, a pod koniec stycznia jej prace ponownie zostaną wystawione w Krakowie w dużym formacie wzdłuż ulicy Koletek. Labbé w lutym weźmie udział w Międzynarodowych Targach Sztuki w Madrycie (Just Madrid International Art Fair).

I dalej:

Laura Makabresku i Aëla Labbé. Kolekcjonerki wspomnień, marzeń i snów – Magazyn O.pl.

Reblog za zgodą portalu Magazyn O.pl; wszystkie zdjęcia Laura Makabresku – za zgodą autorki, która zdjęcia z motylami opatrzyła opisem: fairy tale about a girl, who hanged herself in the attic. she was hanging there for so long, that her sweet scent enticed butterflies. these coated her livid body and now it looks like she was only a chrysalis, swayed calmly by a draught.

Dziadek

Ewa Maria Slaska & Dariusz Bogucki

Dziadek (Ojciec)

Dziadka pamiętam bardzo dobrze. Miałam sześć lat jak umarł. Pamiętam chudą postać w pasiastej piżamie siedzącą na łóżku, ale przede wszystkim pamiętam wielkiego misia, którego Dziadek namalował dla mnie na ścianie, przy schodach wiodących na strych. Okiem misia była wystająca ze ściany, przycięta i zatynkowana na obło rura. Codziennie stawałam na schodku koło misia – miś był wyższy ode mnie – i dzielnie połykałam łyżkę tranu, zagryzając kawałkiem chleba z solą. Dziadek mnie głaskał po głowie i chwalił, udawałam więc, że lubię i tran, i chleb, choć nie lubiłam.

Był malarzem:
BOGUCKI Jan Feliks (1886-1955)

Malarz, grafik, związany z warszawskim środowiskiem artystycznym. Kształcił się w Wyższej Szkole Przemysłowej w Krakowie. Uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne, grafikę, projektował kilimy. Uczył na kursach dla praktykantów drukarskich. W czasie II wojny został wywieziony do obozu pracy w Kassel.

Gdy już nie żył, trwał w opowieściach. Była na przykład opowieść o ślubie Babci. Nie wyszła za mąż za tego, którego kochała, bo pan szykował się do kariery politycznej i Babcia była mu za mało światowa i z koneksjami. To znaczy bez koneksji. Poprzysięgła sobie wtedy, że wyjdzie za mąż za pierwszego lepszego, który się napatoczy i napatoczył się malarz w aksamitnym berecie i pelerynie. Nie był dobrym mężem, ani ojcem, ale jego syn, a mój ojciec, Dariusz Bogucki, wspominał, że to Dziadek malarz zaszczepił mu (na niewidziane) miłość do morza.

Bodajże w połowie lat trzydziestych ojciec zaprenumerował dla mnie miesięcznik „Morze”, a ja przychodzące regularnie numery dosłownie połykałem, bezwiednie wchłaniając ten świat i budując w sobie poczucie więzi z morzem. A potem, jużw czasie wojny, również od ojca otrzymałem książkę Londona Żegluga na jachcie Snark, z dedykacją: „Dla przyszłego budowniczego okrętów”. W żaden sposób nie mógł wtedy wydedukować czy przeczuć, że tym właśnie będę się w przyszłości zajmować. A przecież trafił celnie.

kolumna-dziadekNadał mu też imię Dariusz Michał Anioł – “zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza”, zapisał Ojciec. Ojciec w ślady mistrza nie poszedł, ożenił się za to z graficzką i w rodzinie po dziś wszyscy malują i rysują. Tylko ja nie.

W zapasach legend rodzinnych jest też opowieść o tym, po latach potwierdzona w autobiografii ojca, że Dziadek jeszcze przed wojną spłodził trzech synów, po czym wyszedł z domu i wrócił po 17 latach. Już po wojnie, do Gdańska. Moja siostra Katarzyna twierdzi, że kiedyś odnalazł ją pewien pan, który przekazał jej pamiętniki, a może listy, pewnej pani, która to pani kochała Dziadka, a może była jego kochanką. Nie wiem, bo nie widziałam listów ani pamiętników. I może to tylko kolejna opowieść, jakich jest mnóstwo w naszej rodzinie.

W naszym domu stał, a teraz, w domu mojej siostry, stoi wielki czarny kufer, w którym Dziadek przechowywał farby. Robił je sam, z jakichś proszków, przechowywanych w szarych torebkach. Torebki zawsze były podarte, pogniecione i brudne od farby, a trochę proszku zawsze się wysypywało. Na dnie kufra leżały zbite w brudne kule resztki farb. Pamiętam intensywny ciemny błękit i farbę złotomiedzianorudą. Pamiętam czy myślę, że pamiętam?
Nasza Mama opowiadała, że Dziadek był malarzem peregrynatorem, wędrował po wiejskich plebaniach, gdzie malował freski, najczęściej za wikt i opierunek, rzadko za pieniądze, czasem za honoraria w naturze. Te sumiennie odsyłał rodzinie do Gdańska. W szponach powojennej poczty polskiej wiejskie masło jełczało, słoiki z miodem rozbijały się w driebiezgi (pamiętacie taki dowcip z owych czasów: jak rozbić atom? nadać go na pocztę polską), jajka się tłukły. Wszystko kapało i śmierdziało, ale listonoszka starannie dostarczała paczkę pod wskazany adres. Trzymała ją jednak jak najdalej od siebie, w wyciągniętej ręce, drugą zatykając nos.

Takie były legendy naszego dzieciństwa. Kiedyś, jako małą dziewczynkę zabrano mnie (ale kto? nic nie pamiętam) do restauracji na Dworcu Gdańskim, ozdobionej freskami Dziadka. Ale nie pamiętam tych fresków. Pamiętam tylko misia.

Dopiero tuż przed śmiercią w 2002 roku, czyli prawie pół wieku po śmierci Dziadka, Ojciec przekazał nam rękopis swojej autobiografii, dziś już wydany. Tam Dziadek stał się odrobinę bardziej wyrazisty. Babcia

… wyszła za mąż za znacznie od siebie starszego Jana Feliksa Boguckiego – mojego ojca. Ślub odbył się 7 września 1926 roku w Pratulinie koło Białej Podlaskiej.
O początkach ich znajomości i powodach zawarcia małżeństwa mama nigdy nie chciała mówić, ale z różnych aluzji i luźnych uwag babci Jadwigi czy ciotek wiem, że przyczyną był jakiś dotkliwy zawód miłosny, jaki mamę spotkał w Zakopanem. Ojciec, absolwent Wyższej Szkoły Rzemiosł Artystycznych, był artystą malarzem, a choć był dobrym pejzażystą, nie dorobił się ani sławy, ani fortuny. Z czasem zajął się techniką średniowiecznej polichromii ściennej, szczególnie kościelnej, i stał się cenionym specjalistą w tej dziedzinie.
Rodzice przez krótki czas wspólnego życia zamieszkiwali w Warszawie i musiało im być wtedy materialnie bardzo ciężko, bo ojciec, malarz bez uznanego nazwiska, zarabiał niewiele i nieregularnie, głównie więc praca mamy zapewniała im skromną egzystencję. To ich wspólne życie nie trwało jednak długo, jako że w moich najwcześniejszych wspomnieniach sięgających Warszawy ojciec nie występuje. Tak jakby go zupełnie nie było. Musiał się wcześnie od nas odłączyć, gdyż z tego okresu zapamiętałem, że od czasu do czasu w domu zjawiał się starszy łysawy mężczyzna, który od innych gości wyróżniał się tym, że nie mówiło siędo niego pan, tylko tata. Zawsze był poważny i sztywny, nas dzieci niemal nie zauważał, rozmawiał tylko z mamą i innymi dorosłymi. Bywał krótko i zazwyczaj nie zostawał na noc. Gdy już podrosłem na tyle, by to zrozumieć, mama wyjaśniła mi, że jakkolwiek ten pan jest moim ojcem, nie należy jednak do rodziny, tylko mieszka oddzielnie gdzieśw Radomiu, i że to się nazywa separacja. I tak już miało zostać niemal do końca. Ojciec zamieszkał z nami na stałe dopiero po wojnie, w ostatnich latach swego życia. Z dzieciństwa pamiętam, że odwiedzał nas sporadycznie, czasami przywoził jakieś upominki dla mnie i moich braci, lecz nawet z biegiem lat nie wytworzyła się między nami zażyłość. Nigdy nie stanowił dla nas wzorca ani autorytetu (…) Kiedy już zainstalowaliśmy się z mamą na dobre w Gdańsku, ojciec zamieszkał z nami. Dopiero tych kilka powojennych lat względnie spokojnego życia pozwoliło rodzicom nawiązać jakąś formę wzajemnej sympatii, choć zapewne nie zagoiło wszystkich ran przeszłości. Gdy w 1953 roku mama zmarła, w wieku 51 lat, nagle zabrakło jej życzliwego serca, ciepła i pogody ducha. Pozostała po niej ogromna, trwała pustka. Była osobą wielkiej skromności, pod którą skrywała się równie wielka dzielność wspaniałej kobiety. Śmierć mamy niespodziewanie mocno wstrząsnęła ojcem. Po pogrzebie ukrył się gdzieś bez śladu i nie pokazywał w domu przez kilka dni. Od tego czasu zamknął się w sobie, prawie się nie odzywał i właściwie przestał pracować. Odnosiło się wrażenie, że zapadał się powoli, jakby świadomie, w swój wewnętrzny świat. Umarł w niespełna dwa lata po odejściu mamy.

rynek-dziadekIstotną rolę w sposobie, w jaki traktowaliśmy nasze mieszkanie (w Gdańsku na ulicy Grunwaldzkiej), odegrał mój ojciec, który po wojnie powrócił z oflagu w Niemczech (…), ściągnął do Gdańska i ostatnie lata życia przemieszkał razem z nami. Jako zawodowy artysta-malarz, ojciec doskonale znał stare techniki malarskie, sztukatorskie i złotnicze i miał w tym zakresie ogromną wiedzę i praktykę. Już przed wojną był cenionym specjalistą renowacji polichromii kościelnych. Pracował intensywnie i z zamiłowaniem, miał sporo zleceń, chociaż finansowo stał zawsze kiepsko, bo honoraria pobierał na zasadzie czym chata bogata. Księża plebani rzadko dysponowali gotówką, w zamian za swoje usługi otrzymywał więc wiejskie specjały, a nierzadko jakieś antyki, wygrzebane na plebanijnych strychach. A że rynek antyków w owych czasach niespecjalnie funkcjonował, takie honoraria miały jeśli nie znikomą wartość materialną, to na pewno znikomą przydatność. Jako się rzekło, zamówień ojciec miał dużo, ale mógł je realizować tylko w ciepłej połowie roku, zimę spędzał więc z nami w domu. Wstawał bardzo wcześnie rano, a potrafił markować do późna w nocy. Coś tam sobie szkicował, wypróbowywał różne zestawienia farb i techniki, jako poligonu doświadczalnego używając ścian. Z roku na rok freski ojca zajmowały coraz większe połacie naszego mieszkania. Nie było w tym żadnego całościowego pomysłu, bo ojciec traktował
wszystko jako eksperymenty, względnie szkice do późniejszych realizacji w kościołach. Wzdłuż schodów, gdzie ściany były pomalowane na ciepły jasnożółty kolor, powstał cały rząd herbów wszystkich miast nadbałtyckich. Tam, gdzie kończyły się schody, a zaczynał korytarz, płynęła po ścianie ogromna fregata, widziana od dziobu, pod pełnymi żaglami. Na każdym żaglu wymalowany był herb rodowy Boguckich, Krzywda. Ściana z drugiej strony schodów została wykorzystana do próbnego doboru kolorystyki ornamentów dendrytowych. Korytarz był bezpański, co pozwoliło ojcu działać nie tylko bezkarnie, ale i bez ograniczeń, w pokojach natomiast lokatorzy stawiali opór, który nie zawsze udawało mu się przełamać. Wywalczył sobie jednak prawo do wymalowania jednego z trzech pokoi w amfiladzie i trzeba przyznać, że wykorzystał tę szansę umiarkowanie. Pomalował tylko jedną ścianę, ale za to pokrył ją gęstwą najprzeróżniejszych malowideł, wszystkie w ciemnej tonacji. Eksperymentował nie tylko kolorystycznie, ale i materiałowo, a stosował techniki tak trwałe, że kiedy w wiele lat po jego śmierci postanowiliśmy pokój wyremontować, trzeba było skuć tynk do żywej cegły. Takie zagospodarowanie ścian nie utrudniało zresztą życia w jego fizycznym wymiarze, a odczucia wywołane wartościami artystycznymi tych malowideł dawały się zaakceptować, póki eksperymenty nie przeniosły się na podłogę. Wszystko zaczęło się znowu od ziemi niczyjej, czyli od korytarza, ale tym razem i na korytarzu skończyło. Farby ówczesne nie schły szybko, dlatego omijanie wykorzystanych do prób połaci podłogi przekraczało cierpliwość nawet najbardziej życzliwie nastawionych współmieszkańców. Ostatecznie ojciec musiał tych eksperymentów zaniechać, co uczynił, nie kryjąc głębokiej dezaprobaty. (…) jeszcze długo po jego śmierci przy kolejnych remontach pojawiały się niespotykane – i w żadnym razie niezamierzone – zestawy kolorystyczne na ścianach i podłogach, a nawet na meblach.

Z malowideł na ścianach i podłodze nic nie zostało, a ja ich nawet nie pamiętam. Dawno nie ma misia. W restauracji na Dworcu równie dawno nie ma fresków Dziadka. W podziale spuścizny rodzinnej nie przypadł mi w udziale żaden jego porządny obraz. Nawet szkicowniki mnie ominęły. To co mam, to właściwie resztki i odpady. Pocztówki w tym wpisie nie są moje, znalazłam je na jakiejś stronie aukcyjnej (Dziękuję). Mam to:

dziadek2 dziadek1 Ale miałam misia i mam wspomnienia o Dziadku. To dużo. Jestem bardzo zadowolona.

Wiele jej prac błędnie przypisano mężowi

Wpis dedykuję Teresie Boguckiej

Amanzia-kotyText auch auf Deutsch (siehe unten).

Amanzia Ammirata Guérillot była włoską malarką, o której istnieniu dowiedziałam się, bo koleżanka z Facebooka zlinkowała się do jej obrazu na stronie iterArte Roma: Gatti che giocano con un vaso di pesci rossi, 1840-1850, Collezione privata.

Zajrzałam do Wikipedii i znalazłam wpisy o Amanzii po włosku i poniemiecku. Przeczytałam po niemiecku i mnie zamurowało. Wiele jej prac, pisze Wikipedia, błędnie przypisano mężowi.

Nóż feministycznego poczucia krzywdy otworzył mi się w kieszeni i już nie miałam wyjścia – musiałam przygotować ten wpis. Po polsku i po niemiecku. Korzystałam z Wikipedii, w której są wpisy tylko po niemiecku i po włosku. Po niemiecku wpis jest dłuższy.

Urodziła się 2 grudnia 1828 roku w Mediolanie, zmarła po roku 1886. Amanzia Ammirata Guérillot była włoską malarką, która malowała romantyczne widoki i martwe natury. Wiele jej prac błędnie przypisano mężowi, malarzowi Angelo Inganni (1807 – 1881). Był od niej o 33 lata starszy!

Urodziła się w rodzinie francuskiej, mieszkającej we Włoszech. Pierwszym jej nauczycielem malarstwa był ojciec, Nicola Guérillot. W roku 1845 opiekę nad młodą malarką przejął Angelo Inganni, który udzielał jej też lekcji malarstwa. Amanzia często mu pozowała. W roku 1847 debiutowała na wystawie w Accademia di Belle Arti di Brera, gdzie pokazano dwie jej weduty. W następnych latach wystawiała weduty, portrety, martwe natury, obrazy ze zwierzętami i kwiatami. Dużo wystawiała  w Medziolanie, m.in. w Galleria d’arte moderna. W latach 1853-1855 wykonała 14 stacji Męki Pańskiej dla kościoła parafialnego Ronco di Gussago. W roku 1856 (lub 1859) wyszła za mąż za Angela Inganni, którego pierwsza żona zmarła trzy lata wcześniej. Małżonkowie wyprowadzili się w okolice Brescii. Amanzia Guérillot i Ingannio często wspólnie pracowali. Malowali na przykład drewniane figury żołnierzy zdobiących odrzwia, manekiny dla pracowni krawieckich, bukiety kwiatów mocowanych na ramach luster, szkatułki i parawany. Gdy Ignannio zmarł, w roku 1887, Guérillot wyszła powtórnie za mąż za urzędnika sądowego Lodovico Antoniani, z którym wyprowadziła się do Padwy. O jej życiu i dziełach po tej dacie nic nie wiadomo. Nawet data jej śmierci nie jest pewna.

Geboren am 2. Dezember 1828 in Mailand, gestorben nach 1887 Amanzia Ammirata Guérillot war eine italienische Malerin, die vorwiegend romantische Veduten und Stillleben malte. Viele ihrer Werke wurden irrtümlich ihrem ersten Ehemann, dem Maler Angelo Inganni (1807 – 1881) zugeschrieben. Er war 33 Jahre älter als sie!

Angelo Inganni, Portrait of Amanzia Guérillot at the Mirror (1856)

Amanzia-portret2Sie wurde 1828 in Mailand als Mitglied einer Familie geboren, die ursprünglich aus Frankreich stammte. Ihren ersten Zeichenunterricht erhielt sie von ihrem Vater Nicola Guérillot. 1845 wurde der Maler Angelo Inganni ihr Vormund und Lehrer, sie stand ihm zudem häufig Modell. 1847 debütierte Guérillot mit einer Ausstellung in der Accademia di Belle Arti di Brera. Dort zeigte sie die zwei Veduten. Auch in den folgenden Jahren stellte sie Veduten, Porträts, Stillleben, Tier- und Blumenstücke aus. Viele ihrer Werke wurden in Mailand ausgestellt, unter anderem in der Galleria d’arte moderna. Von 1853 bis 1855 gestaltete sie 14 Kreuzwegstationen für die Pfarrkirche Ronco di Gussago. 1856 (oder 1859) heiratete sie Inganni, dessen erste Frau drei Jahre zuvor verstorben war. Nach der Hochzeit zog das Paar in die Nähe von Brescia. Guérillot arbeitete bis zu Ingannis Tod 1881 häufig mit ihm zusammen. So bemalten sie unter anderem gemeinsam Soldaten aus Holz für Türverkleidungen, Holz-Figurinen für ein Schneideratelier, Blumensträuße auf Spiegel, Dosen und Paravents. 1887 heiratete Guérillot in zweiter Ehe den Justizbeamten Lodovico Antoniani, mit dem sie nach Padova zog. Ihr weiteres Wirken und Todestag sind nicht bekannt.

Поэзия – Poésie – Poezja – Poesie – Poetry / Francois Villon

François Villon & Булат Окуджава

Молитва / La Prière / Modlitwa / Gebet / Prayer

Пока Земля еще вертится, пока еще ярок свет,
Господи, дай же Ты каждому, чего у него нет:
Мудрому дай голову, трусливому дай коня,
Дай счастливому денег… И не забудь про меня.

Пока Земля еще вертится, Господи, – Твоя власть! –
Дай рвущемуся к власти навластвоваться власть,
Дай передышку щедрому хоть до исхода дня.
Каину дай раскаянье… И не забудь про меня.

Я знаю: Ты все умеешь, Я верую в мудрость Твою,
Как верит солдат убитый, что он проживает в раю,
Как верит каждое ухо тихим речам Твоим,
Как веруем и мы сами, не ведая, что творим!

Господи, мой Боже, зеленоглазый мой,
Пока Земля еще вертится, и это ей странно самой,
Пока еще хватает времени и огня,
Дай же Ты всем понемногу… И не забудь про меня.

***

Tant que la terre tourne encore, tant que la lumière est vive,
Seigneur, donne à chacun ce qu’il n’a pas:
au sage une tête, au poltron un cheval,
à l’heureux de l’argent… Et ne m’oublie pas!

Tant que la terre tourne encore, Seigneur, c’est en ton pouvoir!
Donne à ceux qui veulent le pouvoir de régner à loisir,
Donne à souffler au généreux, au moins jusqu’au soir,
A Caïn donne le remords… Et ne m’oublie pas!

Je le sais : tu peux tout, je crois en ta Sagesse,
Comme un soldat tué croit vivre en Paradis,
Comme chaque oreille croit à tes doux propos,
Comme nous croyons nous-mêmes, ne sachant ce que nous faisons!

Seigneur, mon Dieu, mon doux Seigneur aux yeux verts!
Tant que tourne encore la terre, et cela paraît bien étrange,
Tant qu’il lui reste encore du temps et du feu,
Donne à chacun un peu… Et ne m’oublie pas.

Plik:Francois Villon 1489.jpg

***
Dopóki nam ziemia kreci się,
Dopóki jest tak czy siak
Panie ofiaruj każdemu z nas
Czego mu w życiu brak.
Mędrcowi darować głowę racz
Tchórzowi dać konia chciej,
Sypnij grosza szczęściarzom
I mnie w opiece swej miej. / 2x

Dopóki nam ziemia kręci się
O Panie, daj nam znak.
Władzy spragnionym uczyń
By władza im poszła w smak.
Hojnych puść między żebraków
Niech się poczują lżej
Daj Kainowi skruchę
I mnie w opiece swej miej.

Ja wiem, że ty wszystko możesz
Wierzę w Twą moc i gest.
Jak wierzy żołnierz zabity
Że w siódmym niebie jest.
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos
Jak wszyscy wierzymy w Ciebie
Nie wiedząc co niesie los.

Panie zielonooki mój,
Boże jedyny spraw
Dopóki nam ziemia kręci się
Zdumiona obrotem spraw.
Dopóki czasu i prochu
Wciąż jeszcze wystarcza jej
Dajże nam wszystkim po trochu
I mnie w opiece swej miej.

Przełożył Tadeusz Boy-Żeleński

***
Solange die Erde sich noch dreht,
Solange es noch das wärmende
Licht gibt
Bitte ich Dich Herr, gibt jedem,
das, was er nicht hat

Dem Klugen gib einen Kopf,
Dem Feigen gib ein Ross,
Gib dem Glücklichen Geld,
Und vergiss auch mich nicht.
Solange die Erde sich noch dreht,
Oh Herr, es liegt in deiner Macht.
Gib dem Machthungrigen,
die Macht die ihn befriedigt.

Gib eine Atempause dem Grosszügigen,
und wenn, dann wenigstens bis zum Abend.
Gib Kain (die Möglichkeit) zur Reue
Und vergiss auch mich nicht.

Ich weiss das Du der Allmächtige bist,
Ich glaube an deine Weisheit,
So wie der getötete Soldat glaubt,
dass er weiterleben wird – im Paradies.

So wie jedes Ohr
deinen leisen Worten glaubt,
So wie wir uns selber glauben,
nicht wissend, was wir tun!

Oh Herr, mein allmächtiger Gott,
mit deinen Immergrünen Augen!
Solange die Erde sich noch dreht,
worüber sie sich selbst wundert,

Solange sie noch
genung Zeit und Feuer hat,
Gib doch allen ein wenig,
Und vergiss auch mich nicht.

***
While the world is still turning, while the daylight is broad,
Oh Lord, pray, please give everyone what he or she hasn’t got.
Give the timid a horse to ride, give the wise a bright head,
Give the fortunate money and about me don’t forget!

While the world is still turning, Lord, You are omnipotent,
Let those striving for power wield it to their heart’s content.
Give a break to the generous, at least for a day or two,
Pray, give Cain repentance, and remember me, too!

I know You are almighty, and I believe You are wise
Like a soldier killed in a battle believes he’s in paradise.
Like every eared creature believes, oh, my Lord, in You,
Like we believe, doing something, not knowing what we do.

Oh Lord, oh my sweet Lord, my blue eyed Lord, You’re good!
While the world is still turning, wondering, why it should,
While it has got sufficient fire and time, as You see,
Give each a little of something and remember about me!

Piękne!

swietowiosny21czerwca-8wrzesniaLato sprzyja zachwytom. Wczoraj wpis zatytułowany “Ach” o pięknych miejscach w czasie wakacji, dziś równie pełen zachwytu wpis o wystawie “Święto wiosny” w Muzeum Narodowym w Szczecinie. Pisałam już tu o tej wystawie, w dniu otwarcia, 21 czerwca, podżartowując sobie, że na całym świecie właśnie zaczyna się lato, a w Szczecinie wiosna. Ale żarty były leciutkie jak piórko, a zainteresowanie wielkie. Fascynowało przede wszystkim zaskakujące połączenie dwóch faktów z roku 1913 – skandalu jakim było wystawienie w Paryżu “Święta wiosny” Strawińskiego w choreografii Niżinskiego i dumy z jaką szczecinianie w tym samym roku otwierali wielki, nowoczesny gmach Muzeum Narodowego.
Przypomnijmy najpierw Święto Wiosny. Oto znaleziona na Youtubie rekonstrukcja tego baletu sprzed stu lat:

Wystawa odwołuje się do tego przedstawienia w wieloraki sposób. Po pierwsze rok. Rok 1913. Dyrektor muzeum, Lech Karwowski, pisze w katalogu:

W 1913 roku zakończył się XIX wiek i  rozpoczął nowy. Choć ludzkie przyzwyczajenie wciąż zachęca do magicznego traktowania dat kończących się zerem, zgodnie przyznajemy, że dla codziennego postrzegania upływu czasu znaczenie graniczne posiadają nie cyfry,
a historyczne wydarzenia.  (…) Data 1913 w ogólnej perspektywie jawi się jako ostatni rok względnej stabilizacji starego reżimu, czasu zwanego powszechnie piękną epoką, belle époque. Jej kres przyniosła jednak
nie tylko wojna, gruntowne zmiany naznaczyły także rewolucje kulturalne. To właśnie w 1913 roku, w wielonarodowym tyglu Paryża, odbyła się premiera “Święta wiosny” Igora Strawińskiego. Towarzyszące jej polemiki konfrontowały obserwatorów zarówno z fantazmatami na temat Rosji, Francji i Niemiec, jak i po raz pierwszy z takim zdecydowaniem postawiły problem modernistycznej deformacji tradycyjnie postrzeganej rzeczywistości oraz wagi skandalu artystycznego w procesach kulturowych.

Na wystawie zgromadzono więc dzieła, znacząco związane z rokiem 1913 – dzieła, których czas się właśnie kończył, i te, dla których się zaczynał. Jest symbolizm, secesja i impresjonizm, ale jest modernizm i ekspresjonizm. Ale to nie koniec związków ze “Świętem wiosny”. Bo wspólny rok to dużo, ale w Szczecinie poszukano dalej. Jest więc sala tańca nowoczesnego z “Popołudniem fauna” Debussy’ego i Izadorą Duncan. Jest Paryż, to miejsce, gdzie objawiła się Awangarda. Jest dużo sztuki niemieckiej, bo przecież budowa Muzeum była inicjatywą niemiecką.

Kazimierz Stabrowski, “Opowieść fal”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 1910. Przebrzmiałe, eklektyczne, piękne!

Wszystko zestawione z ówczesnymi trendami artystycznymi – zainteresowanie Słowiańczyzną, co zresztą obecnie wraca, egzotyką dalekich krajów, archeologią, etnografią… A każdy temat umieszczony został w innej sali w intensywnym kolorze. I tak na przykład spatynowana, jadeitowo zielona głowa kobiety kartagińskiej z roku 1920, dzieło Dunikowskiego, na tle intensywnie czerwonej ściany. Piękne!

Albo zabawa kuratorów czyli trzy głowy męskie w identycznym ujęciu – Leopold Gottlieb, Xawery Dunikowski, Wacław Borowski. Wszyscy trzej artyści się przyjaźnili i to się tu czuje. Piękne!

W ogóle mężczyźni. Bardzo ważny motyw wystawy. Akt męski, mężczyzna jako model, nagi filozof, nagi szermierz… W świecie muzealnym dominuje akt kobiecy, a tu tyle aktów męskich. Piękne!

kobietazwiadramiChoć oczywiście są również kobiety. Tadeusz Makowski, Kobieta z wiadrami. 1913. Piękne! Piękne!

A nazwiska, po prostu nie do wiary. Malczewski, Hofman, Feininger, Fałat, Ruszczyc, Wyczółkowski, Nolde, Barlach, Heckel, Maillol, Pechstein, Pankiewicz, Ślewiński, Scharoun i Schiele…

A jeszcze decyzja świadcząca o zwycięstwie idei popularyzacji sztuki nad marketingiem: Przez dwa miesiące wszystkie wystawy w MN można oglądać za darmo. Piękne!

Piękne! Po prostu piękne! Trzeba iść, a jak się mieszka gdzie indziej, to nie ma rady – trzeba jechać!

Ach!

mytrojeWe were in France and Germany. Ach! Włodek made photos, it is why we are only two of us on all those pics:

IMG_9897 IMG_0041 IMG_0074 IMG_0105 IMG_0224 IMG_0252 IMG_0311 IMG_9104 IMG_9363 IMG_9376 IMG_9399 IMG_9478 IMG_9501 IMG_9670 IMG_9687 IMG_9690 IMG_9699 IMG_9744 IMG_9804 IMG_9805 IMG_9809Do you have any idea, where we are / what it is on that last photo? If you find out, let us know and you get a price :-). You do not have to know the name of the place only that “thing”.

The riddle is immediately solved by Sigrid – we are in a maze! Isn’tit amazing?