Reblog: Moja Europa

patrimoniumEwa Maria Slaska – „Moja Europa”

Mama

 

W dzieciństwie i młodości osobą, która wywierała na mnie największy wpływ była moja Mama, graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej, Irena Kuran-Bogucka. Były inne osoby, których miłości i opiece zawdzięczam pomyślne przetrwanie dzieciństwa. Bo Mamy dzieciństwo nie interesowało, interesowały ją tylko kontakty z inteligentnym partnerem, którego można poinformować i z którym można rozmawiać. Latami byłam dobrym odbiorcą informacji, przekonań i poglądów Mamy. Gdy dorosłam, stałam się kiedyś wreszcie także partnerem rozmowy. Ale to się zdarzyło co najwyżej pod koniec liceum, a może dopiero już na studiach. Natomiast na pewno pod koniec liceum spędzałyśmy czas tak, że Mama cięła grafiki z cyklu „Dzieje Gdańska”, pełne drobnych szczegółów i detali, a ja jej referowałam zasób wiedzy maturzysty z poszczególnych dziedzin nauki. Trzeba przyznać, że cierpliwie znosiła nawet chemię i fizykę, ale oczywiście najbardziej lubiła, gdy rekapitulowałam historię i język polski. Był to jedyny czas, jaki pamiętam z naszych wspólnych kontaktów, kiedy to ja mówiłam, a ona słuchała. Zazwyczaj było na odwrót. Mama nie rozmawiała o zwykłym życiu. Nie myślała o przepisach na kopytka, ani o praniu. Nie zajmowało jej sprzątanie. Jedynym ustępstwem na rzecz zwykłego życia były plotki o ludziach, z których wynikała bezwzględna wyższość artysty i człowieka myślącego nad resztą świata. W tym sensie nawet plotki przynosiły młodej istocie, czyli mnie, bezsprzeczną korzyść, bo wyznaczały normy postępowania. Ale głównym tematem rozmowy była sztuka – przede wszystkim malarstwo czy szerzej sztuki piękne i literatura. Dziwne, że muzyki się w domu słuchało, ale muzyka nie była tematem rozmowy. Historia, religia czy geografia były tylko o tyle istotne, o ile stanowiły kontekst dla życia i dzieła artysty. Mama miała swoich bezwzględnych ulubieńców. Wszyscy byli z Europy, ale wtedy o tym nie myślałam. Pierwszym był anonimowy prehistoryczny artysta, autor zbiorowy malowideł w grotach w Altamirze i Lascaux. „Sztuka współczesna”, mawiała Mama, „mogłaby buty czyścić malarzom z Lascaux, pod warunkiem, że nosiliby oni buty”. Po nim przychodził Homer, Homer i jeszcze raz Homer oraz anonimowy jak prehistoryczni malarze Grek malujący amfory. I rzymski rzeźbiarz, wykonujący rzeźby portretowe. Horacy, ale nie Wergiliusz. Ze średniowiecza – trubadurzy i rzeźbiarze wykonujący portale romańskich i gotyckich katedr. Wikingowie. W renesansie liczył się raczej Rafael niż Leonardo. Szekspir. El Greco. Z baroku ostał się tylko Vermeer van Delft, ale za to jaki ukochany, i Rembrandt. Z XIX wieku Heine a nie Goethe i Słowacki (pierwszy Polak na tej liście) a nie Mickiewicz. A potem dopiero Picasso. Federico Garcia Lorca i, ale to już z dużym dystansem do Lorki, Rafael Albreti. I znowu Polacy – Wierzyński, Tuwim, Skamandryci. I folklor Andaluzji. I wreszcie, na zakończenie, Günter Grass i jego trylogia gdańska. Dopiero w czasach współczesnych pojawiło się kilku pisarzy amerykańskich, w tym najważniejszy – Jack Kerouac. Gdy teraz patrzę na tę listę, aż mnie dziwi, bo jest ona niedługa, ba, skromna, a przecież wypełniła nam intelektualnie kilkanaście lat. Kilkanaście lat rozmów o sztuce. Wydaje mi się jednak, że o ile dla mnie z rozmów tych wyrosła Europa i nie zdefiniowane, ale jednak wyraziste pojęcie „dziedzictwa europejskiego”, o tyle dla Mamy to zbiorowe pojęcie nie istniało. Nie było Europy i sztuki europejskiej. Byli poszczególni artyści. To co się liczyło, to była indywidualność twórcy i jego wolność wypowiedzi. Typowe cechy sztuki europejskiej.

Okno

Pierwszy raz świadomie pomyślałam o Europie myjąc okna. (…)


PS od Adminki z roku 2020: Reszta tekstu została opublikowana na stronie Patrimonium Europae, strona jednak chyba zniknęła, a w każdym razie tekst zniknął i w sieci, i w komputerze, czyli go nie ma. Pisałam w nim na pewno o Dolnych Vestonicach i łowcach mamutów.

Ucho jaka

Anna Nacher i Marek Styczyński pojawili się w naszym berlińskim życiu jako Karpaty Magiczne, zespół grający muzykę świata, przy czym ten świat był rozległy aż po Ural i Himalaje, a zarazem karpacki i folkowy, górski i bagienny, archaiczny i nowoczesny, wyrażany przedziwnym instrumentarium i połączony z niezwykłymi projektami. Czy to była muzyka, nauka, rekonstrukcja świata nieistniejącego, fantasy czy kolekcjonerstwo?

Jestem człowiekiem konkretnym i ta przedziwna mieszanina, którą uprawiali / uprawiają Ania i Marek powodowała w moim umyśle niezwykły zamęt. A do tego, po czasie, doszły książki. Czasem zwykłe, np. Przewodnik po okolicach Nowego Sącza, czasem niezwykłe, jak etnobotanika i marginesy popkultury. Podstawowe pytanie brzmiało od zawsze: Jak im się to łączy?

Kiedyś tłumaczyłam na niemiecki kilka wierszy Ani. Szukam ich teraz po komputerze. Pamiętam jeden – żuraw, autobus, deszcz, żuraw na lewym ramieniu. Wielka Bogini Matka jedzie autobusem do Nowego Targu. Piękne. To zdanie tam nie pada, tej bogini w autobusie czytelnik musi się domyślić sam, ale przecież tak jest, starożytne religie to nie rekwizyty i eksponaty w Muzeum, ale ich trwanie po dziś dzień, w rozklekotanym autobusie i plastikowej butelce z wodą.

Znalazłam, i tłumaczenie, i wiersz. W wierszu nie ma autobusu, jest za to wąż.

Bajka

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw.
Na drugim ramieniu usiadł mi wąż.
Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Wąż ma wciąż coś do powiedzenia, żuraw tylko rozkłada skrzydła.

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Mój Boże, żeby było cieplej.
To wtedy śmiać się można będzie więcej.

Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka.
Jest to co jest to co jest to co jest
Jest to co jest to co jest to co jest
co jest co jest co jest co jest co jest
Jest to co jest

uchojakaPrzed 10 laty dostałam od Ani i Marka “Ucho jaka”, książkę o kolekcjonowaniu instrumentów muzycznych. Miała zieloną okładkę. Po kilku miesiącach nie pamiętałam już, gdzie leży, a chciałam komuś pokazać. Szukałam, nie znalazłam, zmartwiłam się. Usiadłam na podłodze i zaczęłam słuchać, tak jak Kubuś Puchatek nasłuchiwał, jak go wołają baryłeczki z miodem. “Tej książki tu nie ma”, zawyrokowałam, “nie warto szukać”. I rzeczywiście, w kilka miesięcy później odkryłam ją przypadkowo w domu przyjaciół. Podeszłam do półki i od razu ją zobaczyłam. Stała wśród innych domowych książek. Miała dedykację dla mnie. Nie zapytałam, czy pożyczyli ją sobie, pytając mnie o zgodę, czy nie pytając. Nie miało to znaczenia. Znaczenie miał fakt, że istniał związek między mną a tym konkretnym egzemplarzem książki i że mogliśmy ze sobą rozmawiać. Było tak, jakbym wcale tej książki nie potrzebowała, bo miałam ją w sobie. Ucho jaka. Dobry tytuł. Byłam w Himalajach, ale czy widziałam jaka? Wydaje mi się, że tak. Mój syn twierdzi, że nie. Kupiliśmy sobie w Himalajach pęczek fletów od białego człowieka, który w samodziałowym gieźle szedł przez las i grał.

Jeden z tych fletów mam do dzisiaj, resztę rozdaliśmy w prezencie. Nie umiem grać na flecie. Na klarnecie też nie. W ogóle nie umiem grać na żadnym instrumencie.

Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe

uchojaka-ania-marekPiękne opowieści o podróżach poza szlakami turystycznymi. O klasztorach zamkniętych na głucho, z drewnianym kluczem na bramie, pilnowanych przez starą szaloną kobietę. Klasztor otaczają stare drzewa. Kilkunastometrowe i żylaste pnie potrzebowały setek lat, by wyrosnąć na wysokości 4000 m i nie poddać się zimnym wiatrom. Może pamiętają założyciela klasztoru, który medytował wytrwale w tej okolicy. Trwał w swej praktyce tak niestrudzenie, że yeti zaczął mu przynosić do jaskini wodę i pożywienie. Kiedy współczujący człowiek śniegu umarł, lama przechował jego rękę i skalp jako świadectwo tej zadziwiającej historii.
uchojaka-yetiA do tego muzyka, nagrania, kolekcja instrumentów. Większości nie znam, choć przecież studiowałam etnografię. Didżeridu, burczybas, warkotka, na tym chyba się kończy moja wyniesiona ze studiów wiedza. I kalimba, która pojawiła się kilkadziesiąt lat później, gdy moja przyjaciółka używała jej do usypiania małego chłopczyka. Tymczasem Ania i Marek w “Uchu jaka” omawiają budowę, sposób gry i wykorzystanie prawie stu instrumentów, wielu w Polsce zupełnie nie znanych.

uchojaka-instrumentyKsiążka czyli tradycyjny obiekt do czytania z dołączoną płytą jest wyczerpana, ale na stronie księgarni można odsłuchać kilku nagrań muzyki z Himalajów (niestety wordpress nie chce tego zapisać ani odtwarzać, szkoda): http://wsm.serpent.pl/sklep/album.php?alb_id=5414. Tak czy owak warto tam wejść.

Natomiast teraz, zgodnie z wymogami czasu, ukazał się ebook, który można kupić tu: http://bezdroza.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm?nr=6148k&url=ucho. Cena: 31,90 złotych

Lub tu: http://ebookpoint.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm

Kupcie sobie. Ja kupiłam.

Drei Könige und Die Aktion

Für Krzysztof zum Geburtstag

Heute ist der Tag der Heiligen Drei Könige. Das Bild unten, Erinnert euch im Winter an die Vogel oder Drei kleine Könige gehen zum Stall, stammt vom polnisch-tschechischen Maler, Wlastimil Hofman (1881 – 1970) und wurde erst 1956 gemalt. Nicht desto trotz ist es sehr typisch für den Jugendstil, in dem Hofman sein ganzes Leben malte  (http://muzeumsecesji.pl/galeria_pliki/hofman/hofman11.html)

3krolowieJetzt aber kehren wir zurück zu unserem Hauptthema: Weihnachten bei Avantgardisten. 1911

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. Und, wie man sieht, viel Sinn für Prophezeiung.

1stronaHänget Baionetten an den Christbaum! (…) Für einen Tag, für zwei Tage geht die Kriegspolitik in Filzschuhen um die Welt. Friede auf Erden… Rings starrt die Welt in Waffen. Wir feiern unser Friedensfest mit geladenen Waffen. (…) brutales Unrecht, schamlose Gewalt und soziale Gewissenlosigkeit schreiten mit Siegergebärde durch die Laube. Kerker, Zuchthäuser, Galgen, Schafotte, Guilottinen, Kasernen, Kanonen, Bajonette, Polizei und Soldaten grüßen als Eckpfeiler einer göttlichen Weltordnung allüberall. Am Wege sterben Tausende…

Metaphern der Ungerechtigkeit. In drei Jahren werden sie schon die Realität. 2014 werden wir noch tausend Mal darüber erinnert und uns selber zum Erinnern erheben.

2stronaAuf der Seite 2 kommt ein Artikel von Chestel Zwi über “Weihnachtsjudentum” und ein anderer von Ferdinand Nürnberger über Gier des Papstums, betitelt “Eine Weihnachtslegende”.

Man fragt sich, was hier, in diesen zwei Artikel, kritischer ausfällt, das Auslachen der judüschen Assimilation, von den Gegner (laut Text) nicht ohne Grund “Heranschmeicheln” genannt oder die Kritik der habgieriegen Klerus der katholischen Kirche.

Es ist nicht so paradox und geschmacklos, unser Assimilationjudentum bringt es fertig! Oder: Im Gnademonat christlicher Liebe darf unsere Damenwelt der jüdischen Geldaristokratie niecht feiern.  Und darum feiert sie den ganzen Dezembermonat die fröhliche, selige, gnadenbringende Weihnachtszeit in so ausgiebieger Weise, dass ihr der Festestrubel jedes Gefühl dafür nimmt, wie gerne man auf sie verzichten würde, blechte sie nicht mit der Naivität solcher, die nicht sehen wollen, in braunen und blauen Scheinen für die Ehre “unter dem Protektorate Ihrer Kgl. Hoheit der Erbprinzessin von Soundso” – gedruckt zu stehen.

(…) die absonderliche Blüte der pseudojüdischer Assimilationssensucht erblüht unter den Kerzen des Weihnachtsbaumes. Geht am Heiligen Abend über den Kurfürstendamm, wo ihr die – nach Protzengeschmack – schönsten Weihnachtsbäume seht, da, des könnt ihr sicher sein, singen “Weihnnachtsjuden” das Lied von der stillen, heiligen Nacht!

Damit es aber gerechtig ausgeteilt wird, schreibt Nürnberger gleich nebenan über Rotte Korah, den Konkordatstürmer und über das Sammeln des Peterspfennige, dh. des Geldes fürs bezahlen der Watikansoldaten, über Steuer für Kriegszwecke, die Gefangene in Besserungshäuser von ihrem winzigen Lohn abgeben müssen…

Grüß Dich Gott, Statthalter, sagte der Knabe, ich bringe Dir meinen Peterspfennig. Aber sage, wozu brauchst du nur all diese Pfennige, he?
Um das Reich Christi zu verteidigen
Warum nicht gar! Der Menschen Sohn hatte nicht, wohin er sein Haupt legte, und soll sein Statthalter mehr haben? Mein Reich ist nicht von dieser Welt, sagte Christus.

Heute, hundert Jahre später, muss der Franziskus offensichtlich den Diskurs um das Haben und die Macht der Kirche, genauso führen wie der naive Knabe aus der Satire von Nürnberger.

Als Abschluss noch ein Gedicht aus der Dezember-Nummer in Die Aktion 1911:

René Schickele
Vorortballade

Um seine Villa beneidet der eine den anderen, um das Leuchten des Wannsees,
um seine Terrasse mit geflochtenen Stühlen, um das Segelboot „Ramses“.

Um seine Hühnerhöfe auch und den schattigen Garten,
wo er in vielen Nächten verdammt war zu warten,

bis eine Dame kam mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

Nun aber möchte er Starkästen bauen, mit kleinen Hunden spielen,
dem Wetter vertrauen und im Schatten nach glitzernden Möwen zielen,

das Boot „Ramses“ besteigen, in Himmel und Wolken baden!
Vorallem aber wünschte er sehr, seine Freunde zum Essen zu laden

Wogegen der andre mit Schnaken kämpfte im schattigen Garten,
verdammt in vielen Nächten zu stehn und lange zu warten,

bis eine Dame käme, mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

1910

3stronaWir werden noch ab und zu zum Thema Weihnachten bei Die Aktion zurückkommen. Es scheint, dass sich die aktuellen Themen gar nicht ändern.

Minne – Poesie – Poezja / Oswald von Wolkenstein

Oswald_von_Wolkenstein_2Er war der letzte Minnesänger. Geboren halbblind um 1377 in Südtirol, gestorben 1445 in Meran. Er dichtete selbst und komponierte Musik zu seinem Werke, war aber auch ein ein Politiker von mehr als nur regionaler Bedeutung und Diplomat in Diensten des deutschen Kaisers Sigismund I. Als er starb, starb die ganze Epoche der Troubaduren und fahrenden Ritter mit. Er führte interessantes Leben, voller Abenteuer, bereiste die ganze damals bekannte Welt, sang darüber und ließ in zwei Prachthandschriften diese Lieder verewigen. Der Portrait nebenan ist dem Liederhandschrift B entnommen. In den beiden Prachthandschriften sowie in vereinzelten Nebenüberlieferungen sind insgesamt 134 Texte überliefert. Er kannte mehrere Sprachen, darunter auch Polnisch und … Wendisch.

Durch Barbarei, Arabia,
durch Hermani in Persia,
durch Tartari in Suria,
durch Romani in Türggia,
Ibernia,
der sprüng han ich vergessen.
Durch Reussen, Preussen, Eiffenlant,
gen Litto, Liffen, übern strant,
gen Tennmarckh, Sweden, in Prabant,
durch Flandern, Franckreich, Engelant
und Schottenland
hab ich lang nicht gemessen,
Durch Arragon, Kastilie,
Granaten und Afferen,
auss Portugal, Ispanie
bis gen dem vinstern steren,
von Profenz gen Marsilie.
In Races vor Saleren,
daselbs belaib ich an der e,
mein ellend da zu meren
vast ungeren.
Auff ainem runden kofel smal,
mit dickem wald umbfangen,
vil hoher berg und tieffe tal,
stain, stauden, stöck, snee stangen,
der sich ich teglich ane zal.
noch aines tüt mich pangen,
das mir der klainen kindlin schal
mein oren dick bedrangen,
hand durchgangen.
Przez Berberię i Arabię
przez Armenię i Persję
kraj Tatarów i Syrię
i Bizancjum i Turcję
i Gruzję
a obym nie zapomniał
o Ruskich, Pruskich i Inflantach,
o Litwie i Łotwie, i Kurlandach,
o Danii, Szwecji i Brabancji
Flandrii, Francji i o Anglii
i też o Szkocji
choć mnie tam dawno nie było,
przez Aragonię i Kastylię,
Maurów Granadę i Nawarrę,
przez Portugalie i Ispanię
aż do Finisterre,
a z Prowansji do Marsylii
aż w końcu dom,
gdzie Dolomity
i gdzie mnie małżeństwo trzyma,
me utrapienie pomnażając,
bom tu niechętnie,
na ciasnym szczycie,
ciemnym lasem otoczony,
co dzień do syta widzę
góry wysokie i doliny niskie,
gdzie głaz, krzew, pień i śnieg
się mnożą
a jeszcze mnie męczą
dziatek krzyki,
uszy mi dręczą
i kłują.
tłum. Ewa Maria Slaska

http://de.wikipedia.org/wiki/Oswald_von_Wolkenstein. Lied gesungen von Andreas Scholl / śpiewa Andreas Scholl


Für diejenigen die des mittelalterlichen Deutsch nicht mächtig sind, noch eine Übersetzung ins Neutdeutsch von Wernfried Hofmeister (2011) – leider ziemlich humorlos:

Durch das Berberland, Arabien, / durch Armenien nach Persien, / durch Tartarenland nach Syrien/ über Byzanz ins Türkenland,/ dann Georgien: / diese “Sprünge” habe ich verlernt. / Durch Russland, Preußen, Estland,/ nach Litauen, Livland über die Nehrung / Richtung Dänemark, Schweden nach Brabant, / durch Flandern, Frankreich, England/ und Schottland / bin ich lange nicht mehr gezogen;/ durch Aragonien, Kastilien, / Granada und Navarra, / von Portugal, Léon-Galizien / bis zum Kap Finistere,/ von der Provence nach Marseille./ In Ratzes am Schlern, / hier hält es mich im Ehestand, / was meinem Jammer / sehr unwillkommen / auf einem runden, schmalen Kofel anwachsen lässt, / umgeschlossen von dichten Wald. / Tagtäglich sehe ich unzählig viele / hohe Berge und tiefe Täler, / Steine, Stauden, Baumstümpfe und Schneestangen. / Noch etwas bedrückt mich, / nämlich dass der Lärm der kleinen Kinder / heftig an meine Ohren brandet, / sie durchbohrt.

Był ostatnim trubadurem niemieckim. Urodził się półślepy w roku 1377 w Tyrolu, umarł w roku 1445 w Meranie. Tworzył poezję i komponował do niej muzykę.  Był też czynnym uczesnikiem ważnych zdarzeń politycznych swojej epoki i dyplomatą w służbie cesarza niemieckiego Zygmunta Luksemburskiego. Gdy umarł, odeszła wraz z nim cała epoka średniowiecznych mistreli i błędnych rycerzy. Prowadził ciekawe, pełne przygód życie, zjeździł niemal cały ówcześnie znany świat, opisał swoje przygody w pieśniach i zlecił uwiecznienie ich w dwóch wspaniałych rękopisach, które się do dziś zachowały. Portret powyżej pochodzi z rękopisu B.  Był jeszcze rękopis A, inaczej acz równie bogato ilustrowany. Z obu rękopisów i innych rozproszonych źródeł znamy 134 pieśni Oswalda o życiu, przygodach, miłości i polityce. Znał wiele języków, w tym polski i… wendyjski.

PS. Nie znalazłam tłumaczenia pieśni Oswalda na polski (żadnych tłumaczeń nie znalazłam), przetłumaczyłam ją więc sama, jak umiałam najlepiej.

Stare papiery 8 – skarbczyk

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Dedykuję Cioci Jance czyli Ciotuchnie

skarbczyk-maleW papierach Mamy znalazłam mały zeszycik, formatu A7 (chyba), z podziurkowanymi stronami, opisany na okładce moim pismem jako SKARBCZYK. Ale w środku są notatki Mamy a nie moje i to zaledwie kilka stroniczek, reszta zeszyciku jest pusta. To charakterystyczne dla nas obu,  zaczynamy coś notować w zeszycie czy notesie, jakiś czas dobrze nam idzie, a potem to zarzucamy. W Skarbczyku też tak jest. Dwie pierwsze stroniczki dotyczą tego, o czym można by było napisać. Np, jak tu, o pierwszych miesiącach w Warszawie.

zapiski1
Pokój nad kinem
Wizyty i powroty
Babki klozetowe w sąsiedztwie
Pożar stołka pod maszynką elektryczną
Mieszkanie na Mokotowie
Karwia

A pod spodem cytat, z kogoś, z czegoś – “a teraz wchodzimy w nową epokę życia”.  Cytatu nie rozumiem, bo wprawdzie sens tego zdania jest oczywisty, nie wiem natomiast, co skłoniło Mamę do zanotowania tej wypowiedzi i to w cudzysłowie. Ale za to poprzednie notatki to dla szperacza prawdziwe Eldorado, a to dlatego, że Mama sobie te pomysły zapisała, ale zrealizowała je na blogu “Kura” i “Qra” jej kuzynka czyli Ciotuchna i to tak dokładnie, jakby się w tych wpisach kierowała wytycznymi Mamy. Brakuje tylko palącego się stołka i babek klozetowych. A ja, od siebie, dodałabym jeszcze, że brakuje nie tyle historii czy nawet Historii, ile – historyjek, na przykład o stróżu i słoikach (“konfitury zjadłem, a jakże, dobre były, a słoiki oddaję, bo nie moje”), o sąsiadach (“nie śpią jeszcze, bydło rogate”) czy anegdotki o planowanej wizycie stryjka Felka.

zapiski2Zwracam się więc w tym wpisie do Ciotuchny i pytam, czy nie dałoby się odtworzyć i tych rodzinnych opowiastek?

Mieszkanie nad kinem opisane zostało TU
Powroty – TU
Powojenna Warszawa – TU
Wspólny urlop Mamy i Ciotuchny z nami czterema w Karwi – TU

Na obu blogach oraz w ich nowym wydaniu – W altanie – jest jeszcze sporo innych historii rodzinnych autorstwa Ciotuchny i warto je poczytać.

Obok – luźne kartki włożone do Skarbczyka. Wierszyk na temat Ojca:

Włóż szalik Tato
zimne akwilony
srodze za kołnierz
wieją ci z tej strony
a szron ci gęsty osiada na brodziezawartosc-inhalt
już chłodna jesień w mróz
grudnia przechodzi.

Czy  ten malutki rysuneczek pod wierszykiem to bezmyślne kreski, czy szkic maleńki do postaci Dzieciątka w szopce?

A tu spis zawartości paczki przysłanej przez przyjaciela z NRD, być może datujący, bo wydaje mi się, że Bernd przysyłał nam paczki tylko w czasie stanu wojennego.

Szopka, wierszyk, taki, jakie Mama chętnie dołączała do prezentów gwiazdkowych, paczka. Być może Skarbczyk jest pamiątką grudnia 1981 roku. Albo roku 1982. Jak zwykle – to co najważniejsze pozostaje zakryte. “Księżyc zatajony”, mówiła Mama,
co jest staropolskim herbem szlacheckim
i nazwą jednego z układów kości w mahjongu.

W przyszłym tygodniu miał być “mój zielony zeszyt”, ale komputer robi, co sam chce i będzie wpis o kotach

Mama na Nowy Rok

Tym razem wpis od nas obu.

Katarzyna Krenz i Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Katarzyna Krenz

Katedra tęsknoty do Hiszpanii

Na siwych włosach smutku
dotarł do mnie koń bez jeźdźca,
w słońcu spalonym na popiół
śnieżne prześcieradła łopoczą jak żagle,
doczekawszy nadejścia czarnej nocy
gliniany kogucik pieje do księżyca
swą małą zieloną piosenkę,
przeczucie śmierci zapisane przeznaczeniem
drży spływając ku falom strumienia
w zastygłej kropli soku z granatów

Biegnę śladem twojego życia,
w milczeniu odejścia szukam słów
które przemówią, by wskazać mi drogę,
wychodzę na spotkanie
białym wzgórzom Andaluzji, witam
winnice, spadające złotym kielichem
na dno chłodnej doliny,
ukryte na zawsze w cieniu czasu,
w cienistym wachlarzu drzewa oliwnego
dostrzegam czerwone korale obietnicy
i błękitnawy połysk sztyletu zdrady

Na wieżach katedry i tęsknoty
co wbite w niebo jak nóż, jak dwa noże
wiatr zawodzi swoją smutną pieśń,
Cyganowi jego pieśni odebrać nie może

Na harfie mostu ponad srebrną rybą rzeki
na mostu wielostrunnej harfie pod namiotem nieba
wiatr śpiewa kasydę ciemnych gołębi
kasydę gołębi ze snów i kamienia

katedraEwa Maria Slaska

Podążajmy za marzeniami

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem wtedy, w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ja doszłam, a moja siostra Katarzyna i jej mąż po mnie tam przyjechali. Spotkaliśmy się na placu przed Katedrą.

Do Santiago, jednak inną drogą, portugalską a nie hiszpańska, poszłyśmy raz jeszcze we dwie z Kingą w roku 2012. Wchodziłyśmy nie od północy, jak wszyscy, tylko od południa – jak nieliczni. Wejście do miasta na tej trasie odbywa się przez wąski zaułek, przesmyk między dwoma domami.

zaulekTak się dochodzi do Wielkiej Katedry! Miejmy to na uwadze w tym zaczynającym się właśnie roku. Nie zawsze wszystko jest od razu wielkie! Tym niemniej jest tak jak głosił “król” niemieckiej piłki nożnej, Franz Anton Beckenbauer: marzenia trzeba mieć wielkie, bo i tak życie sprawi, że zmaleją.

Na zakończenie jeszcze kilka myśli o marzeniach. Mój wkład do owej książki, produkowanej podczas rejsu statkiem, a nazwanej przez nas “Księga Odry”, poza tym, że zorganizowałam, oczywiście nie sama!, tę imprezę, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co dziś chcę tu napisać zamiast życzeń noworocznych. Każdy z nas, uczestników i organizatorów rejsu, miał wnieść do książki kilka linijek, poprosiliśmy też innych zaprzyjaźnionych pisarzy, o zaproponowanie nam krótkich tekstów. Ja się zdecydowałam na starożytną mądrość – strzeż się tego, by spełniły się twoje marzenia, bo gorzko pożałujesz. Przez lata bardzo w to wierzyłam. I to nie dlatego, że jak twierdzi Maja Kossakowska: „Jeśli twoje marzenia zaczynają się nagle spełniać, strzeż się – wkrótce czeka się bolesne rozczarowanie.” Bo nie chodzi mi o to, że po radości przychodzi smutek, lecz o to, że samo spełnienie marzenia jest rozczarowaniem. Księgę Odry tworzyliśmy prawie 20 lat temu. Pewne chińskie przysłowie głosi, że z wiekiem nabywamy mądrości, ale i łagodności. Dziś nie wybrałabym już tego tekstu. Dziś powiedziałabym (zupełnie jak w jakimś poradniku na życie) “Podążajmy za marzeniami, bo bez marzeń nie będziemy wiedzieli jak żyć”. A zwłaszcza – po co? Podążajmy za marzeniami i nie uciekajmy od tęsknoty.

I tego Wam życzymy w roku 2014

Kasia i Ewa

Ranking 2013

Pod koniec roku w gazetach i na portalach pojawiają się rankigi wszystkiego. Najlepsza książka roku, najważniejsze wydarzenie polityczne, najbardziej wpływowa kobieta… Ja poprzestanę tu na rankingu postów, opublikowanych w tym blogu. Publikowałam jeden post dziennie, jeden z przyczyn ode mnie całkowicie niezależnych musiałam wyrzucić (ale zdążył się ukazać i ktoś go jednak zdążył przeczytać), ukazały się więc do dziś, jak łatwo policzyć, w roku 2013 – 363 wpisy, a ogółem – 373. Stworzyło je ponad 80 autorów. Niektórzy pojawili się tylko raz, inni tworzyli dużo, kilkunastu zostało zreblogowanych, więc trudno powiedzieć, czy w ogóle byli naszymi autorami, ale można ich było u nas przeczytać. Ogólnie lista nazwisk współtwórców blogu jest wcale nieskąpa. Skąpo jest natomiast z komentarzami. Wydaje mi się, że wordpress, czyli platforma, na której się publikujemy, żąda od potencjalnych komentatorów zbyt wielu danych osobistych, co niestety odstrasza. W sumie pojawiło się niewiele ponad 500 komentarzy wartych publikacji. Te niewarte odsiewa na wordpresie specjalna maszynka i było ich w porywach do 20 dziennie.

WordPress prowadzi również statystyki dzienne, które przesuwają sie jak fala, obejmują zawsze miesiąc, a każdy przesunięty na lewo słupek oznaczający kolejny wpis znika bezpowrotnie.

statystyki2Z kolei statystyki dla poszczególnych wpisów za cały okres istnienia blogu trzeba sobie otwierać pojedynczo, co przy próbie analizy, jaka była poczytność/ oglądalność jakiegoś wpisu jest nadzwyczaj męczące. Zwłaszcza gdy chcemy sięgnąć do statystyk dotyczących wpisów sprzed kilku miesięcy.

Ale i bez analizy rachunkowej wiem, że absolutne rekordy popularności pobił wpis przygotowany przez Lidię Głuchowską, a opublikowany 22 marca:

Kobieta i koń. Rewers

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Hitem okazały się też niektóre lalki Gertraud Pohl oraz te wpisy o poezji, w których pojawiają się piosenki w wykonaniu Marka Grechuty. Wydaje mi się, że o ile przed kilkudziesięciu laty, gdy byliśmy młodzi, tryskała z nas niespożyta energia i pokładaliśmy ogromną ufność w nasze przyszłe osobiste szczęście i powodzenie, podobała się nam inna muzyka. Wtedy oczywiście słuchaliśmy Grechuty, jasne, każdy słuchał, ale nie była to muzyka najważniejsza. O tyle teraz, gdy dostajemy, jak to mawiano w komunie, “napadów” intro- i retrospekcji, a egoistyczne dążenie do własnego ja zastąpiła melancholijna i altruistyczna refleksja, Grechuta stał się głosem naszego pokolenia. Nikt nie jest tak ważny jak on. Hitem był na pewno wpis z 15 grudnia

Poezja/ Ryszard Krynicki

Przepisany na Mamy maszynie tekst piosenki “Może usłyszysz wołanie o pomoc” znalazłam przeszukując jej papiery. (…) Sprawdzam w internecie i oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972.

O dziwo niemal równą popularnością cieszył się wpis Ewa Śląska jesienią opublikowany 21 listopada przeze mnie i przez Tomasza Grochala. Wydaje się, że czytelników wzruszyła pamięć człowieka, która przeniosła wiersz nieznanej mu poetki przez 40 lat.

slaskajesienia
Tych wzlotów było oczywiście więcej, były też upadki, ale myślę, że poprzestanę na wymienieniu tych trzech wpisów. Za każdym razem, gdy śledziłam, jak w statystykach dziennych rosną słupki wizyt i czytania, wiedziałam, że tu akurat, tym właśnie wpisem, udało mi się trafić w jakiś nasz wspólny czuły punkt.

To bardzo szczęśliwe momenty, które opromieniają mijający właśnie rok, a ten wcale nie był łatwy. Dziekuję moim Czytelnikom i moim Współpracownikom, że mogliśmy wspólnie stworzyć te wpisy i ten ich czuły odbiór!

Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Stare papiery 7 – oszczędność papieru

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Archiwum, cz. II

W teczce opisanej “Lorca” znajduję zamówioną przez wydawnictwo opinię Roberta Stillera na temat planowanego wydania poezji Federica Garcii Lorki. Zaczyna się nieźle. „Kuran-Bogucka jest tłumaczką bardzo zdolną, wnikliwą i pochłoniętą swoim autorem.” Ale potem następuje miażdżąca, druzgocząca krytyka. Stiller zaleca Mamie, by nie „wgadywała” w Lorkę, tego, czego tam nie ma, by narzuciła sobie „rygor, dyscyplinę i pokorę”, by strzegła się egzaltacji i zakrzykiwania autora. Ma też wyrażać w sposób prosty to, co jest u poety proste, bo sama ma skłonność do zawiłości. Nie ma manierycznie piętrzyć podtekstów, nie ma dodawać tego, czego nie ma. W końcu pisze: „W wielu wypadkach zaczynają się ze sobą przepychać dobra tłumaczka Kuran-Bogucka z mierną poetką Kuran-Bogucką, a inteligentna czytelniczka Kuran-Bogucka przygląda się temu i ponieważ ma równą słabość do nich obu, więc toleruje tę drugą, zamiast ją wyprosić za drzwi.”

Jest też odpowiedź Mamy, tak pełna godności i spokoju, że po prostu wstrząsa. Jestem przyzwyczajona do tego, że część mojej rodziny, na przykład ja, w takiej sytuacji wyciągnie miecz, zabije przeciwnika i przy okazji porani się sama w nogi, druga część natomiast sfrustruje się niepomiernie, ale łyknie tę żabę bez mrugnięcia. Mama tymczasem, udzielna władczyni, dobrze znająca swoją wartość, grzecznie tłumaczy, że pan nie ma racji i dlaczego, a jednocześnie w wielu miejscach spokojnie przyznaje, że pan ma rację, a ona się zastosuje do jego porady. Czytam ten tekst i wścieka mnie, że nie mam czasu, żeby go przepisać, nie mogę mu zrobić zdjęcia, bo nie wolno i nie mogę poprosić o ksero, bo trzeba by wypełnić podanie, dostać zgodę i rachunek, zapłacić rachunek przelewem na jakiejś poczcie, a potem z dowodem wpłaty wrócić do Archiwum, aby odebrać sobie zamówione kopie. A ja mam na wszystko dwa dni czasu. I przed sobą stertę teczek.

Gdy przewracam kartki, papier stawia delikatny opór i leciutko skrzypi, to rozdzielają się sklejone przed kilkudziesięciu laty strony. Sklejone, bo Mama, podobnie zresztą jak Ojciec, a i ja sama, nadzwyczaj oszczędnie obchodziła się z papierem. Pisało się po obu stronach, kopie z maszynopisu wykonywało się na przebitkach. Nanosiło się dodatkowe wyrazy pomiędzy linijkami, aby potem ręcznie dorysować szeroki lejek lub smukłe V wprowadzające wyraz we właściwe miejsce. Jedna z moich maszyn umożliwiała przeciągnięcie na siłę wałka w lewo lub w prawo, aby móc dokonać zapisu na marginesach. Nikogo nie zrażały zaiksowane w maszynopisie litery, wyrazy i zdania.

Papier i klej stanowiły podstawowe narzędzie pracy pisarza. Pisał o tym Parandowski w „Alchemii słowa.” Mama i Tata potrafili ponaklejać na kartce grube warstwy papierów. Pagórki poprawek. Paseczki poprawionych słów i urywków zdań, równiutko wklejonych klejem. Tylne strony arkusików poprzekreślane lub pozaklejane starymi maszynopisami lub rękopisami, żeby się stare nie mieszało z nowym. Lorca z Albertim, hiszpańskie oryginały z kolejnymi wersjami tłumaczeń, teksty Ojca z tekstami Mamy. Gdzieś na odwrocie pojawi się fragment jakiegoś mojego listu urzędowego, z moim odręcznym podpisem, użytego do sklejenia dwóch fragmentów maszynopisu w jedną stronicę.

klejenieGdy spoglądam pod światło, jestem w stanie odczytać te stare teksty, ¡Ay Sewilla se acarcan… ¡Ay Guadalquiwir!

oszczednosc-papieruSfotografowane (nielegalnie) w archiwum – recenzja o grafikach Mamy z jej poprawkami; autor nieznany, osobiście przypuszczam jednak, że jest to tekst pani Heleny Karpińskiej, dziennikarki Radia Gdańskiego.

My już dziś nie wiemy, nie pamiętamy, że tak można było oszczędzać papier. Była to oszczędność, tak mi się dziś wydaje, spowodowana raczej niechęcią do kolejnego przepisywania, bo w końcu ile razy można coś przepisywać. Ale i trudności z kupnem papieru miały w tym swój udział, natomiast na pewno nie wiązało się to ze skąpieniem pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby w tej krainie papieru, jaką był nasz dom, ktoś oszczędzał na papierze jakieś złotówki. Ale trzeba było czuwać nad tym, żeby go nigdy nie zabrakło, bo papier był niezbędny zawsze. Do pisania podań, opinii, artykułów, referatów, listów, wypracowań, do przepisywania bibuły, do pisania tekstów, tłumaczenia i publikowania, do zdjęć, do grafiki. Papier stanowił o naszym życiu, byciu i nie-byciu.

wiersze-na-polareksie2stronyDwa fragmenty wierszy w tłumaczeniu Mamy – “Król Olch” Goethego i “Król Ryszard” Heinego, zapisane na odwrotnej stronie kawałka papieru listowego Polarexu, firmy założonej przez Tatę w latach 90.

Ta oszczędność papieru była najwyraźniej akceptowana przez wydawnictwo. Wydaje mi się, że nawet gdyby dziś ktoś jeszcze dostarczył do wydawnictwa taki maszynopis, co właściwie chyba graniczy z niemożliwością, zwłaszcza, że nowoczesne drukarki nie tolerują papieru używanego drugostronnie, wydawnictwo natychmiast zleciłoby przepisanie tego tekstu, a przynajmniej skopiowanie go, co już zdecydowanie ujednoliciłoby kolorystykę, strukturę i fakturę maszynopisu przeznaczonego do opracowania redakcyjnego. W archiwalnej teczce widać jednak, że tam wszyscy pracują na jednej i tej samej poklejonej przez Mamę kopii, która na pierwszej stronie otrzyma kolejno pięć okejów z datami i podpisami – ostatni Mamy.

okejeWszystkie zdjęcia wykonałam bez zezwolenia w archiwum, używając komórki. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, wiem.

***

Jak już opublikowałam ten wpis, uświadomiłam sobie, że historia korespondencji mamy z Panem Stillerem miała przecież dalszy ciąg – oboje się ze sobą zaprzyjaźnili, latami współpracowali i wymieniali uwagi na temat możliwości tłumaczenia poszczególnych słów. Pamiętam, jak Mama kiedyś, bardzo zadowolona, powiedziała, że nie pasował jej w tłumaczeniu jakiegoś wiersza niemieckiego, bodaj czy nie Grassa, wyraz kabura i wtedy Stiller powiedział jej, że może przecież użyć słowa “patrontasz”. Wydaje mi się zresztą, że to Stiller namówił Mamę do tłumaczenia poezji niemieckiej. W każdym razie u niego, w “literaturze na świecie” zaczęła je publikować.

W następnym tygodniu – skarbczyk

Stare papiery 6: Wigilia mojego dzieciństwa

Regina Mikielewicz z berlińskiego miesięcznika “Akcenty” poprosiła mnie o kilka słów na temat “mojej Wigilii”. Napisałam, wyszło trochę więcej niż kilka słów.

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej i Dariuszu Boguckim (Wpis ze zdjęciem prawie ślubnym)

Wigilia u mnie to praktycznie rzecz biorąc wigilia z mojego dzieciństwa, czyli wigilia Boguckich, bo Mama chyba do tradycji wigilijnej nic nie wniosła. Tradycje ustaliła Mama mojego Ojca, Babcia Mita Krynicka, a Ojciec ją tylko z kawalersko-żeglarską fantazją urozmaicił eksperymentami w zakresie tworzenia mazurków wigilijnych. Dokładnie tak: mazurki wigilijne. To był niewątpliwie hit kulinarno-cukierniczy, a wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy polegała na tym, że w mazurkach wigilijnych więcej było orzechów i czekolady, czyli było to dokładnie to, “co tygrysy lubią najbardziej”.

rodzice-rocznica-slubuRodzice, 10 rocznica ślubu czyli święta Bożego Narodzenia 1958
zdjęcie zrobione w jakimś obcym mieszkaniu, bo My…
My mieliśmy kaloryfery. I od jakichś dawnych czasów – telefon, ale nie wiem, czy już wtedy.

Tak poza tym – potraw było dwanaście, o sianie pod obrusem nikt najczęściej nie pamiętał, na stole stał pusty talerz dla zdrożonego wędrowca, a na choince wisiały czarodziejskie ozdoby, jakich w żadnym innym domu nigdy nie widziałam – kryształy z poniemieckich kandelabrów. Poniemieckich – w końcu mieszkaliśmy w Gdańsku.

No i wreszcie, jakie to były wigilijne potrawy? Przede wszystkim – żadnych śledzi ani, Boże uchowaj, sałatek z majonezem. Barszcz, w najdawniejszym dzieciństwie – z ziemniakami, potem, gdy ja już też z Ojcem gotowałam, z uszkami. Barszcz gotowała Mama, ale na pewno nigdy nie kleiła żadnych pierogów, ani dużych, ani małych.

Czyli po kolei:

1/ Barszcz z uszkami
2/ Kapusta wigilijna z grzybami
3/ Karp pieczony
4/ Karp gotowany, polany masłem i posypany posiekanym jajkiem na twardo
5/ Ryba w galarecie (chyba dorsz)
6/ Kulebiak z ciasta kruchego z kapustą

Wtedy następowała przerwa na wręczanie prezentów, co było zajęciem bardzo długim, bo prezentów przygotowywaliśmy mnóstwo, wszyscy dla wszystkich, dużo z nich było albo własnoręcznie wykonanych albo odznaczało się jakimś pomysłem lub dowcipem. Na przykład trzy gumowe maty na biurko – podkładki pod maszyny do pisania – podarowane przez Tatę Eryce, Olimpii i Remingtonowi czyli trzem naszym maszynom do pisania. Zawieszki na prezenty też wykonywaliśmy sami i nawet ja przed świętami potrafiłam się wykazać talentem do rysunku. Na każdym prezencie musiał być dowcipny opis osoby obdarowywanej, czasem zagadka, od kogo, dla kogo, często wierszyki, które mistrzowsko układała Mama. Jeden z nich przeczytać można TU.

Po przerwie lub, ewentualnie już podczas rozdawania prezentów, następowały potrawy na słodko.

7/ Kompot wigilijny
8/ Mak z miodem i bakaliami (bez klusek, ciastek, kaszy i innej paszy objętościowej!)
9/ Sernik
10 – 11/ Mazurki wigilijne
12/ Bakalie, czekoladki, pierniczki

Czy muszę dodawać, że ani mak, ani barszcz, ani kompot wigilijny nie smakują dziś tak, jak smakowały ponad pół wieku temu? I to chyba nie tylko dlatego że wszystko we wspomnieniach jest lepsze od rzeczywistości. Po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, jedzenie nie smakuje dziś tak jak kiedyś. Podobno ćwierć wieku temu rocznie zjadaliśmy w pożywieniu 3 kilogramy środków chemicznych, a dziś zjadamy 25 kilo.

W następną sobotę drugi odcinek opowieści o archiwum – oszczędność papieru