Reblog: Spodnie Havla / Short trousers/ O krátkých kalhotách

spodniehavlaKrótsze nogawki dla Václava Havla

to inicjatywa, która zrodziła się w 2012 roku i ma na celu uczczenie pamięci zmarłego Václava Havla wyjątkowym, zapadającym w pamięć i co najważniejsze gestem łatwym do wyrażenia dla grupy zwolenników tej wyjątkowej osobistości czeskiej nowożytnej historii.

Krótsze nogawki przypominają znane wejście Havla na scenę polityczną w roku 1989, inaugurację na urząd prezydenta, na której wystąpił w wysoko podciągniętych spodniach, na co uwagę zwrócił chyba cały świat. Na próżno przekonywał, że bardziej niż o błąd krawca chodziło o jego przyzwyczajenie do podciągania spodni przy okazji wszystkich „dramatycznych” sytuacji. Do tej, można by powiedzieć, ogólnoświatowej mitologii o krótszych nogawkach, z uśmiechem dodawał:„Muszę przyznać, że się z tego nawet trochę cieszę. Powtarzam sobie, że jest to całkiem delikatny sposób strojenia sobie ze mnie żartów”.

Prawdą jest, że chęć uczczenia tak poważanej osoby gestem, który przypomina ten zabawny epizod, na pierwszy rzut oka może się wydawać sprzeczna, ale jest prawdziwa. Podwinięcie nogawek w rocznicę śmierci Václava Havla uważamy za gest czysto czeski, zabarwiony satyrą, do którego przyłączyć się może każdy kto razem z nami chce tym zabawnym, hawlowskim sposobem uczcić pamięć ostatniego czechosłowackiego i pierwszego czeskiego prezydenta.

Václav Havel (5.10.1936 – 18.12.2011), czeski pisarz, dramaturg i wpływowy polityk został wybrany na czechosłowackiego prezydenta 29.12.1989 z ramienia antykomunistycznego ruchu Forum Społecznego, którego był współzałożycielem. Dysydent, krytyk reżimu komunistycznego i rzecznik Karty 77 po wstąpieniu na urząd podjął wszelkie starania by skierować kraj na drogę ku demokracji parlamentarnej. Głową Czechosłowacji a po rozpadzie federacji Republiki czeskiej był przez dwie kadencje aż do roku 2003. Światowe uznanie przyniosło mu nie tylko wyjątkowe podejście do dyskusji politycznej i wsparcie okazywane demokratycznemu społeczeństwu, ale także jego twórczość literacka, do której powrócił po wycofaniu się z polityki. Do jego najważniejszych dramatów należą Garden-party, Audiencja czy Odejścia.

18 grudnia 2012 do mniej więcej 15 osobowej grupki założycieli dołączyły się tysiące fanów na całym świecie. Sympatyzujący z postacią Václava Havla przysłali za pomocą portalu Facebook ponad 2 tysiące zdjęć, na których widać podwinięte nogawki u spodni a w paru czeskich miastach na różne sposoby wspominano zmarłego prezydenta- pisarza.

Jesteśmy przekonani, że ta inicjatywa nadal ma sens i nie tylko w sensie uczczenia pamięci Václava Havla. Tym pozornie powierzchownym gestem, od chwili narodzin samej idei, chcieliśmy przede wszystkim wesprzeć pozytywną obywatelską dumę, odwagę by dołączyć się i umieć publicznie poprzeć określoną wartość oraz demonstrować własne poglądy. I ten właśnie obywatelski udział, bez którego społeczeństwo demokratyczne nie może istnieć, może mieć różne odsłony – czy dołączymy się podwijając nogawki swoich spodni, czy przypomnimy sobie któreś z dzieł Havla, czy tylko poddamy się refleksji nad wartościami ówczesnego świata.

Wierzymy, że wielkie zainteresowanie, z którym spotkaliśmy się 18 grudnia 2012 roku nie było jednorazowym wydarzeniem, i że uda nam się i w tym roku nie tylko w Czechach, ale i na całym świecie rozbudzić chęć przypomnienia sobie osobistości, która nam do swojej ostatniej chwili przypominała, że demokracji nie da się utrzymać i rozwijać bez udziału obywateli a udział ten niech przyjmuje jakąkolwiek postać.

About short trousers

On 18.12.2012 and every following year on the anniversary of the death of Vaclav Havel we should have short trousers on

web-ico-animHavel always kept explaining that the trousers were not short, but just pulled up. When I arrived at Prague Castle, Ivan Medek said to me: “I called the tailor, he will sew you a tuxedo and you can attend all the receptions instead of me, I am tired of it”. When the tailor took my measurements, he said to me: “Do not worry; I have sewn Havel’s trousers,” recalled Havel’s colleague Šolc. He apparently did not react to the tailors comment, nevertheless the tailor went on to explain how it all happened.

“We were in jail together,” recalled Šolc the tailor “and I used to tell him: “Václav, if you will make it in politics, then I will be your personal tailor”. Havel, of course, kept his promise, and so it happened. But it was not my fault. In jail, every time they came for him, they used to yell: “Havel, make yourself presentable” And so he used to grab his pants and pull them up like this. He kept doing it the whole time he was locked up,” explained the tailor to Šolc.

“So, he got into the habit that every time there was a dramatic event, he had to pull those trousers up. After all, it was his first inauguration, and before he emerged from the gate of honour, he pulled his trousers up,” Šolc further explained.

“I must say that I am kind of enjoying it. I say to myself that it’s a nice and gentle way to ridicule myself”.

Havel mentioned five years ago during an interview that people around the world still ask him about it. “To no avail, I keep explaining, that my trousers were not short, but pulled up. Every man knows that we pull our trousers up time to time and then it takes some time before they get back to the original position. That is what happened that time at the Castle. And because the military parade took place in the fourth minute instead of the fifth, since then it has become a national myth that I had short trousers at the inauguration,” said the President.

O krátkých kalhotách

Kalhoty pro Václava HavlaHavel vždy vysvětloval, že kalhoty nebyly krátké, ale jen povytažené. „Když jsem přijel na Hrad, Ivan Medek mi řekl: ‚Zavolal jsem krejčího, ten vám ušije smoking a vy budete chodit místo mě na všechny recepce, mě už to nebaví.‘ A když mi ten krejčí bral míru, tak řekl: ‚Nebojte se, já jsem šil Havlovi i ty kalhoty‘,“ vyprávěl Havlův spolupracovník Šolc. Krejčímu prý na poznámku nic neřekl, přesto se ale krejčí jal vysvětlovat, jak se všechno stalo.„My jsme byli spolu v krimu zavření,“ citoval Šolc výpověď krejčího, „a já jsem mu říkal: ‚Václave, jestli ty se v tý politice uděláš, tak já ti budu šít.‘ Havel samozřejmě všechno slíbil, a tak se pak taky stalo. Ale to nebyla moje vina. V kriminále, vždycky když na něj vrazili, tak na něj křikli: ‚Havel, upravte se!‘ A on si sáh´ do kalhot a takhle si je vytáh´. To dělal celou dobu, co byl zavřenej,“ vyložil krejčího verzi Šolc.
„Takže on si zvykl, že při všech dramatických událostech si musí vytáhnout ty kalhoty. Koneckonců to byla jeho první defilírka, no a jak vstupoval od té čestné brány, tak si stačil ještě stranou ty kalhoty vytáhnout,“ dovysvětlil Šolc.

“Musím říct, že se z toho víceméně raduji.
Říkám si, že je to docela něžný způsob posměchu vůči mojí osobě.”

Havel ještě před pěti lety v rozhovoru řekl, že se jej na to lidé po celém světě neustále ptají. „Marně pořád vysvětluji, že jsem tehdy neměl kalhoty krátké, ale kalhoty povytažené. Každý chlap ví, že si kalhoty občas povytáhne a pak nějaký čas trvá, než se opět usadí na původní místo. Tak nějak to bylo i tehdy na Hradě. A protože se vojenská přehlídka konala v minutě čtvrté místo minuty páté, tak od té doby patří k národní mytologii, že jsem měl při inauguraci krátké kalhoty,“ uvedl prezident.

Copyright: http://www.denvaclavahavla.cz/en/o-kratkych-kalhotach/

Poezja/ Ryszard Krynicki

wolanie-o-pomoc-klein

Ten przepisany na Mamy maszynie tekst znalazłam przeszukując jej papiery. Chodzę po domu i mruczę pod nosem, wołanie o pomoc, Kamiński, wołanie o pomoc… Wiem, że znam, wiem, że była taka piosenka i śpiewał ją mężczyzna. Niemen? Nie! Wodecki? Och, nie? Kto, kto śpiewał “Wołanie pomoc”? Gdyby to było 20 lat temu, ta kartka Mamy wpędziłaby mnie do grobu. Teraz, gdy już wiem, że nie wiem, pytam w internecie. I oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972 (obecnie do dostania w komplecie 40 CD pt. “Świecie Nasz”).

Może odnajdziesz w wyludnionym domu
bukiecik włosów na ściętej pościeli
i białą jabłoń kwitnącego szronu
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne piękno żelaznego świata
oświecać będzie naszych snów podziemia
ziemia zapłonie jak zamierzchła lampa
i nasze ciała będzie w chłam przemieniać
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Łagodne piękno współczesnego świata
osłaniać będzie nasze jasne czoła
do starej ziemi wciąż będziemy wracać
jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne światło przemiennego świata
oziębia nasze wspólne ciężkie serce
jeżeli nawet zabłądzimy w gwiazdach
to tylko twoje serce nas uśmierci
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

I w dobijaniu śmiertelnie raniony
do gwiazd do których żywi nie słyszeli
i w ocaleniu kruchej łzy z ogromu
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, przepisała ten tekst w dwa lata po ukazaniu się płyty, podejrzewam zresztą, że go nie tyle przepisała, co spisała, stąd błędy.  W tekście też są jakieś nieporozumienia. Co to na przykład jest ta ścięta pościel? Może zmięta? I w co się przemienią nasze ciała? W tła? W chłam? Szukałam w internecie oryginału wiersza, szukałam też tłumaczeń na inne języki. Nie znalazłam. Jakby ktoś miał… Po bibliotekach szukam w tomikach wiersza Krynickiego, oryginału. Też nie znajduję. Tekst-widmo. Diabeł ogonem nakrył. A może autor widmo? Może to wcale nie Krynicki tylko rzeczywiście Kamiński? Nieprawdopodobne, ale… Więc też szukam. I w końcu znajduję.

Piszę maila do Ryszarda Krynickiego, ale piszę też do Ryszarda Kamińskiego. Proszę o oryginalny tekst wiersza. Za Kamińskiego, dziennikarza “Wprost”, odpowiada pani, która pisze, że przestał pracować w redakcji ponad 10 lat temu. Krynicki nie odpowiada.

Rozmyślam o tym, dlaczego Mama przepisała ten wiersz? majewskiogrechucieOdpowiedzi na wszystkie pytania udziela mi niestrudzona poszukiwaczka, bibliotekarka i archiwistka, Annekathrin Genst, która odkryła, że wiersz (rzeczywiście autorstwa Krynickiego) został napisany jako piosenka dla Grechuty i dlatego nie został włączony do żadnego tomu. Pisze o tym Wojciech Majewski w biografii Grechuty (Społeczny Instytut Wydawniczy “Znak”, 2006). To wyjaśnia oczywiście również, dlaczego trzeba było wiersz przepisać. Po prostu trzeba było… A nazwisko Kamiński? Krynicki nie był wówczas na indeksie czyli liście autorów zakazanych – sprawdzam, ale takie to tam sprawdzanie w internecie – nie ma go w instrukcji PRL-owskiej cenzury z listopada 1977 roku. Z kolei Mama wcale nie musiała tego wiedzieć. Krynicki był uważany za poetę opozycyjnego, a piosenka “Może usłyszysz wołanie o pomoc” była rodzajem manifestu udręczonych. Trzeba się było kamuflować. Zacierać ślady, jak mówiła Mama.

PS. 10 grudnia, w dniu gdy przygotowywałam ten wpis, była rocznica urodzin Grechuty (10.12.1945).

Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, “remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Seume i Fermor. Grudniowa wędrówka

Ewa Maria Slaska

SeumeJGLubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.

Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld

9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

fermor
Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda.  Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.

Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?

Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.

Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.

 

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…

Stare papiery 4 – syreny

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej

W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.

Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz

 Syreny

Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…

syrenka-akwarela-malaNajstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.

U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:

ichtys-okladka-malaIrena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?    

Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.

ichtys-1-strona-malaTaki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.

ichtys-2-strona-malaZostała sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.

ichtys-9-strona-malaWięc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…

Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.

Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”

W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1

Jubileusz

Ewa Maria Slaska

andrzejandrzej2

Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967.  Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.

Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.

andrzej3aJuż o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.

andrzej3Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.

andrzej1Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.

andrzej3bA poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:

Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!

Brawo, brawo. Huczne oklaski.

PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.

Świat jest mały.

 

Wpis na poniedziałek

Ewa Maria Slaska

O toaletach

Każdy z nas to pamięta. Te jakieś straszne toalety gdzieś w Polsce, obesrane i cuchnące. Niekiedy wciąż jeszcze można je zobaczyć w pociągach PKP. Tak bywa, o czym mogę  się naocznie przekonać, bo właśnie jadę pociągiem.

Ale wszyscy też wiemy, że to już dawno nie jest normą, że nowoczesność kroczy jak bogini Wolności. Albo zamiast niej.

Dziś buduje się nowocześnie, wszędzie szkło, stal i szlifowany kamień. Wszędzie stawia się wielkie szklane wazony z nowoczesnymi bukietami, a te muszą być przede wszystkim wielkie. Ogromne gladiole, orchidee, pędy bambusa. Wszystko super eleganckie. Toalety ze szklanymi drzwiami. Podwórko z kunsztownymi grupami roślin. Na talerzach wraps z kiełkami. A obok… A obok coś przaśnego, co kobietom w jednakowych czarnych garniturach i mężczyznom, którzy właśnie już nie muszą mieć jednakowych czarnych garniturów, nawet krawatów nie muszą… Ich uniformizm zawiera się w jednakowej myśli, w jednakowych słowach. W Polsce słowem tym jest korporacja, w Niemczech co trzy lata musi się tu pojawić jakieś nowe słowo, wytrych i remedium rozumienia i rozwiązywania problemów społecznych. Harmonisieren, Nachhaltigkeit, Vernetzung, passgenaue Qualifizierung. Kwalifikacje na miarę. A więc jak już tym kobietom i mężczyznom znudzi się omiatanie wzrokiem szlifowanych granitów i stali, mogą odpocząć patrząc na zdjęcia zardzewiałych łyżek na obdrapanych parapetach. Do jedzenia oprócz wrapów jest grochówka. To nowa wersja pajdy chleba ze smalcem do czytania poezji. Wysokie szklane drzwi w toaletach sprawiają, że goście czują się niepewnie. Zwłaszcza Gościce. Niby wiadomo, że szkło jest nieprzezroczyste, ale przecież jednak podstawowe skojarzenie szkła to czystość, klarowność, nie zakłócone możliwości widzenia. Podczas obrad Gościce wymykają się chyłkiem i podążają ku szklanym drzwiom. Nieobecność innych jest też rodzajem ochrony przed nieproszonym spojrzeniem. Ale ciężkie drzwi wymykają się z rąk i z hukiem uderzają o framugę. Po przerwie obsługa konferencji przyczepia do szklanych drzwi szmatki na sznurkach. Designera szlag by trafił.

Wieczorem, a jakże, wieczór poetycki. Sala nobliwie monotonnie antracytowo szara. Dopasowane do entourage’u suknie Gościc. Mężczyźni tak czy owak od dwustu lat w takich tonacjach. Na scenie czerwona gaśnica. Cały czas czekam, czy ta techniczna czerwień nie okaże się jednak rekwizytem, który ma głęboki sens. Ale nie, po prostu designer sobie, a przepisy przeciwpożarowe sobie. I już.

Przedstawienie jest nudne i – jak gaśnica – bez sensu, ale ma też inny sens, głęboki „sens żydowski”, nie śmiemy więc głośniej odetchnąć. Takim okazjom w Berlinie może towarzyszyć tylko nabożne skupienie. Cisza, szacunek, pochylenie głowy, cisza. Kobieta w rzędzie za mną charczy nagle potwornym, przepotwornym charczeniem.  Charczenie wyrywa ze skupienia całe audytorium. Ze sceny wylewa się na nas właśnie czarne mleko świtu, pijemy je nocą, twoje szare włosy, Margarete, twoje czarne włosy, Sulamitko. W powietrznym grobie nie jest nam ciasno. Charczenie się ponawia. Straszne potworne. Kobieta, która charczy ma dziś popielate włosy jak Margarete, ale kiedyś, gdy była młoda, była Sulamitką. Przerwa. Po przerwie Margarete nie wraca już. Zastanawia jednak, dlaczego tu była? Takie charczenie nie pojawia się znienacka. Była chora, dlaczego więc w ogóle przyszła?

Latami nie byłam w stanie chodzić do filharmonii, bo w berlińskiej filharmonii w mini przerwach pomiędzy kawałkami muzyki waliły się na człowieka ze wszystkich stron zmasowane ataki kaszlu. Nie pomagało zaciskanie zębów ani zatykanie uszu. Zawsze przypominało mi się, że, Graves tak twierdził, Kalligula kazał zamordować Gemellusa, bo kaszlał. Wreszcie dyrekcja zrozumiała, że masowy kaszel przekracza ludzką wytrzymałość i rozprawiła się z problemem jedną kartką: Zabrania się kasłania w przerwach. I pomogło. Dziś już nikt nie kaszle.

Nie rozumiem. To dlaczego przedtem kasłali? Ale też – jak to możliwe, że jednak nie muszą kaszleć?

Behawioryzm kaszlu, fizjologia designu. Rok zajmowania się tematem kościelnego obozu pracy przymusowej pozwala na odkrycie specjalnego designu przeznaczonego dla miejsc pamięci. Potrzebny jest beton, dużo betonu i zardzewiałe żelazo. Godna podziwu jednorodność stylistyczna. Co to za kierunek w sztuce? Postpamiętnik?

Więc  toalety. Mam jakieś niepewne wspomnienie z czasów załatwiania odmownie terenów postenerdowskich za pieniądze europejskie, inwestowane na Wschodzie przez inwestorów z Zachodu. W jakimś miasteczku, gdzie nie było nic, a właśnie zlikwidowano jedyne w okolicy kino, zbudowano automatyczną toaletę ze szlifowanej stali i marmuru. Przeczytałam kiedyś zdanie, że brandenburskie wioski to jakieś UFO, odcięte od świata, zamknięte w sobie, bez życia politycznego, społecznego i gospodarczego.  Dodałabym jeszcze, bez kina i biblioteki, ale z marmurową toaletą.

Ale mam i wspomnienia jak najbardziej aktualne. Na Zachodzie Niemiec w restauracjach przy autostradach jak epidemia ospy  rozpowszechnia się system nowoczesnych toalet w pełni zautomatyzowanych. Kosztują chyba 70 centów, z  tego 50 centów otrzymuje się z powrotem w charakterze bonu do wykorzystania w tychże restauracjach. No i dobrze, może nawet bardzo dobrze. Może lepiej zautomatyzowana toaletyzacja niż owe przedpotopowe toalety, do których trzeba było wyjść poza budynek, zaopatrzywszy się uprzednio u barmana w klucz z zawieszką o rozmiarach łopatki mamuta. Ale jak wiadomo nie każde nowe jest lepsze od starego. W toaletach w okolicy miasteczka Fläming 20 lat temu pozwolono się wyszaleć designerowi, który skorzystał z tego prawa w obowiązującym wówczas stylu post-op-artu, któremu patronował post-post-Andy-Warhol. Była więc toaleta Jamesa Deana, Marylin Monroe, Charliego Chaplina i Elvisa Presleya. Były śmieszne i kolorowe. U mężczyzn inne niż u kobiet. Po jednej stronie autostrady inne niż po drugiej. Toalety na trasie z Berlina do Fläming odwiedziłyśmy z Lidą i Dorotą w marcu tego roku jadąc do Halle. Toalety po przeciwnej stronie zachwaliłam jakbym to ja sama je zaprojektowała, Kindze i Włodkowi, gdy w lipcu wracaliśmy z Francji. W marcu świat fizjologiczny po zachodniej stronie autostrady był jeszcze pełen barw, w lipcu ściana wschodnia okazała się już w pełni zautomatyzowana, a paleta barw pomiędzy papugą a pawiem, sprowadziła się do obowiązującej już na całym Zachodzie sterylnej kombinacji szklanej zieleni i mlecznej bieli.

Zapytałam sprzątacza, co się stało? Nie wiedział, o co mi chodzi. Nie ma racji Dorota, twierdząc, że pamięć społeczna się skurczyła i obejmuje teraz siedem lat. Pamięć społeczna nie obejmuje nawet siedmiu miesięcy.

Poetry – Poezja – Poesie / Edgar Allan Poe

For Begin of December / Dla godnego uczczenia grudnia

nevermore
Nevermore by Alice Vegrova

Edgar Allan Poe
The Raven

Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary,
Over many a quaint and curious volume of forgotten lore,
While I nodded, nearly napping, suddenly there came a tapping,
As of some one gently rapping, rapping at my chamber door.
‘Tis some visitor, I muttered, tapping at my chamber door-
Only this, and nothing more.

Ah, distinctly I remember it was in the bleak December,
And each separate dying ember wrought its ghost upon the floor.
Eagerly I wished the morrow;- vainly I had sought to borrow
From my books surcease of sorrow- sorrow for the lost Lenore-
For the rare and radiant maiden whom the angels name Lenore-
Nameless here for evermore.

And the silken sad uncertain rustling of each purple curtain
Thrilled me- filled me with fantastic terrors never felt before;
So that now, to still the beating of my heart, I stood repeating,
‘Tis some visitor entreating entrance at my chamber door-
Some late visitor entreating entrance at my chamber door;-
This it is, and nothing more.

Presently my soul grew stronger; hesitating then no longer,
Sir, said I, or Madam, truly your forgiveness I implore;
But the fact is I was napping, and so gently you came rapping,
And so faintly you came tapping, tapping at my chamber door,
That I scarce was sure I heard you- here I opened wide the door;-
Darkness there, and nothing more.

Deep into that darkness peering, long I stood there wondering, fearing,
Doubting, dreaming dreams no mortals ever dared to dream before;
But the silence was unbroken, and the stillness gave no token,
And the only word there spoken was the whispered word, Lenore!
This I whispered, and an echo murmured back the word, Lenore!-
Merely this, and nothing more.

Back into the chamber turning, all my soul within me burning,
Soon again I heard a tapping somewhat louder than before.
Surely, said I, surely that is something at my window lattice:
Let me see, then, what thereat is, and this mystery explore-
Let my heart be still a moment and this mystery explore;-
‘Tis the wind and nothing more.

Open here I flung the shutter, when, with many a flirt and flutter,
In there stepped a stately raven of the saintly days of yore;
Not the least obeisance made he; not a minute stopped or stayed he;
But, with mien of lord or lady, perched above my chamber door-
Perched upon a bust of Pallas just above my chamber door-
Perched, and sat, and nothing more.

Then this ebony bird beguiling my sad fancy into smiling,
By the grave and stern decorum of the countenance it wore.
Though thy crest be shorn and shaven, thou, I said, art sure no craven,
Ghastly grim and ancient raven wandering from the Nightly shore-
Tell me what thy lordly name is on the Night’s Plutonian shore!
Quoth the Raven, Nevermore.

Much I marvelled this ungainly fowl to hear discourse so plainly,
Though its answer little meaning- little relevancy bore;
For we cannot help agreeing that no living human being
Ever yet was blest with seeing bird above his chamber door-
Bird or beast upon the sculptured bust above his chamber door,
With such name as Nevermore.

But the raven, sitting lonely on the placid bust, spoke only
That one word, as if his soul in that one word he did outpour.
Nothing further then he uttered- not a feather then he fluttered-
Till I scarcely more than muttered, other friends have flown before-
On the morrow he will leave me, as my hopes have flown before.
Then the bird said, Nevermore.

Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,
Doubtless, said I, what it utters is its only stock and store,
Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster
Followed fast and followed faster till his songs one burden bore-
Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore
Of ‘Never- nevermore’.

But the Raven still beguiling all my fancy into smiling,
Straight I wheeled a cushioned seat in front of bird, and bust and door;
Then upon the velvet sinking, I betook myself to linking
Fancy unto fancy, thinking what this ominous bird of yore-
What this grim, ungainly, ghastly, gaunt and ominous bird of yore
Meant in croaking Nevermore.

This I sat engaged in guessing, but no syllable expressing
To the fowl whose fiery eyes now burned into my bosom’s core;
This and more I sat divining, with my head at ease reclining
On the cushion’s velvet lining that the lamplight gloated o’er,
But whose velvet violet lining with the lamplight gloating o’er,
She shall press, ah, nevermore!

Then methought the air grew denser, perfumed from an unseen censer
Swung by Seraphim whose footfalls tinkled on the tufted floor.
Wretch, I cried, thy God hath lent thee- by these angels he hath sent thee
Respite- respite and nepenthe, from thy memories of Lenore!
Quaff, oh quaff this kind nepenthe and forget this lost Lenore!
Quoth the Raven, Nevermore.

Prophet! said I, thing of evil!- prophet still, if bird or devil!-
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
Desolate yet all undaunted, on this desert land enchanted-
On this home by horror haunted- tell me truly, I implore-
Is there- is there balm in Gilead?- tell me- tell me, I implore!
Quoth the Raven, Nevermore.

Prophet! said I, thing of evil- prophet still, if bird or devil!
By that Heaven that bends above us- by that God we both adore-
Tell this soul with sorrow laden if, within the distant Aidenn,
It shall clasp a sainted maiden whom the angels name Lenore-
Clasp a rare and radiant maiden whom the angels name Lenore.
Quoth the Raven, Nevermore.

Be that word our sign in parting, bird or fiend, I shrieked, upstarting-
Get thee back into the tempest and the Night’s Plutonian shore!
Leave no black plume as a token of that lie thy soul hath spoken!
Leave my loneliness unbroken!- quit the bust above my door!
Take thy beak from out my heart, and take thy form from off my door!
Quoth the Raven, Nevermore.

And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting
On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
And his eyes have all the seeming of a demon’s that is dreaming,
And the lamplight o’er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted- nevermore!

Kruk
tłumaczenie: Zenon Przesmycki

Raz w północnej, głuchej dobie, gdym znużony siedział sobie
Nad księgami dawnej wiedzy, którą wieków pokrył kurz –
Gdym się drzemiąc chylił na nie, usłyszałem niespodzianie
Lekkie, ciche kołatanie, jakby u drzwi moich tuż.
“To gość jakiś – wyszeptałem. – Puka snadź przy drzwiach mych tuż.
Nic innego chyba już”.

Ach – pamiętam, jakby wczoraj – była przykra grudnia pora,
Głownie mrąc to cień rzucały, to blask jakichś krwawych zórz.
Tęsknom czekał, by świat biały błysł, bo księgi nie sprawiały
Ulgi w mej boleści stałej, odkąd znikł mój anioł stróż,
Dziewczę słodkie, które zwie Lenorą anioł stróż…
Tu bez nazwy ona już!

Strach zdejmował mnie nieznany, pełny grozy niezbadanej,
Kiedy u drzwi zaszeleścił purpurowy kotar plusz:
By ukoić serca trwogę, rzekłem sobie: “Pojąć mogę:
To podróżny – zgubił drogę – zbłąkał się wśród śnieżnych wzgórz…
W drzwi me puka, Zabłądziwszy pośród białych śnieżnych wzgórz…
Tak – nikt inny chyba już!”

Więc nabrawszy męstwa wstałem, z ugrzecznieniem mówiąc całem:
“Panie albo pani, błagam, nie obrażaj się ni chmurz,
Bo zasnąłem ze zmęczenia, a twe lekkie uderzenia
W drzwi mojego tu schronienia nie zbudziły mnie. Więc cóż
W tym dziwnego, żem nie słyszał?” Tu otwarłem drzwi – i cóż?
Ciemność w krąg – nic więcej już.

Patrząc w mrok ten na wsze strony, stałem trwożny i zdumiony,
Rojąc mary, jakich dotąd głąb nie znała ludzkich dusz.
Lecz milczenie głuche trwało, ciszy nic nie przerywało,
Tylko lekki szept nieśmiało drgnął: – “Lenora?” – gdzieś tuż, tuż.
Tom ja szepnął – i: “Lenora!” – wyszeptało echo tuż.
Tylko to, nic więcej już.

Powróciwszy do pokoju, w niesłychanym już rozstroju,
Posłyszałem znów stukanie, jakby gdzieś przy ścianie wzdłuż.
“Pewnie – rzekłem – coś kołacze w okno: wiatry snadź tułacze?
Zaraz, co to jest, zobaczę, nie bij, serce, ni się trwóż –
Wnet wyjaśnię tę zagadkę, serce, nie bój się ni trwóż.
Tak, to wiatr – nic więcej już!”

Otworzyłem okno zatem… Szumiąc skrzydły, z majestatem,
Wzleciał ciężko Kruk wspaniały, jakby czarny piekieł stróż.
Nie pozdrowił mnie ukłonem, okiem powiódł w krąg zamglonym
I siadł z pańskim jakimś tonem pośród dwóch kamiennych kruż –
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż.
Usiadł tam – nic więcej już.

Ptak ten sprawił, że przy całym rozsmętnieniu mym musiałem
Rozśmiać się z poważnej nader jego miny: “Tyś nie tchórz,
Widzę, stary, chmurny ptaku, co – choć piór już ani znaku
Na swym czubie – szukasz szlaku wśród posępnych nocy mórz?
Mów, jak zwą cię na plutonskim brzegu czarnych nocy mórz?”
Kruk rzekł na to: “Nigdy już!”

Zadziwiłem się nie lada, że ptak tak wyraźnie gada,
Choć żem jego odpowiedzi nie mógł pojąć ani rusz,
Boć to przyzna nawet dziecię, że nikt z ludzi dotąd w świecie
Nie oglądał chyba przecież ptaka przy drzwiach izby tuż.
Ptaka, co by przed nim usiadł na popiersiu przy drzwiach tuż.
Z takim mianem: “Nigdy już”.

Ale Kruk ten z łysą głową wyrzekł jedno tylko słowo,
Jak ci, którzy w jeden wyraz całą głąb wlewają dusz.
Potem milczał znów nieśmiele, Pióro mu nie drgnęło w ciele,
Aż gdym szepnął: “Przyjaciele opuścili mnie wśród burz.
I on też za dniem mnie rzuci, jak Nadzieje pośród burz”.
Ptak mi odrzekł: “Nigdy już!”

Zadziwiony niewymownie odpowiedzią tak stosownie
Wyrzeczoną: “Widać – rzekłem – umie tylko to. A nuż
Dar to pana, co w niewoli poznał tylko to, co boli,
I swe pieśni jął powoli echa kłaść przeżytych burz,
Aż pieśń każda w smętnej zwrotce brzmiała niby echo burz:
“Nigdy, nigdy, nigdy już!”

Lecz że w rozsmętnieniu całym wciąż się z Kruka śmiać musiałem,
Przysunąłem miękki fotel na wprost ptaka, do drzwi tuż,
I usiadłszy nań co żywo, jąłem myśli snuć przędziwo,
Co te stare, chmurne dziwo, czarne jakby piekieł stróż –
Co ten ptak złowróżbny, groźny, czarny jakby piekieł stróż –
Mniemał, kracząc: “Nigdy już!”

Myśląc, czego to oznaka, nie mówiłem ni do ptaka,
Który swe płonące oczy w serce wbijał mi jak nóż.
Tak siedziałem, wsparłszy głowę o poduszki fioletowe,
A blask lampy światło płowe lał na ich matowy plusz.
Ach, niestety, Ona o ten fioletowy, miękki plusz
Skroni swej nie oprze już!

Wtem powietrze się zamgliło, jakby wkoło się dymiło
Sto anielskich trybularzy, tchnących słodką wonią róż.
“Bóg na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły –
Zawołałem – zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz!”
Kruk zakrakał: “Nigdy już!”

“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Czy cię szatan przysłał tutaj, czy pęd wściekły zagnał burz
Na brzeg smutku i boleści, gdzie żal tylko pustka mieści,
Gdzie noc każda zgrozę wieści – powiedz, błagam, wzrusz się, wzrusz!
Jestże, jestże balsam w Gilead? – powiedz, powiedz, wzrusz się, wzrusz!”
Rzekł Kruk na to: “Nigdy już!”

“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Na to niebo, co nad nami, i na Pana ziemi, mórz
Powiedz duszy mej zbolałej, czy w Edenie szczęścia chwały
Znajdzie dziewczę, które biały zwie Lenorą anioł-stróż,
Dziewczę święte, słodkie, które zwie Lenorą anioł-stróż?”
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”

“Niech to będzie pożegnanie – krzyknę – ptaku czy szatanie!
Precz na burzę, na plutońskie brzegi czarnych nocy mórz!
Niech mi żadne czarne pióro nie przypomni, jak ponuro
Mroczysz wszystko kłamstwa chmurą! Ruszże się z popiersia, rusz!
Wyjmij dziób z mojego serca – i rusz się z nade drzwi, rusz!
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”

I kruk wcale nie odlata, jakby myślał siedzieć lata
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż,
Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła spod rzęs chmury
Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż,
A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż,
Nie powstanie – Nigdy już!”

Der Rabe
Übersetzung: Carl Theodor Eben

Mitternacht umgab mich schaurig, als ich einsam, trüb und traurig,
Sinnend saß und las von mancher längstverklung’nen Mähr’ und Lehr’ –
Als ich schon mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Hörte plötzlich ich ein Ticken an die Zimmerthüre her;
„Ein Besuch wohl noch,“ so dacht’ ich, „den der Zufall führet her –
Ein Besuch und sonst Nichts mehr.“

Wohl hab’ ich’s im Sinn behalten, im Dezember war’s, im kalten,
Und gespenstige Gestalten warf des Feuers Schein umher.
Sehnlich wünscht’ ich mir den Morgen, keine Lind’rung war zu borgen
Aus den Büchern für die Sorgen – für die Sorgen tief und schwer
Um die Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer –
Hier, ach, nennt sie Niemand mehr!

Jedes Rauschen der Gardinen, die mir wie Gespenster schienen,
Füllte nun mein Herz mit Schrecken – Schrecken nie gefühlt vorher;
Wie es bebte, wie es zagte, bis ich endlich wieder sagte:
„Ein Besuch wohl, der es wagte, in der Nacht zu kommen her –
Ein Besuch, der spät es wagte, in der Nacht zu kommen her;
Dies allein und sonst Nichts mehr.“

Und ermannt nach diesen Worten öffnete ich stracks die Pforten:
„Dame oder Herr,“ so sprach ich, „bitte um Verzeihung sehr!
Doch ich war mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Und so leis scholl Euer Ticken an die Zimmerthüre her,
Daß ich kaum es recht vernommen; doch nun seid willkommen sehr!“ –
Dunkel da und sonst Nichts mehr.

Düster in das Dunkel schauend stand ich lange starr und grauend,
Träume träumend, die hienieden nie ein Mensch geträumt vorher;
Zweifel schwarz den Sinn bethörte, Nichts die Stille draußen störte,
Nur das eine Wort man hörte, nur „Lenore?“ klang es her;
Selber haucht’ ich’s, und „Lenore!“ trug das Echo trauernd her –
Einzig dies und sonst Nichts mehr.

Als ich nun mit tiefem Bangen wieder in’s Gemach gegangen,
Hört’ ich bald ein neues Pochen, etwas lauter als vorher.
„Sicher,“ sprach ich da mit Beben, „an das Fenster pocht’ es eben,
Nun wohlan, so laß mich streben, daß ich mir das Ding erklär’ –
Still, mein Herz, daß ich mit Ruhe dies Geheimniß mir erklär’
Wohl der Wind und sonst Nichts mehr.“

Riß das Fenster auf jetzunder, und herein stolzirt’ – o Wunder!
Ein gewalt’ger, hochbejahrter Rabe schwirrend zu mir her;
Flog mit mächt’gen Flügelstreichen, ohne Gruß und Dankeszeichen,
Stolz und stattlich sonder Gleichen, nach der Thüre hoch und hehr –
Flog nach einer Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr –
Setzte sich und sonst Nichts mehr.

Und trotz meiner Trauer brachte er dahin mich, daß ich lachte,
So gesetzt und gravitätisch herrscht’ auf meiner Büste er.
„Ob auch alt und nah dem Grabe,“ sprach ich, „bist kein feiger Knabe,
Grimmer, glattgeschor’ner Rabe, der Du kamst vom Schattenheer –
Sprich, welch’ stolzen Namen führst Du in der Nacht pluton’schem Heer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr.“

Ganz erstaunt war ich, zu hören dies Geschöpf mich so belehren,
Schien auch wenig Sinn zu liegen in dem Wort bedeutungsleer;
Denn wohl Keiner könnte sagen, daß ihm je in seinen Tagen
Sonder Zier und sonder Zügen so ein Thier erschienen wär’,
Das auf seiner Marmorbüste ob der Thür gesessen wär’
Mit dem Namen „Nimmermehr.“

Dieses Wort nur sprach der Rabe dumpf und hohl, wie aus dem Grabe,
Als ob seine ganze Seele in dem einen Worte wär’.
Weiter Nichts ward dann gesprochen, nur mein Herz noch hört’ ich pochen,
Bis das Schweigen ich gebrochen: „Andre Freunde floh’n seither –
Morgen wird auch er mich fliehen, wie die Hoffnung floh seither.“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

Immer höher stieg mein Staunen bei des Raben dunklem Raunen,
Doch ich dachte: „Ohne Zweifel weiß er dies und sonst Nichts mehr;
Hat’s von seinem armen Meister, dem des Unglücks finstre Geister
Drohten dreist und drohten dreister, bis er trüb und trauerschwer –
Bis ihm schwand der Hoffnung Schimmer, und er fortan seufzte schwer:
„O nimmer – nimmermehr!“

Trotz der Trauer wieder brachte er dahin mich, daß ich lachte;
Einen Armstuhl endlich rollte ich zu Thür und Vogel her.
In den sammt’nen Kissen liegend, in die Hand die Wange schmiegend,
Sann ich, hin und her mich wiegend, was des Wortes Deutung wär’ –
Was der grimme, finst’re Vogel aus dem nächt’gen Schattenheer
Wollt’ mit seinem „Nimmermehr.“

Dieses saß ich still ermessend, doch des Vogels nicht vergessend,
Dessen Feueraugen jetzo mir das Herz beklemmten sehr;
Und mit schmerzlichen Gefühlen ließ mein Haupt ich lange wühlen
In den veilchenfarb’nen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ach, in diesen sammtnen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ruhet  sie jetzt nimmermehr!

Und ich wähnte, durch die Lüfte wallten süße Weihrauchdüfte,
Ausgestreut durch unsichtbare Seraphshände um mich her.
„Lethe“, rief ich, „süße Spende schickt Dir Gott durch Engelshände,
Daß sich von Lenoren wende Deine Trauer tief und schwer!
Nimm, o nimm die süße Spende und vergiß der Trauer schwer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Ob die Hölle Dich mir sandte, ob der Sturm Dich wehte her!
Du, der von des Orkus Strande – Du, der von dem Schreckenlande
Sich zu mir, dem Trüben, wandte – künde mir mein heiß Begehr:
Find’ ich Balsam noch in Gilead! ist noch Trost im Gnadenmeer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Bei dem ew’gen Himmel droben, bei dem Gott, den ich verehr’ –
Künde mir, ob ich Lenoren, die hienieden ich verloren,
Wieder find’ an Edens Thoren – sie, die throhnt im Engelsheer –
Jene Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

„Sei dies Wort das Trennungszeichen! Vogel, Dämon, Du mußt weichen!
Fleuch zurück zum Sturmesgrauen, oder zum pluton’schen Heer!
Keine Feder laß zurücke mir als Zeichen Deiner Tücke;
Laß allein mich dem Geschicke – wage nie Dich wieder her!
Fort und laß mein Herz in Frieden, das gepeinigt Du so sehr!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“

Und der Rabe weichet nimmer – sitzt noch immer, sitzt noch immer
Auf der blassen Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr;
Sitzt mit geisterhaftem Munkeln, seine Feueraugen funkeln
Gar dämonisch aus dem dunkeln, düstern Schatten um ihn her;
Und mein Geist wird aus dem Schatten, den er breitet um mich her,
Sich erheben – nimmermehr!

Stare papiery 3 – Kobiety nad morzem

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Wydaje mi się, że zadałam sobie zadanie bez końca. Bo każda kartka, czasem wręcz świstek lub strzępek wywołują pomysły na nowe wpisy.

Dziś “Kobiety nad morzem”. Nie mam tej grafiki, chyba nikt z nas nie ma wszystkich grafik Mamy i, jak na razie, nie mam reprodukcji lepszej niż zdjęcie strony gazetowej, oczywiście znalezionej w stercie starych papierów.

kobiety-nad-morzem1Jeden podpis, dwa błędy. Nazwisko autorki pracy zostało zapisane jako IRENA KURAN-BOGUCK A. Dziwaczny odstęp przed końcowym A. Tytuł pracy – Kobieta nad morzem. Tytuł brzmiał “Kobiety nad morzem” i na zdjęciu ewidentnie widać, że są to – jako pars pro toto – trzy kobiety symbolizujące całą ogromną bezimienną rzeszę rybaczek i żon marynarzy, czekających na powrót mężów, synów i braci z morza.

Czasem czekały na brzegu, czasem w domu. Czytałam gdzieś przejmującą opowieść o chałupie rybackiej, w której od kuchennego pieca do okienka wiodła wydeptana w deskach podłogi ścieżka, cierpliwie wyżłobiona stopami kolejnych kobiet z rodziny, wypatrujących łodzi na morzu.

Na stronie nie ma nazwy gazety, ale musiał to być Głos Wybrzeża, ten co to “… z tyłu pies, Głos Wybrzeża w pysku niósł”. W Gdańsku były dwie gazety codzienne – druga nazywała się Dziennik Bałtycki. Głos był partyjny, Dziennik – niezależny, cokolwiek to w owych czasach oznaczało. Dziennik miał tytuł i niektóre śródtytuły niebieskie. “Moja” gazeta jest czarno-biała, a właściwie szaro-żółtawa.

Było to wydanie sobotnie (sobota 6), numer 236 (4954). Nie jest napisane, co to za miesiąc, ale z pobieżnych wyliczeń wynika mi, że wrzesień. Którego roku? Ba! Studiuję po kolei różne informacje i na rok naprowadza mnie notka, że w Hali Stoczni Gdańskiej odbędzie się koncert zorganizowany przez WKZZ dla uczczenia V Kongresu Związków Zawodowych. Dochód z koncertu przeznaczony zostanie na budowę szkół Tysiąclecia i pomoc dla walczącego ludu Hiszpanii. Tysiąclatki czyli lata 60. Sprawdzam – V Kongres to 1962 rok. Ale dokładniejszej daty, kiedy się odbył, nigdzie nie ma. Kalendarz na rok 1962 informuje jednak, że sobota 6 była tylko w styczniu i w październiku, a znaczek pocztowy i wydawnictwo z przemówieniami z Kongresu, donoszą, że Kongres się odbył w listopadzie. Zatem koncert ku czci zorganizowano zawczasu. Numeracja mi się jednak nadal nie zgadza, ale dochodzę do wniosku, że widocznie Głos Wybrzeża nie ukazywał się w niedziele i święta. Liczę jeszcze raz w kalendarzu, teraz już tym właściwym na rok 1962 – po odjęciu niedziel, Nowego Roku, dwóch dni Wielkanocy, 1 maja i Bożego Ciała uzyskujemy numer 236 w sobotę 6 października 1962 roku. Strona 3. Brawo Watsonie!

Zanim jednak zajmę się samą grafiką, jeszcze pytanie – na miłość boską, dla jakiego “walczącego ludu Hiszpanii” zostaną przeznaczone zyski z koncertu? Czy w roku 1962 w Hiszpanii była wojna? Powstanie antyfrankistowskie? Rządy Franka skończyły się w roku 1975. Od końca lat 50 buntowali się Baskowie i Katalończycy. Czy to o nich tu chodzi? A może o dzielny lud kubański stawiający od ponad roku opór wrednym kapitalistom z USA? Niestety nie znalazłam odpowiedzi.

Próbuję też dociec, dlaczego akurat 6 października umieszczono tu reprodukcję tej grafiki? Nie jest to żadna stała rubryka, nie ma ani słowa wyjaśnienia. Ojciec też jeszcze wtedy nie wypływał na dalekie rejsy żeglarskie. Same niewiadome, nie do rozwiązania. A może, ot, kaprys redaktora lub grafika. Miał dziurę i miał pod ręką “zatkajdziury”. Wybrał jedną. Mogło tak być, czemu nie.

kobiety-nad-morzem2Ten szkic bez tytułu przedstawia raczej Ojca Zadżumionych niż trzy kobiety nad morzem – znalazłam go w papierach i stwierdziłam, że to ten sam motyw kompozycyjny. Znalazł się też opis grafiki przygotowany przez Mamę.

Irena Kuran-Bogucka                   Omówienie pracy
                                                         “K o b i e t y   n a d   m o r z e m”

           Praca “Kobiety nad morzem” jest wykonana w technice drzeworytu langowego. Użyte do niej drzewo lipowe jest największym ze stosowanych w drzeworycie gatunków;- aby osięgnąć w nim czystość cięcia , trzeba używać szerokich, bardzo ostrych dłut i – zwłaszcza przy liniach przechodzących w poprzek słoja – prowadzić narzędzie szybkim, pewnym ruchem. Od klasycznej formy drzeworytu czarno-białego kompozycja ta nieco odbiega przez odbicie tła w półtonach o zróżnicowanym nasileniu szarości, z wyraźnie pokazanym śladem narzędzia.
          Kompozycja jest realistyczna, przyczem starałam się osiągnąć maksymalną prostotę i zwięzłość formy. Równolegle jednak do rozwiązań technicznych oraz formalnych, i tutaj – jak xx we xxxx wszystkich moich pracach – interesuje mnie temat i nastrój. Tematem moim jest przedewszystkim człowiek w całej bogatej, dramatycznej skali swoich uczuć i przeżyć. Staram się więc znaleźć formę dla każdorazowego przekazania wyrazu i emocjonalnego ładunku tych spraw.
         Tę pracę cięłam w listopadzie, kiedy zaczynają się jesienne sztormy, a pływanie po morzu, mimo stałych postępów techniki, staje się ciężkie i niebezpieczne. “Kobiety nad morzem” trwają w niezmiennym oczekiwaniu powrotu swoich najbliższych – wszystkich, jacy kiedykolwiek wyruszali na śmiałe rejsy; niespokojnych greckich żeglarzy, awanturniczych Wikingów, odkrywców nieznanych kontynentów, czy marynarzy i rybaków dzisiejszego Gdańska.
           Praca ta zyskała jedną z sześciu równorzędnych nagród w I-ym Ogólnopolskim Konkursie Grafiki Marynistycznej w 1961 r.
mama-grafiki-maleNo tak: drzeworyt langowy. Jestem córką graficzki. Grafika towarzyszyła mi przez całą młodość. Widziałam jak się ją tnie, odbija, oprawia. A jednak nie wiedziałam, że drzeworyt wzdłużny, w przeciwieństwie do tego ciętego na sztorc, nazywa się langowy!

W przyszłym tygodniu w sobotę – Syreny