Sprzed dziesięciu lat

RD autor wczorajszego wpisu czyli Ryszard Dąbrowski

przysłał mi mój własny tekst o jego wystawie napisany przeze mnie dokładnie 10 lat temu, w lutym 2004 roku! W tekście pojawi się nawet wczorajsze Naunders.

Ewa Maria Slaska

Tekst do wystawy fotograficznej Ryszarda Dąbrowskiego „Przypadkowa przeszłość” eksponowanej w marcu i kwietniu 2004 roku w „Małej Galerii” w Gorzowie Wielkopolskim.

Przypadkowa przeszłość

Gdy fotografik prosi pisarkę o napisanie tekstu do katalogu wystawy, musi się liczyć z tym, że zamówiony produkt okaże się raczej zestawem myśli literackich niż fachową analizą prezentowanego materiału. Gdy Ryszard Dąbrowski, którego znam już prawie dwadzieścia lat, poprosił mnie o refleksje na temat wystawy PRZYPADKOWA PRZESZŁOŚĆ sprawa okazała się – przypadkowo? – o tyle ciekawsza, że jestem nie tylko pisarką, ale również z wykształcenia archeolożką, a zatem człowiekiem profesjonalnie zajmującym się przeszłością. Przypadkową? Zazwyczaj tak. Z czym bowiem ma do czynienia archeolog, jeżeli nie z przypadkowymi, materialnymi fragmentami minionego czasu, z których to przecież umysł badacza a nie uczestników historii tworzy pewien, tylko pozornie spójny, a naprawdę dowolny i przypadkowy obraz przeszłości. Prace Dąbrowskiego okazały się dla archeologa i pisarza (archeolożki i pisarki) inspirującym materiałem do przemyśleń.

01Dąbrowski twierdzi, że od ponad dwudziestu lat zbiera pierwsze, niedoświetlone, na poły doświetlone lub „strzelone na rozgrzewkę” klatki filmów. Można by powiedzieć, że powstała z tego kolekcja, zbiór czy archiwum, a jednak nie użyłabym tu żadnego z tych słów. To nie pasja zbieracza przyświecała wrzucaniu do szuflady tego narastającego latami stosu ścinków, odpadków normalnej, codziennej pracy człowieka parającego się fotografią. Nie było to archiwum badacza, bo Dąbrowski nie opatrzył poszczególnych fragmentów datą czy opisem. Ale nie był to w żadnym razie śmietnik. Najbliższą analogią tego dziwnego zbioru wydaje się żydowska geniza, miejsce, gdzie wrzucano wszystko, co zostało napisane, a aktualnie nie było potrzebne. Słowa pisanego się nie wyrzucało, bo “było u Boga”, wszystko wędrowało do genizy, czy była to wielka gliniana amfora, jaskinia skalna czy komórka, schowek, skrytka. Z sześciuset zgromadzonych negatywów czarno-białych fotografii, dwieście klatek zostało przez artystę dopuszczonych do następnego etapu, do selekcji tego, co można i chce się pokazać odbiorcy. Dopiero ten etap, twierdzi Dąbrowski, był prawdziwym działaniem twórczym. Do finału doszło czterdzieści zdjęć.

02Zwoje z genizy w Qumran odsłoniły genezę wielu tekstów biblijnych, były cennym materiałem do badań nad początkami chrześcijaństwa. Wybrane negatywy z „genizy” Dąbrowskiego odsłaniają genezę procesu twórczego. Bo w procesie kreacji nie temat jest ważny, a samo tworzenie. Punktem wyjścia wystawy czterdziestu zdjęć Dąbrowskiego jest NIC. Nieważny, przeznaczony do wyrzucenia, przypadkowo przechowany negatyw. Mniej niż śmiecie będące tworzywem trash-art. Biała płaszczyzna niczego z czarnym śladem klamerki, którą przyczepia się negatyw do wysuszenia. Czerń i biel. Te zdjęcia, mówi Dąbrowski, są miłosną deklaracją. Miłość do niczego? Nie, to miłość do fotografii czarno-białej. Z bieli niczego wyłaniają się przypadkowe momenty. Ale ten przypadek, twierdzi Dąbrowski, to nie tylko pewien moment rzeczywistości, bo również moment, gdy widz zaczyna podlegać czarno-białej magii fotografii.

03Zdjęcia działają początkowo jak abstrakcja. Stopniowo jednak dochodzi do głosu rzeczywistość, podłoga, trotuar, kamienny bruk. Pokój, ściana, jakaś pseudonaftowa lampa, jakiś obraz na ścianie i znowu aparat obsuwa się w dół, łóżko, zmięta pościel, pierwszy cień człowieka, pierwszy w serii zdjęć, a może pierwszy w ogóle, zatem adam albo ewa, początek, gen wyjściowy i geneza obecności człowieka w świecie. Świat zastany, woda, drzewo, świat przetworzony, ulica, przystań, schody, to Wiedeń, nagrobek, nagle bardzo wyraźny, z dokładnie dającym się odczytać napisem po niemiecku, Karl Waldegger z Naunders w Austrii umarł, pozostawiając pogrążoną w żalu rodzinę, wieniec i latarnię, pokój dziecka z wielkim misiem, to Berlin. U góry i u dołu czarno-białych zdjęć rytmiczna powtarzalność kodów technicznych, nazwy filmów, numery klatek, strzałki, pokazujące kierunek przewijania filmu.

04Coraz mniej bieli, szarość ciemnieje, nie wiadomo, czy noc to moment, gdy zaszło słońce, czy przeciwnie, zaszło, bo nadeszła ciemność ostatniej niemal całkiem czarnej klatki, która przecież jednak nadal była klatką pierwszą, niepotrzebną, odrzuconą, na przemiał, na rozkurz, dla szczurów, do genizy. Na zagładę. Na ocalenie. Na przypomnienie, że był kiedyś czas, gdy to fotograf musiał być mistrzem, by zdjęcie okazało się dziełem sztuki. Gdy to fotograf a nie komputer był autorem efektów, chwytów, tricków, bo to on decydował o naświetleniu, o czerni, bieli, smudze cienia na tle wody. Cyfrowy aparat fotograficzny to mały komputer, który być może wie lepiej niż człowiek, jakie parametry techniczne trzeba spełnić, by zdjęcie było w pełni, w stu procentach udane. W cyfrowym aparacie fotograficznym nie ma pierwszych klatek, które zawsze były nie do użytku. Pierwsze zdjęcie wykonane cyfrowym aparatem fotograficznym jest zawsze tak samo dobre (albo tak samo marne) jak ostatnie. Ta wystawa, mówi Dąbrowski, to moje pożegnanie z fotografią analogową, choć być może jeszcze długo nie kupię sobie aparatu cyfrowego.

05„Być może” należy do repertuaru słów o przypadku i jego nieograniczonych możliwościach. „Być może” oznacza, że przyszłość jest niepewna, nieokreślona, zaledwie możliwa. Być może kupię aparat cyfrowy. Być może długo go jeszcze nie kupię. Przyszłość jest niepewna, przeszłość przypadkowa, a teraźniejszość, jak twierdzą naukowcy, trwa co najwyżej trzy sekundy. Tyle potrzebuje mózg, by przetworzyć teraźniejszość w przeszłość. A przecież wszystko, czego ludzkość dokonała na przestrzeni dziejów a człowiek na przestrzeni życia, dokonuje się tylko w teraźniejszości. Być może wcale i nigdy nie udało się nam stworzyć niczego spójnego, żadnej trwałej i sensownej całości, żadnego prawdziwego zdjęcia, może to tylko nasz mózg przez trzy sekundy porządkuje nasz świat i może to, co robimy to naprawdę zawsze i tylko pierwsze zdjęcie. Czasem prześwietlone, czasem niedoświetlone.

06

Cysorz…

Ewa Maria Slaska, …to ma klawe życie

23 lutego wieczorem Róża Stolarczyk napisała w mojej ulubionej grupie Fani Bułata Okudżawy:

Pomyślałam, że trzeba o nim powiedzieć – dziś w nocy zmarł Tadeusz Chyła – cysorz polskiego kabaretu, starego, dobrego i klasycznego stylu.

Wiadomość roznosi się w przeciągu kilku chwil. Na Facebooku wszyscy reagują tak samo, ja zresztą też. Wszyscy ze wszystkim dzielą się youtubową wersją Cysorza, opatrzoną następującym komentarzem:

Opole 1979 rok. Jedna z kultowych piosenek satyrycznych z drugiej połowy lat 70. Słowa: Andrzej Waligórski Muzyka: Tadeusz Chyła

Tadeusz Chyła (ur. 1933) – polski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta, znany z wykonywania ballad okraszonych humorem i satyrą. W roku 1968 założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem. Należeli tu Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 r.
– Andrzej Waligórski (1926 – 1992) – polski aktor, poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Polskiego Radia we Wrocławiu. Genialny tekściarz.
Nie umiem śpiewać niemal nie znam żadnych piosenek na pamięć. Ale znam Cysorza (… to ma klawe życie), i Kniazia Dreptaka (zdumiał się kniaź, koszulę spuścił, co ją miał ściągnąć przez głowę), i Balladę o Mumiach (to nie żadna pokraka w staroegipskim stylu)… Był taki rok, że bez opamiętania słuchaliśmy z moim pierwszym chłopakiem ballad Chyły. Było to zresztą jeszcze w czasach przed Cysorzem. Pewnego dnia, gdy rodzice gdzieś wyszli, a my mieliśmy koniecznie zostać w domu, żeby Kasia nie była sama, odkryliśmy w taśmotece Mamy nagranie jego ballad. Kasia poszła spać, a my migdaliliśmy się w pracowni Mamy na kanapie (w porównaniu z tym, co dzisiaj Bravo zaleca bardzo młodym nastolatkom, byliśmy jednak nadzwyczaj przyzwoici). Była to pierwsza okazja w naszym szkolnym romansie, że byliśmy sami ze sobą, ale oczywiście był też Chyła. I tak już pozostanie. Szkolna miłość, szkolna erotyka lat 60, i wcale nie szkolna, bo wyszukana i dorosła muzyka. Może to była nagrana płyta z 1966 roku, co by oznaczało, że była nadzwyczajnie wręcz świeża – Tadeusz Chyła: Tadeusz Chyła śpiewa własne ballady – ale może były to po prostu nagrania z radia. I Mama i jej przyjaciele godzinami słuchali radia, po to, by “upolować” coś ciekawego. Wydaje mi się znamienne, że bardzo dobrą muzykę puszczano wówczas w Muzyce i aktualnościach, audycji propagandowej, choć była to, tak mi się dziś wydaje, inteligentnie zrobiona propaganda.

Tego chłopaka przestałam kochać, albo on mnie, nie pamiętam. Zresztą wyjechałam do innego miasta na studia, a gdy wróciłam, to przychodził czasem, a ja nie mogłam się nadziwić, bo był taki nieciekawy, taki materialistycznie nastawiony do życia, taki cwany i wyrachowany. Po latach objawił się raz jeszcze w życiu naszej rodziny, co zakończyło się po prostu złowrogo, ale ja już dawno byłam daleko, w Berlinie, za górami, za morzami i nie miałam z tym nic wspólnego, oprócz zdumienia, że człowiek, który był moją pierwszą miłością, mógł się okazać aż taki podły.

Jego więc przestałam kochać, ale napisałabym, że Chyłę kocham nadal, choć, oczywiście, nie napiszę, bo w dzisiejszych czasach nie używa się takich sformułowań…

Mama i Lorca

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety, wszystkie zostały już przetworzone. Nigdy ich przedtem nie słyszałam. Prawie miesiąc temu opublikowałam pierwszą część wywiadów, dwa tygodnie temu – drugą, przed tygodniem – trzecią, a dziś – zakończenie.

lorca-alberti2Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej

Za wydanie wierszy zebranych Rafaela Albertiego – “Chłodna mięta mórz”, Wydawnictwo Morskie 1986 – Mama otrzymała stypendium rządu Hiszpanii za najlepsze światowe tłumaczenie literatury hiszpańskiej. Pojechała wtedy do Hiszpanii, gdzie odwiedziła miejsca związane z życiem Lorki.

romancero Anna Sobecka: Czy ta możliwość pozwoliła jeszcze lepiej poznać samego Lorkę? Czy w tych miejscach czuła Pani obecność jego ducha i działanie tej magii?

Irena Kuran-Bogucka: To było trochę inaczej. Więcej uzyskałam w tamtym czasie, jeśli chodzi o działanie ducha, przez to, że to już był ten czas, kiedy się świetnie rozwinęła wiedza o jego poezji. Bo jak wiadomo, jak dyktator doprowadzi czy dopuści do zamordowania poety, to bardzo nie lubi, żeby później o tym mówiono. I ci, co w pierwszych latach po śmierci Lorki próbowali studiować jego życie i twórczość, nie mieli łatwego zadania. Natomiast po powrocie z emigracji, tej Wielkiej Emigracji Hiszpańskiej, poetów emigrantów, a zwłaszcza rodziny Lorki, odkryto mnóstwo nieznanych przedtem materiałów, też studia, już swobodnie prowadzone, poszły dalej. To mi dużo dało. Natomiast, co mi dało na przykład pojechanie do Fuente Vaqueros, miejsca, gdzie Lorka się urodził. Lorka ma taki wiersz, bardzo wczesny, z pierwszego tomu, Książka wierszy – Topole ze srebra. Ja sobie wyobraziłam, nie widząc przedtem tych drzew, że są to topole o takich srebrno szarawych listkach, bo wiadomo, że liście topoli, też wierzby, nie jest bardzo jaskrawozielony. A tymczasem pojechałam tam na przedwiośniu i nagle zrozumiałam, co to są topole ze srebra. Jak jest przedwiośnie, to u nas drzewa na tle już wiosennego nieba są czarne, we Włoszech są seledynowe, złotawe, różowe, a w Hiszpanii są srebrne. W tym wypadku wykształcenie malarskie mi dopomogło do zauważania takich właśnie pozornie błahych, a istotnych dla całego obrazu rzeczy.

Mówiła Pani o poezji Lorki, o jej pięknie i o jej magii. Porozmawiajmy może teraz o samym poecie. Jakim on był nie tylko poetą, ale człowiekiem?

Trudno to powiedzieć. Ja będę próbowała o tym pisać, już mam jakieś maszynopisy, ale żeby znaleźć klucz do rozumienia tej twórczości, warto wiedzieć oczywiście, jakim był człowiekiem? Spróbuję dać odpowiedź i z góry wiem, że ta odpowiedź nie będzie pełna ani kompletna. Wiem, że nie zdołam. Ale też biografowie – najbliżsi przyjaciele – piszą o nim rzeczy tak różne, rozbieżne, wręcz przeciwstawne. A wszystko, co piszą, jest prawdę. Jorge Guillén, jego przyjaciel, rówieśnik i biograf, też poeta, opisuje przyjaciela pełnego pogody, życzliwego, lubianego, w każdej chwili życie jego owiane było natchnieniem, Pablo Neruda mówi – „Nigdy nie widziałem osoby tak pełnej magii, tak radosnej, tak pogodnej, tak serdecznej.” Lorka zresztą wspomina żarty i figle, z czasów swoich studiów zwłaszcza, natomiast w przedmowie do drugiego wydania dzieł wszystkich Vincente Alexander, noblista późniejszy, też rówieśnik i przyjaciel Lorki, pisał: „miał serce zdolne do namiętności, jak rzadko kto, a zdolność do miłości i cierpienia uszlachetniała jego czoło”. Wiele kochał, w co nie chcieli wierzyć ludzie powierzchowni i cierpiał przez tę miłość bardziej niż ktokolwiek przypuszczał. Jego bardzo dobry znawca, którego poznałam w Hiszpanii, Miguel Garcia Posada – Garcia nie znaczy, że był krewnym, to bardzo pospolite nazwisko – w odniesieniu do Lorki używa słowa „wieloosobowość”. On miał mnóstwo wcieleń i żadne z nich nie było imitacją, każde było jakimś autentycznym fragmentem jego osobowości i odczuć.

Jak wyglądał?

Zdjęcie pokazuje Andaluzyjczyka o gładkich czarnych włosach, ciemnych oczach, dość takich grubo ciosanych, właściwie chłopskich rysach. Zdjęcie nam nie mówi NIC. Jego przyjaciel, który z nim się na przestrzeni lat spotykał, Carlos Morla Lynch, który napisał zresztą książkę „W Hiszpanii z Frederikiem”, notuje takie słowa: „nie można utrzymywać, że Lorka jest piękny, ale nie można też twierdzić, że tak nie jest, gdyś bije z niego coś, co budzi powszechną sympatię.” Musiał być nie urodą, lecz osobowością fantastyczny. Bo tak to nie odróżniał się od średniego wyglądu Andaluzyjczyka tamtego czasu, był też średniego wzrostu, i, jak Pani wie, do starości nigdy nie doszedł – nie wiadomo, jak starość wyżłobiłaby tę twarz. Ale jeszcze trzeba dodać, że niezależnie od ładunku, jaki niesie jego poezja, ktokolwiek się z nim zetknął, choćby pobieżnie, przez wiele lat go nie zapomniał. Jego przyjaciel, admirator wielki, chwilami też i rywal, Rafael Alberti, jeszcze 40 lat po jego śmierci, w latach 70, pisał – „spróbuję opisać ten pejzaż, ale czy ja dam radę, lepiej by to zrobił Federico”.

sonetyA nad czym Pani teraz pracuje?

Między innymi jest to absolutnie nikomu nie znany, nie istniejący w całości fragment tomu „Sonety ciemnej miłości”, które dopiero w ostatniej dekadzie zostały odkryte w licznych jak wspominałam, brulionach, przywiezionych przez rodzinę, która uszła do Ameryki przed prześladowaniami. I tych sonetów nie zna niemal nikt, mało kto widział, niemal nikt nie tłumaczył. Ja mam wszystkie, jakie istnieją, nikt nie wie, czy wszystkie ocalały. Istniejących jest jedenaście. Bardzo piękne, wstrząsające erotyki, o tyle osobliwe, że sonet nie był ulubioną formą Lorki.

***

Cierpienia miłosne

Ten ogień, który pochłania i nęka,
Ten pejzaż szary od końca do końca.
Ten ból przez jedną myśl spośród tysiąca.
Ta niebios, świata i chwili udręka.

Ten płacz krwi, która zdobić się nie lęka
liry bez tętna; ta żagiew paląca.
Ten ciężar morza, co w odmęt mnie strąca.
Ten skorpion w piersi mojej – co za męka!

Wieńcem miłości są, rannego łożem,
gdzie ja, bezsenny, śnię, że jesteś ze mną
w mej piersi, pośród ruin i zniszczenia.

I choć roztropność ocalić mnie może,
twe serce stwarza mi dolinę ciemną
cykuty, gorzkiej wiedzy i cierpienia.

z tomiku “Sonety ciemnej miłości” Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 1994

Czasy były takie, że Mama bardzo ostrożnie podchodziła do tematu miłości homoseksualnej w życiu Lorki. Dziś, po 20 latach europejskiej dyskusji o homoseksualizmie i po filmie Paula Morissona “Little ashes” (“Popiołki”) z roku 2008, homoseksualizm poety dla nikogo nie jest już mroczną tajemnicą. Piszę o tym, bo pamiętam, ile wysiłku kosztowało Mamę tłumaczenie tych sonetów tak, by nie było wiadomo, czy obiektem miłości jest kobieta czy mężczyzna.

Wróćmy jednak raz jeszcze do spisanego tu i prezentowanego przez ostatnie tygodnie wywiadu Anny Sobeckiej z Mamą. Wywiad kończy się tą właśnie muzyką:

Pisarze i cmentarze

Ewa Maria Slaska

Poszwendałam się po paryskich cmentarzach, spotkałam różnych ciekawych ludzi, może jeszcze do nich dojdziemy, ale na razie pisarze.

Père-Lachaise, największy cmentarz w Paryżu. Pochowano na nim milion osób. Milion!

Honoré de Balzac. 1799-1850. Boże jak oni wszyscy krótko żyli i ile w tym życiu zdążyli zrobić! Boy wydał w Polsce całą Komedię ludzką i były to 34 tomy. A są przecież jeszcze powieści, spoza cyklu. Z Eweliną Hańską ożenił się w… no tak, w Berdyczowie! Pisz do mnie na Berdyczów.

balzak
Marcel Proust. 1871 – 1922. Największy pisarz XX wieku. Tak uważała Mama i, no cóż, ja chyba też tak uważam. Latami czytałam jego siedmiotomową powieść co roku. Teraz zdarza się to jednak rzadziej i właściwie czytam już tylko trzy pierwsze tomy. Dalej, gdy literackie przetworzenie homoseksualizmu staje się absurdalne, książka mnie odrzuca. Ale czerwony krzak głogu, jeden jedyny w szeregu krzaków kwitnących na biało, będzie mi towarzyszył do śmierci. Albo zdanie Swanna: I pomyśleć, że zmarnowałem życie na zabieganie o kobietę, która mi się nawet nie podoba. No i oczywiście magdalenki, ciasteczka w kształcie muszli, pieczone dla pielgrzymów na drodze św. Jakuba. I przyzwyczajenie, pilna prządka…

Foto1057Grób Prousta bardzo źle wygląda. Oczywiście substancja grobu jest OK, ale ten tzw. entourage. Widać, że grób jest odwiedzany, ale ślad tych odwiedzin to zwykłe śmietnisko. Ten sam problem, tylko w jeszcze większym natężeniu, zuważymy potem na grobie Jima Morrisona. Grób wygląda po prostu katastrofalnie i jeszcze jest otoczony płotem, żeby nie można było podchodzić.

Yvan & Claire Goll, naprzeciwko grobu Chopina. Ciekawe, że najpierw zobaczyłam ich grób, a dopiero potem Chopina.

Je n’aurai pas duré plus que l’écume
Aux lèvres de la vague sur le sable
Né sous aucune étoile un soir sans lune
Mon nom ne fut qu’un sanglot périssable

I did not last longer than the spume
On the lips of the wave on the sand
Born under no star on a moonless night
My name was only a perishable sob

Nie trwałem dłużej niż morskiej piany czas
Gdy po wargach fali na piasku zostanie
Urodziłem się w noc bez księżyca i gwiazd
A imię me było jak bezgłośne łkanie

Na grobie cytat z wiersza Yvana Golla z cyklu Jan bez ziemi, króla, który był dla poety symbolem jego własnego losu. Goll był urodzonym we Francji niemieckim Żydem, pacyfistą, wiecznym tułaczem. Mieszkał w Szwajcarii, we Francji, w roku 1939 uciekł z Francji do USA, po wojnie powrócił do Paryża. Zmarł na białaczkę.

Claire Goll była także poetką, pisarką i dziennikarką, bardzo wysoko cenioną przez niemieckie feministki 25 lat temu. Wszystkie czytały(śmy) autobiografię pisarki wydaną w roku 1976 we Francji: Ich verzeihe keinem. Eine literarische Chronique scandaleuse unserer Zeit (Nikomu nie wybaczam. Literacka kronika skandaliczna naszych czasów). Było tam jedno zdanie, którego przez przyzwoitość tu nie przytoczę, zachęcając do przeczytania książki. Było ono na ustach wszystkich, choć dotyczyło… innego organu.

Miguel Angel Asturias, pisarz i dyplomata, był synem Metysa i Indianki. Wikipedia podaje, że matka pochodziła z plemienia Majów. Zachodzi więc pytanie, dlaczego Asturiasowi wzniesiono pomnik w stylu azteckim? No ale nie czepiajmy się drobiazgów. Dostał literacką nagrodę Nobla za Trylogię bananową, ale ja najbardziej lubię jego maleńką opowieść, zatytułowaną Zwierciadło Lidy Sal. To on, a nie, jakby się nam wydawało, Gabriel Garcia Marquez, był twórcą realizmu magicznego.

AsturiasCmentarz Montmartre. Emile Zola i Heine.

Foto1114Zola. 1840 – 1902. Pisarz, który udowodnił, że słowo pisane może pokonać reżim, zmowę i antysemityzm. W Wikipedii czytamy, że w roku 1898 Zola zaangażował się w obronę francuskiego oficera oskarżonego o zdradę – Alfreda Dreyfusa, publikując na pierwszej stronie paryskiego dziennika L’Aurore artykuł J’Accuse (Oskarżam!). Przyczynił się tym w ważkim stopniu do rehabilitacji Dreyfusa, choć sam popadł w niełaskę, a jego książki znalazły się na indeksie.

Nie przepadam za jego książkami, naturalizm w literaturze jest ciężkim zadaniem do odrobienia, ale oczywiście wiem, że nie było rady, jeśli pisarz miał powstrzymać rozbuchany kapitalizm, to trzeba było tak pisać.
No i oczywiście zawsze jeszcze jest
Wszystko dla pań.

Foto1122Zola popadł w niełaskę, a jego książki znalazły się na indeksie. To samo spotkało drugiego człowieka pióra, którego grób odwiedzam na cmentarzu Montmartre – Heinricha Heinego. 1797 – 1856. Wspaniały poeta, prześmiewczy, ironiczny, zaangażowany.

Hej, króla Wiswamitrę
gna coś na trudy wciąż nowe,
chce przez pokutę i boje
Wasiszty pozyskać krowę.

O królu Wiswamitro,
jakiś ty wół kwadratowy,
że tak się kajasz i walczysz,
a wszystko – dla jednej krowy.

Uwielbiam!
Obiektem jego krytyki, byli nie tylko nieszczęśni indyjscy władcy, lecz przede wszystkim agresywna polityka państwa pruskiego. To, co pisał, podlegało, jak wszystko i wszędzie, nie tylko Heine w XIX wieku, cenzurze. Oto jego wiersz z Buch Le Grand:

Niemieccy cenzorzy     ——  ——  —— ———— ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——   Durnie     ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——  ——
——  ——  ——  ——  ——

Na grobie znajduje się poważniejszy jego wiersz:

Podobno był jednym z pierwszych Niemców, którzy umieli pływać.

Na Cmentarzu Montmartre należałoby również pójść na grób Juliusza Słowackiego. Jego samego tam oczywiście nie ma, leży na Wawelu, obok Mickiewicza, ale na cmentarzu pozostał odnowiony, pierwotny grób poety, zaprojektowany przez jego przyjaciela, francuskiego artystę Charles’a Pétiniaud-Dubos.

I wreszcie Cmentarz Montparnasse. Sartre, Simone de Beauvoir, Cortazar, Ionesko.

Foto1126On (1905 – 1980) znany jest wszystkim, ale chyba już rzadko czytany. Ostatnio pojawił się znowu, gdy Michel Gondry sfilmował powieść Borisa Viana Piana złudzeń. W Dziewczynie z lilią Jean-Sol Partre czyli Sartre to bufon. Więcej TU.

Ona (1908 – 1986) jest do dziś kochana przez feministki z całego świata. Przyjeżdżają na grób, składają kwiaty i całują płytę nagrobną, a ślady szminki są zawsze świeże.

Foto1129

Eugene Ionesco (1909 – 1994) i Madame Ionesco. Z ręką na sercu – wiemy, że wielki był, ale czy ktoś z nas go czytał? Chodziliśmy “na Ionesko” do teatru. To tak, oczywiście. Nie dziwota zresztą, jest przecież najczęściej grywanym współczesnym autorem sztuk teatralnych. Widzieliśmy na pewno Lekcję i Łysą śpiewaczkę.  Krzesła. Nosorożce.

A tymczasem pisał masę innych rzeczy. Pamiętniki, powieści, eseje, wiersze, książki dla dzieci.

Był też malarzem.

Gdy umarł, cały świat wiedział, że na Montparnasie pochowano “króla teatru absurdu”.  W roku 2014 jego sztuk nie ma w teatrach w Warszawie i Berlinie.

Foto1132I ostatni, najukochańszy, absurdalny, kultowy… Naszukałam się jego grobu jak głupia. W końcu machnęłam ręką na porównywanie rzeczywistości z planem. Wiedziałam, że jest w lewo od grobu Ionesco i tak długo chodziłam między grobami, aż znalazłam.

Julio Cortazar (1914-1984)

Mam wrażenie, że urodziłam się z jego książkami w ręku. Gra w klasy. W 80 światów dookoła dnia. Model do składania. O kronopiach i famach. Można czytać i czytać bez przerwy. Moje egzemplarze jego książek wyglądają jak te na grobie. Zaczytane w strzępy. Ale może to wina jakości książek wydawanych w PRL.

Może…

Konkurs dla Polaków na emigracji

logo konkursuFavoryta.com wraz z honorowanymi patronami:
Konsulem Generalnym RP w Sydney,
Stowarzyszeniem Wspólnota Polska,
Muzeum Emigracji w Gdyni,
oraz patronem medialnym TVP Polonia,
ogłaszają:

KONKURS LITERACKI
dla Polonii na Świecie
“Jeden Dzień. Polska jaką, pamiętam.”
W 25-lecie
Wolności

Patronat Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego

Konkurs będzie trwał
od 1 MARCA do 1 MAJA 2014

ZGŁOSZENIA SĄ BEZPŁATNE

Zgłoszenia prosimy wysyłać na adres:
office@favoryta.com

Prace wszystkich Finalistów
zostaną wydane w antologii emigracyjnej

Dla każdego z nas, Polaków mieszkających poza krajem, Ojczyzna oznacza coś innego, inne przeżycia, inne obrazy, inne historyczne i życiowe doświadczenia… inny dzień.
Dla jednych mógł to być dzień ślubu (a może rozwodu?), dla innych dzień ukończenia szkoły, dzień narodzin dziecka, dzień w którym byliśmy świadkami historycznej chwili, a może był to po prostu jakiś zwykły powszedni dzień podobny do wielu innych dni.
Kiedy wspominamy Polskę z czasu sprzed emigracji, często nasze wspomnienia biegną do takiego właśnie jednego dnia, i dla nas emigrantów, ten Jeden Dzień staje się dniem szczególnie bliskim.
Uchwyćmy ten dzień i tym samym uchwyćmy to, jaka jest Polska, którą pamiętamy!

JURY
(w porządku alfabetycznym nazwisk):

Dr Anna Habryn jest założycielką Mt Kosciuszko Inc. Autorka scenariusza filmowego, szuki teatralnej i słuchowiska radiowego o Strzeleckim oraz współautorka książki pt. “Ballad of an Explorer or Life and Deeds of Sir Paul Edmund de Strzelecki”. Autorka powieści oraz zbiorów poetyckich i nagrodzonego wyróżnieniem w konkursie Paperback in Your Hand tomiku “The Dance of Looks”. Mieszka w Australii.

Krystyna Kierebinski jest absolwentką wydziału Historii Sztuki Uniwersytetu w Sztokholmie. Główna pomysłodawczyni tematu konkursu literackiego ‘Jeden Dzień. Polska jaką pamiętam’. Mieszka w Szwecji.

Dr hab. Jan Lenczarowicz jest historykiem, absolwentem Wydziału Historyczno-Filozoficznego UJ. Był członkiem Komitetu Badań nad Migracjami Ludności i Polonią przy Prezydium PAN (2007-2010), obecnie jest członkiem Komitetu Badań nad Migracjami PAN, Międzywydziałowej Komisji Polskiej Akademii Umiejętności do Badań Diaspory Polskiej oraz European Association for Studies of Australia. Mieszka w Polsce.

Prof. dr hab. Anna Nasiłowska jest absolwentką polonistyki UW. Od 1987 – pracownik naukowy Istytutu Badań Literackich PAN, od 2010 roku profesor zwyczjny. Od 1990 roku – w redakcji dwumiesięcznika “Teksty Drugie“. Od 2007 kierownik studium creative writing (pracowni literackiej) przy IBL PAN. Debiutowała w prasie literackiej w 1977 roku, cyklem wierszy ogłoszonym na łamach miesięcznika “Nowy Wyraz”. Od 1978 – publikuje teksty krytyczno-literackie. Mieszka w Polsce.

Dr Janusz Wróbel jest absolwentem polonistyki i lingwistyki UJ w Krakowie. Pracował w Instytucie Badań Polonijnych UJ oraz na kilku amerykańskich uniwersytetach (ostatnio jako profesor i szef wydziału polonistyki oraz studiów wschodnio-centralno-europejskich w Madonna University). Jest licencjonowanym psychologiem i psychoterapeutą. Autor wielu publikacji naukowych, oraz tomiku poetyckiego “Cztery Pory Tutaj”. Mieszka w USA.

NAGRODY

Zostanie wybrany jeden Zwycięzca.
Zostaną przyznane dwa Wyróżnienia:
– Wyróżnienie dla pracy prozatorskiej
– Wyróżnienie dla pracy poetyckiej

Zwycięzca otrzyma:
Nagrodę Główną ufundowaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych:
pokrycie kosztów tygodniowego pobytu w Polsce obejmujące koszty hotelu, podróży po Polsce oraz koszty wstępu do muzeów.
Nagroda nie obejmuje pokrycia kosztów podróży do i z Polski.
Nagrodę ufundowaną przez organizatora:
możliwość nieodpłatnego opublikowania własnej książki w oficynie niezależnych autorów Favoryta (pakiet wydawniczy).

Autor najlepszej pracy z Australii otrzyma:
Nagrodę Specjalną Konsula RP w Sydney – iPad oraz lunch/kolację z Panią Konsul Generalną w jednej z sydneyskich restauracji (gdyby laureatem został ktoś spoza Sydney, Konsulat ufunduje również bilet lotniczy do Sydney).

***

31 maja 2014. Czas mija – poniżej lista finalistów i lista osób nagrodzonych:

Z 60 utworów nadesłanych w ciągu 2 miesięcy z 12 krajów, jury konkursu wybrało 31 Finalistów (w kolejności przysłanych zgłoszeń). I, proszę Państwa, świat jest mały – wśród finalistów są tylko dwie osoby z Niemiec, z tego jedna – to moja koleżanka z pracy.

Edward Wójciak (Kanada)
Beata Gołembiowska Nawrocka (Kanada)
Marika Biber (Australia)
Stanisław Tremtiaczy (Australia)
Adam Lizakowski (USA)
Maria Challot (Francja)
Joanna Trumner (Niemcy)
Bożena Helena Mazur-Nowak (Wlk Brytania)
Danuta Dagair (Wlk Brytania)
Jerzy Krysiak (Australia)
Krzysztof Deja (Australia)
Maryla Rose (Australia)
Aleksandra Tomasik (USA)
Tomasz Zackiewicz (Australia)
Anna Sawińska (Korea)
Patrycja Estrada (USA)
Piotr Maciejewicz (USA)
Kazimierz Wierzbicki (USA)
Anna Nassif (Australia)
Joanna Piotrowicz (Wlk Brytania)
Agnieszka Koltun Colla (Australia)
Linda Jakubowska (Hiszpania)
Paweł Waryszak (Australia)
Marta Bielewicz (Wlk Brytania)
Aleksandra Wójtowicz (Australia)
Monika Moj (Niemcy)
Irena Lucewicz (Australia)
Krystyna Morawski (Australia)
Lenke Ritter (Węgry)
Anna Nejman (USA)
Jacek Wąsowicz (Wlk Brytania)

A oto nagrodzeni:

Z W Y C I Ę Z C Y
K o n k u r s u
L i t e r a c k i e g o !

Zwycięzcą konkursu JEDEN DZIEŃ
został ADAM LIZAKOWSKI (USA) za poemat pt.
“Niedziela siódmy dzień tygodnia”.

Wyróżnienie w kategorii proza otrzymuje Monika Moj (Niemcy) za utwór pt. “Przyrzeknij mi, mamo.”
Wyróżnienie w kategorii poezja otrzymuje Maryla Rose za tryptyk “Wiosna w czerwieni i błękicie”.

Nagrodę specjalną Konsula RP w Sydney dla najwyżej ocenionej pracy z Australii, otrzymuje Jerzy Krysiak za utwór pt. “Rozmowa z Rudą”.

Gratulujemy serdecznie WSZYSTKIM finalistom

Reblog: New York Times

reblog-nytimesWidzicie, prawda, co dziś rebloguję? No! Dziękuję Pewnej Pannie, za to że mogłam jej wydrukować ten tekst i przy okazji zobaczyć, że jest to tekst z New York Timesa, że napisała go Joyce Carol Oates, bo to tak, jakby artykuł w Polityce napisał nie Dehnel, nie Witkowski i nie Masłowska, tylko, no, Szymborska.
I jeszcze takie cudne zdjęcie.

0126-bks-COVER-master675

To tam mieszkam. Za-mieszkam.

26eliot-master180Joyce Carol Oates recenzuje książkę o tym jak autorkę  Rebekę Mead (Rebecca Mead) zainspirowało czytanie innej autorki, piszącej, co oczywiście wszyscy wiemy, pod męskim pseudonimem: George Eliot. Zaczyna jednak od długiej i zabawnej listy innych książek opisujących czytanie innych książek.

She “makes Middlemarchers of us all”: George Eliot, left, and her admirer Rebecca Mead. Photographs: Left, from London Stereoscopic Company/Getty Images; right, by Elisabeth C. Prochnik

Life-in-Middlemarch-hires-cover-298x248Chodzi o książkę:
MY LIFE IN MIDDLEMARCH
By Rebecca Mead
293 pp. Crown Publishers. $25

zainspirowaną czytaniem książki Eliota Middlemarch:

Middlemarch-300x292

XXX
A oto fragment tekstu Joyce Carol Oates:

… Rebecca Mead’s “My Life in Middlemarch” is a beguilingly straightforward, resolutely orthodox and unshowy account of the writer’s lifelong admiration for George Eliot and for “Middlemarch: A Study of Provincial Life” in particular — the Victorian novel, first published in the early 1870s, that was described by Virginia Woolf as “one of the few English novels written for grown-up people.”

There is no irony or postmodernist posturing in Mead’s forthright, unequivocal and unwavering endorsement of George Eliot as both a great novelist and a role model for bright, ambitious, provincially born girls like herself, eager to escape their intellectually impoverished hometowns — “Oxford was my immediate goal, but anywhere would do.” At the age of 17, when Mead first reads “Middlemarch,” her identification with Eliot’s 19-year-old heroine, Dorothea Brooke, is immediate and unqualified, and it will last for decades. The book’s theme, “a young woman’s desire for a substantial, rewarding, meaningful life,” was “certainly one with which Eliot had been long preoccupied… And it’s a theme that has made many young women, myself included, feel that ‘Middlemarch’ is speaking directly to us. How on earth might one contain one’s intolerable, overpowering, private yearnings? Where is a woman to put her energies? How is she to express her longings? What can she do to exercise her potential and affect the lives of others? What, in the end, is a young woman to do with herself?”

Today such earnest questions are more likely to be found in young adult fiction, but Victorian writers took seriously their duties, as Mead puts it, to “instruct and enlighten.” Eliot’s “inspiring principle,” she adds, was to create work that would “gladden and chasten human hearts.” Nor are these questions likely to have been applicable to Victorian women of the working class: Dorothea Brooke is the daughter of a well-to-do family, and financial concern will not guide her life choices. Instead, not unlike Henry James’s equally idealistic, naïve and well-to-do young heroine, Isabel Archer, in “The Portrait of a Lady,” Dorothea makes a disastrous marriage guided by bourgeois Victorian marital expectations: “The really delightful marriage must be that where your husband was a sort of father, and could teach you even Hebrew, if you wished it.”

Further / Dalej

Reblog: Madonna

ryneksztuki-reblogNa portalu “Rynek i sztuka” ukazał się dwa miesiące temu fascynujący artykuł o dwóch Madonnach pod jodłami Lucasa Cranacha Starszego.

Paulina Barysz

2MadonnyDawno temu we Wrocławiu…

Nasz „film” powinien rozpocząć się u początków XVI stulecia, gdy Joachim Lindlau, członek kapituły katedralnej, postanawia ufundować dla katedry we Wrocławiu obraz niezwykły, zarówno pod względem artystycznym, jak i ideowym. Wiedziony celem swego zamierzenia Lindlau udał się do jednego z doskonalszych malarzy niemieckich, Lucasa Cranacha Starszego  i jego pracowni w Wittenberdze. Stamtąd przywiózł Madonnę pod jodłami, wybitnej urody dzieło o subtelnym rysunku i wrażliwym wyrazie miłości Matki i Syna. Obraz został umieszczony w ołtarzu kaplicy Świętego Jana Ewangelisty. Bez nagłych zwrotów akcji fabułę możemy przenieść do XX wieku.

Madonna1Pociski okupantów nie oszczędzały Wrocławia. Bomby boleśnie raniły najważniejsze punkty miasta i najpiękniejsze zabytki – katedry, rezydencje, kamienice, muzea. Ostrów Tumski ucierpiał najmocniej. Kłęby dymu i cień ruin wisiały nad miastem, które dawno zapomniało już o swym zaprzeszłym rytmie i uroku. W żalu i w niezgodzie z niesprawiedliwością wojennych działań należało zadbać o zabytki, przynajmniej te „ruchome”. W mocy była wszak czwarta konwencja haska z 1907 roku, nakazująca chronić dobra kultury podczas trwania wojny. W 1943 roku Wrocław przystępuje więc do wielkiej ewakuacji swoich zabytków. Wśród ratowanych przed nalotami obiektów jest między innymi Madonna pod jodłami. Wtedy, nagle, bez uprzedzenia obraz rozpoczyna wędrówkę. Tułaczkę wojenną pozbawioną wzruszającego pożegnania i obietnic rychłego powrotu – nie ma czasu, nie ma czasu! Cięcie!

***
Powiem tylko tyle, obraz wędruje, wraca, a kiedyś, nagle, okazuje się, że są dwa takie obrazy. Potem jest nie tyle film sensacyjny, co żmudna walka biurokratów w zjednoczonej Europie, ale jednak po różnych stronach granicy. A potem…

***

Madonna2

Szczęśliwe zakończenie

W 1985 roku w niemieckim czasopiśmie Bunte (również Stern) ukazał się artykuł, w którym dokładnie opisano losy Madonny pod jodłami. Autorzy nie pominęli istotnego faktu wykonania kopii obrazu przez księdza Zimmera i Georga Kupke. W artykule padły daty, nazwiska, miejsca i wzmianka, że ostatni właściciel obrazu mieszka w Szwajcarii i zamierza sprzedać malowidło. W żadnym stopniu nie przyczyniło się to jednak do rozwiązania zagadki, gdzie znajduje się utracone dzieło. Śledztwo umorzono z braku dowodów, a archidiecezja wrocławska zdawała się powracać do dawnego stanu inwentarza. Przełom nastąpił dopiero po 27 latach, gdy do Wrocławia przyszedł list, nadawcą zaś była diecezja w St. Gallen. Anonimowy kolekcjoner, właściciel oryginalnej Madonny pod jodłami, przekazał poszukiwaną stratę wojenną szwajcarskiemu kościołowi z prośbą o zwrócenie go prawowitym właścicielom. Biskupi niezwłocznie podjęli decyzję o ostatecznym przekazaniu obrazu pierwotnym posiadaczom, dla których w zamierzeniu początkowym dzieło powstało. Owym prawowitym właścicielem była oczywiście katedra wrocławska!

Ostatnie akapity scenariusza opowieści obejmują początek 2012 roku, czyli początki negocjacji polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z biskupstwem St. Gallen Negocjacje zakończyły się wielkim sukcesem, bo już w lipcu Madonna pod jodłami powróciła do Wrocławia po wojennej tułaczce. Solidne kino akcji z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem!

Czytaj całość

Mama tłumaczy

Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Dwa tygodnie temu opublikowałam pierwszą część wywiadu, tydzień temu – drugą, dziś – trzecią, za tydzień – zakończenie.

aniol2Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej

Anna Sobecka: Język polski, język hiszpański należą do odrębnych grup lingwistycznych? Jaka jest możliwość, żeby oddać maksymalnie wiernie, choćby coś z tej magii, o której Pani mówi, co jest u Lorki? Co jest języku hiszpańskim. Jak oddać to w języku polskim?

Irena Kuran Bogucka: Odpowiedź jest taka, że właściwie w sztuce nic nie jest łatwe. Sztuka ma zawsze dwie fazy – rzemiosło i polot. Już dawno to wymyśliłam, jeszcze robiąc grafikę, że samo rzemiosło nie wzleci, a sam polot nie chodzi.

Można naśladować w języku polskim bardzo dużo dźwięków hiszpańskich. Mogę Pani powiedzieć taki przykład, to jest napisane w książce, ale kto nie przeczyta tego po hiszpańsku, ten nie będzie wiedział jak przekład blisko idzie tego dźwięku.

El almidón de su enagua
me sonaba en el oído,
como una pieza de seda
rasgada por diez cuchillos.

To jest z Mężatki niewiernej, Cygan prowadzi dziewczynę nad rzekę, wsłuchuje się w szelest jej halek i już wyobraża sobie jak będzie z niej zdzierał te halki dziesięcioma szponami, dziesięcioma palcami. I ja tak to przetłumaczyłam:

Krochmal jej halki w mych uszach
szumiał i sztywno szeleścił
Jak zwój jedwabiu przez dziesięć
sztyletów darty na części

Jak świetnie można porolować hiszpańskie „r”.

El torro de la reyerta se sube por las paredes

To ze Zwady.

Groźny byk zwady okrutnej przez zbocza parowu pędzi.

aniol1Hiszpański ma bardo dużo zbieżności dźwiękowych z polskim. Poza tym więcej, Hiszpania podobnie jak Polska była najechana, Polska była najeżdżana, Hiszpania została najechana przez… Wschód, pre Maurów, przez Arabów. U nas były najazdy turko-tatarskie, tam są pewne elementy arabskie w języku, które można u nas naśladować. Żeby nie mówić wąsko tylko o moich możliwościach, czy Pani pamięta jak pisze Słowacki o emirze Rzewuskim w Dumie – z modlitwą Araba był w gmachach Khaaba, jaki to jest Orient? Oczywiście ja bardzo dobrze znam polską literaturę, w końcu tłumacz czymś się musi żywić, nie można tłumaczyć, znając tylko język potocznych rozmów.

No i co jeszcze? Polski ma coś, czego nie ma nawet włoski, tak niby fonetycznie blisko spokrewniony z hiszpańskim. El sentimento tragico de la vida – poczucie tragizmu życia. Tutaj znowu się opieramy o wieszczów, o ten okres nocy zaborów, o tę późniejszą, krótszą, ale jeszcze straszniejszą noc okupacji, i Mickiewicz, i Słowacki, i Baczyński dadzą nam to poczucie tragizmu życia.

A reszta to się dzieje poza świadomością. Jak się już to wszystko wie, to reszta się będzie działa sama, albo się nie będzie działa w ogóle.

Mówiła Pani o bloku utworów Lorki w Pani przekładzie, który zamieściła „Literatura na świecie”. I tam był fragment prozy. Ale to był jeden z nielicznych chyba fragmentów prozy Federica Garcii Lorki, które Pani tłumaczyła. Bo tłumaczyła Pani, tłumaczy Pani przede wszystkim… chyba nawet wyłącznie poezję.

aniol3Wie Pani, proza Lorki to nie była proza literacka. To były przeważnie prelekcje czy też eseje na temat kultury hiszpańskiej. Nie wiem, czy byłyby tak atrakcyjne dla naszego Czytelnika, który tej kultury tak nie zna. Natomiast niewątpliwie, jeśli się Pani zapozna z jego życiorysem, który przygotowuję do następnej książki – tam dużo fragmentów jest z jego własnej prozy. Jego wypowiedzi na temat tradycji Romancera, na temat tradycji Głębokiej Pieśni, na temat urody języka hiszpańskiego. To było bardzo ciekawe, ale chyba nie byłoby to interesujące dla polskiego Czytelnika. Co innego „Literatura na świecie”, która jest pismem specjalistycznym, a co innego książka, którą człowiek trzyma przy łóżku i czyta dla własnej przyjemności. W życiorysie, który teraz piszę będzie bardzo dużo cytatów czy z jego korespondencji, czy właśnie z tych referatów, esejów, odczytów, może raczej odczytów niż referatów, które miewał na temat kultury hiszpańskiej. Ale ja oczywiście przeczytałam prozę Lorki. Zresztą czytałam wszystko, korespondencję, dramaty, strzępki listów, notatki, wszystko, cokolwiek pozostało. Otóż: Lorka czytywał swoje wiersze głośno. On twierdził, że wiersz czytany tylko wzrokiem, traci swoją istotę, swoją melodię, dźwięk. I tutaj żeśmy się spotkali. A mówił – fantastycznie! I swoje wiersze mówił fantastycznie. I jak on mówił te swoje wiersze! Już od lat mówił je w gronie przyjaciół, znajomych, kolegów, innych poetów. Czyli – wiersze Lorca czytywał w gronie najbliższych, a prelekcje miewał na temat kultury Hiszpanii, ale w którymś momencie te dwa elementy się spotkały. W 1926 roku w Valladolid Lorca miał pierwsze otwarte wystąpienie, gdzie recytował romance z nowo powstałego, jeszcze nie ukończonego Romancera cygańskiego i gdzie miał prelekcję o tym romacero właśnie. Mówił na temat własnych wierszy, a trochę na temat własnych inspiracji. „Strzeżcie się” mówił, zapowiadając występ, poeta Guillermo de Torre, „kiedy ukończy swą pieśń, wszyscy będziemy w jego mocy. Chcę was ostrzec, słuchać Lorki, to znaczy poddać się jego poezji”. I dalej: „Za pomocą jakiej magii sztuka dla wybranych identyfikuje się tutaj ze sztuką dla wszystkich? Oto wielki sekret Federica Garcíi Lorki. Jego poezja jest i tradycyjna, i nowoczesna. A publiczność tę poezję rozumie. A publiczność zachwycona. Jakim cudem? Co to się stało?” Czy to było rzucanie uroków?

Okazuje się, że to rzucanie uroków, o którym Mama mówiła tydzień temu, może działać również na przestrzeni lat. I z dużej odległości.

***
Na zakończenie Ryszard Maria Fiszbach, fragment recitalu. Wydaje mi się, że i on nie żyje. Mama bardzo go lubiła i wysoko ceniła jego wykonania Lorki. W Internecie w wyszukiwarce osób pochowanych znalazłam informację: ur. 1935-03-25, zm. 1997-08-02. www.filmpolski.pl nie podaje jednak, że umarł, pisze natomiast, co następuje:
Aktor. W latach 1960-62 występował w Teatrze Ziemi Opolskiej w Opolu, w latach 1962-64 2 Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie, w latach 1964-65 w Teatrze 7.15 w Łodzi, w latach 1965-66 w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, w latach 1966-67 w Estradzie Łódzkiej. W latach 1967-69 aktor Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie, w latach 1969-72 Teatru Polskiego w Bydgoszczy, w latach 1972-83 Teatru Dramatycznego w Gdyni. W latach 1983-87 współpracował z Bałtycką Agencją Artystyczną. W latach 1987-90 występował w Teatrze Dramatycznym w Elblągu, w latach 1990-91 w Teatrze Powszechnym w Radomiu, w latach 1991-94 w Teatrze Dramatycznym w Legnicy.

Za tydzień – koniec wywiadu, trochę o książkach i trochę muzyki

Co pokolenie…

przekroj0Ewa Maria Slaska

Kiedyś, wieki temu, w „Przekroju” pojawił się taki felietonik Lucynki i Paulinki, emancypowanych i nowoczesnych kobiet PRL-u, o tym, że aby prawidłowo dbać o urodę trzeba zrobić… I tu następowała wyliczanka, z której nic nie pamiętam, ale jestem przekonana, że musiała tam być gimnastyka poranna całego ciała i osobno gimnastyka szyi (kobiety w tamtej epoce bardzo musiały dbać o szyję), na pewno było mycie zębów po jedzeniu i może zimny prysznic… A to długaśne wyliczenie kończyło się konkluzją “i to wszystko zajmie ci nie więcej niż 10 minut dziennie”.

Lucynka i Paulinka to Barbara Hoff i Janina Ipohorska. W „Przekroju” Hoff prowadziła rubrykę „Moda”, a Ipohorska o modzie pisała i udzielała porad savoir vivre’u jako Jan Kamyczek. Hoff miała świetne pomysły na ciuchy, dające się zrobić z rzeczy dostępnych i tanich. Jeszcze ja, pokolenie później, nosiłam zaprojektowane przez nią tanie sukienki sztruksowe z tak zwanej kolekcji “Przekroju”.

Lucynka i Paulinka to były dwie młode kobiety, które rozmawiały o modzie i stylu życia. Wymyślały nowe słowa, a niektóre z nich weszły na stałe do polszczyzny, np. wdzianko, kufajka czy lejba, skrzyżowanie polskiego słowa “leje” z niemieckim “Leibchen” – koszulka.

Moja Mama bardzo lubiła Lucynkę i Paulinkę, jak w ogóle cały “Przekrój”, a już ten felietonik cytowała nadzwyczaj często, naigrywając się z paniuś, które całe życie spędzają przed lustrem, jakby nie wiedziały, że prawdziwym sensem życia jest uprawianie Sztuki. Ale i ona miała dla nas w zanadrzu kilka porad. Na przykład – to w kwestii wyjaśnienia problemu szyi w latach 50 i 60 – czymkolwiek smarujesz twarz, smaruj i szyję, a jeśli nakładasz makijaż na twarz, nakładaj go i na szyję, bo nic bardziej nie zdradza wieku kobiety niż dekolt i szyja. Albo: zawsze smaruj łokcie kremem. I: jeśli się ładnie ubrałaś i wyszłaś, nigdy nie skub i nie poprawiaj ubrania na sobie ani fryzury. Nie odginaj małego palca przy piciu herbaty, bo to elegancja z przedmieścia, i nie podnoś spódniczki, siadając w tramwaju czy w autobusie – trudno, najwyżej się pogniecie. Nie siorb, nie mlaskaj, nie odzywaj się przy jedzeniu, siedź prosto i głupio się nie uśmiechaj, nie mieszaj głośno łyżeczką w kubku, zasłaniaj buzię przy ziewaniu, ale też – “to zawsze ładnie, jeśli młoda panienka ma coś białego przy twarzy”.

przekroj1

Minęło …dziesiąt lat i na Facebooku pojawia się taki oto tekst Katarzyny Nowickiej:

Mówią, iż należy codziennie jeść jedno jabłko ze względu na żelazo i jednego banana ze względu na potas.
I też jedną pomarańczę na wit. C i pół melona żeby poprawić trawienie, oraz filiżankę zielonej herbaty bez cukru, aby zapobiegać cukrzycy. Każdego dnia należy pić dwa litry wody (tak, a potem je wysiusiać na co schodzi dwukrotnie więcej czasu niż na wypicie).
Codziennie należy pić Activię lub inny jogurt, żeby mieć L. Casei Defensis, i choć nikt nie wie, co to za g…… jest, wygląda na to że jeśli codziennie nie zjesz półtora melona zaczynasz widzieć ludzi niewyraźnie. Codziennie jedną aspirynę żeby zapobiegać zawałowi i lampkę czerwonego wina w tym samym celu, plus jeszcze jedną białego na układ nerwowy. I jedno piwo, już nie pamiętam na co. Jeśli wypijesz to wszystko razem, to nawet jeśli od razu dostaniesz wylewu, to nie masz się co przejmować, bo nawet się nie zorientujesz.
Codziennie trzeba jeść błonnik. Dużo, ogromne ilości błonnika.
Należy przyjmować od sześciu do ośmiu posiłków dziennie, lekkich, oczywiście, nie zapominając o dokładnym pogryzieniu sto razy każdego kęsa.
Zróbmy małe obliczono – już na samo jedzenie zejdzie Ci z pięć godzinek.
A, po każdym posiłku należy umyć zęby, to znaczy po Activii i błonniku zęby, po jabłku zęby, po bananie zęby… i tak, dokąd starczy zębów.
Lepiej powiększ łazienkę i wstaw sprzęt audio, ponieważ między wodą, błonnikiem i zębami spędzisz tam dziennie wiele godzin.
Trzeba spać osiem godzin i pracować kolejne osiem, plus pięć jakich potrzebujemy na jedzenie = 21. Jeśli nie spotka Cię coś niespodziewanego, zostają Ci trzy. Wg statystyk oglądamy telewizję trzy godziny dziennie.
No dobrze, już nie możesz, bo codziennie trzeba spacerować co najmniej pół godziny (dane z doświadczenia – lepiej po 15 minutach wracaj, bo inaczej z pól godziny zrobi Ci się godzina).
Należy dbać o przyjaźnie, gdyż są jak rośliny, należy je podlewać codziennie, i jak jedziesz na wakacje, to, jak sądzę, również.
Ponadto należy być dobrze poinformowanym, więc trzeba czytać co najmniej dwa dzienniki i jeden artykuł z czasopisma, żeby porównać informacje.
A! trzeba uprawiać seks każdego dnia, ale bez popadania w rutynę, trzeba być innowacyjnym, kreatywnym, odnowić uczucie pożądania. To wymaga czasu. A co dopiero, jeśli ma to być seks tantryczny! (Seks tantryczny jest aktem duchowego i cielesnego zespolenia).
(Celem przypomnienia: po każdym posiłku myjemy zęby!)
Na koniec z moich obliczeń wychodzi mi jakieś 29 godzin dziennie.
Jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy, to robienie kilku rzeczy na raz, na przykład: bierzesz prysznic w zimnej wodzie i z otwartymi ustami, w ten sposób połykasz 2 litry wody.
Wychodząc z łazienki ze szczoteczką do zębów w ustach uprawiasz seks (tantryczny) ze swoim partnerem, który w międzyczasie ogląda telewizję, i opowiada Ci, co się dzieje na ekranie.
W czasie gdy myjesz zęby, masz jeszcze jedną wolną rękę?
Zadzwoń do przyjaciół!! I do rodziców!! Wypij wino (po telefonie do rodziców przyda się).
Uff… Jeśli zostały Ci jeszcze dwie minuty, to prześlij to dalej do przyjaciół (których trzeba podlewać jak rośliny).
A teraz już Was zostawiam, bo z jogurtem, połową melona, piwem, pierwszym litrem wody i trzecim posiłkiem z błonnikiem, nie wiem już co zrobić, ale pilnie potrzebuję ubikacji.
A! Po drodze wezmę szczoteczkę do zębów…

Co pokolenie to samo. Zalecenia się zmieniają, ale nie ich ilość. A Katarzyna nie wpisała tu jeszcze żadnych zasad związanych z gotowaniem. Zacznijmy więc: nie jedz w knajpach, tylko gotuj sama, nie kupuj półproduktów, przygotowuj je sama, nie smaż na dziewicy (mam oczywiście na myśli oliwę z oliwek wyciskaną na zimno zwaną “vergine”) ani na maśle, więc jak zapomniałaś, to szoruj do sklepu po olej rzepakowy (groza – za moich czasów nikt nie brał oleju rzepakowego do ust!), cebulkę trzeba dusić na oliwie 20 minut, bo coś tam, nie wiem co, szpinak blanszować trzy minuty, ale za to przedtem myć godzinę, bo w świeżym są tony piachu. Czosnek drobno siekać, a nie wyciskać przez wyciskarkę, jajek nie smażyć tylko gotować 7 minut, to nie będą miały szkodliwego cholesterolu, masło (aha, znowu masło) najlepiej klarować podwójnie (co najwyżej pół godziny), rosół redukować przez 12 godzin, wodę przegotować, ostudzić, wstawić w metalowym kubeczku do zamrażarki, po 12 godzinach wyjąć, rozmrozić i wypić na czczo, będzie coś, też nie wiem co, ale na pewno dobrze… nie używać mąki z pszenicy, żyta i jęczmienia, tylko zrobić sobie samej z owsa, prosa i kaszy gryczanej. Nie pić mleka tylko wyekstrahować sobie z migdałów mleko migdałowe, a z ryżu mleko ryżowe… A sojowe lepiej nie, bo be. A frytki upiec w piecu, a naleśniki usmażyć bez żółtek, a nie smażyć na tłuszczu, bo wszystko be, a potem na całą noc po pubach i klubach, i piwko, wódeczka, piwko, papierosek…

A na zakończenie – wpisałam w google’a hasło: “i to wszystko zajmie mi nie więcej niż 10 minut” i w 0, 61 s. otrzymałam “około 35,800,000” wyników.

Całuję!

Koty pana Chardina

Ewa Maria Slaska

Koty już tu były kilkakrotnie i to tak fascynujące, że aż ręka swędziała, żeby sprawdzić w Sieci, czy jest (a na pewno jest) strona lub wręcz strony zatytułowane we wszystkich możliwych językach “koty w sztuce”. Ale powstrzymałam się. Internet to pożyteczny instrument, ale nie chcę, żeby mi odbierał radość odkrywania i równie wielką radość dostawania. Gdy Maryna Over, przyjaciółka z Facebooka, przysyła mi takiego oto kota:

kot-pani-domuto radość z tego podarunku jest w zimowy poranek wręcz niebotyczna. Obraz namalował Charles Joseph Grips w roku 1881 i zatytułował “A Domestic Interior”, ale ktoś kiedyś dodał do tego obrazu na Facebooku jeszcze cudny komentarz po włosku: quando l’ospite dipinge il padrone di casa… – gdy gospodarz maluje właściciela… Aha, czyli to kuchnia Gripsa i jego kot.

Sam Grips działał w Belgii, był znany w Anglii i w Niemczech, ale był Holendrem, żył w latach 1825-1920, a malował jakby się urodził co najmnie o sto lat wcześniej. Albo o dwieście. Jak Peter de Hooch. Czyli co? Eklektyzm. Deprecjonująca nazwa, podczas gdy Grips jest po prostu cudny. Czyli co, jak mi się podoba, to znaczy, że mam nieciekawy, mieszczański gust i lubię to, co ładne. Tzw. kalokagacja, fuj, każdy prawdziwy modernista odwróciłby się ode mnie z niesmakiem. A ja z uporem – Grips, wnętrza, flamandzkie klimaty, koty, meble, piękny…

okazjaczynizlodziejaOkazja czyni złodzieja, 1875

Ciekawe, czy chodzi o to, że klatka jest być może otwarta, ptaszek wyleci, a kot jak to kot – skoczy i złapie. Moja poprzednia kotka – Matylda – potrafiła wyskoczyć za balustradę balkonu, upolować ptaka i wskoczyć z powrotem. Przynosiła takie truchełko do pokoju, tryumfalnie składała mi u stóp i żądała pochwał oraz szynki, bo sama takiego jadła nie konsumowała. To miałam zjeść ja, Królowa tego dwuosobowego stada dzikich łowców.

Ale tak naprawdę tematem dzisiejszego wpisu są koty pana Chardina. Jeden z nich zresztą też nadesłany przez Marynę, która odwiedziła w Madrycie Muzeum  Thyssena-Bornemiszy. Reszta objawiła się sama.

chardin-kot-rybyWłaściwie są to koty bardzo dramatyczne i, jak na dzisiejsze czasy, niemiłe do oglądania. Bo te koty pana Chardin łażą jak koty Gripsa po kuchni, ale kuchnia Gripsa jest sterylna, a kuchnia Chardina jest tłem dla rozpasanej orgii jedzenia, które się zaraz będzie spożywać, i to jedzenia połączonego z zabijaniem. Nie można mieć o to pretensji do Chardina. Inni też tak malowali.

 The_Ray -dwie

Campi Vincenzo-kot

To Vinzenzo Campi (1530/1535 lub 1536 – 1591). Wtedy tak się jadało i zresztą dziś nadal się tak jada. Tylko sklepy usuwają konsumentowi sprzed oczu co bardziej naturalistyczne widoki. Poza tym wcale nie wszystkie obrazy były takie krwiożercze, bo – wróćmy do pana Chardina – były i takie piramidy truskawek – to obraz z kolekcji prywatnej, szkoda że nie mojej…

truskawkiJean-Baptiste_Siméon_Chardin-wokularach

ale najmilszy jest chyba obraz z Luwru przedstawiający samego artystę – w okularach.
To on, Jean-Baptiste Siméon Chardin, urodzony 2 listopada 1699 w Paryżu, zmarły 6 grudnia 1779 roku – też w Paryżu, tak jak widział sam siebie na kilka lat przed śmiercią, w roku 1775.
I czyż nie piękne ma nakrycie głowy? Turban, wstążka, daszek… Wszystko w beżowych różach. Pani Poseł Kempa dałaby mu za to po oturbanionej głowie.

Zaniedługo następne koty od Maryny!