Joanna Trümner (Tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)
Kreuzberg
Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od wypicia kawy w eleganckiej restauracji po drugiej stronie Szprewy, na Kreuzbergu. W miejscu, z którego widać East Side Gallery i ruiny mostu Brommybrücke przed wieloma laty znajdowała się zbudowana na potrzeby cesarza przystań. Cesarski statek zacumował tu jeden jedyny raz w drodze na jakąś wystawę w mieście. Vis à vis „cesarskiej” przystani, po stronie Friedrichshainu, znajduje się inna przystań, zbudowana na żądanie Mercedesa.

Zbudowanie jej było jednym z trzech warunków postawionych przez koncern miastu przed zainwestowaniem (wraz z grupą Anschutz Entertainment) wielkich pieniędzy w Mercedes Benz Platz. Na terenie placu powstały hotele, hale widowiskowe, kawiarnie, restauracje, bary i kręgielnia. Ponadto Mercedes zażądał od miasta zezwolenia na postawienie dużej świetlnej reklamy oraz przesunięcia części oryginalnego, a właściwie już „zrekonstruowanego” muru w sposób, dzięki któremu zarówno mieszkańcy zbudowanych na terenie byłego pasa śmierci luksusowych apartamentów, jak i goście koncertów w Mercedes Benz Arena mają niezakłócony widok na Szprewę. Jak na Kreuzberg przystało, przesunięcie fragmentów galerii i rozpoczęcie prac budowlanych w roku 2013 doprowadziło do licznych protestów, wśród nich demonstracji 17 marca 2013 z udziałem 6.000 osób, w tym znanego amerykańskiego aktora i piosenkarza Davida Hasselhoffa.

East Side Gallery stała się jedną z największych atrakcji miasta, odwiedziły ją miliony turystów. Stała się ona prawdziwym magnesem dla turystów, z wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi tego stronami. Do tych negatywnych należą bez wątpienia gracze w kubki i ich naganiacze (a ja naiwnie myślałam, że powymierali lub zestarzeli się i spędzają „jesień życia” w swoich domkach na południu Europy), nachalni muzycy, bezczelne ceny pamiątek i napoi oraz tłumy rozpychających się dosyć bezpardonowo turystów z całego świata.

Głośne stały się żądania złożenia wniosku o wpisanie galerii na listę UNESCO. Prasa nazywa to, co od lat dzieje się z galerią, „nowoczesną farsą”, mam wątpliwości, czy ta podróbka z podróbki zasługuje aż na tyle uwagi. Myślę o Amerykanach i Japończykach tłumnie zwiedzających zamek Neuschwanstein, może za kilka lat w statystyce najczęściej odwiedzanych przez turystów w Niemczech miejsc wyprze go berlińska galeria plagiatów na postawionym na nowo murze?
W przeciwieństwie do Friedrichshainu po drugiej stronie Szprewy turystów jest znacznie mniej, przez co jest autentycznie i swojsko. Dwa razy mieszkałam w tej części miasta, na Kreuzbergu, z sentymentem wspominam luzacką atmosferę, imprezy trwające do świtu i upalne noce, podczas których ulice zapełniały się młodymi ludźmi.
SO 36 pełne było wtedy „panów Lehmannów” z książki Svena Regenera, młodych ludzi, którzy znaleźli tutaj swoją wyspę wolności i nie dopuszczali do siebie ani przez chwilę myśli, że mogliby ją kiedykolwiek opuścić.

Ruszamy w kierunku centrum tej okolicy, Mariannenplatz. W drodze rzuca nam się w oczy duża ilość dziwnie poubieranych, a właściwie porozbieranych osób. Podejrzewam, że gdzieś niedaleko ktoś kręci film porno. Ela odważa się podejść do pary stojącej w gorącym słońcu w lateksowych strojach i prosi o pozwolenie na zrobienie zdjęcia. W tym czasie ja przyglądam się ludziom, którzy mijają tych przebierańców w skapych strojach. Nikt się nie dziwi, nie oburza, nie kręci głową z dezaprobatą. „To jest prawdziwy Kreuzberg”, myślę.
Obiekt, który mijamy na Köpenicker Straße jest dużym kompleksem fabrycznym. Kiedyś znajowała się tutaj tzw. Heeresbäckerei (piekarnia wojskowa), która była częścią Królewskiego Pruskiego Urzędu Prowiantowego. Ten kompleks jest obecnie zabytkiem chronionym, w którym odbywają się rozmaite targi i imprezy. Dzisiaj spotykają się tam na targach „nasi” fetyszyści.
Idziemy dalej wzdłuż Köpenicker Straße, a ja bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, w którym z domów na tej ulicy mieszkał zaprzyjaźniony malarz i pisarz z Polski. Z internetu wyczytuję, że jest oprócz tego i poetą i fotografem, niestety nie dowiaduję się, czy ciągle jeszcze mieszka w tym wielkim, ogrzewanym piecem mieszkaniu na Köpenicker Straße, z którego okna widać było mur. W miejscu, w którym malował wielkie, piękne obrazy opowiadające o spotkaniach z wszechświatem. Miejscu, o którym opowiadał, że mieszka się tu tak spokojnie, „jak u Pana Boga za murem”.
PS od Adminki: Wiesław Sadurski jest tak znany i popularny, że chyba nie musimy go tu anonimizować. Ma się dobrze, nadal maluje i nadal (jak sądzę) mieszka z kotami na Köpenicker Strasse.

Dochodzimy do Mariannenplatz i do jednej z atrakcji muru, o której tak ciekawie opowiadała mi Ela. Tą atrakcją jest ogródek działkowy na byłym pasie śmierci. Turecki Gastarbeiter, Osman Kalin, tak bardzo tęsknił za ogródkiem w ojczystej Anatolii, że nie pytając nikogo o zgodę zaczął w r. 1983 uprawiać warzywa i owoce na terenie, który należał do terytorium NRD, ale znalazł się po zachodniej części muru. Kalin otrzymał zgodę władz NRD, sprawa jego ogródka działkowego rozważana była na szczeblu Centralnego Komitetu SED. Rzekomo strzegący tej części muru przed ucieczkami „obrońcy systemu” nieraz dostawali od niego w prezencie marchewki, pomidory lub jabłka. Kalin zmarł przed rokiem doczekawszy sędziwego wieku. Jego syn, jeden z szóstki dzieci, przejął schedę po ojcu i opiekuje się słynną w Berlinie, a może i na całym świecie, działką pod nietuzinkowym adresem Bethaniendamm 0.

Ela opowiada mi o swojej wizycie tutaj sprzed kilku tygodni. Spotkała syna Osmana, który zajęty był właśnie sadzeniem pomidorów. Było to 1 maja, przed płotem stało kilka osób, które właściciel działki ignorował. Ela odczekała swoje i zagadnęła go. Zapytała, czy nie powinien z tym sadzeniem przeczekać „Zimnych Ogrodników” i opowiedziała mu, że też ma działkę w trochę większej kolonii ogródków. Jej mąż, Tomek, dopiero sadzi i sieje po „Zimnej Zośce”. Wtedy syn Osmana odtajał, zaczął z nią rozmawiać, oprowadził ją po swoim królestwie i z dumą pokazał zdjęcie ojca, który w odważny i niekonwencjonalny sposób zagospodarował ten kawałek „ziemi niczyjej”. Oprowadził ją po domku na drzewie i narzekał na to, że prawie nie ma czasu na uprawianie ogródka, bo musi rozmawiać z turystami i takimi ciekawskimi jak ona. Pokazał jej też prywatne pomieszczenia domu i prosił, żeby ich nie fotografowała. Ela była zachwycona konstrukcją balustrady balkonu zrobioną ze stelaża i boków dziecięcego łóżeczka. W całym wystroju i urządzeniu ogrodu i wnętrza altanki zarówno on jak i jego ojciec wykazali się dużą kreatywnością.


Dzisiaj w ogródku nie zastałyśmy nikogo, mijamy to słynne miejsce i wchodzimy do kościoła św. Tomasza. W środku oglądamy ciekawą wystawę na temat przebiegu muru w tej części miasta. Przy wejściu do kościoła stoi fragment muru, nie mam wątpliwości co do jego autentyczności.


Kończymy spotkanie piwem w sympatycznej knajpce w pobliżu Kottbuser Tor. Piwo jest pyszne, jest to moje pierwsze w życiu piwo wypite w knajpce lesbijek.

Cdn.
Codziennie jeden wiersz (przywołany z myślą o aktualnej akcji ekologów)
Henryk Bereska
Pochwała mapy
Wyburzone wioski łużyckie –
czy kiedykolwiek istniały?
Węgiel brunatny co pod nimi leżał,
od dawna spalony.
Nad hałdami wyje wiatr
przez pustkę chwastów.
Wyrzuceni do wielkiej płyty mieszkańcy
podobni przesadzonym drzewom.
Pytani o pochodzenie
odsyłają do mapy.
Przez jakiś czas wioski pozostają jeszcze
w pamięci żyjących.
Ich śmierć
kończy i to.
tłumaczyli z niemieckiego Ewa Maria Slaska i Martin Ryzinski

Pomiędzy Oberbaumbrücke a Ostbahnhof do 1976 r. granicę wewnątrzberlińską chronił drut kolczasty i pas śmierci. „Obrońcy systemu” uważali widocznie Szprewę dzielącą wschodnią dzielnicę Friedrichshain od zachodniej dzielnicy Kreuzberg za wystarczające zabezpieczenie przed ucieczkami. Mimo to w tym miejscu aż 16 osób poniosło śmierć podczas próby przekroczenia granicy. Wśród nich znalazło się siedem ofiar z Berlina Zachodniego, w tym piątka dzieci, które wpadły do Szprewy na zachodnim brzegu, na Kreuzbergu, w miejscu, w którym rzeka była terenem Niemieckiej Republiki Demokratycznej.




Mural z błędnym rycerzem i jego towarzyszem Sancho Pansą powstał na ścianie budynku przychodni, obok skolwińskiego Domu Kultury, przy ul. Stołczyńskiej 161 w ramach miejskich projektów pt. „Niwelacja błędów infrastrukturalnych poprzez sztukę ulicy – Street Art” oraz „Poprawa estetyki przestrzeni Miasta Szczecin”. Jego autorem jest znany polski malarz scenograf, plakacista (twórca plakatów do filmów Edi i Mój Nikifor), performer Dariusz Miliński.








Czym jest komunia? Dla mnie była wtedy białą sukienką, cienkimi rajstopami, białymi butami, które zniszczyłam biegając z kuzynkami po łąkach, dla Tomka, mojego męża była niebieskim rowerem i krótkimi spodenkami, w których zmarzł. Miałam to szczęście, że żaden ksiądz mnie nie skrzywdził.
Kościół mnie nudził, nie należałam do żadnego ruchu oazowego, dopiero w latach 70 i 80 poznańscy Dominikanie zainteresowali mnie i przyciągnęli wyraźną opozycją w stosunku do panującego reżimu.




W „powtórce z komunii” nudziliśmy się jak prawie zawsze w kościele, choć Magnus był przejęty rolą. Do komunii nie przystąpił, bo nie ten kościół i nie ten ksiądz. Po mszy, gdy kapłan zaczął krytykować wolność sztuki i zaczął liczyć kolory tęczy, poczułam niesmak
Zaczęła się procedura przyjęcia. Po naciśnięciu przycisku, maszynka wydrukowała numer 69.





Na dworze robi się ciemno. Pani ordynator przychodzi i zmusza nas do podjęcia decyzji. Objawy: wyrostek,












Dziadek Piotr pod koniec swojego życia miał już trudności z chodzeniem. Podczas ciepłych pór roku przesiadywał na ławce przed domem. Jednak to miejsce, a szczególnie widok stamtąd był ograniczony. Stodoła odcinała spojrzenie w dal. Kilka razy na dzień podejmował ten nieludzki już dla niego trud podejścia trochę dalej, gdzie mógł spojrzeć może nie poza widnokrąg, ale na swoje pola i dziedziny, na drogę, las, rzekę. Po chwili zapatrzenia szczęśliwy wracał na swoją ławkę.











Brawo Bogusław Fleck i cała ekipa UTP czyli Uniwersytetu Trzech Pokoleń!

