Odcinek 11

Mieczysław Bonisławski

21 grudnia sprawa sygn. akt ….. (nie do odczytania – numer zamazany ołówkiem kopiowym) odczytanie dowodu nr ….. (nie da się odczytać numeru, w tym miejscu nakładające się kilkukrotne skreślenia i poprawki długopisem) opracował: psycholog, biegły sądowy, mgr …… (imię i nazwisko zamazane ołówkiem kopiowym, nieczytelne) karta nr 93 / 153 / 264 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Byłem strażnikiem kolejowym. Wyrzucili mnie, nie wiem sam czemu? Może ktoś mi pomoże to zrozumieć? Może pani mi pomoże…? Czy uwzięli się na mnie? Ci chuligani i złodzieje. Wszędzie ich pełno, mogą mieć dojścia… No bo byłem na nich zbyt dobry, dawałem im radę… A może to ktoś z nadania partyjnego, po linii politycznej…? Poznałem ostatnio takiego jednego redaktora, on chyba współpracuje z SB? Wydaje się, że to mocno niepewny gość… Kazali mi spotykać się z lekarzem, jakieś badania robili. I po co, skoro i tak wiedzieli, że mnie wyrzucą? I wyrzucili, jak psa. Czuję się jak pies wyrzucony z pędzącego wagonu na tory. Leżę z głową przy szynach, na ostrych kamieniach i wdycham zapach smołowanych drewnianych podkładów nagrzanych w słońcu. Mój ulubiony zapach… Unosi się z podkładów, kręci nad nimi, nad zieloną łąką i nad kwiatami… Taki mocno duszący, aż świdruje pod czaszką… Ogłusza mnie, ale właśnie teraz, gdy odbiera mi rozum, chce mi się konkretnie coś stworzyć, wstać i podejść do ludzi, wziąć się razem z nimi do pracy, oddać ich rytuałom… Przeżywać cokolwiek razem z nimi… Mogli by przybiec z osiedla mali chłopcy, ale oni grają w piłkę na asfaltowym boisku między blokami. Nie przyjdą. Nikt nie przyjdzie na tory, aby mnie pocieszyć, pomóc mi wstać, stanąć na nogi. Nawet ci mali chłopcy, tacy inni od ich napuszonych ojców i łobuzujących starszych braci… Niby niewinni, a jednak już… Już tacy podobni do nich – nie chcą do mnie podejść, pomóc. Też już mnie odrzucili, jak wszyscy tamci. Leżę jak wyrzucony stary worek, nikomu nie potrzebny. Wiatr targa mną niczym zużytą, zakurzoną płachtą brezentu. Tak, kurzy się na mnie zewsząd… A gdy jest mokro, oblepia mnie błoto. Straszliwe błoto… Jak ja nie cierpię tego błota, jak ja się boję tego błota… Tego że mnie oblepi i się od niego nie odlepię, że mnie zakryje, zasłoni, że mnie pod nim w końcu już zabraknie, zniknie pod nim cała prawda o mnie. Że mnie nie będzie i nikt mnie nie odnajdzie, nawet ja sam siebie nie odnajdę pod tym błotem… To już wolę ten kurz i ten wiatr, i jego dotyk na sobie, na całym ciele… Ale… uwaga… Czuje to pani? Ni stąd ni zowąd, w miejsce tego lekkiego powiewu, pojawia się nacisk. Taki naokoło, ze wszystkich stron. Nie, nie ucisk, który czuć, tak jak wtedy gdy coś się panoszy, narasta gdzieś w tobie i tak od środka zadaje ból. Nacisk. Coś się dzieje na zewnątrz. Pusta do tej pory przestronność wokół czymś się zapełnia. Czuć to coś, poprzez ten nacisk właśnie. To odczucie… Wyrywa z tego co było dotąd. Co to było…? Coś się działo, ale jakie to było? Przyjemne? Czy straszne? Na czym polegała przyjemność? Z czego wynikał strach? Zbyt szybko to się dzieje, aby zapamiętać. Nacisk wyrywa z tamtej przyjemności lub z tamtego strachu tak nagle, że cała tamta, przeszła, rzeczywistość nie ma już treści, kształtów, barw. Zamiast nich – ciemna, lita zasłona, a jak tylko próbuje się ją podnieść, odsłonić, to na piersiach zaraz coś siada, dusi, nie daje oddychać! Ogarnia gęste coś, jakby się nurkowało nie w toń jeziora, ale w oleistą maź, pochłaniającą całe ciało, kawałek po kawałku. Przylepia się do skóry rąk, nóg i tułowia, wciska się do ust, oczu i nosa. Nic nie widać, a maź, która zatkała oczy, wlewa się ustami do przełyku, aż chcesz zwymiotować. Maź zatyka nozdrza, brakuje powietrza, nie możesz złapać oddechu, tchu… Dusisz się. Trzeba zawracać, cofnąć się od tego co było przedtem, do tego, co jest teraz. Ale co jest teraz? Wokół ciemność. Przestronna, nie taka oleista, jak ta z przeszłości, pachnie świeżym powietrzem znad łąki. Tchnie wilgotnym wiatrem znad lasu. Kryształowa niczym kryształowe powietrze. Pusta, przestronna ciemność i te naciski, z prawa, z lewa, na piersi. Nacisk w głowę i między łydkami. W prawy bok i w lewy bok. Co to jest to teraz? Ale wystarczy otworzyć oczy, aby zobaczyć. Zobaczyć jak obute stopy grzęzną w brązoworudej posypce z tępokanciastych kamiennych ułamków. Jak wyciągnięta gdzieś przed siebie noga zahacza o stalową szynę kolejową. Nad szyną wyłania się daleka perspektywa, ale widoczna przestrzeń poprzetykana jest płaskimi słupkami metalowej barierki wiaduktu. W dole idzie przed siebie, prosto jak strzelił asfaltowa szosa. Jej perspektywę po bokach wyznacza szpaler święcących latarni. Mokry od deszczu asfalt odbija gwieździstymi rozbryzgami blasku każdy pojedynczy element szpaleru. Widać to tak z lewa na prawo: srebrzyste światło odbite w asfalcie – ciemny pasek barierki – świetlny blask – ciemna smuga słupka – srebrzysty rozbryzg na ciemnym asfalcie – i tak dalej aż po granicę wąskiego widnokręgu. Wolna przestrzeń między pasem tłucznia z balami podkładów kolejowych i szynami a krawędzią wiaduktu, zaakcentowaną metalową barierką, powoli wypełnia się kilkoma, kilkunastoma, a w końcu – nieprzebraną ilością trampek, lakierków, kamaszy, gumiaków. Jedne obłocone, inne przybrudzone tylko pyłem spomiędzy podkładów kolejowych, wszystkie mokną w deszczu i obmywane z gliny, kurzu i piasku, mokre zaczynają odbijać padające na nie od dołu światło ulicznych latarni. Potrzeba tylko, aby istniejący ponad nimi człowiek stąpnął stawiając nogę w odpowiednim miejscu pomiędzy prześwitem słupków barierki i pod odpowiednim kątem do smugi światła. Te obute nogi, dziesiątki nóg, zasłaniają wszelki widok. Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba podnieść się z kolan, powstać i stanąć między tłoczącymi się ludźmi. To mieszkańcy Krakusa, Wiejskiej, Zacisza, Węglowej, Rymarskiej i ulic przyległych. Wspięli się na wysoki, wygięty w łuk nasyp dawnej kolei szprotawskiej, okalający tu fabrykę dywanów „Dekora”. A potem tym nasypem, przechodząc górą, po zasypanym prześwicie w miejscu dawnego, małego wiaduktu nad zaślepioną przed paru laty ulicą Krakusa, przybyli gromadnie na ten nowy, betonowy wiadukt, „z tamtej strony”. Od strony nowej, zielonogórskiej strefy przemysłowej. Ale są też mieszkańcy Krośnieńskiej, Miodowej i bloków na Waszkiewicza, II Armii, Findera, Sucharskiego, Jóźwiaka. Ci z kolei, wyszli „z tej strony” na ów nowy wiadukt nad Aleją Wojska Polskiego, przechodząc przez głęboki jar. Kończy się on przy przejeździe kolejowym „Krośnieńska”, a prowadzi od strony strefy mieszkalnej, na którą składają się świeżo budowane osiedla: Łużyckie i Słoneczne. Ci ludzie są tu może nawet jeszcze większą gromadą niż tamci z drugiej strony Wojska Polskiego, tamci zza nowego wiaduktu. Nie wszyscy mieszczą się w przestrzeni betonowej konstrukcji, rozciągniętej ponad dwoma jezdniami nowoczesnej arterii, zbudowanej, by połączyć starówkę z nowymi osiedlami w zachodniej części „Winnego Grodu”, tego miasta winnic i dawnych winiarzy. Część tłumu wylewa się po „tamtej stronie” mostu, na porośnięte trawą, strome stoki nasypu. Inni, ci co przyszli z dzieciakami, palą nerwowo papierosy, stojąc wzdłuż szyn „z tej strony”, aż do miejsca, gdzie kończy się krótki, 150-metrowy odcinek płaskiego i zaczyna się długi wjazd do sztucznie wykopanego w 1910 roku jaru. To wtedy budowniczowie kolei z Grünbergu do Sprottau musieli tu wgryzać się w wał polodowcowego wzgórza, aby przebić się z torami przez morenę czołową Wału Zielonogórskiego. Dzieciaki ganiają zresztą jeszcze kawałek dalej od krańca tego wąwozu, aż do miejsca gdzie skręca on w lewo, a horyzont zamyka metalowa kładka. Z jednego zbocza na drugie przerzucono po niej wielką rurę, dostarczającą gorącą wodę z ciepłowni przy Miodowej do kaloryferów w blokach na Waszkiewicza i II Armii. Tłum zanurza się w ciemnościach wrześniowego wieczoru. Nie są to takie ciemności, że oko wykol, latarnie wzdłuż Alei Wojska Polskiego, bądź co bądź, je rozpraszają. Ludzie jednak pozostają nierozpoznawalni, bez indywidualnych cech, żadnych szczegółów odróżniających tego faceta z Waszkiewicza, od tamtego z Krakusa, odlewnika z Falubazu od spawacza z Zastalu, elektryka z Lumelu od palacza z Polskiej Wełny. Są jak wielkie stado baranów na redyku, czy tabun bydła na pegeerowskim pastwisku. Jednakowo rozmazani w półmroku, w ciemnych garniturach lub ortalionowych płaszczach, w nieeleganckich kapeluszach lub jeszcze mniej wykwintnych kaszkietach, spod których ciężko dojrzeć ich oczy, twarze, charaktery, radości i strapienia. Cokolwiek dojrzeć, co bądź w nich rozpoznać. Ich dzieciaki jednakowo dokazują na wypłaszczeniu przejazdu kolejowego przez Krośnieńską lub wspinają się stromymi zboczami jaru na kładkę z rurą z ciepłowni i biegają po niej ryzykując skręcenie karku, a oni coś między sobą gadają. Bez emocji i uniesień, bez okrzyków i porywów. Bez wzniosłych tyrad i głębokich odniesień. Nie ma tematów i nie ma indywidualnych wypowiedzi. To stado wydaje z siebie tylko jednolity, acz pochodzący z setek gardeł szmer. No, może pomruk. Na jednej nucie, przeciągający się aż do zupełnej ciszy, nic nie dający pomruk. Nic nie wnoszący, nic nie mogący zmienić pogłos o niczym… Tło dźwiękowe dla tego tłumu bez własnej osobowości, szum tlącego się gdzieś pod powłoką biologicznego przetwarzania substancji pokarmowych w odchody i tlenu w dwutlenek węgla. To wszystko, to oczywiście gówno prawda. Pasuje do wyobrażeń Pułkownika, Redaktora, ale to gówno prawda, tak jak gówniany jest sam M., K. czy nawet i ten R., z ich wysokimi stanowiskami na czele. A smrodu gówna tak naprawdę to nie czuć. Tylko zapach wody kolońskiej lub tej po goleniu oraz palących się papierosów, „sportów”, „klubowych”, rzadziej „zefirów” czy „Caro”. Błyskają też światłami ręczne latarki.
– Jadą już? – zaczyna się konkretna gadka setki chłopów, zjednoczonych teraz w tym jednym.
– Nie, mieli zacząć o szóstej, ale jest jak zwykle…
– Dobrze, że mają opóźnienie… Ja biegnę tu prosto z żużla. A za mną jeszcze kupa luda.
– Dzisiaj jeździli, w czwartek? Z kim?
– Z Lesznem.
– I ile… – 53 do 43. Do przodu.
– A jak ten młody, z Raculi? Ten co się połamał…
– Huszcza…? Trzy jedynki.
I rzeczywiście. Wiadukt zapełnia się grupkami mężczyzn idącymi od strony jaru i tego drugiego wiaduktu przy Łużyckiej (jeszcze kawałek dalej za zakrętem, za tą kładką z ciepłowni). To tradycyjna, piesza droga ze stadionu Lubtouru przy Wrocławskiej, gdzie ścigają się żużlowcy. Ale tutaj narastają emocje kolarskie i zniecierpliwienie. Wprawdzie to nocne kryterium i powinno być ciemno, ale opóźnienie sięga już półtorej godziny. Nagłośnienie nie działa i ludzie nie mają nawet skąpych wieści z pierwszej ręki, czy kolarze w ogóle wystartują w tym deszczu?
– Coś wiadomo, czy Szozda przyjechał do Zielonej Góry?
– Szurkowskiego na pewno nie będzie.
– Słyszałem, że dwóch z drużyny olimpijskiej miało przyjechać na kryterium winobraniowe.
– Ponoć bardzo chciał Mytnik. I Nowicki.
– Ja specjalnie przyszedłem zobaczyć Szozdę. W zeszłym roku, jak wygrał u nas Wyścig Pokoju, miałem akurat drugą zmianę… No i nie mogłem zobaczyć… –
A ile razy przejadą pod wiaduktem…?
– Jadą, jadą! Patrzcie…
Kryterium kolarskie Święta Prasy z okazji Winobrania polega na przejechaniu nocą jedną nitką dwujezdniowej Alei Wojska Polskiego, zawróceniu na jej zachodnim końcu, tam gdzie zaczyna się osiedle, przejechaniu drugą nitką z powrotem na starówkę, zawróceniu – i tak kilkanaście razy…
Wszyscy pchają się do barierki wiaduktu od strony centrum miasta… W dole, gdzieś na końcu ulicy pojawia się kolarski peleton… Czy jedzie w nim Szozda? Albo inni srebrni medaliści zakończonej dwa miesiące temu Olimpiady w Montrealu? Dyrektor od lekkiej atletyki, Jan Strychalski rozpowiada, że jak ich razem z Grzegorzem Kurkiewiczem zaprosili na wręczanie odznaczeń w Warszawie do centrali, to tam załatwili, że za tydzień, na winobraniowym mityngu lekkoatletów będą Szewińska, Wszoła, Ślusarski, Podlas i Malinowski, czyli niemal wszyscy nasi medaliści z olimpijskiej bieżni i skoczni. Miłośnicy kolarstwa chcą tego samego, zwłaszcza że, aby zobaczyć olimpijczyków na stadionie przy Sulechowskiej trzeba zabulić dziesięć złociszów… To jedna piąta ceny pół litra czystej wódki, a kolarzy można oglądać za darmo. No i ten Szozda, dwa lata temu, gdy jechał w Wyścigu Pokoju był na mecie w Zielonej Górze drugi, a rok temu – już pierwszy…
– Widział pan ten wypadek na Krośnieńskiej? – ktoś zniecierpliwiony rzuca z innej beczki.
– Nie, czytałem tylko w „zielonogórskiej”…
– Ja słyszałem, że w tym fiacie zginął ten trener od piłkarzy ręcznych. Profesor ze szkoły sportowej. Sosiński…
– Żona jest pielęgniarką, osobiście widziała trupy. Tam zginęła kobieta. I dzieciak. Żadnego faceta nie było.
– Od kochanka jechała…
– Z dzieciakiem?
– To nie był ten trener, tylko jego żona. Zdradzała go z sekretarzem z Komitetu Wojewódzkiego, z tym Wytrykusem, co to na polowania jeździ.
Januszek, patrzy na swą kolarzówkę. Rower leży na bruku Krośnieńskiej, na boku, tuż przed przejazdem kolejowym. Wyciąga rękę. Trąca pedał, który kręci się chwilę.
– To nieprawda. Ja żyję! Jestem tutaj.
– Ty, tam zdaje się twoja wychowawczyni zginęła?
– Pani Barczyńska? – dziwi się mały, o którym dużo jeszcze Pani powiem. I to rzeczy, że ho!
– To naprawdę była żona trenera Sosińskiego? – nie mogą uwierzyć młodzi szczypiorniści. Trzech starszych chłopaków, ósmoklasistów z bloków na Krośnieńskiej, tych naprzeciwko warzywniaka, którzy chodzą do tej drugiej szkoły, na Długiej, otacza leżącego przy rowerze Januszka. Prowadzi ich Zenek z bloku Januszka, który razem z nimi trenuje u Sosińskiego.
– Nie wiedzieliśmy, że kobieta mu się puszcza.
– I to z samym sekretarzem z Komitetu!
– Patrzcie, ale chłop ma przerąbane.
– Te, mały, puszcza się ta twoja wychowawczyni z sekretarzem, czy nie?!
– Chłopaki, to wcale nie jest tak.
– A jak?
– Wytrykus tego dnia… Z moim Ojcem, u nas w domu… Posłuchajcie jak to było, ja to przecież widziałem. Byłem wtedy pod stołem… – prawie płacząc oponuje Januszek.

karta nr 98 / 161 / 272 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Największy pokój w mieszkaniu spółdzielczym typu M4 miewał zwykle tak między szesnaście a dwadzieścia metrów kwadratowych. Cztery metry na cztery, cztery i pół metra… W przedpokoju były płytki PCV w kolorze jasnobrązowym, ale już w pokoju – „krótkowłosa” wykładzina podłogowa o barwie brudnoszmaragdowej. To była taka warstwa gęstego, twardego materiału dywanopodobnego, przyklejona na sztywno do wylanego na całej powierzchni pokoju betonu. Nici były zbite w litą masę, powierzchnia całkiem płaska, choć pod ręką czuło się takie łaskotanie, gdy przejeżdżało się dłonią wzdłuż czy wszerz. Sprzątało się to, odkurzało takim ręcznym odkurzaczem mechanicznym, nazwanym przez producenta „Gośka”. „Gośka” szurała po wykładzinie metalowym, płaskim pudłem, od spodu wyposażonym w obrotowe szczotki, zgarniające mechanicznie paprochy z podłogi. Pod ścianami dużego pokoju stały czeskie segmenty na wysoki połysk. Utrzymane w ciemnej tonacji, przeszklone: biblioteczka z czterotomową encyklopedią PWN, leksykonem, słownikiem języka polskiego i literaturą faktu o tematyce wojskowej, witryna z kryształami, kieliszkami i filiżankami o złoconych brzegach oraz zamykanym na drzwiczki barkiem (pod nim zamykana szafka, a obok niej cztery szuflady), niska komoda na pościel z ułożonymi na jej połyskującym blacie pamiątkami z wczasów w górach i nad morzem. W narożniku pokoju, przy wyjściu na balkon stał czarno-biały telewizor, a po środku pokoju – duży stół, rozkładany do jeszcze większych rozmiarów przy okazji imienin, urodzin, Wielkanocy czy Wigilii. Szeroki i długi biały obrus, obszyty na brzegach wąską gipiurą, zwisał z blatu i spływał aż do brudnoszmaragdowej wykładziny dywanowej, tworząc pod stołem zamkniętą przestrzeń. Skrytą przed wzrokiem zgromadzonych powyżej statecznych kobiet w kokach i ważnych mężczyzn z poluzowanymi pod szyją krawatami, zasiadających na dwunastu krzesłach. Wymarzony świat dla jedenastolatka.

Gdy przychodzili goście do Matki i Ojca, jedenastolatek mógł się tam chować i – choć przeganiany do swojego pokoju – też, na swój sposób, uczestniczyć. Na tym bliskim podłodze poziomie takie towarzyskie spotkanie przy wódce kojarzyło mu się głownie z czterema, masywnymi nogami stołu i będącymi w ciągłym ruchu nogami od tych dwunastu krzeseł. Na granicy owej niszy między blatem a tymi nogami szurały, podskakiwały, przydeptywały się, stawały kantem szpilki, szpileczki, czółenka i botki, i brązowe lakierki, kamasze, pantofle. Panował przyjemny półmrok i mimo niedogodności, taka – pustka, swoboda, wolność od wścibstwa, obowiązków i zakazów. Powyżej, na przykrytym obrusem blacie i ponad nim dźwięczały z daleka, szklano i porcelanowo talerze, talerzyki, literatki, kieliszki, półmiski, salaterki, otwarte słoiki, karafki, półlitrówki. Noże, widelce, łyżki, łyżeczki, korkociąg wydawały metaliczne odgłosy. Ponad nimi, między nimi, obok nich, ćwicząc chłopcu wyobraźnię, pochylały się twarze, żujące, ciamkające, przełykające, plujące śledzikami, sałatką jarzynową, bigosem, ogórkami, pomidorami, grzybkami, baleronem, tatarem, kaszanką (na gorąco), herbatą, oranżadą, wodą grodziską, żytnią, jarzębiakiem, żubrówką, winem i ajerkoniakiem. Tam – o czym jedenastolatek wiedział skądinąd – światło było ostre, padało z pięcioramiennego żyrandola, mieszało się z poświatą telewizora i blaskiem odbitym od biżuterii pań i okularów panów. Jedenastolatek wyobrażał sobie ich twarze w tym świetle. Między przełykaniem, mlaskaniem, siorbaniem twarze, głowy, usta – nie anonimowe bynajmniej – wydawały mniej lub bardziej artykułowane dźwięki, układające się w ciągi niosących konkretne treści słów i zdań. Każda twarz miała swoisty, identyfikowalny przez jedensatolatka tembr wydawanego głosu, tempo składania artykułowanych głosek, sposób oddychania podczas wypuszczania z siebie fali dźwiękowej, inaczej wkładała w wypowiedzi emocje i uczucia. Taki Wytrykus, na przykład.
– Doskonała sałatka. Alka, naprawdę. Będzie co pamiętać, aż do następnego spotkania. – pochwalił Matkę swoim tubalnym głosem. Do tego powiedział to bardzo wyraźnie i zdecydowanie.
– A ten tatarek, z jelonka? – indagował cichym głosem, rozwlekając samogłoski Redaktor. – Jak tam, sekretarz, to ostatnie polowanie? Ci z eNeRDe nie postrzelali się z towarzyszami radzieckimi? – mimo dłuższego, złożonego zdania spytał jednostajnym tonem, równo na jednym przydechu, bez żadnej intonacji emocjonalnej.
– Ty to masz z czego żartować! – obruszył się Wytrykus, który jako sekretarz Komitetu Wojewódzkiego służbowo i jako zapalony myśliwy, prywatnie, organizował wieczory i poranki wszystkim delegacjom partyjnym odwiedzającym województwo zielonogórskie. Niepartyjnym, czyli branżowym, kulturalnym, wojskowym również.
– A co tam, z tą twoją Warszawą? – zagaił Ojciec ze znanym wszystkim, swoistym kresowym akcentem, siedzącego obok Redaktora, Mamaka. Tą nagłą zmianą tematu osiągnął cel, jakim było zażegnanie wyraźnie narastającej niezręcznej sytuacji.
– Na razie, to nie jest ona wcale moja – odrzekł były przewodniczący miejskiej rady, stonowanym, ciepłym głosem, bardzo starannie intonując frazy, w zależności od ich ładunku emocjonalnego i powolnie akcentując kolejne słowa. Powiedział to cicho, ale jego głos zniewolił jak zwykle wszystkich słuchaczy, oderwał od otaczającej rzeczywistości.
– Może w ogóle nie wyjadę. Pozostanę w Zielonej Górze, szkoda mi opuszczać to miasto. Chciałbym na co dzień oglądać jak inni kończą to, co ja sam rozpocząłem.
– A jak doktorat? – zasyczał Redaktor. – Co z waszym doktoratem, towarzyszu przewodniczący?
– Ostręga chwalił się ostatnio, że zaraz zaczynają to nowe osiedle po drugiej stronie Gwardii Ludowej – beznamiętnie i rzeczowo wtrącił Wytrykus. Mimo to nikt nie nabrał się na to, że nie było to podszyte irytacją i chęcią sprowadzenia złośliwej uwagi Redaktora do niebytu. Ten ostatni nie poddawał się jednak: – Ostręga to już nie byle kto, prezydent. Nie to co przewodniczący jakiegoś prezydium…
– Cieszę się z tego, że moi następcy konsekwentnie realizują mój plan budowy tych osiedli z zachodniej strony Zielonej Góry. Osiedle Łużyckie już stoi, to po drugiej stronie Łużyckiej, chyba już też. Teraz przyszła naturalna kolej na zabudowę tych nieużytków na górze, za Gwardii Ludowej – spokojnie puentował Mamak.
– Zaczynają osuszać już mokradła. Zaraz zasypią też chyba glinianki? Biegam tam z „Agatem”, bardzo dobre miejsce dla spaniela ułożonego na kaczki… Ale to już niedługo jak się okazuje? – stwierdził Wytrykus.
– A chłopcy z okolicznych osiedli nie będą mieli gdzie chodzić, łapać traszki i żaby – zaczął z nutą krytyki Redaktor.
– Czy traszki nie są aby pod ochroną? Słyszałem też, że nie będzie tam wieżowców? – Tak, tylko bloki do wysokości czwartego piętra – pospieszył z wyjaśnieniem Mamak. – To są tereny pokopalniane, wyższe domy pozapadałby się w głąb wyrobisk.
– Czy warto budować osiedle nad byłą kopalnią? Niszcząc przy tym ciekawą przyrodniczo enklawę? Może lepszy byłby tu park z wodą, dla mieszkańców tych nowych okolicznych osiedli? – spytała zdziwiona Matka
– A co z tym domem kultury na osiedlu Łużyckim? Ta budowa ślimaczy się już kilka dobrych lat…? – podjudzał dalej Redaktor.
– Wystarczy wyjrzeć przez okno. Gdyby było widno, zobaczylibyście te sterty piachu, desek, dźwig… I żadnego efektu – pożaliła się Matka – Wokół tylko glina, kałuże a z samego rana budzi wszystkich wokoło ten dźwig. „Marian” się nazywa i skrzypi na całe osiedle, aż ciarki przechodzą…
– Opiekę nad domem kultury przejmie fabryka wykładzin dywanowych, „Novita” – oznajmił z zadowoleniem w głosie Wytrykus. – To ta nowa fabryka, która się buduje? – pojawił się nowy głos, taki trochę skrzekliwy, podchodzący pod rytm stukających o szyny kół pociągu, a z drugiej strony jakby ze śpiewną nutą kresową. Początek zdania silny, zdecydowany, na końcu jednak cichutko, jakby glos miał zaniknąć, jakby to mówił duch…
– Tak, projekt jej powstania przeforsowano w centrali, w Warszawie, jeszcze za mojej kadencji – pospieszył z wyjaśnieniami Mamak. – To ma być sztandarowa inwestycja dekady w skali kraju.
– To jak to będzie? Ci co budują „Novitę”, wesprą tę budowę przed naszymi oknami? – ucieszyła się Matka. – Już nie mogę patrzeć na te rozbabraną budowę. Postawili jakieś słupy z betonu, zaczęli układać między nimi te dziwne, białe cegły, ale chyba wszystko przerwali? Piętro zrobili, a parter zostawili…
– Ta strefa przemysłowa z „Novitą”, to był, Kazik, zdaje się, od samego początku, twój pomysł? – „Duch” zwrócił się do byłego przewodniczącego.
– Tak, ja wymyśliłem nową strefę dla zakładów i magazynów. Na północ od miasta, za terenami kolejowymi.
– Tam coś będzie jeszcze takiego większego, oprócz tej „Novity”?
– Głównie magazyny i obsługa. Nowej produkcji niewiele, ale to i tak dobrze, że Warszawa zgodziła się zlokalizować u nas choć te jedne wiodące zakłady. Polityka inwestycyjna państwa idzie w zupełnie innym kierunku: jakieś zaniedbane Mazury, Bieszczady, nowe zagłębia węglowe…
– Czyli miastu nie przybędzie środowiska robotniczego, takiego typowego, wielkoprzemysłowego…? – Jeśli chodzi o zagrożenie ekscesami robotniczymi, to Zielona Góra zostanie bezpieczna. Tak jak w Czerwcu, na uboczu głównych nurtów – potwierdził tezę „Ducha” Ojciec.
– A jak wasze rozeznanie w terenie?
– Duże nadzieje wiążemy z tym Sosińskim. To „wtyka” samego Pułkownika.
– On zdaje się był długo poza branżą?
– Tak, ale teraz ma dobre kontakty, szerokie, w różnych środowiskach. Zrobiliśmy z niego znanego i szanowanego trenera sportu młodzieżowego. Robi masowe nabory po szkołach do tej swojej sekcji, dzięki czemu łatwo nawiązuje osobiste kontakty z rodzicami chłopców. Z wielu, różnych – praktycznie ze wszystkich możliwych – środowisk na terenie miasta i okolicznych miejscowości.
– Gratuluję. Przyda się, zwłaszcza teraz… – zawiesił głos „Duch”.
– Szykujecie coś nowego? – zainteresował się Wytrykus.
– Z tym księdzem Kotlarzem, to prawda, co mówiła Wolna Europa? – poszedł na całość Ojciec. „Duch” westchnął. Nabrał powietrza, wahał się. Ale w końcu zaczął:
– Ten Kotlarz za bardzo podskakiwał. Najpierw tam w Radomiu, a ostatnio jeszcze w Lublinie. Uciszyliśmy go my, albo i nie my, ale przekaz do hierarchów poszedł jednoznaczny. Już są sygnały, że kościół się pohamuje. Jakiś tam apel o uspokojenie, o mniejsze pałowanie, ale to wszystko!
– Pamiętam sześćdziesiąty u nas… I księdza Michalskiego – zaczął Ojciec, ale przerwał mu Wytrykus:
– A co z uspokojeniem społeczeństwa?
– Najgorsze że Moskwa zakazała podwyżek. Jesteśmy w czarnej dupie. Ponoć sam Breżniew dzwonił do „Pierwszego”.
– Ale rozwiązań siłowych nie będzie?
– Kowalczyk bardzo napierał, stąd te całe manewry „Lato”. Ale i tak był tym razem zakaz używania ostrej amunicji, a w końcu kazali Stachurze odwołać całą akcję. Tu, u was, było zdaje się zupełnie spokojnie?
– Tak, żadnych ekscesów.
– No właśnie, my powstrzymujemy takich Kowalczyków, Stachurów, a tamci szykują coś większego. Z tego co wiemy, a niestety wiemy o wiele za mało. Ten cały Lipski, może Olszewski, a na pewno Kuroń i te jego harcerzyki, studenci, jakiś Maciarewicz, szyją nam niezłe buty. Coś ma być jeszcze teraz, we wrześniu… Mówi się o jakimś komitecie… Mogą się zorganizować, huje niemyte! Nastała dłuższa cisza. Nikt nie odważył się przerwać tego milczenia, aż „Duch” uderzył nagle z innej, zupełnie niespodziewanej strony: – Tak chwalicie tego Sosińskiego, ale dochodzą słuchy, że ta wtyka zamieszana jest w jakąś śmierdzącą sprawę. Możecie powiedzieć coś więcej? Mamak już dawno odciął się od rozmowy, która zeszła na obce mu obszary. Teraz wstał z rumorem od stołu Wytrykus.
– Alka, mam do ciebie pytanie – zawołał na Matkę i wyszedł z pokoju, podążając do kuchni za kobietami. Zostali tylko we trzech: Ojciec, Redaktor i „Duch”. Pierwszy odezwał się znowu „Duch”:
– Coś z pedofilią? Jakaś afera w szkole? Ojciec chrząknął. Głośno przełknął ślinę. Milczał jednak. „Duch” naciskał:
– Słyszałem, że powstał jakiś plan. Pedofilia to podatny, praktyczny hak na każdego. Co konkretnie zamierzacie? Wy, redaktorze…?
– Nie, nie… – Redaktor zmieszany coś zabulgotał niewyraźnie. „Duch” zwrócił się do Ojca:
– A ty, stary, powiesz mi w końcu o co chodzi? Ojciec jednak milczał. Ostre światło oślepiało go. W jego oczach można było dostrzec jakąś nieobecność. Może przyczynił się do tego wypity tego wieczoru alkohol, a może uczyniło to zupełnie coś innego, ale jakby stracił kontakt z Redaktorem, „Duchem”, innymi. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Dokądś odleciał. Zaczął wyobrażać sobie… jak to będzie… Jak to z nim będzie, gdy tylko spotka swoją przeszłość… swoją przyszłość… A wyobrażał je sobie jakby to była codzienność… A przecież to były tylko alkoholowe fantazje… to co zaczął przeżywać niczym prawdę…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.